wtorek, 8 sierpnia 2017

[348]. Urlop

Nadszedł ten czas. Jutro ostatni przedurlopowy dzień w pracy. Trochę się boję, bo zostawiam wszystko na długie osiem dni roboczych. Tylko i aż tyle.

Jeśli ktoś jeszcze pamięta, zdobyłam pracę mozolnym wydeptywaniem ścieżki. Były momenty, kiedy bałam się, że ją stracę. Ale po kolei.
Ostatnie moje posty były z początków stażu.
Firma maleńka, trzy osoby. Plus ja.
Szybko ogarnęłam o co chodzi, nauczyłam się sporo, ale nie spełniałam oczekiwań: nie chciałam być telemarketerem, bo w tej branży to bezsens. A jeździć do klientów nie miałam odwagi ze względu na zbyt małą wiedzę. Dopiero dzisiaj mogłabym to robić.
No więc działałam, robiłam, wprowadzałam nowe rozwiązania, ułatwienia i skróty. Staż powoli się kończył i tu zawisła pierwsza groźba. Okazało się jednak, że firma kupiła firmę i ja się do tej drugiej idealnie nadawałam. Ale i tak nie było różowo. Dwa razy zostałam, można powiedzieć, oszukana. Nie dostałam należnej, obiecanej premii. Świat się zachwiał, ale kto jak nie ja.
Firma rosła w siłę, zmieniła siedzibę, mój dział również się wzmocnił. Ale wystawałam poza. Zatrudniono kuzynkę-ciotki-wujka-brata stryjecznego-matki-po kądzieli i znów się bałam.
To było rok temu.
W styczniu zostałam przeniesiona. Zostawiłam mój sklep, pracę bezproblemową i prostą, na rzecz dużych projektów. Fajnie. Skoro dawałam radę to dowalono mi etat fakturzystki-księgowej. No i? Dałam radę. Ale że projekty to duża sprawa, wiele się rozjechało w czasie, nerwach i moim ogólnym stresie z powodu niewiedzy o realizacji, zaczęłam ubiegać się o..koordynatora. Miałam wizję, że ktoś, kto wie, czyli ja, będzie miał pieczę nad całością. Prosiłam się o to pół roku. Aż projekt wagi ciężkiej rozjechał się bardziej, bo szczerze mówiąc, skoro wszyscy mieli na to wywalone, to czemu ja mam się denerwować.. W międzyczasie prowadziłam rozmowy o podwyżkę, które były i...były.
W końcu w lipcu zaczęłam być dodatkowo koordynatorem projektów. Oraz magazynierem, ponieważ jedyna równa mi wiedzą i umiejętnością racjonalnego myślenia osoba, tak samo jak ja ogarniająca ten burdel zwany moją pracą, nieważne, że w wieku mojej córki, zwolniła się po kilku numerach "góry". Zostałam więc na czterech stanowiskach. Bo zapomniałam dodać, że kuzynka-ciotki-wujka-brata stryjecznego-matki-po kądzieli po roku pracy na moim wcześniejszym stanowisku, gdzie rzetelnej, solidnej roboty, przy naprawdę mocnym postanowieniu, że slow, zajmowała mi pół godziny dziennie, w porywach do godziny, nawet przy największym sezonie zamówieniowym...nie ogarnia. Nie umie. Nie rozumie. Ciągle przychodzi i pyta co ma zrobić. Lubię babkę, jest świetnym opowiadaczem anegdot, ma gadane, jest spoko. Ale jest tępa dzida. No jest. Mówię do niej, ona na mnie patrzy i..nie wiem czy mnie w ogóle słyszy. Doszło do tego, że macham jej przed oczami ręką sprawdzając kontakt z rzeczywistością. I serio, nigdy w życiu bym nie przypuszczała, że tak można. Bo nawet moje koty, jak do nich gadam to patrzą na mnie z jakimś uczuciem, choćby olewatorsko, ale jednak. Tu nie ma nic. Jest pustka.
Ponieważ moja osoba tak naprawdę potrafi poprowadzić tę firmę sama, i wiem, że jeśli się zwolnię to będą mieli duży problem i oni też o tym wiedzą, rozmowy o podwyżce trwały i trwają.
W końcu zatrudniono ..kołcza. Pani przychodzi, daje ankiety, zgarnia kasę, a ja dostałam obietnicę, że zostanę kierownikiem, na dniach. I podwyżkę, bo tak im wyszło z rozmów z panią kołcz.
Czekam więc niecierpliwie.
Na razie na mój zasłużony urlop. Nawet jeśli będę po nim sprzątać przez miesiąc...
Tak więc jutro rzucam wszystko i wyjeżdżam w Bieszczady.

Na dziś:
Sully Erna - My light

Czekam niecierpliwie na koncert. Będzie we wrześniu, ale nie wiem, nie wiem...





wtorek, 1 sierpnia 2017

[347]. Inaczej się nie da

Gorąco jest jak diabli. Ktoś ma długi ogon i nie zamknął bramy.
Do piekła.
Będę po stokroć powtarzać, że nienawidzę gorąca! Że zima górą! Że może napitalać lodem!
I nawet nie wiecie jak bardzo tęsknię za śniegiem i zimnem.
Ale niech Wam będzie! Cieszcie się! Zima już niedługo!

A mnie taka naszła refleksja. Niejedna oczywiście, ale chyba najważniejsza.
Wściekłam się ostatnio tak, że nie pytajcie. Tak, że para z uszu, błyskawice z oczu i w ogóle.
Bujam się z kolegą, który zadeklarował zrobić mi meble. U Młodego w pokoju trzeba było trochę zmienić, a i mi potrzeba stołu. Sam się zadeklarował, sam obiecał i...wiezie mi te meble codziennie, od trzech tygodni. Ja się obawiam, że on wcale ich nie zrobił. Że komody, biurko, dwa stoły to abstrakcja jest. Nie wspomnę o moim zakupionym realnie blacie do kuchni, który miał przy okazji przywieźć...I o butach, które też zabrał do samochodu, bo przecież nie będę wieźć przez całe miasto...
A refleksja jest następująca: karma wraca. Sama zrobiłam podobnie, prawda? Jest mi wstyd i przykro, bo nie wywiązałam się z obietnicy. Nie chcę się tłumaczyć i wyjaśniać, bo to będą tylko tłumaczenia. Nie wywiązałam się i już. Co przeszłam to moje. Nikomu nie życzę.
Nie mam siły wściekać się już więcej na gościa. Mam nauczkę.
I wielkie postanowienie, żeby nigdy więcej nie być takim chujem.

A nawet największy upał nie zmusi mnie do zmiany planów.
Jutro jadę się wytaplać w błocie, napić piwa ze strefy Lecha, ogłuchnąć od głośnej muzyki i spotkać z ludźmi. I bawić się najlepiej na najfajniejszym festiwalu świata.
Woodstock!!! Nadciągam!!!

To teraz trzeba się spakować. Nie wiecie gdzie jest mój śpiwór?

Na dziś: Linkin Park - From The Inside

Niestety, nie mogłam być na ich niedawnym koncercie w Polsce.
Żałuję, bo już nigdy nie usłyszę na żywo tego i innych utworów. Żegnaj..



wtorek, 18 lipca 2017

[346.2] Krótko

Gdzie to ja skończyłam...
A. Dwa lata temu z haczykiem.
Zmieniło się od tego czasu sporo. I niewiele.
Ze stażystki stałam się pracownikiem multi-kompetentnym, ale o tym kiedy indziej. Bo to bynajmniej nie jest powód do dumy.
Dzieci urosły.
Przybyły mi trzy koty. Tak. Mi. Trzy. Też w to nie wierzyłam. A teraz nie mogę bez nich żyć.
Urosły mi włosy. Mogę jeździć na koncerty metalowe i machać grzywą. Co zresztą czynię, kiedy mogę.
Walczę z tym i owym. Lekko nie jest, bo hashimoto ma swoje zdanie na niektóre aspekty mego życia.
I tak mija dzień za dniem.
Odliczam czas do pierwszego urlopu od dawna. Rzucę wtedy to wszystko i wyjadę w Bieszczady.
To będzie mega budżetowy wyjazd. Coś jak promocja z Biedronki.
Namiot, plecak, góry i ja. Potrzebuję tego.

No to witam się z Wami znów. Zmieniona-niezmieniona.

Na dziś:
Shinedown - Beyond the Sun









środa, 22 kwietnia 2015

[345] Dawnoooo...

...mnie tu nie było.
Nie wiem czy to się zmieni, zobaczymy.
W każdym razie życie się toczy,
Pracuję. Coraz bardziej samodzielnie. Nabieram tupetu, wiedzy i mogę się wykazać kreatywnością.
Aczkolwiek jeszcze trochę.
Nie wszystko idealnie się ułożyło. Trochę się pozbiegało, trochę muszę stanąć na głowie, trochę mnie szlag trafia, a trochę ogarnia śmiech, zdarza się, że przez łzy.
Tak, zryczałam się jak głupia, kiedy Młody się wywrócił. Rozwalił czoło, uderzył w palec, a najgorsze w tym wszystkim, że spadły mu okulary. I tak zwana czara się przelała. Jak mniemam, była to raczej wanna, albo nawet średniej wielkości basen. Taki do skoków.
W każdym razie opadły mi ręce. Poryczałam się z niemocy, z tego, że kolejne oprawki, że wszystko się akurat musiało skumulować, że mam dość, że wszystko jest do dupy, a ja już nie mam pomysłu co zrobić, żeby wyjść z tego ze spokojną głową.
Płakałam pół dnia. W drodze do domu, w domu, w autobusie do pracy, w pracy...
Wisiało mi, że ktoś patrzy, że oczy puchną, że łykam łzy, e tam.
Dalej nie wiem co zrobić. Nie mam pomysłu. Ale nic nie poradzę. Przynajmniej na razie.
W każdym razie, jak to bywa, plan uległ restrukturyzacji, telefonu używam jak muszę, bo nie naprawiłam go jednak. Nie stać mnie. W obecnej chwili. Tak jak to Leslie napisał - to tylko telefon, można bez niego żyć. Można. Kij z tym, że kontakt mam ograniczony. Trudno.
W sumie można bez niczego żyć.
Kogo to obchodzi.


 

wtorek, 7 kwietnia 2015

[344] Oczywiście

No już Wam wierzę. Niech będzie.
Trochę pochłania mnie to wszystko.
Ale trochę jest tak, że jestem na odwyku. Na chwilowym detoksie. W izolacji.
I wcale nie jestem zadowolona.
Bo.
Nie mogę do Was zadzwonić, gdyż ponieważ mój telefon nie umie latać. W pakiecie nie mieli opcji. W zetknięciu z kafelkami niestety zabił się, aczkolwiek nie na śmierć. Działał jeszcze przez dwa dni, po czym kiedy znalazłam szkło w zębach i w staniku, oraz na policzku, stwierdziłam, że nie, dość, muszę o niego zadbać.
Najpierw chciałam jak nasz czołowy Profesor z Brodą. Jakiś plasterek, pokój chorych sprzętów i wiecie, odczekać. Ale gdybym zakleiła to co się zepsuło to....chyba nie widziałabym co robię.
Ponieważ to moje nieszczęście wyglądało tak...




I stąd milczenie. I jeśli ktoś dzwonił, to sorki, kontakty zostały w serwisie razem z aparatem, przełożenie karty na święta do telefonu służbowego nic nie dało.
Także tego.
Wesołych Świąt!

PS: jutro odbieram go po reanimacji. Bójta się!

poniedziałek, 6 kwietnia 2015

[343] No żyję

Bo jakżeby inaczej.
Trochę trzeba rozjeździć nowe tory, obmacać nowe możliwości, sprawdzić to i owo.
No i tak obmacuję, sprawdzam i jeżdżę.
I tak ciągle.
To idę spać.
Jutro do pracy.
Pa.

PS: ja tu jeszcze wrócę. Oczywiście jeśli ktoś za mną tęskni.