sobota, 12 września 2026

[550]. Burza w mózgu.

Takie mnie nachodzą czasem rozkminy. Życiowe, egzystencjalne, obyczajowe, rzemieślnicze. Od kiedy prokrastynacja bierze górę, od wtedy trudniej mi się zawziąć i zrobić. Więc se siedzę i se rozmyślam.
I tak na przykład dochodzę do wniosku, że nic nie muszę. Wiem, mało odkrywcze, czy tam rewolucyjne, bo trąbię o tym już od długiego czasu. Jednak teraz zorientowałam się, że to nie jest żadna deklaracja, obwieszczenie, że od teraz to ja nic nie muszę. Od pierwszego pomyślunku o tym i wypowiedzenia na głos to już lata świetlne minęły, a dopiero teraz zrozumiałam. Że nie muszę wielu rzeczy. Nie muszę niczego nikomu udowadniać. Nie muszę szukać żadnych wartości w sobie. Bo przecież jestem, to już jest wartość. Mniejsza o większość, że tylko dla mnie, ale to wystarczające jest. Nie muszę czytać literatury z najwyższej półki. Przecież na niej mogą stać ukochane kryminały, kiepskie romansidła, obyczajówki i Chmielewska. Śmieszne, intrygujące, ale nie żadne ąę. Albo Dukaj. Którego łapię na granicy percepcji. Wchodzę w ten świat cała i czuję go prawie namacalnie. Towarzyszę słowom, które składają się na obrazy. I chłonę. Nie zastanawiam się nad ich sensem. One są tak po prostu. Płyną, jak najlepiej napisany kod i przywołują do życia świat, którego nie ma. 
Nie było mi po drodze z poezją. Ale myślę, że to jak z jazzem - potrzeba czasu, żeby zrozumieć przekaz. I od kiedy zaczytuję się w Małgosi wersach, to trafia do mnie najwspanialsze słowo, emocja, kolor, który za tym stoi. Najlepsze jest utożsamianie się z tym. Czytam jakby swoje myśli, tylko ktoś je poukładał, posortował i nadał im kształtu. Podskórnie czuję, że wiem, ale to takie niewypowiedziane. Na granicy jak u Dukaja. Czuję.
Niewypowiedziane dopada mnie często. W takich chwilach marzy mi się, żeby osoba, która jest adresatem miała zdolność czytania w myślach. Moich. Czułaby wtedy emocje, kształt i wagę, bez słów. Żeby to lepiej zobrazować - kiedy składam życzenia, to w banalnym wszystkiego najlepszego zawiera się cały, niebanalny ładunek pozytywnej energii, którą chciałabym dać w tych słowach. Kiedy to mówię, lub piszę, to czuję się jak.. truskawka, z której wraz z zielonym kołnierzykiem wyciągnięto ten taki biały rdzeń. Czuję tę pustkę po nim, jednocześnie ogromną radość, że mogłam oddać to swoje uczucie. I ta radość wypełnia mój środek. 
Rzemieślnicze rozkminy są ciut trudniejsze. Bo żeby myśl stała się rzeczą, trzeba rozłożyć cały majdan. A to jest trudne w moim przypadku. Chcę. Ale nie mogę. W tej chwili pokonuję dżunglę, wycinając przeciwności. Narasta w mojej głowie wkurw. Na bałagan. Na niemoc. Na wymówki. Na wszelkie przeszkadzajki. 
Bo nie muszę wspominać o tym, że jestem rozkojarzona i nie mogę się skupić na jednym? W połowie odcinka wpadam na pomysł, żeby sprawdzić jakąś informację w necie. Przypominam sobie o tym co miałam sprawdzić dwie godziny później. I jak już tam prawie jestem, to mam myśl, żeby napisać post.  I tak piszę i kasuję i widzę właśnie, że nie napisałam o tym, o czym chciałam. 
To teraz.
Obserwuję sobie na kanałach o dramach azjatyckich komentarze. Szczególnie tam, gdzie ktoś zahacza o serię, bądź film, który u mnie wywołał Niagarę łez, emocji i egzystencjalnego bólu. I wcale nie musi to być ciężka tematyka, bo w wesołej, prześmiewczej formie też można dać do myślenia, ale mam wrażenie, że to myślenie przypada na jakiś promil społeczności. 
Chodzi mi o to, że wyciągam jakiś podświadomy, emocjonalny przekaz, morał, naukę z banalnych by się wydawało rzeczy. I mam tak i w książkach, i na ekranie, i w tekstach piosenek, w obrazie, grafice, pięknym widoku. Wiem, że nie każdy ma taką wrażliwość. 
A ja przeżywam do szpiku kości emocje wraz z bohaterami.
Jestem nienormalna, co nie?

środa, 2 września 2026

[549]. Kaszka manna.

[Wpierniczam nocą kaszę mannę z brzoskwiniami. Ot, taki wybryk. Zachciało mi się, to poszłam i ugotowałam. Przypomniały mi się kaszki gotowane dla mojej siorki, miałam 10-11 lat. Uwielbiałam wyżerać kluchy, które robiły się z kaszy, kiedy nie mieszałam wystarczająco. Nie muszę mówić, że specjalnie nie mieszałam, prawda? Rondelek był niebieski, nakrapiany biało. 
Ale nie chciałam o nocnych przekąskach.] To było kilka dni temu. 

No dobra.
Droga redakcjo.
Mam 15 lat. Ostatnio zauważyłem, że mój penis we wzwodzie..
Stop! Nie czytaj tego!

Tośka jest tylko jedna.
Żulewska jest świetną aktorką i mogłaby być Judytą, ale nie Tośką.
Inba zatacza coraz większe kręgi.
Jestem team Jabłczyńska. 
Straciłam resztki szacunku do Grocholi, a Szelągowska wczoraj przeszła samą siebie w passive aggressive. 
Obserwuję sobie zboczku to wybijające szambo, słucham podcastów, oglądam rolki i mi, jako mi, jest zwyczajnie smutno. 

Świat rzeczywiście skręca ku upadkowi. Może już nawet upada. 
Wszelkie sensacje obnażają jakim gatunkiem fauny jesteśmy. Bez względu na nację, miejsce na ziemi i stopień wykształcenia. Azjatyckie wykluczanie i degradowanie gwiazd osiąga szczytowe miejsca w rankingu. Obserwowałam aferę z moim ulubionym, jednym z wielu, aktorem, Kim Soo Hyun'em. Od początku czułam, że to grubymi nićmi szyta akcja. Bo nagle, po samobójstwie aktorki z jego agencji aktorskiej, wywleczono jakieś wyssane z palca historie między innymi o seksie z nieletnią, o tym, że to on doprowadził do jej śmierci. Zlinczowano go na oczach całego świata, firmy pozrywały kontrakty, zaczęły się sprawy o odszkodowania itp. Miesiąc po wybuchu afery zwołał konferencję, na której powiedział, że odpowie za to co faktycznie zrobił, ale nie będzie odpowiadał za to czego nie zrobił. Logiczne. To pierwszy celebryta, który postawił się światu. Udowodnił, że jest niewinny. Zajęło mu to trochę czasu, ponad rok, ale wrócił z tarczą. Wygrywa kolejne procesy o odszkodowania. Największy oszczerca, który to wszystko wywołał siedzi w więzieniu. 
Widziałam też ogromną falę wsparcia z całego świata. Sama podpisywałam petycję do Disneya w sprawie wstrzymanego serialu. Przez cały ten czas, od pierwszego dnia, we wszelkich miejscach widać było ogromne wsparcie fanów.
Miałam w tym udział.
W sprawie Tośki nie włączam się w ten nurt. 
Ale mi zwyczajnie przykro. Nie obejrzę tej ekranizacji. 

A u mnie jesień. W końcu pada. 17 stopni. Można zacząć żyć. Koniec wegetacji. 
W końcu usunę lodówkę ze środka pokoju. Bo stoi już miesiąc i czeka na moje ogarnięcie. 
Tak, nie mylicie się. Mam. Lodówkę. Na środku. Pokoju. 




poniedziałek, 24 sierpnia 2026

[548]. Nic ciekawego.

Miałam dzisiaj ogarnąć. Dużo rzeczy i spraw. Taki był plan, ale jak to plan, wziął i się rypnął. 
Wymówka zawsze się znajdzie, ale dzisiaj po prostu jestem niekomfortowo boląca.
Ponieważ menda nie odpuszcza, a wręcz przeciwnie, to zgłosiłam problem do GP (lekarz rodzinny, podstawowy, dla wyjaśnienia tym, co nie wiedzą). 
Migusiem dostałam skierowanie na badanie. Więc poszłam dzisiaj. Pojechałam. Do szpitala. 
Najpierw USG zwykłe, potem dowcipne. Potem do innego gabinetu na wywiadzik. Potem poczekalnia, niedługo, na szczęście. No i się zaczęło. Znów wywiad. Lista leków. Naprostowanie przekręconych faktów. Że niby już jestem po menopauzie i że nie mam dzieci. Dziwne to, bo wszędzie dzieci podane, i wszędzie info, że perimenopauza, ale trudno. Zabawnie było, bo oddział women's health, mimo że cudowne baby tam są, ale irytują się kiedy mój proces myślowy trwa o 2 sekundy za długo. Więc wzięły tłumacza. Przynajmniej mi się nie nudziło. Opowieściom nie było końca w tej poczekalni, śmiechu co nie miara, aż mnie bolały policzki. Jednak to najmniej ważne. 
Przy histeroskopii obsługiwało mnie pięć kobiet. Jedna była studentką na stażu, jedna głównodowodząca lekarka, pielęgniarka od podawania utensyliów, pielęgniarka od papierologii i jeszcze jedna, która...sprawdzała moje samopoczucie, obserwowała wyraz twarzy i przekazywała informacje reszcie, znaczy tym działającym bezpośrednio. A że się ciągle uśmiechałam i syknęłam tylko ze dwa razy, to co chwilę słyszałam z dołu, że mnie przepraszają. No ja mam zawsze ubaw. 
Na wyniki biopsji trzeba poczekać. Poczekam więc. Potem HTZ. Albo mirena. I chyba wybiorę spiralę, bo jeśli mam łykać kolejne tabsy, to ja podziękuję. 

A co tam poza tym, zapytacie.
Otóż nic.
Obserwuję z daleka festiwal żenady w kraju. Staram się nie skupiać na tym, bo mi nerwy niepotrzebne. Ale święto wojska polskiego i przemowa zwierzchnika rzeczonego zapadły mi w pamięć i tego się nie odsłyszy. Plus mniejsze i większe aferki celebryckie. Same wpadają, bo nie szukam informacji.

A dzisiaj, cóż. Zostawiam choć słowo, bo z jednej strony tęsknię, chciałabym więcej interakcji z Wami, a z drugiej rozwala mnie miałkość tematów, które, jak mapy, przeterminowują się w momencie napisania.

Od kilku dni przy porannym spacerze towarzyszą nam lisy. Dzisiaj nie miałam telefonu, ale były trzy sztuki. Wczoraj natomiast był jeden, który podchodził, podchodził i.. zwiał jak zrobiłam mu kilka fotek.
Za kilka dni będą ganiać za piłką jak moja owca. 








sobota, 8 sierpnia 2026

[547]. Więc opowiem Wam o miłości.

Bezsenne noce senne dnie...
Zawsze byłam nocnym markiem. Lubiłam siedzieć w cichym domu, kiedy wszyscy spali, a ja siedziałam do nadrania, pisałam listy, czytałam coś, słuchałam muzyki. To był czas, kiedy wszystkie zmartwienia spały, kłopoty znikały w ciemności, a szczęście oświetlała lampka na biurku. Nawet teraz czuję ten klimat, chociaż nie muszę siedzieć cichutko, żeby nikogo nie obudzić. 
Korzystam więc z tej obecnej bezsenności. 

Moje sercowe perypetie są bardzo ograniczone. 
Dzisiaj już wiem z czego to wynika. Z braku pewności, że mogę się podobać, że jestem wartościowa, że zasługuję na miłość. 
Wszystko co czułam poddawałam ocenie. Umniejszając sobie na każdym kroku. Bo nie wypada walczyć o swoje szczęście. Bo inni zasługują bardziej. Bo moje uczucia, myśli potrzeby są nieważne. 
To straszne, co wychowanie w tych "wspaniałych czasach trzepaków i kluczy na szyjach" robiły z naszą, dziecięcą, nastoletnią, budzącą się miłością. Nikt nas jej nie nauczył. Tak samo z poczuciem własnej wartości. Nikt mi nie powie, że to były piękne czasy. Nie były. Ale to akurat temat na inną opowieść. Zostaliśmy wypaczeni, na dzieńdobry.
Aż chciałoby się krzyczeć z żalu i wściekłości. 
Mi się chce. Zabrano mi najcudowniejsze lata młodości. Nie nauczono stawiać siebie na pierwszym miejscu. Nie umiałam być z siebie dumna. Musiałam radzić sobie sama z całym swoim życiem. Tak, jestem samodzielna, mam wiedzę, jakiej wielu nie ma, mam siłę, by ciągle iść do przodu.
Ale czasem sama siła nie wystarczy. Szczególnie jak obrazek w układance życia nie jest piękny. Kiedy nagle pokazuje gdzie są braki. Których nijak nie można zakopać, ani ukryć.
To z czym najbardziej się ostatnio mierzę, to akceptacja mojego AuDHD, poukładanie, poskładanie, magazynowanie i archiwizacja uczuć, emocji i wiedzy.
Im więcej wiem na ten temat, tym łatwiej zrozumieć siebie samą.
Im lepsze zrozumienie, tym łatwiejsze wyrażanie siebie.
Szkoda, że dopiero teraz mam na tyle jasną sytuację ze sobą samą. Strata czasu jest bolesna, ale to coś, czego nie da się już zmienić. Można za to żyć dalej bardziej świadomie. 
I tak oto...
Przyszedł moment, w którym jestem gotowa na związek. Ta gotowość polega na tym, że przestałam analizować i ustawiać poprzeczki porównawcze. Nie szukam, żeby było jasne. Ale wiem, że gdyby teraz mnie trafiło, to idę jak dzik w żołędzie.
Uwielbiam uczucie zakochania. Nawet takie tylko do aktorów. 

Ale to konkretne uczucie, które wykiełkowało ostatnio jest takie świeże, nowe, podszyte solidnym poczuciem siebie i wiedzą o tym, czego chcę i nie chcę. Daje mi taki luz i jasność, jest osadzone jak idealny element układanki, pasujący z każdej strony. Wiem czego się już nie wstydzę i co mogę powiedzieć. I co chciałabym powiedzieć. Zrozumiałam tak wiele, znów zaczęłam czuć motyle w brzuchu i płuca pełne powietrza.
Tylko..
Wdzierają się myśli o tym, że sobie za dużo wyobrażam, że to tylko jednostronne może i że nic z tego nie będzie. Że jestem stara, że się nie nadaję, że to i tamto. 
Zabijam te myśli w zarodku, nie pozwalam się rozgościć w głowie. A przynajmniej staram się.
Czy coś z tego wyjdzie? Nie wiem. Ale daję sobie pełne prawo do przeżycia tej przygody.

sobota, 1 sierpnia 2026

[546]. Miłość.

No i stało się. Wygrała Hiszpania i chałwa im za to. Obstawiałam Argentynę, ale tak szczerze kibicowałam Hiszpanom. W końcu od mundialu w Hiszpanii moja przygoda z nogą się zaczęła. 
Daaaawno nie jarałam się tak meczami, jak teraz. Nawet te z 2012, słyszane przez okno ze stadionu nie robiły mi tak dobrze na serduszku. Cudownie.

A teraz o kochaniu. Temat zerżnięty od Fräulein B. O tu. Za pozwoleństwem.

No więc tak. 
Jestem strasznie kochliwa. Moje serce pomieści wszystko. I wszystkich.
Zacznijmy od ludzi.
Kocham piękne dusze. Mądre głowy. Ładne głosy. Dobre serca. 
Wizerunkowo też, ale wizerunek to nie wszystko. 
Tak, przyznaję, zakochuję się w aktorach i aktorkach, a raczej rolach, które grają. 
Teraz mam totalną zajawkę na Azjatów - tki. Nie poradzę. 
Kiedyś był Pan Gitarra, czyli Banderas. Potem Horatio Caine z Miami. No tak brzydki, że aż piękny. W polskiej wersji Eryk Lubos. Ten sam typ. Nie wspomnę o tym, że moja prawdziwa pierwsza miłość nieplatoniczna to taki właśnie brzydal. Daleko od Azjatów i pięknych Latynosów. Bo pierwsza platoniczna to właśnie typ ciemnooki, długorzęsy, czarnowłosy. Piękny. Ale nie miałam odwagi.
Muzyków też kocham. Perkusistów, gitarzystów, wokalistów. 
A co za tym idzie kocham muzykę. Nie mogę sobie wyobrazić, że można przestać słuchać nutek, nieważne jakich. Mój mózg nie ogarnia, bo potrzebuje muzyki do życia. Muzyka łączy mi zmysły, skojarzenia, poprawia pamięć i daje niesamowitą dawkę energii.
Sportowców. W tym roku wygrywa Haaland, ale w 86 to był Ruud Gullit. O matko. 40 lat temu!

Kocham robić rzeczy. Rękodzieło wszelakie. Mam co chwilę zajawkę na nowe techniki, rodzaje, zdobywam wiedzę dogłębnie i czasami porzucam. Mam cały pokój rzeczy, materiałów, wszystko czeka, aż zasiądę przy stole i zacznę używać. I coraz bliżej ten moment. 

Książki. Kocham całą sobą. Czytanie, zanurzanie się w te inne światy. Tylko ostatnio moje rozproszenie sięga zenitu, więc skupienie się na czymś dłużej to wyczyn.

Jak kocham, to całą sobą, jak nienawidzę, to do szpiku kości. 
Kocham bardzo, łatwo mnie zranić, ale też wcale nie. Ot, taki paradoks.
Jestem naiwna, ufna i niczego się nie nauczyłam. A jednak. 
Ale o tym w następnym poście.







sobota, 18 lipca 2026

[545]. Made in China.

Chińszczyzna kojarzy się z tandetą. Zupełnie nie wiem dlaczego. Pewnie, jest mnóstwo kiepskich rzeczy z Chin. Ale też są i dobre. 
W pamięci mam moje pióra. Atrament. Kredki świecowe ze słoniem. Piórnik z lusterkiem i pięknym obrazkiem. Temperówka ceramiczna w kształcie jajka, ręcznie malowana. Plastelina. Sukienki chińskie. Swojej dorobiłam się już na granicy ubieralności, bo zwykle takie sukienki miały małe dziewczynki. Ja byłam już w szkole. Założyłam raz i matka zabrała ją, bo byłam za duża. Komuś opchnęła. 
I wiele innych fajnych rzeczy. Mam sentyment. Dzisiaj Chiny wygrywają ekonomią. Nie ma chyba dziedziny, w której nie maczają palców. 
Dzisiaj jednak rozmyślam, zapłakana, z zatkanym nosem, spuchniętymi oczami i stertą zasmarkanych chusteczek. O przemyśle filmowym. Serialowym. O C-dramach.
Ponieważ Azja mnie wciągnęła jak czarna dziura, a mam sojuszniczkę i wspólniczkę w oglądaniu, to skaczę po całej wschodniej Azji i utknęłam obecnie w Chinach. Oglądam dramy, które mają jeden schemat, nawet czasem różnią się tylko jakimś szczegółem. Te same stroje, biżuteria, domy, motywy. Leci to ciurkiem. Ale trafiam na takie, jak ta od ryczenia. Ryczę nad losem głównej bohaterki. Oczywiście pewnie wróci żywa, mimo że skoczyła z dachu. I na końcu się pogodzą i wyjaśnią wszystko. Ale ryczę nie dlatego. Nie wiem co Azjaci mają w genach, że potrafią tak stworzyć scenariusz, że rozdziera serce. Uczucia wylewają się z ekranu, a ja nie mogę się opanować. Nie mogę patrzeć na schematy zachowań facetów, te wszystkie hierarchiczne rodziny, przesadnie, niemoralnie, obrzydliwie bogate. Na te intrygi, oszustwa, nieporozumienia. Z drugiej strony chcę to oglądać. Nawet, a może właśnie dlatego, że mi niewygodnie na duszy. Bo bardziej wolę coś, co zadziorem wbije się w myśli, niż takie, które przeleci bez zatrzymania i zniknie. 
W kontakcie. Idę wyryczeć drugą połowę dramy.

A a propos połowy, to obstawiam Argentynę, chociaż miałam wielką nadzieję, że Anglia da radę. No niestety.


wtorek, 14 lipca 2026

[544]. Jest lipa.

Wcześniej.
Nawet niejedna. Wśród wszystkich dębów, czeremch, głogów, jeżyn, bluszczów, traw zielonych i stokrotek rosną tu lipy. Lipska wręcz. Znaczy że duże takie. Chodzę z owcą na spacery, to się na nie natykam. Nawet, gdybym się nie natknęła to i tak by mnie dopadły.
Swoim przepięknym zapachem. Nie czułam lip już całe wieki. Chyba za dzieciaka tylko, a mieszkałam na ulicy o nazwie z nimi związanej. I obrośniętej lipami wzdłuż i za zakrętem.
Te tutejsze jednak są tak intensywne, że aż trudno uwierzyć, że to te maciupkie kwiatuleńki. 
Zapach obłędny. Wczoraj o północy, podczas hasania po trawiszczu wielkości do pasa i zakrywającej psa, a ma jakieś 70cm wysokości, pachniało przecudnie. I było chłodniej. Nawet pomyślałam, że gdybym miała ogródek, to spałabym otulona tym zapachem i powietrzem. Na gołej ziemi. Albo raczej na zielonej trawce.

Kilka dni temu.
Upały mnie dobijają. Zwyczajnie mój wewnętrzny i zewnętrzny przemysł organiczny szwankuje, do takiego stopnia, że spowalnia. Opracowuję pobieranie energii z otoczenia, bez udziału wydatkowania rzeczonej na niepotrzebny ruch. Mruganie sprawia, że twarz zalewa się potem. Mam wrażenie, że nawet wzrost siwego odrostu poci moją głowę. Inna sprawa, że mam długie włosy, a to nie pomaga.
Tak czy inaczej, nienawidzę, gardzę i ubolewam.
No i w tym upale auto postanowiło mieć problem z wyciekaniem płynu chłodniczego. Więc trzeba dolewać, pilnować i monitorować. Tak czy inaczej nadchodzi jego czas. Ale mówiłam już, że mam pecha do aut. Następne będzie kupione pod czujnym okiem naszego mechanika marudy. 

Retrospekcja.
Nie wiem czy pisałam o tym. Któregoś pięknego dnia, trzy lata z hakiem temu, byłam kierowniczką zamieszania. A dokładniej dyrektorem wykonawczym wyprowadzki.
W skrócie: przeczytałam post-prośbę o pomoc. Więc ja, organizatorka i pomagaczka, bardziej innym, niż sobie, ogarnęłam akcję: jedziemy, pakujemy, przewozimy. Dziewczyna uciekała z przemocowego związku. Nie będę się rozdrabniać, bo nie o tym dzisiaj. W każdym razie zrobiliśmy to.
 
Teraz. 
Zyskałam córkę. Tak wyszło, że z różnych przyczyn, o których nie chcę teraz mówić, zamieszkała z nami dziewczyna Młodego. Docieramy się, w sensie ja unikam gadania, bo się wstydzę, ale nieba bym jej uchyliła, ona ma obawy i się wstydzi trochę, bo się nie znamy jeszcze, a pomiędzy tym jest Młody, który nagle dorósł i  bierze odpowiedzialność za nią, za nas, za to, żeby wszystko grało. 
No ale wracając do sedna: pojechaliśmy ją zabrać. Z całym majdanem. Musieliśmy złożyć raport na policji i wezwać patrol do asysty w obawie przed agresją wobec niej. Poszło gładko, były łzy, ale też ogromna ulga, że teraz już będzie dobrze. Pierwsze co jej powiedziałam zanim wsiadła do auta to to, że będę ją zawsze w pełni wspierać i będę po jej stronie. Docieramy się. Znaczy ja nie zgrzytam zębami za bardzo, kiedy nie mogę iść siku, bo łazienka zajęta. Staram się gotować jak najbardziej neutralnie, żeby nie przegiąć w żadną stronę. Bo nam to bym powiedziała: oj no sypnęło mi się czego się czepiasz, nie chcesz nie jedz. Ale tu wypada jednak zadbać o kucharski wizerunek. Na razie jest ok.

Zdrówko.
Wczoraj dostałam diagnozę ADHD. Nie dostanę na razie leków, więc nie będę na amfie, bo z racji problemów sercowych nie mogę podnosić ciśnienia, które i tak niskie, jest jeszcze obniżane tabsem. Więc będzie terapia, wsparcie, próba ogarnięcia na sucho. 
Tak szczerze sama rozmowa z psychologiem dała mi wejrzenie w swoje życie, w to co czułam, czuję i jak funkcjonuję. To było takie trochę układanie puzzli. 

Dzisiaj rano.
Bardzo żałuję, że dęby nie pachną. Ale za to kiedyś pokażę Wam jak chrupią żołędzie. 
Prawie jak w tej scenie: