piątek, 7 grudnia 2018

[392]. Reorganizacja

Nie wiem jaki procent naszego społeczeństwa nie myśli. Nie ma refleksji nad życiem, swoimi czynami, nad egzystencją.
Wielu, mam nadzieję, że nie większość, widzi tylko czubek swojego nosa, i nie jest to spowodowane dioptriami. Nigdy nie wiem czy plus, czy minus odnosi się do krótkowzroczności. Za cholerę nie mogę zapamiętać jakie noszę okulary. Kiedyś może się uda.
Znam za to osobiście takiego kogoś, choć chciałoby się napisać nikogo. Kogoś, kogo dwunastolatek powala na argumenty. Daje mu znać sarkazmem i ironią, że nie wie o czym mówi.
Niestety, ten ktoś był moim mężem...
I teraz ten ktoś-nikt sprawił, że złożyłam wniosek do sądu rodzinnego o zgodę na przeniesienie w inny wymiar. Ekonomiczny, kulturowy, językowy, klimatyczny.
Czeka mnie kilkumiesięczna wegetacja. Znów nie jest dobrze, ale jest lepiej. Teraz muszę się przeorganizować, przeanalizować, pokombinować.
Będzie dobrze.
A na razie:
Let the power be with me!


niedziela, 25 listopada 2018

[391]. Trudno

Miałam nadzieję. Szczerze, było 99,9% szansy, że się nie uda. No i nie udało się.
I nie, nie nastawiałam się na nie. To zwyczajne realne spojrzenie na fakty.
Nie mogę iść dalej. Przynajmniej na razie. Ale za jakiś czas pewnie tak.
I dlatego jutro składam wniosek do sądu.
Na razie tyle.
Bo jest mi smutno, że nie można zwyczajnie się dogadać. Ale skoro nie, to nie.
Jak ochłonę, to się rozwinę.
Na razie cieszę się tylko, że mój syn nie daje zapędzić się w kozi róg.

sobota, 17 listopada 2018

[390]. Życie

Jak w Madrycie. Chciałoby się rzec.
Ale tak nie powiem. Z wielu względów. Chociaż nie powiem, jest totalne wariactwo, szaleństwo i metoda. Jest odwaga i strach. Za i przeciw. Jest tak jak lubię. Nie to, że nie lubię spokoju, siedzenia pod kocykiem z książką i herbata i nicniemuszenia. Lubię, a wręcz uwielbiam pasjami. Ale ten rok jest szalony. I już mogę powiedzieć, że go lubię. bo kto nie idzie do przodu to nie stoi w miejscu tylko się cofa. A ja вперед!
Po pierwsze:
Nadszedł dla mnie czas podejmowania decyzji, wprowadzania w życie planów, zmian, ogólna metamorfoza strefy komfortu. A raczej, nawet bardziej, opuszczenie jej. Albo lepiej, powolne wychodzenie.
Powolne, bo w tym przypadku nie mogę zrobić hop i już.
Będę o tym pisać, więc dowiecie się co i jak. Na razie grzecznie czekam na przyszły czwartek.
Po drugie:
Nowa praca.
Co mogę o niej powiedzieć? To, że takich właścicieli firm już nie ma. I nie, że to starsi panowie dwaj. Nie nie. Takich ze świecą szukać.
Że jestem wyganiana z pracy punkt 15. Nikt się nie krzywi, że muszę wziąć dzień wolnego, mimo, że pracuję dopiero dwa dni, tydzień, miesiąc. Szefowie z troską pytają, czy wszystko w porządku. Nikt do nikogo nie dzwoni, żeby zapytać, na której półce leży coś. Albo czy to czy tamto jest załatwione. I tu wchodzi całe sedno sprawy.
Na pierwszy rzut oka praca prosta jak konstrukcja cepa. Ale drugi rzut, czwarty i dziesiąty pokazuje, że żeby wszystko sprawnie działało, a działa!, trzeba wbić się w mechanizm działania. Bo wszystkie trybiki muszą...zatrybić. Jeden drobiazg, który może wydawać się mało istotny, jest widoczny dla wprawnego oka i zaburza system. dzięki temu, że tak to działa nie trzeba kombinować, wystarczy wiedzieć gdzie można znaleźć.
Piękne to, ale muszę zapamiętać mnóstwo schematów i nie mylić się. Irytuje mnie to, że czasem czegoś zapomnę. Że jestem wolniejsza niż moja mentorka, bo ja muszę "zbadać element", czyli zrozumieć celowość oraz powiązania.
Podoba mi się ta praca, ale nie wiążę z nią przyszłości. Z dwóch względów: jeden jest taki, że dziewczyna, którą zastąpię wraca za kilka miesięcy, a drugi niedługo poznacie.
Po trzecie: włączyła mi się opcja minimalizm.
Bo po pierwsze. A poza tym zaczął mnie irytować natłok rzeczy, które jeszcze niedawno wydawały mi się niezbędne. Teraz zbieram się do wywalania i przeglądania, mimo, że niedawno to robiłam. Robiłam, ale nie zrobiłam. Czas to naprawić.
Do tego wszystkiego dodam jeszcze tylko to, że dzisiaj i jutro szkoła, w niedzielę wagary, nie pójdę na tokarki, nad czym ubolewam okrutnie, ale będę w tym czasie w stolicy, na koncercie, więc się nie rozdwoję. Jutro za to po szkole idziemy na lodowisko.
A teraz idę spać. Jeszcze się tylko pochwalę, że zadania z pasowania na zaliczenie oddałam pierwsza. Jestem mega szczęśliwa. Nawet nie wiecie jak bardzo.



 

niedziela, 4 listopada 2018

[389]. Mordęga

Praca pracą, a tu żyć trzeba.
Tylko co to za życie!
W poniedziałek zmarzłam jak nie wiem co.
Odczuwalna -3, wilgoć, ziąb niesamowity, droga do domu okazała się zdobywaniem bieguna. Prawie.
Za to wtorek...wtorek dał mi popalić na +20, ciepłym mocnym wiatrem, przez co musiałam zdjąć czapkę, no i poszłoooo...
Środę jakoś przetrwałam.
W czwartek obudziłam się z gardłem wytartym papierem ściernym, bólem głowy migrenowym, łzami i ogólnym roztrzęsem.
Czwartek przespałam.
Piątek zaowocował wizytą u lekarza, o dziwo! były miejsca!
Dostałam worek leków. Światłowstręt mnie zabijał, oczy bolały od łez, ale cóż, dwa razy dziennie to dwa razy dziennie. Postanowiłam więc przeczekać do wieczora i psiknąć sobie w nos nowymi jakimiś kroplami.
To było jak...antidotum na wszystko. Jak miód na serce. Jak piękny zachód słońca na horyzoncie. Jak hałas frezarki..wróć!
To był cud.
Po 2 minutach oczy przestały boleć, łzawić i reagować na światło, znaczy mrużyć się. Przestało mnie kręcić w nosie. Odetkał się on był i całą noc trwał w tym cudzie! Co więcej, nie powrócił żaden z objawów kataru. Ani zatkania nosa odzatokowego.
Potem doczytałam, że to lek z rodziny kortykosteroidów. Ciul z tym. Pomogło mi bardzo i jestem wdzięczna.
Został jeszcze kaszel. O niego bałam się najbardziej, bo rok temu zaczęła się moja polka hopka z nietypowym zapaleniem oskrzeli i trwała do kwietnia. A kaszel też przyszedł z takiego durnego miszmaszu temperaturowego. Dlatego też pognałam do lekarza.
Ale kontrola nad żywotem wróciła, jutro już lecę na warsztaty, bo tokarki będą tęsknić. Kolega podesłał mi zdjęcia swoich notatek, więc jest co robić. A w poniedziałek do pracy, rzut na głęboką wodę.
Trzymajcie kciukasy.

sobota, 13 października 2018

[388]. Z drogi!

No dobrze.
Telegraficzny skrót*:
w dalszym ciągu jestem zachwycona kursem. Tym bardziej, że mieliśmy programowanie. I albo ja jestem taki geniusz, albo trafiłam na słabeuszy. Wszystko pierwsza! Najszybciej! Najlepiej!
Nie tak do końca, ale fakt, byłam pierwsza. Zamotałam się w ostatnim zadaniu, ale pogoniłam wykładowcę, który jest z tych, że podchodzi, poprawia i nie tłumaczy. Powiedziałam: nie chcę, ja sama. Pan powiedział ok i sobie poszedł. Na moją soczystą zmemłaną w ustach urwę, kolega, który nie ogarniał, a siedział obok, niestety, powiedział: spokojnie, wyluzuj, po co się denerwować.
Zerknęłam na jego monitor i...fakt, po co się wkurzać, jak ja pisałam już drugi program, a on miał dwie linijki pierwszego.
W każdym razie podoba mi się ogromnie. Nie mogę się doczekać następnych zajęć.
To tyle o szkole, bo nie będę zanudzać.
W międzyczasie zmieniłam pracę.
Bo chyba nie mówiłam, że zatrudniłam się przez agencję na linii montażowej elektroniki. Taki reksio ze mnie był. Po parę tysięcy tych samych elementów trzeba było obrobić.
Fajnie. Ludzie w porządku, ciepło, sucho, sympatycznie. Tylko praca na akord, daleko i nocki.
Mój organizm powiedział stanowcze NO WAY!
Dzisiaj rano zeszłam z ostatniej nocki i powiedziałam nigdy więcej. Zmęczenie fizyczne, psychiczne i nie wiem co jeszcze. Powieki z ołowiu, uczulenie (zapewne na latający w powietrzu nikiel), bo początek sezonu grzewczego tak na mnie działa, a tam grzali. Suche powietrze do tego.
Tak serio to traktowałam to przechodnio. Na jakiś czas, aż znajdę to, czego szukam.
I znalazłam.
Zadzwonił do mnie miły pan, zapytać, czy jestem zainteresowana. Nie bardzo kumałam skąd się urwał, bo moje cv dostał ponad miesiąc temu. Ale ochoczo się zgodziłam. Umówił mnie na spotkanie, na które jechałam tuż po nocce wczoraj. Później przeszperałam wysłane maile, żeby skojarzyć gdzie to ja się pcham. Aż mnie zatchło, kiedy zobaczyłam, że to właśnie to.
Postanowiłam, że będę tam pracować.
Pojechałam więc na spotkanie, po drodze zobaczyłam, że jest biblioteka i pomyślałam, że świetnie, będzie blisko, siadłam przed trzema osobami i zaczęłam odpowiadać na pytania. Cud, że nie usnęłam w połowie zdania.
Najlepsze jest to, że pani wałkowała mnie od strony księgowej. Zapytałam czy mam odpowiedzieć gdzie muszę klikać w programie, czy opisać proces tworzenia dokumentów, bo nie bardzo wiem. Potem przyznałam się, że angielski kuleje, ale jest i dam radę.
Najlepsze było jak panowie mnie odpytywali. Najpierw o pracę, co robiłam itd. Ale ostatnie pytania były o ... moje hobby. A że przez całą rozmowę byłam sobą, tak i tu odpowiadałam co o tym myślę.
Więc pływałam po morzach, narty tylko we Włoszech, a najlepsza rzeka do spływów to Drawa.
I tak mi się wydaje, i myślę, że mam rację, że te trzy ostatnie odpowiedzi zaważyły.
Miałam dostać odpowiedź o tym czy przyjęto mnie, czy nie, za kilka dni. Telefon miałam kilka godzin później.
Także wypowiedzenie złożyłam, i za tydzień idę do pracy. Nowej. Tej, którą chciałam.
I to jest najlepsze podsumowanie ostatniego tygodnia.
Bo nie powiedziałam jeszcze, że mało brakowało, a zostałabym listonoszem. Tylko po rozmowie z naczelnikiem, który uznał, że skoro ze mną rozmawia to już pozamiatane i nie ma nad czym się zastanawiać, intensywnie chciałam tej pracy, do której ostatecznie idę. Myśli mają wielką siłę, a ja myślałam o tym, że nie chcę w mrozie, deszczu, zimnie, gorącu zapierdzielać na rowerze z listami, chociaż bardzo lubię poniższą piosenkę. I pracę na poczcie.
 I tym optymistycznym akcentem kończę na dziś.

(* żartowałam)



czwartek, 27 września 2018

[387]. Jest taki czas

Pewnie wszyscy czekają na to co u mnie. Nerwowo stukają ołówkami w biurka, machają nerwowo nóżką, każdy swoją, obgryzają paznokcie, albo chociaż skórki. I oczywiście boją się wyjść do sklepu po mąkę, bo a nuż w tym czasie Natt coś napisze.
Fajnie jest myśleć, że ktoś czeka, ale wiem, że tylko moja wyobraźnia. Którą z resztą lubię. I nie będę wyprowadzać się z błędu.
Niech będzie, napiszę co u mnie.
Szkoła, jak to opisałam w peanie ostatnim, jest rewelacyjna. Znaczy ja ją tak odbieram, bo nie ma ocen, sami faceci, rozumiecie. Były jeszcze dwie laski (lachony) na samym początku, ale mój osobisty blask spowodował, że w pięć minut przeniosły się do drugiej grupy. Także ten, konkurencji nie ma. Za to jest dziesięciu chłopa. Od podlotków, do poważnych panów, którzy o wędkarstwie mogliby godzinami.
Obiecywałam sobie, że nie, ja nigdy już, nie ma mowy, nie będę kierownikiem żadnego zamieszania i proszę. Musiałam. Nie byłabym sobą. Więc trochę chłopców poustawiałam, założyłam grupę tajną przez poufną i korzystam z atencji.
Ale najważniejsze jest to, że pierwsze zajęcia praktyczne za mną.
Wiecie jak jest.
Prowadzący: - tu jest to, tam przełączacie, tu pamiętajcie o.., tego nie ruszać, tu ustawić i jedziecie. Nie ma ideałów. Więc na początku to Wam nie wyjdzie, jak będzie tolerancja 0,2 to i tak dobrze.
Ja: -( yyyyyyy????)
Prowadzący: - to sobie tu pracujcie, ja zaraz wrócę.
Ja: - (YYYYYY????)
Odwróciłam się do kumpla i błagalnie wyszeptałam: - help!!!!
I co?
Kolega wyjaśnił, która wajcha od czego.
No to Natt, ruszyła. wyczuła luzy, bo te cholerstwa mają mega luzy na pokrętłach.
Po czym skończyła pierwsza. Przychodzi pan Śmieszny (tak nazwijmy prowadzącego) i z przekąsem mówi: - już? To sprawdzamy. Nie ma ideałów, pamiętajcie.
Suwmiarka, mikrometr i...wyraz mega zaskoczenia na twarzy.
- Panowie, proszę do mnie! Proszę uzyskać taką dokładność jak pani Natt. To wasz wzór idealny. Tolerancja mniej niż 0,1.
Drugie ćwiczenie.
Powtórka z pierwszego.
Duma mnie rozpiera!
Normalnie pokochałam tokarki konwencjonalne miłością bezbrzeżną!





sobota, 15 września 2018

[386]. Dreszcz rozkoszy

Ochłonęłam. Wdech-wydech. Żeby się nie zachłysnąć i nie oszaleć z radości.
Całe to zamieszanie ze szkołą, a właściwie kursem zawodowym, uświadomiło mi, że to jest to, czego chciałam całe życie.
Od kiedy pamiętam, a sięgam tak jakieś 41 lat wstecz, milszy był mi zapach smaru w warsztacie dziadka, niż kwiatków w ogrodzie babci. Oczywiście z obu miejsc wyniosłam wiele, ale jednak ten smar..te śrubki..
I tak w końcu, po wielu latach, doszłam do wniosku, że to jest to.
Więc cieszę się na te tokarki i frezarki, jak dziki osioł. Serio!
Zresztą, jak już to byk ma dwa rogi! Dojdzie do tego lada moment kurs z podstaw AutoCada. to moje kolejne marzenie.
W ogóle powiem Wam, że te wszystkie rysunki techniczne, suwmiarki, pomiary, smary i inne przyprawiają mnie o tytułowe dreszcze.
I tak oto, w wieku słusznym, nadrabiam zaległości, bo jak nie teraz to kiedy.
Życie jest piękne!
PS: Znalazł się nauczyciel angielskiego.. Młody nie daje mi spokoju.