piątek, 31 sierpnia 2012

[33] Kwiatek dla Pani

Idzie nowy rok szkolny, przychodzą refleksje. Czytam u Malwiarta o relacjach nauczyciel-uczeń-rodzic. U Ifatuation-junkie o radości z bycia belfrem.
Nie będę powielać tematu, bo zgadzam się z nimi. Znam wielu nauczycieli i sama prawie się nim stałam. Wiele z tych osób nie zamieniłoby swojej pracy na inną.
Ale opowiem moją niefajną przygodę z nauczycielką.
Młody poszedł do zerówki w szkole. Sytuacja zmusiła mnie do tego, poza tym reforma szkolna, która wkrótce potem się zmieniła, mówiła, że już się nadawał. Poza tym jest nad wyraz inteligentnym człekiem, ma charakter po mnie i jak coś wie, to będzie nawijał o tym długo i namiętnie, choćby już słuchacze spali. A wie bestia dużo, o rzeczach, których dzieci w jego wieku nie wiedzą. Bo zadaje dużo pytań, bo czytam mu mnóstwo książek, bo jest zainteresowany. Zakres przyszłych wykonywanych zawodów ma taki, że nie zginie. Przetrzyma wszystko. Przebranżowi się w trymiga. 
I ten mój syn trafił do szkoły. 
Pierwsza rozmowa z panią wyglądała tak (monolog):
- z tym to niech się nie bawi, bo to niedobry chłopak
- tamten to okropny dzieciak, patologiczna rodzina, był w domu dziecka, w trzech rodzinach zastępczych, wrócił do domu teraz, ale lepiej niech się z nim nie bawi
- tamte dwa chłopaki to największe rozrabiaki, jak się we dwóch dobiorą...
I tak poznałam całą grupę, bo Młody poszedł do szkoły od października.
Pani została poinformowana o sytuacji rodzinnej i to był chyba błąd.
Po czym następne miesiące wyglądały codziennie mniej więcej tak:
- Młody dzisiaj był niegrzeczny, bo ciągle gadał.
Powiedziałam, że jeśli nie może przestać gadać, wystarczy powiedzieć mu, że ma już skończyć. 
- Młody chodzi po kałużach/płotach
- Młody uderzył Kubę
Ale nie wie, że to Kuba najpierw przywalił Młodemu. A zapytałam obu jednocześnie, po czym Kuba przyznał się, że to jemu się nudziło.
- Młody siedział pod stołem. 
Ale szczyt wszystkiego to było: Młody zbierał patyki, a ja mu nie pozwalałam, a on mówił, że dla taty zbiera. Proszę pani proszę iść z nim do psychologa, bo to na pewno jest problem w domu, bo on te patyki tak zbiera. Wyjaśniłam jej w czym rzecz. Zawsze to robił, to i teraz robi.
I tak codziennie. 
Ponieważ słuchałam codziennie takich śpiewek nie tylko do mnie, ale do każdej przychodzącej mamy/babci/taty, uznałam, że pani sobie zwyczajnie nie radzi. Podsłuchałam też (wiem, brzydko) jak rodzice proszą ją o to, żeby ich dzieci były pilnowane i robiły zadania, pisały literki, rysowały. Bo zasada była taka: kto chce to robi, kto nie chce to nie musi. Pani siadała na środku rzędu ławek, koło niej siadały cztery dziewczynki i pani z nimi pracowała. Zaczęłam się temu sprzeciwiać. Powiedziałam jej, że więcej nie życzę sobie książek do uzupełnienia w domu, bo Młody ma to robić na zajęciach pod jej okiem. Pani powiedziała, że ona nie może zmusić dzieci do tego, żeby robiły zadania. Powiedziałam, że nie trzeba zmuszać. Wystarczy sprytnie zachęcić. I że ja tak robię w domu. I że nie życzę sobie mieszania spraw prywatnych i zasłaniania nimi swojej niemocy. Bo Młody wie wszystko, podzielił sobie świat na dwa domy i dużo o tym rozmawiamy.  Pani obraziła się na mnie bardzo. Przestała nadawać. a Młody przestał się nudzić w szkole, bo powiedziałam mu, że jak ma takie plany zawodowe, to musi się dużo nauczyć,  czytać, pisać, liczyć..
Drugą panią była pani od angielskiego. Ta pani nie skarżyła, ale okazało się, pod koniec roku szkolnego, że młody nie uczestniczył w zajęciach ANI RAZU. Siedział na dywanie i bawił się samochodami. I wcale mu się nie dziwię, kiedy pani bierze książkę i do 5-6 latków mówi: otwórzcie dzieci na 80 stronie...
Za to na koniec zapunktował. Bo pani coś tam mówiła do dzieci, o coś zapytała po polsku i usłyszała odpowiedź całym zdaniem po angielsku, dochodzącą z dywanu, od dziecka nawet na nią nie patrzącego. Ostatni miesiąc Młody był jej ulubieńcem, a ona nie mogła dojść jak to jest, że on umie, a inne dzieci nie. 
O katechetce nie wspomnę, bo się zdenerwuję i nie będę mogła spać. Ale napiszę niedługo jak stałam pod drzwiami i podsłuchiwałam, jak klasyczny moher prowadzi lekcję. 
I bynajmniej nie wybielam wielkiego gaduły. Pani zwyczajnie nie nadawała się do tej pracy, bo wszystko było dla niej problemem. 
Jedyną osobą w tamtej szkole, którą WSZYSTKIE, bez wyjątku, dzieci kochały, była pani woźna. Dla wybrańców miała lizaka. Dostała więcej kwiatów na koniec roku niż niejeden nauczyciel. Sama miałam ochotę ją wyściskać i przytulić się do niej.

Na dziś:
Coverdale/Page - Take Me For A Little While

Lubię głos Coverdale'a. Od czasów, kiedy usłyszałam pierwszy raz Whitesnake. Razem panowie stworzyli całkiem fajną płytę.


czwartek, 30 sierpnia 2012

[32] Burak

Mało brakowało, a popełniłabym zbrodnię i być może nie mogłabym klikać, przynajmniej przez 48 godzin.
Całe szczęście powściągliwa jestem w odruchach, choć może trzeba było nauczyć moresu buraka.
A warunki były, umiejętności są, kurka wodna, następnym razem nie popuszczę!
Idę ja sobie z dziatwą, obładowane my dwie, torby z podręcznikami i inne przypadłości, lekko nie jest, wiedza jednak wagę swoją ma.
Chodnik szeroki na falangę, a co najmniej osiem osób z tobołami jak nasze. Pusty, żeby nie było, prawie. I leci taki wypłosz z naprzeciwka. I jak nie trzaśnie w Kudłatą, która akurat szła obok mnie i grzebała w torbie! I słyszę, po angielsku: patrz na drogę!! Odwróciłam się i luz. No mogła patrzeć, ale z drugiej strony widział, że nie patrzy i mógł przejść obok. Gość odszedł na jakąś odległość i usłyszałam soczyste: stupid bitch!!!! Zrobiłam obrót o 180 stopni, z wypełnioną do połowy butelką, zważyłam ją w ręku, ale buraczysko przyspieszyło, widząc co się święci, a mnie się jakoś odechciało rzucać. A taką miałam ochotę! Wierzcie mi, Krokodyl Dundee w wersji polskiej! Kurka, żal mi było picia, bo to Młodego było. A jakbym trafiła, a prawdopodobieństwo było 99,9%, gość miałby się z pyszna. W końcu grałam osiem lat w piłkę ręczną, więc rzut mam nie dość, że celny to jeszcze mocny, nie chwaląc się. Zmieliłam co myślę, gość zwiał, spojrzałam w bok, a tam rowerzysta patrzy na mnie z adekwatną miną i mówi: "kurna, gdyby nie rower sam bym to zrobił. Co za frajer!!!"
Młoda otrząsnęła się z szoku, bo wszystko trwało może minutę. Młody dopytywał co pan powiedział.
Ależ żałuję, że buraka nie nauczyłam kultury!!


Na dziś:
Renata Przemyk & Kasia Nosowska - Kochana


[31] Ile można?

Można dużo. I długo. Namiętnie i z nienawiścią. Ekstatycznie. Marudząc. Klnąc. Śmiejąc się. Zastanawiając się, skąd to wszystko?
Sprzątać można. Do wypęku.
No i ja sprzątam jak wyżej. Znaczy przywiozłam ten cały bajzel tutaj, bo nie dość, że przeprowadzka była znienacka, to jeszcze nie miałam serca uporządkować wszystkiego przed. Tak, wiedziałam. Tak, mogłam. I co z tego.
No i właśnie zaczęłam to robić, bo wymówki już nie ma. Znalazłaby się jedna, że regał nie wisi nad biurkiem. Ale bez przesady. Wcale bym go nie wieszała, ale ma takie fajne oświetlenie, które akurat do biurka mi pasuje. Zresztą po to właśnie powstało.
To teraz przewalając miliony przydatnych drobiazgów, potrzebnych niesamowicie, zastanawiam się skąd wezmę faceta z wiertarką, bo takiego urządzenia nie posiadam osobiście, mimo, że umiem się posłużyć. Mam mniejsze, ale do ścian się nie nadaje.
Nic to, uśmiechnę się do jakiegoś sąsiada. A co mi tam. Kupię tylko kołki rozporowe, bo śruby mam.
Kurczę, nawet nie wiecie jak mi łyso bez własnych narzędzi!
Nic odkręcić, dokręcić, skręcić, rozkręcić, odkręcić. Nie mam piłki. Nie mam wiertarki. Lutownicy nie mam. Nawet próbnika nie mam.
Ale mam młotek i gwoździe. I pojemnik na narzędzia. Tak więc wiadomo co kupię niebawem. Wkrętaki płaskie, gwiazdki i krzyżowe, imbusy, próbnik. Brzeszczocik z ramą. Kombinerki obowiązkowo.
Ot, takie podręczne kobiece narzędzia.
No co, do dzisiaj pamiętam jak ojciec wysłał mnie do dziadka na drugi koniec miasta, a byłam niewiele starsza od Młodego, po kulki do suportu. I nic nie poradzę, że z dziewczęcych zabaw uwielbiałam przesiadywanie w warsztacie dziadka, w którym pachniało smarem, benzyną, drewnem i motorami, które naprawiał.
Podaj ósemkę!

Na dziś:
Fatum - Mania szybkości
Płytę Fatum kupiłam sobie właśnie tutaj, w mieście w którym teraz mieszkam.
Czułam ten pęd powietrza....






środa, 29 sierpnia 2012

[30] Regał, komputer i geny.

Roznosi mnie energia. Znaczy teraz oklapłam trochę i myślę o wędrówce do "łóżka", ale to za chwilę.
Dzień miał być atrakcyjny pod względem wycieczek i był. Co prawda zrezygnowałam ze złożenia papierów w miejscu oddalonym od domu o lata świetlne, bo nie dość, że wychodziłabym z domu o świcie, to na dojazdy straciłabym pół życia i pół pensji z pół etatu, ale wycieczki były mimo to. Pomijam zwiedzanie placów zabaw, bo to norma, sklep też, bo co to za atrakcja mleko i rzodkiewka. Za to odbyłam podróż nagłą i owocną. Mam dzięki temu regał i biurko.
Regał pokochałam ja, pokochała Kudłata i Młody także. Zwyczajny regał, żadna atrakcja, ale pomieścił prawie wszystkie nasze książki. Prawie, bo mam jeszcze stertę na innym regale, kucharskie musiały siłą rzeczy znaleźć miejsce w kuchni,  na jednej półce mam pokaźny zbiorek pozycji wydawniczych pod tytułem zrób to sama. Plus wszystkie inne, które odkrywamy z Kudłatą rozpakowując resztki mienia. Śmiechu jest co niemiara.
Tak patrzę i regał jest cudny. I atrakcyjny.
Chciałam zająć się biurkiem, bo ono moje, ale już dzisiaj odpuściłam. Potrafię być wredna, ale odpuszczę sąsiadom zakłócanie miru po 22. Taka nie jestem i szanuję ciszę nocną. Ale jutro, jak ruszę rano, to wszystko będzie na szóstkę. Z plusem. Takie poukładane, rozmieszczone. Będę się napawać porządkiem. Chwilkę, niestety.
Uruchomiłam stacjonarny komputer, ale chyba coś nie halo się zrobiło. Na ten przykład mam wszystkie polskie znaki, oprócz ć. Klawisze działają, więc czyszczenie klawiatury nie zaszkodziło. A, i stał się mój staruszek niemową. Nie wydaje z siebie żadnego dźwięku, szumu wentylatorków nie liczę. No i trochę muli.
A chciałabym, żeby żył. Potrzebny mi. Odzwyczaiłam się trochę, to prawda, myszka to takie dziwne urządzenie, a klawiatura klika jakoś tak z hukiem. Tak jak kiedyś nie znosiłam laptopów, tak od kiedy mam swojego cudaka, stacjonarny mi jakoś mniej leży. No ale moc przerobową ma większą, więc muszę go reaktywować.
I tyle.
A nie. Jeszcze jedno. Jedno z moich dzieci nie ma za grosz poczucia rytmu i umiejętności wokalnych. I nie po mnie to. Bo może i nie śpiewam, ale jakby co ton trzymam. A i wyczucie rytmu mam świetne.
Za to drugie, w kolejności też, ma i głos, i odwagę (wiem, małe to jeszcze i na krytykę nie wrażliwe) śpiewać publicznie.
W repertuarze ma:
- Papa Roach - Last Resort. (Dwa pierwsze wersy, bo tyle zdążył się nauczyć, kiedy ktoś dzwonił do Kudłatej, za szybko odbierała telefon)
I na tym bym poprzestała, ale doszło coś jeszcze. I od rana dzisiaj słyszałam Ramsteina - America.
Po którymś razie odśpiewanym publicznie, dałam mu kilka sygnałów. Przyłożenie palca do ust poskutkowało tylko tym, że zaczął śpiewać ...ciszej.
Kiedy zwróciłam mu uwagę, że ciągle powtarzany wers: We are living in America, może się znudzić, zmienił repertuar.
Następny usłyszany utwór to Czarny chleb i czarna kawa. Strachy na Lachy.

Dodam dla wyjaśnienia, że ja w jego wieku śpiewałam spolszczoną wersję House of the rising sun,czyli W więziennym szpitalu...
Geny?



Na dziś:
Kolaboranci - Strażnicy moralności
Utwór, który zapadł mi w pamięć. Był jednym z kilku, które miałam na własnej składance. Następował zaraz po Proletariacie - Dlaczego ja.




poniedziałek, 27 sierpnia 2012

[29] Pasje. Część 2. Książki

Czytam dużo. Wykorzystuję każdą chwilę. Dwa przystanki autobusem, chwilę przed snem, czasem cały wieczór. Albo dzień.
Co czytam? Ostatnio zaczytuję się w Dukaju. To fantastyka. Kolega z pobłażaniem powiedział, że trudna. Ja się trudów nie boję i zakochałam się. Zresztą, przypomniałam sobie, że jako szczeniak z podstawówki kupowałam sobie Małą Fantastykę w kiosku. I uwielbiałam czytać.
A moje czytanie zaczęło się od Gałczyńskiego. Tak tak. Od niego właśnie.
W ogóle czytać i pisać nauczyłam się sama, jak miałam 5 lat. Sama to może przesada, bo męczyłam wszystkich o wyjaśnienia i literki. Ciocię, babcię, dziadka.
Babcia zniosła mi ze strychu zeszyty swoich dzieci, gdzie podziwiałam atramentowe, piękne pismo i zapragnęłam odczytać co tam jest napisane. No i tak się zaczęło. Powyrywałam wszystkie czyste kartki. Wydębiłam od dziadka ołówek kopiowy (uwielbiałam ten ołówek lizać). Zagospodarowałam taboret, mały zydelek, lampkę dziadka i tak siedziałam. Z tyłu w telewizorze, czarno-biało leciało Daj mi nogę, daj mi nogę..
A ja się zaparłam. I tak koło gwiazdki umiałam już czytać. Pierwszy pięknie wykaligrafowany zeszyt to była chemia (którą zresztą potem pokochałam równie mocno jak książki, ale moja kariera została zniszczona przez moją matkę). Dostałam wtedy książkę Na kołysce kogut złoty Gałczyńskiego i zakochałam się w jego poezji. Do dzisiaj to trwa.
Do zerówki w szkole, bo się uparłam, że do przedszkola chodzić nie będę, a już zupełnie nie wyobrażałam sobie dalej mieszkać z dziadkami, bo rodzice mieszkali gdzie indziej, poszłam umiejąc czytać, pisać, liczyć. Pamiętam rozmowę z moją matką, kiedy nauczycielka powiedziała, że ona to by mnie przeniosła do drugiej klasy nawet, ale moja matka, że nie. Nudziłam się więc przez trzy lata. W pierwszej klasie moja matka najadła się wstydu. Bo pani czytała nam czytankę z podręcznika i ją poprawiłam. No co, pomyliła się!
Do biblioteki miejskiej zapisana byłam jeszcze przed szkołą. Podchody były niesamowite, bo nie chciały mnie tam panie. Ale udało się. I oczywiście znudziły mnie szybko elemelki i inne kajtusie. Olałam więc bibliotekę, bo panie nie pozwalały mi zachodzić do działu młodzieżowego.
I stała się straszna rzecz. Dostałam UPOMNIENIE. Mama mnie zrąbała, kazała mi przeczytać nudną książkę i oddać. Zrobiłam co trzeba i tym razem ja się najadłam wstydu.
Ale znalazłam sposób na Cerbera i zaczęłam ukrywać się w dziale młodzieżowym. Tam znalazłam pierwszą Chmielewską, którą czytałam między regałami. Potem już pani pozwoliła mi oficjalnie tam chodzić i wypożyczać.
Biblioteka stała się dla mnie miejscem ucieczki z domu. Uciekałam, żeby mieć spokój.
Czytam ciągle. Ciągle coś mnie nęci. Ciągle jestem głodna ucieczki w inny świat. Uwielbiam zagłębianie się w przygody bohaterów.
Mam jednak jedną "wadę".
Nie lubię sięgać po bestsellery. Trochę to się zmienia. Ale taka pozycja z topu musi poczekać. Oswajam ją, albo musi przebrzmieć w reklamie. I musi minąć na nią szał.
Są wyjątki. Mam kumpla z liceum, któremu bezwzględnie ufam muzycznie i czytelniczo. Do dzisiaj podrzuca mi dziesiątki książek. Mam całą stertę do przeczytania.




Na dziś:
Izrael - Rastaman nie kłamie


niedziela, 26 sierpnia 2012

[28] Wniosek

Teraz nie będzie o innych postach, u innych. Chociaż po części tak.
Ostatnio, gdzie nie kliknę, znajduję tam lusterko. Znaczy, czytam blog, pisany świetną ręką, wesoły, ciekawy. I zwykle tak mam, że jak coś wpadnie w rezonans z moimi myślami, czytam od początku.
Czytam i w pewnym momencie zaczynam wyczytywać SWOJE uczucia, SWOJE myśli, SWOJE emocje, SWOJE wątpliwości. Tak jakbym czytała o sobie. Kiedy dochodzę do miejsca w którym ktoś pisze o związku, że zaczyna znikać, tracić swoją indywidualność, plany, marzenia, pasje, to chce mi się zwyczajnie wyć. Chciałabym napisać komentarz: ratuj się!, ale w porę zerkam na datę i okazuje się, że to 2009, 2007, 2010...
Czyli, że moje problemy to norma? Nie tylko mi się tak przytrafiło? Dlaczego?
Dlaczego faceci tracą możliwość rozumienia, rozmawiania, wspierania? Dlaczego zaczynają walczyć z kobietą i jej cechami charakteru, które najpierw wysławiali pod niebiosa?
Nigdy tego nie zrozumiem. Nie wiem co musi się stać, żeby mąż, po kilku latach "stażu", tak to brzydko nazwę, zaczął znów być z kobietą, którą przecież kochał i przysięgał. Mówiąc być mam na myśli rozmawiać, wspierać, być razem we wszystkim, co dotyczy związku.
Ale tak często nie jest. Przychodzi kryzys, potem kolejny, potem przetacza się lawina, i tylko nieliczni mają to szczęście, że wychodzą z tego cało. A może liczni, a tylko ja tak trafiam.. Może też po prostu nie wiemy jak to jest za drzwiami innych.
I nie jest tak, że kobieta traci kontakt z rzeczywistością, przestaje zajmować się domem, rodziną, mężem. Tylko ma odwagę powiedzieć co jej na sercu leży, w duszy gra i czego by chciała. Ileż ja przeprowadziłam monologów, na które żadnego odzewu nie było. Monologów, bo dyskusja nigdy nie została podjęta. Ile razy próbowałam dowiedzieć się o co chodzi, ale słyszałam tylko: domyśl się. Ile wykonałam gestów, po których czułam się jak zbity pies.  Aż w końcu i ja zaczęłam milczeć, po to, by w końcu podnieść głowę.
Mam wrażenie, że kiedy kobieta zaczyna na nowo szukać siebie, bo w większości przypadków, o których piszę tak właśnie jest, i w moim tak było, kiedy zaczyna rozumieć swoje potrzeby i dążyć do zaspokajania ich, facetom nagle wali się świat na głowę. Przy tym chyba uszkadza mózgi co niektórym, bo zamiast myśleć logicznie i porozmawiać, zaczynają mieć permanentnego focha, milczą i zachowują się jak dzieciaki. To jeszcze nic, bo gorzej, kiedy nie akceptują tego zupełnie zaczynają robić rzeczy, których odkręcić nie da się w żaden sposób.
Nie ma już miejsca na rozmowę, na zainteresowanie, na czułość.
Przykre to, ale niestety tak jest. I czasem, czasem sypie się bardziej, tak, że nie ma już czego odbudowywać.


Na dziś:
Linkin Park - Numb


piątek, 24 sierpnia 2012

[27] Pranie

Ile razy robiliście pranie?
Pytanie retoryczne, bo kto to liczy. Ja na ten przykład nie. Ale właściwie nie o ilość mi chodzi, a o nerwy.
Nieskończone ilości razy wydzierałam się, tłumaczyłam i w końcu sama sprawdzałam kieszenie Kudłatej i reszty domowników.
Bo nie dość, że można się obłowić (Kudłata zawsze zostawia w kieszeniach monety), to można dostać zawału z białą gorączką i wścieklizną. Bo oprócz monet są też chusteczki higieniczne (nie wiem dlaczego, zawsze jak piszę, bądź czytam to zestawienie - chusteczki higieniczne, mam przed oczami huśtawkę z mojego podwórka. Pewnie zastosowałam, ucząc się ortografii w podstawówce, metodę zapamiętywania o której wszędzie trąbią, a za którą grubą kasę płacić trzeba, metodę skojarzeń. Ciekawy przypadek, choć chyba mało drastyczny - chusteczki higieniczne na huśtawce). Które jak wiadomo lubią się bardzo rozwarstwiać i wypływać w postaci trudnej do usunięcia, szczególnie kiedy pierzemy rzeczy czarne i czepliwe. Bo o ile z dżinsów strzepnę to badziewie, to już z takiej czarnej koszuli ciężko, bo mam mnóstwo kłaczków.
Są też czasem kapsle od piwa, kamyczki, patyczki, naklejki, rachunki , metki, śrubeczki i inne skarby mojego syna. O ile kasę Kudłatej mogę niezauważalnie zwinąć, o tyle skarby Młodego muszę zawsze skonsultować, ponieważ pamięć to diabelskie dziecko ma idealną jak mamunia. I w najmniej oczekiwanym momencie, najpewniej przy układaniu ubrań w szafie, bądź zakładaniu ich ponownie wypala: a gdzie kapsle/kamyczki/patyczki/naklejki/rachunki/metki/śrubeczki/inne skarby??!!
Nic to. Sprawdzam te kieszenie namiętnie Nie chcąc kłamać, zabezpieczam więc skarby, albo zanim wypiorę uzgadniam co do śmieci, co nie.
Zazwyczaj nigdy nic do śmieci nie idzie.
Ale zdarzają się wpadki. Szczególnie jak JESTEM PEWNA, że nic w kieszeni nie zostawiłam.
I tak od roku szukałam słuchawek. Zwaliłam na wszystko. Jedną przeprowadzkę, która trwała przez rok, bo się nie rozpakowałam do końca, drugą przeprowadzkę, Kudłatą, która niezliczone ilości swoich i nie swoich słuchawek rozwaliła w ciągu tego jednego roku. Oraz na niewinne skrzaty, które najpierw ukradły rajtuzy młodego, potem mój fartuch, prześcieradło i ileś tam skarpet Kudłatej. O ile wszystko znalazło się przy ostatniej przeprowadzce, o tyle słuchawki zaginęły w akcji.
No i dzisiaj. Od rana pada deszcz. A że trzeba było coś zjeść, poszłam do sklepu. Żeby nie zmoknąć założyłam kurtkę. Szczęśliwa, że moknę tylko połowicznie obeszłam pół osiedla i na ostatnim etapie włożyłam rękę do kieszeni. Wyjęłam słuchawki. Wyprane. I chusteczkę. Wypraną, bo charakterystycznie zwiniętą. Musiałam mieć durnowatą minę, bo pani mi się przyglądała oczekując na dalsze polecenia.
Ale co ciekawe, wyprana elektronika działa! Tak jak wyprany 16GB pendrive :D

Na dziś:
30 seconds to Mars - Stronger



czwartek, 23 sierpnia 2012

[26] Ciało i dusza

Dzisiaj popchnę kijem temat, który od dawna mnie gniecie.
W ogóle to skaczę po Waszych blogach i jestem jak dziecko w sklepie z zabawkami. To chcę, tamto! To też, o tym napiszę!
A że nic nie jest dziełem przypadku, tylko tak musi być, przeczytałam u Tygrysa post pod tytułem: "Kult ciała".
Najpierw jaka jest moja postawa.
Chcę być lżejsza i szczuplejsza, więc ćwiczę, zmieniłam kilka rzeczy w swojej diecie (tu nadmienię, że dieta to ogólnie sposób odżywiania, a nie ograniczenia na dwa tygodnie, po których mam wyglądać jak gwiazda) i uczę się systematyczności. Kiedyś, nie tak dawno, zadziałało, więc zadziała i teraz. Cierpliwość przede wszystkim, wiem, że to potrwa. Wygląd? No cóż. Mam garbiątko na nosie, bo dostałam śnieżką ze specjalną przesyłką, od jakiegoś palanta z innej szkoły, i kto wie, czy nie był to wrzód! Prezentem był kamień. Lubię swojego garba i nawet gdybym miała fortunę, nie zmieniłabym go.
Osiwiałam, ale kto by nie osiwiał! Farbuję włosy, bo lubię, na czarno, a jakże, ale od jakiegoś czasu zastanawiam się po co.
Mam celulit, ale kto go nie ma z taką wagą! Tylko, co z tego? Celulitu nie mam na mózgu, ale na innych częściach ciała, więc mi nie przeszkadza w myśleniu.
Ubieram się na sportowo, wygodnie, nie znoszę wbijania się w ciuchy, które mi nie odpowiadają (post Devy o gestach i kompatybilności charakteru z ubiorem), dlatego nie zobaczycie mnie w garsonce i na obcasach. O rajstopach nie wspomnę nawet.
A teraz do rzeczy.
Obserwując swego czasu w komunikacji miejskiej i w mieście ludzi, zastanawiałam się jacy są.
Obserwowałam w szczególności starsze osoby, które hurtowo wsypywały się i wysypywały w okolicach targowisk. I niestety, najczęściej panie były ubrane na szaro/czarno/ciemno, bez żadnego polotu, tak, jakby nie wypadało. Zwykła spódnica, bez fasonu,  bluzka, kurtka, czapka, płaszcz i buty. Szara masa. Do tego bardzo nieżyczliwa twarz. Burczenie. I pretensje do świata o wszystko. To uogólnienie, ale to była przewaga.
I nagle, któregoś dnia, zobaczyłam zjawisko.
Pani około 70-80 lat. W kurtce w kratę, Jasne kolory, odcienie brązów, biel i czerń. Do tego świetny, czerwony kapelusz, czerwone rękawiczki i jasny parasol. Spodnie brązowe, buty zwyczajne, wszystko dobrane do siebie, ale nie żeby jakieś markowe.
I ten szeroki, jasny, promieniujący na pół tramwaju uśmiech.
Pani miała zmarszczki. Była chuda i lekko przygarbiona. Musiałam mocno się przyjrzeć i patrzeć inaczej na nią, żeby to zauważyć.  Ale weszła do tramwaju i świat się zatrzymał. Do dzisiaj widzę, jak pani uśmiecha się do wszystkich, jak siada, przekłada parasol. A deszcz za oknem znika.
Postanowiłam sobie, że nigdy w życiu nie sprzeciwię się swojemu wizerunkowi. Bo kiedy ja będę ze sobą szczęśliwa, to i innym się udzieli.
Często słyszę od koleżanek Kudłatej: ale masz fajną mamę, ale ci zazdroszczę i dostaję od nich pozdrowienia. Kiedyś Kudłata była zbuntowana na to, ale dzisiaj już docenia. I chwali się mną.
Nie będę nigdy dążyła do wizerunku jaki leje się na nas z tv, gazet, artykułów w necie. Nie, bo jestem sobą. Urodziłam się taka, i taka umrę. A to jak mnie zapamiętają zależy tylko od stanu mojego ducha.
W książce o Kopciuszku, Jeremiego Przybory, którą czytam młodemu co jakiś czas, jest zdanie, które jak nic pasuje do tematu: "Były to brzydkie dziewczyny. Mogłyby być ładne, gdyby nie złe serca i paskudne charaktery. Zło wypełzło z ich serc na buzie. Nadało nosom kształt kartofli, zmniejszyło oczy i uczyniło ich spojrzenie złośliwym, a usta wykrzywiło w grymas nienawiści."
Oby nigdy nie dane mi było stać się Paskudą. Z serca i duszy.

Na dziś:
Lenny Kravitz - I belong to you


środa, 22 sierpnia 2012

[25] Walczę

Nie nie, dzisiaj spokojnie. Znaczy niespokojnie, bo przeklinam od rana. Siarczyście, soczyście i naprawdę brzydko. Z przerwami na uśmiech, bo aż taka zła kobieta to nie jestem.
Dzień zaczął się zwyczajnie. Ciężko było zwlec się z wyra. Ale cóż. Telefon za telefonem. Pierwszy pozytywny. Drugi niestety nie. I od niego zaczęło się brzydkomówienie. Dzwoniła Kudłata. Tatuś się przypierniczył i zrobił jej jazdę. Zaczęło się niewinnie, jak zwykle, bo chciała soku, który był młodego. Nawrzeszczał na nią, że jest chamska, ma swoje picie, a on już tyyyyyyyle kasy na nią wydał. Między innymi oczywiście, bo tyrada trwała dobre pół godziny, a Kudłata wyszła z mieszkania, zadzwoniła i rozkleiła się zupełnie. Jak ja chciałam ją przytulić!!!!
Czy ktoś pomoże mi zrozumieć tego człowieka i to co on robi?
Następnym razem dostanie prowiant na wyjazd do niego. Będę chamska i wredna.
Ale potem zadzwonił komornik. Tak się ucieszyłam z tego telefonu, że sobie nie wyobrażacie. Pewnie za tym pójdzie bardzo zły stosunek wrzoda do mnie, ale cóż. Że tak powiem, mam to gdzieś.
A potem już było z górki... W szkole załatwiłam Kudłatej grupę angielską zaawansowaną. Byłam u psiapsiółki na mleku z kawą, bo samej kawy to ja nie lubię. Pośmiałam się. Pogadałam z drugą kumpelą i jutro mam wychodne. Wypisałam siostrzenicę z przychodni, bo siedzi na tej północy nieświadoma, że polskie pielęgniarki ją ścigają, mimo, że jej mama, moja Sis, zgłaszała wyjazd. Pogadałam z mamą.
I pod górkę...Bo wyciągnęłam maszynę do szycia. To moje wyzwanie. Postanowiłam, że BĘDĘ szyć. No i miałam coś do zszycia. Płótno, materiały nieśliskie - rewelacja. Jakbym się z maszyną urodziła..
Ale wzięłam do ręki organzę. Jakby ktoś nie wiedział, to to takie przezroczyste, śliskie, błyszczące...
Muszę to. Bo to całe sedno. Bo ...tak. No i zaczęło się od nowa.....
Klnę, pruję, szyję, klnę, szyję, klnę, rzucam, klnę, piję herbatę, zerkam, klnę....
Ale postanowiłam co następuje:
- nie poddam się
- uszyję
- będzie piękne
- ...piiiiiiiiiiiiii.....

Walczę z maszyną sama, bo moja matka kiedyś powiedziała: i tak nic z tego nie będzie, nie nauczysz się szyć.
Po czym wyszła z pokoju, a ja uszyłam sobie dżinsową torbę. Nie ma rzeczy niemożliwych.
Potem zabroniła mi ruszać maszynę, bo igły szkoda, a ciężkie czasy i nowych nie ma, bo zepsuję, rozreguluję, i pewnie bo nie daj boże nauczę się szyć... To było gdzieś w okolicy ósmej klasy podstawówki.
Jakiś czas temu kupiłam sobie swoją.

Na osłodę wyszperałam kilka utworów zespołu, do którego mam sentyment ogromny. Swego czasu Blackout znałam na pamięć, potem i inne płyty. Kiedy grali na lotnisku w Krakowie - Pobiedniku w 2000 roku, byłam jedną z tych szacunkowych 700-800 tysięcy osób, które przyjechały tam z całej Polski, żeby ich posłuchać i zobaczyć.
Tak naprawdę chciałam sprawdzić, czy drgnie serce, kiedy usłyszę tak bardzo kojarzące mi się z różnymi wydarzeniami utwory.
Drgnęło, z miłości do muzyki i głosu Klausa Meine.

Na dziś:
Scorpions - Rythm of love






wtorek, 21 sierpnia 2012

[24] DDA

Czas najwyższy to powiedzieć. Tak, jestem DDA. Dorosłym Dzieckiem Alkoholika. I DDD. Dorosłym Dzieckiem z rodziny Dysfunkcyjnej. Choć pewnie jedno z drugiego wypływa, to jednak DDA odnoszę do ojca, a DDD do matki. Czy prawidłowo, dowiem się pewnie za jakiś czas. Mimo, że bardzo dużo zrobiłam już ze sobą i swoim życiem, przerobiłam problemy i umiem to nazwać, to jednak potrzebuję fachowca.
Szukam. Terapii. Pomocy. Siebie. Kogoś, kto zada odpowiednie pytania, na które odpowiem, albo pokieruje rozmową tak, żeby wydobyć wszystko na światło dzienne.
Miałam napisać zupełnie o czym innym. Z tym, że kiedy zaczęłam drążyć, czytać i szukać wyszło, że wszystko o czym chciałam napisać, to efekt DDA i DDD.
I tak pierwsza część postu była o tym:
Często zastanawiam się nad tym, czy nie za prostej muzyki słucham, czytam za mało skomplikowane książki, mam za mało odjechane pasje. Patrzę na niektórych ludzi i zastanawiam się, czy jak powiem, że lubię, pomiędzy innymi gatunkami, pudel - rock, czasem słucham popu i z jazzu to kocham smooth, to nie wyjdę na ignorantkę. A jak przyznam się, że pasjami czytam skandynawskie kryminały i uwielbiam Chmielewską, wszystkie przygody Tomka - Szklarskiego i jedyny serial, który mogę oglądać non stop to Stawka większa niż życie, to czy nie pomyślą, że nie można ze mną pogadać o uczuciach, przekonaniach i wielkim świecie.
Poszukuję potwierdzenia i uznania mojej wartości. I za każdym razem boję się, że może jednak nie mam czym się pochwalić. Że tak naprawdę nie reprezentuję sobą nic, bo nie zacytuję Freuda ani nie wypowiem się krytycznie o kinie niezależnym. Czytuję też i inne książki. Słucham innej muzyki. Nie powiem, że dobrej, bo to pojęcie względne dla każdego.

Potem napisałam o tym

Staram się szanować innych. Mogę się nie zgadzać i mam prawo wyrazić swoją opinię, ale nie muszę nikomu jej narzucać.
Kiedy jedna z przyjaciółek spodziewała się dziecka, zapytała mnie o to co warto kupić, mieć, jak postępować w różnych przypadkach. Napisałam do niej list z nagłówkiem, że to są moje doświadczenia, ale sądzę, że ona powinna robić wszystko tak,  jak ona uważa za stosowne. I odpowiedziałam na jej pytania. Wtedy bardzo mi dziękowała, chwaliła, że nie narzucam jej swoich doświadczeń i że napisałam to zabawnie i rzeczowo.

Zawsze staram się nie narzucać swojego zdania. wycofuję się wręcz czasem, kiedy ktoś jest silniejszy w argumentach. Może to błąd, że nie walczę o swoje. Nie rozpycham się łokciami i nie wprowadzam swojej prawdy mieczem, ogniem i torturami.
Ale zauważyłam, że zaczynam walczyć. Najpierw walczyłam ze sobą o możliwość posiadania własnego zdania, potem o to samo w związku. Nigdy przyzwolenia w tym drugim nie dostałam. Ale nieśmiało zaczynam też walczyć o swoje zdanie wśród ludzi. Zwykle przytakiwałam i już. Gryzłam się później, że przecież myślę, mam swoje poglądy, więc dlaczego ich nie wyrażę?
I z tą przyjaciółką miałam ostatnio wymianę zdań.

Staram się patrzeć na ludzi jak na ludzi. Całość. Z czego powierzchowność to najmniej ważna sprawa. I polubiłam jedną z takich osób na facebook'u. Osoba znana, modelka, ale ostatnio nie ma dobrej prasy. Tak to ujmę. Potknęła się na jednym z życiowych zakrętów. Pokutuje do dziś. Ostatnio trochę zmieszana z błotem. I czasem pod sesjami, które wstawia, piszę: super zdjęcia. Lubię, kiedy się Pani uśmiecha. Pod jednym z wywiadów napisałam: mądre i prawdziwe.
I tu zaczyna się sprawa, która mnie bardzo wkurzyła. Moja przyjaciółka, ta od listu, która już kilkukrotnie mi podpadła narzucając nachalnie swoje zdanie, napisała mi w te słowa: 
Nie lubię jej. Jest fałszywa i wcale nie jest tak jak piszesz. Zasłania się dziećmi i udaje niewiniątko. Rzygam na jej widok. 
Poleciłam jej wyłączenie moich powiadomień, bo nie obchodzi mnie, że jej się nie podoba moje zdanie. Bo ja jej nie każę lubić tego i tych co ja. Dyskusja trwałaby jeszcze, ale ucięłam ją szybko.
Po raz kolejny ktoś nie zgadzał się z moim zdaniem i zaatakował mnie.

Poczułam się kolejny raz jakby ktoś mi wypluł w twarz, że jak śmiem mieć swoje zdanie. Ona nie chce i już. Zagotowałam się, ale za chwilkę dostałam odpowiedź, że ona nie chce się kłócić i tylko wyraziła swoje zdanie. W taki sposób? Dlaczego mam się na to godzić?

Z drugiej strony co pozwala ludziom oceniać myśli, wypowiedzi i uczucia innych ludzi? Dlaczego mówimy, że ktoś kłamie kiedy wyraża swoje uczucia? Dlaczego nie umiemy przyjąć do wiadomości, że ktoś może czuć, myśleć i wierzyć w co innego niż my?
A w szczególności, dlaczego inni nie potrafią dać mi takiego prawa?
Ja je sobie już dałam.

A terapeuty jak nie było, tak nie ma...
Szukajcie, aż znajdziecie :)

Na dziś:
Evanescence - Bring me to life













poniedziałek, 20 sierpnia 2012

[23] Przychodzi i odchodzi

Sinusoida. Albo huśtawka. Jak kto woli. Raz lepiej, raz gorzej.. Górka i dolina. Buja się. Niech się buja.
Dzisiaj poszłam i zaszalałam. Zrobiłam zakupy, wydałam całe 23 zł. Przywiozłam trzy wielkie torby ciuchów. Z 10 par spodni pasuje...jedna. Reszta ma rozmiar -10kg. Ale tak czy inaczej moja radość jest wielka. Bo założę je wszystkie za dwa miesiące. Będą jak znalazł. Poza tym mam kurtkę dla Kudłatej, bluzę polarową, około 10 bluzek i bluzeczek, sweter z wełny szenilowej, portki od piżam w kratę i plecaczek :D
Tak. To wszystko za te całe 23 zł. Wyglądałam jak nie powiem kto.
Niech mi ktoś powie, że zakupy nie poprawiają humoru.
Poza tym nabrałam ochoty do życia.
Poza tym przypomniałam sobie, niezależnie od komentarza Devy, że przecież sportowcy mają porządną postawę. Może wyczyn już mi nie grozi, ale przecież jestem pro sportowa. Co prawda wczoraj, zamiast wykonać ćwiczenie z zestawu, wcale nie trudne!, leżałam na macie jednocześnie przerażona własną kondycją i nie mogłam ze śmiechu wytrzymać. Śmiech uruchamia 80 mięśni, więc niech będzie w zamian.
Wiem, że to takie wpadanie ze skrajności w skrajność, ale wiem też, że kiedyś wszystko się ustabilizuje.
Pracuję nad tym.

Na dziś:
Kiss - God gave rock'n'roll to you
Z tego co pamiętam, to był pierwszy teledysk, w którym panowie pokazali się bez makijażu.




niedziela, 19 sierpnia 2012

[22] Rozpacz

Co zrobić z nierealnymi marzeniami? Nierealnymi, bo żeby je zrealizować trzeba ruszyć z miejsca.
A może przez to właśnie nie umiem wyrwać się z błędnego koła? Że nie mogę zrobić kroku do przodu.
Co zrobić jeśli każdy zna mnie jako optymistkę, dla której zawsze świeci słońce, nawet w najgorszą ulewę i zamieć? Co zrobić, kiedy nie umiem już schować się za uśmiech i jest to co najwyżej grymas zażenowania? Co zrobić kiedy wiem, że czas przecieka mi przez palce, a ja nie umiem zmusić się do działania? Co mam zrobić, kiedy wymaga się ode mnie racjonalnego stania na ziemi, a ja chciałabym rozkleić się i wykrzyczeć cały swój ból? Bo nie zrobiłam tego od roku. Bo zbierało się przez długi czas, wiele lat, a nic nie daje ulgi. Jestem z tym sama. I wiem, że sama muszę dać sobie z tym radę. I wiem, że nie potrafię płakać. I wiem, że trudno będzie cokolwiek zrobić.
Muszę ruszyć z miejsca.
Stagnacja mnie zabija.
Rozczarowuję siebie na każdym kroku.
I nie ważne, że za chwilę będę śmiać się do rozpuku. Nie ważne, że za chwilę będę powtarzać, że we wszystkim są plusy. Nie ważne, że mam chwilami dosyć. I że nic nie jest w stanie mnie podnieść z klęczek, kiedy zwijam się z bólu emocjonalnego. Co z tego, że podniosę twarz i będę się uśmiechać i wygłupiać.
Nie umiem rozmawiać o tym co boli. Mam pustkę w głowie, kiedy słyszę proste pytanie. Nie wiem jak mam zareagować, uśmiecham się tylko i znajduję temat zastępczy. Wstydzę się swojej niemocy. Tego, że nie umiem sobie poradzić sama ze sobą. Dla innych mam milion rad. Każdemu służę pomocą. Sobie pomóc nie potrafię. Mimo, że mam świadomość tego co się dzieje.

Czasem dopada mnie taki stan. Czuję się wtedy jak w wirówce. Chcę się zatrzymać i nie potrafię. Albo może chcę ruszyć z miejsca a nie umiem. Uciekam wtedy w siebie. Staję w punkcie, w którym jest już tylko przepaść.
Całe szczęście - wracam na czas.

[21] Uciekam

Przed sobą. Czuję, że zapętliłam się. Że zamiast iść do przodu kręcę się w kółko. Ogarnia mnie niemoc, której nie umiem przezwyciężyć. Wiem w czym rzecz, ale ołów zalewa ręce i nogi. Nie mogę się ruszyć.Nie mogę niczego zrobić. Boję się? Tylko czego? Chyba łez. I chyba głupich myśli.
Zauważyłam, już kiedyś dawniej, ale nie zdawałam sobie sprawy z tego co czuję, że mam pewne etapy słuchania muzyki. Teraz już umiem je nazwać. Eforia - kiedy łapczywie łapię każde słowo i nutę, miłość - kiedy cała jest dla mnie, tęsknota - kiedy jej nie słyszę i dołowanie - kiedy przesyt sprawia, że muszę włączyć, ale nie mam z tego żadnej przyjemności. Zupełnie jak z miłością. Wybucha i gaśnie. Może nie tak szybko, ale jednak. O ile muzyki mogę tylko słuchać i wracać do niej kiedy mam ochotę, o tyle z człowiekiem łączy więcej i dzieli więcej.
Chociaż czy ja wiem? Człowieka poznaje się dłużej niż ukochane dźwięki. Dłużej smakuje się uczucie. Jest takie nieprzewidywalne. Muzykę lubi się lub nie, kocha lub nienawidzi. Dźwięki podnoszą ciśnienie pozytywnie, albo całkiem odwrotnie. Muzykę można odłożyć na lata i wrócić do niej kiedyś tam. Z człowiekiem jest inaczej. Muzyce mogę oddać duszę. Człowiekowi oddaję wszystko. Muzyka odwdzięcza się swym pięknem, człowiek rani.
Jestem na etapie dołowania. Słucham już w tym momencie z bólem. Ale nie umiem przestać. Nie umiem żyć bez muzyki, nawet tej, która rani.
A bez człowieka umiem. Człowieka odrzuciłam z ulgą. Odeszłam zanim dałam się zabić psychicznie.
Uciekam. Paradoksalnie. W muzykę.
Ale najpierw wycisk.


Na dziś:
Bracia - Jej portret
Uwielbiam oryginał. I uwielbiam tę wersję.


sobota, 18 sierpnia 2012

[20] Autodestrukcja

Ja dziś w nawiązaniu. Otóż tocząc wymianę zdań w komentarzach z Frau Be, wpadła mi do głowy myśl. A że już niejeden pomysł na post mi przepadł, bo zwyczajnie uciekło słowo, postanowiłam od razu napisać.
Inna sprawa, że nie wiem jak, ale poczynając od damskiej torebki doszłam do autodestrukcji, zahaczając pomiędzy harcerstwo, echolokację, progeniturę, kończąc (ale kto wie czy już) na autodestrukcji. Ot, od słowa do słowa, metodą wynikową wpadłam - a jakże!- na pomysł opisania swojej cechy, którą ja otrzymałam w genach i, niestety, przekazałam dalej.
Autodestrukcja.
Zaczynając od zderzania się ze wszystkim co na drodze, a nawet i daleko od trajektorii ruchu, po wypadki samochodowe.
O ile codzienność zostawia na mnie ślady, które goją się jakiś czas, o tyle wypadki samochodowe, o dziwo!,  nie zostawiły nic.
Tak więc najpierw o poruszaniu się per pedes. Czyli, wydawałoby się, bezpieczniej. I tu większość się myli! Chodząc robię sobie ogromną krzywdę. W postaci siniaków, guzów, zadrapań, zwichnięć. Jestem jak ofiara losu. Szufladę sobie otworzę, szafkę, położę coś i z prawie stuprocentową pewnością znajdzie się to coś na mojej drodze. Przykładem jest to, że od klamek mam zawsze posiniaczone ramiona. A przecież drzwi się otwiera, prawda? Albo może nie być drzwi nawet! Szeroki otwór wejściowy na dwa metry. Ale co to za problem! Jak się przygrzeje we framugę to też boli i zostawia ślad. Nie można czegoś takiego ominąć! Tak już mam i tyle. O ścinaniu zakrętów nawet nie wspominam, bo to samo przez się się rozumie.
To że potykam się na prostej drodze (nie powiem, ze gładkiej, bo gładkich u nas nie ma) to norma. Ale tu, powiedzmy, można to wyjaśnić naukowo. Nawet miałam dowody w postaci zdjęcia zrobionego przez panią neurolog. Neurolog! Która całościowo mnie potraktowała, szukając wyjaśnienia zupełnie innej przypadłości. Mam jedną nogę bardziej, znaczy ciut dłuższą, gdyż dysplazja stawów biodrowych mnie nie ominęła. Więc już to naukowo zostało udowodnione i tyle.
Co do wypadków samochodowych. Miałam dwa. W obu nic się nie stało, ale samochody do kasacji. W jednym dachowałam w miejscu, gdzie jest najwięcej wypadków śmiertelnych w mieście, w drugim wina nie była moja, ale na mnie się skupiło. W każdym razie w obu przypadkach pogotowie mnie olało, nikt mi nie zaświecił lampką w oczy, nie zbadał pulsu i nie zapytał nawet jak się czuję. Co najlepsze, za każdym razem byłam oazą spokoju.
I tak mam do dzisiaj. Czasem, przy bardziej bolesnym zderzeniu z rzeczywistością materialną zaklnę sobie soczyście, otrę łzę, która samoistnie się wyciśnie, bo boli i idę dalej. Na spotkanie z kolejnym siniakiem.

Na dziś:
Andrzej Zaucha - C'est la vie



piątek, 17 sierpnia 2012

[19] Pasje. Część 1. Muzyka

czasem łagodzi obyczaje. Chociaż mogłabym polemizować z tym poglądem.
Z ojcem nie po drodze nam było, choć, jak się po latach okazało, całkiem nam blisko. Może to ja umiem teraz to docenić. Wtedy, w latach 80/90 on nienawidził mojej muzyki, ja nienawidziłam jego.
Tuż przed jego śmiercią dowiedziałam się, że miał swój zespół, podobny do czwórki z Liverpoolu. Nawet gajery mieli takie same. A ojciec grał na: pianinie, gitarze, saksofonie i perkusji. Oczywiście nie jednocześnie.
W każdym razie po ojcu i po jego rodzinie odziedziczyłam, o dzięki wszystkim siłom sprawczym!, słuch i umiłowanie muzyki. A że miałam rodziców, którzy nie mieli ambicji katować dzieci nauką gry na pianinie (strasznie żałuję!), grać zatem wiruozersko nie potrafię. Jest jednak jedno małe ale. Zapewne znacie to z autopsji: szkoła podstawowa, pianino gdzieś blisko auli, bądź w klasie do muzyki i wszyscy chcą grać. Tako i ja grałam. Najpierw palcem, potem jak należy. Oczywiście tylko i wyłącznie ze słuchu. I tylko jakieś prościzny.
Potem nastąpiły czasy harcerstwa i zaczęłam wzdychać do gitary. Nawet nabyłam taką drogą odkupienia od kolegi. Rozlatywało się to, ale grać można było. Tu również grałam ze słuchu. Tyle,  ile miałam cierpliwości do ćwiczenia, tyle grałam . Ale grałam.
Śpiewałam tylko w chórze. Wtedy jeszcze odważałam się iść na przesłuchanie. Nawet wystąpiłam w konkursie piosenki radzieckiej lokalnie. Było nas dziewięć i śpiewałyśmy piękną pieśń. Nie nabijam się. Wspominam z łezką w oku.
Dzisiaj idąc ulicą i słuchając muzyki w słuchawkach, robię różne dziwne rzeczy, żeby tylko się nie zapomnieć i nie zacząć śpiewać. Zwykle żuję gumę. Stąd guma w mojej torebce. A jeśli nie mam, bo się skończyła, to zapierniczam biegiem do pierdonki, bądź pierwszego miejsca gdzie można nabyć takową. Dzisiaj tak leciałam. Mieląc głos w zębach, żeby tylko nie zaśpiewać razem z młodym Cugowskim.. Pomaga też głębokie oddychanie, bądź kasłanie, co czynię w środkach komunikacji miejskiej. Chociaż ludzie czasem dziwnie na mnie patrzą..
Potem moje drogi miłości muzycznej poprowadziły mnie do Rozgłośni Harcerskiej, czwórki i trójki.  To były czasy alternatywy, punkrocka, rocka, metalu, bluesa. O radiu polskim mowa. Na czwórce nagrywałam całe płyty. Na trójce zdobywałam edukację muzyczną. Słuchałam Beksińskiego i Rogowieckiego. Do dzisiaj słucham trójki.
Moje gusta muzyczne poszerzyły się o jazz. Z mocnym naciskiem o poszerzyły. Niczego nie brakuje. Myślę, że to przyszło wraz z dojrzałością.
Kudłata słucha ze mną. Nie walczę z nią tak, jak walczył mój ojciec. Słuchamy prawie tego samego, bo ja nie trawię polskiego hip-hopu, a ona jazzu.
Mam kilka marzeń związanych z muzyką.
- chciałabym zagrać na gitarze elektrycznej
- chciałabym zagrać na saksofonie
- chciałabym zaśpiewać, może nawet na karaoke, byle zaśpiewać, tak jak mi w duszy gra, ale nie umiem się odważyć
Kto wie. Może spełnię te swoje marzenia. Te i mnóstwo innych, o których napiszę w innym poście.

Właśnie słucham listy na trójce.
Na teraz:
Artur Andrus (kocham tego pana) - Glanki i Pacyfki


[18] Sis

Tak na siebie mówimy. Ona młodsza ode mnie o prawie 10 lat. Dobra, 9 i pól, dla dokładności.
Miała się urodzić w dniu mojej I komunii. Wkurzało mnie to, od kiedy podczytałam mamie kartę od lekarza. Bo taka byłam, musiałam wszystko wiedzieć, przeczytać i zobaczyć. Nie było przede mną schowka w domu, gdzie można byłoby coś schować. Stąd też wiem, gdzie ojciec w stanie wojennym schował pistolet zanim poszedł na patrol. W tej mojej małej mieścinie i tak się wszyscy znali, a on powiedział, że nosić nie będzie.
Ale wracam do Sis.
Miała być chłopakiem. Bartek jej miało być i wszyscy już o tym wiedzieli. Niestety. Moje rozczarowanie sięgnęło zenitu, kiedy wrócili ze szpitala. A potem dali mi wózek i kazali iść na spacer.
Tak się zaczęła moja opieka nad Nią. Która później przerodziła się w matkowanie kiedy postarzałam się o rok.
Sis dostawała regularnie wpiernicz. Oczywiście jak już umiała odpyskować, a nastąpiło to w okolicy 4-5 urodzin. Ja, młodzież, co prawda odpowiedzialna za to, co miało być moim wymarzonym bratem, goniłam ją za wszystko. Za bałagan, brzydkie pismo, przeszkadzanie, do nauki. Ale wyhodowałam sobie żmiję na własnej piesi. Umiało to to odgryźć się jak ten bulterier.
Dzisiaj wiem, że mnie śledziła, czytała moje listy, grzebała w moich rzeczach. Przyznała się trzy tygodnie temu. Ale teraz uścisnęłam ją za to. Bo to kawał mojego dziecka. Moja bratnia, jakby nie było, dusza.
Kocham ją niezmiernie. I wiem, że mimo wszystko, ona też mnie kocha.
Żyć bez siebie nie możemy.
I choć ona siedzi w kraju, w którym ja powinnam żyć z racji mojej bezbrzeżnej miłości do Skandynawii, codziennie ogrywam ją w literaki i codziennie z nią gadam.
Ona też kocha Braci.
Kudłata jest do niej podobna. I z facjaty i z charakteru. W końcu to jej matka. Chrzestna, ale zawsze.

Na dziś:
Dla odmiany. Moja wielka miłość. Teraz już wiadomo, dlaczego na czarno.
The Cure - Pictures of You




czwartek, 16 sierpnia 2012

[17] Nawiążę

do wpisu na blogu Karioki "Pod kloszem".
Bo to ważny temat.
Niejednokrotnie czułam się podle. Bo ktoś nie słuchał co mówię. Tylko gadał o sobie.
Prawda, że sama nauczyłam się nie mówić o sobie. Tak mnie wychowano, że nie jestem ważna. Że kogo obchodzą moje sprawy, problemy, przemyślenia. I tak sobie żyłam całe lata. Zresztą, tego wyplenić się nie da. Do dziś nie umiem ani wypłakiwać się ze swoimi ważnymi sprawami, ani też zwracać na siebie uwagę w stylu: a ja to bardziej, mocniej, lepiej.
Z jednej strony jestem jak najbardziej po stronie Karioki. Boli, kiedy ktoś nie słucha i nie pochyli się choć na chwilę nad nami. Kiedy epatuje swoim bólem/radością, wyimaginowanymi, bądź prawdziwymi. Boli, kiedy czegoś bardzo chcesz, albo wiesz jak ci ciężko, a ktoś inny, o kim wiesz, że ma i że lekko mu przyszło, narzeka. Kiedy słyszysz, z ust kogoś, kto ma aż nadmiar, że tobie i tak jest dobrze i nie masz co narzekać, a wiesz, że tak nie jest. A usłyszałam to niejednokrotnie. Czułam się zażenowana.
Ale z drugiej strony, może zbyt łatwo odpuszczam. Może nie umiem walczyć o swoje. Może powinnam tupnąć nogą i wykrzyczeć, że to nieprawda. Tylko po co? Za każdym razem, z bodajże dwóch, kiedy odważyłam się przegadać innych, czułam się groteskowo. Raz, że patrzono na mnie jak na kosmitę, bo przecież jak mogłam, z tym całym moim optymizmem, uśmiechem i radością, z jaką podchodzę do wszystkiego, mieć jakiekolwiek problemy? Dwa, że po wypowiedzeniu swojej kwestii było mi zwyczajnie głupio.
I zrozumiałam jedno. Niech sobie inni mają swoje gadane. Niech sobie narzekają, chwalą się, płaczą, cieszą, nawet, jeśli to nieprawdziwe, naciągane i bezsensowne. Ja nikomu nie narzucam swoich racji. Nie każę mnie żałować, bo mi to do niczego nie potrzebne. Nikt, kto naprawdę nie chce mnie wysłuchać, nie usłyszy ani krzyku, ani szeptu. Ten, kto chce i rozumie będzie umiał docenić mnie i moje uczucia.
Dlatego też nauczyłam się nazywać rzeczy po imieniu. Kiedy nie mam pieniędzy mówię, że ich nie mam. Kiedy boli dusza, mówię, że boli i gdzie. Kiedy coś mi nie pasuje - mówię o tym. Bo znajdą się tacy, którzy zrozumieją i pomogą, prawda?
Z innej strony możemy uważać na każde słowo, żeby kogoś nie urazić. I to chyba jest też kwestia wpojonych zasad. Trzeba wiedzieć komu, co i kiedy można powiedzieć. Ale do tego, trzeba znać człowieka, żeby wiedzieć co go zaboli. A w szczególności umieć przewidzieć skutki swojego działania. Czyli doszłam do empatii. Z tym, że za swoją empatię - umiejętność postawienia się w czyjejś sytuacji i uszanowania czyjejś godności i uczuć, niejednokrotnie dostałam od życia, a może tylko od tych ludzi, takie baty, że dziwię się, że jeszcze mi się chce skupiać się na innych, zamiast mieć wszystko w głębokim poważaniu i krzyczeć na każdym kroku: teraz JA. A ja dalej pochylam się nad każdym i dalej słucham, pocieszam, rozumiem. I dalej robić to będę. Bez względu na to ile jeszcze razy oberwę.
I na tym poprzestanę.
Dodam jeszcze, że kiedy nie słyszą nas ludzie postronni, pal licho, idziemy do domu i możemy zamknąć się w swoich czterech ścianach. Gorzej, jeśli nie słucha nas osoba, której oddaliśmy część siebie. Z którą żyjemy pod jednym dachem. Która powinna rozumieć, kochać i wspierać. To jest dopiero dramat. Bo potem trzeba wycinać. I czekać, aż się zagoi.

Na dziś:
Kontynuacja zachwytu nad Piotrem. Nie poradzę, no.
Bracia - Jutro zmienię wszystko



środa, 15 sierpnia 2012

[16] Dziś

nie am ochoty na nic. Ale nie. Mam ochotę! Wysłać facetów w kosmos! W misję na ...XDK-WON-963562848. Nie ma takiej planety? Tym bardziej...
"Rozmowa"* trwa. Dowiedziałam się właśnie, że wrzód widzi SZANSĘ, cokolwiek to w jego języku i mniemaniu znaczy. Bo że na 100% co innego niż u mnie, to pewne.
Jak prowadzić dialog, jeśli interlokutor nie słucha? Nie prowadzić. Nie mam zamiaru. Skończyłam z tym.
Zadziwia mnie ta pewność: jest szansa. Kurczę, niezbadane są ścieżki myśli, ślizgających się po neuronach.

*służę wyjaśnieniem - rozmowa w tym przypadku to wymiana zdań, z naciskiem na zrzucenie na mnie winy za całe zło tego świata i rozpad związku małżeńskiego, prowadzona za pomocą e-maili lub smsów.

Na dziś:
Trochę a propos, ale w sumie to już musztarda po obiedzie. Inna sprawa, że miękko mi się robi jak Piotr śpiewa. Chyba pokłócę się z sis o to, która go bardziej kocha :>
Bracia - Nad przepaścią




wtorek, 14 sierpnia 2012

[15] Nie mogę się oprzeć

Bo powala mnie brak, nie tylko mięśni u nieuprawiającej sportów młodzieży (dorosłych zresztą też), a może raczej ignorancja ortograficzno-gramatyczna. Ignorancja, spieszę wyjaśnić, to nie ignorowanie i foch, ale nieuctwo, niechęć do zdobywania wiedzy i poszerzania horyzontów. I proszę mnie nie atakować dys- czymś. Dla mnie to zwyczajne lenistwo. O tym zresztą pisała już moja odnaleziona bliźniaczka, jedna z kilku, Frau Be.
A oto moje kwiatki, wyszperane (a raczej rzuciły mi się w oczy) osobiście i z pomocą osób trzecich.








[14] Nie masz tematu?

Zajrzyj na onet! Od razu znajdziesz! Możesz też od razu mieć od tego zawał serca, jeśli słabe ono. Z nerw.
No więc zajrzałam.
Przeczytałam o wypowiedzi prof. Pawłowicz. Pomijam użycie w wypowiedzi sprawy-klucza, a nawet dwóch, bo to nieistotne. Istotne dla mnie było jedno. Tradycyjna hierarchia wartości. W kontekście feminizmu, na którym nieznana mi prof. Pawłowicz (biję się w pierś, nie śledzę wszystkich posłów, ba! nie śledzę żadnego!) zawiesiła psy (przepraszam wszystkie psy!), ta hierarchia jawi mi się jako coś, czego przyjąć do wiadomości nie chcę. Jestem na nie. Stanowczo. Mimo, że nie okrzyknę się nigdy feministką.
Bo coś mi się widzi, że ta hierarchia, według rzeczonej pani prof. to baba przy garach, dzieciach, w chacie, znosząca humory i władczość pana, oczywiście z uśmiechem i radością.
A gdzie, ja się pytam, w tej hierarchii miejsce na spełnienie dla kobiety? Na jej pasje, zainteresowania, czas dla siebie? Czy to już feminizm? Że kobieta czasem w dupie ma obiad, za to chętnie poleży z książką, albo spotka się z przyjaciółką, albo poświęci czas na kształcenie, zdobywanie wiedzy? Nie jestem feministką. Nawet przez myśl mi się tak nazywać. Jestem za to kobietą. Kobietą, która ma pasje. Która spełnia się w tym co lubi i która czasem nie chce. A czasem chce bardzo.
Nie wiem co pani miała na myśli, mówiąc o "filozofii totalnego wyluzowania", ale jestem wyluzowana. Jestem matką, dzieciaki nie mają źle, są mądre, zadbane, może czasem zamiast obiadu i porządku mają kanapki i bałagan, ale cóż, nie można mieć wszystkiego. Mam prawo być zmęczona. Mam prawo nie chcieć żyć w tradycyjnym modelu rodziny. Jeśli heteroseksualny facet za argument ma pięść to po kiego grzyba mi on? Jeśli zamiast argumentów wytacza poniżające porównania i potknięcia, które mi się przytrafiły, a nie są jakieś bardzo straszne, to lepiej? Jest lepszy niż jakby go nie było? Wolę go nie mieć. Wolę żyć sama. Wolę zniszczyć obraz tradycyjny na rzecz mojego spokoju, spokoju moich dzieci i radości z życia.
Nikt też nie powiedział, że się znów nie zakocham. A czy w mężczyźnie, czy kobiecie to już nie pani profesor sprawa.


Na dziś:
Guns'n'Roses - Don't cry
Raczej sentymentalnie, niż w związku z tematem. 
Za to utwór ten kojarzy mi się z niepowetowaną stratą..



poniedziałek, 13 sierpnia 2012

[13] Nic ciekawego - o piórach. I długopisach też.

Jestem ich wielką miłośniczką. Zaczęło się od tego, że tata przywiózł jedno z ZSRR, gdzie był na poligonie. Dla siebie przywiózł. I leżało w takiej szafce ze skarbami, które uwielbiałam przeglądać. Jakieś medale, pamiątki, zdjęcia. I to pióro. Czarne, ze złotą skuwką. Złotą stalówką. W bibułce i w pudełeczku.
Kusiło mnie, zakochałam się w nim. Było takie na pompkę. Żadne inne takie nie było. Dopiero po latach, kiedy dostałam pierwszego Parkera znów miałam pióro na pompkę. Mam zresztą dalej.
Tamtego, tatowego nie ma. Gubiłam wszystkie długopisy, co doprowadzało ojca do szału, a zawsze dawał mi zenity. Bo solidne. Do dzisiaj lubię takie długopisy. To pióro też zgubiłam.
Pióro od taty wydębiłam, trochę sterroryzowana przez niego. Bo uważał, że brzydko piszę. Dawał mi do przepisywania gazetę. Trybunę Ludu. I jak dziś pamiętam jak siedziałam przy stole i przepisywałam. Treści nie pomnę, aczkolwiek nieistotna jest.
Potem uzbierałam sobie na swoje własne pióro. Byłam w ósmej klasie. Kupiłam sobie zielone chińskie pióro, które do dzisiaj mam do dzisiaj:


Przeszło remont, dostało złotą stalówkę, piszę nim do dzisiaj.
Mam też inne chińskie pióro, które udało mi się wydębić od koleżanki. Napisałam nim maturę. Też jest na chodzie do dzisiaj.
W międzyczasie miałam piór około 30 sztuk. I na naboje i klasyczne. Wymieniałam się  i gubiłam je. Miałam kilka kolorów atramentów, od chińskich, przez radzieckie, po watermany i pelikany. Swego czasu, kiedy o naboje było ciężko, miałam nawet igłę i strzykawkę i napełniałam je sama. Totalne szaleństwo. Miałam i mam do dzisiaj stalówki. I obsadki. Bardzo chciałam być jak Tosia z Plastusiowego pamiętnika. Nawet ulepiłam sobie coś z plasteliny, ale głowy urwać sobie nie dam czy choć trochę przypominało Plastusia. Ale miałam stalówki i martwiłam się, że nie umiem zrobić kleksa. Cierpiałam bardzo. Bo chciałam sobie przerobić lekturę w realu.
Mam też pióro ptasie, komu z tyłka wyrwane nie wiem. Kupione za ciężkie pieniądze z malutką buteleczką inkaustu, bibułką na przycisku i w drewnianym pudełku. Lekko kiczowate, aczkolwiek wyrzucić nie sposób. Chyba. Może mnie kiedyś najdzie i wyrzucę takie "trafione" prezenty wiadomo-od-kogo. Nie mówcie, że teraz jestem wredna. Ja po prostu lubię rzeczy użyteczne i jak mam wydać kasę to ma być to warte tych pieniędzy. I tyle. A że się jeszcze źle kojarzy. Cóż, taki los.
Wracając do tematu, mogłabym pracować w serwisie piór, umiem każde rozkręcić i skręcić. Wymienić, umyć i będzie działało.
Teraz nie ma już tych emocji. Już nie pisuję listów, bo i do kogo. Piórami raczej się bawię, niż używam, bo czym jest podpisywanie się na pismach, które są wydrukowane. Ubolewam nad brakiem kopertowej korespondencji.
Dziś, tych w zasięgu wzroku, bo ile mam poupychanych w torebkach pod podszewkami to nie wiem, mam cztery. Napełniam je atramentem, wypisuję, a raczej wybazgrowuję, bo rysuję esy-floresy. Od czasu do czasu myję i czyszczę. Takie małe zboczenie.
Co do długopisów, lubię takie, które piszą dość grubo. Nie lubię wkładów, które mażą. Lubię markę bic. I Parkery oczywiście. I nie lubię pisać czarnym kolorem. Tak jak kocham czerń, tak nie znoszę pisać czarnym. Ot, mała odchyłka.
Wracając do pisma. Uważam, że piszę ładnie, aczkolwiek teraz ręka odzwyczajona i Kudłata się nabija. Ale wcale nie tata jest autorem sukcesu, ani propaganda PRL-u, a moje koleżanki z klasy. Pamiętam, że bardzo podobało mi się pismo kilku z nich i nie mogłam się zdecydować, więc naśladowałam je, zależnie z którą siedziałam. Miałam więc fazę Agnieszkową, Ewkową, Agnieszkową II, Magdową. Wyszedł z tego niezły misz-masz. Moje pismo.




 Na dziś:
Z okazji wczorajszych urodzin Marka Knopflera
Dire Straits - Private Investigations















niedziela, 12 sierpnia 2012

[12] Rozmowa

Nobla temu, kto wymyślił czaty, komunikatory i internet. Nie żebym nie lubiła innych rozmów. Lubię bardzo. Na żywo. Lubię pisać listy i je dostawać (nie ma nic lepszego jak czytać ręcznie napisane słowa - tylko nikt już nie chce do mnie pisać..). Lubię rozmawiać. Może dlatego gadam do siebie jak jestem sama :)

No więc rozmawiam. Żalę się. Krzyczę prawie, że jestem sama, że żałuję przeszłości, że mi źle. Wspominamy i pociesza mnie z drugiej strony. Właśnie mu napisałam, że go kocham. Platonicznie, bo przecież ma żonę. Ale kocham go za wspomnienia. Za te wszystkie lata, które spędziliśmy razem, robiąc takie rzeczy, że kiedy opowiadam Kudłatej to na zmianę patrzy z politowaniem, podchwytuje: a mi to nie pozwalasz!, i słucha z zapartym tchem. Niby nic. Kawałek życia. Przyjaciele. Wspomnienia. A jednak. Ogromna wartość, której nie sprzedam, nie oddam, nie zostawię. Pielęgnuję, ale nie żyję nimi. Są częścią mojego życia. Porzucić wspomnienia to umrzeć w przeszłości. I nie mieć z czym iść w przyszłość.

Konkluzja: jeśli dane mi będzie być z kimś, najpierw sprawdzę, czy umie rozmawiać. I okazywać uczucia.

Na dziś:

Deep Purple - Perfect Strangers


sobota, 11 sierpnia 2012

[11] PHI!!!!

Co tam kluczyki do samochodu. Też mi coś.
Dygresja: uwielbiam, pasjami kocham i dałabym się pociąć za pióra. Takie do pisania. Ale o tym kiedy indziej.
Temat główny: swego czasu, jakieś trzy lata temu, zapodziały się: dwa długopisy i pióro Parkera. Nie jakieś tam wypasy. Ale moje ulubione. Zniknęły wzięły i koniec. Rozpacz ogarniała mnie falami, wraz z przypomnieniem sobie o stanie zagubienia.
I nagle.
Przekładam rzeczy. Chwytam za torebkę, którą (sic!) noszę od czasu do czasu, żeby ją schować. Tak sobie pomyślałam, będę odkurzać zaraz, to wytrzepię z niej śmieci. Wiecie, kurz, okruszki i inne. Osobiście nie lubię torebek. Wolę plecak jakiś. Ręce lubię mieć wolne, choćby po to, żeby szybko chodzić. Ale biorę tę torebkę, wyciągam wszystko, żeby wytrzepać. Długopis, gumy do żucia, chusteczki...Czuję jeszcze jakieś pisadła. Przeszukuję kieszonki - pusto. Pod podszewką! Ale jak? Przecież dziurka jest tylko u góry przy zamku, nie wpadną tam samoistnie żadne rzeczy. Nic to, kombinacją alpejską wyciągam: cztery długopisy, w tym dwa Parkery i pióro.
Jak się tam znalazły? Nie wiem.
Uratowałam jeden długopis, bo wkład wylał. Ale szczęście mnie ogarnęło nieziemskie.
A o piórach będzie później. Jak ochłonę. Z radości.

[10] Przerąbane

ma Kudłata. Zgubiła kluczyki do samochodu. Szuka. W lesie, na biwaku, w jeziorze. Zdalnie nie mogę jej pomóc. Jak nie znajdzie...Boję się pomyśleć. 

Wyszło słońce. Ale moja mroczna dusza wyszła wczoraj ze mnie jak, nie przymierzając, czarne duszyska z kanalizacji w "Uwierz w ducha" z cudownym Patrickiem Swayze. 
Ta czarna dusza kazała mi się nabijać z kogoś, kto nawet o tym nie wie. Wyszydzać i kląć. Wymyślać niestworzone rzeczy i pisać je do drugiej czarnej duszy, siedzącej na jednym z końców pajęczej sieci internetu (tak tak! O Tobie mówię! Nie chowaj się!). Samo zło. I chodzi o kogoś innego niż dotychczas. 
Ale wcale mi nie jest wstyd. 
Zawsze wydawało mi się, że odrobina samokrytycyzmu nie zaszkodzi w życiu. Uczę się też, żeby ten samokrytycyzm nie przeważał nad wiarą w siebie. Co nie jest łatwe, zwłaszcza kiedy całe lata był jedynym odczuciem w stosunku do siebie. I ta biedna osoba, na której wczoraj nie zostawiłam suchej nitki jest przykładem wręcz odwrotnego zjawiska. Może jestem niesprawiedliwa. Może nie wiem wszystkiego. Może powinnam dziób w ciup. Może najpierw siebie powinnam obsmarować. Jednak znam pewne granice, których nie ośmielę się przekroczyć nigdy, choćbym nie wiem jak wysokie mniemanie o sobie miała. Granice przyzwoitości i dobrego smaku. W tym konkretnym przypadku, którego nie przytoczę i nie pokażę, granica ta została przekroczona wielkim skokiem. Dałam sobie prawo do wylewu gnojówki. Jednoosobowo, z pełnym zrozumieniem drugostronnym. 
Przypomina mi to jeden z odcinków Pingwinów z Madagaskaru, nota bene świetnej kreskówki, gdzie występują szerszenie ('a żądłem chcesz?') i Mort, który nie czuł bólu. 
Osoba na widelcu nie czuje bólu. Bólu oglądających. 
Samokrytycyzm również nie jest silną stroną osoby, o której jednak co niektórzy pomyśleli na wstępie. Po rozmowie z   Kudłatą dochodzę do wniosku, że jednak jestem z innej planety, jestem patologiczną matką i niewychowawczą. Bo mam swoje zdanie, umiem przyznać rację dzieckom i staram się z dzieckami rozmawiać, nie krzycząc i uznając ich racje. Nie idę w zaparte, nawet kiedy szlag mnie jasny trafia. Dlaczego? Bo to też ludzie. Bo się uczę na swoich błędach i nie chcę ich popełnić w stosunku do nich. Bo widzę co złego im zrobiłam dotychczas i że można było tego uniknąć. Samokrytycyzm pozwala mi rozmawiać z Kudłatą tak, żeby mnie słuchała. Obie się uczymy. 

Ufff. Kudłata kluczyki znalazła. Nie musiała przeorywać dna jeziora. Obejdzie się bez mowy umoralniającej..WRÓĆ!!! Obejdzie się bez mieszania jej z błotem, wyzywania i odsądzania od posiadania mózgu. Mowa umoralniająca, o ile piśnie słówko, że zapodziała na chwilę, będzie. I to jeszcze jaka! 
Nie chcecie tego wiedzieć.
Mieszanie też będzie.
Zaraz do niej napiszę, że ma słowem nie pisnąć. Po co będzie sobie psuć wakacje.

Na dzisiaj: 
Pearl Jam - Jeremy

Kudłata właśnie odkryła ten zespół. Uwielbiam jej konsternację, kiedy próbuje mnie zagiąć, a ja mówię, że w kartonie mam kasetę. 


piątek, 10 sierpnia 2012

[9] Kto wie

Co daje nam prawo wmawiać innym, że mamy rację? Z naciskiem na wmawiać. Nie przekonywać, czy też rozmawiać.
Wiek?
Wykształcenie?
Doświadczenie?
Zastanawiam się nad tym, bo pojąć nie mogę. Chwilami ręce mi opadają. Z majtkami włącznie. Wszystko mi opada i cud, że się trzymam. Nie napiszę co mi przychodzi do głowy, bo mój brak wyższego mi nie pozwala.  Wiek w sumie, powiedzmy, zezwala, ale ciągle mam w sobie tę dziecięcą bojaźń przed obrażeniem starszego, bądź co bądź, dwa lata tylko, ale zawsze, człowieka.

Czy zna ktoś lekarstwo na niedojrzałość emocjonalną?


Na dziś:

Obywatel G.C. - Tak, tak to ja


czwartek, 9 sierpnia 2012

[8] Muszę schudnąć

Nie o mnie chodzi. Ja mam do tego, tak myślę, zdrowe podejście. Wiem, że potrzeba mi czasu, kilku drobnych zmian żywieniowych i ćwiczeń. Które już zaczęłam zresztą wprowadzać. I wiem, że podziała i będzie jak trzeba.
Chodzi o innych. Nie będę uderzać personalnie, bo nawet nie o to chodzi, żeby atakować, bo odmienne zdanie mam i w tej kwestii.
Zastanawiam się dlaczego ludzie wmawiają sobie, że wskoczą w dietę 1000 kcal na tydzień, dwa i sprawa będzie załatwiona. Po czym wrócą do żłopania piwa, żarcia chipsów i nic się nie zmieni. I to dotyczy wszystkich, bez względu na status, wykształcenie, poglądy i inne możliwe punkty odniesienia.
Czy złuda daje taką nadzieję? Czy naprawdę utopia góruje nad rozsądkiem?
Dlaczego, kiedy kładę do łba zasady, które nie są jakieś trudne do zrozumienia i wykonania, większość staje okoniem?
Ja rozumiem chroniczną niechęć do wykonywania innych ćwiczeń niż miarowe podnoszenie i opuszczanie klaty przy oddychaniu, przebieranie nogami w celu dotarcia do celu, klikania na klawiaturze, czy innym smartfonie. W końcu na siedzenie też nam organizm zużywa ileś kilokalorii. Myślenie, spanie, mruganie oczami też.
Trzeba ćwiczyć, żeby spalić paliwo, które pochłaniamy. Trzeba jeść, żeby organizm nie robił niepotrzebnych zapasów. Trzeba chcieć.
Ale kto mnie słucha...


Na dziś moje ostatnie odkrycie, niecierpliwie czekam na płytę:

The Shipyard - Downtown





środa, 8 sierpnia 2012

[7] Pragmatyzm

Już nawet nie chodzi o to, że dyskusja z koleżanką o kotach i mleku przerodziła się w wymianę zdań, gdzie po kilku moich argumentach zostałam potraktowana obcesowo, "wyzwana" od pragmatyczek i rozmowa się zakończyła.
Pragmatyzm, to ogólnie mówiąc postawa polegająca na prawdzie, uzależniająca prawdziwość tez od praktycznych  skutków. Potocznie to realistyczna ocena rzeczywistości.
Może czegoś nie pojęłam, może zabrakło mi wykształcenia, nie wiem. W każdym razie lekcja, której zupełnie nie przyjmuję do wiadomości: jeśli masz swoje zdanie, to sobie je schowaj w buty, podniesie ci się stopa życiowa, natomiast nie staraj się kogoś przekonać do swoich racji, bo ..
Właśnie.
Abstrahując od powyższej dyskusji, analogicznie działo się w moim stadle małżeńskim. Dopóki przytakiwałam, było ok. Przytakiwałam, kiedy moje zdanie, było takie samo. Kiedy jednak hydra łeb podniosła i zaczęła mieć swoje zdanie, a wręcz odważyła się wyrazić je głośno, dobitnie i stanowczo, i różniło się ono od zdania głównego rozmówcy, dostawała w łeb. W efekcie i emocjonalnie i czasem fizycznie, kiedy argumentów brakło.
Dlaczego tak trafiam? I to widzę zewsząd. Gdzie nie próbuję wypowiedzieć swego zdania, jest źle.
Może jestem za bardzo stanowcza?
Może za bardzo forsuję swoje przekonania?
Może sposób w jaki chcę tę wiedzę przekazać jest zły?
Może ja nie powinnam mieć swojego zdania?
Moim zdaniem nie wyglądam na ofiarę losu, która nie myśli, ale mogę się w swym samouwielbieniu mylić.
Mam wrażenie, że moje zdanie się nie liczy. Bo zwykle słucham. Słucham wszystkich. Słucham i przyciągam gadaczy. Każdy chce się zwierzyć. Od kulturysty, po zwiewną nimfę, która ma globusa, w przerwie ze starszymi paniami, które wymieniają szczęki, bo im się ruszają i  nieszczęśliwe małżonki. Każdy chce rady. Bo jak zinterpretować pytanie: co o tym myślisz? albo co mi radzisz? Chyba nie to, aczkolwiek mogę się mylić, żebym milczała swoje zdanie, bądź radę. Bo jak tylko zaczynam, po dogłębnym przemyśleniu, mówić co myślę, bądź udzielać rady w formie: moim zdaniem (staram sienie mówić musisz, masz, choć nie zawsze się udaje), to jest opozycja.
Wiem! Może każdy oczekuje, że moje zdanie będzie przytakiwało? Że zawsze się zgodzę? Pojęczę razem z nim/nią i już.
Otóż nie. Nie zgodzę się. Przestałam się zgadzać i przytakiwać bardzo dawno temu.
Mam swoje zdanie i nie zawaham się go używać!

Na dziś: SDM - Czarny blues o czwartej nad ranem

Nie, nie rozpadam się emocjonalnie. Wspomnienia zawsze będą mi towarzyszyć. Nie umiem i nie chcę ich wyrzucać. Są dla mnie pożywką na dalszą drogę.

wtorek, 7 sierpnia 2012

[6] Kiedyś zapomniałam o muzyce

Nie wiem jak to się stało. To znaczy teraz już wiem.
Kiedy rosła we mnie depresja, kiedy zakręcałam się na jednej myśli i nie potrafiłam wyrwać jej z korzeniami, kiedy pracę mózgu wspomagały łzy, kiedy nie cieszyło nic, umarła muzyka i ja jej na to pozwoliłam.
Pozwoliłam, żeby była sobie bez mojego zainteresowania. Bo przecież była. Dopiero od niedawna zaczynam     kojarzyć utwory, które leciały w radio, kiedy mnie pożerała otchłań.
Jak to jest żyć, nie żyjąc? Strasznie.
Nie jesteś wstanie myśleć. Nie jesteś w stanie przejąć kontroli nad umysłem. Robi co chce, podpowiadając złe obrazy (z Hey - List). I nie da się zrobić nic. Bo nie ma siły.
Aż w końcu jeden impuls, potem drugi, jak porażenie prądem. Kopnie, ale jeszcze zdziwienie przeważa nad rozumieniem. Potem cała seria. I nagle poprzestawia się w głowie wszystko.
Nagle trwa latami. Trwa jeszcze. Jeszcze się układa i jeszcze potrwa jakiś czas.
Kiedyś napiszę list.
Dołączę do niego płytę, na której muzycznie opiszę swoje uczucia.

Jedna z tych, które pamiętam. Szkoda, że zespół już nie tworzy.
Siedem - O smokach


poniedziałek, 6 sierpnia 2012

[5] Nie samą..

..przeszłością człowiek żyje. 
Na ten przykład często miewam sny. Czasem są prorocze. Ale nie o proroctwach chciałam. O tym kiedy indziej.
Miałam dzisiaj w nocy sen. 
Śniły mi się jakieś wkurzające bardzo dziewczyny. Dwie. Byłam zła jak osa. Nagle okazało się, że są tylko ich głowy. Obcięłam je. Widzę tylko te głowy. Coś do nich mówię, wrzucam je w kąt i wychodzę.
Krwi nie było, uprzedzam. Reszty ciał też.
Czasem dla zabawy sprawdzam co oznaczają różne 'symbole', bądź znaczące, dominujące we śnie elementy wystroju, otoczenia, bądź czyny.
I tak. Znalazłam pierwsze, że widzieć głowę bez tułowia to: szczęście i uwolnienie się od wszelkiej biedy. Natomiast obciąć ją to: korzyści materialne.
Jak tu nie lubić śnić?

[4] Kim jestem

Sama zadaję sobie to pytanie. Od zawsze.
Mamą. Jeszcze żoną. Przyjaciółką. Koleżanką. Szaloną wariatką, która ma za dużo optymizmu. I próbuje zbawić świat. Kobietą. Samodzielną. Samowystarczalną. Samą. Ale nie samotną.
Jestem sama. Lubię być sama. Lubię siedzieć sama w domu. Ale nie lubię być samotna. Wypełniam swój świat ludźmi. Bo potrzebuję ich do życia. Uwielbiam ludzi. Lubię rozmawiać. Ale jestem czasem wycofana. Kiedy nie czuję się pewnie. Kiedy coś mnie blokuje. Nie przy wszystkich umiem się otworzyć. Nie z każdym się powygłupiam. Nie każdemu położę na dłoni serce. Może wyczuwam ludzi.
Jestem koziorożcem. Jeśli ufam to całym sercem. Jeśli ktoś mnie skrzywdzi - wykreślam. Rzadko biorę odwet. Chyba nawet nie pamiętam, czy kiedyś wzięłam.
Często nie umiem powiedzieć słowami, wolę napisać.
Potrafię ranić. Potrafię wbić słowo jak sztylet. Potrafię zrobić to z uśmiechem.
Lubię mieć rację. Lubię dowodzić, że ją mam. Ale nie upieram się za wszelką cenę.
Jestem perfekcjonistką. Nie pedantką. Nie bałaganiarą. Niekonsekwentną. Perfekcjonizm dotyczy moich umiejętności. Całe szczęście umiem próbować. Daję sobie miejsce na nabywanie umiejętności, wielokrotne próby, szukanie. Moją dewizą jest jeśli nie spróbuję, to się nie dowiem. Uważam, że wszystko jest możliwe.
Nie umiem ripostować. Każdą sprawę muszę przemyśleć. Często odpowiedź pojawia się za późno.
Rozwodzę się. Zostawiam za sobą 21 lat wspólnego życia. Więcej niż połowę mojego życia.
Jestem. To jest najważniejsze.


niedziela, 5 sierpnia 2012

[3] Altruizm





Altruizm (fr. altruisme, od łacińskiego rdzenia alter – inny, drugi) – zachowanie polegające na działaniu na korzyść innych. Według J. Poleszczuka polega ono na dobrowolnym ponoszeniu pewnych kosztów przez jednostkę na rzecz innej jednostki lub grupy, przeciwstawne zachowaniu egoistycznemu[1].

Za matką wikipedią.
Jestem cholerną altruistką. Zawsze byłam. Od kiedy pamiętam pompowano we świadomość, że ja się nie liczę. Że trzeba dla innych. Że wszyscy są ważni, a ja nie. Że trzeba oddać, bo innym się należy. Że nie należy, nie wolno!!! wymagać, chcieć, prosić, mieć swoich marzeń. Trzeba spełniać zachcianki innych.
Przekułam to na pomaganie, dawanie, wyłączyłam swój żal i byłam dla innych. Daję dalej, sprawia mi to przyjemność. Ale też sprowadza na mnie ogromne kłopoty. Uczę się brać. Najpierw od siebie. Uczę się, że mogę być zmęczona, że mogę nie chcieć, że mogę potrzebować. Biorę od innych, aczkolwiek ciągle z uczuciem zażenowania i z obrazami w głowie. Jeszcze pokutuje we mnie całe moje poprzednie życie.
Czytam dalej. Listy będą tu przewodnim motywem. Na nich uczę się teraz mnie. Dopiero teraz rozumiem i chcę je przeanalizować, żeby wiedzieć gdzie zrobiłam błąd. 
Czy aż tak pragnęłam miłości, nie znając tego uczucia, że oddałam całą siebie? Czy za 'kocham cię' sprzedałam duszę? Czy za 'chcę być tylko z tobą' gotowa byłam umrzeć dla świata?
Byłam. Zrobiłam to. Bezwzględnie pokochałam całą sobą. I nie będę zrzucać winy na nikogo. On wysyłał sygnały, pisał, ale ja nie umiałam zrozumieć. Bo i jak, bez doświadczenia, bez wiedzy, jak rozpoznać zagrożenie, kiedy 'kocham cię' wystarczy za cały świat.
A teraz, mimo, że posypią się na mnie gromy, być może z jasnego nieba też trzaśnie, napiszę coś, co bulwersuje również mnie od wczoraj, a o czym myślałam i śniłam nawet.
Widzę biednego, zagubionego człowieka. Który nie wie dlaczego stało się to, co się stało. Którego spotkało to, czego ja tak bardzo bałam się przez 21 lat. Który został sam. I jeśli prawdą jest to, co pisał lata temu, stracił największy skarb swojego życia.
Chciałabym nie mieć w nim wroga. Chciałabym wyprostować jego ścieżki. Chciałabym mu pomóc. Wyjaśnić. Porozmawiać jak 21 lat temu. O wszystkim. O tym co boli. Pokazać co zrobił. Wytłumaczyć. Pozwolić, by istniał obok. 
Wiem, że to nierealne. Wiem, że w swoim zadufaniu, nie będzie w stanie zrozumieć. Jego ego jest przerośnięte i wybujałe. I nie ma miejsca na spojrzenie na wszystko czyimiś oczami. Nie ma miejsca na rozmowę. Rozmowę zastąpiły domysły i oskarżenia. Ja tego już nie chcę. 
Muzyka ilustruje moje życie. Jest ze mną od zawsze. Od kiedy pamiętam. 
Jest mi potrzebna jak powietrze. Wyraża moje uczucia, a czasem rani. Ale zawsze oczyszcza. Zawsze daje energię i zmusza do myślenia. Kojarzy mi się z momentami mojego życia. Zamiast dat, wstawiam często utwory - jak kamienie milowe. Ten również jest takim kamieniem. Znaczącym dla mnie. 


Scorpions - Still loving you

 




sobota, 4 sierpnia 2012

[2] Jednak..

..przeczytałam kilka listów. O dziwo bez łez i lamentu.
Czy człowiek aż tak się może zmienić? Czy to my po prostu nie dostrzegamy grożącego niebezpieczeństwa? Dzisiaj wiem, że nie czytałam między wierszami. Nie miałam tej wiedzy, którą mam. I nie mówię o wiedzy na Jego temat. Nie wiedziałam o sobie tego, co wiem. Nie wiedziałam, że tamte listy to była uczuciowa manipulacja, a ja się poddałam jak plastelina. Szłam jak po sznurku.
Ale dość. Stało się. W sumie żal mogę mieć do siebie.
Jeszcze nie wiem, czy zostawię je sobie, czy spalę. Czy może podrę na kawałeczki. A może wykorzystam do czegoś.
Dzisiaj szłam ulicą i rozmyślałam. Ale wiecie co, rozmyślałam o przyszłości. O tym co mnie czeka. O wszystkich dobrych rzeczach, do których będę dążyć.

Na dziś:
U2 - Pride (in the name of love)
Utwór, który kocham od wielu lat i nie wyobrażam sobie, że mogłoby go nie być.