czwartek, 2 lipca 2020

[441]. Z przytupem.

No bo jak inaczej?
Przecież zwyczajnie to nudno jest i na co to komu.
Zacznę jednak od środka.
Mamy to! Już jesteśmy razem. W końcu. Po 1,5 roku od złożenia wniosku do sądu.
A teraz obiecana opowieść.
Zaznaczam, że nie spodziewałam się tego, co nastąpiło już po moich postach.

W maju nagle wybuchła wiadomość, że loty wznawia wizz. Zakupiłam więc bilety, szczęśliwa, trochę niepewna, bo oficjalnie nic nie latało, ale że na koniec czerwca, to stwierdziłam, że przecież do tego czasu to wszystko się ładnie ułoży. Koniec czerwca, bo koniec szkoły, a także naglący, zbliżający się koniec ważności paszportu. Idealny czas, wszystko pasowało.
W międzyczasie przeniesiono mi z maja rozprawę, akurat na mój czas pobytu w kraju, więc pomyślałam: idealnie!
I wszystko szło pięknie, żarło, żarło i zdechło. Zdechło na ament.
Spędziłam dzień na kurwowaniu, tak, nie bójmy się użyć tego słowa, klęłam na czym świat stoi, najczęściej w myślach, ale często też nie tylko. W pracy zaczęłam wymyślać co można zrobić.
Plany wyszły takie:
- jadę busem. Ale przewoźnicy dali ceny zaporowe, no bo nic nie lata, to ludzie jak muszą to skorzystają. No chyba nie.
- kupię samochód. Wyszłoby taniej niż z przewoźnikiem w dwie strony.
- Kudłata mnie zawiezie. To była już jej propozycja, ale, niestety, kwarantanna po powrocie absolutnie wykluczona w jej przypadku.
W końcu wymyśliłam, że przecież samoloty nie latają tylko do Polski. Ale już do takiego Berlina a i owszem. A była też opcja do Pragi, Bratysławy, bądź gdziekolwiek, byle na kontynent i najbliżej jak się da.
No to cyk, tu rezygnacja, tu bilety. Ale jak z Berlinowa dostać się do kraju? Z pomocą przyszła mi kumpela, która...przysłała mi mema. Od słowa do słowa: przecież stamtąd jeżdżą flixbusy do Poznania. No to bosko! Obiletowałam sobie cały trip, od Londynu, do Londynu. Wszystkie w te i wewte. Szczęście na mnie spłynęło.
No i tak już sobie siedzę na Schonefeldzie, czekam na fliksa, przeglądam bilety i...o kurna. W jednym bilecie pomyliłam datę. Więc anulacja, wniosek o zwrot, kupno nowego. Jest.
Dojechałam, załatwiłam, odbyłam sesję w sądzie, z przefajną panią sędzią, no i powrót.
W Poznaniu spotkałam się z kilkoma osobami no i idę z kumpelą już na autobus do Berlina. Jeszcze kawiarenka, młody szaleje na elektrycznej hulajnodze, o którą wiercił mi dziurę w brzuchu od rana.
Siedzimy, pijemy napoje i wtem jedzie karetka. Podniosłam się, patrzę gdzie młody. Kumpela na to: daj spokój, to nie po niego, nie przyjechaliby tak szybko.
No i minutę później przychodzi młody, blady jak ściana, prawie mdlejący. Wystarczyło spojrzenie na rękę i już wiedziałam. Życie mi przeleciało przed oczami, cała wyprawa, męczarnia z nią związana, wszystko to miało zakończyć się na SORze. Przecież to zawsze jakieś pięć godzin, a ja mam autobus za dwie. Poszliśmy do szpitala dziecięcego, bo blisko było. Przyjęli nas od razu. Złamanie obu kości, jednej z przemieszczeniem. Nie ma mowy, żebyśmy zostali na noc, no nie, nie, nie. Pan doktor, pełen zrozumienia zaordynował zaopatrzenie bez nastawiania, dostaliśmy przeciwbólowe, dodatkowe bandaże, w razie gdyby nas nie chcieli przepuścić przez kontrolę, bo oni słyszeli, że często nie chcą. Ale kontrola niemiecka była spoko, zapytali mnie nawet co on sobie zrobił. Pan gwizdnął z wrażenia usłyszawszy, że dwie godziny przed wyjazdem to się stało.
Przylecieliśmy. Prosto do szpitala. Zdjęcia z Polski odczytać nie można, więc podjęto decyzję o zdjęciu ponownym. Ponieważ byłam obecna na RTG widziałam jak teraz wygląda wszystko. Kość się nastawiła. Ale jutro będą mi go składać i decydować co dalej. Bo jest młody i się zrośnie. W Polsce miałby wstawione dwa druty.
Także ten. Jak chce ktoś wycieczkę ekstremalną, to zapraszam. Zorganizuję za free.
Nie polecam jednak osobom o słabych nerwach.
Idę spać.

czwartek, 18 czerwca 2020

[440]. CDN - przypisy

To pędzę z wyjaśnieniem, cobyście się nie denerwowali.
Wszyscy żyją, zdrowi, po egzaminach, luz.
Ale rypło się najważniejsze. Miałam zjawić się w kraju, zabrać co moje i wracać. Loty zapłacone, samochód wynajęty, termin nadciąga... i jeeeeeeeeb z samego rana, że takiego wała, lotu nie będzie. Żadnego lotu.
A ja muszę. MUSZĘ. Bardzo MUSZĘ.
No to domyślić się można, że kto jak kto, ale plan awaryjny to ja już mam. No nie?
Trochę tylko mnie przeraża. Tak ciut. Ociupinkę. I oby teraz nic na mej drodze nie stanęło, bo jak się zeźlę, to ...
No ale tak jak napisałam - CDN...

środa, 17 czerwca 2020

[439]. CDN

Wiecie co.
Ja nie mogę normalnie.
To znaczy ja mogę, ale życie swoje, bez ostrzeżenia i czymanki.
Tak, dokładnie to chciałam napisać.
Nie ma to jak przy śniadaniu, udławić się wiadomością z kraju oraz patrzeć jak misternie zbudowany ciąg przyczynowo-skutkowy rozsypuje się niczym szkło z bocznej szyby samochodu w trakcie wypadku (wiem co mówię). Niby nic ci się nie stanie, ale za cholerę nie złożysz już z tego okna.
I tak właśnie..




No to, że tak powiem, ciąg dalszy nastąpi...

poniedziałek, 15 czerwca 2020

[438]. Domyśl się

Z natury lubię wiedzieć lepiej. 
Jak czegoś nie wiem, to muszę sobie doszukać, doczytać, albo nie zajmuję się tematem.
I tak na przykład moja, nierówna jak na razie, walka z angielskim to takie pasemko zwycięstw i porażek. Nie w sensie, że palnęłam coś głupiego, chociaż to też, ale tego nie kontroluję, znaczy nie zwracam uwagi. Znaczy jak palnę, to wiem, że palnęłam i zaraz się tłumaczę. Znaczy dookreślam o co mi chodzi.
Ale najgorsze jest wtedy, kiedy w krótkim czasie mam nagromadzenie akcentów, wymowy, cierpliwości i niecierpliwości rozmówców. 
No to opowieść!
Zmierzały do końca moje tabletki na tarczycę. Zostało mi kilka, więc zadzwoniłam do przychodni, gdyż zamknięte i nie wpuszczają. Pani nr 1 kazała wysłać maila z zapotrzebowaniem.
Co też uczyniłam skwapliwie. To był poniedziałek.
Ale jakieś 3 dni później, a raczej noce, kiedy się nagle przebudziłam, doznałam olśnienia, że na końcu przed małpą ma być s!
Wstałam rano i wysłałam ponownie maila z s na końcu. To był czwartek. 4.
W poniedziałek zadzwoniłam do przychodni, gdyż ani be ani me, ani nic. 
Pani nr 2 kazała mi sprawdzać skrzynkę pocztową. Znaczy tak ją zrozumiałam, bo była niemiła i zirytowana. 
Dzisiaj. 15. Dzwonię. Że nie dostałam, wysłałam, od 6 dni nie mam tabsów, martwię się, ratunku.
A tam moja ulubiona Pani nr 3, która już na moje nazwisko reaguje tak: AaaaaLllllEeeeee. WwwwYyyyySsssŁłłłłłAaaaaLllllIiiiiiiŚśśśśMmmmmYyyyyyy. 
To wiedziałam przecież!
Dooooooooo AaaaaPpppppTtttttEeeeeeKkkkkkkIiiiiiii.
Parsknęłam śmiechem. 
Czyli spełnił się scenariusz, który sobie wydumałam stojąc dzisiaj na linii, że może oni do tej apteki wysłali, ale jak oni mnie tam rozpoznają, co muszę mieć, żeby potwierdzić, że to ja, a w ogóle to czemu ja o tym nie wiem?
Leki leżały tam od piątku, 5.
Niestety, nigdzie ta procedura nie była opisana, a stronę przychodni obejrzałam i przeczytałam wzdłuż i wszerz. 
Teraz wiem.
Szkoda, że nie powiedziano mi tego jak pytałam o receptę. Ale to nie była moja Pani nr 3.
A za leki zapłaciłam równe zero.

PS: musiałam włączyć moderowanie komentarzy, bo spamu mam tyle, że bania mała. A nie chce mi się siedzieć i kasować. :)

czwartek, 4 czerwca 2020

[437]. Światełko w tunelu.

I to nie jest lokomotywa drodzy Państwo!
To jest najjaśniejsze światełko od półtora roku. Szansa, że to już, za chwilę! W końcu!
Ale o tym później. Tak bliżej terminu. Czyli zaniedługo.

A u mnie co.
No to, że wróciłam do pracy, i był to powrót z tych bolesnych. Fizycznie bolesnych.
Dziękuję też sobie codziennie w lustrze, że jednak ruszyłam tyłek z krzesła i ćwiczyłam, bo bez tego zapewne wracałabym do domu czołgając się, albo pełzając. A tak droga, która normalnie zajmowała mi 10-12 minut, zajmuje mi obecnie TYLKO pół godziny!
Okazuje się bowiem, że ćwiczyłam, owszem, ale nie te mięśnie co trzeba! Znaczy tamte też trzeba, tylko nie przewidziałam, że jednak pozycja stojąca wymaga wzmocnienia zupełnie innych, niż te do  wyrabiania kształtnych pośladków, wykroków i deski. Chociaż te do deski jakoś odruchowo spinam, kiedy targam rzeczy w pracy. W każdym razie schemat wyglądał tak:
- poniedziałek: umarłam, ale postanowiłam dostać się do domu i tam już nie wstać. Przynajmniej do rana. Nogi odmówiły posłuszeństwa i każdy krok wymagał ode mnie koncentrowania wszystkich sił i mocy na stawianiu stóp jedna przed drugą. I tak dotarłam do domu.
- wtorek: umarłam mniej. Nogi w dalszym ciągu krzyczały, że chyba oszalałaś, ale udało się doczłapać szybciej do domu. O jakieś dwie minuty.
- środa: nogi już sobie dały spokój, bolą jak cholera, ale już nie krzyczą. Dojście do domu zajęło 25 minut, za to odezwały się plecy, które powiedziały, że nie, one mają w dupie. Dosłownie.
- czwartek: kapitulacja nóg. Odzywają się tylko stopy, stawy skokowe i chyba jakieś mięśnie na piszczelach, nawet nie wiedziałam, że tam coś oprócz skóry i nerwów jest (o nerwach wiedziałam aż za dobrze, szczególnie jak znajdowałam tą częścią nogi jakąś szafkę, czy inny przedmiot). Plecy w ofensywie. Mówią, że mają w dupie jeszcze bardziej. A ja mam lordozę nabytą. Przeprost pleców. Uj wi co, w każdym razie lekko nie jest.
- piątek: a nie, piątek będzie jutro, to może nie będzie tak tragicznie.
W każdym razie jakoś się muszę na nowo przyzwyczaić. Do treningów wrócę lada dzień, chociaż powiem szczerze, że próbuję chociaż trochę, chociaż rozciągnąć, jakieś przysiady, skłony i inne. Najbardziej się cieszę, że to nie korzonki, żadne bóle nerwowe, tylko zwyczajna mięśniowa masakra.
Strach pomyśleć co by było, gdybym się nie ruszała.
I tak o.
A w pracy zmiany, ścieżki jednokierunkowe i labirynty. Weź się udaj do toalety na szybko. Ha ha, powodzenia! Dlatego wycieczkę takową planuję z wyprzedzeniem. Nawet tylko po to, żeby się przejść, ściągnąć maseczkę, umyć spocony dziób, odetchnąć pełną piersią. Zresztą kumpel, który nas zastępuje w takich przypadkach sam nas wygania mówiąc: sio, na spacer!
Bałam się tych maseczek, bo ja nie mogę mieć zakrytej twarzy, żeby oddychać. Nie ma mowy, żebym zakryła się kołdrą cała, albo kocem. Żadne takie. Ja się duszę nawet jak ktoś leży za blisko mnie. A już nie ma mowy o wtulaniu się w czyjąś koszulę. Takam romantyczna.
Ale o dziwo, po pierwszym ataku paniki, zaparowaniu okularów, odparowaniu, dopasowaniu drucika do nosa poszło jakoś sprawnie.
Wiem już od dawna, że nie mogłabym  być chirurgiem. Bo w rękawiczkach nie umiem. A teraz jeszcze ryjówka, która zasłania mi pole widzenia. No way!
I tak sobie żyję.
O całej reszcie polityczno-społeczno-epidemiczno-edukacyjno-kulturalno-społecznej nie gadam.
Ciśnienie mam w normie, nie będę sobie go podnosić. Po co.

piątek, 22 maja 2020

[436]. Śmierć

Zaczynałam kilka razy.
Ale zawsze wychodziło siano.
Postanowiłam poczekać na jakiś temat, który będzie wart poruszenia, opowiedzenia, poświęcenia mojego czasu.
Niestety.
Chyba wolałabym pisać o sieczce, nudzie i pierdzeniu w stołek.
Ale nie mogę.
W piątek, zeszły, umarło coś, co kształtowało mnie muzycznie i światopoglądowo. Miąchało moją duszę, układało jej poszczególne warstwy, dało efekt obecny. Taki, że bez muzyki żyć nie mogę. Że nawet jak zapętlam jeden zespół i leci pół roku, to mnie to nie męczy. Albo jeden gatunek. Ale wiem, że jeśli nagle poleci jazz, country, albo trochę popu, to ja to podchwycę. Nie umknę przed Eminemem, Behemothem, czy nawet, Britney. Bo we wszystkim znajdę coś, co zagra. Bo Trójka nauczyła mnie, że nie tylko punkrock, metal, czy kawał dobrego rocka, czy trzy wymiary gitary, ale i strefa rock'and'rolla wolna od angola, alternatywa i mroczne zakamarki Beksińskiego. Głęboki, zapadający w pamięć głos Zembatego, Andrus, powtórka z rozrywki i do serca przytul psa. I lista. Lista, która była dla mnie wszystkim, czymś, co powodowało, że gotowa byłam poświęcić imprezę piątkową, tylko po to, żeby posiedzieć z uchem przy głośniku. I wszystko inne, które było ze mną codziennie.
Jednak z roku na rok mniej.
I tak naprawdę nie chodzi wcale o trójkę. Ani o moje wspomnienia.
Chodzi o to, że obejrzałam posiedzenie komisji jakiejś tam w senacie odnośnie listy przebojów.
I to zabiło we mnie wszystko.
Bo dotarło do mnie z całą rozciągłością, że tak właśnie funkcjonuje ta władza.
Argumenty. Wytknięcie, pokazanie, obnażenie błędu, a władza udaje, że problem nie istnieje.
Coś na poniższej zasadzie:
- ale ty robisz źle!
- chyba ty!
- ale naprawdę robisz to źle!
- a twoja matka jest gupia!
Trochę taka piaskownica.
Tylko, że nic nieznacząca lista spowodowała, że zrozumiałam, że tak właśnie działa wszystko w tym kraju. Rzeczowe argumenty są zakrzyczane.
Grochem o ścianę. A ściana ma to w dupie. I udaje, że nic się nie dzieje.
Umarła we mnie cała reszta sentymentu, miłości i patriotyzmu.


piątek, 24 kwietnia 2020

[435]. Dzień jak każdy poprzedni.

Tak się składa, że wiem, że posiedzę w domu jeszcze miesiąc. A i to nie wiadomo czy nie dłużej. Całe szczęście, że dostaję państwową pensję. Przynajmniej finanse nie spędzają mi snu z powiek.
Właściwie nie ma o czym pisać, bo co ja tu mogę robić. Jeść, gotować, trenować, czytać, uczyć się.
No to gotuję. To, co akurat mogę z tego co mam w swoich zasobach. Odnawianych raz w tygodniu. Ale wiadomo, akurat wtedy, kiedy nie możesz wyskoczyć do sklepu, to akurat potrzebujesz A, B i masz ochotę na C. Też tak macie? Z jednej strony to wkurzające, ale z drugiej każe myśleć, weryfikować, próbować i kombinować.
No i ja odczuwam ogromny, nieskończony, wszechobecny, kosmiczny brak mąki pszennej (bardziej niż papieru toaletowego!). Zwykłej. I chlebowej 720. Mam pszenną 2000, mam orkiszową, ale pszenna zwykła mnie dobija. Do tego stopnia, że idę do kuchni, wazę torebkę, stwierdzam, że jak użyję te 250 g, to jeszcze zostanie mi na naleśniki, ale już nie będzie do chleba, albo do bułek, ale może bułki nie będą dobre z orkiszowej, albo 2000, to może jednak te naleśniki, po czym wracam do kompa i w sumie nie robię z mąką nic. Bo oszczędzam te 368 g, które mi zostało.
No i dzisiaj była pizza, na spodzie z orkiszowej. No coś w deseń paździerza, ale dodatki dały radę: sos z passaty, pieczarki, papryka, mój suszony schabik i tona sera. Uwielbiam angielskie sery. Jestem fanką.
Z innej dziedziny mej marnej egzystencji. Trenuję. Dwa razy dziennie. Już mi to weszło w nawyk. Taki mały nawyczek. Jeszcze czasem próbuję wymyślić, że dzisiaj nieeee, po czym zbieram tyłek, przebieram się w ciuchy sportowe, czyli szorty od piżamy, buty do biegania, ale sportowy stanik, profesjonalnie trzymający to i owo w miejscu, kiedy skaczę, i zabieram się do targania hantli, skłonów, przysiadów i takich tam wygibasów. Zweryfikowałam ostatecznie moje zaufanie do kadry trenerskiej, zwolniłam jedną, zatrudniłam dwóch innych. żeby mieć urozmaicenie. Rano jeden, wieczorem drugi. A co. Facetów do powyzywania, kiedy pot po dupie się leje, nigdy dość.
Byłam też na lekcji w podstawówce. Fizyka akurat była, przedmiot, którego nienawidziłam, ale o dziwo, wiedziałam co kobieta mówi. Zmęczyłam się okrutnie tą lekcją i stwierdziłam, że więcej nie, ja w tym czasie to jednak będę robić w-f i angielski.
No i jak ten angielski wzięłam do ręki wczoraj, jak usiadłam wygodnie, jak zaczęłam czytać, to...przyśniła mi się moja siostra i się obudziłam. Taka intensywna lekcja. Ale zrobiłam od nowa zadania, posprawdzałam z kluczem i jestem gotowa na dalsze przygody w tym temacie.
No i co jeszcze.
Piękna pogoda za oknami. Ciepło. Słonecznie. Nie pamiętam kiedy ostatnio padało. Martwi mnie to.
Jutro kolejny dzień. Taki sam jak dzisiejszy. No może trochę inny, bo przyjadą do mnie dwa razy cięższe hantle. Będzie ogień!
Trzymajcie się tam. Odezwę się jak coś ciekawego się będzie działo. Na przykład przytrzasnę się matą do ćwiczeń, albo strzelę sobie z gumy, bo ta najbardziej heavy to jest jak dętka od roweru, nie wiem kto ma siłę, żeby to rozciągnąć.

piątek, 10 kwietnia 2020

[434]. Dziennik

Piątek. Sprawdziłam w kalendarzu na pasku na dole ekranu. Bo się gubię w datach i dniach.
Zwyczajnie mnie to nie obchodzi obecnie.
Za oknem pięknie, ciepło i słonecznie. Gdyby ktoś wątpił, tak, jestem w UK. Rzekomo deszczowym i mokrym. Nie wiem o co Wam chodzi.
Opowiem Wam co dzisiaj robiłam.
Otóż po nocy, względnie przespanej, bo nie chciało mi się spać, bo ostatnio wstaję w południe, bo mogę, wstałam dość wcześnie, bo o 9.30.
Nastawiłam chleb do pieczenia. Leżakował nocą w lodówce, potem się grzał i upiekłam go.
Wyrósł mi idealnie, jest odpowiednio miękki. Pychota!
Takiej radości to nie widzieliście jeszcze.
Trzy wcześniejsze próby były zjadliwe, aczkolwiek nie spełniały moich oczekiwań.
A tu proszę. Umiem!
No i dzisiaj zdejmę z haka schabik suszony. Już się nie mogę doczekać. Uwielbiam.
Potem poszłam na siłownię. Jak codziennie. Dzisiaj mam zakwasy, boli mnie dupa i bolą nogi, te tylne mięśnie, ale za to spłaszcza mi się brzuszek. No może tylko ja to widzę, ale skoro ja to widzę, to tak jest! Co prawda muszę zakupić sportowe bra, bo mi prawie cycki urwało, ale to potem, jak już wszystko wróci do normy. Może jutro przykleję je na coś, taśmę malarską, owinę bandażem, żeby nie latały, bo trochę szkoda. Taki żacik.
Fakt jednak jest taki, że ćwiczę.
Ćwiczę też warsztat językowy, chociaż trudniej mi się do niego zmobilizować, niż do wykroków i skłonów. Serio.
Byłam też ostatnio w SPA. Bo wiecie, odrost mam taki, że mogłabym się obciąć i miałabym już swój siwo - nijaki kolor. No to zrobiłam go na róż. Wytargałam połowę tubki, co mi ją Kudłata tu zostawiła, nie wiadomo po co. Mało było, ale co tam. No i czaicie: JA na RÓŻOWY. To już naprawdę głęboki stan zmian umysłowych. Oby na tym się skończyło.
A poza tym jestem zdrowa, tak mi się wydaje. Może tylko niezdiagnozowana. Oczywiście o psychikę chodzi, bo reszta w porzo.
Obejrzałam już trochę zaległych seriali, filmów, nasłuchałam się muzyki do wypęku.
Zdechł mi rybek, niestety. Teraz gadam już tylko do siebie.
Za to Kudłata kupiła królika. Świat zwariował.



niedziela, 5 kwietnia 2020

[433]. The Wall

Miałam się już nie wyzewnętrzniać odnośnie tego co się dzieje. A w szczególności w polityce. I edukacji.
Ale nie mogę. Z kilku względów nie mogę. Choćby dlatego, że ciągle dotyczy ona mojego syna.
Wiemy wszyscy, co leci w telewizji. Tej misyjnej. Rządowej.
Nie jestem dyplomowanym nauczycielem. Jestem prawie nauczycielem.
Moją obroną na to, co się tam dzieje jest śmiech. Często przez łzy i często z takim wkurwem, że aż boli.
Na dodatek zarzucono mi hejt. Bo biedne te panie tam.
Otóż nie. Hejt to byłby wtedy, gdybym napisała, że pani A ma krzywy zgryz, jest gruba i brzydka, a pani B sepleni. Pani C wygląda jakby miała się porzygać, albo coś ją bardzo boli, a pani D to już w ogóle odjechała, bo nawąchała się bezołowiowej.
Moja ocena dotyczy przekazu merytorycznego. Nauki (to są w końcu lekcje, które mają czegoś uczyć). Błędów karygodnych, które nie powinny być puszczone w eter.
Owszem, ktoś to spieprzył, nie sprawdził, nie zastosował korekty, ani merytorycznej, ani technicznej. Może celowo, w końcu lekarzom zamyka się gęby, to i strajkującym nauczycielom też można. A kiedy jest najlepiej? Kiedy się ich ośmieszy. A teraz wszystkie oczy rodziców skierowane są na wątpliwej sławy naukę online.
Z drugiej jednak strony nie wyobrażam sobie iść do telewizji, czy gdziekolwiek, nawet jeśli mam mało czasu na przygotowanie (do tego jeszcze wrócę) i nie umieć sklecić poprawnie zdania, nie poprawić się, jeśli się przejęzyczę, czy też nie przygotować poprawnie slajdów.
Nie wyobrażam sobie pójść przed kamerę i gadać byle co.
Teraz jest płacz i zgrzytanie zębów, bo nie wyszło na całej linii. Bo ktoś to zauważył, zapewne rodzice siedzący w domu z dziećmi i z przymusu oglądający to gówno, które zaserwowała nam telewizja.
Bo to nie jeden błąd w wypowiedzi, tylko seria błędów, w wielu wypowiedziach, wielu ludzi.
Czas na przygotowanie był zapewne kluczowy. Z tego co czytałam to było praktycznie z dnia na dzień, bez pomocy, bez zaplecza. Ale byli tacy nauczyciele, którzy odmówili! Dlaczego? Bo może mają swoją godność? Bo może nie są z łapanki i nie zgadzają się na wypromowanie swoją twarzą bubla. Dodatkowo, czas na przygotowanie. Nauczyciele występujący przed kamerą nie wyglądali, jakby dopiero co skończyli studia. Nie wiedzą zatem czego uczą? Nie potrafią ze swoich konspektów, które piszą przecież do każdej lekcji, czy tematu skleić sensownego przekazu?
Nie zgadzam się na takie coś. Nie zgadzam się, że należy współczuć tym biednym paniom. Popełniasz błąd, robisz gówno, to nie dziw się, że obrywasz za to, i że to gówno przyklei ci się do podeszwy.
Uczeń za takie coś dostałby pałę, połączoną często z poniżaniem i wyśmianiem przed całą klasa*. Może dobrze się stało?

PS: są też bardzo fajne lekcje, które są bez błędów, ciekawe i nauczyciele dali radę przygotować się do nich. Więc skoro mogli, to znaczy, że można. Nie ma przeproś.
*tak, to się ciągle zdarza. Na przykład przytyki z powodu długich włosów, szczupłej figury u chłopca i jego wygadania. Kiedy nauczyciel ze stażem kilkudziesięciu lat nie ma nic do zaoferowania dzisiejszej młodzieży, poza odpytywaniem, musi się bronić przed trudnymi pytaniami. Czym? Własnie tym. Rzuceniem jednego z uczniów na pożarcie. Bo klasa zapamięta słowa: wyglądasz jak dziewczynka. Albo: Rysujesz? zupełnie jak dziewczynka.




sobota, 28 marca 2020

[432]. Bunt. To grunt.

Po tygodniu totalnego niewychodzenia z domu, wyszłam na świat. Biegiem, chyłkiem, bokiem. Musiałam. Prąd mi się kończy, więc wzięłam wiaderko i pognałam. Mam prąd na doładowanie, a nie można tego zrobić online, więc mus był. Kudłata nie wiadomo kiedy przyjedzie, więc nie mogę zostać bez kilowatów. Tym bardziej, że zaraz będzie piekł się trzeci w mojej karierze kwarantannowej chleb na zakwasie.  (a propos, czy odkładany do lodówki zakwas mam wkładać do czystego słoika, czy zostawiać w tym używanym? Dajcie znaka w komentarzu, bo na razie w czystym wyparzonym wstawiałam, ale ...).
Więc poleciałam. Stres i trauma niebywała. Otworzyć se drzwi przez kurtkę (przycisk) czy łapą? A w drugą stronę? Dałam radę, ręce umyłam potem, jest spoko.
W sklepie pusto. I na półkach i w ludziach. Maksymalnie 2-3 osoby, reszta, jakieś trzy, na zewnątrz w odstępach co dwa metry. Mijany autobus wiózł jedną osobę.
Ulice puste.
Nie będę pisać tu o samej epidemii. Mamy tego w codziennych wiadomościach pełno.
Przeraża mnie tylko, jak się wszystko rozgrywa. Nocne zmiany w prawie. Ignorancja. Kretynizm. Ludzie znani wypisują bzdury na temat tego, że trzeba pracować, nie można się zamykać, bo gospodarka padnie.
Szczerze?
JEBAĆ GOSPODARKĘ.
Ekonomia to ostatnia rzecz, na którą powinniśmy w tym czasie zwracać uwagę.
Gospodarka się podniesie, przejdzie swoje, wszyscy przejdziemy, ale podniesiemy się z tego.
E-szkoła? O kant dupy to rozbić. Co z tego, że dzieciaki nie podeszłyby do egzaminów i matury? Gówno z tego. Nikomu nic by się nie stało. Wiecie co się dzieje w domach, gdzie jest dwoje, troje dzieci w różnym wieku? Np. jedno przedszkole, dwoje w szkole, jeden komputer. Każde ma zajęcia na 8:00. Które jest ważniejsze? A co jeśli zerwie się net w trakcie egzaminu? Zepsuł się nam komputer. Całe szczęście tylko systemowo i serwis to ogarnął, ale wyobraźmy sobie, że pierdolnie coś konkretnie. Nie masz kasy na nowy, bo skąd. Co powiesz w szkole? Kto to uzna za usprawiedliwienie?
Dlatego szczerze mówię, że mam w dupie egzamin próbny, mam w dupie egzaminy, lekcje i wszystko inne. Świat się nie zawali.
Rośnie we mnie bunt. Miałam się nie przejmować tym, co się dzieje w Polsce. Nie mogę. Bo coraz bardziej mnie to wkurza.

czwartek, 26 marca 2020

[431]. I zwolnienie.

Bo boli mnie gardło.
Bo boli mnie głowa.
Bo mam gorączkę.
36,9 w najwyższym punkcie, a to dla mnie jak  38,9.



Tak to jest, jak świeci słońce, ale jest zimno n dworze, a w chacie gorąco, a dziecko podjeżdża pod dom nową furą, a ty nie możesz zejść i pooglądać, ani się przejechać, tylko leziesz na balkon, jak ten dureń, w koszulce na ramiączkach i bez kapci.
A potem pół dnia jeszcze wietrzysz chatę, bo grzeją ciągle i nie ma czym oddychać.
To teraz cierp.
No to cierpię.
Ale drugi chleb wyszedł rewelacyjnie!
Zakwas się starzeje. Znaczy już raz był dokarmiany. Za kilka dni znów go uruchomię, bo chleb mi się skończy.

PS: Gardło mnie boli jak przy anginie. Ten ból rozpoznam zawsze, bo żyłam z nim kilkadziesiąt lat.
Także nie ma strachu :)

wtorek, 24 marca 2020

[430]. Przyśpieszenie

Wszystko nabrało tempa.
Jeszcze tydzień temu społeczeństwo miało się uodparniać poprzez zachorowania, dzisiaj nastąpił zakaz wychodzenia z domu. Tylko po zakupy pierwszej potrzeby, do apteki i ewentualnie do pracy jak trzeba. Niby na spacer w odosobnieniu też można, ale to bez sensu. I zakaz spotkań powyżej 2 osób.
Co za zmiana!
A ja dzisiaj musiałam wyjść. Do urzędu po papiery.
Pojechałam rano.
Papiery mam.
Ale rozwaliło mnie totalnie dwóch staruszków, którzy przyjechali na swoich wózeczkach, żeby gotówką zapłacić podatek. Gotówka to słowo kluczowe. Wywołała ona panikę u pań w okienkach. Bo nigdzie obecnie nie przyjmuje się gotówki, może poza sklepami.
Powiem Wam, że ta podróż, przy okazji dokupiłam mąkę i makaron oraz wędlinę, wykończyła mnie bardzo. Chyba psychicznie. To straszne.
Wieczorem napisała Kudłata. Weszłam na BBC i tak, zamknęli ludzi w domach. W końcu.
Nadszedł sprawdzian dla mojej silnej woli.
Dla mojej systematyczności.
Dla prokrastynacji.
Dla lenistwa.
Zobaczymy.

niedziela, 22 marca 2020

[429]. Apdejt

Ot, mała zmiana.
Fabryka zamknięta na cztery tygodnie. Bo odbiorca stoi.
Na razie 4 tygodnie.
Więc.
Siedzę w domu.
Robię plany.
Ćwiczę.
Próbowałam upiec chleb, ale coś nie pykło, jakoś słabo rośnie, więc podejście drugie będzie zaraz.
Co jeszcze.
Seriale.
Filmy.
Porządki.
Książki.
Muzyka, duuużooooo muzyki. Alexa pomaga. Mówię: Alexa, graj, cyganie jednooki! I ona gra. Na przykład leci właśnie Wodecki Zbigniew - Zabiorę Cię dziś na bal..
Za oknem słońce.
Ale siedzę. Nie wychodzę.
I nie, nie zwariuję. Przeczekam. Nie będę ryzykować.
Co robi reszta UK? Z tego co widzę staruszkowie szlajają się po sklepach i autobusach, po ulicach, wszędzie pełno. Nie wiem jak w galerii, bo nie chodzę. Nigdzie nie chodzę. No chyba że skończy mi się zapas jedzenia, albo to co mam nie da się już ze sobą pożenić w jednym garnku, to pójdę.
Trzymajcie się.
Zostańcie w domach. Serio.

wtorek, 17 marca 2020

[428]. Bez paniki

Nie panikuję.
Nie imaginuję sobie apokalipsy.
Nie ważę lekce jednakże pandemii.
Myję ręce i nie łażę nigdzie.
Oprócz pracy.
Bo praca ciągle jest i no cóż.
Zmiany widoczne są. Na przykład przychodnie pozamykane. Nikogo nie przyjmują, chyba, że to jakieś umówione i ważne. Mnie na przykład odwołali pobranie krwi i nie wiadomo kiedy będzie.
W pracy wywalili wszystkich: ciężarne i przewlekle chorych na domową posiadówkę. I dobrze.
Dużo osób też skorzystało z tego, że skoro za siedzenie w domu płacą to oni na dobrowolną kwarantannę poszli. Z reguły Polacy, dla ścisłości..
Poprzesuwali nam godziny tak, żeby zmiany się nie kontaktowały. Czyli wracam do domu po 23 i to nie jest fajne. Ale ogólnie nie narzekam.
Ostatni tydzień dałam sobie w kość. Nieświadomie. Zostałam na dodatkowych godzinach w niedzielę, 12 godzin. A potem cały tydzień na rano. Z sobotą włącznie. Zajechałam się jak koń na westernie, w sobotę liczyłam minuty do końca i wcale nie odpoczęłam w 1,5 dnia.
Głupia ja.
Dbajcie tam o siebie, zachowujcie rozsądek, nie czytajcie fejków i głupot, przesiewajcie informacje przez sito wiedzy, bo jak widzę co ludzie publikują i co się dzieje, to mnie szlag trafia.

A tu wyjaśnienie, dlaczego ludzie rzucili się na papier toaletowy.


środa, 4 marca 2020

[427]. Dobry dzień

No i wczoraj to ja miałam dzień zakręcony jak kawałek sznurka w kieszeni.
Fryzjerki szukałam z google maps. W końcu zdesperowana napisałam, że ni chu chu nie znajdę, i...stanęłam przed jej drzwiami.
Obcięła mnie tak, jak jeszcze nikt. Jestem bardzo zadowolona. A nagadałyśmy się, jakbyśmy się znały sto lat. Coś czuję, że to będzie miłość. Do kunsztu fryzjerskiego.
Sprzedawca od nieszczęsnej paczki na werandzie oddał mi pieniądze. znaczy czekam, aż wpłyną na konto. W ogóle to smieszny gostek, bo mi napisał, że odda jak wystawię mu pozytywny komentarz. To mu napisałam, że jedyny jaki mogę teraz wystawić to negatyw za brak dostawy. I jak odda, to mu wystawię. Oddał. Dostałam info, że w ciągu kilku dni. To ja poczekam.
A żeby było śmiesznie, to nie pamiętałam jakie dokładnie buty kupiłam i zamawiając na amazonie, bo te pierwsze na ebay, wybrałam dokładnie takie same. Przypadek? Nie sądzę. Za to amazon dostarczył paczkę w niedzielę (tak, ubolewam, że ten biedny kurier musi o 8 wieczorem w niedzielę zapierniczać do mnie z paczkami), bo mam opcję dostawy natentychmiast. Ale nikt mi nic na werandzie w nibylandii nie zostawia. A i moja głowa spokojna. Niestety, nie ma w tym mieście paczkomatu.
I tak się kręci.
Co prawda, paczka do mnie z Polski nie dotrze w tym tygodniu, ale nic nie mogę poradzić. Chociaż zła jestem jak osa.

wtorek, 3 marca 2020

[426]. Lista spraw

Czas był zapisać sobie to i owo.
Na ten przykład ile i za co, komu, kiedy.
A także gdzie i kiedy. No i z kim i jak.
I tak dzisiaj poszłam se zrobić brew, żeby już nie mieć kawałka krzaka bez ładu i składu i bez koloru.
Jutro idę do fryzjera, żeby na łbie też był bałagan kontrolowany, bo w głowie to nie wiem, czy kiedykolwiek się uporządkuje.
W sobotę tradycyjnie na pazurki.
A także może paczka z dobrem wszelkim. O ile kurier zabierze z punktu A do punktu B. Bo w zeszłym tygodniu nie zabrał i cierpiałam z tego powodu.
Jutro jeszcze do urzędu, spróbować załatwić coś ważnego. Za dwa tygodnie na pobranie krwi drugie. Oraz na screening, czyli przegląd, cytologię i wywiad.
Z okazji dzisiejszych brwi odwiedziłam stare kąty i stwierdzam, że ja chcę tam mieszkać. Wrócę tam, choćbym miała se namiot rozbić nad stawikiem.
Z rzeczy mniej przyjemnych, jakiś sku.wesyn za.ebał mi paczkę spod drzwi. No cóż. Inne troszkę zwyczaje, kurier zostawił na werandzie, której nie posiadam i nie zamierzam mu tego odpuścić. A kto sobie przywłaszczył moje buty robocze to ja się domyślam. I jak się wkurzę, to pogonię polską meliniarnię.
Niestety, taki obraz i podobieństwo. Wstyd się przyznać skąd się jest.

poniedziałek, 24 lutego 2020

[425]. A

Chciałam powiedzieć, że nie mieszkam już sama.
Czuję się dziwnie, bo wiem, że ktoś ze mną jest, słucha mnie i opowiada kawały.
Robi co każę.
Co prawda nie gotuje i nie sprząta, ale ma inne zalety.
I lubi tę samą muzykę, co ja.
I ma imię na A. Jak wszyscy w tej rodzinie.
Wita się z państwem Alexa.




Tak, wiem, inwigilacja i inne takie. Ale szczerze mówiąc mam to gdzieś. I przynajmniej mogę bez strachu pogadać po angielsku, bo ona mnie rozumie :)

sobota, 8 lutego 2020

[424]. Staram się

Nie wypowiadam się na tematy polityczne. Staram się unikać wygłaszania kwestii na ten temat, bo jakkolwiek uważam, że polityka ma ogromny wpływ na nasze życie, tak jestem przekonana, że i tak nikt mnie nie posłucha.
Ale ponieważ mam to miejsce, mogę dać jednorazowo upust mojej frustracji i wypuścić swoje poglądy na wolność.
Nie jestem zwolenniczką władzy. Jest dla mnie jasne jak słońce, jak wiele złego się dzieje i jak bardzo pogrąża się nasz kraj w biedzie i zamęcie. Jeszcze tego dobrze nie widać, ale za chwilę wybuchnie z całą pewnością.
Rośnie w zastraszającym tempie zadłużenie, już tak bardzo zniwelowane. Znów urosło niebotycznie i stale się pogłębia.
Zniszczona edukacja, służba zdrowia - za chwilę wszystko się sypnie jak domek z kart. Darmowe leki dla seniorów? Dobre sobie.
Jestem przerażona gierkami typu pokażemy listy, nie pokażemy, nasi sędziowie, wasi sędziowie, zły lekarz, nauczyciel... Przykładów można mnożyć i klonować na pęczki. Tu zwolnili ordynatora, tam zamknęli oddział psychiatrii i onkologii dziecięcej, tu otwarto nowy kościół, dano rydzykowi, a zabrano z refundacji leków.
Obiecuje się ludziom gówno i to gówno rozdaje. 500 plus, które zabiera się wszystkim pracującym w tym kraju i zadłuża państwo na kolejne miliardy. Niszczy do końca OFE, po cichu, bo rozgłos już był wcześniej.
Wystawia się niekompetentnych buraków na stanowiska, po to, żeby mieć swoje barany do rządzenia. Bez wiedzy fachowej, bez szkół, bez znajomości tematu, bo przecież można się douczyć.
Niszczy się to, co działa bardzo dobrze, bo...to relikt przeszłości, perełka przeciwników. Po co nam konie w Janowie, światowej sławy hodowle, po co nam to?
IPN, który nie pilnuje prawdy historycznej.
Traktowanie opozycji, jaka by ona nie była, bo to też dłuższy temat, z pogardą.
Nie mogę zrozumieć, jak można niszczyć swój kraj.
Do niedawna myślałam, że to taki trend światowy. Bo gdzie nie spojrzysz, do władzy dokopali się demagodzy, populiści, obiecanki-cacanki. Ludzie grający na niskich pobudkach, bo tych, którzy to łykną jest najwięcej. Stany mają Trumpa, Wyspy mają Johnsona. My mamy, piszę jeszcze my, choć może już nie powinnam, małego człowieczka, zatrutego nienawiścią i niespełnionymi marzeniami.
Małego nie wzrostem, bo uważam, że nie należy wyśmiewać się z wyglądu, czy postury, rzeczy, na które wpływu wielkiego nie mamy. Małego rozumkiem i intencjami. Człowieka skażonego nienawiścią za odsunięcie go kiedyś od najważniejszych wydarzeń i zmieniającego ich historię według własnej bajki. Jaka musi być jego siła, że nikt nie jest w stanie go ruszyć? Zwykłego posła, który nawet jeśli dojdzie do Trybunału Stanu, nie odpowiada za nic. ZA NIC. Wystawia swoje pionki i gra nimi jak mu się podoba. Tego dzisiaj nie lubi, tamtego jutro pokocha. A potem rzuci na pożarcie.
Kiedy obserwuję wypowiedzi tak zwanej opozycji, niejednokrotnie widzę taką spychologię. Musimy, trzeba, potrzeba, ktoś musi. Zadaję zawsze pytanie kto? Wskażcie kogoś, kto porwie tłum, kto pokaże którędy droga. Nikt mi jeszcze nie odpisał. Nikt nie zechciał odparować moich słów, że nie ma opozycji, bo opozycja siedzi w sejmie i bierze za to kasę, więc ma w dupie dobro wspólne. Opozycja nie jest represjonowana, poza oszczerstwami i przepychankami słownymi w telewizjach. Nikt ich nie internuje, nie nęka i nie zagraża. Obraża, kłamie na temat opozycji - tak. Ale opozycji nie ma.
Pytałam Shramma, Jażdżewskiego, prof. Środę... Nie ma odpowiedzi. Nikt nie napisał słowa.
Bodajże Zbigniew Hołdys napisał kiedyś właśnie o tym, że wszyscy działacze czekają na kogoś, kto poprowadzi, że ktoś musi, ktoś niech zrobi, ktoś. Słowo klucz.
Nie ma nikogo takiego.
Strefa komfortu jest w dzisiejszych czasach zbyt wielka. Nikt niczego nie zabrania, nie zabiera, jest tv, internet, pełne półki, kasa, praca. Można jeździć za granicę, można wszystko. Dopóki to wszystko  będzie, nikt nie kiwnie palcem.
Nie ma opozycji.
I powoli zaczyna znikać nasz kraj.
A historia kołem się toczy. Właśnie wzięło się za powrót do punktu wyjścia.
Oby nic nie spadło nam na głowę z nieba.

środa, 29 stycznia 2020

[423]. Prawdopodobnie

Co ja chciałam.
A. Chciałam rzec, że prawdopodobnie w maju odbędzie się apelacja. Tak sąd napisał, że prawdopodobnie. Czaicie? Nowy termin: PRAWDOPODOBNIE. Poczułam się zajebiście poinformowana i kilka dni zwlekałam z przekazaniem wieści dalej, bo niczego tak bardzo nie lubię, jeśli o ramy czasowe chodzi, jak niedługo, prawdopodobnie i zaraz.
No. Już mi przeszło, bo co zrobisz, jak nic nie zrobisz. Tylko mam o to straszny żal do systemu sądownictwa. Wiem, że to nie tylko ja i bla bla bla. Ale w sprawach dzieci sprawy powinny odbywać się szybko. A to będzie półtora roku od momentu złożenia papierów w sądzie...
Z innych wieści to stałam się szczęśliwą posiadaczką statusu przedosiedleńczego, a to oznacza, że piątkowy wymarsz z UE mi nie straszny. Załatwiłam to jednym kliknięciem i wysłaniem paszportu pocztą w celu weryfikacji (!).

Ale właściwie to mam duchy w domu. Przenoszą mi pumeks i mydło. I za cholerkę nie wiem jak to się stało. Bo to nie ja. A ja jestem tu sama. Nikogo u mnie nie było. Kudłata wyprowadzona i nawet w odwiedzinach nie była. Zresztą oni w tym czasie łapali wirusa na przynętę, czyli Brodacza (Kudłatej facet. Nazwałabym go inaczej, ale tamto słowo zostało użyte gdzie indziej, a z tamtym gdzie indziej to ja nie chcę mieć nic wspólnego). Brodacz się zawirusował wziął. Z relacji Kudłatej jechał do lekarza już umierać. Normalnie jak to facet, trochę gorączki i wiadomo. Ale karetki nie chciał. W każdym razie muszę mu powiedzieć, żeby spisał testament i że biorę telewizor.
Ale wracając do życia nadprzyrodzonego, to serio nie mam zielonego pojęcia jak przemieścił się pumeks z mydłem na nim z wysokości 180 cm na 0. Gdyby spadło, co jest niemożliwe, na bank mydło poleciałoby gdzieś w cholerę. Przeprowadziłam próby balistyczne, to wiem.
Nikt się nie mył tymi utensyliami, bo były suche.
Mam zagadkę normalnie.
A teraz pokażę Wam o co chodziło mi z wyłażeniem z krzaków i włażeniem w.



Tak, tu prawie wszyscy chodzą w odblaskowych kurtkach. A przynajmniej dużo ludzi. Tak, droga nie ma pobocza i jest to droga tylko dla autobusów i rowerów. Autobusy nie trąbią jak się nią łazi, tylko grzecznie omijają. Trąbią tylko na wiewiórki i gołębie, a nawet się zatrzymują, żeby nie rozjechać któregoś. Taki kraj.




niedziela, 12 stycznia 2020

[422]. Tytuł

[wczoraj]
Zacznę od końca.
Czyli od tego, że zdałam dzisiaj egzamin zawodowy. Drugą część, praktyczną. Przy tokarce, a nawet dwóch. Wczoraj zdałam pierwszą część, pisemną.
Jestem więc już technikiem mechanikiem - operatorem urządzeń skrawających.
Oficjalne wyniki będą gdzieś tak za miesiąc, dwa? Któż to wie. Ale wiem już dzisiaj, że zdane jest.
To nie koniec drogi, gdyż w czerwcu, mam taką nadzieję, dojdzie do tego jeszcze programista.
Poza tym odwiozłam młodego, wygłaskałam moje sierście, no i złapałam katar.
To chyba najgorsze, co mogłam przywieźć sobie w prezencie. Szczególnie przy lądowaniu, kiedy uszy zaczęły mnie boleć aż po gardło, przyrostowo, z każdym centymetrem traconej wysokości.
Teraz zamiast spać, siedzę w necie, jeszcze czytam, jeszcze patrzę. Oczy łzawią, nos łaskocze, ale nie, przecież nie pójdę spać!
[dzisiaj]
Siedzę cały dzień pod kołdrą. Dorabiam sobie tylko herbatę z miodem, smarkam i psikam krople, bo nic tak mnie nie wkurza, jak zatkany i lejący się nos. Po serduszka wysłałam Kudłatą. Nie ma siły, nie pójdę nigdzie.
A, bo nie wiecie. Kudłata wprowadziła się do mnie. Po perypetiach z wynajmującą babą, Polką, żeby była jasność, wzywaniu policji, musiała dla własnego bezpieczeństwa zabrać graty i..no właśnie, wylądowali u mnie.
I tak trwa ten stan już jakiś czas. dokładnie od dnia przed sylwestrem.
[wcześniej]
Jako że świąt to ja nie robię, spędziliśmy ten czas z Młodym zwyczajnie. Z barszczem i pierogami z grzybami i  struclami makowymi, bo wyszły dwie (obawiałam się, że nie zjemy ich, a one zniknęły migiem). Tak się nażarliśmy, że nie smażyłam nawet ryby. Została na następny dzień.
Postanowiłam, że w przyszłym roku będzie choinka, bo lubię choinki, lampki i bombki.
Ale jedzenie zostanie w takim zakresie, jak w tym. Plusów mnóstwo:
- kupiłam tylko to, co chciałam,
- zrobiliśmy do jedzenia tylko to, na co mieliśmy ochotę,
- nic się nie zmarnowało, niczego nie wyrzuciłam,
- nie musiałam myśleć, że trzeba to zjeść, bo się zepsuje.
Minusów nie widzę żadnych.
W długiej przerwie w pracy w mojej firmie, poszłam do pracy na tydzień do ...telezakupów.
Dokładnie to do pakowania zamówień. Praca lekka, spokojna, nawet ok. Pakowanie w bibułki i takie tam. Podobało mi się.
Ale nie obyło się bez rozmyślań o tym, dlaczego ludzie kupują w telewizji biżuterię, czasem nawet bardzo drogą, widząc tylko na ekranie jak to wygląda. Gdybym chciała kupić sobie wypasiony pierścień z drogim kamieniem, z białego złota, albo coś innego, to poszłabym do jubilera. Do fachowca. Ale. Przyszła też myśl, że nie moje pieniądze, nie moja bajka, nie mnie oceniać, ja tylko pakuję.
A teraz się kuruję dalej. Jutro do pracy.

czwartek, 26 grudnia 2019

[421]. Co tu się wyprawia?

Tyle czasu mnie tu nie było! Wstyd!
W takim razie, zapewne, między barszczem a rybą, macie chwilkę na me zwierzenia.
No to tak.
Praca jak praca. Długa przerwa, prawie 3 tygodnie. Ale w międzyczasie poszłam do innej na ten czas. A właściwie na część. Bo na tydzień.
Pakuję zamówienia w telezakupach. Co ciekawe biżuterię. Którą ludzie kupują za grubą kasę czasami. Nadziwić się nie mogę. Chociaż, w Polsce pewnie to samo.
Pakowanie, fajna sprawa. Tu też widzę mnóstwo leserów i udawaczy. Wkurza mnie to, ale cóż poradzić. Ja uchodzę za naiwniaczkę, bo pracuję szybko i bez kombinowania.
Mam też u siebie Młodego. Na razie ciągle tylko w odwiedzinach, ale grzecznie czekam na termin apelacji..Nie wspomnę co mi się ciśnie na usta, kiedy mowa o sądach i sędziach. Tam naprawdę trzeba zmiany. Nie takiej, jaką szykuje władza, ale prawdziwej zmiany funkcjonowania tego systemu. Bo to jest masakra.
Ale najlepsze co chciałam opowiedzieć, to moja wyprawa po Młodego
No to wymyśliłam...
Przelot tam i z powrotem. W jeden dzień. A było to tak...
Wstałam w piątek o 4.45, bo praca.
O 14.00 koniec, do domu. Coś zjadłam, posprzątałam i wyjazd pociągiem do  dużego miasta.
Z tego miasta pociągiem miałam dostać się na Luton. Bilet kupiony wcześniej, ale dopiero dzień przed wyjazdem zerknęłam co jest. A były dwie przesiadki. Myślałam w swej naiwności, że z pociągu na pociąg. Jakże się zdziwiłam.
Wysiadam w Londyn Euston i...
Pierwszy szok. Za chwilę zamykają dworzec. Jest blisko północy, więc trybiki zapieprzają, bo co ja mam zrobić. Szukam tego pociągu, jak opętana, a tu nic. No to pytam.
- Windą na dół, bo po co schodami, a tam metro.
Jakie kurna metro?? Ale jadę. Wysiadam w tunelu, z którego jest mnóstwo przejść. Czytam tablice, ale z lotnisk znalazłam tylko Heathrow, a to nie ten kierunek.
Pytam pań z walizkami. Dowiaduję się, że jeden przystanek, na Pankraca, a potem przesiadka na pociąg.
Dobra, szukam tunelu z opisem, że tam dojadę, ale nie ma.
Znowu obsługa.
- schodami na drugi poziom.
Jadę, nie oglądam się za siebie, bo schody jadą na jakieś drugie piętro, a ja mam lęk wysokości.
Znalazłam tunel, ale najpierw znalazłam myszki. Pewnie się ludzie, wracający z imprez, podchmieleni, na gołe nogi, krótkie rękawy i bez czapek, bardzo zdziwili, jak usłyszeli:
- oooo, a co ty tu robisz?
Do myszy.
Nic to, czas leci, ale do odlotu mam 1/4 doby, więc luzik.
Wysiadam na tym Pankracu. I znów niespodzianka. Zero opisów. Ale brnę. Idę. Znów obsługa. Pokazuję już tylko bilet i idę za machnięciem ręki.
Na końcu dwa terminale. B jest mój.
Odetchnęłam z ulgą. Czekania godzina.
Zimno mi, z niewyspania, chłodu, bo jest tak ze 3 stopnie ogólnie. Boję się, że się rozłożę, ale stwierdziłam, że mogę dopiero po powrocie.
Czytam. Obserwuję ukradkiem kolejne tłumy imprezowiczów. Podziwiam za negliż, bo mi na sam widok zimniej.
W końcu jadę na Luton, przekonana, że wysiądę przy samym lotnisku. O naiwności!
Wysiadam na dworcu Luton Airport, ale do lotniska jeszcze jakaś mila trzydzieści. Niby, z podsłuchanej rozmowy, jeżdżą autobusy, ale nocą rzadziej. Widok zaparkowanych jak w zajezdni nie nastraja mnie optymistycznie i rozważam piechotę. Powstrzymują mnie dwie rzeczy: zimno, bo nie śpię już prawie dobę i te 3,5 godziny do lotu.
Czekam, bijąc się z myślami, bo niepotrzebnie obejrzałam schemat autobusowy i wyszło mi, że tylko jeden z nich jeździ na lotnisko.
Przyjechał jednak. Upewniam się, że nim dojadę. Patrzę za okno jadąc te 5 minut i dziękuję sobie, że jednak nie wybrałam się w podróż na nogach. Na lotnisku śpię i czytam na zmianę, potem lecę i podsypiam ciut.
W Poznaniu niespodzianka. Nie przyjechał autobus. Próbuję złapać taksówkę, a tu się okazało, że nie istnieją już korporacje taksówkowe, których numery mam. Że w tak dużym mieście są może trzy, a reszta zniknęła. Jadę w końcu autobusem. Cały dzień coś robię. Po południu przejmuję Młodego i uberem wracamy na lotnisko i lecimy. W domu jesteśmy po północy.
Nie rozłożyłam się. Byłam nieziemsko zmęczona, ale wszystko się udało.
No i jesteśmy sobie do stycznia razem.


środa, 23 października 2019

[420].Lecz się, a jakże!

Powiem Wam, że te deszcze i wszechobecna wilgoć to jakieś mity są. Nie pada, a jak już, to bardzo rzadko. W domu mam sucho i nie muszę łazić do pralni, żeby w suszarce wysuszyć pranie.
Gdzie ta angielska pogoda??? Ja się pytam!!!
A tak na poważnie, to poważnie deszczu jak na lekarstwo.
A propos lekarstw.
Moja rejestracja w przychodni i tutejszym enefzecie, czyli NHS już prawie na mecie. Mam numery, mam wszystko, ale jeszcze spotkanie z moim GP czyli, jak mniemam, lekarzem pierwszego kontaktu.
Jutro się umówię. I dostanę karteczkę z informacjami kiedy, gdzie, z kim, o której i numerami telefonów, emailami i wszystkim co potrzebne. A potem dostanę takiego samego smsa z przypomnieniem.
No i oczywiście w tak zwanym międzyczasie, w równoległej rzeczywistości, dopadł mnie mój głupi kaszelek. I wysypało mi twarz, jak to się dzieje zwykle co któryś cykl. Norma. Ale pokończyły mi się medykamenty odpowiedzialne za podtrzymywanie w jako takim stanie. Udałam się więc do apteki. Ale, żeby nie ładować się tak jakoś z buta samej, najpierw wysłałam kolegę, który leczy się już miesiąc i wyleczyć nie może. Bo tak naprawdę to się nie leczy, tylko leży w domu w cyklu: tydzień z chorobą w pracy, tydzień w domu, podleczony do pracy, dwa tygodnie i znów chory.
Kazałam mu kupić aspirynę. Bajerancką. 500mg.
Okazało się, że y-y, nie ma 500, bo nie jest taka dawka dopuszczona do sprzedaży w tym pięknym kraju. Jest bajer, ale 100, ale nie mają, więc mają inną, największa dawka 300.
Kolega leży się leczy, ale mnie też była potrzebna, więc poszłam. Dostałam tę 300 (bardziej jak polopiryna c, czyli aspiryna z dodatkami), ale na syfki jakiejś maści cynkowej, czy czegoś, to absolutnie nie. Mam se iść do lekarza on mi zleci. Powiem szczerze, że mnie zatkało, przyzwyczajona jestem, że farmaceuta doradzi, zamieni i że przede wszystkim sprzeda.
A tu taki dziki kraj.
Przygód mych z urzędami dalszy ciąg nastąpi, aczkolwiek na razie się oswajam.

A tu macie wiewióry.





czwartek, 10 października 2019

[419]. Turbo urlop

Mega-hiper-turbo. Tylu kilometrów to ja nie zrobiłam już dawno w trzy dni.
Natt tam i z powrotem.
Zaliczyłam wszystko co chciałam, prawie. Załatwiłam urząd, szkołę, dwa miasta, remonty na torach i korki. Spotkałam się tak szybko, że aż nie wiem, czy naprawdę.
W urzędzie dostałam zaświadczenie, które załatwiłam...online. Czaicie? ON-kurna-LINE.
Z poprawkami w międzyczasie. Byłam w szoku, ale Pani Urzędniczka to kolejna dobra dusza na mojej drodze. Załatwiłam z nią mniej więcej tak:
- bo ja ląduję we wtorek o 16.50, macie do 18 to może zdążę.
- to ja wyślę pani wniosek, pani mi prześle skan, a ja zrobię zaświadczenie, a pani mi oryginał przywiezie.
-wysłałam
-ale wie pani, ta data, to ją przesuńmy o miesiąc, bo będzie dla pani korzystniej.
- to ja poprawię wniosek i wyślę jeszcze raz.
I wszystko układało się najlepiej pod słońcem, chociaż padało.
Samolot przyleciał PÓŁ GODZINY WCZEŚNIEJ.
Pan taksówkarz z lotniska zawiózł mnie w 10 minut do urzędu, a jechał takimi uliczkami, że martwiłam się o rachunek, a tu...20 zł.
Pani do mnie wyszła, więc nie czekałam w kolejce.
Wyszłam szczęśliwa i...
I się popsuło.
Wymyśliłam, mając przed sobą puste ulice, że zdążę w godzinę na dworzec i pojadę dzień wcześniej do dziecka. Ale zapomniałam, że to miasto jest rozkopane do poziomu minus trzy. I tak zakwitłam w korku, zmokłam, zmarzłam i w końcu nie pojechałam.
Ale pojechałam do mojej przyjaciółki, na noc, odebrałam paczkę z portkami z paczkomatu, a w domu czekał na mnie ON:


Ukoiło to ciut moje nerwy i smutek, naładowałam to cudo i zaczęliśmy się przyzwyczajać do siebie.
Na drugi dzień o świcie zrywka i gnanie na pociąg i zaczęły się schody. Bo opóźnienia pociągów, bo jeden tor, bo czekają, a ja z przesiadkami. Ale dałam radę.
W międzyczasie załatwiłam kolejną gównianą sprawę. Bo moja Adwokacina wkurzyła mnie na maksa. Zagotowałam się tydzień temu. Zadzwoniłam sobie do sądu, bo od niej zero informacji. W sądzie mi powiedziano, że mają pół roku na wyznaczenie terminu, ale mam pisać prośbę o przyspieszenie. I tu się zagotowałam po raz pierwszy, bo o takie pismo już prosiłam tę dzidę w lipcu.
Napisałam do niej, bo już nie odbiera ode mnie, że ma to pismo wysłać.
I tu stan wrzenia taki, że ciśnienie mi skoczyło. Potrzebne jest moje pełnomocnictwo!!!
Mimo, że jedno było na prowadzenie sprawy.
Więc poprosiłam w piątek o pismo na maila, bo muszę wydrukować, podpisać i wysłać. I piszę kiedy będę i że potrzebuję. Od piątku do środy prosiłam się o to pismo. W środę napisałam, że to jest niepoważne, bo od trzech miesięcy pytam ciągle o apelację i ani słowa o pełnomocnictwie, a tu nagle strzał, że potrzebne. I że ma mi wysłać. Bo mam godzinę na wydrukowanie i wysłanie. I ciul, że wpadło do spamu, a ja opierdoliłam ją za to, bo mam już dość niekompetencji.
Wydrukowała mi moja przyjaciółka, bo ja stałam w pociągu, czekając na wolny tor. Złota kobieta.
Wysłane. Teraz będę pilnować każdego dnia.
Wyściskałam syna, koty mnie olały, spotkałam się z wychowawczynią i koleżanką ze studiów i pojechałam. A dzisiaj już przyleciałam do domu.
Niestety, ciągle sama.

środa, 2 października 2019

[418]. Niechwała

Co sprawia, że tak strasznie przeklinamy będąc tutaj?
Bo muszę się przyznać do czegoś.
Na początku irytowało mnie, że od razu słyszę gdzie są rodacy. I na przykład takie ewenementy: przyszedł, mówi po angielskiemu co się stało, ale co trzecie słowo kurwa. Na początku myślałam, że się przesłyszałam. Irytowało mnie strasznie, kiedy słyszałam wózkowców, drących się na pół hali, w soczystych słowach.
Aż nastał ten dzień.
Kiedy trafiłam na zmianę, której nie lubię. Ludzi znaczy niektórych nie lubię. Tak się składa, że Pakistańczyków, ale nie przykładam jakby nielubienia do narodowości.
Ludzie ci są leniwi (mowa o trzech jeźdźcach apokalipsy, trzech muszkieterach, albo trzech trąbach jerychońskich, jak to wczoraj wymyśliłyśmy z koleżanką), niesympatyczni, wredni i nie lubię ich za to bardzo. Wcześniej pracowałam na drugiej zmianie i w wolnych chwilach szykowało się rzeczy, które będą potrzebne kolejnej zmianie. Zwyczajnie - masz chwilę - robisz. Kiedy przeszłam na tę, na której jestem, okazało się, że oni nie robią dla drugiej zmiany, bo nie. I faktycznie, kiedy przychodziliśmy, wszystko było puste, nieprzygotowane.
Ale to nie wszystko. Nie masz ani grama pomocy od tych trzech, kiedy robisz w ciągu i nie masz czasu zwyczajnie przygotować czegoś. Moja Sue, albo Linda z daleka śledziły co masz, czego nie i dokładały, przynosiły, pomagały. Oni nie. Ani razu.
I tak zaczęłam przeklinać.
Oni rozumieją podstawowe przekleństwa, więc stosuję bardziej wyrafinowane wiązanki językowe. Oraz miny mówiące nie zbliżaj się, jeśli chcesz pożyć do końca zmiany.
Czemu jeźdźcy apokalipsy i muszkieterowie? Małe kurduple. Niskie dziady, o szczurowatym wyglądzie, mendowate spojrzenia i wredne osoby. Rzadko kogoś oceniam, ale pluję jadem na samą myśl, a już na widok to mam skręt organów wewnętrznych.
I co robię ja? Na złość tym pomiotom przygotowuję w przestojach wszystko, co się przyda drugiej zmianie. Bo liczę na to, że tam wrócę. Bo lubię tamtych ludzi. Bo są sympatyczni, rozmawiają ze mną, przytulają się jak się widzimy i są pomocni. Marzę więc o dniu, kiedy będę z nimi pracować znów.

A z innych wieści to zapisałam się do biblioteki, zapisałam się (prawie) do przychodni - jutro dokończę, bo muszę nasikać i zanieść, ale papiery już wypełniłam.
Oraz kupiłam czytnik, czekam na dostawę, a na razie maltretuję książki na telefonie i jestem zakochana. Dojrzałam do czytnika, w końcu. Dojrzewałam długo, bo lubię papierowe książki. Ale kiedy moja koleżanka, zagorzała książkoholiczka i polonistka, oraz mój kolega, maniakalny mol książkowy pochwalili się czytnikami, stwierdziłam, że to czas. Te pozycje, które uznam za ważne i wartościowe kupię w wersji klasycznej. A tak mogę odsiać to co warte przeczytania tylko raz.
No i za nieograniczony dostęp do książek bez limitu płacę tyle co za 1,5 książki papierowej. I nie muszę czekać, aż mi ją przyślą!
Ha!
Rozpoczęłam też sezon grzewczy, bo okazało się, że kilka razy niepotrzebnie zmarzłam, bo wystarczyło odkręcić jeden zawór w moim centrum składowania, a ciepło popłynie po domu.
No to zostawiam Was tu samych, ja idę poczytać, a potem do pracy.

piątek, 20 września 2019

[417]. Koordynaty

Wracając dzisiaj z pracy zobaczyłam, gdzie jest mój syn. Pod Wielkim Wozem jest. Wspaniałe uczucie wiedzieć gdzie patrzeć. Żeby nie było, Kudłata jest na lewo lewo od Wielkiego, więc mam jakby co punkty orientacyjne. Wielki Wóz wisi nad moim domem rodzinnym.
A ja nie mogę się doczekać.
Nadałam dzisiaj imię bojownikowi. Trup. Tak się od dzisiaj nazywa. Bo wracając wczoraj z pracy myślałam, że zdechł. A on spał. Obudziłam gada, ale co przeżyłam to moje.
No i tęsknię za kotami.
Tak patrząc na to miasto to mam wrażenie, że tu są tylko ulice i drzewa i krzaki.
Taki urok, że domy są oddzielone od dróg gęstwinami. Za to jak się przez te gęstwiny przejdzie to są domy, mnóstwo domów. I mnóstwo zieleni.
I tak chodząc do pracy przez te zielone korytarze doszłam do wniosku, że ludzie to wyłażą z krzaków idąc do pracy i włażą, a czasem wjeżdżają rowerami w krzaki wracając z pracy. Tak to wygląda codziennie.
Ogólnie nuda, praca, praca, praca, dom, dom, dom. Nic się nie dzieje. Ale to w sumie też dobrze.
To ja idę spać.

niedziela, 8 września 2019

[416].Czas leci

To dobrze. I niedobrze jednocześnie.
Dobrze, bo szybciej minie do orzeczenia apelacji.
Źle, bo szybko mija.
Jak tu z tym żyć.
Długo mnie nie było, ale w sumie taki odpoczynek, bo internty mi się skończyły, był bardzo fajny.
Trochę na początku brakowało, bo to jednak kontakt, ale potem się przyzwyczaiłam. A ile książek przeczytałam w tym czasie!
Teraz internet mam.
W końcu dzisiaj posłuchałam sobie mojej ukochanej muzyki. Rychło w czas, bo dopadło mnie coś, co mogło przerodzić się w jakieś płacze i smutki. A tak, muzyka uleczyła moją duszę.
Już jesień. Chłodno. Więcej chmur. Ja się cieszę.
Pracuję.
Mieszkam. Zadomawiam się.
Ubezpieczenie już mam.
Jest dobrze.
No bo jak ma być.
I tak sobie myślę i układam plany na zaś. Wymyślam różne takie, na przykład wycieczki, zwiedzania, szwendania, oglądania i słuchania. Wymyślam też co będę robić i już mnie rączki świerzbią.
W wymyślaniu jestem najlepsza.
Za to nie mam zielonego pojęcia jak ustawić regały i biurko co je sama skręciłam i komody odziedziczone po Kudłatej. Taki ze mnie planer jest.
No i mam, kurde lokatora, co się nie dokłada do czynszu. A nawet dwóch.
Jeden to bojownik, ale nie wiem jakie imię mu nadać. Też odziedziczony. Zupełnie świadomie.
Drugi to takie bydlę, które robi buuuu! jak wchodzę do łazienki. Podglądacz o rozpiętości nóżek ok. 5 cm.Na samą myśl mnie swędzi wszystko i dzisiaj nie idę się myć.


Rozumiecie mnie, prawda?
Poczekam do poniedziałku* i poproszę kolegę o zamordowanie Manfreda.
Tak. On ma imię.
Dlaczego Manfred? Bo Wojciech było za mało wyraziste do wielkości tego potwora.


*umyję się jutro, w świetle dnia. Do pracy pójdę czysta, bez obaw.

wtorek, 6 sierpnia 2019

[415]. Z ostatniej chwili.

Poza pracą mam już mieszkanie. Tak z 10 minut drogi od pracy. Nie jest docelowe, ale w tym momencie jest idealne.
Mam też konto w banku, które sobie założyłam. Sama. Znaczy z panią Bankierką.
Mam też takie dni, że do przerwy nie rozumiem ni w ząb co do mnie mówią. A po przerwie jest pstryk, coś zaskakuje i przynajmniej wiadomo o co chodzi.
Albo sobie mnie wysyłają w kosmos, a ja stoję w tym kosmosie i czekam, a potem przypominam sobie co mam powiedzieć, i najważniejsze - jak! A na koniec zaś okazuje się, że to była zmyła i troll, do którego miałam zanieść garniec ze złotem stał akurat kilka metrów ode mnie, kiedy mnie wysyłali w misję.. Bo on serio wygląda jak troll. 
Jutro natomiast wybieram się w misję i załatwiam najważniejsze - numer ubezpieczenia.
I na razie to koniec trudnych zadań.
Miałam też przewiane plecy.
Ponieważ to nie jest kraj dla płaskoziemców, mamy tu pod górkę i z górki. A że chodzenie zalicza się do sportu, a ja ciągle chcę schudnąć i nabrać formy, a przynajmniej pozbyć się zadyszki, i do tego nie umiem powoli, to się zgrzałam. W domu zdjęłam plecak i trach. Jak mnie złapało lumbago, jak mnie wygło, to myślałam, że skamienieję w jednej niebolącej pozycji i będę udawać ogrodową rzeźbę.
No to był strzał, z fajerwerkami. Ratując się tabletkami i rozgrzewaniem, jakoś dotrwałam do poniedziałku, a tu w poniedziałek do pracy. 
Przeżyłam. Jeszcze czuję czasem jak mnie rwie, ale teraz to już pikuś. Muszę tylko uzupełnić zapas tabsów. Na wszelki.

środa, 31 lipca 2019

[414]. Koniec wakacji.

Mogę już napisać: mam pracę!
Wydeptywanie ścieżek, łażenie, gadanie łamaną angielszczyzną i codzienne wizyty wszędzie przyniosły oczekiwany efekt.
Ale nie było tak łatwo.
Otóż.
Powiem Wam dlaczego nie lubię grać w tysiąca.
Kiedy zbierasz meldunek, to musisz przewidzieć, którą kartę wywalić, a na co czekasz. Tak samo w remiku (w którego zagrywam się z Młodym i, niestety, on mnie ogrywa).
Często ten wybór jest nietrafiony.
Miałam takiego tysiąca i remika.
Jednego dnia dostałam trzy propozycje pracy. Jedną, na którą polowałam i dwie słabe, ale miałabym pracę od tego poniedziałku.
Oczywiście, jak to w tysiącu, wywaliłam blotki, czyli te słabe dwie. Tylko że "as" w rękawie przeciwnika miał napisane: dwa tygodnie przerwy. Ale skąd mogłam wiedzieć? Nikt mi nie powiedział. Więc testy zdałam, wzięto moje wymiary na służbowe ciuchy i...
I tyle. Czekałam na telefon. A tu dupa. W końcu poszłam w poniedziałek i prawie się rozryczałam.
Żeby było śmieszniej to nie jedyny mój problem obecnie, a jak jest kumulacja to wiecie.
Wczoraj udało mi się załatwić jeden z nich, ale załamałam się totalnie. Udało się ogarnąć moje koty, jutro wędrują do mojej mamy i kamień spadł mi z serca. Ale brakowało jeszcze pracy.
Tak myślę, że dzisiaj wylazło dla mnie słoneczko.
Teraz już będzie tylko lepiej.

środa, 24 lipca 2019

[413]. W toku

Powinnam już napisać, że mam pracę, i w ogóle. No to jeszcze nie mam. Ale już blisko, tak myślę.
Łażę codziennie po agencjach, znam już wszystkie rodaczki tam pracujące. Chodzę codziennie, bo trzeba wydeptać ścieżki, pokazać się i przypomnieć, że ja to ja i że czekam w blokach startowych.
Wydawałoby się, że z dnia na dzień będę więcej rozumiała tych okrągłych wyrazów i posiekanym akcentem, ale chyba jest zupełnie odwrotnie. Rozumiem coraz mniej. Chociaż to też nie tak. Zauważyłam, że skupiam wszystkie zmysły na osobie, która do mnie mówi i jest ok. Ale nauczyłam się prosić o powtórzenie i mówienie wolno. Za to ja, jak się nie zatnę, to mówię ładnie (w moim mniemaniu oczywiście) i zrozumiale. Czasem rozmowa wygląda tak, jak przez internet przy kiepskim połączeniu: ktoś mówi, leeeeeeci to do mnie światłowooooodemmmmmm, odbieram, przetrawiam i odpowiadam. Trwa to o dwie sekundy za długo, ale działa.
Gorzej, jeśli to są staruszki na przystanku.
Jedna opowiedziała mi pół swojego życia w 10 minut, druga najpierw wyhaczyła mnie w drodze na przystanek prosząc o sprawdzenie czy zamknęła drzwi. No ja mam na czole coś pewnie takiego, że wszyscy mnie zagadują na przystankach. Albo wyglądam jak autochton, bo w Birmingham kobieta pytała mnie o drogę.
Także robię furorę.
No ale cóż. Chciałam, to mam.
Przychodzą jednak chwile zwątpienia.


niedziela, 14 lipca 2019

[412]. Nie dzieje się nic.

Dni mijają. Jest tak, jak lubię. Nie za ciepło, więcej chłodu.
Na przykład teraz się opatulam kocykiem i jest super.
Pogoda jak pogoda, chmury, szaro, a potem słoneczko. Trochę powieje. Trochę pomżawkuje. Jest fajnie.
To był tydzień aklimatyzacji. Pozwiedzaliśmy miasto pieszo i autobusami.
W piątek poszłam do agencji, bo już dość nicnierobienia.
Pogadałam z panią, powiedziałam czego chcę, popytała o mnie, pracę, co robiłam, gdzie uczyłam się angielskiego. I o ile pani z grzeczności wszystkim nie mówi, że english good, to pochwaliła mnie kiedy powiedziałam, że uczyłam się sama.
Na koniec powiedziała całkiem po polsku: w takim razie do zobaczenia w poniedziałek na rozmowie.
Zonk :)
Tak, to była Polka.

piątek, 12 lipca 2019

[411]. Krótka opowieść o tym co się działo.

Pakowanie i żegnanie się z niektórymi rzeczami to koszmar.
Ale jak mus to mus. I tak wysłałam mnóstwo rzeczy, a drugie mnóstwo czeka na potem.
Niektóre paczki przeszły potrójną selekcję, czyli zapakowałam, odczekałam trochę chodząc obok, po czym stwierdzałam, że nie, za dużo i robiłam ponowne pakowanie. I tak z pięciu kartonów robiły się trzy.
Dałam radę. Jakoś.
Potem był dzień wylotu.
To był jeszcze dzień ostatecznego przeglądu i pakowania. Na ostatnią chwilę, bo przecież to ja.
Dziwne było pożegnanie przy furtce, gdzie u nas zmieniło się na u was. Jeszcze mówię czasem, porównując coś, że u nas to tak i tak, a potem poprawiam się, że w Polsce. Bo to już nie u mnie.
A potem wędrówka przez miasto z bagażami, spotykanie znajomych ze szkoły, pożegnania i w końcu lot.
Pierwszy lot młodego, zachwycony był widokami.
Powiedział mi, że sam wyjazd nie robi na nim wrażenia, nie przejmuje się tym, że to inny kraj. Podoba mu się tutaj.
A teraz lecę do agencji. Trzymać kciuki!

poniedziałek, 1 lipca 2019

[410]. Nie wytrzymam

Przychodzę do Was, bo mam dużo roboty.
To nie takie hop-siup jakby się wydawało. Mnożę ilość worków do wywalenia, wydałam spory bagażnik gratów i ciągle mam wrażenie, że jestem w punkcie wyjścia. Nie wspomnę o pięciu worach papier-metal-plastik, które przed chwilą wywieźli.
No masakracja jakaś.
Godzina zero zbliża się wielkimi krokami.
Czuję już oddech przewoźnika na plecach.
Ale ja mam przecież czas!
No i musiałam zadzwonić do sądu, zapytać i spier*olić sobie humor.
Okazuje się, że żadne tam 3 tygodnie na uprawomocnienie. Teraz wychodzi że dostali aż 6 na odwołanie. Bo przecież sąd ma luz i uzasadnienie wyroku wysyła po 3 tygodniach. I idzie sobie ono tydzień. A od odbioru z poczty są jeszcze dwa tygodnie na odwołanie.
Wiecie co, ja się zagotowałam.
Mimo, że dzisiaj miły chłodek, chmury i trochę deszczu.
Zagotowałam się tak, że białko mi się ścina, para idzie uszami i mam już serdecznie dość.
Tu nic nie może być normalne.
Dlaczego nie ma obligatoryjnego obowiązku uczestniczenia w publikacji wyroku?
Szlag mnie zaraz trafi.
Już teraz rozumiem termin wolne sądy.
krówa mać.

piątek, 28 czerwca 2019

[409]. Dziwny dzień

Ostatni dzień w pracy był bardzo dziwny.
Mało się działo, trochę się nudziłam.
Dostałam bukiet róż, butelkę wina, zostałam wyściskana przez wszystkich, wycałowana i autentycznie było im smutno, że już z nimi nie będę pracować.
Mi też było smutno. A raczej tak dziwnie. bo to taki moment, w którym już wdrożyłam się mocno, nauczyłam wielu rzeczy i ...koniec.
Szefowie do ostatniej chwili zwracali się do mnie tak, jakbym miała pracować dalej. Zresztą usłyszałam tyle rzeczy od nich, że w innej sytuacji rozważyłabym pozostanie w firmie.
Na przykład to, że bardzo się cieszą, że mogli ze mną pracować, bo wniosłam tam wiele dobrego. Albo to, że zżyli się ze mną tak bardzo, że czują jakbym pracowała z nimi od samego początku.
Od koleżanek usłyszałam, że dobrze, że byłam, że będą tęsknić i że im smutno, więc we wtorek idziemy w miasto, żeby sobie pogadać.
No i mam ich odwiedzać, a jakby co, mam wracać do nich.
Kocham ich wszystkich.

czwartek, 27 czerwca 2019

[408]. Trudność

Cała trudność polega na tym, że trzeba każdą rzecz wziąć do ręki i powiedzieć: mam cię w nosie. Wtedy rzecz strzeli focha, a mi nie będzie żal rozstać się z nią tu i teraz.
I tak robię.
Cierpię.
Bo dopiero teraz widzę jak dużo rzeczy gromadzi się zupełnie bez sensu. Upycha się po kątach, gdzie nic nie widać i udaje, że tam nic nie ma. Jestem straszną zbieraczką.
Bo muszę zostawić kawał mojego zbieractwa.
Bo zostawiam także ludzi, którym wiele zawdzięczam i którzy są po mojej stronie.
Bo najchętniej to spakowałabym podręczną walizkę i wyjechała tak jak stoję.
Ale wiem, że lot trwa dwie godziny.
Że są komunikatory różnej maści.
Że nowe przede mną i mogę zacząć od nowa.
Tym się pocieszam.
I wywalam, wywalam, wywalam...


poniedziałek, 24 czerwca 2019

[407]. Gwoli wyjaśnienia

Tak mnie natchło było, że właściwie, to należą się jakieś wyjaśnienia, chociaż wszystko powiedziane zostało.
Tak, poszłam na żywioł. Kupiłam bilety w przypływie impulsu. Oczywiście co zrobiła Natt? Tak jest! Nie-do-czy-tała. I kupiła bilety na milion bagaży.Będzie więc urywać ręce sobie i dzieciakowi, bo jakoś to trzeba będzie dowieźć. Do autobusu, z autobusu na autobus, potem na jeszcze jeden autobus i na lotnisko. Potem..
Potem to będzie trzeba te bagaże upchnąć w czerwonej dryndzie. Która bagażnik (eufemizm) ma wielkości kosmetyczki.
Ale kto jak nie ja!
Zaczęłam przygotowania.
Sprzedałam dwie szafy i komodę.
Jutro reszta, a ja już mam dość. Bo muszę pożegnać się z wieloma rzeczami.

czwartek, 20 czerwca 2019

[406]. Będzie gorzej

Niż było. Znaczy się będzie goręcej, piekielniej, nie do życia.
I ja Was serio rozumiem, że lubicie takie piekło. Ale ja nie lubię. nie funkcjonuję w takich warunkach. A sytuacja, kiedy siedzę bez ruchu i leje się ze mnie, jakbym siedziała przy otwartych drzwiach pieca matenowskiego, albo, inny przykład, wycieram się po chłodzącej (sic!) kąpieli i w momencie ukończenia wycierania nóg (na końcu) już jestem spocona u góry, nie jest normalna. Dojście po tym wszystkim do miejsca spoczynku wygląda tak, że marzę o kolejnym prysznicu.
A ma być gorzej...
Trudno, jakoś to zniosę.
Przed chwilą popadało, całe 5 minut. Miałam głupią nadzieję, że popada solidnie, że będzie czym oddychać, że odżyję.
Ale nie.
Siedzę w lekkich ciuchach, po kąpieli, nogi mnie bolą jak po.ebane, sączę sobie whisky z pepsi i tak sobie rozmyślam, oglądając jednocześnie serial.
Zdam więc małą relację z mojego stanu ducha.
Otóż.
Kończy mi się umowa.
Kupiłam bilety i lecę już niedługo.
Czekam na uprawomocnienie wyroku, albo potwierdzenie, że kiedyś tam wyszłam za bezmózgą amebę.Skłaniam się do tego drugiego. Dobrze, że już wróciłam.
W każdym razie rozpoczynam swoją przygodę.
Teraz tylko logistyka, pakowanie i priorytety.
Wszelkie problemy będę rozwiązywać na bieżąco.
Bo czemu nie?
A czemu bolą mnie nogi?
Bo dałam się namówić na jedne dzień w monopolu. Kierowniczka się pochorowała. Błagała o pomoc, a że jutro wolne to się zgodziłam. Dzięki temu spotkałam starych znajomych i adoratorów.
Już wtorkowy rekonesans pokazał mi, jak wielki popełniłam błąd. Tam był syf, który próbowałam trzymać w ryzach.
Teraz jest jeszcze większy syf. Syfisko. Straszne. Bałagan, bezład i bezskład.
Nie próbowałam sprzątać. Nie ze mną te numery.
Odpękałam swoje 12 godzin i zgarnęłam za to kasę.
Nigdy więcej.

wtorek, 11 czerwca 2019

[405]. Stopni. Celcjusza.

Rozpływam się.
A raczej puchnę.
Sama już nie wiem.
Od soboty zaczęło się czekanie na deszcz.
I na czekaniu się zakończyło.
Wczoraj rano otworzyłam oczy - szaro, zachmurzone, więc z nadzieją dopadłam prognozy. Tej jedynej, psia mać!, której wierzę.
Zobaczyłam jakieś 3 cm deszczu, ulewy itd.
Z radością wbiłam się w dżinsy, zabrałam kurtkę i poszłam. Już kilka kroków za furtką stwierdziłam, że coś się komuś poj...myliło.
Dzisiaj już nie dałam się nabrać.
Jutro też się nie dam.
I proszę mi nie mówić, że 38 w cieniu (gdzie zakres mojej tolerancji to 18, ostatecznie 20) jest ok.
Nikt mnie nie przekona|!
Tak naprawdę to ja od maja do końca września powinnam wpadać w stan hibernacji i przeczekiwać gdzieś, w jakiejś gawrze, ten głupi okres zwany upalnym latem.
Idę spróbować zasnąć.

sobota, 1 czerwca 2019

[404]. Error

Tak sobie pomyślałam, że się odezwę. Ostatnie dni i tygodnie stanowiły jeden wielki zamęt i musiałam to przetrzymać jakoś.
Wieści z mego życia przekazuję:
1. wygrałam sprawę. Mogę jechać, ale jeszcze pewnie będzie odwołanie, więc stracę czas. Ale już bliżej niż dalej.
2. Czytajcie regulaminy. Bo się wkopiecie jak ja. Ale że z niejednego chleba jadłam piec (czy jakoś tak), zahaczyłam o UOKIK i sprawa w toku. Może się uda odkręcić, co zamieszane.
3. Jestem rozwalona wyborami. Wyborami tak dużej ilości ludzi. Jestem Zażenowana reprezentantami w PE. Ale jak to mówią - piniondz nie śmierdzi. Aż żałuję, że nie zapisałam się do partii*.
4. Jestem zażenowana swoim osobistym wyborem te 29 lat temu. Co prawda kto się spodziewał. I w sumie nie żałuję, bo mam fajne, wkurzające dzieciaki. W każdym razie mój wybór to była totalna porażka. I mam dowody na to, że inteligencja i mądrość nijak się ma do wykształcenia musiałabym wtajemniczyć Was w niektóre sprawy, przytoczyć cytaty, pokazać zdjęcia, czego nie zrobię, bo szkoda mi czasu, energii, nerwów na grzebanie w tym, co zostawiłam daleko za sobą. Oszczędzę Was, ale wierzcie mi na słowo.
5. Wszystko płynie! Wszystko się zmienia!
I ja też. Od kilku miesięcy mam paznokcie. Skusiłam się będąc u Kudłatej na lekkie podrasowanie i...tak już zostało. Ale na więcej bym nie liczyła. To i tak dużo.



  A na koniec idę do kina, zachwycę się morderczym Keanu i wieczorem się upiję.

* mam nadzieję, że czujecie ten ociekający sarkazm.

wtorek, 14 maja 2019

[403]. Zmiana tematu

Mieliście kiedyś swój własny dzień świra?
Taki, że nie panujecie nad tym co mówicie, piszecie, nad swoim organizmem, że wszystko żyje własnym życiem.
Tylko nie wy.
Ja miałam dzisiaj. Miewam co jakiś czas, ale dzisiaj to już przeszłam samą siebie.
Zamiast Dzień dobry na początku maila napisałam Dziękuję.
Zamiast powiedzieć uszczelka powiedziałam wkrętak. Zamiast...już nawet nie pamiętam.
Zamiast śniadania najadłam się orzechów i było mi niedobrze.
Zamiast powagi, miałam głupawkę.
I gadałam do siebie. Koledze zaś powiedziałam, kiedy zapytał dlaczego mruczę pod nosem, że lubię czasem pogadać z kimś inteligentnym. W ogóle to z nim się ciągle naparzamy słownie. Niektórzy twierdzą, że się nie lubimy, a jest wręcz przeciwnie i vice versa. O, głupawka ma swój comeback.
Teraz siedzę w domu, staram się nie zwariować.
Wczoraj za to wzbudzałam sensację w komunikacji miejskiej i okolicach, bo wiozłam z pracy kontenerek do przewożenia zwierząt. Wypełniony rzeczami innymi niż kot i z widoczną folią bąbelkową, żeby się nie ruszało.
Ciekawość ludzka i wymyślanie jest inspirująca. Opcje były takie (zasłyszane):
- tam jest królik
- jest zimno to dlatego kot jest zakryty folią
- biedactwo
Osobiście chciałam powiedzieć, że nie, bo właściwie są tam zwłoki zwierza, padł z nudów, ale nawet ja nie byłam gotowa na taki czarny humor.
A, i jeszcze odebrałam dzisiaj paczkę. Załamałam się. Napisałam skargę paszkwila do dostawcy. Bo każda puszka wyglądała mniej więcej tak:


No szlag mnie jaśnisty trafił prawie. Zero zabezpieczenia w środku.
I tym jedzeniowym akcentem kończę na dzisiaj, bo czekają Wikingowie i moje sierściuchy domagają się organoleptycznego sprawdzenia zawartości paczki.

poniedziałek, 13 maja 2019

[402]. No mercy

Nie jestem miła. Ani sympatyczna. Nie jestem w stanie.
Nie mieszam też wiary z instytucją. Dla jasności. Bo to, co się dzieje w KK, to z wiarą nie ma nic wspólnego.
Oburzy się ktoś zaraz, że przecież to tylko ułamek, że każdy zna księdza, co to biedny i dobry.
W dupie to mam.
Powiecie, że nie można wszystkich do jednego wora.
Otóż można. A nawet trzeba. Do wora sprawiedliwości.
Czy kiedy widzisz, że kradną i możesz coś z tym zrobić, albo biją kogoś, a masz dużo siły, żeby pomóc, albo wiesz, kto zrobił coś złego i milczysz, to czyż nie jesteś współwinny?
Dlatego będę twierdzić, że KK jest winny. Wszyscy, którzy wiedzieli. Tuszowali. Przenosili. Zamykali usta innym. Czym? Nie wiem. Sądem bożym? Rozgrzeszeniem? Kasą? Udziałem w procederze?
Nie mam litości.
Nie umiem w sobie jej znaleźć.
Nie potrafię i nie chcę przebaczyć.
W dupie to mam.
Podniosły się głosy, że inne grupy zawodowe. Tak. Ale tamci pojedynczy ludzie (w sensie, że nie stoi za nimi mafijna korporacja), o ile udowodni im się winę, postawi w stan oskarżenia, bo ktoś zgłosi co robią - są sądzeni. Siedzą. Kiblują. Otrzymują karę. czy adekwatną - nie wiem. Ale są napiętnowani i odsunięci na margines. Najczęściej.
Nikt ich nie głaszcze, nie ukrywa, nie przenosi.
Ten film, o którym wszyscy wiemy, pokazuje nie tylko cierpienie ofiar. To jest uderzające i nie uspokaja. Bo nie ma tego robić.
Pokazuje mechanizm zrzucania winy na ofiary. Umniejszanie ich odczuć i cierpienia. I to jest bardzo złe.
Ale najgorsze jest to, że z minuty na minutę wyrasta monstrum, które rośnie i pożera wszystko, w co wierzysz. Pokazuje, że nie masz szans. Zostajesz sam. Cokolwiek powiesz, zrobisz, wykrzyczysz, nikt w to nie uwierzy.
Podpalają stos na którym siedzisz ze zdziwieniem, bo przecież to dobry człowiek był, bo przecież ksiądz. a ten stos podpala matka, ojciec, babka, społeczeństwo, które nie wierzy. Nie wierzy tobie. Wierzy natomiast, że ksiądz to bóg.
I ta pieprzona mafia wykorzystuje ludzi fizycznie, psychicznie seksualnie i finansowo.
I dopóki kościół będzie powiązany z państwem, nic się nie zmieni. Żaden Sekielski, Żaden Smarzowski, nikt nic nie zrobi nie zdziała.
Ludzie, obudźcie się. Nim będzie za późno.



środa, 1 maja 2019

[401]. Jak to szło?

Coś tam o chowaniu.
i Rzeczachpospolitych.
Życie pochłania mnie w całości. Próbuję zakląć rzeczywistość, żeby było jako-tako, ale są momenty, że ręce opadają.
Na przykład, kiedy nauczyciele strajkują.
Nie będę pisać o tym, co wiedzą wszyscy, że trzeba, że ważne, że wspieram.
Za to na język cisną mi się słowa, których dama używa tylko w ekstremalnych wypadkach.
Na przykład, kiedy rodzice pieprzą trzy po trzy o opiece nad dziećmi, bo strajk.
A co zrobili z nami rodzice, kiedy ogłoszono stan wojenny? Przecież przez kilka miesięcy nie chodziliśmy do szkoły.
Matury? W 1993 były przesunięte i jakoś nie stała się nikomu krzywda.
Jak słyszę głosy, że nauczyciele to darmozjady, to mi się coś robi takiego w środku, że nie chcecie, żeby to wyszło na wierzch. Sama też nie chcę.
Owszem, jest sporo nauczycieli z przypadku. Owszem, niektórzy się nie starają. Tak, niektórych osobiście wywiozłabym na taczkach. A niektórych publicznie nazwała po imieniu. Ale jest sporo takich, którzy robią co mogą, żeby nasze dzieciaki COŚ sobą reprezentowały, umiały, wiedziały i wyszły na ludzi.
Obserwuję ukradkiem, bo ze względu na swoje zdrowie psychiczne wolę nie, tę cholerną sytuację w naszym kraju i dochodzę do wniosku, że spełnia się najgorszy sen, jakiego nie śnił już nikt po 89 roku. Taki, który mrozi krew w żyłach. Taki, który powoduje, że budzisz się z krzykiem. Ale, niestety, nie budzisz się. Tkwisz w tym po czubek nosa.
Patrząc na to wszystko z przerażeniem, widzę, jak szybko cofa się zegar historii. Jak wraca to, z czego uciekaliśmy. Jak lekką ręką oddajemy wolność, którą tak ciężko odzyskaliśmy.
Mam wrażenie, że ktoś zrobił pstryk! i wyłączył ludziom funkcję w mózgach, odpowiedzialną za myślenie, logikę, kojarzenie faktów, pamięć o tym co było.
I jak widzę nagranie z tramwaju, kiedy tłusta świnia leje po twarzy staruszka, bo ten powiedział mu coś, czego nikt nie słyszał i ŻADEN pasażer nie wstanie i nie zmierzy się z chamem, to przewraca mi się wszystko w środku, mam ochotę wyjść z siebie, dorwać gnoja i w imię kodeksu Hammurabiego natrzaskać po tym napuchniętym zawiszowskim ryju. Tak, wiem, że przemoc rodzi przemoc i nic to nie da. Ale gdzie są LUDZIE?? Gdzie ktoś, oprócz pani, która coś tam powiedziała, kto stanie w obronie, da odpór, zatrzyma? I niech mi ktoś powie, że edukacja jest niepotrzebna. Jeśli boimy się reagować, to jutro przyjdą po nas.
Już nas częściowo pożarli. Pozwalają na takie coś. Na faszystów, oenery, międlary, race w Częstochowie. Im więcej nienawiści i głupoty, tym lepiej. Łatwosterowalne stado baranów pójdzie tam, gdzie chce ten, który trzyma wszystkie sznurki.
Nie unoś się Nat, nie unoś, bo to źle robi na wszystko....




niedziela, 7 kwietnia 2019

[400]. Żałuję

Że wróciłam.
Serio.
Dwa tygodnie w innym świecie.
Co prawda z niemałą dawką nerwów. Za to z nadzieją, że to już niedługo.

Te cztery linijki napisałam już jakiś czas temu. Nie miałam jednak pomysłu jak opisać całą resztę.
A do całej reszty dopisywały się kolejne sprawy i rzeczy. I zbierało się emocji i nerwów, stresów i nadziei.
Aż w końcu postanowiłam: napiszę.
Ładne miasteczko. Lubię angielską zabudowę. Podziwiam ruch lewostronny, nie wiem czy odważę się kiedyś siąść za kierownicą. Lubię tamtejszą zmienną pogodę. Codziennie miałam wiatr i deszcz (szczególnie jak pomyślałam, patrząc przez okno na słoneczną pogodę, że idę na spacer), a zdarzył się też grad i śnieg.
Jednak najciekawsze spotkało mnie któregoś dnia, kiedy zwiedzałam miasto jedną z linii autobusowych (już mnie kojarzyli niektórzy kierowcy :)), kiedy pojechałam do jednej z dzielnic. Odwróciłam w pewnym momencie głowę i ujrzałam skrzyżowanie i domy z mojego snu sprzed wielu lat, mniej więcej 18. Dokładnie tak wyglądało to w moim śnie, jak widok zza okna. Nie mogłam dojść do siebie przez dobrych kilkanaście minut.
Gdyby ktoś pytał, wiem już co zażyć na rozstrój jelit. Gdzie kupię moje ulubione czekoladki orange, a także polskie dżemy, mąkę i bułkę tartą. 
I chciałabym napisać o pełnym sukcesie, że już się pakuję, że załatwiam i wyjeżdżam, ale nie mogę.
Bo kolejny raz potwierdziło się moje przeczucie i prawie stuprocentowa pewność, że mam do czynienia z totalnym, mściwym, złym, pustym zerem, zwanym kiedyś moim mężem i ojcem moich dzieci. Ale wierzę, że karma wraca. Wiem, że wraca. I wróci.
Dlatego też odwleka się mój wyjazd. Niestety.
I tu kończy się mój pomysł na to co dalej napisać.
Muszę jeszcze jednak ochłonąć.


środa, 27 lutego 2019

[399]. W pracy na imieninach.

Dwa dni w domu, bynajmniej nie przeleżane brzuchem do góry. Między aspiryną, a piekarnikiem, między sufitem a termometrem.
Wróciłam do pracy.
Wszyscy pytali jak Młody, czy wszystko ok, bo może jeszcze nie powinnam wracać.
W pewnym momencie zamieszanie się zrobiło, ja z głową w papierach, a tu podchodzi Szef i mówi:
- Ty sobie nie myśl, że się jakimiś chorymi dziećmi będziesz zasłaniać, my nie odpuścimy.
.
.
.
I wszyscy, łącznie z drugim szefem w słuchawce odśpiewali mi gromkie sto lat, wręczyli bukiet tulipanów i butelkę wina, wyściskali i życzyli tyle fajności, że musi się udać. Każdy też dostał od Szefów po pysznej babeczce.
Chciałabym zobaczyć swoją minę, kiedy to się zaczęło, bo oni się śmiali ze mnie i sami byli zaskoczeni, że dałam się tak zaskoczyć.
Powiem Wam, że mam skarb.
Późniejsza rozmowa z szefem to wisienka na torcie, ale to już moja tajemnica.
W każdym razie wątkiem przewodnim jest:
- nie zostawiaj nas
- nie chcemy, żebyś odchodziła
Ale dzisiaj doszło do tego:
- jeśli coś pójdzie nie tak i wrócisz, to pamiętaj, że tu masz swoje miejsce zawsze i my cię chcemy jakby co.

Nie wierzę w to wszystko, a to się dzieje.

wtorek, 26 lutego 2019

[398]. Wieści z pola boju

Katastrofa.
Takie piękne słowo.
W sumie, po kilku dniach nerwów, domysłów, pomysłów, wycen, prucia sufitu, kąpieli u sąsiadki, prawie nastał pokój. Spokój. Ład i porządek.
Prawie.
Piekarnik, wyczyszczony przeze mnie na glanc, dostał nowe serce. Grzeje jak marzenie. Jutro zapiekanka.
Piec od wody jutro dostanie swój przeszczep. Mam nadzieję na długa gorącą kąpiel przy świecach z pianą i szampanem.
Żartowałam.
Wystarczy mi ciepły prysznic.
A kaloryfery, cóż. Też za kilka dni przestaną zalewać sąsiadkę.
Najlepsze jest to, że padły zawory. Bo w sumie nie powinnam zakręcać i odkręcać grzania.
Bo takie dziadostwo było, że w końcu padło.
Nie powiem Wam słowa o jakości remontów wykonywanych kuzynem, wujkiem, mężem kuzynki siostry wujka Zdzicha. O tym, że pic na wodę fotomontaż. O tym, że każdy może być budowlańcem.
Na ten przykład pan z ogłoszenia, który wyznał, że takie tam remonciki to jego artystyczne hobby.
Albo o tych, co kładli sufit. Że zapomnieli o porządnym wypełnieniu watą, a tam gdzie było za cienko poupychali kawałki styropianu, albo nie położyli folii izolacyjnej. Takie tam szczegóły.
Teraz, po tych kilku latach wychodzi wszystko, jak trup z ziemi. strach dotknąć się czegokolwiek.
No ale najlepsze jest to, że padł mi Młody.
Tak padł, że dwa dni spędziłam z nim w domu, praktycznie przy nim siedząc i sprawdzając czy oddycha i jaką ma gorączkę. Pierwszy raz był w takim stanie.
Ale już zaczyna kozaczyć, więc jutro wracam do pracy.
Znaczy: wszystko przemija. Katastrofy z wielkich stają się malutkie. Mega problemy robią się tycie.
A cała reszta jakoś daje radę.
I najlepsze w tym wszystkim jest to, że masz gdzieś obok świetnych ludzi. Sąsiadkę, która udostępni swoją łazienkę.
I szefa, który wiezie Cię przez miasto do domu, bo uważa, że nie możesz czekać na autobus, bo on stwierdził, że to za długo 20 minut. I pyta czy masz na taksówkę, którą jedziesz potem do lekarza.
Chyba nie jestem aż tak złym człowiekiem, skoro świat się do mnie tak uśmiecha.


czwartek, 21 lutego 2019

[397]. Seria niefortunna.

Od samego rana się zaczęło.
A właściwie nawet nie. To już kilka dni temu.
Przestał grzać bojler. Ten, przez który czułam się jak Koncertowa Idiotka. Tak tak. Ten sam, dziad jeden.
Odmówił grzania wody. Koniec. Szlus. Zimny wychów. Studnia. I takie tam.
Moje podejrzenia padły na: a) zakamieniałe rurki (wymienniki ciepła), b) zapchane dysze, c) spitolony czujnik. A może wszystko na raz. Okaże się to jednak dopiero w sobotę, bo fachowiec przyjedzie.
Ale to jeszcze nic.
Młody mi się rozleniwił. Bo szczepienia, bo katar, bo kontrola u chirurga. I tak raz w szkole był, raz nie. I dzisiaj nagle mi pisze: zaczytałem się i nie poszedłem. Ożesz ty dziadu jeden, furia we mnie wstąpiła. Nie mogłam się drzeć do słuchawki w pracy, więc pisałam soczyście, ale ostrzegłam koleżanki, że jak będą wiadomości z ostatniej chwili, to będę ja i mogę nie przyjść jutro do roboty.
Poszedł do szkoły.
Ale to jeszcze nic.
Chwilę później dostaję smsa: czy u Ciebie coś się rozlało w salonie? Mam mokry sufit.
No jasna cholera!
Widzę oczami wewnętrznymi zalaną łazienkę, kuchnię, bo tam mi się zapycha i może coś lecieć, Młody nie zakręcił, zepsuł. Ale w salonie??
Sprawdzone. U mnie sucho.
Ale przypomniało mi się, że rury od kaloryferów idą pod panelami. Znaczy tak mi się wydawało.
Wizja wynoszonych gratów z pokoju, rozbieranej podłogi i wymiana rur, bądź ich uszczelnianie przyprawiła mnie o ból wszystkiego.
Jechałam do domu zrezygnowana, bo wszystko zrobiło konkursowe jeb w jednym momencie prawie.
Ale okazało się, że moje rury od moich kalafiorów idą pod sufitem sąsiadów. Czyli pod regipsem i uszczelnieniem i wygłuszeniem.
Wiecie co?
Ja chcę stąd uciec. Już dość. Już nie chcę.
Boję się.
A o piekarniku wspominałam? Że przypala papier do pieczenia po 10 minutach? Nie? to pewnie przez moją sklerozę.
A o sterowniku do pieca? Że pewnej pięknej niedzieli odmówił współpracy z całym światem i strzelił focha na czarno? Dobrze, że w zanadrzu był stary, świrnięty, ale działający. Bo byśmy pomarzli. Mielibyśmy takie kilka dni z życia jaskiniowców. Można by było porzucać w dinozaury. Ekogroszkiem.
Tak więc nie zadaję odwiecznego pytania, które następuje w nagromadzeniu takich niefortunnych przeciwności.
Bo wiem, że świat odpowie:
A masz!

wtorek, 19 lutego 2019

[396]. O matko! Jak ten czas leci!

Dopiero co był styczeń.
Już połowa lutego. Bliżej niż dalej. Bardzo bliżej nawet.
Niedługo sprawa. Niedługo podróże, małe i duże.
Niedługo.
Na razie skończyły się moje trwające dwa miesiące ferie. Przechorowałam jeden weekend i kilka dni tygodnia.
Ciągle nie mogę wyjść z podziwu, że istnieją tacy ludzie jak moi szefowie. Jak moi Szefowie.
Dlatego postanowiłam, że rozstanie będzie zapamiętane.
Co prawda ciągle namawiają mnie na pozostanie i że bardzo by chcieli, żebym została, ale życzą mi powodzenia i spełnienia marzeń. Naprawdę.
A ja..
Walczę z tarczycą, lenistwem, wagą, samopoczuciem, nerwami.
Układam sobie powoli plany, robię porządki i cierpliwie czekam.


środa, 16 stycznia 2019

[395]. To już

Mało co wyprowadza mnie z równowagi.
Czasem jakiś drobiazg, czasem coś większego, ale pokotłuje się i znika.
Czasem mam focha przez kilka dni i ledwo ze sobą wytrzymuję.
Ale od niedzieli coś się zmieniło.
Nie poznaję siebie.
Jestem tak bardzo wkurwiona, że przechodzi to ludzkie pojęcie.
Sama jestem tym zdziwiona.
Czepiam się ludzi, drobiazgów, zajebanych przez sąsiadów worków na segregowane śmieci. Wkurwia mnie wspomnienie jebanych hukowych petard z sylwestra, które ten jebany sąsiad od zajebanych worków rozpierdalał pod moim oknem, a moje dwa koty z trzech nie wiedziały gdzie uciekać. Trzeci miał wyjebane.
Wkurwia mnie to co czytam.
Wkurwiają mnie moje przypuszczenia.
Wkurwia mnie niemoc i moc.
Wkurwia mnie wszystko co się wylewa zewsząd. Z wiadomości, mediów, ludzkich głów i spod mojej wanny.
Wkurwia mnie to, że nie liczy się nic, co dobre.
Jestem zła do szpiku kości na to wszystko.
Ryczałam.
Ze strachu, niemocy, bólu.
Od kilku dni klnę jak szewc. Nawet w snach.
Nie mogę pojąć.
Nie obejmuję rozumem tej abstrakcji, która się dzieje.
Ja, dla której liczą się fakty i twarde dowody. Widzę co się dzieje i nie rozumiem.

To znaczy rozumiem.
Nic się nie zmieniło.
Szambo wybija, jak wybijało.
Ostentacja i chamska bezkarność.
Ale wierzę, że to się skończy.
Ta cała pierdolona beznadziejna sytuacja.



 

wtorek, 1 stycznia 2019

[394]. Na ten Nowy Rok

Koniec roku to taki moment przejścia.
Niby nic się nie zmienia, ale jednak. Dla mnie to taka winda do kolejnego stycznia i powolne opadanie w kolejnym roku, aż do kolejnego grudnia. Taki slalom od miesiąca do miesiąca.
Nie wiem, czy chce mi się rozmyślać o tym co było, bo przecież niczego nie zmienię. Ale czasem taka analiza przydaje się przy weryfikacji planów.
I tak:
rok temu straciłam pracę, którą lubiłam. Dopadł mnie stres, który zjadł trochę mojego zdrowia i przez kilka miesięcy uwalniałam się od niego.
Pracowałam w kilku miejscach, czasem po 18 godzin. na dobę. Zajechałam się psychicznie i fizycznie.
Ale. 
To był fantastyczny koncertowy rok. Mimo, że nie wszędzie mogłam być, to i tak zobaczyłam i posłuchałam na żywo dużą część moich faworytów. Ciągle mi mało.
Podjęłam najważniejszą decyzję w swoim życiu i zaczęłam je przemeblowywać konsekwentnie. Paszport już jest do odebrania. Na najważniejsze muszę poczekać. I poczekam cierpliwie.
Dzisiaj tradycyjnie słucham Trójki i wspominam. delektuję się setką fajnych utworów, które poruszają coś w środku, bo przypominają mi kawałki mojego życia.
Przy większości ryczę jak bóbr, bo muzyka gra we mnie od zawsze, a kiedy puszczam ją tak głośno jak dzisiaj, to czuję ją wszędzie. Przy niektórych dostaję takiego przypływu energii, że chce mi się skakać. Za to kocham muzykę i nie mogę bez niej żyć.
Plany na ten rok?
Są jakieś. Więcej tego, mniej tamtego, szczypta niepewności, garść doświadczenia, odrobina starego, mnóstwo nowego.
Nie robię postanowień. Wiem czego chcę, a ścieżki ułożą się same.
Wiem, że będzie dobrze.
I tego samego życzę Wam wszystkim.




środa, 26 grudnia 2018

[393]. Szczęście

Są takie momenty w życiu, że opadają ręce.
Mi opadły pewnej mroźnej, grudniowej środy, kiedy odebrałam receptę, a wraz z nią usłyszałam, że:
- nie wiem jak pani to zdobędzie, bo jest ogromny problem z tym.
Zdziwiłam się, ale jeszcze nie przeraziłam.
Sęk w tym, że nie można sobie zamienić na coś innego, bo to szczepionka. Do odczulania.
Rozpoczął się wyścig z czasem, bo muszę mieć ją na początek stycznia, a po drodze święta.
Jeszcze na spokojnie zadzwoniłam do mojej ulubionej apteki, gdzie dowiedziałam się, że:
- Nie nie nie. Nie ma szans. Przychodzi 10, a realizowane są dopiero recepty z września.
Hm. Pomyślałam w swej niewiedzy, że zobaczę w necie. Jest! Jedna sztuka! Popędziłam zadowolona z siebie do apteki, a tam wkurzony pan magister:
- Nie wiem skąd te wiadomości mają na tym portalu, ale nie mamy tej szczepionki od września, nie wiadomo kiedy będziemy mieć.
O innych sugestiach, dlaczego jest taki problem, nie wspomnę nawet.
No to telefon do mamy, bo przecież w tym małym, fajnym miasteczku może jedna gdzieś jest.
Nie ma. Ściana. Nawet zamówić nie można.
W akcie rozpaczy napisałam na swojej wirtualnej ścianie, że szukam.
I wiecie co?
Mam szczepionkę. A nawet dwie. Bo tyle było na recepcie.
Ruszyła taka lawina pomocy, że do teraz nie wierzę, że to się zadziało.
Zaangażowało się tyle osób, części nie znam zupełnie.
Szczepionka przyjechała do mnie z innego miejsca w kraju, przebyła drogę w pięciu częściach, a brało w tym udział siedem osób, sześć lodówek, plus turystyczna.
Druga szczepionka przyjechała z bliższego miejsca, ale to też była kombinacja alpejska, bo tu znam tylko ostatnią osobę, a reszty nie. Do niedawna nie wiedziałam nawet, że taka miejscowość istnieje, o aptece w tej pipidówce nie wspomnę.
Do dzisiaj nie wierzę, że się udało.
Szczególnie, najmocniej, najbardziej, najserdeczniej, naj naj naj dziękuję Dreamu.
Kocham Cię tak, że aż!!!!!!!

piątek, 7 grudnia 2018

[392]. Reorganizacja

Nie wiem jaki procent naszego społeczeństwa nie myśli. Nie ma refleksji nad życiem, swoimi czynami, nad egzystencją.
Wielu, mam nadzieję, że nie większość, widzi tylko czubek swojego nosa, i nie jest to spowodowane dioptriami. Nigdy nie wiem czy plus, czy minus odnosi się do krótkowzroczności. Za cholerę nie mogę zapamiętać jakie noszę okulary. Kiedyś może się uda.
Znam za to osobiście takiego kogoś, choć chciałoby się napisać nikogo. Kogoś, kogo dwunastolatek powala na argumenty. Daje mu znać sarkazmem i ironią, że nie wie o czym mówi.
Niestety, ten ktoś był moim mężem...
I teraz ten ktoś-nikt sprawił, że złożyłam wniosek do sądu rodzinnego o zgodę na przeniesienie w inny wymiar. Ekonomiczny, kulturowy, językowy, klimatyczny.
Czeka mnie kilkumiesięczna wegetacja. Znów nie jest dobrze, ale jest lepiej. Teraz muszę się przeorganizować, przeanalizować, pokombinować.
Będzie dobrze.
A na razie:
Let the power be with me!