niedziela, 8 września 2019

[416].Czas leci

To dobrze. I niedobrze jednocześnie.
Dobrze, bo szybciej minie do orzeczenia apelacji.
Źle, bo szybko mija.
Jak tu z tym żyć.
Długo mnie nie było, ale w sumie taki odpoczynek, bo internty mi się skończyły, był bardzo fajny.
Trochę na początku brakowało, bo to jednak kontakt, ale potem się przyzwyczaiłam. A ile książek przeczytałam w tym czasie!
Teraz internet mam.
W końcu dzisiaj posłuchałam sobie mojej ukochanej muzyki. Rychło w czas, bo dopadło mnie coś, co mogło przerodzić się w jakieś płacze i smutki. A tak, muzyka uleczyła moją duszę.
Już jesień. Chłodno. Więcej chmur. Ja się cieszę.
Pracuję.
Mieszkam. Zadomawiam się.
Ubezpieczenie już mam.
Jest dobrze.
No bo jak ma być.
I tak sobie myślę i układam plany na zaś. Wymyślam różne takie, na przykład wycieczki, zwiedzania, szwendania, oglądania i słuchania. Wymyślam też co będę robić i już mnie rączki świerzbią.
W wymyślaniu jestem najlepsza.
Za to nie mam zielonego pojęcia jak ustawić regały i biurko co je sama skręciłam i komody odziedziczone po Kudłatej. Taki ze mnie planer jest.
No i mam, kurde lokatora, co się nie dokłada do czynszu. A nawet dwóch.
Jeden to bojownik, ale nie wiem jakie imię mu nadać. Też odziedziczony. Zupełnie świadomie.
Drugi to takie bydlę, które robi buuuu! jak wchodzę do łazienki. Podglądacz o rozpiętości nóżek ok. 5 cm.Na samą myśl mnie swędzi wszystko i dzisiaj nie idę się myć.


Rozumiecie mnie, prawda?
Poczekam do poniedziałku* i poproszę kolegę o zamordowanie Manfreda.
Tak. On ma imię.
Dlaczego Manfred? Bo Wojciech było za mało wyraziste do wielkości tego potwora.


*umyję się jutro, w świetle dnia. Do pracy pójdę czysta, bez obaw.

wtorek, 6 sierpnia 2019

[415]. Z ostatniej chwili.

Poza pracą mam już mieszkanie. Tak z 10 minut drogi od pracy. Nie jest docelowe, ale w tym momencie jest idealne.
Mam też konto w banku, które sobie założyłam. Sama. Znaczy z panią Bankierką.
Mam też takie dni, że do przerwy nie rozumiem ni w ząb co do mnie mówią. A po przerwie jest pstryk, coś zaskakuje i przynajmniej wiadomo o co chodzi.
Albo sobie mnie wysyłają w kosmos, a ja stoję w tym kosmosie i czekam, a potem przypominam sobie co mam powiedzieć, i najważniejsze - jak! A na koniec zaś okazuje się, że to była zmyła i troll, do którego miałam zanieść garniec ze złotem stał akurat kilka metrów ode mnie, kiedy mnie wysyłali w misję.. Bo on serio wygląda jak troll. 
Jutro natomiast wybieram się w misję i załatwiam najważniejsze - numer ubezpieczenia.
I na razie to koniec trudnych zadań.
Miałam też przewiane plecy.
Ponieważ to nie jest kraj dla płaskoziemców, mamy tu pod górkę i z górki. A że chodzenie zalicza się do sportu, a ja ciągle chcę schudnąć i nabrać formy, a przynajmniej pozbyć się zadyszki, i do tego nie umiem powoli, to się zgrzałam. W domu zdjęłam plecak i trach. Jak mnie złapało lumbago, jak mnie wygło, to myślałam, że skamienieję w jednej niebolącej pozycji i będę udawać ogrodową rzeźbę.
No to był strzał, z fajerwerkami. Ratując się tabletkami i rozgrzewaniem, jakoś dotrwałam do poniedziałku, a tu w poniedziałek do pracy. 
Przeżyłam. Jeszcze czuję czasem jak mnie rwie, ale teraz to już pikuś. Muszę tylko uzupełnić zapas tabsów. Na wszelki.

środa, 31 lipca 2019

[414]. Koniec wakacji.

Mogę już napisać: mam pracę!
Wydeptywanie ścieżek, łażenie, gadanie łamaną angielszczyzną i codzienne wizyty wszędzie przyniosły oczekiwany efekt.
Ale nie było tak łatwo.
Otóż.
Powiem Wam dlaczego nie lubię grać w tysiąca.
Kiedy zbierasz meldunek, to musisz przewidzieć, którą kartę wywalić, a na co czekasz. Tak samo w remiku (w którego zagrywam się z Młodym i, niestety, on mnie ogrywa).
Często ten wybór jest nietrafiony.
Miałam takiego tysiąca i remika.
Jednego dnia dostałam trzy propozycje pracy. Jedną, na którą polowałam i dwie słabe, ale miałabym pracę od tego poniedziałku.
Oczywiście, jak to w tysiącu, wywaliłam blotki, czyli te słabe dwie. Tylko że "as" w rękawie przeciwnika miał napisane: dwa tygodnie przerwy. Ale skąd mogłam wiedzieć? Nikt mi nie powiedział. Więc testy zdałam, wzięto moje wymiary na służbowe ciuchy i...
I tyle. Czekałam na telefon. A tu dupa. W końcu poszłam w poniedziałek i prawie się rozryczałam.
Żeby było śmieszniej to nie jedyny mój problem obecnie, a jak jest kumulacja to wiecie.
Wczoraj udało mi się załatwić jeden z nich, ale załamałam się totalnie. Udało się ogarnąć moje koty, jutro wędrują do mojej mamy i kamień spadł mi z serca. Ale brakowało jeszcze pracy.
Tak myślę, że dzisiaj wylazło dla mnie słoneczko.
Teraz już będzie tylko lepiej.

środa, 24 lipca 2019

[413]. W toku

Powinnam już napisać, że mam pracę, i w ogóle. No to jeszcze nie mam. Ale już blisko, tak myślę.
Łażę codziennie po agencjach, znam już wszystkie rodaczki tam pracujące. Chodzę codziennie, bo trzeba wydeptać ścieżki, pokazać się i przypomnieć, że ja to ja i że czekam w blokach startowych.
Wydawałoby się, że z dnia na dzień będę więcej rozumiała tych okrągłych wyrazów i posiekanym akcentem, ale chyba jest zupełnie odwrotnie. Rozumiem coraz mniej. Chociaż to też nie tak. Zauważyłam, że skupiam wszystkie zmysły na osobie, która do mnie mówi i jest ok. Ale nauczyłam się prosić o powtórzenie i mówienie wolno. Za to ja, jak się nie zatnę, to mówię ładnie (w moim mniemaniu oczywiście) i zrozumiale. Czasem rozmowa wygląda tak, jak przez internet przy kiepskim połączeniu: ktoś mówi, leeeeeeci to do mnie światłowooooodemmmmmm, odbieram, przetrawiam i odpowiadam. Trwa to o dwie sekundy za długo, ale działa.
Gorzej, jeśli to są staruszki na przystanku.
Jedna opowiedziała mi pół swojego życia w 10 minut, druga najpierw wyhaczyła mnie w drodze na przystanek prosząc o sprawdzenie czy zamknęła drzwi. No ja mam na czole coś pewnie takiego, że wszyscy mnie zagadują na przystankach. Albo wyglądam jak autochton, bo w Birmingham kobieta pytała mnie o drogę.
Także robię furorę.
No ale cóż. Chciałam, to mam.
Przychodzą jednak chwile zwątpienia.


niedziela, 14 lipca 2019

[412]. Nie dzieje się nic.

Dni mijają. Jest tak, jak lubię. Nie za ciepło, więcej chłodu.
Na przykład teraz się opatulam kocykiem i jest super.
Pogoda jak pogoda, chmury, szaro, a potem słoneczko. Trochę powieje. Trochę pomżawkuje. Jest fajnie.
To był tydzień aklimatyzacji. Pozwiedzaliśmy miasto pieszo i autobusami.
W piątek poszłam do agencji, bo już dość nicnierobienia.
Pogadałam z panią, powiedziałam czego chcę, popytała o mnie, pracę, co robiłam, gdzie uczyłam się angielskiego. I o ile pani z grzeczności wszystkim nie mówi, że english good, to pochwaliła mnie kiedy powiedziałam, że uczyłam się sama.
Na koniec powiedziała całkiem po polsku: w takim razie do zobaczenia w poniedziałek na rozmowie.
Zonk :)
Tak, to była Polka.

piątek, 12 lipca 2019

[411]. Krótka opowieść o tym co się działo.

Pakowanie i żegnanie się z niektórymi rzeczami to koszmar.
Ale jak mus to mus. I tak wysłałam mnóstwo rzeczy, a drugie mnóstwo czeka na potem.
Niektóre paczki przeszły potrójną selekcję, czyli zapakowałam, odczekałam trochę chodząc obok, po czym stwierdzałam, że nie, za dużo i robiłam ponowne pakowanie. I tak z pięciu kartonów robiły się trzy.
Dałam radę. Jakoś.
Potem był dzień wylotu.
To był jeszcze dzień ostatecznego przeglądu i pakowania. Na ostatnią chwilę, bo przecież to ja.
Dziwne było pożegnanie przy furtce, gdzie u nas zmieniło się na u was. Jeszcze mówię czasem, porównując coś, że u nas to tak i tak, a potem poprawiam się, że w Polsce. Bo to już nie u mnie.
A potem wędrówka przez miasto z bagażami, spotykanie znajomych ze szkoły, pożegnania i w końcu lot.
Pierwszy lot młodego, zachwycony był widokami.
Powiedział mi, że sam wyjazd nie robi na nim wrażenia, nie przejmuje się tym, że to inny kraj. Podoba mu się tutaj.
A teraz lecę do agencji. Trzymać kciuki!

poniedziałek, 1 lipca 2019

[410]. Nie wytrzymam

Przychodzę do Was, bo mam dużo roboty.
To nie takie hop-siup jakby się wydawało. Mnożę ilość worków do wywalenia, wydałam spory bagażnik gratów i ciągle mam wrażenie, że jestem w punkcie wyjścia. Nie wspomnę o pięciu worach papier-metal-plastik, które przed chwilą wywieźli.
No masakracja jakaś.
Godzina zero zbliża się wielkimi krokami.
Czuję już oddech przewoźnika na plecach.
Ale ja mam przecież czas!
No i musiałam zadzwonić do sądu, zapytać i spier*olić sobie humor.
Okazuje się, że żadne tam 3 tygodnie na uprawomocnienie. Teraz wychodzi że dostali aż 6 na odwołanie. Bo przecież sąd ma luz i uzasadnienie wyroku wysyła po 3 tygodniach. I idzie sobie ono tydzień. A od odbioru z poczty są jeszcze dwa tygodnie na odwołanie.
Wiecie co, ja się zagotowałam.
Mimo, że dzisiaj miły chłodek, chmury i trochę deszczu.
Zagotowałam się tak, że białko mi się ścina, para idzie uszami i mam już serdecznie dość.
Tu nic nie może być normalne.
Dlaczego nie ma obligatoryjnego obowiązku uczestniczenia w publikacji wyroku?
Szlag mnie zaraz trafi.
Już teraz rozumiem termin wolne sądy.
krówa mać.

piątek, 28 czerwca 2019

[409]. Dziwny dzień

Ostatni dzień w pracy był bardzo dziwny.
Mało się działo, trochę się nudziłam.
Dostałam bukiet róż, butelkę wina, zostałam wyściskana przez wszystkich, wycałowana i autentycznie było im smutno, że już z nimi nie będę pracować.
Mi też było smutno. A raczej tak dziwnie. bo to taki moment, w którym już wdrożyłam się mocno, nauczyłam wielu rzeczy i ...koniec.
Szefowie do ostatniej chwili zwracali się do mnie tak, jakbym miała pracować dalej. Zresztą usłyszałam tyle rzeczy od nich, że w innej sytuacji rozważyłabym pozostanie w firmie.
Na przykład to, że bardzo się cieszą, że mogli ze mną pracować, bo wniosłam tam wiele dobrego. Albo to, że zżyli się ze mną tak bardzo, że czują jakbym pracowała z nimi od samego początku.
Od koleżanek usłyszałam, że dobrze, że byłam, że będą tęsknić i że im smutno, więc we wtorek idziemy w miasto, żeby sobie pogadać.
No i mam ich odwiedzać, a jakby co, mam wracać do nich.
Kocham ich wszystkich.

czwartek, 27 czerwca 2019

[408]. Trudność

Cała trudność polega na tym, że trzeba każdą rzecz wziąć do ręki i powiedzieć: mam cię w nosie. Wtedy rzecz strzeli focha, a mi nie będzie żal rozstać się z nią tu i teraz.
I tak robię.
Cierpię.
Bo dopiero teraz widzę jak dużo rzeczy gromadzi się zupełnie bez sensu. Upycha się po kątach, gdzie nic nie widać i udaje, że tam nic nie ma. Jestem straszną zbieraczką.
Bo muszę zostawić kawał mojego zbieractwa.
Bo zostawiam także ludzi, którym wiele zawdzięczam i którzy są po mojej stronie.
Bo najchętniej to spakowałabym podręczną walizkę i wyjechała tak jak stoję.
Ale wiem, że lot trwa dwie godziny.
Że są komunikatory różnej maści.
Że nowe przede mną i mogę zacząć od nowa.
Tym się pocieszam.
I wywalam, wywalam, wywalam...


poniedziałek, 24 czerwca 2019

[407]. Gwoli wyjaśnienia

Tak mnie natchło było, że właściwie, to należą się jakieś wyjaśnienia, chociaż wszystko powiedziane zostało.
Tak, poszłam na żywioł. Kupiłam bilety w przypływie impulsu. Oczywiście co zrobiła Natt? Tak jest! Nie-do-czy-tała. I kupiła bilety na milion bagaży.Będzie więc urywać ręce sobie i dzieciakowi, bo jakoś to trzeba będzie dowieźć. Do autobusu, z autobusu na autobus, potem na jeszcze jeden autobus i na lotnisko. Potem..
Potem to będzie trzeba te bagaże upchnąć w czerwonej dryndzie. Która bagażnik (eufemizm) ma wielkości kosmetyczki.
Ale kto jak nie ja!
Zaczęłam przygotowania.
Sprzedałam dwie szafy i komodę.
Jutro reszta, a ja już mam dość. Bo muszę pożegnać się z wieloma rzeczami.

czwartek, 20 czerwca 2019

[406]. Będzie gorzej

Niż było. Znaczy się będzie goręcej, piekielniej, nie do życia.
I ja Was serio rozumiem, że lubicie takie piekło. Ale ja nie lubię. nie funkcjonuję w takich warunkach. A sytuacja, kiedy siedzę bez ruchu i leje się ze mnie, jakbym siedziała przy otwartych drzwiach pieca matenowskiego, albo, inny przykład, wycieram się po chłodzącej (sic!) kąpieli i w momencie ukończenia wycierania nóg (na końcu) już jestem spocona u góry, nie jest normalna. Dojście po tym wszystkim do miejsca spoczynku wygląda tak, że marzę o kolejnym prysznicu.
A ma być gorzej...
Trudno, jakoś to zniosę.
Przed chwilą popadało, całe 5 minut. Miałam głupią nadzieję, że popada solidnie, że będzie czym oddychać, że odżyję.
Ale nie.
Siedzę w lekkich ciuchach, po kąpieli, nogi mnie bolą jak po.ebane, sączę sobie whisky z pepsi i tak sobie rozmyślam, oglądając jednocześnie serial.
Zdam więc małą relację z mojego stanu ducha.
Otóż.
Kończy mi się umowa.
Kupiłam bilety i lecę już niedługo.
Czekam na uprawomocnienie wyroku, albo potwierdzenie, że kiedyś tam wyszłam za bezmózgą amebę.Skłaniam się do tego drugiego. Dobrze, że już wróciłam.
W każdym razie rozpoczynam swoją przygodę.
Teraz tylko logistyka, pakowanie i priorytety.
Wszelkie problemy będę rozwiązywać na bieżąco.
Bo czemu nie?
A czemu bolą mnie nogi?
Bo dałam się namówić na jedne dzień w monopolu. Kierowniczka się pochorowała. Błagała o pomoc, a że jutro wolne to się zgodziłam. Dzięki temu spotkałam starych znajomych i adoratorów.
Już wtorkowy rekonesans pokazał mi, jak wielki popełniłam błąd. Tam był syf, który próbowałam trzymać w ryzach.
Teraz jest jeszcze większy syf. Syfisko. Straszne. Bałagan, bezład i bezskład.
Nie próbowałam sprzątać. Nie ze mną te numery.
Odpękałam swoje 12 godzin i zgarnęłam za to kasę.
Nigdy więcej.

wtorek, 11 czerwca 2019

[405]. Stopni. Celcjusza.

Rozpływam się.
A raczej puchnę.
Sama już nie wiem.
Od soboty zaczęło się czekanie na deszcz.
I na czekaniu się zakończyło.
Wczoraj rano otworzyłam oczy - szaro, zachmurzone, więc z nadzieją dopadłam prognozy. Tej jedynej, psia mać!, której wierzę.
Zobaczyłam jakieś 3 cm deszczu, ulewy itd.
Z radością wbiłam się w dżinsy, zabrałam kurtkę i poszłam. Już kilka kroków za furtką stwierdziłam, że coś się komuś poj...myliło.
Dzisiaj już nie dałam się nabrać.
Jutro też się nie dam.
I proszę mi nie mówić, że 38 w cieniu (gdzie zakres mojej tolerancji to 18, ostatecznie 20) jest ok.
Nikt mnie nie przekona|!
Tak naprawdę to ja od maja do końca września powinnam wpadać w stan hibernacji i przeczekiwać gdzieś, w jakiejś gawrze, ten głupi okres zwany upalnym latem.
Idę spróbować zasnąć.

sobota, 1 czerwca 2019

[404]. Error

Tak sobie pomyślałam, że się odezwę. Ostatnie dni i tygodnie stanowiły jeden wielki zamęt i musiałam to przetrzymać jakoś.
Wieści z mego życia przekazuję:
1. wygrałam sprawę. Mogę jechać, ale jeszcze pewnie będzie odwołanie, więc stracę czas. Ale już bliżej niż dalej.
2. Czytajcie regulaminy. Bo się wkopiecie jak ja. Ale że z niejednego chleba jadłam piec (czy jakoś tak), zahaczyłam o UOKIK i sprawa w toku. Może się uda odkręcić, co zamieszane.
3. Jestem rozwalona wyborami. Wyborami tak dużej ilości ludzi. Jestem Zażenowana reprezentantami w PE. Ale jak to mówią - piniondz nie śmierdzi. Aż żałuję, że nie zapisałam się do partii*.
4. Jestem zażenowana swoim osobistym wyborem te 29 lat temu. Co prawda kto się spodziewał. I w sumie nie żałuję, bo mam fajne, wkurzające dzieciaki. W każdym razie mój wybór to była totalna porażka. I mam dowody na to, że inteligencja i mądrość nijak się ma do wykształcenia musiałabym wtajemniczyć Was w niektóre sprawy, przytoczyć cytaty, pokazać zdjęcia, czego nie zrobię, bo szkoda mi czasu, energii, nerwów na grzebanie w tym, co zostawiłam daleko za sobą. Oszczędzę Was, ale wierzcie mi na słowo.
5. Wszystko płynie! Wszystko się zmienia!
I ja też. Od kilku miesięcy mam paznokcie. Skusiłam się będąc u Kudłatej na lekkie podrasowanie i...tak już zostało. Ale na więcej bym nie liczyła. To i tak dużo.



  A na koniec idę do kina, zachwycę się morderczym Keanu i wieczorem się upiję.

* mam nadzieję, że czujecie ten ociekający sarkazm.

wtorek, 14 maja 2019

[403]. Zmiana tematu

Mieliście kiedyś swój własny dzień świra?
Taki, że nie panujecie nad tym co mówicie, piszecie, nad swoim organizmem, że wszystko żyje własnym życiem.
Tylko nie wy.
Ja miałam dzisiaj. Miewam co jakiś czas, ale dzisiaj to już przeszłam samą siebie.
Zamiast Dzień dobry na początku maila napisałam Dziękuję.
Zamiast powiedzieć uszczelka powiedziałam wkrętak. Zamiast...już nawet nie pamiętam.
Zamiast śniadania najadłam się orzechów i było mi niedobrze.
Zamiast powagi, miałam głupawkę.
I gadałam do siebie. Koledze zaś powiedziałam, kiedy zapytał dlaczego mruczę pod nosem, że lubię czasem pogadać z kimś inteligentnym. W ogóle to z nim się ciągle naparzamy słownie. Niektórzy twierdzą, że się nie lubimy, a jest wręcz przeciwnie i vice versa. O, głupawka ma swój comeback.
Teraz siedzę w domu, staram się nie zwariować.
Wczoraj za to wzbudzałam sensację w komunikacji miejskiej i okolicach, bo wiozłam z pracy kontenerek do przewożenia zwierząt. Wypełniony rzeczami innymi niż kot i z widoczną folią bąbelkową, żeby się nie ruszało.
Ciekawość ludzka i wymyślanie jest inspirująca. Opcje były takie (zasłyszane):
- tam jest królik
- jest zimno to dlatego kot jest zakryty folią
- biedactwo
Osobiście chciałam powiedzieć, że nie, bo właściwie są tam zwłoki zwierza, padł z nudów, ale nawet ja nie byłam gotowa na taki czarny humor.
A, i jeszcze odebrałam dzisiaj paczkę. Załamałam się. Napisałam skargę paszkwila do dostawcy. Bo każda puszka wyglądała mniej więcej tak:


No szlag mnie jaśnisty trafił prawie. Zero zabezpieczenia w środku.
I tym jedzeniowym akcentem kończę na dzisiaj, bo czekają Wikingowie i moje sierściuchy domagają się organoleptycznego sprawdzenia zawartości paczki.

poniedziałek, 13 maja 2019

[402]. No mercy

Nie jestem miła. Ani sympatyczna. Nie jestem w stanie.
Nie mieszam też wiary z instytucją. Dla jasności. Bo to, co się dzieje w KK, to z wiarą nie ma nic wspólnego.
Oburzy się ktoś zaraz, że przecież to tylko ułamek, że każdy zna księdza, co to biedny i dobry.
W dupie to mam.
Powiecie, że nie można wszystkich do jednego wora.
Otóż można. A nawet trzeba. Do wora sprawiedliwości.
Czy kiedy widzisz, że kradną i możesz coś z tym zrobić, albo biją kogoś, a masz dużo siły, żeby pomóc, albo wiesz, kto zrobił coś złego i milczysz, to czyż nie jesteś współwinny?
Dlatego będę twierdzić, że KK jest winny. Wszyscy, którzy wiedzieli. Tuszowali. Przenosili. Zamykali usta innym. Czym? Nie wiem. Sądem bożym? Rozgrzeszeniem? Kasą? Udziałem w procederze?
Nie mam litości.
Nie umiem w sobie jej znaleźć.
Nie potrafię i nie chcę przebaczyć.
W dupie to mam.
Podniosły się głosy, że inne grupy zawodowe. Tak. Ale tamci pojedynczy ludzie (w sensie, że nie stoi za nimi mafijna korporacja), o ile udowodni im się winę, postawi w stan oskarżenia, bo ktoś zgłosi co robią - są sądzeni. Siedzą. Kiblują. Otrzymują karę. czy adekwatną - nie wiem. Ale są napiętnowani i odsunięci na margines. Najczęściej.
Nikt ich nie głaszcze, nie ukrywa, nie przenosi.
Ten film, o którym wszyscy wiemy, pokazuje nie tylko cierpienie ofiar. To jest uderzające i nie uspokaja. Bo nie ma tego robić.
Pokazuje mechanizm zrzucania winy na ofiary. Umniejszanie ich odczuć i cierpienia. I to jest bardzo złe.
Ale najgorsze jest to, że z minuty na minutę wyrasta monstrum, które rośnie i pożera wszystko, w co wierzysz. Pokazuje, że nie masz szans. Zostajesz sam. Cokolwiek powiesz, zrobisz, wykrzyczysz, nikt w to nie uwierzy.
Podpalają stos na którym siedzisz ze zdziwieniem, bo przecież to dobry człowiek był, bo przecież ksiądz. a ten stos podpala matka, ojciec, babka, społeczeństwo, które nie wierzy. Nie wierzy tobie. Wierzy natomiast, że ksiądz to bóg.
I ta pieprzona mafia wykorzystuje ludzi fizycznie, psychicznie seksualnie i finansowo.
I dopóki kościół będzie powiązany z państwem, nic się nie zmieni. Żaden Sekielski, Żaden Smarzowski, nikt nic nie zrobi nie zdziała.
Ludzie, obudźcie się. Nim będzie za późno.



środa, 1 maja 2019

[401]. Jak to szło?

Coś tam o chowaniu.
i Rzeczachpospolitych.
Życie pochłania mnie w całości. Próbuję zakląć rzeczywistość, żeby było jako-tako, ale są momenty, że ręce opadają.
Na przykład, kiedy nauczyciele strajkują.
Nie będę pisać o tym, co wiedzą wszyscy, że trzeba, że ważne, że wspieram.
Za to na język cisną mi się słowa, których dama używa tylko w ekstremalnych wypadkach.
Na przykład, kiedy rodzice pieprzą trzy po trzy o opiece nad dziećmi, bo strajk.
A co zrobili z nami rodzice, kiedy ogłoszono stan wojenny? Przecież przez kilka miesięcy nie chodziliśmy do szkoły.
Matury? W 1993 były przesunięte i jakoś nie stała się nikomu krzywda.
Jak słyszę głosy, że nauczyciele to darmozjady, to mi się coś robi takiego w środku, że nie chcecie, żeby to wyszło na wierzch. Sama też nie chcę.
Owszem, jest sporo nauczycieli z przypadku. Owszem, niektórzy się nie starają. Tak, niektórych osobiście wywiozłabym na taczkach. A niektórych publicznie nazwała po imieniu. Ale jest sporo takich, którzy robią co mogą, żeby nasze dzieciaki COŚ sobą reprezentowały, umiały, wiedziały i wyszły na ludzi.
Obserwuję ukradkiem, bo ze względu na swoje zdrowie psychiczne wolę nie, tę cholerną sytuację w naszym kraju i dochodzę do wniosku, że spełnia się najgorszy sen, jakiego nie śnił już nikt po 89 roku. Taki, który mrozi krew w żyłach. Taki, który powoduje, że budzisz się z krzykiem. Ale, niestety, nie budzisz się. Tkwisz w tym po czubek nosa.
Patrząc na to wszystko z przerażeniem, widzę, jak szybko cofa się zegar historii. Jak wraca to, z czego uciekaliśmy. Jak lekką ręką oddajemy wolność, którą tak ciężko odzyskaliśmy.
Mam wrażenie, że ktoś zrobił pstryk! i wyłączył ludziom funkcję w mózgach, odpowiedzialną za myślenie, logikę, kojarzenie faktów, pamięć o tym co było.
I jak widzę nagranie z tramwaju, kiedy tłusta świnia leje po twarzy staruszka, bo ten powiedział mu coś, czego nikt nie słyszał i ŻADEN pasażer nie wstanie i nie zmierzy się z chamem, to przewraca mi się wszystko w środku, mam ochotę wyjść z siebie, dorwać gnoja i w imię kodeksu Hammurabiego natrzaskać po tym napuchniętym zawiszowskim ryju. Tak, wiem, że przemoc rodzi przemoc i nic to nie da. Ale gdzie są LUDZIE?? Gdzie ktoś, oprócz pani, która coś tam powiedziała, kto stanie w obronie, da odpór, zatrzyma? I niech mi ktoś powie, że edukacja jest niepotrzebna. Jeśli boimy się reagować, to jutro przyjdą po nas.
Już nas częściowo pożarli. Pozwalają na takie coś. Na faszystów, oenery, międlary, race w Częstochowie. Im więcej nienawiści i głupoty, tym lepiej. Łatwosterowalne stado baranów pójdzie tam, gdzie chce ten, który trzyma wszystkie sznurki.
Nie unoś się Nat, nie unoś, bo to źle robi na wszystko....




niedziela, 7 kwietnia 2019

[400]. Żałuję

Że wróciłam.
Serio.
Dwa tygodnie w innym świecie.
Co prawda z niemałą dawką nerwów. Za to z nadzieją, że to już niedługo.

Te cztery linijki napisałam już jakiś czas temu. Nie miałam jednak pomysłu jak opisać całą resztę.
A do całej reszty dopisywały się kolejne sprawy i rzeczy. I zbierało się emocji i nerwów, stresów i nadziei.
Aż w końcu postanowiłam: napiszę.
Ładne miasteczko. Lubię angielską zabudowę. Podziwiam ruch lewostronny, nie wiem czy odważę się kiedyś siąść za kierownicą. Lubię tamtejszą zmienną pogodę. Codziennie miałam wiatr i deszcz (szczególnie jak pomyślałam, patrząc przez okno na słoneczną pogodę, że idę na spacer), a zdarzył się też grad i śnieg.
Jednak najciekawsze spotkało mnie któregoś dnia, kiedy zwiedzałam miasto jedną z linii autobusowych (już mnie kojarzyli niektórzy kierowcy :)), kiedy pojechałam do jednej z dzielnic. Odwróciłam w pewnym momencie głowę i ujrzałam skrzyżowanie i domy z mojego snu sprzed wielu lat, mniej więcej 18. Dokładnie tak wyglądało to w moim śnie, jak widok zza okna. Nie mogłam dojść do siebie przez dobrych kilkanaście minut.
Gdyby ktoś pytał, wiem już co zażyć na rozstrój jelit. Gdzie kupię moje ulubione czekoladki orange, a także polskie dżemy, mąkę i bułkę tartą. 
I chciałabym napisać o pełnym sukcesie, że już się pakuję, że załatwiam i wyjeżdżam, ale nie mogę.
Bo kolejny raz potwierdziło się moje przeczucie i prawie stuprocentowa pewność, że mam do czynienia z totalnym, mściwym, złym, pustym zerem, zwanym kiedyś moim mężem i ojcem moich dzieci. Ale wierzę, że karma wraca. Wiem, że wraca. I wróci.
Dlatego też odwleka się mój wyjazd. Niestety.
I tu kończy się mój pomysł na to co dalej napisać.
Muszę jeszcze jednak ochłonąć.


środa, 27 lutego 2019

[399]. W pracy na imieninach.

Dwa dni w domu, bynajmniej nie przeleżane brzuchem do góry. Między aspiryną, a piekarnikiem, między sufitem a termometrem.
Wróciłam do pracy.
Wszyscy pytali jak Młody, czy wszystko ok, bo może jeszcze nie powinnam wracać.
W pewnym momencie zamieszanie się zrobiło, ja z głową w papierach, a tu podchodzi Szef i mówi:
- Ty sobie nie myśl, że się jakimiś chorymi dziećmi będziesz zasłaniać, my nie odpuścimy.
.
.
.
I wszyscy, łącznie z drugim szefem w słuchawce odśpiewali mi gromkie sto lat, wręczyli bukiet tulipanów i butelkę wina, wyściskali i życzyli tyle fajności, że musi się udać. Każdy też dostał od Szefów po pysznej babeczce.
Chciałabym zobaczyć swoją minę, kiedy to się zaczęło, bo oni się śmiali ze mnie i sami byli zaskoczeni, że dałam się tak zaskoczyć.
Powiem Wam, że mam skarb.
Późniejsza rozmowa z szefem to wisienka na torcie, ale to już moja tajemnica.
W każdym razie wątkiem przewodnim jest:
- nie zostawiaj nas
- nie chcemy, żebyś odchodziła
Ale dzisiaj doszło do tego:
- jeśli coś pójdzie nie tak i wrócisz, to pamiętaj, że tu masz swoje miejsce zawsze i my cię chcemy jakby co.

Nie wierzę w to wszystko, a to się dzieje.

wtorek, 26 lutego 2019

[398]. Wieści z pola boju

Katastrofa.
Takie piękne słowo.
W sumie, po kilku dniach nerwów, domysłów, pomysłów, wycen, prucia sufitu, kąpieli u sąsiadki, prawie nastał pokój. Spokój. Ład i porządek.
Prawie.
Piekarnik, wyczyszczony przeze mnie na glanc, dostał nowe serce. Grzeje jak marzenie. Jutro zapiekanka.
Piec od wody jutro dostanie swój przeszczep. Mam nadzieję na długa gorącą kąpiel przy świecach z pianą i szampanem.
Żartowałam.
Wystarczy mi ciepły prysznic.
A kaloryfery, cóż. Też za kilka dni przestaną zalewać sąsiadkę.
Najlepsze jest to, że padły zawory. Bo w sumie nie powinnam zakręcać i odkręcać grzania.
Bo takie dziadostwo było, że w końcu padło.
Nie powiem Wam słowa o jakości remontów wykonywanych kuzynem, wujkiem, mężem kuzynki siostry wujka Zdzicha. O tym, że pic na wodę fotomontaż. O tym, że każdy może być budowlańcem.
Na ten przykład pan z ogłoszenia, który wyznał, że takie tam remonciki to jego artystyczne hobby.
Albo o tych, co kładli sufit. Że zapomnieli o porządnym wypełnieniu watą, a tam gdzie było za cienko poupychali kawałki styropianu, albo nie położyli folii izolacyjnej. Takie tam szczegóły.
Teraz, po tych kilku latach wychodzi wszystko, jak trup z ziemi. strach dotknąć się czegokolwiek.
No ale najlepsze jest to, że padł mi Młody.
Tak padł, że dwa dni spędziłam z nim w domu, praktycznie przy nim siedząc i sprawdzając czy oddycha i jaką ma gorączkę. Pierwszy raz był w takim stanie.
Ale już zaczyna kozaczyć, więc jutro wracam do pracy.
Znaczy: wszystko przemija. Katastrofy z wielkich stają się malutkie. Mega problemy robią się tycie.
A cała reszta jakoś daje radę.
I najlepsze w tym wszystkim jest to, że masz gdzieś obok świetnych ludzi. Sąsiadkę, która udostępni swoją łazienkę.
I szefa, który wiezie Cię przez miasto do domu, bo uważa, że nie możesz czekać na autobus, bo on stwierdził, że to za długo 20 minut. I pyta czy masz na taksówkę, którą jedziesz potem do lekarza.
Chyba nie jestem aż tak złym człowiekiem, skoro świat się do mnie tak uśmiecha.


czwartek, 21 lutego 2019

[397]. Seria niefortunna.

Od samego rana się zaczęło.
A właściwie nawet nie. To już kilka dni temu.
Przestał grzać bojler. Ten, przez który czułam się jak Koncertowa Idiotka. Tak tak. Ten sam, dziad jeden.
Odmówił grzania wody. Koniec. Szlus. Zimny wychów. Studnia. I takie tam.
Moje podejrzenia padły na: a) zakamieniałe rurki (wymienniki ciepła), b) zapchane dysze, c) spitolony czujnik. A może wszystko na raz. Okaże się to jednak dopiero w sobotę, bo fachowiec przyjedzie.
Ale to jeszcze nic.
Młody mi się rozleniwił. Bo szczepienia, bo katar, bo kontrola u chirurga. I tak raz w szkole był, raz nie. I dzisiaj nagle mi pisze: zaczytałem się i nie poszedłem. Ożesz ty dziadu jeden, furia we mnie wstąpiła. Nie mogłam się drzeć do słuchawki w pracy, więc pisałam soczyście, ale ostrzegłam koleżanki, że jak będą wiadomości z ostatniej chwili, to będę ja i mogę nie przyjść jutro do roboty.
Poszedł do szkoły.
Ale to jeszcze nic.
Chwilę później dostaję smsa: czy u Ciebie coś się rozlało w salonie? Mam mokry sufit.
No jasna cholera!
Widzę oczami wewnętrznymi zalaną łazienkę, kuchnię, bo tam mi się zapycha i może coś lecieć, Młody nie zakręcił, zepsuł. Ale w salonie??
Sprawdzone. U mnie sucho.
Ale przypomniało mi się, że rury od kaloryferów idą pod panelami. Znaczy tak mi się wydawało.
Wizja wynoszonych gratów z pokoju, rozbieranej podłogi i wymiana rur, bądź ich uszczelnianie przyprawiła mnie o ból wszystkiego.
Jechałam do domu zrezygnowana, bo wszystko zrobiło konkursowe jeb w jednym momencie prawie.
Ale okazało się, że moje rury od moich kalafiorów idą pod sufitem sąsiadów. Czyli pod regipsem i uszczelnieniem i wygłuszeniem.
Wiecie co?
Ja chcę stąd uciec. Już dość. Już nie chcę.
Boję się.
A o piekarniku wspominałam? Że przypala papier do pieczenia po 10 minutach? Nie? to pewnie przez moją sklerozę.
A o sterowniku do pieca? Że pewnej pięknej niedzieli odmówił współpracy z całym światem i strzelił focha na czarno? Dobrze, że w zanadrzu był stary, świrnięty, ale działający. Bo byśmy pomarzli. Mielibyśmy takie kilka dni z życia jaskiniowców. Można by było porzucać w dinozaury. Ekogroszkiem.
Tak więc nie zadaję odwiecznego pytania, które następuje w nagromadzeniu takich niefortunnych przeciwności.
Bo wiem, że świat odpowie:
A masz!

wtorek, 19 lutego 2019

[396]. O matko! Jak ten czas leci!

Dopiero co był styczeń.
Już połowa lutego. Bliżej niż dalej. Bardzo bliżej nawet.
Niedługo sprawa. Niedługo podróże, małe i duże.
Niedługo.
Na razie skończyły się moje trwające dwa miesiące ferie. Przechorowałam jeden weekend i kilka dni tygodnia.
Ciągle nie mogę wyjść z podziwu, że istnieją tacy ludzie jak moi szefowie. Jak moi Szefowie.
Dlatego postanowiłam, że rozstanie będzie zapamiętane.
Co prawda ciągle namawiają mnie na pozostanie i że bardzo by chcieli, żebym została, ale życzą mi powodzenia i spełnienia marzeń. Naprawdę.
A ja..
Walczę z tarczycą, lenistwem, wagą, samopoczuciem, nerwami.
Układam sobie powoli plany, robię porządki i cierpliwie czekam.


środa, 16 stycznia 2019

[395]. To już

Mało co wyprowadza mnie z równowagi.
Czasem jakiś drobiazg, czasem coś większego, ale pokotłuje się i znika.
Czasem mam focha przez kilka dni i ledwo ze sobą wytrzymuję.
Ale od niedzieli coś się zmieniło.
Nie poznaję siebie.
Jestem tak bardzo wkurwiona, że przechodzi to ludzkie pojęcie.
Sama jestem tym zdziwiona.
Czepiam się ludzi, drobiazgów, zajebanych przez sąsiadów worków na segregowane śmieci. Wkurwia mnie wspomnienie jebanych hukowych petard z sylwestra, które ten jebany sąsiad od zajebanych worków rozpierdalał pod moim oknem, a moje dwa koty z trzech nie wiedziały gdzie uciekać. Trzeci miał wyjebane.
Wkurwia mnie to co czytam.
Wkurwiają mnie moje przypuszczenia.
Wkurwia mnie niemoc i moc.
Wkurwia mnie wszystko co się wylewa zewsząd. Z wiadomości, mediów, ludzkich głów i spod mojej wanny.
Wkurwia mnie to, że nie liczy się nic, co dobre.
Jestem zła do szpiku kości na to wszystko.
Ryczałam.
Ze strachu, niemocy, bólu.
Od kilku dni klnę jak szewc. Nawet w snach.
Nie mogę pojąć.
Nie obejmuję rozumem tej abstrakcji, która się dzieje.
Ja, dla której liczą się fakty i twarde dowody. Widzę co się dzieje i nie rozumiem.

To znaczy rozumiem.
Nic się nie zmieniło.
Szambo wybija, jak wybijało.
Ostentacja i chamska bezkarność.
Ale wierzę, że to się skończy.
Ta cała pierdolona beznadziejna sytuacja.



 

wtorek, 1 stycznia 2019

[394]. Na ten Nowy Rok

Koniec roku to taki moment przejścia.
Niby nic się nie zmienia, ale jednak. Dla mnie to taka winda do kolejnego stycznia i powolne opadanie w kolejnym roku, aż do kolejnego grudnia. Taki slalom od miesiąca do miesiąca.
Nie wiem, czy chce mi się rozmyślać o tym co było, bo przecież niczego nie zmienię. Ale czasem taka analiza przydaje się przy weryfikacji planów.
I tak:
rok temu straciłam pracę, którą lubiłam. Dopadł mnie stres, który zjadł trochę mojego zdrowia i przez kilka miesięcy uwalniałam się od niego.
Pracowałam w kilku miejscach, czasem po 18 godzin. na dobę. Zajechałam się psychicznie i fizycznie.
Ale. 
To był fantastyczny koncertowy rok. Mimo, że nie wszędzie mogłam być, to i tak zobaczyłam i posłuchałam na żywo dużą część moich faworytów. Ciągle mi mało.
Podjęłam najważniejszą decyzję w swoim życiu i zaczęłam je przemeblowywać konsekwentnie. Paszport już jest do odebrania. Na najważniejsze muszę poczekać. I poczekam cierpliwie.
Dzisiaj tradycyjnie słucham Trójki i wspominam. delektuję się setką fajnych utworów, które poruszają coś w środku, bo przypominają mi kawałki mojego życia.
Przy większości ryczę jak bóbr, bo muzyka gra we mnie od zawsze, a kiedy puszczam ją tak głośno jak dzisiaj, to czuję ją wszędzie. Przy niektórych dostaję takiego przypływu energii, że chce mi się skakać. Za to kocham muzykę i nie mogę bez niej żyć.
Plany na ten rok?
Są jakieś. Więcej tego, mniej tamtego, szczypta niepewności, garść doświadczenia, odrobina starego, mnóstwo nowego.
Nie robię postanowień. Wiem czego chcę, a ścieżki ułożą się same.
Wiem, że będzie dobrze.
I tego samego życzę Wam wszystkim.




środa, 26 grudnia 2018

[393]. Szczęście

Są takie momenty w życiu, że opadają ręce.
Mi opadły pewnej mroźnej, grudniowej środy, kiedy odebrałam receptę, a wraz z nią usłyszałam, że:
- nie wiem jak pani to zdobędzie, bo jest ogromny problem z tym.
Zdziwiłam się, ale jeszcze nie przeraziłam.
Sęk w tym, że nie można sobie zamienić na coś innego, bo to szczepionka. Do odczulania.
Rozpoczął się wyścig z czasem, bo muszę mieć ją na początek stycznia, a po drodze święta.
Jeszcze na spokojnie zadzwoniłam do mojej ulubionej apteki, gdzie dowiedziałam się, że:
- Nie nie nie. Nie ma szans. Przychodzi 10, a realizowane są dopiero recepty z września.
Hm. Pomyślałam w swej niewiedzy, że zobaczę w necie. Jest! Jedna sztuka! Popędziłam zadowolona z siebie do apteki, a tam wkurzony pan magister:
- Nie wiem skąd te wiadomości mają na tym portalu, ale nie mamy tej szczepionki od września, nie wiadomo kiedy będziemy mieć.
O innych sugestiach, dlaczego jest taki problem, nie wspomnę nawet.
No to telefon do mamy, bo przecież w tym małym, fajnym miasteczku może jedna gdzieś jest.
Nie ma. Ściana. Nawet zamówić nie można.
W akcie rozpaczy napisałam na swojej wirtualnej ścianie, że szukam.
I wiecie co?
Mam szczepionkę. A nawet dwie. Bo tyle było na recepcie.
Ruszyła taka lawina pomocy, że do teraz nie wierzę, że to się zadziało.
Zaangażowało się tyle osób, części nie znam zupełnie.
Szczepionka przyjechała do mnie z innego miejsca w kraju, przebyła drogę w pięciu częściach, a brało w tym udział siedem osób, sześć lodówek, plus turystyczna.
Druga szczepionka przyjechała z bliższego miejsca, ale to też była kombinacja alpejska, bo tu znam tylko ostatnią osobę, a reszty nie. Do niedawna nie wiedziałam nawet, że taka miejscowość istnieje, o aptece w tej pipidówce nie wspomnę.
Do dzisiaj nie wierzę, że się udało.
Szczególnie, najmocniej, najbardziej, najserdeczniej, naj naj naj dziękuję Dreamu.
Kocham Cię tak, że aż!!!!!!!

piątek, 7 grudnia 2018

[392]. Reorganizacja

Nie wiem jaki procent naszego społeczeństwa nie myśli. Nie ma refleksji nad życiem, swoimi czynami, nad egzystencją.
Wielu, mam nadzieję, że nie większość, widzi tylko czubek swojego nosa, i nie jest to spowodowane dioptriami. Nigdy nie wiem czy plus, czy minus odnosi się do krótkowzroczności. Za cholerę nie mogę zapamiętać jakie noszę okulary. Kiedyś może się uda.
Znam za to osobiście takiego kogoś, choć chciałoby się napisać nikogo. Kogoś, kogo dwunastolatek powala na argumenty. Daje mu znać sarkazmem i ironią, że nie wie o czym mówi.
Niestety, ten ktoś był moim mężem...
I teraz ten ktoś-nikt sprawił, że złożyłam wniosek do sądu rodzinnego o zgodę na przeniesienie w inny wymiar. Ekonomiczny, kulturowy, językowy, klimatyczny.
Czeka mnie kilkumiesięczna wegetacja. Znów nie jest dobrze, ale jest lepiej. Teraz muszę się przeorganizować, przeanalizować, pokombinować.
Będzie dobrze.
A na razie:
Let the power be with me!


niedziela, 25 listopada 2018

[391]. Trudno

Miałam nadzieję. Szczerze, było 99,9% szansy, że się nie uda. No i nie udało się.
I nie, nie nastawiałam się na nie. To zwyczajne realne spojrzenie na fakty.
Nie mogę iść dalej. Przynajmniej na razie. Ale za jakiś czas pewnie tak.
I dlatego jutro składam wniosek do sądu.
Na razie tyle.
Bo jest mi smutno, że nie można zwyczajnie się dogadać. Ale skoro nie, to nie.
Jak ochłonę, to się rozwinę.
Na razie cieszę się tylko, że mój syn nie daje zapędzić się w kozi róg.

piątek, 16 listopada 2018

[390]. Życie

Jak w Madrycie. Chciałoby się rzec.
Ale tak nie powiem. Z wielu względów. Chociaż nie powiem, jest totalne wariactwo, szaleństwo i metoda. Jest odwaga i strach. Za i przeciw. Jest tak jak lubię. Nie to, że nie lubię spokoju, siedzenia pod kocykiem z książką i herbata i nicniemuszenia. Lubię, a wręcz uwielbiam pasjami. Ale ten rok jest szalony. I już mogę powiedzieć, że go lubię. bo kto nie idzie do przodu to nie stoi w miejscu tylko się cofa. A ja вперед!
Po pierwsze:
Nadszedł dla mnie czas podejmowania decyzji, wprowadzania w życie planów, zmian, ogólna metamorfoza strefy komfortu. A raczej, nawet bardziej, opuszczenie jej. Albo lepiej, powolne wychodzenie.
Powolne, bo w tym przypadku nie mogę zrobić hop i już.
Będę o tym pisać, więc dowiecie się co i jak. Na razie grzecznie czekam na przyszły czwartek.
Po drugie:
Nowa praca.
Co mogę o niej powiedzieć? To, że takich właścicieli firm już nie ma. I nie, że to starsi panowie dwaj. Nie nie. Takich ze świecą szukać.
Że jestem wyganiana z pracy punkt 15. Nikt się nie krzywi, że muszę wziąć dzień wolnego, mimo, że pracuję dopiero dwa dni, tydzień, miesiąc. Szefowie z troską pytają, czy wszystko w porządku. Nikt do nikogo nie dzwoni, żeby zapytać, na której półce leży coś. Albo czy to czy tamto jest załatwione. I tu wchodzi całe sedno sprawy.
Na pierwszy rzut oka praca prosta jak konstrukcja cepa. Ale drugi rzut, czwarty i dziesiąty pokazuje, że żeby wszystko sprawnie działało, a działa!, trzeba wbić się w mechanizm działania. Bo wszystkie trybiki muszą...zatrybić. Jeden drobiazg, który może wydawać się mało istotny, jest widoczny dla wprawnego oka i zaburza system. dzięki temu, że tak to działa nie trzeba kombinować, wystarczy wiedzieć gdzie można znaleźć.
Piękne to, ale muszę zapamiętać mnóstwo schematów i nie mylić się. Irytuje mnie to, że czasem czegoś zapomnę. Że jestem wolniejsza niż moja mentorka, bo ja muszę "zbadać element", czyli zrozumieć celowość oraz powiązania.
Podoba mi się ta praca, ale nie wiążę z nią przyszłości. Z dwóch względów: jeden jest taki, że dziewczyna, którą zastąpię wraca za kilka miesięcy, a drugi niedługo poznacie.
Po trzecie: włączyła mi się opcja minimalizm.
Bo po pierwsze. A poza tym zaczął mnie irytować natłok rzeczy, które jeszcze niedawno wydawały mi się niezbędne. Teraz zbieram się do wywalania i przeglądania, mimo, że niedawno to robiłam. Robiłam, ale nie zrobiłam. Czas to naprawić.
Do tego wszystkiego dodam jeszcze tylko to, że dzisiaj i jutro szkoła, w niedzielę wagary, nie pójdę na tokarki, nad czym ubolewam okrutnie, ale będę w tym czasie w stolicy, na koncercie, więc się nie rozdwoję. Jutro za to po szkole idziemy na lodowisko.
A teraz idę spać. Jeszcze się tylko pochwalę, że zadania z pasowania na zaliczenie oddałam pierwsza. Jestem mega szczęśliwa. Nawet nie wiecie jak bardzo.



 

sobota, 3 listopada 2018

[389]. Mordęga

Praca pracą, a tu żyć trzeba.
Tylko co to za życie!
W poniedziałek zmarzłam jak nie wiem co.
Odczuwalna -3, wilgoć, ziąb niesamowity, droga do domu okazała się zdobywaniem bieguna. Prawie.
Za to wtorek...wtorek dał mi popalić na +20, ciepłym mocnym wiatrem, przez co musiałam zdjąć czapkę, no i poszłoooo...
Środę jakoś przetrwałam.
W czwartek obudziłam się z gardłem wytartym papierem ściernym, bólem głowy migrenowym, łzami i ogólnym roztrzęsem.
Czwartek przespałam.
Piątek zaowocował wizytą u lekarza, o dziwo! były miejsca!
Dostałam worek leków. Światłowstręt mnie zabijał, oczy bolały od łez, ale cóż, dwa razy dziennie to dwa razy dziennie. Postanowiłam więc przeczekać do wieczora i psiknąć sobie w nos nowymi jakimiś kroplami.
To było jak...antidotum na wszystko. Jak miód na serce. Jak piękny zachód słońca na horyzoncie. Jak hałas frezarki..wróć!
To był cud.
Po 2 minutach oczy przestały boleć, łzawić i reagować na światło, znaczy mrużyć się. Przestało mnie kręcić w nosie. Odetkał się on był i całą noc trwał w tym cudzie! Co więcej, nie powrócił żaden z objawów kataru. Ani zatkania nosa odzatokowego.
Potem doczytałam, że to lek z rodziny kortykosteroidów. Ciul z tym. Pomogło mi bardzo i jestem wdzięczna.
Został jeszcze kaszel. O niego bałam się najbardziej, bo rok temu zaczęła się moja polka hopka z nietypowym zapaleniem oskrzeli i trwała do kwietnia. A kaszel też przyszedł z takiego durnego miszmaszu temperaturowego. Dlatego też pognałam do lekarza.
Ale kontrola nad żywotem wróciła, jutro już lecę na warsztaty, bo tokarki będą tęsknić. Kolega podesłał mi zdjęcia swoich notatek, więc jest co robić. A w poniedziałek do pracy, rzut na głęboką wodę.
Trzymajcie kciukasy.

sobota, 13 października 2018

[388]. Z drogi!

No dobrze.
Telegraficzny skrót*:
w dalszym ciągu jestem zachwycona kursem. Tym bardziej, że mieliśmy programowanie. I albo ja jestem taki geniusz, albo trafiłam na słabeuszy. Wszystko pierwsza! Najszybciej! Najlepiej!
Nie tak do końca, ale fakt, byłam pierwsza. Zamotałam się w ostatnim zadaniu, ale pogoniłam wykładowcę, który jest z tych, że podchodzi, poprawia i nie tłumaczy. Powiedziałam: nie chcę, ja sama. Pan powiedział ok i sobie poszedł. Na moją soczystą zmemłaną w ustach urwę, kolega, który nie ogarniał, a siedział obok, niestety, powiedział: spokojnie, wyluzuj, po co się denerwować.
Zerknęłam na jego monitor i...fakt, po co się wkurzać, jak ja pisałam już drugi program, a on miał dwie linijki pierwszego.
W każdym razie podoba mi się ogromnie. Nie mogę się doczekać następnych zajęć.
To tyle o szkole, bo nie będę zanudzać.
W międzyczasie zmieniłam pracę.
Bo chyba nie mówiłam, że zatrudniłam się przez agencję na linii montażowej elektroniki. Taki reksio ze mnie był. Po parę tysięcy tych samych elementów trzeba było obrobić.
Fajnie. Ludzie w porządku, ciepło, sucho, sympatycznie. Tylko praca na akord, daleko i nocki.
Mój organizm powiedział stanowcze NO WAY!
Dzisiaj rano zeszłam z ostatniej nocki i powiedziałam nigdy więcej. Zmęczenie fizyczne, psychiczne i nie wiem co jeszcze. Powieki z ołowiu, uczulenie (zapewne na latający w powietrzu nikiel), bo początek sezonu grzewczego tak na mnie działa, a tam grzali. Suche powietrze do tego.
Tak serio to traktowałam to przechodnio. Na jakiś czas, aż znajdę to, czego szukam.
I znalazłam.
Zadzwonił do mnie miły pan, zapytać, czy jestem zainteresowana. Nie bardzo kumałam skąd się urwał, bo moje cv dostał ponad miesiąc temu. Ale ochoczo się zgodziłam. Umówił mnie na spotkanie, na które jechałam tuż po nocce wczoraj. Później przeszperałam wysłane maile, żeby skojarzyć gdzie to ja się pcham. Aż mnie zatchło, kiedy zobaczyłam, że to właśnie to.
Postanowiłam, że będę tam pracować.
Pojechałam więc na spotkanie, po drodze zobaczyłam, że jest biblioteka i pomyślałam, że świetnie, będzie blisko, siadłam przed trzema osobami i zaczęłam odpowiadać na pytania. Cud, że nie usnęłam w połowie zdania.
Najlepsze jest to, że pani wałkowała mnie od strony księgowej. Zapytałam czy mam odpowiedzieć gdzie muszę klikać w programie, czy opisać proces tworzenia dokumentów, bo nie bardzo wiem. Potem przyznałam się, że angielski kuleje, ale jest i dam radę.
Najlepsze było jak panowie mnie odpytywali. Najpierw o pracę, co robiłam itd. Ale ostatnie pytania były o ... moje hobby. A że przez całą rozmowę byłam sobą, tak i tu odpowiadałam co o tym myślę.
Więc pływałam po morzach, narty tylko we Włoszech, a najlepsza rzeka do spływów to Drawa.
I tak mi się wydaje, i myślę, że mam rację, że te trzy ostatnie odpowiedzi zaważyły.
Miałam dostać odpowiedź o tym czy przyjęto mnie, czy nie, za kilka dni. Telefon miałam kilka godzin później.
Także wypowiedzenie złożyłam, i za tydzień idę do pracy. Nowej. Tej, którą chciałam.
I to jest najlepsze podsumowanie ostatniego tygodnia.
Bo nie powiedziałam jeszcze, że mało brakowało, a zostałabym listonoszem. Tylko po rozmowie z naczelnikiem, który uznał, że skoro ze mną rozmawia to już pozamiatane i nie ma nad czym się zastanawiać, intensywnie chciałam tej pracy, do której ostatecznie idę. Myśli mają wielką siłę, a ja myślałam o tym, że nie chcę w mrozie, deszczu, zimnie, gorącu zapierdzielać na rowerze z listami, chociaż bardzo lubię poniższą piosenkę. I pracę na poczcie.
 I tym optymistycznym akcentem kończę na dziś.

(* żartowałam)



czwartek, 27 września 2018

[387]. Jest taki czas

Pewnie wszyscy czekają na to co u mnie. Nerwowo stukają ołówkami w biurka, machają nerwowo nóżką, każdy swoją, obgryzają paznokcie, albo chociaż skórki. I oczywiście boją się wyjść do sklepu po mąkę, bo a nuż w tym czasie Natt coś napisze.
Fajnie jest myśleć, że ktoś czeka, ale wiem, że tylko moja wyobraźnia. Którą z resztą lubię. I nie będę wyprowadzać się z błędu.
Niech będzie, napiszę co u mnie.
Szkoła, jak to opisałam w peanie ostatnim, jest rewelacyjna. Znaczy ja ją tak odbieram, bo nie ma ocen, sami faceci, rozumiecie. Były jeszcze dwie laski (lachony) na samym początku, ale mój osobisty blask spowodował, że w pięć minut przeniosły się do drugiej grupy. Także ten, konkurencji nie ma. Za to jest dziesięciu chłopa. Od podlotków, do poważnych panów, którzy o wędkarstwie mogliby godzinami.
Obiecywałam sobie, że nie, ja nigdy już, nie ma mowy, nie będę kierownikiem żadnego zamieszania i proszę. Musiałam. Nie byłabym sobą. Więc trochę chłopców poustawiałam, założyłam grupę tajną przez poufną i korzystam z atencji.
Ale najważniejsze jest to, że pierwsze zajęcia praktyczne za mną.
Wiecie jak jest.
Prowadzący: - tu jest to, tam przełączacie, tu pamiętajcie o.., tego nie ruszać, tu ustawić i jedziecie. Nie ma ideałów. Więc na początku to Wam nie wyjdzie, jak będzie tolerancja 0,2 to i tak dobrze.
Ja: -( yyyyyyy????)
Prowadzący: - to sobie tu pracujcie, ja zaraz wrócę.
Ja: - (YYYYYY????)
Odwróciłam się do kumpla i błagalnie wyszeptałam: - help!!!!
I co?
Kolega wyjaśnił, która wajcha od czego.
No to Natt, ruszyła. wyczuła luzy, bo te cholerstwa mają mega luzy na pokrętłach.
Po czym skończyła pierwsza. Przychodzi pan Śmieszny (tak nazwijmy prowadzącego) i z przekąsem mówi: - już? To sprawdzamy. Nie ma ideałów, pamiętajcie.
Suwmiarka, mikrometr i...wyraz mega zaskoczenia na twarzy.
- Panowie, proszę do mnie! Proszę uzyskać taką dokładność jak pani Natt. To wasz wzór idealny. Tolerancja mniej niż 0,1.
Drugie ćwiczenie.
Powtórka z pierwszego.
Duma mnie rozpiera!
Normalnie pokochałam tokarki konwencjonalne miłością bezbrzeżną!





sobota, 15 września 2018

[386]. Dreszcz rozkoszy

Ochłonęłam. Wdech-wydech. Żeby się nie zachłysnąć i nie oszaleć z radości.
Całe to zamieszanie ze szkołą, a właściwie kursem zawodowym, uświadomiło mi, że to jest to, czego chciałam całe życie.
Od kiedy pamiętam, a sięgam tak jakieś 41 lat wstecz, milszy był mi zapach smaru w warsztacie dziadka, niż kwiatków w ogrodzie babci. Oczywiście z obu miejsc wyniosłam wiele, ale jednak ten smar..te śrubki..
I tak w końcu, po wielu latach, doszłam do wniosku, że to jest to.
Więc cieszę się na te tokarki i frezarki, jak dziki osioł. Serio!
Zresztą, jak już to byk ma dwa rogi! Dojdzie do tego lada moment kurs z podstaw AutoCada. to moje kolejne marzenie.
W ogóle powiem Wam, że te wszystkie rysunki techniczne, suwmiarki, pomiary, smary i inne przyprawiają mnie o tytułowe dreszcze.
I tak oto, w wieku słusznym, nadrabiam zaległości, bo jak nie teraz to kiedy.
Życie jest piękne!
PS: Znalazł się nauczyciel angielskiego.. Młody nie daje mi spokoju.

wtorek, 4 września 2018

[385]. Sposób na nudę

Początek roku szkolnego. W końcu. Jesień już prawie. W końcu. Chłodne poranki, mgły i pachnie wilgocią.
Lubię to. Teraz mogłabym pojechać w góry, albo nad morze. Gdziekolwiek bym mogła, ale nie mogę.
Bo nie.
Bo praca którą miałam mieć teraz już, niestety nie wypaliła. I żeby nie było, to mnie zapytano, czy chcę i wręcz były naciski, żebym tam przeszła. Wczoraj dowiedziałam się, że może w listopadzie lub grudniu.
Pierdolcie się. Mam inne plany.
Dlatego znów z punktu wyjścia zaczynam od nowa.
Poza tym, żeby sobie trochę namieszać w życiorysie, własnie rozpoczynam kurs. Techniczny. Będę mieć dyplom technika mechanika za jakieś dwa lata. Żałuję, że wcześniej tego nie zrobiłam, dzisiaj miałabym spokój. Trudno. Lepiej późno niż później. Nie zmienia to faktu, że cieszę się jak cholera i nie mogę się doczekać.
Co jeszcze?
Powiem tylko tyle, że marzenia się spełniają i wierzę, że to jedno najważniejsze spełni się lada chwila.





niedziela, 19 sierpnia 2018

[384]. Wolny tydzień.

To był wolny tydzień. Wolny, ale zajęty.
Bardzo fajnie zajęty, bo była moja Sis z dzieciakami. Trochę zgrzytało z chłopakami, ale cóż. Dorastanie. Nie to, że nie mam ochoty zamknąć Młodego w piwnicy i dawać mu suchy chleb i wodę. Mam ogromną ochotę, ale nie mam piwnicy. Niestety.
W każdym razie, tydzień intensywny. Najpierw Wyjście Awaryjne i przeniesienie w czasie do Króla Artura. Udało nam się wyciągnąć Excalibur 5 sekund przed czasem. Zabawa rewelacyjna, dzieciaki zgrały się fantastycznie. To pierwszy i nie ostatni nasz wypad do escape room'u.
Potem zoo, obowiązkowe hambuksy, wizyta w IKEA i w Castoramie. Której już nie lubię na poczet Leroy Merlin'a.
Zepsuła mi się spłuczka. Podtynkowa.
Znaczy ciekła woda. Wkurzało mnie to. Pomyślałam, że uszczelka.
Więc. Odkryłam jak ją wybebeszyć. Oczywiście wujek g. odpowiedział na pytanie jak to zrobić. Bo żywy facet w postaci sąsiada nie bardzo wiedział.
No to wymieniłam uszczelki.
Nie pomogło.
Okazało się, że to zawór co napełnia. W takim razie spędziłam jakieś 4 godziny w podróży tam i z powrotem. Bo tylko w lerua był potrzebny mi sprzęt.
Wymiana potrwała 17 sekund.
Nie cieknie.
Jestem bohaterem we własnym domu!
A wcześniej jeszcze przemeblowałam z Sis mój dom. Dwa pokoje znaczy. Mam teraz sypialnię i pokój dzienny. I mimo, że miało być łyso, bo pozbyłam się szafy z jednego pokoju, jest super.
Uwielbiam mój dom.
A teraz czeka mnie latanie po urzędach, lekarzach, fryzjerach i inne takie.
To znaczy muszę pozałatwiać kilka spraw, zrobić badania na wizytę u endokrynologa, o których zapomniałam miesiąc temu i musiałam przełożyć wizytę i obciąć kudły, bo już mnie wkurzają. Drugi raz nie zapuszczam. Teraz zapuszcza Młody.



wtorek, 14 sierpnia 2018

[383]. Ta ostatnia niedziela...

I to dosłownie.
Ostatnia zmiana, dwanaście godzin, dopadła mnie w niedzielę. Posprzątałam wszystko jak należy.
Ale to nieistotne.
Kilka rzeczy sprawiło, że zapamiętam ją długo. Że będę wspominać, kiedy będzie mi źle.
Klienci żegnali się ze mną z żalem.
Jeden poświęcił pół nocy, żeby ze mną pogadać jeszcze.
Drugi, prawie się popłakał. I dokładnie wiem dlaczego, bo mi o tym powiedział. I też długo ze mną stał i rozmawiał.
Kilku było autentycznie smutnych.
Wielu pytało, gdzie można mnie będzie znaleźć.
Paru chciało mój numer telefonu.
Jeden z nich wyniósł za mnie bez pytania śmieci. Taki pan, który zbierał butelki, żeby mieć na karmę dla psa. I któremu te butelki zawsze przyjmowałam, bo tak. Bo widziałam jak dba o swoje zwierzę. Bo nie pije.
A ja, słysząc co mówią, miałam mega uśmiech na twarzy, bo było mi bardzo miło.
Fajne to było pożegnanie.
Ale najważniejsza w tym wszystkim jest mega ulga, którą odczuwam.
Odczuwa też ją zapewne jedna idiotka, która znów się ze mną pożarła w przedostatni dzień.
Ale nie zamierzam tego roztrząsać, bo to już nie mój interes.

Teraz raczę się wolnym tygodniem. Intensywnym wolnym tygodniem.
Zaczęłam od umycia podłogi w kuchni. znienawidzonego linoleum, czy innej wykładziny. Nie mogłam na nią patrzeć. Mycie zwyczajne nie dawało nic, poza zmyciem ciut warstwy brudu.
Strasznie mnie to irytowało. Doszło do momentu, że postanowiłam sobie, że wymienię to gówno, nie będę się męczyć. Ale ponieważ na razie nie dysponuję wolnymi środkami, to musiałam czymś to umyć.
Rozwiązanie podsunęła Kudłata.
Nie dał rady płyn do okien (tak, spróbowałam!), domestos, płyn do podłóg to porażka, cif odpadał w przedbiegach, woda z octem sodą i kwaskiem cytrynowym tak samo.
Padło więc na płyn do piekarnika.
Śmiechy - chichy (sprawdź czy nie przepaliło do sąsiadów), a on podziałał! Zeszło pięknie, podłoga jest czyściutka, jak się wprowadziłam to taka nie była.

Mam cudownie czystą podłogę, z kuchni nie chce się wychodzić.
A teraz czas na przemeblowanie.
Od jutra powalczę o przestrzeń.


poniedziałek, 6 sierpnia 2018

[382]. Jak co roku

Wsiadłam w pociąg.
Pojechałam w siną dal.
Zawiozłam Młodego do mojej Sis, którą wkręciłam, ale o tym za chwilę.
A po tym wyruszyłam w coroczną podróż do krainy, w której wolność, muzyka i, w tym roku, dużo za dużo słońca.
Pierwsza przesiadka w biegu, a tu pełno w pociągu. Połowa ludzi została na peronie, ale przecież nie ja! Wcisnęłam Młodego, wtarabaniłam dobytek i nawet posadziłam cztery litery na schodach. Dojechaliśmy jakimś cudem do kolejnej przesiadki.
Tradycyjny hot-dog na stacji. Popytałam o przechowalnię bagażu, bo za półtorej godziny miałam wrócić już bez Młodego. Dobrze czasem otworzyć paszczę, bo pani od hot-dogów schowała mój plecak i śpiwór do magazynu.
Żeby nie było łatwo, w mieście rodzinnym miałam cztery minuty na przesiadkę.
Ale żeby było jednak zabawnie, pociąg miał opóźnienie. Jadąc sobie niespokojnie, co sekundę wzrokiem zatrzymując zegar i analizując ile minut mamy spóźnienia, zagadałam do Młodego, że powiem cioci, że zgubiłam wszystko. A tak się złożyło, że zapomniałam zabrać utensyliów typu szczoteczka do szczęki i pasta oraz mokry papier toaletowy, więc poprosiłam Sis o zakup.
Jakoś mimochodem powiązało się to z "zagubieniem" bagażu.
Wjeżdżając na peron zobaczyłam, że mój powrotny już wjechał. Mała mieścina, więc na peronie stoi sekund pięć. Więc (taki zabieg pisarski) wyrwałam z ręki Sis reklamówkę i biegiem po znienawidzonych przeze mnie schodach na drugi peron.
Docierając na szczyt schodów usłyszałam gwizd na odjazd. Więc adrenalinka zaczęła przebierać nóżkami, dzięki czemu dogoniłam panią, której córka biegła za mną. I dzięki temu zdążyłam.
Po drodze zapomniałam i o bagażowej legendzie i o wszystkim, cieszyłam się chwilą, gdy wyrwał mnie z zadumy i durnowatych uśmieszków dźwięk telefonu.
Na początku nie zrozumiałam o co jej chodzi. Ona do mnie jakieś teksty, że nie wierzy, że jestem zakręcona, że oszołom, że ojaciepierdzielę. szybko zajarzyłam o co chodzi, zbyłam że trudno, ale mam szczoteczkę, dopowiedziałam bajkę, że zorientowałam się jak już dojechałam do drugiej przesiadki i że mam kartę przecież, a w lidlu na woodzie można wszystko od majtek po namiot, więc luz, a jak się rozłączyłam, to nie mogłam ze śmiechu wytrzymać.
Skonsultowałam z Młodym wersję wydarzeń i cała szczęśliwa pojechałam na 24 Woodstock. Wróć!! Na Pol'and'Rock Festiwal.
I było jak zawsze super. I gdyby nie to, że upał był nieziemski i odparzyłam i obtarłam stopy w kilku miejscach, bo tenisówki ciut za wąskie, błogość panowałaby cały czas. A tak musiałam wykombinować plasterki, kupić klapki i przemierzać te kilometry z motowioski, bo tam szalałam tym razem.

Zapomniałam dodać, że złożyłam wypowiedzenie tuż przed wyjazdem.
Dzisiaj rozpoczął się ostatni tydzień mojej mordęgi z idiotkami.
Nawet nie wiecie jaka ulga.

czwartek, 26 lipca 2018

[381]. Piszę.

Kiedyś, w 2011 roku, poznałam Kogoś.
Wtedy byłam na pograniczu, bo wyprowadziłam się z domu, zostawiłam, co zostawiłam, rozpoczął się nowy etap.
Skasował mi się blog onetowy, który prowadziłam od 2007 roku. Potem miałam inny na blogerze i to było miejsce wylewania żalu i smutku, bardzo mi potrzebny. Nie mogę się tam już dostać, nie pamiętam hasła, a gmail mnie nie chce wpuścić. Niestety.
Kilka miesięcy po rozpoczęciu naszej znajomości namówiła mnie, żebym pisała.
I wtedy mniej więcej zaczęłam Was poznawać, czytać, a z niektórymi rozmawiać.
A właściwie z jedną osobą. Do której dzisiaj piszę.
Piszę do Ciebie.
Jesteś taką latarnią, która wskazywała drogę, choć nie zawsze się z Tobą zgadzałam.
Ale ta niezgoda zmuszała do weryfikacji, sprawdzenia innych ścieżek, przemyśleń i, co tu dużo mówić, kształtowała, wyjaśniała i pomagała radzić sobie. Ze wszystkim. Emocjami, życiem, przeszłością, teraźniejszością i przyszłością. 
Ogrom pracy nad sobą wykonałam wcześniej, ale szlifowanie załatwiłaś Ty.
To Ty nazwałaś rzeczy po imieniu. To od Ciebie wiem, że jestem DDA. To rozmowy z Tobą pomogły pozbyć się żalu o przeszłość, dzieciństwo i późniejsze życie.
Nie zabieraj mi tych chwil, kiedy mogę przycupnąć na Twojej sofie i popatrzeć. I posłuchać. I kiedy czuję się częścią tego świata, mimo, że daleko.
Nie mów, że to koniec.
Może, tak samo jak mi, wydaje się Tobie, że to nie ma sensu, ale zobacz. Jestem ja, na pewno nie tylko, ale jestem. Czy potrzebuję tego, co piszesz? Tak. Nie po to, żeby wiedzieć, śledzić, grzebać w Twoim życiu. Po to, żeby wyczytywać między wierszami to, co istotne. Przesłanie. Znak. Sygnał.

Całym sercem:




wtorek, 24 lipca 2018

[380]. Strefa (nie)komfortu

Tak się składa, że nie mogę pogodzić się z moją obecną sytuacją. Nie mogę i, przede wszystkim, nie chcę.
Nie zamierzam trwać w pracy, bo o niej mowa, która mnie męczy.
I nie chodzi o zmęczenie fizyczne, bo to nie jest dla mnie problem. Nie chodzi o niewyspanie, kiedy zdarzy mi się maratonik na dwa etaty. chodzi mi o ludzi. I nie, tym razem nie o klientów, a może raczej nie tylko o klientów.
Otóż przyszło mi pracować z idiotkami.
Jest nas cztery. Proporcje idiotyzmu są dwa na dwa.
Bo oczywiście siebie nie uważam za idiotkę, co nie znaczy, że one nie myślą tak o mnie.
Idiotyzm objawia się tym, że mamy własny smrodek, po co go zmieniać.
Tak było i tak jest, to po co ułatwiać sobie życie.
Ale na nieszczęście przyszła do nas, nazwijmy ją dla niepoznaki Sabiną, dziewczyna, która jest mym alter ego. I z wyglądu (mogę na nią zganiać, że to ona nie ja) i z charakteru. Zresztą klienci nas mylą :)
Rozumiemy się bez słów.
Chociaż ja uwielbiam jej słuchać. Jest osobą, której słowa płyną potokiem, a ja ubaw mam przedni.
Będzie mi żal ja zostawić, ale ten związek zostanie na długo.
Ale wróćmy do idiotek.
Idiotki nie mogą pojąć, że można ułatwić sobie życie. Nie kumają, że można mniej niepotrzebnego wręcz wysiłku włożyć w pracę, a i tak będzie grać i trąbić.
Nie chce mi się rozpisywać, w każdym razie ręce opadają.
I w tym wszystkim podjęłam decyzję, że wychodzę z tej strefy (nie)komfortu, a jednak jakiegoś ustabilizowania, na rzecz nowego.
Jeśli nowe będzie do dupy, to poszukam nowszego.
I tak aż do osiągnięcia celu.
I tego od dzisiaj się trzymam.
Bo się już nie boję.

niedziela, 15 lipca 2018

[379]. Waż(o)ne sprawy.

Tak sobie siedzę w tę piękną niedzielę, chociaż już nie pada i nie jest tak jak lubię.
Piękna, bo wolna. Jutro też wolne. Aż nie wiem co z tym wolnym czasem zrobić.
Znaczy wiem, ale nie wiem, czy mi się chce.
Chata wolna, Młody wyjechał, a ja postanowiłam zrobić porządki. I właśnie mi się nie chce.
Pochwalę się troszkę, a co.
Od stycznia jest już 13 kg na minusie.
Duma mnie rozpiera nieziemska. Jeszcze trochę. Jeszcze jakieś 20 i będę najszczęśliwsza na świecie.

Co poza tym?
Zrobiłam przepyszny dżem. Z czarnej porzeczki. No cud miód.
I ... spalił się. Bo poszłam szukać słoików. Bo chciałam go tylko podgrzać. No i poszłoooo.
A wszystko przez to, że wywaliłam wszystkie nagromadzone słoiki, bo...
Właśnie.
Miałam się wyprowadzić. Zmienić miasto. Bo miałam mieć pracę w branży, którą znam. Z ludźmi, których znam. Ale jak zwykle poszło o pieniądze. Ich jeszcze nie stać, a ja nie pójdę na układ z przeprowadzką w nieznane, bez zabezpieczenia finansowego.
Może kiedyś.
Może.
Ale układam sobie wszystko na nowo. Szukam i węszę tutaj. Bo dlaczego nie.
Może już niebawem porzucę moich meneli, chociaż powiem Wam, że chyba będę tęsknić.

To może jednak zrobię sobie ten obiad i zabiorę się za porządki...
A potem zrobię sobie SPA.
I będę leniuchować.
Z książką.
To pa!

poniedziałek, 9 lipca 2018

[378]. Monopol jeszcze raz.

Jakoś to motyw przewodni tego czasu, więc chyba nie ostatni to był raz.
Ale teraz ciut inaczej.

Pisałam o gościu, w którego obronie stanęłam.
Żulernia z samego dna. Brudny, zniszczony, śmierdzący. Nie będę ukrywać i owijać w piękne słowa.
Taki gość ze spuszczonym wzrokiem. Niewyraźnie mówiący. Mówią na niego zombie, bo ciężko mu się chodzi. Osoba, którą na ulicy mijasz odwracając głowę. Być może nawet nie podejdzie po kasę. Nigdy nie widziałam, żeby nagabywał ludzi.
To jedyny klient, przy którym nie mam ochoty warczeć.
Po tamtej akcji zawsze mówi dzień dobry, proszę i dziękuję, mimo że każde słowo sprawia mu trudność. Stara się mówić wyraźnie.
Zastanawiam się czasem, czy tak mógłby wyglądać teraz mój ojciec, gdyby żył.
To przerażające, bo szedł na samo dno.
A jednak bardzo mi go brakuje.

piątek, 6 lipca 2018

[377]. Perypetie w monopolu # część ostatnia.

Dzisiaj nie będzie o klientach.
Dzisiaj będzie ostatnia część o monopolu, bo mam już dość pisania o tym.
Nuda i już.
Dzisiaj napiszę o monopolu od wewnątrz. Bo to ciekawa lekcja interakcji społecznej, naszej polskości, nieczytania ze zrozumieniem, nierozumienia, obłudy i dwulicowości w jednym. Na 20m2.
No to tak.
Zmieniła się kierowniczka. Jedna przeszła gdzie indziej, drugą została taka co pracuje już jakiś czas. Reszta ekipy, w tym ja, od niedawna.
Dygresja:
Lubię sobie życie ułatwiać. Obserwuję i kombinuję, żeby było dobrze.
No więc nowa miotła zarządziła: jak macie sugestie, pomysły, to mówcie. Więc co zrobiła Natt?
Powiedziała.
Raz, drugi, trzeci.
Co się okazało?
Nic mi się nie podoba i się ciągle czepiam.
Zepsuło się to i owo. Poważne to i owo.
Pytam, czy zgłoszone. Bo jedno miesiąc, drugie co najmniej rok, trzecie 2 tygodnie.
Okazało się że się czepiam i sprawdzam kierownicę.
Kolejna rzecz.
Robi się różne rzeczy. Niektóre trzeba robić systematycznie. Zwróciłam uwagę kierownicy, że ta a ta nie robi i że jest problem. Powiedziała: powiedz jej. Powiedziałam raz, drugi, trzeci. W końcu napisałam na naszej grupie.
Co się okazało?
Wprowadzam niemiłą atmosferę, czepiam się i krytykuję.
Do jasnej cholery.
Kudłata mówi, że mam wyluzować i mieć wywalone.
Moja przyjaciółka mówi to samo.
Ja postanowiłam robić co do mnie należy i jednak mieć wywalone. Nie potrafię, bo jak coś może być lepsze, to czemu tego nie zmienić. Ale spróbuję.
Będę próbować, aż się porzygam.
Inna sprawa, że szukam pracy. I jak znajdę to niech spadają.
Klienci się zasmutają, bo ciągle mi mówią, że ta i tamta to są niefajne i oni przychodzą tylko jak ja jestem :)
Dzika satysfakcja.

poniedziałek, 2 lipca 2018

[376]. Nie-obecna

Nie to, że zapomniałam o Was. Nie. Ani nie obrażonam.
Czasu nie mam zwyczajnie.
Napierniczam całymi dniami, bywa, że 17 godzin na dobę, a zdarzyło się i prawie 19.
Oczywiście nie zawsze. Mam też czas na spanie, chociaż szybkie, żeby zdążyć.
Ale i na kino z młodym. I na lody. I na koncerty. I wycieczki do Krakowa, a propos koncertów.
I spotkania, choć też w biegu i niewyspaniu.
No ale co tam. Przyjdzie ten czas, że nic mnie nie będzie gonić.
No to teraz szybkie wieści:
- grono adoratorów rozszerzyło się.
... O Pana Arystokratę, który mnie dokarmia w środku nocy, czyli kupuje dwa wafelki, i jeden mi zostawia. Albo czekoladę. Albo mówi, że mi coś ugotuje. Ale Pana Arystokraty nie przedstawiałam jeszcze. To facet w moim wieku. Nie stoczony, aczkolwiek popijający. Z takich co to "moje włości, spadek, kupa kasy i jestem światowcem". Od początku go nie lubiłam. Za drugim razem dostał zjebkę ale taką, że wióry leciały. Bo kupił zapalniczkę, mimo że "ma setki zippo". I po 3 godzinach, czy nawet pięciu przynosi mi ją rozwaloną, że niby mu taką sprzedałam. Ożesztygnojuwmordękopany. Podziałało to na mnie jak płachta na byka. Wymiana zdań była mega ostra, ale tu mnie zastanawia jedno, bo najgorszym słowem, którego użyłam było "chamski", a z jego strony "impertynencka". Że niby ja. Ale następna wizyta jegomościa była całkowitym zaskoczeniem, gdyż zostałam przeproszona, ucałowana w rękę i dowiedziałam się, że tamta wymiana uprzejmości postawiła gościa na nogi oraz ukazała moją inteligencję. Oraz że mam w sobie coś. I że być może jest zakochany.
... O hydraulika Janusza "przyjmie pani buteleczki?". Powiedział, że się we mnie zakochał. I był trzeźwy. Ma mieszkanie własnościowe. Od tamtej chwili wszystkim mówię, że jestem zajęta. Żeby nikomu nie wpadło do głowy wyznawać mi miłość.
... O ..właściwie nie wiem jak ma na imię, ale powiedział, że jak wyjdzie z szoku, że jestem taka inteligentna, to po mnie przyjdzie i mnie zabierze i nie będę musiała w monopolu pracować. Tylko że następnym razem już tego nie pamiętał.
- Ludzie mi pokazują swoje grafiki. Jeden nawet pracuje 25 godzin na dobę. Nie pytałam co brał.
- Mam posłuch u żulerni. Szczególnie jeden stara się teraz mówić wyraźnie i zaczyna poproszę i dziękuję. A to dlatego, że stanęłam w jego obronie. Stał przy okienku, a ja liczyłam jego drobniaki, bo coś tam kupił. Przyszedł jakiś młody, nabuzowany, naćpany chyba, bo bardzo pobudzony, i drze się na gościa. Nie powiem jak, bo możecie to sobie wyobrazić. Więc wychylam się z okienka i niegrzecznie podnoszę głos w te słowa: czy mógłbyś się uspokoić, gdyż ten pan robi zakupy, a ja liczę pieniądze? Kolejka jest. Gdziekolwiek wstawicie brzydkie słowo będzie dobrze. Po drugim razie chłopak zamknął dziób, bo słyszeli mnie chyba po drugiej stronie ulicy.
- Praca w monopolu wyczuliła moje zmysły i mam alergię na podchmielonych ludzi. Agresor mi się włącza jak się na nich natykam poza pracą.

Lecę spać.
Jeszcze tu wrócę!


piątek, 18 maja 2018

[375]. -

To miał być spokojny dzień.
Wyspałam się do bólu. Takie mam skurcze w łydkach, że nie pytajcie. Na własne życzenie oczywiście, więc nie narzekam.
Wszystko było dobrze. Do czasu. Teraz muszę przemeblować sobie wszystko.
Czasem dostaje się kopa z kierunku, który klika dni wcześniej wydawał się raczej tym stabilnym i wspierającym. Bo wydawało się, że się zrozumienie, że wsparcie, zaufanie i takie tam. I że jakoś się do kupy wszystko składa, mimo, że nie jest i tak różowo, ale jednak jakoś jest.
Chciałoby się lepiej, bardziej, ale nie można. I wtedy ciach. No trudno. Nie takie rzeczy przetrwałam. Potraktuję to jako nauczkę, ale mam też nadzieję, że ktoś zrozumie, co to spalony most.
Że nie zawsze można lecieć z pyskiem i rzygać gównem. Nie zawsze to się opłaca.
I że emocje to sobie można wyładowywać gdzie indziej. Ja nie jestem dziewczynką do bicia.
Może nie zawsze mi się układało i nie wszystko zrobiłam tak jak powinnam. Może popełniłam milion błędów. Konsekwencje odczuwam i będę odczuwać, pewnie do samej śmierci.
Ale to nie powód, żeby tak mnie traktować.


wtorek, 15 maja 2018

[374]. Podryw

Właśnie wtryniam trufle.
Przypomniał mi się smak z dzieciństwa, kiedy to przyjeżdżała z wielkiego miasta (tej wsi, w której mieszkam, nie bójmy się użyć tego słowa, i nie o wieś wsiową, porządną mi chodzi) moja ciotka, chrzestna, i przywoziła trufle. Nie wiem czemu, ale pociągał mnie alkoholowy posmak rzeczonych. Może to jaki omen, skoro pracuję w monopolu. Dobrze, że nie wylądowałam jako degustator. Moja wątroba powiedziałaby stanowcze nie.
I tak sobie truflowo rozmyślam, co napisać.
Poza tym, że wczoraj byłam w pracy jakieś 16 godzin, a na nogach jakieś 20. I nawet nie było tak źle. Ale jakoś o pracy pisać mi się nie chce, bo tam nuda. Ciągle jakieś propozycje matrymonialne. Od coraz młodszych facetów. Ja myślę, że to jest zależne od stopnia nawalenia. Nie mojego, rzecz jasna.
Dzisiaj za to napiszę o Kudłatej.
Kudłata stara już jest. Nie bójmy się nazwać rzeczy po imieniu. Przeżyłam kilku jej facetów, co jeden to lepszy, ale ogólnie nuda.
Za to teraz trafił się egzemplarz bardzo nietypowy. Wręcz anomalia.
Otóż.
Człowiek ten odwiedza miejsce, w którym spotykają się same pomioty szatana (w tym czasem ja, o Kudłatej nie wspomnę i nie opowiem, bo to jest już cała anegdota i w mieście gadają), gdyż leci tam muzyka iście nieanielska, przeważa czerń koszulek, dżinsy, rozwiany włos, ale ludziska miłe i sympatyczne. Za to wyróżnia się z tłumu jako ten ostatni przyjazny dom w Rivendell. Widać go z daleka w tej masie ogrów, choć nie napiszę dlaczego.
No i ten gość zaczął się uśmiechać. Znaczy pewnie to robił wcześniej, choć zmarszczek chyba nie ma, ale to rozpoczęcie uśmiechania ma o tyle znaczenie, że oznacza zainteresowanie moją córką.
Na co po kilku spotkaniach Kudłata dała mu lekkiego kosza typu: poznajmy się lepiej.
Więc nastąpiło wycofanie.
Znaczy właściwie, jakby to ująć..nie poszło do przodu.
I tak, na przykład, Kudłata dostała kocyk, jak na pytanie o to czy jej ciepło odpowiedziała, że zimno.
Film oglądali, tak z metr od siebie.
Kudłatą nosi. Facet zagadka. Ostoja spokoju. Zero spontanu. Powaga prezesa jednoosobowej spółki.
Przy takim nie przeklniesz, nie napyskujesz, nie zrobisz z siebie idiotki, nie będziesz go cisnąć dla beki.
Jak żyć?
Na początek Kudłata odgraża się, że weźmie ze sobą miarkę i będzie przeprowadzać badania na temat zmniejszania dystansu.
Może poskutkuje.
Zupełnie nie mam pomysłu jak rozruszać faceta. Znaczy jak Kudłata ma to zrobić. Podpowiecie coś?



środa, 9 maja 2018

[373]. Koncertowa idiotka

Mam ja w domu piec dwufunkcyjny, który obecnie służy jedynie do grzania wody bieżącej.
Ten piec grzał wodę tak, że nie można było włożyć pod strumień ręki, bo parzyło, a ciśnienie było takie, że wow, łeb mogło urwać. Całkiem serio to mówię.
Ale nadszedł czas, po kilku latach, że ustawienie go na 3 (to wystarczająco gorące, ale w miarę oszczędne) przestało wystarczać. Dziad jeden przestał grzać wodę, nawet piątka nie gwarantowała, że łeb mi nie zamarznie przy myciu. Od razu przypomniało mi się schronisko w Dolinie Pięciu Stawów, kiedy to wskoczyłam pod prysznic, a on kryształkami lodu prawie dawał.
No więc piec nie grzał mi wody, męczyłam się jakiś miesiąc.
Postanowiłam więc wezwać fachowca.
No i przyjeżdża panów dwóch.
Wykładam problem najbardziej zrozumiale, jak potrafię. Było - nie ma. Chcę, żeby było.
Odkręcam wodę.
I co?
Leci gorąca. Na trójce.
Po kilku próbach nie chce być inaczej.
Już mi się odechciało tłumaczyć, bo pan powiedział, że gorętsza być nie mogła, mimo że ja wiem, że była.Minę miał przy tym mówiącą wiele o tytule tego posta.
Piec działa.
Pan pojechał.
Złotówki nie wziął.
Jestem wkurzona.
Idę spać.

PS: Normalnie wzrokiem go chyba naprawił.

poniedziałek, 7 maja 2018

[372]. Perypetie i talerze

No dobrze już dobrze. Mieszkam w domu dwurodzinnym. Na dole sąsiedzi, ja na górze. Całe szczęście muza u nich leci rzadko i właściwie tylko w weekendy. Bo tak to oni już o 21 kładą się spać. Już tak nie krzyczcie :)
Gorsze jest to, że wkręciła mi się jedna cholerna piosenka z monopolu i dzisiaj nawet na widok Ukraińców mi się nuciła.
Bo muszę Wam powiedzieć, że pracuje ze mną pięciu. i zawsze na ich widok, albo dźwięk wymowy, włączają mi się Biełyje Rozy. No tak mam. A dzisiaj ni chu chu.
W monopolu ostatnio było ok. Żadnych ekscesów, poza zbitymi dwiema butelkami piwa i koniecznym w tym wypadku myciem podłogi, ale nie takim zwyczajnym. Piwo wlało się pod butelki z wodą ustawione na podłodze, więc każdą musiałam umyć. W moim małym, ciasnym sklepiku to było równoznaczne z ekwilibrystyką.
Sama praca w monopolu nie jest taka zła. Mam głośniczek, podłączam do telefonu i jestem na koncercie.
Najgorsze jest jednak rozpoznawanie na ulicy mojej klienteli i przez klientelę. a praca w śródmieściu i poruszanie się po nim, niestety powoduje, że prawdopodobieństwo spotkania jest wyższe niż wygrana w lotka.
I tak: schodzę z nocki, idę tunelem na tramwaj, a tam Marianek. Dobrze, że są dwie nitki tunelu, więc zwiałam, bo pewnie chciałby mnie do domu odwieźć.
Dzisiaj idę se na zmywak, a tam kolejny dziad. Rozpoznał mnie, a ja udałam, że go nie widzę. Całe szczęście milczał.
Poszłam na pocztę, a tam pan, co puszcza u mnie lotka. Powiedziałam mu dzień dobry, bo nie kupuje alkoholu, no i mnie poznał.
Ale najlepszy był Mietek.
Mietek to ten co mi płakał i przypominał mojego ojca.
Mietek mnie, delikatnie mówiąc wkur...denerwuje. Poruszył coś czego nie chciałam. Z czym się pogodziłam i co wybaczyłam. A teraz po kilku dniach znajduję coraz więcej podobieństw z tatą. I coraz bardziej się na to buntuję.
Ale Mietek sprawił, że chciałam stać się niewidzialna. Wsiadł do mojego autobusu. Siadł na siedzeniach obok. Ja w okularach przeciwsłonecznych, siadłam bokiem i udawałam czytanie w telefonie. Zaczepił panią co siedziała koło niego. Jak ja zaklinałam rzeczywistość, żeby mnie nie rozpoznał!!
Praca w monopolu to straszna praca. Zaczynam podnosić głos.
Szykuję dla Was drugi cykl opowieści. tym razem o talerzach, tylko muszę poskładać go trochę. Będzie przezabawnie, chociaż nie jest tak wesoło. Ale co się będziemy smucić :)

czwartek, 3 maja 2018

[371]. Perypetie w monopolu #3

Dzisiaj będzie zupełnie inaczej.
Zeszłam z dwunastki i już nie śpię, bo obudziła mnie... Miłość w Zakopanem, w mordę kopana jegomać. Moi sąsiedzi są kochani, bo ratują zostawione na gazie czajniki, budzą mi syna i karmią koty jak jestem na Woodstocku, ale kurde, gustu muzycznego za grosz. Jak nie techno i basy kruszą mi ściany, to disco polo. nie wojuję z tym, bo serio są spoko.
Ale ta mała dygresja dotyczy monopola.
Jest tam pudełko magiczne, które gra. Gra pewną stacją, której nazwy nie wymienię, bo szacunku do niej nie mam od kilkunastu lat, ponieważ w kółko leciała Patrycja Markowska, której nie cierpię.
No i zniosłam jedną noc. Jakoś zajęłam się robotą i zeszło.
Drugą  noc poświęciłam na kombinowanie jak to dziadostwo ściszyć. Udało się. Ale no cóż, jestem taką istotą, że muszę mieć coś grane w tle, bo inaczej tradżik.
No i chcąc nie chcąc słuchałam tych piosenek. po drugiej nocy już wiedziałam jaka jest kolejność, bo co noc leci to samo.
I nastało załamanie. Warstwę muzyczną zostawiam bez słowa. Za to słowo mnie wstrząsnęło i zmieszało.
Oto próbka:
- (...) rozumiesz moje ciapy i złote zęby. (...)
- (...) I nawet kiedy ciebie nie chcę i nawet kiedy już nie mogę (...)
- Ona nie ma majtek, ale nie krzycz, na jednej ma dziarę, na drugiej pieprzyk ( to akurat leciało na zmywaku, reszty nawet nie zacytuję, o cyckach i innych - polski rap)
- Na przeciw wyjdę ci, otworzę każde drzwi, wybaczę wszystko ci, nieważne ja czy ty...
Może coś przeinaczyłam, nie wiem, notowałam szybko, żeby nie zapomnieć.
Naprawdę tak nisko upada to pokolenie? Naprawdę ambitniejsze teksty są ponad siły twórców?
To tylko wyrwane kawałki, ale zapewniam, że całość jest tak miałka i jałowa, że aż boli. Nie wymagam rozprawy naukowej i wzniosłych tekstów dwunastozgłoskowcem, ale do cholery jasnej! Jakaś TREŚĆ. PRZEKAZ.
Wczoraj nie wytrzymałam. Leciał od rana Polski Top Wszechczasów na trójce. Słuchałam i cieszyło mnie obcowanie z MUZYKĄ i TEKSTEM. Postanowiłam zabrać ze sobą głośnik do mojego telefonu. Puściłam radio. Tamto pudło wyłączyłam. Błogość nastała.
A najlepsze, że wszyscy nasłuchiwali co leci. Żule skomentowali Republikę i Lombard. A potem już tylko rock do rana. Balsam dla duszy!
Ale nie samą muzyką człowiek żyje.
Kolejny pijak mnie uraczył życiową historią. Płakał chwilami.
Dla mnie nastąpił powrót do przeszłości.
Przypominał mi mojego ojca. Dokładnie tak zachowywał się tata, kiedy pił. I wyglądał podobnie. Oni wszyscy wyglądają podobnie.
To ciężkie wspomnienie. Jeszcze mam ochotę zbawiać świat. Ale wiem, że nie dam rady.






poniedziałek, 30 kwietnia 2018

[370]. Perypetie w monopolu #2

Cały dzień w pracy. Niedziela.
Rano (skoroświt) mało przytomna wparowałam zmienić dziewczę i od razu same kłopoty. Przywitało mnie rozwalone do końca krzesło, więc tyłek mogłam posadzić tylko na skrzynkach (wygodniejsze niż to krzesło, bo nie lubię siedzieć na wysokich stołkach), potem kasa nie chciała ze mną współpracować, wbijając jakieś dziwne rzeczy, których ja na oczy nie widziałam. Resztką przytomności umysłu (bo spałam tylko 3 godziny, po ciężkiej zmianie na zmywaku) wyłapywałam te dziwności i po kilku soczystych kurwach (nie bójmy się tego słowa, bo ono czasem ratuje i prostuje niektóre rzeczy) wszystko się uspokoiło. Mając w tyle głowy poprzednie manko pilnowałam się okrutnie, bo sorki, nie pracuję po to, żeby spłacać jakieś pomyłki. Manko, jak się dzisiejszego ranka okazało, było urojone, to znaczy wsadziłam kasę nie tam gdzie trzeba, znaczy więcej niż trzeba, więc wszystko jest gitarra i gra i trąbi.
Ale do sedna.
- sprzedałam córkę za 4 miliony
- idę na szampana
- idę na obiad do Sowy
- znam historie 1/3 żuli oraz sąsiadów

Córka poszła za 4 bańki, ale pod warunkiem, że Ukrainiec, który wziął zakład lotka wygra te bańki. Wtedy, o ile moja córka jest tak fajna i ładna jak ja, jedziemy wszyscy na Majorkę i do Hiszpanii. Także ten.
Na szampana idę ze starszym panem, który w zeszłym roku miał wygraną piątkę, a ponieważ życzyłam mu wygranej, powiedział, że jak jestem wolna to on mnie zabierze na szampana, jak wygra oczywiście, i będzie częściej przychodził.
Na obiad do Sowy zaprosił mnie Marianek, który sięga ciut głową ponad ladę, czyli mi tak mniej więcej pod ramię. Marianek to taki żul z zasadami, w miarę kulturalny, czysty i bojowy. Pilnuje tam nas jak kogut kurnika. Jest codziennie sprawdzić czy wszystko ok. W Sowie zna menedżera, który go dokarmia i daje mu kasę czasem, za coś co zrobił Marianek, ale nie wiem za co. Także wiecie.
Jeden żul lubi tylko zarośnięte baby, niegolone. Więc odpadam raczej.
Zaczynam rozpoznawać stałych klientów i wiem co który pije.
Dostałam grafik na maj. Poprzeplatałam go ze zmywakiem i powiem Wam, że jak to przeżyję to będę miszcz.
A przeżyję. Bo jak nie ja to kto.
To tyle.

sobota, 28 kwietnia 2018

[369]. Wszystko się może zdarzyć.

Dzisiejszy post zacznę tak:

Nika! Ty wiedźmo!!

Szłam ja sobie z nocki, ciut podłamana, bo wyszło manko. Takie do przeżycia, ale jednak.
Szłam ja se więc i tak sobie pomyślałam. Wszechświecie! Ja chcę już żyć normalnie! Ja chcę pracę normalną. I chcę nie mieć już problemów z kasą!

I tak se poszłam do domu, szybko spać, bo musiałam wstać 3 godziny później, żeby z Młodym podążyć na odczulanie (na ostatnią chwilę zdążyliśmy). A potem szłam do drugiej pracy, żeby wiadomo, mieć ten hajs, co to musi się zgadzać w końcu. (Dorabiam sobie w mało chlubnym a tak potrzebnym zawodzie. W sumie mogłabym jechać na Wyspy jako profesjonalny pracownik sekcji czyszcząco-odkażającej statki, o tym też napiszę, a co. Lubię się dzielić swoją głupawką i doświadczeniem).
No więc wstaję po tych 3 godzinach ( nie uważacie, że robię za długie dygresje?). 
Sprawdzam telefon.
1 połączenie.

I ciąg dalszy nastąpi.

Na dziś:
Linkin Park - Talking to myself


środa, 25 kwietnia 2018

[368]. Perypetie w monopolu #1

Pierwsza nocka, ba! pierwsza samodzielna zmiana za mną. Nocka spokojna, bez ekscesów.
Obraz społeczeństwa z dzielni:
- 1 rozstanie
- nie mogę spać i tak spaceruję - 1
- ja tu pracuję naprzeciwko co noc - 1
- kilkanaście zakupów standard
- kilka zakupów niestandardowych.

Obserwacje poczynione już wcześniej nie napawają optymistycznie. Wycinek ludzkości odwiedzający mój sklep przejawia tendencje do upadku, staczania się po równi pochyłej w tempie przyspieszonym.
Przerażają kobiety, naprute od rana, ledwo stojące na nogach, udające, że to dla koleżanki.
Przerażają starsze panie, które każdą znalezioną butelkę zwrotną myją i przynoszą, bo emerytury nie starcza.
Przerażają robotnicy, którzy na śniadanie kupują flaszkę i popitkę. 
Przerażają wstydliwi panowie, jeszcze eleganccy, ale chowający pośpiesznie w aktówkę mini flaszkę, lub dwie.
Nie żebym tego nie wiedziała wcześniej. Wiedziałam. Ale dopiero styczność z tym osobista daje emocjonalnego kopa.
Na przykład taki pan, który kupuje piwo, żeby zagłuszyć niemiłe uczucie po gastroskopii. "Bo ja mam rozwaloną wątrobę, to się przyczepili i mnie z każdej strony teraz badają". Wyniki gastro mi pokazał. Nie wygląda dobrze, ale ja się nie znam. Pan trafił na SOR i od tego czasu jest badany na wszystkie możliwe sposoby. Prawie na cito. Nie czeka pół roku, czy dwa na rezonans. Bo ten typ nie pamiętałby za tydzień, że ma gdzieś iść na badania. Sprawiedliwość? Hm. Powiedział, że nie powinien pić i zaśmiał się diabelsko.

Rozstanie zaznaczyło się piwem, które dziewczę nosiło w kieszeniach. Przyszło dwa razy, "bo wie pani, koleżanka się rozstała, a ja tylko donoszę". Na pytanie, które chyba było już za trudne, czy na smutno czy na wesoło się rozstała, dostałam odpowiedź, że na pijano. W sumie logiczne. 

Zakupy niestandardowe to kubuś malinowy i czekolada, gdzieś tak o drugiej w nocy.

Ale też żeby nie było tak niefajnie: mam adoratora!
Zrobił zakupy i mówi, że w sumie to chciałby jeszcze coś. Ja, zupełnie nieświadoma, wiecie, już północ minęła, pytam co jeszcze podać. A ten: numer telefonu. Zatkało mnie, zaczęłam się śmiać i mówię, że się zastanowię (sic!). Powiedział, że cierpliwie poczeka, bo on tu przychodzi co noc i pracuje po drugiej stronie. Tak jakby strzał w kolano.
Niestety, zakupy pana nie napawały optymistycznie co do jego przyszłości i zarazem mojej, więc raczej nie stanie w konkury. Poczekam na innego księcia z bajki.

To tyle z pola boju. 
Dzisiaj powtórka z rozrywki.
Trzymajta kciuki.


sobota, 21 kwietnia 2018

[367]. Opowiem Wam bajkę...

O tej ogromnej ilości miejsc do pracy i o tym, że pracodawcy prześcigają się w ofertach dla pracowników.
To wszystko to bajka. Bujda na kółkach.
Wysłałam całe tony cv, na stanowiska różnorakie, zgodne z moim wykształceniem, wiedzą, doświadczeniem, wiekiem, umiejętnościami, poniżej powyższych, a nawet dla beki powyżej. A może nie dla beki, a z rozpaczy.
W końcu rzutem na taśmę, poszłam z żółtą teczką w miasto. Jak nie chcą mnie tam gdzie ja chcę, to pójdę, gdzie mnie zechcą.
I tak spacerowałam ulicami, wypatrując na szybach ogłoszeń. Nie jestem spawaczem, operatorem cnc, koparki, ani walca, nie jestem murarzem, tynkarzem i akrobatą. W końcu trafiłam na monopolowy. I nie żebym z rozpaczy poszła po flaszkę, ja nie zapijam smutków. Było ogłoszenie.
Żeby było śmieszniej, moje cv w tej firmie już leżało od dobrego miesiąca.
Zadzwoniłam pod wskazany numer. Po półgodzinie kobieta oddzwoniła i na drugi dzień już byłam w centrum działań, czyli w mikro monopolu, obsługiwałam towarzystwo i cóż. Mam pracę.
Jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma.
Także na dzielni, od poniedziałku rządzę ja.
A na nocnej zmianie dużo czasu na naukę języków. Taki mam plan.

A to moja ferajna, dzieło własnoręczne, stworzone nie tak dawno na pierwszych ever zajęciach z ceramiki.
To, jak zauważyliście zapewne, kolorystyczna niewiadoma, czyli, szkliwimy, ale właściwie efekt będzie nieznany, bo nawet jak powiedzą, że turkus, to nie wierzcie. Poza tym będą z tego magnesy na lodówkę może, albo nie wiem jeszcze co.
A, i wibrys się zaplątał i też możecie sobie obejrzeć :) Po prostu moje koty mówią: nic o nas bez nas!



wtorek, 17 kwietnia 2018

[366]. How can I speak??

Jak nauczyć się gadać, żeby się nie wstydzić popełnić błędu?
Jak wydukać zdanie, nie półsłówkami, tylko normalnie, nawet jak szyk jest poprzestawiany, ale w końcu Kali zrozumieć?
Co z tego, że we łbie wsio perfekt. Rozumiem, wiem co chcę powiedzieć, a nie wydalam z siebie zdań.
Kiedy mam odpowiedzieć na pytanie - w czaszce pusto. Nawet mózg mi się chowa.
Odpowiadam pojedynczymi słowami, bo mam taką blokadę, że bania mała.
Już było lepiej, ale się skiepściło.
Bo Młody śpiewa po angielsku bez problemu! Bo gada! Bo rozumie! Bo nawet się nie uczy!
Ja go kurna nie widziałam nad słówkami. Nad nauką języka. On go po prostu umie. ma same piątki i czwórki.
Wyśpiewuje mi tu punk-rockowe szlagiery w języku Szekspira i nie ma z tym problemu.
Ja owszem, wyśpiewuję - w myślach.
Ratujcie!
Jak to zmienić?
Zrozpaczona
Dane do wiadomości redakcji.

Fluff it!

PS: Przyszła koza do woza.

Na dziś:
Creed - My sacrifice
A tak mi zagrało.


sobota, 14 kwietnia 2018

[365]. A było tak pięknie..

Było i się zmyło.
Dzisiejszy dzień to porażka na całej linii. Właściwie to jego końcówka jest dla mnie okropna.
Czasem byle drobiazg potrafi doprowadzić do szału. I tak też się stało. Drobiazg.
A właściwie nie. Kurwa mać, nie drobiazg. Własnie, że nie.
Staram się wychować tę bandę gówniarzy na normalnych ludzi. Staram się i zwyczajnie mi nie wychodzi. Opcje są takie: a) nie nadaję się na matkę, b) gówniarze nie nadają się na moje dzieci, c) to nie moje dzieci.
Wszystkie moje pogawędki i ustalenia działają chwilę. Może tydzień. Wtedy jest jak być powinno.
Potem znów jedno wielkie gówno, ja rzucam kur..zaklęciami na prawo i lewo, robię czego nie powinnam, aż znów wybucham.
I właśnie jest znów.
Ale ja już mam serdecznie dość. Naprawdę. Mam ochotę spakować towarzystwo i wysłać w pakiecie ojcu. Niestety, jedno jest pełnoletnie i ma to w dupie, a drugie nie chce.

Niech mnie ktoś przytuli!!

środa, 11 kwietnia 2018

[364]. Popierdółki

Jako widnieje na pasku po prawej, tako mnie ogarnęło. Już mówię jak to było.
Jestem chomikiem. Albo nie. Jestem oszczędna i przewidująca. Albo nie. Jestem gromadzącą graty, bo się przyda się.
Mam tego .. dużo. Teraz stanowczo mniej, niż nie tak dawno, ale jeszcze sporo.
Kiedyś w ferworze zmian, chęci ogarnięcia chaosu oraz odstresowania po pracy, zakupiłam zestaw dwóch książek. Jedna to Magia sprzątania, a druga Tokimeki. Zapewne ta druga jest o układaniu, ale jeszcze nie wiem, bo nie dotarłam jeszcze do końca tej pierwszej.
Zabrałam się za lekturę ochoczo, oczekując niejako, że z kart książki wyjdzie sama autorka i mi zrobi porządek. No może nie do końca tak było, ale spodziewałam się piorunującego efektu, blasku zwycięstwa i wieńca laurowego.
Nic z tych rzeczy.
Po pierwsze, najpierw książka mnie znużyła.
Po drugie przestałam się z nią zgadzać natychmiast.
Po trzecie obraziłam się za brak efektów.
Odkładałam i wracałam. Czytałam po kilka stron i znów rzucałam w kąt.
Zrobiłam porządek w ciuchach. Fakt. I w schowku, w którym czort by nogi połamał, bo nie dość, że tam są schody (nie tak monumentalne jak splagiatowany pomnik, ale zawsze), to jeszcze sufit jest prawie na wysokości kolan. Schowek służył do tego, żeby chować tam wszystko, co akurat zalega, niepotrzebne i nie ma na to miejsca w domu. Jest tam też okropny, toporny regał na przetwory, i z niego jestem zadowolona. Schowek ma też tę zaletę, że zimą tam zimno, i wadę, że w lato tam gorąco. Bo jest tuż pod dachem. Zupełnie jak pokój Kopciuszka.
Ostatnio jednak dojrzałam ciut. Przeczytałam książkę prawie do końca. I zaczęłam sukcesywne żegnanie się z przyda-się-kiedyś. Jest to proces długotrwały i bolesny. Bo ja się boję, że będzie jak zwykle: wyrzucę, a potem się okaże, że potrzebuję.
W każdym razie walka z materią idzie mi nieźle. Ze schowka wytrzaskałam dwa wory słoików.
Z moich skarbów kilka worów różności.
I postanowiłam, że pozbędę się wszystkich popierdółek, które mi zalegają, a ja nawet nie wiem gdzie. Ba! ja nawet czasem nie wiem, że je mam!
I żadna czekolada więcej mi się nie przeterminuje na półce!



czwartek, 5 kwietnia 2018

[363]. Walczę

Nie nie, zbroja wisi na kołku, miecz leży w schowku i rdzewieje.
Wróciła ta zaraza, która już sobie poszła i dała mi spokój. Nie wiem kto mi tak źle życzył, ale po tygodniu swobodnego oddychania, spania i życia musiałam odwiedzić mojego ulubionego lekarza w celu uzyskania recepty, osłuchania i określenia co to za menda nie daje mi spokoju.
Więc. Jak leżę na lewym (!) boku, to mi bulgocze. W oskrzelach. Myślałam, że to dziura po sercu, bo przecież nie mam serca, albo może dziura w płucach, ale nie. Kaszel od poniedziałku jest taki, że umarlaka by obudził, dlatego nie udzielam się na cmentarzach, bo byłby Świt Zombie. Jak nic.
Umarlaka, jak umarlaka. Ja zasnąć nie mogłam! Dopiero wczoraj, jak wytargałam wszystkie poduszki wolnego stanu i ułożyłam w stos, wypróbowałam różne pozycje. Z poduszkami łatwiej, tu podłożysz, tam niżej. No i wyszło: jedynie na wznak. Na boku lewym bulgocze i nie można złapać tchu, na prawym lepiej, ale po minucie jest już tyle do odkaszlnięcia, że najpierw lecą ...rwy, a potem kaszlę. I tak przespałam prawie całą noc. Ja myslę sobie, że poduszki to jedno, ale mleko z czosnkiem i miodem to drugie. A trzecie to sinupret, o którym za chwilę.
Poszłam się poskarżyć panu doktorowi. Bo tak naprawdę to tym razem to co innego. Leciało mi z zatok takie żrące coś. Podrażniało gardło. I kaszel. No i tak się baktery zagnieździły w oskrzelach, gdzie słychać coś na wydechu. nie wiem jak on to słyszał, ten mój doktor, bo wdech - kaszel, wydech - kaszel.  Żeby nie było: głowa nie boała mnie nawet przez chwilę, nie wspominając o uciskach, zatkanym nosie i innych objawach. Jak wyczułam to lecące wczoraj, to wygrzebałam z czeluści reklamówki przeznaczonej do zwrotu w aptece ten sinupret. Sprawdziłam datę i powiem szczerze, że albo jeszcze rok jest ważny, albo od 3 miesięcy już nie. Pomógł, bo mi się nic nie klei do gardła, a zażyłam na własną odpowiedzialność. Nie krzyczeć.
Diagnoza: atypowe zapalenie oskrzeli.
Antybiotyk. 
No to dogorywam w domu, ale już mnie nosić zaczyna.
Na to wszystko Kudłata:
- Ty nie możesz normalnie jak każdy?? Nawet zapalenie oskrzeli musisz mieć nienormalne??
Także ten.

A wędlinka wyszła taka pyszna, że mamy dzisiaj czwartek, w poniedziałek zdjęłam ją z haka i...jest mały ogarek. Zeżarli. A miałam taką nadzieję, że nie lubią.
Poprawka: nie ma. To własnie prawie wydarłam dziecku z gardła, żeby strzelić fotkę..