sobota, 18 lipca 2026

[545]. Made in China.

Chińszczyzna kojarzy się z tandetą. Zupełnie nie wiem dlaczego. Pewnie, jest mnóstwo kiepskich rzeczy z Chin. Ale też są i dobre. 
W pamięci mam moje pióra. Atrament. Kredki świecowe ze słoniem. Piórnik z lusterkiem i pięknym obrazkiem. Temperówka ceramiczna w kształcie jajka, ręcznie malowana. Plastelina. Sukienki chińskie. Swojej dorobiłam się już na granicy ubieralności, bo zwykle takie sukienki miały małe dziewczynki. Ja byłam już w szkole. Założyłam raz i matka zabrała ją, bo byłam za duża. Komuś opchnęła. 
I wiele innych fajnych rzeczy. Mam sentyment. Dzisiaj Chiny wygrywają ekonomią. Nie ma chyba dziedziny, w której nie maczają palców. 
Dzisiaj jednak rozmyślam, zapłakana, z zatkanym nosem, spuchniętymi oczami i stertą zasmarkanych chusteczek. O przemyśle filmowym. Serialowym. O C-dramach.
Ponieważ Azja mnie wciągnęła jak czarna dziura, a mam sojuszniczkę i wspólniczkę w oglądaniu, to skaczę po całej wschodniej Azji i utknęłam obecnie w Chinach. Oglądam dramy, które mają jeden schemat, nawet czasem różnią się tylko jakimś szczegółem. Te same stroje, biżuteria, domy, motywy. Leci to ciurkiem. Ale trafiam na takie, jak ta od ryczenia. Ryczę nad losem głównej bohaterki. Oczywiście pewnie wróci żywa, mimo że skoczyła z dachu. I na końcu się pogodzą i wyjaśnią wszystko. Ale ryczę nie dlatego. Nie wiem co Azjaci mają w genach, że potrafią tak stworzyć scenariusz, że rozdziera serce. Uczucia wylewają się z ekranu, a ja nie mogę się opanować. Nie mogę patrzeć na schematy zachowań facetów, te wszystkie hierarchiczne rodziny, przesadnie, niemoralnie, obrzydliwie bogate. Na te intrygi, oszustwa, nieporozumienia. Z drugiej strony chcę to oglądać. Nawet, a może właśnie dlatego, że mi niewygodnie na duszy. Bo bardziej wolę coś, co zadziorem wbije się w myśli, niż takie, które przeleci bez zatrzymania i zniknie. 
W kontakcie. Idę wyryczeć drugą połowę dramy.

A a propos połowy, to obstawiam Argentynę, chociaż miałam wielką nadzieję, że Anglia da radę. No niestety.


wtorek, 14 lipca 2026

[544]. Jest lipa.

Wcześniej.
Nawet niejedna. Wśród wszystkich dębów, czeremch, głogów, jeżyn, bluszczów, traw zielonych i stokrotek rosną tu lipy. Lipska wręcz. Znaczy że duże takie. Chodzę z owcą na spacery, to się na nie natykam. Nawet, gdybym się nie natknęła to i tak by mnie dopadły.
Swoim przepięknym zapachem. Nie czułam lip już całe wieki. Chyba za dzieciaka tylko, a mieszkałam na ulicy o nazwie z nimi związanej. I obrośniętej lipami wzdłuż i za zakrętem.
Te tutejsze jednak są tak intensywne, że aż trudno uwierzyć, że to te maciupkie kwiatuleńki. 
Zapach obłędny. Wczoraj o północy, podczas hasania po trawiszczu wielkości do pasa i zakrywającej psa, a ma jakieś 70cm wysokości, pachniało przecudnie. I było chłodniej. Nawet pomyślałam, że gdybym miała ogródek, to spałabym otulona tym zapachem i powietrzem. Na gołej ziemi. Albo raczej na zielonej trawce.

Kilka dni temu.
Upały mnie dobijają. Zwyczajnie mój wewnętrzny i zewnętrzny przemysł organiczny szwankuje, do takiego stopnia, że spowalnia. Opracowuję pobieranie energii z otoczenia, bez udziału wydatkowania rzeczonej na niepotrzebny ruch. Mruganie sprawia, że twarz zalewa się potem. Mam wrażenie, że nawet wzrost siwego odrostu poci moją głowę. Inna sprawa, że mam długie włosy, a to nie pomaga.
Tak czy inaczej, nienawidzę, gardzę i ubolewam.
No i w tym upale auto postanowiło mieć problem z wyciekaniem płynu chłodniczego. Więc trzeba dolewać, pilnować i monitorować. Tak czy inaczej nadchodzi jego czas. Ale mówiłam już, że mam pecha do aut. Następne będzie kupione pod czujnym okiem naszego mechanika marudy. 

Retrospekcja.
Nie wiem czy pisałam o tym. Któregoś pięknego dnia, trzy lata z hakiem temu, byłam kierowniczką zamieszania. A dokładniej dyrektorem wykonawczym wyprowadzki.
W skrócie: przeczytałam post-prośbę o pomoc. Więc ja, organizatorka i pomagaczka, bardziej innym, niż sobie, ogarnęłam akcję: jedziemy, pakujemy, przewozimy. Dziewczyna uciekała z przemocowego związku. Nie będę się rozdrabniać, bo nie o tym dzisiaj. W każdym razie zrobiliśmy to.
 
Teraz. 
Zyskałam córkę. Tak wyszło, że z różnych przyczyn, o których nie chcę teraz mówić, zamieszkała z nami dziewczyna Młodego. Docieramy się, w sensie ja unikam gadania, bo się wstydzę, ale nieba bym jej uchyliła, ona ma obawy i się wstydzi trochę, bo się nie znamy jeszcze, a pomiędzy tym jest Młody, który nagle dorósł i  bierze odpowiedzialność za nią, za nas, za to, żeby wszystko grało. 
No ale wracając do sedna: pojechaliśmy ją zabrać. Z całym majdanem. Musieliśmy złożyć raport na policji i wezwać patrol do asysty w obawie przed agresją wobec niej. Poszło gładko, były łzy, ale też ogromna ulga, że teraz już będzie dobrze. Pierwsze co jej powiedziałam zanim wsiadła do auta to to, że będę ją zawsze w pełni wspierać i będę po jej stronie. Docieramy się. Znaczy ja nie zgrzytam zębami za bardzo, kiedy nie mogę iść siku, bo łazienka zajęta. Staram się gotować jak najbardziej neutralnie, żeby nie przegiąć w żadną stronę. Bo nam to bym powiedziała: oj no sypnęło mi się czego się czepiasz, nie chcesz nie jedz. Ale tu wypada jednak zadbać o kucharski wizerunek. Na razie jest ok.

Zdrówko.
Wczoraj dostałam diagnozę ADHD. Nie dostanę na razie leków, więc nie będę na amfie, bo z racji problemów sercowych nie mogę podnosić ciśnienia, które i tak niskie, jest jeszcze obniżane tabsem. Więc będzie terapia, wsparcie, próba ogarnięcia na sucho. 
Tak szczerze sama rozmowa z psychologiem dała mi wejrzenie w swoje życie, w to co czułam, czuję i jak funkcjonuję. To było takie trochę układanie puzzli. 

Dzisiaj rano.
Bardzo żałuję, że dęby nie pachną. Ale za to kiedyś pokażę Wam jak chrupią żołędzie. 
Prawie jak w tej scenie: