wtorek, 30 grudnia 2014

[328] O szczęściu.

Tak się złożyło, że od kilku lat idę ścieżką, którą wybrałam sobie trochę z tęsknoty, trochę z niepewności, trochę z żalu, a trochę z ciekawości.
Kiedy zapominasz kim tak naprawdę jesteś, tracisz siebie co dnia. Znika Twoje poczucie bezpieczeństwa, przestajesz myśleć o sobie, zaczynasz zwyczajnie cierpieć.
Kiedy cierpisz, skupiasz się najczęściej na tym, co jest złe. Nawet wspomnienie dobra powoduje żal, boli aż do kości.
Nie umiesz wtedy myśleć o innym życiu, o tym, że jeśli tylko zechcesz możesz wszystko zmienić.
Wystarczy poprzestawiać sobie w głowie priorytety. Przestać rozdrapywać, rozpamiętywać, złorzeczyć. Przestać mieszać w bagnie, bo ono wciąga.
Znajdź kawałek drewna. Drewno pływa po powierzchni. Drewno, czyli dobrą myśl, która pozwoli Ci dojrzeć dobro w Tobie. Bo od tego trzeba zacząć zmiany. Od zajrzenia sobie do serca. Do swojej duszy. Od zmiany własnego sposobu myślenia o sobie samym. Potem można zmianami objąć coraz dalsze kręgi. Z tym, że kiedy pokochasz siebie i naprawisz swoje myślenie, obojętne będzie co robi ze sobą reszta świata.
Mi już jest obojętne.
Dzisiaj umiem śmiać się na głos w autobusie, kiedy jadę do miasta. Potrafię znajdować szczęście w każdym drobiazgu, malutkim, najmniejszym. Znajduję na swojej drodze znaki. Drogowskazy, które prowadzą mnie dalej. Czasem to przeczytane gdzieś zdanie. Czasem człowiek, który nieświadomie zupełnie pchnie mnie dalej. Innym razem to cały system zmian.
Z każdego takiego zetknięcia się ze znakiem, tak to nazwijmy, wyciągam to co dla mnie dobre. Ale najczęściej jest tak, że każdy kolejny znak potwierdza tylko to, co dzieje się w mojej głowie.
Kiedyś wydawało mi się, że szczęście to mieć. Najczęściej posiadanie odnosi się do bogactwa, czyli kasy, domu, samochodu. Doskonale wiem, jakie to złudne i nieprawdziwe. Oczywiście w posiadaniu tego czy tamtego nie ma nic złego, pod jednym warunkiem. Jednym, najważniejszym. Najpierw trzeba znaleźć szczęście w sobie, dopiero potem można być bogatym.
Żeby znaleźć szczęście w sobie, trzeba być z kolei świadomym czego się szuka.
Ja już wiem.
Jestem szczęśliwa.
A teraz będę bogata.

Czego życzę Wam na najbliższy rok? Znajdźcie w sobie szczęście. Pozbądźcie się spięcia, powinności, nie oceniajcie i nie sądźcie. Kochajcie.


A dzisiaj to nie wiem co wybrać. Może coś do śmiechu :))
Oraz do potwierdzenia, że muzyka łączy :))








wtorek, 23 grudnia 2014

[327] No to już

Najpierw, żeby nie było nudno, opowiem Wam opowieść przed-przed-wigilijną. Bo z wczoraj.
Otóż.
Jak to zwyczaje stare mówią, w domu choinka ma być. Może być znaczy. Ja lubię bardzo, ale żywą. Znaczy prawdziwą, bo obawiam się, że po odcięciu tuż przy samej d...ziemi, to ona już nie dycha.
W każdym razie wysłałam dziecię do sklepu, po choinkę, w cenie nie urywającej tyłka, ale wiadomo.
Przywiozła Kudłata to to, postawiła, mruknęła coś tam i poszła se. Truchcikiem, ledwo wyrabiając zakręty poleciałam cudo obejrzeć i.....
Zamarłam....
Na długo.
Klapłam se ja na kanapę i siedzę. A pod choinką...
Usiana podłoga igłami. Zapytałam więc Kudłatą, czy aby wszystko mi dała, bo chyba zapomniała o puszce kleju. (swojej fotki niestety nie posiadam).


Nie wyglądało aż TAK tragicznie. Do pierwszego odkurzenia. I przesunięcia całości ciut w lewo...
Pośmiałam się, wystawiłam to stworzenie na balkon, na ten deszcz i wiatr. I prawie sobie odpuściłam.
Ale...nie byłabym sobą. Zadzwoniłam więc do tego marketu, co to sprzedał badyla i mówię w czym rzecz. Pan opowiedział historię drzewek, pośmialiśmy się z puszki kleju, po czym sprzedawca kazał zgłosić się bez towaru z samym paragonem. Po pieniądze.
Tak więc mówiłam, że cuda to od ręki:) Reklamowaliście kiedyś CHOINKĘ ?
Ha!

A teraz życzę Wam wszystkim dobrej energii na co dzień, sił, dobrych myśli, spokojnego czekania, znajdowania swoich ścieżek, jak najmniej zakrętów, uśmiechu od ucha do ucha, mądrości, szaleństwa, dobrych wyborów, jasnych planów i wykonania wszystkich zadań, które sobie zaplanujecie.

Natthimlen

Nie mogło, no nie mogło zabraknąć hiciora!


poniedziałek, 22 grudnia 2014

[326] Życzeniowo

Nie nie, życzeń jeszcze nie składam.
Życzenia to ja mam.
Na przykład wymyśliłam sobie, że
po pierwsze
nie będzie planów na przyszły rok, za to będą marzenia do spełnienia i zadania do wykonania. Żadna lista z chciałabym na początku.
po drugie
będzie lista zakupowa na przyszły rok, żebym się, na przykład przed świętami lub innym napadem aktywności, na przykład kuchennej, nie obudziła, że marzyłam o tym czy tamtym, a przydałoby się przy gotowaniu/pieczeniu tego a tego. Lista z kwadracikiem do odhaczenia.
po trzecie
lista książek do przeczytania. zbieram różne takie tytuły, które gdzieś ktoś polecił, zarekomendował, albo wręcz odwrotnie. Często zapominam i mija kilka lat zanim wezmę się do czytania, bo akurat sobie przypomniałam łaskawie.
po czwarte
lista koncertów, na których zakładam, że będę.

A teraz oddalam się, gdyż od siedzenia na krześle mam płaskodupie oraz boli mnie ta część ciała.
---------------------

Byłam na Jego koncercie.
Żegnaj...

Na dziś:
Joe Cocker - With a Little Help From My Friends



piątek, 19 grudnia 2014

[325] Walk(a)

Jako że narzekać nie lubię, nie będę więc. Opowiem Wam za to historię rodem z komedii Barei. Znaczy wyciętą scenę, bo nie była za śmieszna do filmu.
Udałam się do urzędu pracy. Śmieszne, prawda? Możecie otrzeć łzy.
Wyznaczony termin, wizyta, dzień świstaka normalnie. Na głowie milion terminowych spraw, trzeba to pogodzić. Więc zerwałam się rano, żeby dojechać na drugi koniec świata i być zaraz po otwarciu tego przybytku dobroci. Potem czekała mnie wycieczka na rehabilitację, a jeszcze potem inne sprawy, które nie mogły czekać.
A teraz dygresyjka, prowadząca do owego dnia wczorajszego.
W lipcu byłam na szkoleniu. Znamiennym w wiele skutków, jak się później okazało i bardzo znaczącym dla wczorajszych informacji. W sierpniu pisałam jak to fajnie, bo była szansa na staż.
We wrześniu okazało się, że jednak nie, bo wydawało się w tej firmie, że potrzebują faceta, który obskoczy trzy stanowiska, mianowicie handlowca, biurowca i montera. No kopać się z koniem nie będę, ale absurdalne mi się to wydało. W każdym razie pozostałam otwarta na ową pracę. Bo daje mi duże możliwości. Bo się nadaję. Bo mam fajny głos przez telefon (tak powiedział jeden taki i tego się trzymam. A dzisiaj to mam niski, seksowny, pociągający nawet...). Ale nie. No to nie.
W listopadzie natomiast zadzwoniła do mnie przyszła szefowa i powiedziała, że ona przemyślała, nie wyrabia, potrzebuje. Że chce mnie i jedzie załatwić staż. Super. Ucieszyłam się niezmiernie.
Po kilku dniach zadzwoniła, że jednak po złożeniu wniosku i wskazaniu mnie, okazało się, że się nie kwalifikuję. Szlag mnie trafił. Ale nie zdążyłam sprawdzić dlaczego. Bo pojechałam z Młodym do szpitala. A jak wiadomo miałam wtedy raczej na głowie pilnowanie mimiki jego twarzy i walkę z nudą oraz zjadanie jego obiadów szpitalnych, niż sprawdzanie, dlaczego coś nie wyszło. Tym bardziej, że kiedy jechałam do szpitala, owa szefowa zadzwoniła poinformować mnie, że przysłali jej kogoś, kto ma 50 lat i to na pewno nie kryterium wiekowe, na które stawiałam, bo w stażach było do 25 roku życia, albo powyżej 50. Odłożyłam sprawdzenie przyczyny na później, tym bardziej, że miałam wizytę na wczoraj.
No to poszłam. Zarejestrowałam zaspanym wzrokiem reformę UP. Teraz nie ma pośrednika I, II, III itd. Teraz pośrednicy są podzieleni według literek w nazwiskach bezrobotnych. Tym sposobem trafiłam do tego samego stanowiska. I zanim pan zadał mi standardowe pytanie: a stronę pani sprawdza? walnęłam prosto z mostu: dlaczego nie zostałam skierowana na staż, który załatwiam sobie, wydeptuję od sierpnia, walczę o pracę, a wy co? Pan konsternacja, gdyż trochę udramatyzowałam całą wypowiedź, poinformował mnie, że on nie wie, bo on nie z tego działu. Ale może pani z czegoś korzystała, jakieś szkolenia? No tak, mówię, szkolenie w lipcu. Pan triumfalnie: NO TO PRZEZ ROK NIE PRZYSŁUGUJE PANI ŻADNA INNA POMOC ZE STRONY UP!
Opadły mi ręce, nogi, szczęka, majtki nie, bo siedziałam, ale chyba nawet skarpetki się zsunęły kawalątek.
Zadzwoniłam więc do niedoszłej szefowej i powiedziałam co było powodem. I mówię, że teraz to i tak pozamiatane, bo przecież kogoś już ma. Ale gdzie tam! Samych debili jej przysłali, żaden się nie nadał. Ona chce mnie. No to w styczniu idziemy razem, ja na kolanach do naczelnika, żeby się zgodził mnie wspomóc. Bo taką opcję podpowiedział mi pan pośrednik.

Welcome to Poland......


Na dziś:
Pantera - Walk


czwartek, 18 grudnia 2014

[324] Zastanawiam się

Jestem naiwna. Wierzcie mi, łatwo mnie wrobić. Łatwym celem jestem od zawsze. Z tym, że od kilku lat bardziej świadomym.
Nie rozpaczam nad tym, że ktoś mnie wykorzystał. Że coś straciłam, albo że wyszłam na idiotkę. To są rzeczy do ominięcia. Ale ponieważ jestem świadoma siebie i swojego życia, jego jakości i zależności jakie panują między ciałem, umysłem i duchem, wiem, że największą krzywdę zrobiłabym sobie sama, ubolewając nad zaistniałą sytuacją.
Zaczęłam swoją osobistą analizę. Najpierw dlaczego ten konkretny ktoś postąpił tak, jak postąpił. Czy to, że nie potrafi inaczej jest wynikiem jego wychowania? A może inaczej nie potrafi? Geny? A może zwyczajna maska.Ukryć coś jest łatwo. Ale ja widzę czasem więcej, niż się wydaje.
Potem zastanowiłam się, co przez to osiągnął. Nic.
A co stracił? Twarz. Mnie. Kogoś, z kim wymienił blisko tysiąc smsów, przeprowadził mnóstwo rozmów, rozmawiał o życiu, śmiał się i...pokazywał czasem wrażliwość. Odkrywał maskę.
A potem nagle. Bez ostrzeżenia. Ciach. I po sprawie.
Ciach spowodowało, że zatrzymałam się na krawędzi przepaści nie wiedząc co dalej. Oparcie zniknęło, a ja nie bardzo wiedziałam co zrobić. To takie uczucie kiedy się czegoś spodziewamy, jakiegoś oporu, blokady, a tego nie ma, nie znajdujemy. Jest pustka. I ja znalazłam się w takiej pustce właśnie.
Zostałam na polu boju z mieczem w dłoni. Przeciwnik zwiał.
A miał mieć taki zajebisty dystans.

Jak to kobieta, albo może przynajmniej jak to ja, puszczona w ruch analiza toczy się dalej. Rozpatruję zbiegi okoliczności, sygnały i znaki. Stawiam pytania, ale nie mam na nie odpowiedzi. Może kiedyś przyjdą, ale to chyba nie ten czas jeszcze.
Zastanawiam się, co się mogło stać, ale nie co ja takiego zrobiłam/powiedziałam. Nie szukam usprawiedliwienia, ale racjonalnego, namacalnego wytłumaczenia.
Nie jest mi z tym wszystkim źle. Może poza utratą interlokutora.
Było mi smutno, ale mi przeszło.
Teraz planuję zemstę.
Tak to jest jak szukasz i znajdujesz.


Na dziś:

Godsmack - Cryin' like a bitch



poniedziałek, 8 grudnia 2014

[323] Niemożliwe

Rzeczy niemożliwe robię od ręki. Na cuda trzeba poczekać.
Parafrazując wszelkie memy i inne tego typu hasła.
Cała ja. Czasem się zastanawiam dlaczego, ale chyba już wiem.
Tak jest bardzo często. Na przykład kiedy idę do urzędu coś załatwić. Wredne, przecież, urzędniczki są miłe, urzędnicy też. Jeszcze tylko zaczaruję panie w urzędzie pracy, bo ostatnio odrzucono mnie ze stażu. Dogadałam się na staż. I super, pasowało i mnie i przyszłej szefowej. Znajomej, z która miałam pracować od sierpnia. Poszła do urzędu ze wskazaniem mnie na stażystkę. I co? I psinco. Odrzucono mnie, bo nie spełniam kryterium wiekowego. Jestem w czarnej dziurze, bo po 30 i przed 50. Totalna paranoja. Ale mam to gdzieś.
Tak samo mam z miejscami parkingowymi. zdarzyło mi się może dwa razy, że długo szukałam miejsca. Możecie wierzyć lub nie, ale nawet mam świadka, że miejsce, pod prawie samym wejściem, na zatłoczonym parkingu, jak mówię, że jest, to jest. I tak właśnie mam.
Ale dzisiaj to przeszłam samą siebie. Do teraz jestem w lekkim szoku.
Otóż w szpitalu Młody rozpoczął rehabilitację. Paraliż nerwu twarzowego to dość poważna rzecz. No i w piątek przy wypisie pani doktor mnie pyta, czy mam już miejsce, gdzie będziemy chodzić na rehabilitację. Zgodnie z prawdą i rozbrajającą szczerością powiedziałam, że nie. Spojrzenia, jakie mi posłała, nie chcielibyście widzieć. Coś między niedowierzaniem, wypisanym w oczach zarzutem "to ty nie wiesz jak to z enefzetem jest?", po "co za kretynka".
Wygonili nas z tego szpitala 5 minut przed obiadem. Szczerze mówiąc to czaiłam się na tę rybę, bo trzeba im przyznać w miarę dobre jedzenie tam mają. Niestety, wparowała salowa, bo ona umyć łóżko musi. No to poszliśmy sobie. Nawet nie wiedząc, że na oddziale w gościach był Rzecznik Praw Dziecka. Szkoda, bo uścisnęłabym mu rękę, mówiąc: "Cześć, znamy się z FB. Mam Cię w znajomych".
Wracając do niemożliwych spraw.
W piątek, na luzie zadzwoniłam sobie do najbliższego centrum rehabilitacji. Powiedziałam, że na skierowaniu mam pilne, że Młody, że paraliż, że co mam zrobić. Pani coś mruknęła, powiedziała, że mam przyjść dzisiaj, tak do 11.00, bo wtedy jeszcze masażysta jest. No mi dwa razy nie trzeba mówić. Wparowałam więc dzisiaj z latoroślem, a tam niespodzianka. Rejestracja nieczynna. To poszłam do takich drzwi co za okienko robiły i mówię w czym rzecz. Pani sroga, warcząca, "pilne to na luty". No to mówię: w lutym to będzie pozamiatane, a mi kazała pani z rejestracji przyjść dzisiaj. Pani wzięła skierowanie i poszła. Przyszła odmieniona. Z uśmiechem. " Pani pamięta, żeby miał obuwie na zmianę, proszę tu podpisać i od dzisiaj zaczynamy". Kopara mi lekko opadła. Ale jak dają to biorę. Młody polatał na bosaka od pokoju do pokoju, ćwiczenia w domu mamy robić jak robimy, a tam tylko lasery, lampy i masaż. I git. Dwa tygodnie. Więc szkoła dopiero w styczniu. Cóż. Pobawię się w nauczycielkę. Mam nawet taką długą linijkę, niestety nie drewnianą.
Tak więc da się? Da.
Mam tylko nadzieję, że nie pomylili nazwiska i nie zabrałam miejsca jakiemuś VIP-owi. Bo ja odmawiam zeznań :)


Na dziś:
Sully Erna - Broken Road


[322] Czasami.

Czasami wolę nie być taka sprytna. Nie wykorzystywać zdolności znajdowania. nie szukać, nie wiedzieć, nie myśleć.
Ale z drugiej strony to bardzo fajna umiejętność. Nic się przede mną nie ukryje. a przynajmniej niewiele.
No więc znalazłam to, czego nie chciałam. Przemieliłam. I chyba wiem, co z tym zrobię. Albo nie wiem. Jeszcze się zastanawiam.

Mikołaj natomiast, jakiś taki nie teges w ostatnich czasach. Omija mnie szerokim łukiem, ale myślę, że to z tego powodu, że grzeczna to ja nie byłam. Ani bardzo, ani trochę. W takim razie olałam gościa i poszłam sobie kupić patelnie. Dwie. Bo moje objedzone z teflonu już były. Tak, wiem, niezdrowo, szkodliwie i inne takie. Niestety, taki lajf. Odeszły więc dwie na zasłużony odpoczynek, a na ich miejsce przyszły dwa nowe wynalazki, z ceramiczną powłoką. Przetestujemy co to. Ale tak serio to chyba jedyna słuszna opcja, to patelnia żeliwna.
Do patelni w kolorze zielonym dokupiłam łopatkę do przewracania kotletów i w porywie szału zakupowego łyżkę w takim samym kolorze, do nabierania sosów i mieszania w garze. Oraz deskę do krojenia. Patelnia czerwona jest do naleśników między innymi. Wszystko razem za niewielką kwotę i z tego jestem dumna.
Wczoraj natomiast obdarzono mnie robotą. Jako że z przyczyn technicznych nie byłam obecna na kiermaszu świątecznym, dostałam za karę do policzenia kasę.
Przywieziono mi "kasetkę". No niewielka. Ale mało się nie złamałam pod jej ciężarem. 14,2 kg złomu! Policzyłam to. prawie 4,5 tys w drobniakach. Współczujcie mi!




wtorek, 2 grudnia 2014

[321] Ech, życie...

Na początek emocjonujące rozwiązanie zagadki. Nie, Dreamu, nie trafiłaś, ale byłaś blisko. Pomyliłaś się tylko o 1!


Reszta emocji, zupełnie jak w kinie akcji. Żartowałam.
Wybrałam się na pocztę. Przypisaną temu adresu. Pierwszy raz, dodam na swe usprawiedliwienie.
Oczywiście co pierwsze robi Natt, jak ma gdzieś dojść / dojechać?
Sprawdza wszystko na mapie, jak na geografa przystało. A że leniwy geograf ze mnie i nie posiadam papierzastej mapy, nad czym ubolewam, ale szkoda mi kasy szczerze mówiąc, skoro wszystko w internetach jest, to korzystam z map google. Bo lubię. 
No to zobaczyłam.
Potem skorzystałam z jak dojadę, bo też lubię. No i tu zaczęły się schody. Bo jakoś krzywo spojrzałam i ...jak wysiadłam z autobusu to poszłam sobie w ... siną dal. Jakieś 3 km musiałam sobie przejść, bez pobocza, terenem fabrycznym, więc tiry i inne pojazdy na mnie dziwnie patrzały. Ale szłam, w cichości klnąc, bo o ile w głowę nie marzłam, w nogi nie marzłam, w cyc...w plecy i przód też nie marzłam, to zmarzłam niemożebnie w ręce. W rękawiczkach były! Chyba mi się zużył windstoper w moich ukochanych czarnych narciarskich. Bardzo cierpię z tego powodu.
No i doszłam do tej poczty, zrobiwszy ogromne kółko po bezchodnikach. W połowie drogi przyznałam sama sobie nagrodę w kategorii survival. Jednak prawdziwa natura wychodzi. Znaczy ten wczesnodziecięcy blond. Przeżył.
I tak, pokonana, nie tylko przez drogę na pocztę, ale także przez randkę, która nie doszła do skutku, bo facet to świnia, pojechałam do szpitala, pograć w genialną grę, którą zakupię, jak tylko znajdę na nią fundusze. 
Oraz poszukam puzzli, tak około 10 tys. elementów. Podobno to uspokaja.
A propos puzzli.
W szpitalu są panie, które przychodzą i smęcą. Takie KO. Przynoszą gry, układanki, a także znęcają się nad dziećmi, każąc im robić ozdoby. No to te dzieci na początku niechętnie, ale potem z wielką radością robią: aniołki, choinki, gwiazdki, grają w rewelacyjne gry planszowe, dają się wciągać w rywalizację. Tablety idą na bok. A taka pani to skarb. Musi być upierdliwa i marudząca. nie odpuszcza, zupełnie jak Tommy Lee Jones w Ściganym. Jak bulterier, jak złapie, to nie puści. I bardzo jestem pani KO wdzięczna. 
Ale. Pani, zobaczywszy Młodego, przyniosła mu puzzle. Taka żenada, że Młody mało pani wzrokiem nie zabił. To tłumaczę pani, że motylka to on układał nie będzie, bo ten etap rozwoju ma za sobą już od jakichś 5-6 lat. To pani przyniosła, tadam!, 100 elementów. Już nic nie powiedziałam, ale pani widząc jak na nią patrzę mruknęła pod nosem: to też za łatwe..Więcej nie próbowała, ale przyniosła kilka świetnych gier i jutro zamierzam je przetestować, a potem się zobaczy. 
Taka zaleta szpitala.


poniedziałek, 1 grudnia 2014

[320] Matka wyrodna

Leżymy w szpitalu dalej. To znaczy właściwie nie leżymy, bo leżeniem to tego nazwać nie można.
Młody dzisiaj miał focha, ale mu minęło i skończyło się na całusach i wyznawaniu miłości.
Ja też nie siedzę tam ciągle. Na noc nie zostaję, w dzień też wychodzę. Młody jest na tyle samodzielny, że nie ma obaw. To dziecko jest inne.
Obok leży chłopak starszy o 4 lata i to jest tragedia. Jestem zniesmaczona i niesamowicie szczęśliwa, że udało mi się, przynajmniej do teraz, wychować moje dzieciaki na takie, jakimi są.
Nie będę opisywać, ale Młody zawstydził gościa wielokrotnie. Co odniosło skutek pozytywny, więc może przynajmniej przyłoży się ów gość do rehabilitacji. Bo dolega mu to samo co Młodemu.
Co u mnie? Latawica jestem. Znaczy z racji uziemienia, jednak, szpitalnego, ograniczony łańcuch mam, ale załatwiam milion spraw. A kto mi zabroni. Przestałam już składać rano łóżko, i bardzo mi się nie podoba bałagan na stole, ale trudno. Jutro muszę odebrać trzy polecone, od piątku czekają na mnie. A potem mam randkę. Tak dla rozrywki. A potem oczywiście wracam do szpitala.
Niestety, jutro ominie mnie obiad. Obiady są całkiem niezłe. Młody je różnie, nie wszystko mu pasuje, ale zawsze czymś się podzieli. Najczęściej zupą. I ziemniakami. Tak więc nie chodzę głodna. Co mnie zadziwiło, nie ma przydziałowych kanapek na śniadanie i kolację, tylko tyle, ile ktoś chce. I zawsze jest wybór z czym te kanapki mają być. To był dla mnie szok. Ale dzięki temu wychodzę stamtąd najedzona. Bo panie same proponują wszystkim. Zupełnie jak nie w Polsce.
Kolejny plus szpitala: Młody ma wszelakie badania. Jutro okulista. Boreliozę wykluczono. Słuch ma dobry. Kręgosłup w porządku. Co mnie dziwi, bo kto go widział to wie, jaka to chuda szkapa jest. Nie zmógł go tornister.
A jeszcze o oczach. Młodemu pogorszył się wzrok. Wiem, że to rodzinne, więc postanowiłam go zapisać. Zapisy na przyszły rok były od piątku. Siedziałam więc w sali i klikałam.
Zgadnijcie, ile razy próbowałam się połączyć, zanim udało mi się zapisać nas wszystkich do okulisty? Ciekawa jestem kto trafi. A jutro pokażę Wam zrzut z ekranu.







piątek, 28 listopada 2014

[319] Dzisiaj będzie twarzowo

Zanim Młody rozpracuje oddział neurologiczny, zdążę napisać post o tym, co nam się, a właściwie jemu przydarzyło.
Przewiało mi go po basenie w poniedziałek. Wracając ze szkoły powiedział, że powieka mu tak dziwnie się nie domyka. Ja tam nic nie zobaczyłam, swym fachowym okiem, postanowiłam poczekać. We wtorek wieczorem oko zaczerwieniało, łzawiło, ot, może dostała mu się woda, pomyślałam. Chciałam go w środę zabrać do lekarza, ale niestety, numerków już nie było, więc zapisano nas na czwartek. Gdybym wiedziała, że to co przypuszczam, jest trafną diagnozą, to w środę bym im nie popuściła. Poszliśmy więc w czwartek. Po kilku śmiesznych testach (wiecie jak to jest szczerzyć zęby ze sparaliżowaną połową twarzy?) i stwierdzeniu, że szkoda, że to nie halloween (bo Młody przypominał twór dra Frankensteina) dostaliśmy skierowanie do szpitala, bo lekarze w przychodni tego nie leczą. No to pojechaliśmy do domu, spakowaliśmy na wszelki wypadek jakieś utensylia w postaci szczoteczki, pasty, ręcznika, kubka i innych, udaliśmy się do dziecięcego SPA (nazwa zapożyczona od cioci Frytki). Tam, według lekarza z przychodni, nota bene przystojniaka jakich mało, miało być leczenie sterydami, ale na razie ze sterydów mamy witaminę b12 i żel do oka, żeby rogówka nie wyschła. Może i ten tydzień co najmniej też okaże się bujdą na resorach.
Ja, jako ta wyrodna matka, nie sypiam z dzieckiem na jednym łóżku, bez kołdry i poduszki, tak więc latam z Młodym po konsultacjach w dzień, po rehabilitacjach, kardiologach, laryngologach i innych, a na noc wracam do swego łóżka, zastanawiając się, dlaczego jestem tak ograniczona umysłowo i składam wszystko rano, skoro wiem, że wrócę dopiero wieczorem, padnięta i na pewno nie marzę o rozkładaniu wszystkiego od nowa.
Tak więc teraz idę spać, bo rano pobudka.
Trzymajcie się.

PS: Nieskromnie powiem, że grono wielbicielek Młodego poszerzyło się o: pielęgniarki, lekarki, tabun rehabilitantek, które go sobie wyrywały dzisiaj z rąk. Wszystko przez te długie włosy.
Za chwilę Młody będzie ekspertem w regulacji szpitalnego łóżka, będzie umiał to robić z przymkniętym lewym okiem, albo przez sen. O wszystkich innych możliwych przyciskach nie wspomnę.
Dobranoc.

niedziela, 23 listopada 2014

[318] Fantazja ułańska

Poniosło mnie. Na razie tylko i wyłącznie w planowaniu. Ale obawiam się, że jutro nawiedzę duży sklep z ciastem w nazwie. Dział Szaf Z Drzwiami Suwanymi.
Do nadania nowego imidżu mojej szafie potrzebuję kilka rzeczy. Tak się nawet zastanawiam, czy nie łatwiej będzie zwyczajnie zrobić sobie szafę od podstaw, zupełnie nową. Ale na razie wymyśliłam, że potrenuję na tej co ją mam. (Bo szafę zrobię, to bardziej niż pewne. Narożną. Do pokoju Kudłatej).
Potrzebuję więc prowadnice, wózki, trochę śrubek. Płytę HDF. Kilka desek. Papier ścierny. Pędzle. I farby. Potem tylko jeszcze nie wiem czy wosk, czy jednak lakier.
Oraz mam zagwozdkę, bo muszę up...odciąć kawał płyty z mebla. To paździerz pewnie. Teraz muszę się dowiedzieć czym.
Ot, takie mam zajęcie przy niedzieli.


sobota, 22 listopada 2014

[317] Pierwsza!

Szybko napiszę, zanim reszta dopadnie do komputerów.
 - G4, aczkolwiek w okrojonym składzie, odbyło się.
 - Mamy nadzieję, że to początek tradycji.
 - FILODENDRON i FIOŁEK mają wiele wspólnego z PTAKIEM.
 - Wściekłe psy leczą schorowany żołądek i są całkiem całkiem. Szczególnie, jeśli ktoś nie umie liczyć:
" - raz.......dwa.....ups!"
To było tobasco, które uwielbiam od wczoraj. Szczególnie w połączeniu z sokiem malinowym.
 - To, że Tygrys w ogóle żyje, tak mi się wydaje, bo ziemistej cery, poza jednym wyjątkiem, nie miała, to CUD. Wierzcie mi, to co wyprawiała przez swe życie, całkiem krótkie, jak się okazało, bo to młode płoche dziewczę jest, no dobra, może nie płoche, ale młode tak, wystarczyłoby do obdzielenia połowy ludzkości. A ta wszystko sama.
 - Opowieści o laktacji zostawię za zasłoną milczenia.
 - Wydało się, że Tygrys jest Nietoperzem. Słowo mówione prawie szeptem w pokoju, słyszała w łazience i w kuchni. A moje dzieci nie słyszą!
 - Tygrys smaży mega idealnie symetryczne naleśniki, a Frytka idealnie równiutko rozsmarowuje masę serową, o idealnej grudkowatości i słodyczy, po onych.
 - Wiedzą już, gdzie kawa i herbata.
 - Nie zawsze to co miękkie jest miękkie, a twarde twarde.

A teraz czekajcie na relację pozostałych.


Na dziś:
KSU - Ustrzyki

Specjalna dedykacja :))


czwartek, 20 listopada 2014

[316] Heroina

Spokojnie mogę przyznać sobie osobiście tytuł bohatera w swoim domu.
Złożyłam szafę, co to ją dostałam dzień po regałach. Sama.
I tu zaczęły się schody. Albo może raczej przygoda miesiąca.
Otóż.
Pan, który mi ją pomagał pakować, nie dał mi śrub, bo "bo nie wiem gdzie one są i czy w ogóle były". Kij z tym, pomyślałam sobie, śruby sobie znajdę.
Przytargałam wszystko do domu i tak sobie leżało. Do dzisiaj. Wczoraj znalazłam śruby sztuk cztery. A potrzebowałam dwanaście. Nie byłabym sobą, gdybym nie wyczarowała tych brakujących. Zwyczajnie wykręciłam je z ...resztki segmentu, która nie wiem do czego mi posłuży. Znaczy już wiem. I do tego co będzie robiła ta resztka, zupełnie wystarczą te, które zostały.
Więc skręciłam szafę. Nawet ją postawiłam.
I....
Okazało się, że trzydrzwiowa szafa ma tychże tylko dwie sztuki. Taki mały szczególik. Wobec tego mam już zajęcie na najbliższe wieczory. Ponieważ potrzebuję koszyki. A te mogę sobie sama wypleść. Z papierowej wikliny oczywiście. Będą ładnie wyglądały zza nieistniejących drzwi.
Poza tym, chyba zrobię jej metamorfozę. Prawdopodobnie ładnie jej będzie w wintydżu. Nie omieszkam się pochwalić.
A teraz idę odpocząć.

Następny wpis dopiero po weekendzie. Szczyt G4 od jutra i nie będzie okazji.
Ciał!
 

wtorek, 18 listopada 2014

[315] Pokaż kotku co masz w środku, czyli trochę przydługi tytuł.

Odruchy są złe. Odruchowo kupiłam w Biedronce słoik buraczków. Będzie na obiad dzisiaj, pomyślałam se sobie wczoraj. Ale jak to bywa, zgłodniałam. Przeanalizowałam szybko preferencje potomstwa i wyszło mi, że mają buraczki w głębokim poważaniu.
Z tym wnioskiem udałam się do kuchni po rzeczone buraczki.
Jeszcze, w swej naiwności zapytałam Sis i obecnego tu zapewne Tygrysa, czy jak zjadłam buraczki przeznaczone na obiad to źle o mnie świadczy. Oczywiście, że źle. I mam nauczkę.
W nocy jak już się obudziłam koło 1.00 tak już zasnąć na dobre nie mogłam. Co chwilę musiałam wstawać, żeby bez żadnego efektu kłaść się znów. Żołądek palił mnie żywym ogniem. Tak, jakby ktoś nalał mi tam wrzącego ołowiu.
Rano wcale nie było lepiej. A miałam pierdyliard spraw. No to zwlokłam się i poszłam w świat, pozałatwiać co trzeba. Zastosowałam przy tym moją autorską metodę na kaca. Co prawda nie w takiej formie w jakiej tę metodę odkryłam, ale chodziłam z rozpiętą kurtką po to, żeby się schłodzić. Podziałało. Trochę.
Teraz trochę odżywam. Nawet zaburczało mi w brzuchu. Znaczy zaczynamy wracać do życia. Ja i mój żołądek.
A czemu buraczki są winne? Bo miały za dużo octu. Ocet dowalił mi tak, że dziękuję bardzo. Od dzisiaj buraczki będę gotować sobie sama.
Dobranoc.

niedziela, 16 listopada 2014

[314] Miało być o miłości

No to proszę bardzo.
Natt się zakochała. Nie ma o czym mówić właściwie, bo to już przeszłość. Szybko przyszło, szybko poszło. Pikantnych momentów nie było, bo nie zdążyło być. Tak naprawdę obiekt zainteresowań jest nieświadomy, mam nadzieje, że cokolwiek się zadziało we wszechświecie w związku z. Tym bardziej, że obiekt westchnień, aczkolwiek chwilowych, okazał się zwyczajnym facetem, jakich na pęczki, i zwyczajnie nieznane jest mu poczucie czasu i obowiązku, a co za tym idzie, zupełnie nie nadaje się na obiekt westchnień. Że o innych rzeczach nie wspomnę.
Bo to głupie i bez sensu.
Tak więc temat się uciął zanim się zaczął.
Zresztą cała afera była tylko na potrzeby gupawki, notorycznie nękającej Natt, najczęściej w miejscach publicznych. W takim autobusie, na przystanku, albo jeszcze w innych miejscach. Natt będzie zaraz śmiejącą się ciągle wizytówką miasta. Będzie miała swój fanpejdż na facebook'u i beda ją śledzić.
Poza tym.
Wydarzyło się coś niesamowitego. Zaklinanie rzeczywistości przyniosło spodziewany efekt i marzenie być może spełni się podwójnie.
Otóż na początku czerwca Natt i Kudłata będą potrzebowały noclegu w Łodzi. Opcji jest kilka, ostatecznie przystanek na Kaliskiej też jest dopuszczalny. A co tam. Bo niedaleko, w Atlas Arenie, będzie spełnienie marzeń i Natt, bo zagra Godsmack i Slipknot, i Kudłatej, bo zagra Hollywood Undead. Wszystko razem, w jednym miejscu. Serce mało nie wyskoczyło z klatki matce, bo córka zaczęła nagle pisać dużymi literami, z wrażenia chyba.
Teraz wszystko ma się tak poukładać i zadziać, żeby było dobrze. I będzie.

Na dziś:

Godsmack - Voices





piątek, 14 listopada 2014

[313] Miał być

Miał być post z serii myślicielskie przemyślenia Natt, ale się rozeszło po kościach.
Gdyż ponieważ.
Dostałam regały. A ponieważ wchłaniam wszystkie meble, bo gdzieś całe dobrodziejstwo inwentarza upchnąć trzeba, zaczynam przypominać menela, takiego co z wózeczkiem przewozi różne swoje skarby, pralkę na złom i inne.. Wróć, trochę się zapędziłam w wyobraźni swej, bo przecież na plecach nie targam. Ani w wózeczku. Zwykle jakiś znajomy, znajoma, samochodem przewiezie.
I tak właśnie stałam się właścicielką rzeczonych regałów sztuk pięć i biurka z nadstawką. Samo biurko zrobiło mi dobrze. Nie muszę siedzieć zgarbiona przy kompie, tylko normalnie mogę wyciągnąć kopyta, znaczy wyprostować się i nogi i w ogóle cud-miód.
Walczę z regałami od środy. Złożyłam wtedy dwa i biurko. W międzyczasie nastała noc, a ja, jako że wyznaję obecnie zasadę, że nigdzie mi się nie śpieszy, odłożyłam dalsze prace na dzień następny.
Za to rano dopadły mnie wątpliwości. Zważywszy na gabaryty, ilość dziur w ścianach, znaczy okien i drzwi, okazało się, że powierzchnia styczna do pleców meblowych jest drastycznie mała. Są wobec tego dwie opcje. Jedna taka, że zostawiam jak jest, czyli stoi gdzie stoi, a mam już opanowane lawirowanie pomiędzy, druga, że jednak upycham. I tak siedzę i się głowię.
Ale kto da radę, jak nie ja.
Wczoraj natomiast przytargałam szafę. Fajnie pięknie, ale...pan nie wiedział, gdzie są śruby. No trudno, kupię hufnale i jakoś sobie dam radę. Szafa ma jedną wielką zaletę. Otóż ma lustro na jednych drzwiach. I nie byłoby w tym nic dziwnego, skąd ta moja radość, ale gdybyście zobaczyli, jak Kudłata się przegląda w...nie wiem, czy powinnam to napisać...najwyżej mnie utłucze...w PRZYCISKU OD SPŁUCZKI, to serce by się Wam równie ścisnęło. Nie mówiąc o brzuchu od śmiechu.
Tak więc meblowanie pomalutku zaczyna dobiegać końca. Jeszcze tylko kiedyśtam dokupię drzwi do regału, żeby móc swoje odzieżowe szaleństwo gdzieś upchnąć. I będzie gites.
Dobra. Wracam do realizowania się jako projektantka wnętrz.

PS: W międzyczasie Natt zdążyła się zakochać i odkochać, ale o tym następną razą :D


Na dziś:
Sully Erna - Eyes of a Child

poniedziałek, 10 listopada 2014

[312] Szczęście

Ostatnie dni są dla mnie ogromną niespodzianką.
Wiadomości, telefony i wydarzenia niosą ze sobą ogromny ładunek fajności.
Czasem tylko przystanę i pomyślę, dlaczego niektórzy nie widzą w swoim życiu tego, co ja widzę w swoim.
Do wszystkiego co nas spotyka prowadzi droga, którą wybieramy. Dlaczego, zamiast zmieniać i próbować, ludzie roztrząsają to co już było i nie da się tego zmienić? Dlaczego, mimo że niezmienialne, próbują na siłę zmieniać, chociaż wiedzą, że się nie da i jedyne co te próby przynoszą to frustracja, złość na innych i żal do całego świata? Nie potrafię tego pojąć.
Jeśli ktoś mnie pyta jak tam, mówię, że jestem szczęśliwa. To lekki dysonans z tym, że nie mam pracy, nie mam kasy i ciągle jeszcze borykam się z różnymi problemami, prawda? Ale tak, z pełną świadomością mówię, że jestem szczęśliwa. Jestem w miejscu, w którym mogę wszystko. Mogę, na przykład, śmiać się z Kudłatą do łez, z byle powodu. Wystarczy słowo klucz. Na przykład kanapka. Albo jakieś inne. Naprawdę. Albo tańczymy do Metalliki, robiąc przy tym Kołobrzeg. I ryczymy ze śmiechu.
Co z tego, że umówiony samochód ma zgon i nie da rady przetransportować paru rzeczy? Mogłabym się wściekać i złościć, tylko na co? Na samochód? Przecież tego nie zmienię.
Otwiera się tyle możliwości, jeśli tylko chcemy je dostrzec. Jedne rzeczy wychodzą, inne nie. Ale to zawsze do czegoś nas prowadzi. Jeżeli czegoś nie mogę zmienić, to idę dalej. Nie walę głową w mur, nie narzekam, nie marnuję sił na coś, czego nie da się zmienić. Jaki cel miałyby takie działania? Chyba tylko niszczyłabym samą siebie.
Głęboko wierzę, że nasze myśli kształtują nasze życie. To, jak postrzegamy siebie również. Nauczono nas fałszywej skromności, bo przecież nie wypada się chwalić. A dlaczego nie?
Powiedziałam dzisiaj mojej koleżance, etatowej pesymistce, która nie pójdzie do psychologa, bo co ludzie powiedzą (jest ode mnie młodsza kilka lat), że w końcu jestem wolna. Usłyszałam, że taka wolność to pozorne szczęście. Zatkało mnie. I odechciało mi się rozmawiać z osobą, która nie umie patrzeć na świat z radością.
Wiem, że wygodnie jest trwać w schemacie. Że po co zmieniać coś, co jest znane, na coś, czego nie wiem? Po co szukać możliwości?
Po to, żeby być szczęśliwym.

piątek, 7 listopada 2014

[311] Też tak macie?

Na przykład tak, że bardzo się staracie czegoś NIE pomylić, NIE zrobić i własnie to się zdarza. Dowód na to, że słowo NIE jest nierozpoznawalne przez nasze mózgi.
I właśnie dwa razy pod rząd zrobiłam coś takiego. Za pierwszym razem na granicy podświadomości coś mi się kołatało. Oświeciło mnie kiedy chwaliłam się Kudłatej. Wzięłam do ręki przedmiot i tylko pomyślałam, że zrobiłam odwrotnie. Potwierdziłam sobie tę myśl sprawdzeniem. Ubaw jaki miała Kudłata i jej chłopak bezcenny.
No ale dobrze. Pierwszy raz to powiedzmy euforia z tworzenia, zachwyt nad własnym geniuszem (mam nadzieję, że słyszycie ten sarkazm w mym głosie?).
Ale drugi raz? To zwyczajne gapiostwo. Oplułam się ze złości. Dobrze, że nie było nikogo w pobliżu, bo nie omieszkałam uskutecznić dobitnej samokrytyki.
Udało się oczywiście uratować moje dzieła, ale postanowiłam, że to był ostatni taki błąd. Błąd z premedytacją. Wielebłąd.
W każdym razie realizuję swój plan. Wyszłam z własnego cienia. I to pierwsza dobra wiadomość.
Porozmawiałam sobie bardzo pozytywnie, po przeczytaniu tego posta, z jego twórczynią.
Zgadzam się z każdym słowem. To druga dobra wiadomość. tym bardziej, że uwielbiam słyszeć: dzwonię se, bo mam ochotę podzielić się swoją radością. To jest to. Ja też wydzwaniam.
A teraz najważniejsze.
Nie dzwonię, bo nie wiem do kogo pierwszego. Poza tym mam paluchy w lakierze. Takim do drewna, żeby nie było.
Dowiedziałam się dzisiaj osobiście, moja kancelaria tego jeszcze nie wie, że TADAM!!!!!!!!
Jestem WOLNA!!!!
Wiecie co to znaczy?
Wzniosę dzisiaj toast moją naleweczką żurawinową. A może nawet dwa toasty.
I tym optymistycznym akcentem kończę, ponieważ mam wielki plan, mało czasu, a chcę dokończyć co zaczęłam :)
Ot, trochę tajemniczo, ale co tam.

:)



wtorek, 28 października 2014

[310] Chaos (nie)kontrolowany

Mam w sobie coś takiego, że przyciągam dziwne osoby. Nie wiem jak to powiedzieć.
Mam wrażenie, że muszę mieć wyznaczone cele. Nawet nie tak. Muszę widzieć cel. Muszę go znać. Drogę do niego umiem ogarnąć sama, ale muszę wiedzieć do czego mam dążyć. Mam taki cel od kilku lat. Serio! Ale zawsze coś było nieprecyzyjne i nie bardzo wiedziałam co chcę osiągnąć tak naprawdę. I nie wiedziałam jak ugryźć drogę. Teraz wiem. Nie było jasnego celu - nie było możliwości we mnie samej. I na nic zda się: dawno mówiłam/em, żebyś to zrobiła, i inne podobne teksty. Taka fizjologia.
Ale nie o mnie chciałam powiedzieć.
Znacie moje perturbacje z jedną osobą, która zaszła mi trochę za skórę, zrzucając na mnie odpowiedzialność za swój chaos i niesprecyzowane plany. Odcięłam się i poszłam dalej.
Ale próżni nie ma. Puste miejsce wypełnia kolejna osoba.
Z pozoru wyglądało wszystko bardzo dobrze. Plany, projekty, realizacja. Wydawało mi się, że to jest to. Przyjdzie spełnienie i będę robić coś fajnego. Nie będę opisywać co to i jak to, ale miałam naprawdę ogromną chęć zająć się tym. Ale.
Zabrakło jasnego celu. Precyzji. Określenia. Podstawowych danych do działania.
Za to rozpoczęłam swoją obserwację. Z jednej strony ciągle miałam nadzieję, że w końcu dowiem się o co chodzi, ale z drugiej widziałam coraz lepiej totalny chaos, w którym nawet ja przestałam się orientować. Bo do pewnego momentu nie przeszkadzały mi nagłe zmiany myśli i wtrącenia, bo ogarniałam całość, wiedząc lub domyślając się o co chodzi. I tak by to sobie trwało, pewnie bym szła w zaparte, czekając na cel, gdyby nie to, że pojawiło się dzięki temu wszystkiemu od dawna oczekiwane sprecyzowanie moich osobistych planów.
Przyszło nagle, jak olśnienie, podczas....prasowania. Bo ja proszę państwa (wiem, pewnie na to jest jakaś jednostka chorobowa) gadam do siebie. Opowiadam sobie wszystko. Dzięki temu rozpatruję miliony scenariuszy. Wybieram drogę i podejmuję decyzje. Prowadzę ze sobą dialog. Mam tak od dzieciństwa. No i przegadałam sobie swoje plany, w aspekcie wcześniejszych wydarzeń i rozmów, postanowiłam nie rozdrabniać się na jakieś niesprecyzowane plany innych i ich własny chaos, którego oni nie ogarniają, to dlaczego ja mam to robić?
I w momencie mojego olśnienia, wyznaczenia celu, i zobaczenia początku drogi...przyszedł sms. Znaczący dla mnie wiele. Potwierdzający całą moją dyskusję ze sobą. Do tego stopnia, że postanowiłam szczerze odpisać co u mnie.
I tak, proszę Państwa, zaczyna się.
I z tego bardzo się cieszę.
    

sobota, 25 października 2014

[309] Taka jestem sprytna

Obserwuję sobie świat i wyciągam wnioski.
Obserwuję osoby zamknięte w swoich głowach. Słucham co mówią i jest mi dobrze ze sobą. Postanowiłam nie poprawiać, nie przekonywać, nie namawiać. Ja żyję swoim życiem i każdemu radzę to samo.
Dzisiaj miałam doskonałą okazję do obserwacji.
I tak.
Osoby pierwszy raz uczestniczące w spotkaniu czują się lekko niepewnie i są milczące. To dość powszechne. Ja zwykle robię to samo. Najpierw sprawdzam teren. Ale nie zawsze tak jest, bo czasem czuję, że mogę. Mam za każdym razem nadzieję, że moja intuicja się nie myli. A kiedy mówi mi zamknij się i patrz, to tak robię. Przestałam na siłę podtrzymywać konwersację. Wolę mądrzej milczeć.
Osoby, które znam dłużej i z wielu stron, też są fajnym obiektem do wyciągania wniosków. Jestem taka sprytna, że mam dobrą pamięć. Może to dlatego, że niektóre rozmowy przetrawiam jeszcze wielokrotnie. Pamiętam co, kto powiedział. I na przykład taka zmiana stanowiska jest bardzo ciekawa. Ale nie taka zmiana, że ok, ktoś mnie przekonał. Tylko taka, że ależ ja zawsze tak mówię.
I tak sobie obserwuję.
Widzę miałkość i powody do depresji. Słyszę banialuki i bajeczki. Widzę sztuczne uśmiechy i zainteresowanie. Wychwytuję puste frazesy i brak wiary we własne słowa.
Mam ochotę czasem potrząsnąć taką osobą i wrzasnąć: zrób coś ze sobą!
Ale nie mam prawa. Nie moje życie. Nie ja je przeżyję.
Dzięki temu jednak dzieje się coś dobrego. To ja zmieniam co mogę w swoim życiu. Tak, żeby nigdy ta miałkość mnie nie dopadła. Bo czasem mam wrażenie, że to co robię to ciągle za mało, za mało satysfakcjonujące, za mało z jajem, za mało, za mało, za mało. Że stoję w miejscu. Że mogę więcej, ale nie mam motywacji.
I po takich obserwacjach wychodzi mi, że mam motywację, mam siłę i, co najważniejsze, mam chęci.
Podejmuję czasem karkołomne decyzje.
Nie są z pierwszego rzutu. Są wielokrotnie przetrawione, wielokrotnie przemyślane, ale brakowało iskry zapalnej. Znalazła się taka iskra. Dwa słowa: zrób to!
I wiem, że się uda.


Na dziś:
Coma - Na pół
Fanką jestem od początku. I będę. Cokolwiek.


środa, 22 października 2014

[308] Ofiara recyklingu

Ogarniam się. Tak się ogarniam, że hej!
Zaczynam systematycznie odrabiać zaległości.
I tak. Młody w końcu został zaprowadzony do szkoły. Nie to, że mi się nie chciało, ale od piątku się leczył. Znaczy ja go leczyłam. Bo charczał i zaczynał się katar i w ogóle jakoś niewyraźnie wyglądał. Więc zastosowałam leczenie własne, wzięłam go na przetrzymanie: albo posłucha mnie i nie będzie chorował, albo wybierze choróbsko, a ja wtedy strzelę focha. Udało się. Aczkolwiek dzisiaj radośnie pobiegł w stronę szkoły z uśmiechem od ucha do ucha i okrzykiem: "przybywam po nowe choróbsko!" Dobrze, że odbiegł na bezpieczną odległość, bo zdzieliłabym go torbą połbie.
W każdym razie ta batalia wygrana.
No to po powrocie do domu, bo wolne od działań pozadomowych mam, z okazji hospitalizacji pewnej osoby, o której kiedyś będzie, zabrałam się za drobne porządki. Wiecie, kuchnia na pierwszy rzut.
Jako że mieszkam w obiekcie zwanym domem, obowiązuje mnie restrykcyjny recykling. Żółte wory, zielone, brązowe.. I wszystko jest super, do czasu sprawdzenia grafiku odbioru powyższych worków, z podziałem na kolory i dni. W bloku jest łatwiej. Masz kontener, to codziennie możesz sobie wywalić butelki, stare ziemniaki i podarte w szale pismo z durnego urzędu.
A tu nie.
Tu taki plastik-metal-papier-tworzywa sztuczne, choć są w jednym worze, muszą się kisić przez 3 tygodnie, zanim ktoś je odbierze. A wór z racji tego, że nie posiadam jeszcze sprytnego takiego czegoś (jak wymyślę jak to nazwać, to nazwę), stoi w domu, co prawda na dole w holu, ale nikt nie powiedział, że jak nie umyję takiej puszki po pasztecie to nie zacznie śmierdzieć. Albo butelki po mleku, na ten przykład.
No i zabrałam się za mycie puszki. Tak, wiem, że krawędzie są ostre, szczególnie w tych z otwieraczem. I tak, wiem, że należy myć to sposobem. I co z tego?


Puszka urżnęła mnie precyzyjnie. Zabolało, zakrwawiło, wyplułam kilka przekleństw, głównie w kierunku własnym, za głupotę i bezmyślność. Trudno.
Ale to, że idąc do kuchni po raz drugi nie trafiłam w wejście tylko zderzyłam się ramieniem z ościeżem, to już normalnie szczyt szczytów. I mimo, że to częsty przypadek, to za każdym razem zadziwia mnie moja autodestrukcja.
Tak więc nie dość, że paluszek (na wizytę u endokrynologa przykleję sobie Małą Mi), to jeszcze prawe ramię. To już naprawdę bolało.

Na dziś:
Celine Dion - Tous Les blues sont ecrit
Żeby było jasne - bardzo lubię Celine.


niedziela, 19 października 2014

[307] Kuchenna rewolucja

Natt bardzo lubi słodkie. Lubi. No lubi i już. Ma takie okresy, kiedy może słodkiego nie jeść i jest spoko. Ale zawsze, ale to zawsze uważa, że kiedy przychodzi na słodkie ochota, to nie wolno pod żadnym mętnym pozorem odmawiać sobie tej, drobnej wszakże, przyjemności.
I tak, aby ukoić jeszcze kołaczące się gdzieniegdzie nerwowe myśli, najpierw wstawiła do gotowania jabłka na mus, niemające nic wspólnego z owym słodkim, o którym za chwilę.
Że miłością Natt do Skandynawii, a w szczególności do Szwecji, pała, wiadomo wszem i wobec.
Wobec tego wzięła i se poszukała przepisu na słynne szwedzkie bułeczki cynamonowe, znane pod rodzimą nazwą kanelbullar.
Oraz zapragnęła, z pewną dozą nieśmiałości i obaw, zmierzyć się z drożdżowym ciastem, które jakoś zawsze, jak był mus, wychodziło, ale przerażał Natt czas przygotowywania, szczególnie ten z oczekiwaniem na podwajanie objętości. Bo co jak drożdże będą nie teges? Albo co znaczy w ciepłym miejscu? No nie w piekarniku przecież.
I tak Natt robiła zawsze jak musiała, bardzo chciała robić bez musu, ale zawsze coś blokowało tę chęć.
W końcu zebrała się na odwagę, ze słynnym: "jak nie dam rady, jak dam".
Etapów produkcji uwiecznionych nie ma, ale Natt opracowała sobie sposób na miejsce ciepłe. Otóż wspomniane wcześniej jabłka koiły nerwy Natt dzień wcześniej. A ponieważ wszelkie dżemy i powidła, a także mus jabłkowy zwykle musi swoje w garze odpracować, tak też i teraz stało się. Więc Natt podgrzała ten gar z musem, nie za mocno, byle był ciepły, postawiła na kuchence od najbliższej blatowi strony. Zagotowała w tym czasie wodę i wlała do dzbanka, w którym woda pitna urzęduje, ponieważ Natt się zbuntowała i od jakiegoś czasu pije kranówę oraz gotowaną, zaniechała natomiast prawie zupełnie kupowania mineralnej. Trochę z przekory, bo tutejsze wodociągi latem rozdają tę wodę darmo w mieście, twierdząc, że jest pyszna, i jest, oraz dlatego, że żółty worek do segregacji ma jakąś tam objętość, a także dlatego, że do sklepu daleko i nie bardzo chce się targać 5-litrowe butle z wodą. Wracając do tematu. Wodę w dzbanku postawiła z drugiej strony misy z ciastem, zaznaczyła z Młodym poziom ciasta przed i poszła oddać się grze w rummy. Ustawiła se oczywiście timer. A kto zabroni. Czary mary z ciastem spodobało się i Natt, bo wyrosło pięknie, i Młodemu, bo to w końcu czary mary.
Nadmienić trzeba, że Młody, jako osoba naukowo skażona, musiał spróbować surowizny. Natt zapomniała jakim delikatnym żołądkiem dziecię dysponuje i nie oponowała. Wobec tego drożdże i później masa z cynamonem zostały spróbowane i, niestety, okupione bladością i bólem brzucha. O innych aspektach powyższego wspominać nie ma co.

No dobrze. Bułeczki zostały upieczone.




Oraz bardzo szybko zjedzone. 

Istnieją pewne obawy, że ciasto drożdżowe zawita do kuchni Natt na stałe, w wariacjach różnych.
I potrzeba słodkiego zostanie zaspokojona za każdym razem.

sobota, 18 października 2014

[306] W aktach

Na północy bez zmian.
Czyli u mnie.
Czyli nic się nie zmieniło, dalej mężatką jestem i ...[tych słów już nie używam].
Co ma być to będzie.
Wierzę, że będzie tak, jak ma być.

Akt 1.
Dzwonię sobie do sądu. Dowiedzieć się co i jak. Dowiaduję się.
Dzwonię więc do kancelarii, dowiedzieć się co i jak. W końcu zapłaciłam ciężkie pieniądze za obsługę. DOWIADUJĘ SIĘ ZUPEŁNIE CZEGOŚ INNEGO. Wolałabym wersję optymistyczną, czyli kancelaryjną (a że nieprawdziwą to trudno), że jestem już po, że czekam tylko na podpis sędziego. Trudno, zniosę to jakoś. Ale żeby nie było, w poniedziałek idę po pomoc w tej sprawie, bo sobie nie pozwolę.
Z powodu powyższego nastąpił
Akt 2.
Telefon wyładował mi się trzy razy. Dzwoniłam do wielu osób, które czekały na wieści, ale w sumie po to, żeby po prostu postawić się do pionu. Tak jak powiedziałam jednej z tych dobrych dusz, musiałam usłyszeć kogoś pozytywnego. Usłyszałam. I w sumie zeszło ze mnie całe napięcie. Zresztą po potężnym, nazwę to dzisiaj delikatnie, zdenerwowaniu, przyszedł czas na śmiech i żarty. Bo tak naprawdę nie umiem długo tkwić w złych emocjach. Szkoda mi na to czasu. I szkoda mojego zdrowia.
Akt 3.
Na świecie są ważniejsze rzeczy niż moje problemy. Na przykład takie.
Jadę autobusem ratować świat.
No dobra, jadę zawieźć aspirynę pewnej chorej babie. I jadą laski z gimnazjum.....
I rejestruję taką rozmowę:
- jeny, słyszałyście? Ona powiedziała, że będą dwa sprawdziany w miesiącu! Jeny...ile ja będę miała jedynek....
- no ja się nastawiam na dwójki, jakoś to będzie.
Miałam ochotę odwrócić się i wycedzić przez zęby:
- to się k...wa uczcie, debilki.
Oczywiście nie zrobiłam tego, ale miałam naprawdę ogromną ochotę albo zabić, albo zapłakać nad przyszłością tego narodu.
Ale ulga przyszła w innym autobusie. Kiedy to młodzieniaszek, też jakieś ryczące gimnazjum, włączył sobie muzyczkę w telefonie. Muzyczka to jakiś polski rap, czy inny hip-hop. Nie lubię polskiego, więc mnie wstrząsło. Dogłębnie. Autobus pełen ludzi. Nikt nie zareagował. Zareagowała na to moja znajoma, której powiedziałam:
- zaraz dla kontrastu włączę Testament, albo inne żelastwo.
Powiedziała coś tam do niego, ale ją olał. No to uśmiechnęłam się uroczo, a wiedzcie, że potrafię, odwróciłam do gówniarza i głosem na poziomie ściszonego radia powiedziałam, patrząc mu w oczy:
- wyłączysz to, czy nie?
Wiecie, chyba miałam coś jednak w twarzy takiego, że spuścił wzrok, zmielił coś pod nosem i wyłączył.

A tak naprawdę powiem Wam jedno:


Na dziś:
Elektryczne Gitary - Wszystko chuj



wtorek, 7 października 2014

[305] Idź spać

Po nieziemskim ...jakby tu dyplomatycznie to nazwać...a co sobie będę żałować, po zajebistym wqrwie, przyszedł spokój.
Myli się ten, kto myśli, że mogę już sobie swobodnie zmienić nazwisko. Albo że wszelkie sprawy zostały przyklapnięte papierem. Dział sprawiedliwości, szlag by go trafił, ma dużo czasu (np. daje sobie 3 tygodnie na sprawdzenie, czy przelew, który idzie góra 3 dni, doszedł na konto...), a druga strona, mimo, że niczego nie osiągnie, wykorzystuje każdą możliwą kropkę w procedurach. "Dla dobra dzieci".
Tu zamilknę jednak. Bo osiągnięta wewnętrznie nirwana odgalopuje w siną dal.
A spokój osiągnęłam niejako siłą woli. W eter poszło to, co mi leżało na wątrobie, bardzo było soczyste i niecenzuralne, ale w końcu, po 3 latach, miało prawo się ulać. Nawet tak niespotykanie spokojniej osobie, jak ja.
Ale teraz, dzisiaj, doszłam do punktu, w którym mam w końcu prawie porządek, piękny nowy balkon, nie ma już rusztowań - przynajmniej do wiosny, jest przepiękna pogoda, dzieciaki urodziły się ponownie oba, Młodemu moja koleżanka nawet upiekła tort. Mam nadzieje, że choróbska poszły sobie w cholerę.
Mam nadzieję.
Mam mnóstwo pomysłów.
Zrobię sobie mapę i zrealizuję je krok po kroku.

Cieszę się, że na mojej drodze pojawiają się takie osoby jak na przykład ta, z którą dzisiaj poszłam na kawę. Hoduje pozytywne myśli i jest niesamowita. Za każdym razem mało mi tych spotkań, stanowczo za krótko trwają. Bo tak fajnie spotkać bratnią duszę.

Czasu mi brak. Nie ma ktoś nadmiaru? Tak tyci, może ze dwie godzinki, z dziennym światłem, wypoczęte. Mogą być nawet zachmurzone, deszczowe, z wichurą. Przydałyby mi się. Wtedy mogłabym zadzwonić do paru osób, napisać co trzeba, zrobić co zaplanowane. A tak wstaję o świcie, o 20.00 padam na twarz. O ile jestem w domu. Bo na przykład na takim przystanku, bez wzbudzania podejrzeń, spać się nie da. Nie próbowałam, ale tak przypuszczam.
Za to wiem jak to jest rozmawiać z osobą, która zasypia na stojąco. Wczoraj miałam okazję. Zadzwoniłam do koleżanki, załatwiałyśmy ważną sprawę, ale to ja ją robiłam. Potrzebowałam danych. Ponieważ robiłam to pierwszy raz, nie wiedziałam co i jak, więc zadzwoniłam.
Po drugiej stronie wesoły głos, wyluzowany, jakieś głosy w tle (myślałam, że jest na imprezie, w pubie). I rozmawiamy. Nie mogłam się zalogować do poczty. Więc ona zmieniła hasło. Pytam o dane. Wstaw swoje. Zapaliła mi się lampka. A tu co. To. I mówi: zasypiam. No to mówię: ok, jakby co zadzwonię. Doszłam do punktu, że bez niej ani rusz. Dzwonię. A ta mi coś mówi: czyipół. Pytam o coś i nic. To mówię: idź spać. Intuicyjnie pozmieniałam dane na odpowiednie, wpisałam co trzeba. Zdążyłam.
Dzisiaj ta do mnie dzwoni i mówi: tyyyyy myślałam, że mi się śniło, że z tobą rozmawiałam i aż sprawdziłam telefon. Rozmawiałam z tobą!!!! Ale o czym???  
Taaaaaaaa....

sobota, 20 września 2014

[304] Istne szaleństwo

Żeby nie było, że smutno i nudno i bez polotu.
Żeby nie było, że ja tylko kartony i przeprowadzki. No dobra, ostatnio tak, ale że tak powiem zbliża się wszystko do brzegu.
(A propos, jest tu jakiś budowlaniec? Mam świeży beton na balkonie i muszę go w niedzielę podlać...Nie było kiedy usłyszeć instrukcji od Pana Fachowca, więc będę tworzyć sama, chyba, że Pan Fachowiec wpadnie w niedzielę)
Pan Fachowiec to w ogóle fajny facet jest, ale niestety, mówi do telefonu: "pa, Maleńka".
Ale wracając do tematu.
Remont trwa. Ostatnio, z tęsknoty za zimą dostałam w prezencie swoją własną. Nie powiem, fajna, tylko trochę chrzęści w zębach, kiedy trafi się w kubku z herbatą.


No i widzicie, zima, i od razu do kompletu angina, kaszel i cisza.
Angina moja. Załatwiłam się podręcznikowo. Od zimnych nóżek. Nie będę rozwijać tematu, ale trochę mnie to zaskoczyło.
Młody kaszle. Ale wychodzimy z tego. Dwa dni posiedział w domu i daje radę. W poniedziałek nie pozwolę mu moczyć tyłka na basenie. Bo to właśnie szkolny basen go załatwił.
A Kudłata..Nie wiem co zrobiła, ale najpierw zaniemówiła - stąd cisza, a potem cherlała jak gruźlik. Znaczy jak ja, zanim dopadła mnie angina, ale zupełnie niezależnie ode mnie, bo ja się z nią nie całuję!
W każdym razie widoki na ozdrowienie, bez ludowej medycyny, są.


Nie to, że nieskuteczna. Ja po prostu nie mam w zasięgu chlewu. O korycie to nawet nie wspomnę.

Żeby zakończyć dzisiejszy dzień jakoś optymistycznie, to opowiem co dzisiaj mi się przytrafiło.
Pojechałam po zakupy. Czymś trzeba było nakarmić dziatwę. Wracam do domu z radosnym okrzykiem, skierowanym do Młodego: zaraz zrobię hot-dogi!
Młody się ucieszył, ja rozpakowałam torby i...doopa.
Nie będzie hot-dogów. Zgubiłam psy. Znaczy bagietki. My lubimy hot-dogi z biedronkowych bagietek. Uprzedzam ewentualne zdziwienie.
I tu porada dnia: nigdy więcej nie pomyślę: żeby tylko mi nie wypadło, żebym tylko nie zgubiła.
Wsiadłam do autobusu i korzystając z wolnego miejsca, walnęłam na siedzenie obok siaty. Nie nie, nie jestem taka, chciałam tylko przepakować część prowiantu do torebki, żeby było mi lżej. I wyjęłam te nieszczęsne bagietki, których miałam nie zgubić. Przepakowałam się i było cacy. Wysiadłam, doszłam do domu i....bagietki pojechały zwiedzać miasto. Mam nadzieję, że komuś smakowały.
Dobra, miało być optymistycznie, a wyszło jak zwykle. Idę spać. Jutro przynajmniej nikt mnie nie będzie budził wierceniem w ścianach.

niedziela, 14 września 2014

[303] Wędrówki

Wieści z pola boju:
Ilość kartonów drastycznie uległa zmniejszeniu. Agencje donoszą, że niebezpieczeństwo minęło, nie powtórzy się historia Hanki M.
Aczkolwiek rolę destruktora przejęły framugi. Dzisiaj właśnie zaliczyłam bliskie spotkanie z taką jedną, nie polecam. Wiem teraz przynajmniej jak będzie wyglądał tatuaż na moim ramieniu.
Zmniejszenie liczby kartonów, wbrew pozorom, nie oznacza zmniejszenia bałaganu. Absolutnie jedno z drugim nie idzie w parze. Za to meble zaczynają wędrówki, dobrze, że tylko na poziomie jednego piętra.
Ciężka noc przede mną. Będę polować. Wiem, pełnia była kilka dni temu, grzyby zbierałam rano, ale nocne polowanie tyczy się krwiopijcy. Od kiedy go zobaczyłam, wszystko mnie swędzi. Na zapas. A ledwo zagoiły się ślady po poprzednikach...
Jak już napomknęłam, byłam dzisiaj na łowach leśnych, uzbierałam porcję grzybów na obiadek. Mimo deszczów, które żyć mi nie dawały i w zeszłym tygodniu padały akurat wtedy, kiedy z Młodym wracaliśmy do domu ze szkoły. Myślałam, że wystarczy tyle wody, bo ja byłam przemoczona do majtek. Jednak nie, powietrze i lasy dalej suche. Trzeba więc poczekać na porządne grzybobranie kilka tygodni. Nie mówcie mi tylko, że u Was grzybów mnóstwo, bo się zdenerwuję.
Rozbroił mnie za to Młody, bo rzekł był, na moje narzekanie na pajęczyny:
- Jestem twoim rycerzem. A ty jesteś moją tarczą. Tak więc będę szedł za tobą.....
Na takie dictum, parsknęłam śmiechem. I cóż, trzeba się było samej ogarniać z pajęczyn...
W między czasie zostałam przewodniczącą dwuosobowej trójki klasowej u Kudłatej w szkole.
Jednocześnie zaliczyłam się dobrowolnie w poczet rodziców, zapełniających dzieciom czas po szkole różnymi zajęciami dodatkowymi. I tak oto Młody będzie pływał po hiszpańsku w kimonie... Jakoś tak.
Dodatkowym utrudnieniem logistycznym jest fakt, że Młody sam do domu nie wraca. Droga z przystanku nie sprzyja wędrówkom samodzielnym. Dlatego też zawożę go i odbieram. Nie lecę z nim do szkoły, tylko wysadzam z autobusu, podprowadzam kawałek, a dalej idzie sam. Szybko i sprawnie. Za to powrooooooty... Są nieco wydłużone, szczególnie kiedy czasu mało. Wtedy Młody zapomina wyjść ze szkoły od razu po lekcjach i beztrosko idzie na świetlicę. A potem, jakieś 40 minut po terminie, beztrosko przychodzi z kijem większym od siebie trzy razy. Muszę nad nim popracować. Wiem już, że przypominanie rano nic nie daje. Zaglądanie do planu też nie. Ale cóż, wymyślę jakiś skuteczny sposób, jakiś zdalny przesyłacz myśli, elektrowstrząsy, czy coś. Od razu mówię, że telefonu do szkoły nie dostanie. Będę go szantażować i kusić. Może poskutkuje.
A teraz idę znaleźć sobie jakieś coś, czym będę mogła trzasnąć przeciwnika skutecznie, ale bez krwawych plam na ścianie..

sobota, 6 września 2014

[302] Karton network

W końcu! Znalazłam myszkę do kompa!
Nie nie, to jeszcze nie koniec. Rozpakowywania. Kartony straszą mnie całymi dniami i nocą. Dlatego w dzień uciekam z domu, a w nocy zamykam szybko oczy.
Ale może trochę historii.
Przeprowadzka.
Pakowałam się długo i namiętnie. Oczywiście najlepiej poszło dzień przed. Ponieważ w trakcie mieszkania doszło kilka większego gabarytu mebli, lodówka i pralka, nie mogłam poprosić nikogo ze znajomych o pomoc. Poprzednio przenosiłam się przyczepką ze Statoila i dwa obroty dały radę.
Teraz było trochę gorzej. Musiałam więc zamówić transport. Transport okazał się mało kompetentny i do chrzanu, rozwalili mi mebel, ale generalnie wyszło mi na plus, bo .... stoi do góry nogami w trzech częściach. Sprawa zakończyła się oddaniem kasy za naprawę. Co prawda trochę musiałam nabluzgać w słuchawkę i zagrozić sądem. W każdym razie, wielki gabaryt przewieźli panowie, rozstawiając mi meble jak im pasowało, a cała reszta....
Całą resztę przewiozłam ze znajomymi. W pierwszy dzień jedna koleżanka. Kilka kursów. Drugi dzień, symultanicznie, wielki gabaryt, znajomi z mini vanem i ...seicento. Trzeci dzień seicento i kombi renault. Da się? Da się.
I wszystko byłoby super, gdyby nie to, że w poprzednim mieszkaniu miałam szafę a la komandor. Mieściło się w niej wszystko, łącznie z całym kramem sezonowo nieczynnym. Tu natomiast mam więcej przestrzeni, ale nie mam gdzie schować, już nawet nie mówię o sezonówkach, zwykłych gaci nie mam gdzie schować. Koczuję więc w kartonach, zrobiłam przegląd, poprzekładałam tematycznie i w kartonie po bananach mam bieliznę. Muszę jeszcze tych kartonów skombinować, bo to fajna sprawa jest. No i będzie miejsce na inne części garderoby.
Ale tak naprawdę mam fajnych ludzi wokół. Dzięki temu mam już szafkę na buty. I stół do kuchni. Przerobię je na bóstwa i pochwalę się oczywiście. Jutro będę szaleć z papierem ściernym. Cztery krzesła mam. Jedno z epoki, miała takie moja babcia, będę szukać takich samych do kompletu. Moje jest jeszcze białe, ale też zmieni kolor.  
Marzę o fotelu, takim, w którym siądę z książką, przykryję się kocem i zniknę wieczorem. Nawet taki wypatrzyłam na tablicy. Pomyślę o tym.
I tak, jak widzicie, wszystko układa się znakomicie. I choć wkurzają mnie kartony, to jeszcze trochę z nimi pomieszkam. Staramy się sobie nie wchodzić w drogę.
Odkryłam, że przeszkadza mi kurz. Wczoraj rzęziłam jak astmatyk. Ale jeszcze potrwa zanim opadnie cały pył, ponieważ panowie ocieplają mi dom, więc w pakiecie z kurzem i pyłem mam kuleczki styropianu. A może mam uczulenie na styropian?
W międzyczasie przeżyłam inwazję muszek owocówek. Latały setkami. Przypuszczam, że to z powodu winogrona na balkonie, teraz wytłukłam prawie wszystkie. Jeszcze jakieś niedobitki latają po łazience. Winogrona nie będzie, niestety. To ostatni sezon. Zostaną usunięte podczas remontu dołu. Ale wiem, że na wiosnę dostanę kawałek ziemi do uprawiania własnego ogródeczka. Już mi się dusza uśmiecha.
I to by było na tyle.
A nie. Jeszcze jedna wiadomość. Królik odszedł po przeprowadzce. Może miał za duży stres. A może chorował. W każdym razie pochowaliśmy go w lesie. Chyba nie chcę więcej zwierząt.

Idę przestawić jakiś karton.

PS: Boję się zalewu spamu po tytule. Wifirifi wyciągnęło z czeluści nawet spam po włosku. A już zupełnie nie rozumiem, co miało znaczyć zapytanie "Alice Cooper co o nim sądzicie". No bo co można sądzić? Ja tam go lubię :)





poniedziałek, 25 sierpnia 2014

[301] Póki wifirifi ma zasięg...

Tak tak. Zarobiona jestem popachi.
Kartonów, toreb i innych elementów związanych z przeprowadzkami będę miała dość na bardzo długo, tak więc mam zamiar zakotwiczyć w miejscu, w którym dzisiaj umowę podpisałam, a które piękne jest, no.
Nie da się ukryć.

taki widok z mego okna

Ale tak naprawdę to nie o tym chciałam.
Tydzień przed dniem dzisiejszym, kiedy to miałam w spokoju się pakować i takie tam, przy czym wiadomo wszem i wobec, że najlepiej wychodzi mi pakowanie na wczoraj, zamiast siedzieć grzecznie w domu i oddzielać co potrzebne co nie, ja zabawiłam się w Jasia Wędrowniczka. A raczej w Janinę.
Pojechałam w czwartek, wszyscy wiedzą gdzie, bo Frytka zdążyła już donieść. Ale napiszę dla jasności, gdyż może mi się pomieszać. Do Łodzi pojechałam. 
Zerwawszy się skoroświt, najpierw najechałam Toruń (jeńców nie brałam), a potem dopchałam się jakoś do wolnego miejsca w ulubionym mym środku transportu, w polskim busie. Najpierw skorzystałam z wifi, a potem wyciszyłam telefon w celu udania się na spoczynek. Znaczy odchyliwszy oparcie usiłowałam nie lecieć na panią, która siedziała obok. Po którymś tam opadzie głowy, tknęło mnie przeczucie, że ktoś dzwonił. I jakby się nie myliłam. Odpisałam krótko acz treściwie: Jadę i śpię. Zadzwonię później. Jakoś znów zaliczyłam niejasny scenariusz senny, po czym obudziłam się na wjeździe do Łodzi. Nuda, nie?
Ale na przystanku czekała na mnie Ewa. Po zrobieniu w konia parkomatu, znaczy on sam się zrobił, pojechałyśmy na pyszną owsiankę. Uwielbiam owsiankę. Nie wiem tylko dlaczego Ewa wymieniła ją tak nieśmiało na samym końcu menu. Zacząć od tego powinna. 
W każdym razie dzień zaczął się bardzo fajnie. Taki totalnie zakręcony dzień. Z reklamowaniem obiadu, darmowymi lodami, kawą, co nie miała być toffi, i innymi sprawami, na przykład takimi, że Kudłata ma sobowtóra, jeśli chodzi o zachowanie.
A potem była Frytka. Chciałyśmy jej przynieść kawę. Ale nie chciała. To padła propozycja, że mrożoną może jak zwykłej nie chce. Też nas olała. I w sumie dobrze. Bo ten przystanek, który obrałyśmy sobie za miejsce spotkania, był jakby lekko przewiewny. Co się objawiało tym, że Ewa chowała nogi. Których nikt nie zauważył, dopóki z Frytką nie zaczęłyśmy zasłaniać jej różnymi torebkami. Potem Frytka odjechała, tuż po szalonym szukaniu odjeżdżającego autobusu, a ja sobie potem w brodę plułam, że zwróciłam uwagę na te hieroglify przy rzekomym odjeżdżającym autobusie, bo tak to Frycia zostałaby z nami na przepysznej, w życiu nie jadłam tak dobrej, Adamowej pizzy własnej roboty i czerwonym winie. 
I tak wieczór się skończył. Zarządzono pójście spać. Udałam się i ja, bo co tak będę sama siedziała.
Razem ze mną na spoczynek udał się KOT. 
Kotów to ja...no własnie. Nie mogę napisać, że nie lubię, bo to nie tak. Może bardziej adekwatnym by było: nie chcę mieć. Zwierzęcia kota, bo tego drugiego to mam na pewno. 
Ale wracając do sedna. Nie wiem który to przyszedł do mnie, bo w nocy wszystkie koty są czarne. Wszedł z jednej strony łóżka, przeszedł mi nad głową i położył się na mojej komórce, którą sobie nastawiłam na budzenie. Chciałam zrobić sobie słitfocię z kotem, dla udowodnienia, że koty nie uciekają ode mnie, ale bałam się ruszyć, bo...kot pobierał energię z mojej komórki. Mruczał i mruczał, skrzypiał i skrzypiał, aż w końcu się naładował i zamilkł. A potem kumpel go zawołał i poszli na nocny obchód terenu. 
I tak skończyła się ta wyjazdowa przygoda, bo potem to tylko powrót do domu i mnóstwo roboty, która trwa do teraz i potrwa jeszcze kilka dni.
Tak więc udaję się do kartonów, pakować nie mieszkać.
Odezwę się jak już unormuje się wszystko, czyli jak już połączę się ze światem na nowym miejscu.

Dziękuję bardzo Ewie i Adamowi za gościnę, Frytce i Desperowi wiecie za co, oraz mam nadzieję, że takie spotkania, niekoniecznie na przystanku (chociaż może wtedy udałoby się zamontować tabliczkę pamiątkową), odbędą się jeszcze nie raz w takim, lub większym gronie.
Całusy!!




sobota, 16 sierpnia 2014

[300] Puzzle

Zabieram się do pisania tego postu któryś już raz w przeciągu tygodnia. No bo to numer taki okrąglutki, z moją ulubioną trójką, a to wypadałoby coś mądrego napisać, a może wręcz przeciwnie.
W takim razie będzie zupełnie zwyczajnie. Jak to u mnie.
Upały odeszły. Cieszę się z tego tak bardzo, że sobie nie zdajecie sprawy. Ten chłodek. Trochę deszczu, a nawet ulewy. Rewelacja! Jest czym oddychać. Jest tak jak lubię.
Ale najbardziej lubię, kiedy układanka układa się jak należy. Właściwie to ona zawsze się układa, tylko nie zawsze to widzimy.
Ale wracam do tego, co u mnie.
Więc się pakuję. Przeglądam wszystko i eliminuję co niepotrzebne. Chcę mieć z głowy przegląd i zbędny balast, kiedy padnie hasło: wyprowadzka. A padnie. Lada moment.
Dopinam ostatnie guziki.
Dzisiaj za to przyjechała do mnie koleżanka na wspólne tworzenie. Jutro przyjedzie znów, dokończyć. Połowę czasu przesiedziałyśmy i przegadałyśmy. Lubię ten czas. Lubię spontaniczne: jadę. Lubię po prostu życie bez spiny i udawania wyższości ścierania kurzu nad udanie i miło spędzonym czasem.
We wszystkim mamy wybór. Zawsze tych wyborów dokonujemy. Brak wyboru też jest wyborem. To jest bardzo oczywiste. Od nas tylko zależy, czy stoimy w miejscu, czy idziemy do przodu.
Mogłabym siedzieć i zastanawiać się za jakie grzechy mam pod górę. Dlaczego nic nie jest takie proste, jak pstryknięcie palcami. Czemu to czy tamto i kiedy się skończy.
Najczęściej kończy się u mnie zanim zdążę zadać sobie to pytanie.
Pod górę nie zawsze znaczy, że gorzej czy trudniej. Często zmusza mnie to do szukania innej drogi. Może to jest właśnie rozwiązanie? Może po to są te góry?
Niezależnie od wypukłości terenu mego życia, różne puzelki wskakują na swoje miejsca. To co jeszcze miesiąc, dwa temu wydawało się niemożliwe, dzisiaj nabiera kształtu.
Wszystko jest po coś. Nieprzewidziane rozmowy telefoniczne, takie zupełnie oderwane od rzeczywistości, a dające odpowiedź na kolejne pytanie i podpowiadające kolejny krok. Takich rozmów miałam kilka w ostatnim czasie. Niektóre bardzo znaczące. Z niektórych dowiedziałam się, że idę w dobrym kierunku. Niektóre popchnęły mnie trochę krok dalej. Lubię takie dzianie się.
Tak sobie wymyśliłam, że mam zawężone pole widzenia. To pole, które dotyczy czasu, a mianowicie przeszłości, teraźniejszości i przyszłości. Znam przeszłość. Ale przestałam się jej przyglądać. Pamiętam i wiem, ale nie rozpamiętuję. Bo po co? Nie zmienię już nic. Nie pójdę inna drogą. Mogę tylko uważać, żeby nie popełnić tych samych błędów. Skupiam się na teraźniejszości. To teraz żyję. Teraz tworzę moją przyszłość. Kiedy będę na nią czekać, zmarnuję tylko czas.
A na razie zostawiam Was na trochę. Pracowity czas przede mną. Wyjazdowy.
Zmiany, zmiany, zmiany.
Najwyższy czas.


Na dziś:
Zakopower - Udomowieni
Lubię. Bardzo. Głos. No i wiadomo :)








czwartek, 7 sierpnia 2014

[299] Dlaczego jestem optymistką

To będzie post wielowątkowy. Może też okazać się nudny. Uprasza się o nieregulowanie odbiorników.

Wczorajszy dzień, od świtu, po głęboką noc, spędziłam w mieście, w którym zakochałam się od pierwszego wejrzenia. W Gdańsku. Spotkałam się tam z moją, i tu mam problem z określeniem tej relacji: przyjaciółką, koleżanką, znajomą...Dlaczego mam problem z określeniem? A to dlatego, że przyjaźń jest bardzo wyświechtanym pojęciem. Często mam wrażenie, że przyjaźń jest jarzmem. Bo na przyjaciela nakłada się obowiązki, bo jak nie, to już nie jest się przyjacielem. Często przyjaźń to twór, który musi trwać długo. Ale czy na pewno?
Dla mnie przyjaźń jest tak samo zmienna jak nasze życie. Na każdym jego etapie potrzebujemy innych rodzajów tego związku. Czym innym jest przyjaźń z przedszkola, szkoły, a inna w życiu dorosłym. Skoro my ewoluujemy, to dlaczego ma nie zmieniać się przyjaźń?
I nie jest to złe. Bynajmniej. Z przyjaźnią trzeba umieć się pożegnać. Pogodzić z jej przemijaniem. Wtedy, paradoksalnie, zostaje na dłużej.
Ile powinien taki związek trwać, żeby można było nazwać go przyjaźnią? Dla mnie? Może trwać bardzo krótko. Ważniejsze dla mnie jest nadawanie na tej samej fali. Zrozumienie.
Piszę o tym, bo wydarzyło się kilka rzeczy, które nadały nowego znaczenia przyjaźni.
Rozstałam się z "pracą" na dobre. Nie zostawiłam żadnego marginesu. Bo dojrzałam do tego, żeby powiedzieć nie. W samą porę. Kiedy usłyszałam, że nie dzielę się emocjami, i jest to problemem dla drugiej strony, zrozumiałam w czym rzecz. Ja po prostu nie mogłam zostać jej przyjaciółką. Zupełny brak synchronizacji nadawania i odbioru. Z tym, że ja rozszyfrowałam problem.
Dowiedziałam się też kilku innych ciekawych rzeczy, np. takich, że się nie angażowałam w tworzenie firmy i jej rozwój. Kiedy zripostowałam to stwierdzenie, zobaczyłam ogromne zdziwienie.
Odcięłam się zupełnie. To wszystko już mnie nie dotyczy. Ale konkluzja jest taka, że choćbyśmy nie wiem jak chcieli, na siłę nie stworzymy przyjaźni.
Z drugiej strony, dla kontrastu, sytuacja obecna. Kurs trwał 10 dni. Mam z tego kilka znajomości. Dwie bardzo znaczące. Co się zadziało? To, że obie te osoby zaangażowały się w znajomość ze mną bez zbędnych podchodów. To, że nadawanie i odbieranie odbywa się na tej samej częstotliwości, bezkolizyjnie. To, że czas, długość "znania", nie ma żadnego znaczenia. Zostałam obdarzona zaufaniem, jestem w tych relacjach tak, jakbym znała się z nimi od bardzo dawna. Może nie jest to przyjaźń, ale coś więcej niż zwykła znajomość.
Tak samo z tą moją, jednak, przyjaciółką z Gdańska. Mijają lata, a my mamy doskonały kontakt, który objawia się w różnych sytuacjach i jest, trwa.
Są też inne przyjaźnie. Takie, że chwytam telefon i mogę rozmawiać godzinami (prawda? :)). I mogę powiedzieć wszystko, bez obawy, że nie zostanę zrozumiana. I to nawet osobie, którą widziałam tylko na zdjęciu.
To bardzo ważne, żeby we wzajemnych relacjach nadawanie i odbiór nie rozjechały się.
Mam też ostatnio wyostrzony zmysł spostrzegania. Można to nazwać znaki, sygnały, powiązania, punkty, jakkolwiek. Może to mało znaczące, tak naprawdę. Ale mnie intryguje niezmiennie.
Czytałam ostatnio Oko Jelenia Pilipiuka. Ot, taka sobie seria, lekka fantastyka, z deka infantylna, co nie znaczy, że nie czytałam z zaciekawieniem. Bo i owszem. No i, poza samą fabułą, opisany tam był ..Gdańsk. Z czasów średniowiecza. Hanza, Dwór Artusa, Wyspa Spichlerzy, Żuraw. I niesamowicie było iść ulicami i słuchać opowieści przyjaciółki i wiązać fakty. A także Bergen, które również zwiedziłam swego czasu.
Albo czytałam książkę Krucha jak lód Jodi Picoult. Jeden mały szczegół, niewiele wnoszący do samej powieści. Nad którym oniemiałam. Zatkało mnie dokumentnie. Jedna data. Dokładnie TA data. Urodziny jednej z bohaterek i moje własne.
Takich przykładów mogłabym mnożyć i wyliczać.
No więc dlaczego jestem optymistką?
Dlatego, że jestem nią całą sobą.
Dzisiaj nawet przeczytałam o sobie, że jestem zawodową optymistką.

Na dziś:
Godsmack - What if










czwartek, 31 lipca 2014

[298] Przeciąg

Czasem jest tak, że różne nasze ścieżki splatają się, stykają, zbiegają i rozbiegają.
Spotykam na swej drodze ludzi. Różnych. Jedni dają to, co dobre, inni dają nauczkę. Dla równowagi potrzebne mi oba typy. Nauczki są ważne. Nie pozwalają zasnąć nad nudnym życiem.
I tak właśnie rozpętałam akcję "przeprowadzka, pilne!".
Na razie jest etap pierwszy. Szukanie mieszkania. Będzie ciężko, bo jednocześnie z wyprowadzką, a nawet przed, tracę "pracę", co za tym idzie pieniądze. Będzie kiepsko, ale trudno. Czasem ma się ten swój Everest.
Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło.
Kontakty kursowe zostały i myślę, że to jedne z tych drzwi, za którymi jest dalsza moja droga.
Poza tym...Poza tym myślę, że będzie dobrze.
A przeciąg właśnie zatrzasnął jedne drzwi, które miałam zamknąć sama.
I w sumie z głowy.
Jeszcze tylko wyprowadzka.
Ale to za chwilę.







czwartek, 24 lipca 2014

[297] Drzwi

Czasem coś nam się przytrafia w życiu takiego, że burzy nam cały porządek rzeczy.
Planujemy sobie na przykład coś. Wyjazd na przykład. Już macie zamiar kupić bilety, ale coś powstrzymuje przed tym. Takie bliżej nieokreślone. Lampka z tyłu głowy, przebłysk myśli, jakiś drobiazg, teoretycznie nieistotny. Nie kupujecie tych biletów.
Potem zaczyna się dziać. I już widzimy dlaczego ta lampka, ten drobiazg i przebłysk.
To taka skala mikro. Mały wycinek.
Potem człowiek sobie myśli, skąd to się wszystko wzięło. I do czego prowadzi.
Nie żałuję niczego. Bo każda rzecz, która mnie spotkała, doprowadziła mnie w to miejsce, w którym jestem.
Pozamykałam niektóre drzwi, innych nie chciałam otwierać, jeszcze inne czekały na odkrycie. Coś jak kolejny poziom w grze: zdobądź przedmiot/doświadczenie/znajdź odpowiedź, a zyskasz kolejny poziom wtajemniczenia. Albo znajdziesz klucz do drzwi, które są jeszcze niedostępne.
Ja już mam klucz. Teraz pójdę dalej. Jeszcze nie zamknęłam drzwi, które na to czekają. Ale już niebawem.
Wszystko jest wypadkową moich wyborów. Moich.

Cieszę się, że trafiłam do tej właśnie grupy na szkolenie. Dawno nie spotkałam ludzi, z którymi tak otwarcie można porozmawiać, pożartować, powygłupiać się i już za nimi tęsknić, po kilku dniach bycia razem. A jeszcze tylko 3 dni przed nami.

PS: Komuś zaprojektować logo? wizytówki? foldery reklamowe? plakaty?
Do usług :)


Na dziś:
Kasia Kowalska - Co może przynieść nowy dzień




poniedziałek, 21 lipca 2014

[296] Lubię to

Poniedziałek.
4:08 słyszę z pokoju obok hałas i radosne 'hello' mojego syna. Mam ochotę spacyfikować nieletniego, ale sam w porę zauważa: - to dopiero czwarta????
Po kilku moich pomrukach oddala się na bezpieczną odległość, wpadając czasem do mnie, bo a to siku, a to pić, a leżę w strategicznym miejscu.. Postanowiłam dotrwać w półśnie do 6:00, kiedy to mój ulubiony utwór, ustawiony jako dzwonek od lat co najmniej dziesięciu, a na pewno przez kilka modeli telefonów, zacznie swoje pam pam pam pam. Przy czym przy pierwszych pam pam już się budzę. Zawsze.
Przetrwałam.
Wstałam, wydałam dyspozycje, ale nieobecna Kudłata miała farta. Gdyby była na podorędziu, dostałaby poranno-poniedziałkowy opierdziel. Bo śmiała zabrać MOJĄ szczotkę, dzięki której mam znośny fryz po suszeniu włosów, oraz dwa kremy. Nie wspomnę o innych drobiazgach, które rano mogą najtwardszego stoika wprawić w szał.
Ale ja naprawdę lubię poniedziałki.
Odwiedziłam nieznajomą znajomą. Moje piątkowe majaczenia okazały się trafne. Wypiłam kawę, pogadałam i...zostałam przywieziona pod sam dom. Poza tym, być może, zaowocuje ta wizyta czymś więcej.
Na kursie ok. Nie byłabym sobą, gdybym...nie robiła po swojemu. Co doprowadza do lekkiej nerwowości pana prowadzącego. Bo ja sobie życie lubię ułatwiać. Zapytałam go, czy ma znaczenie w druku czy robię coś tak, czy tak. Uzyskałam odpowiedź przeczącą. Więc...
Poza tym. Dzisiaj pan chwalił się swoimi dziełami..znaczy były to wizytówki, loga firm, oklejone szyby, samochody...
Stwierdzam, że tego właśnie typu dzieł chciałabym za wszelką cenę uniknąć. Po prostu mój zmysł estetyki i pojęcie o grafice, żeby nie powiedzieć mój artystyczny gust, bardzo się pokłócił z tym, co widziałam na ekranie..

No to do jutra może?

Na dziś:
Pobudka!!!!



piątek, 18 lipca 2014

[295] Niedowierzanie

Kolejny dzień za mną. Upał sponsoruje arbuz i cytryna. Oraz ...


ze szklanką zsiadłego mleka. Nie mogłam się oprzeć, bo uwielbiam takie smażone ziemniaczki.


Wracam z kursu, drugi koniec miasta, znam tam jedną tylko osobę, idę sobie na przystanek i nagle słyszę:
- Natt!
Staję jak wryta. Rozglądam się. W progu jakiejś firmy stoją dwie kobiety. Nie reaguję żadnym: hej! fajnie Cię widzieć. Słyszę więc drugie:
 - Natt! Hej!
Przechodzę przez ulicę i....nie wiem kto to. Znaczy selekcja znajomych typuje na jedną z nich, ale za cholerę nie dam sobie uciąć żadnej części ciała, nawet paznokcia, że to ona. Stoję z głupią miną, przyjmuję zaproszenie do odwiedzin i z zażenowania wybawia mnie kurier. Mówię, że idę na autobus i znikam. 
Już powinnam się leczyć? Na razie postanowiłam wstąpić tam na łyk wody w poniedziałek i dyskretnie zerknąć na jakąś wizytówkę.
Tak działa na mnie ten cholerny, obrzydliwy, nieznośny, wstrętny upał! 
Ale do rzeczy.
Kolejny dzień szkolenia. A raczej może kursu podstawowego. Przebiegł gładko, ale zaczyna coś się dziać. Funkcje działają, po wymianie komputerów, za to przestał mi działać internet, ale działa w pierwszym rzędzie. Nic to.
Nawiązały się znajomości, to znaczy rozmawiamy o różnych sprawach, od globalnego ocieplenia, po wychowanie dzieci, skutki wojny płci, kościół, schematy, psychologię, i muszę powiedzieć, że znajdujemy wspólną wypadkową. Chciałabym, aby te znajomości przetrwały. 
Ale nie do końca jest różowo.
Mamy pana, pedagoga z wykształcenia, bezrobotnego. Dzisiaj chyba poznałam przyczynę jego bezrobocia...
Kiedy dorosły facet chodzi do toalety z plecakiem, często wychodzi (mamy przerwy co godzinę mniej więcej), a kiedy wraca jest coraz mniej wyraźny, i mimo, że język mu się nie plącze, on jest prosty i go nie znosi na boki, za to zauważalna jest walka o każdy prosty krok i wyraźnie wypowiedziane słowo, to mam ochotę powiedzieć mu jedno zdanie.
I może się odważę.
-Bardzo żałuję, że nie zdążyłam powiedzieć mojemu ojcu tego, co powiem Tobie: nie pij.


Na dziś:
Papa Roach - Scars







czwartek, 17 lipca 2014

[294] Domek

Od środy jestem kursantką.
Tworzę, a raczej odtwarzam różne obrazki i loga znanych firm. I tak mam na swym koncie znaczek Volvo, BMW, PZU i kilku innych. Bawimy się Corelem i bardzo mi się to nie podoba. Ale zaczęło się tak.
Był telefon, czy jestem dalej zainteresowana. No jak nie, jak tak. No to skierowanie. Pojechałam do urzędu. Nalatałam się jak głupia po kilku działach, odpowiedziałam na mnóstwo pytań i po raz kolejny upewniono się, że mam kwalifikacje i że się nadaję na kurs. Jakoś cudem przeżyłam.
No to w środę udałam się na miejsce, czyli, tradycyjnie, drugi koniec miasta. Bo przecież nic w centrum, gdzie jest trochę bliżej nie można zorganizować. Bo po co. Trudno. Jedyny plus, że jadę jednym autobusem z jednego końca (u mnie jest pętla), na drugi (na drugą pętlę). Wstaję więc jakby o świcie. Nawet sieciówkę kupiłam, bo bardziej mi się opłaca.
Udałam się na miejsce, znalazłam je na wyczucie i trochę wspomogłam się GPS-em. Bo wiedziałam gdzie, ale trochę zagmatwana sieć ścieżek była. Dzisiaj znalazłam proste dojście bez krążenia.
Usiadłam sobie w ławce. Poczekałam, aż dostanę sprzęt, czyli laptopa. Po czym okazało się, że, hm...
Najpierw zaczęliśmy od painta. Rysowaliśmy domek. Rozumiem, że to było pokazanie różnicy między paintem a zaawansowanym bardziej corelem. Tylko....nie wszyscy ogarniali painta. Załamałam się ździebko, bo po cholerę mi w takim razie KWALIFIKACJE, o które pytano na każdym kroku???
W każdym razie domek powstał.
Potem to samo w corelu. To już się zrobiła masakracja. Z nudów zaczęłam sobie grzebać w kompie i okazało się, że tylko ja mam net. No to bosssssko, zalogowałam się tu i ówdzie, i w czasie, kiedy współtowarzysz niedoli (równie obcykany i szybki jak ja) tłukł pasjansa pająka, ja mogłam sobie pograć w 2048. Świetny relaksik.
Potem powstawały różne rzeczy inne niż domki, a szybko okazało się, że nie działają różne funkcje w programie, gdyż nie można kopiować obiektów, nie można zapisać pliku, wgrać pliku i inne takie przydatne drobiazgi.
Dzisiaj był dzień drugi tego cyrku, ale net, po zamianie komputerów miały dwie osoby, ja i obcykany kolega. Bo on dostał mój komputer. Czyli jak się tak pozamieniamy to do końca kursu wyczaruję internet każdemu i zagramy wspólnie w jakąś strzelankę.
W każdym razie jestem zła, bo w opisie kursu był photoshop, a okazuje się, że nie będzie. A przynajmniej nie w takim zakresie jak powinien. Chyba zabawię się w donosiciela, bo dlaczego ktoś ma brać kasę za niewywiązanie się z zadania?


Na dziś:
Shinedown - Save Me