niedziela, 6 lipca 2014

[291] Podróż

Mogę napisać post. Bo w końcu przestałam się pocić.
Nie nie, żadne środki przeciw potowi, ani nic. Zwyczajny prysznic, brak tego cholerstwa na niebie, co to daje czadu od kilku dni i lekka, zwiewna szmatka na mnie.
Skąd ta radość?
Wiecie, rozumiecie. Nie znoszę tej pory roku, której nazwy nie wymienię z czystej nienawiści do takich niespodzianek, jakie zgotowała nam - dosłownie!-od piątku.
A że nastąpiła kumulacja różnych takich, to i ja się zagotowałam. Dosłownie. Wiecie w jakiej temperaturze zaczyna wrzeć woda w komórkach? Ja nie wiem, ale na pewno osiągnęłam tę granicę.
W piątek wyjechałam. W samochodzie popsuła się klima, ale nie będzie naprawiana, bo po co. Może kupi się nowy samochód. Ok, mi to wisi, ja tam tylko prowadzę.
Ale po pół godziny jazdy wymiękłam i dzięki temu dwa dni przeżyłam na prochach od bólu głowy.
Samochód to pikuś, się okazało. Zawsze można stanąć, wejść do takiej biedry, pokręcić się przy mrożonkach i wyjść. I tak od miasta do miasta, aż na południowy zachód. Ale kiedy dotarłyśmy na miejsce okazało się, że sala, w której egzystować nam przyszło przez dwa dni (całe szczęście tylko po kilka godzin) jest równie paskudna jak zjawiska pogodowe na zewnątrz, a nawet bardziej, bo po wyjściu na chwilę w celu przewietrzenia/wysikania/spłukania potu z twarzy, powrót na salę okazywał się ... trudny. Tak samo jak przejście przez mój niegdysiejszy przedpokój, kiedy to odwiedzało mnie kilku kolegów, a zdjęcie przez nich butów oznaczało w tym przypadku....niesamowite wrażenia zmysłu powonienia. Że tak delikatnie to ujmę.
A propos, na ten temat zmówiłam się z moją kumpelą, u której spałam, a z którą łączy mnie wspólny prawie facet. Obgadałyśmy go właśnie pod kątem tychże śmierdzących, nazwijmy to po imieniu, skarpetek i obuwia. Pół drogi śmiałyśmy się z tamtych czasów. A właśnie. Nie wiem czemu chłopaki nie zwracali uwagi na taki drobny szczegół, jak zmienianie skarpetek. Na czyste. Po wcześniejszym umyciu nóg.
Ale do brzegu.
Taki właśnie cap, z kilkudziesięciu ciał, bo ludzi przewijało się tam sporo, witał w progu. Więc zaczerpnij powietrza i się zanurz, albo nie wchodź. Niejako służbowo musiałam wejść, więc wyjścia nie było. (Znaczy wyjście było jednocześnie wejściem, z technicznego punktu widzenia, ale to chyba nie o to mi chodzi w tej chwili). Ale co jakiś czas, różne dobre dusze mówiły: idź stąd, wyjdź, bo wyglądasz jakbyś miała zemdleć.
W każdym razie spędziłam, summa summarum, bardzo fajny, twórczy, poznawczy, świetny weekend.
No i trzeba było dzisiaj wrócić. Ten sam samochód, bez klimy. Ta sama droga. Masakra. Duchota, otwarte okno nie pomagało. Dwa razy ratowałam się postojami, jeden z kimaniem w lesie i pożeraniem jagód z krzaczków. Drugim, w celu pokręcenia się przy rzeczonych mrożonkach.
Ugotowałam się wielokrotnie. Prawie czułam, że mi gwiżdże czacha, zupełnie jak czajnik.
Wieści z trasy: punki już idą do Jarocina. Jednego takiego, bardzo zmęczonego i zmaltretowanego widziałam pod Jarocinem. Piękny widok. Myślę, że jak się spręży, to dojdzie na czas.

Plany wakacyjne na razie idą w odstawkę. Czekam na info CZY zostałam zakwalifikowana na kurs ( tak tak, jeszcze nie wiem!). Mają czas do 15.07, żeby mnie poinformować. Żeby było śmiesznie, kurs zaczyna się 16.07. Pierwsza tura. Szlag mnie trafia. Ale trudno. Widocznie ułożenie sobie planów wakacyjnych, sobie względem małego dziecka, nie przysługuje osobie bezrobotnej.
Ale i tak pojadę na wakacje. Nie ma bata.

Na dziś:
KSU - Za mgłą
Raz, że lubię. KSU to moja młodość.
Dwa, że Kudłata wróciła dzisiaj z koncertu z okrzykiem: Siczka na mnie patrzył!!!!
Trzy. Chcę tam pojechać. Połazić. I zostawić za sobą to co niepotrzebne...



poniedziałek, 30 czerwca 2014

[290] Lubię poniedziałki

Tak tak. Nie pomyliłam się ani o jeden dzień.
Zresztą.
Ja lubię cały tydzień bez wyjątku. To z powodu nadmiaru optymizmu i ten nadmiar jest bardzo pożądany i witany z uśmiechem.
Dlaczego poniedziałki, ktoś zapyta. A no bo tydzień wziął się do galopu. Rano urzędy. Nuda. Potem wiadomo. A po południu dwa spotkania. Taka mi się ustrzeliła kumulacja.
Pierwsze spotkanie było, że tak powiem, zatwierdzone i ustalone, legalnie umówione na konkretny dzień i godzinę.
Spędziłam niesamowity, ale stanowczo za krótki czas z Gają z Plantacji Pozytywnych Myśli. Bardzo, ale to bardzo bardzo lubię spotykać takie zakręcone, pozytywne osoby. Szybko znalazłyśmy punkty wspólne, nie było niewygodnego milczenia i mam nadzieję na niejedno jeszcze spotkanie. A że było tak swojsko niech potwierdzi jeden szczegół. Z tego wszystkiego Gaja pomyliła drogę :))
Potem poszłam na kolejne spotkanie, które miało mieć miejsce jutro. Trochę pokrzyżowało mi to plany, bo zrobiło się mniej czasu na pogaduchy z Gaja, ale cóż. Drugie spotkanie było jakby zagraniczne, trochę czasowo niezależne ode mnie i nie mogłam go przełożyć. Za to bardzo treściwe, wyściskane, wycałowane i słodkie. Tylu tematów w ciągu 2 godzin nie udało mi się chyba z nikim poruszyć. Ale to, po latach, okazuje się być taka konstelacja, której nie oddałabym za nic. Śmiało mogę powiedzieć o przyjaźni sprzed lat. A dokładnie z podstawówki. I ta przyjaźń rozwija się, a nie zwija z powodu odległości.
A jutro dalszy ciąg szaleństw.
Spotkanie, które zwykle odbywa się w weekendy. Do tego mnóstwo pracy.
Jak ja to lubię!!!
I na jutro planuję Kariokowego śmietanowca. Ciekawa jestem efektu.


Na dziś:
Sabaton - Primo Victoria
A to dlatego, że lubię chłopców ze Szwecji. Oraz dlatego, że mój Młody chodzi i spiewa wszystkie ich piosenki.


sobota, 28 czerwca 2014

[289] Wakacje

Rozmowa z wychowawczynią odbyła się tuż przed apelem. Wyjaśnienia padły z dwóch stron. Może zbyt emocjonalnie podchodzę do uwag w dzienniczku, bo jest ich trochę, i są o pierdoły, moim zdaniem. Ale po moim jednym wpisie, pod głupią uwagą....dostałam na koniec od wychowawczyni dyplom za całokształt pracy na rzecz klasy... Trochę to dziwne, ale no cóż. Dodatkowo naświetliłam jej sprawę z nauczycielem, o którym pisałam. Niestety, potwierdziły się moje obawy. Z dyrektorką nie miałam możliwości porozmawiać, bo mimo, że przez dwa apele siedziała obok niej, nie było okazji. Ale porozmawiam, bo będzie spotkanie z dyrekcją w lipcu.
Co do innych decyzji, odłożyłam je w czasie, po głębszym przemyśleniu. Nie będę działać pochopnie. Rozsądek wziął górę nad chęciami. Możliwości też muszę brać pod uwagę. Tak więc na wszystko przyjdzie pora.
Odetchnęłam z ulgą po tym końcu roku. Wkopali mnie w dwa przemówionka, pierwsze wyszło lekko spięte, w drugim się rozkręciłam, pod koniec dnia wkręciłabym pewnie całą widownię do wspólnego klaskania. A tak naprawdę, ulżyło mi, że na trzecie zjawił się już sam przewodniczący, więc zdjął ze mnie ten obowiązek. Strasznie nie lubię oficjalnych przemówień, chociaż przez dwa lata podstawówki prowadziłam apele w szkole.
Teraz dwa miesiące laby. Czas wymienić dętki w moim rowerze, podokręcać różne części w rowerze Młodego (a propos, muszę pomyśleć o większym wehikule dla niego, bo ten się zrobił ciut przymały, nie ma ktoś do odsprzedania?...) i będzie można śmigać.
Wszystko będziemy ustalać na bieżąco. Taki wakacyjny spontan.

Na dziś:
Metallica - Unforgiven II






czwartek, 26 czerwca 2014

[288] Czas

Doszłam do punktu, w którym zbiegają się różne rzeczy. Muszę podjąć decyzje, które wpłyną na moje życie, ale nie za bardzo. W każdym razie jest to czas na ich podjęcie.
Będę musiała poinformować o nich kilka osób i tego obawiam się najbardziej. Reakcji.
Z drugiej strony wiem, że prędzej czy później, będę zmuszona i tak to zrobić. Teraz chcę, bo sprzyja temu czas i zebrane w jedno sprawy, które rozwiązać i poukładać muszę.
Zastanowię się jeszcze nad wszystkim.
A jutro koniec szkoły.
Dzisiaj dowiedziałam się, że jeden z nauczycieli (opiekował się dziećmi w świetlicy) nie zareagował, kiedy kilku chłopaków uwzięło się na mojego syna. kiedy miało to miejsce, Młody powiedział tylko o szturchaniu. Że pan grał sobie w piłkę i kiedy Młody próbował mu powiedzieć o tym co się dzieje to go odganiał.
Dzisiaj dopowiedział co próbowali zrobić wtedy tamci "koledzy".
Zagotowałam się.
Idę z tym jutro do dyrektorki.
Nie odpuszczę. Tym razem będę tym szurniętym rodzicem, który stanie murem za dzieckiem i będzie wymagał. I będę się kłócić z każdym, kto stanie mi na drodze. A jesli to nie pomoże, pójdę z tym do kuratorium.
Koniec.

Dzisiaj muzy nie ma. Dzisiaj jest wk..rw.

sobota, 21 czerwca 2014

[287] Tak to tak, nie to nie

Mówi się, że to kobiety nie wiedzą czego chcą, że stosują niedopowiedzenia w stylu 'bo tak'.
A co, jeśli spotka się faceta, który zaczyna temat, a potem wykręca się od odpowiedzi?
Zastanawiam się po cholerę jaką zaczyna.
Jestem z tych, co albo mówią, albo nie. Jeśli nie mam ochoty o czymś mówić, myśleć, szukać pomocy, to zwyczajnie nie otwieram buzi i nie gadam. Czasy 'domyśl się' zostawiłam za sobą dawno temu, kiedy zrozumiałam, że nikt w moje głowie nie siedzi. I że nie domyśli się, kiedy nie powiem jasno o co chodzi. Nie ma czytania z ruchu brwi, z błysku w oku (no może w niektórych sytuacjach), ze zmarszczonego czoła, westchnienia i innych oznak, że coś nas gnębi, albo czegoś chcemy. Oduczyłam się tego skutecznie, bo tak samo ja nie siedzę w czyjejś głowie. Nie chcę już więcej rozkminiać o co chodzi, nie chcę wyskakiwać przed szereg z próbą czytania w myślach, nie chcę tego, bo zwyczajnie mnie to męczy. Lubię jasne i klarowne sytuacje. Lubię wiedzieć, że tak to tak, a nie to nie. I taki sam jest przekaz z mojej strony.
I pewnie dlatego nie znajdę faceta, bo który - mimo całego tego problemu ze zrozumieniem kobiety - nie lubi tajemnic, niedopowiedzeń..

Ale tak naprawdę wierzę, że może jednak, kiedyś, ktoś w końcu nie powie mi: wiesz, jesteś fajna laska, ale wolę inną.


Na dziś:
Godsmack - One Rainy Day
Niezmiennie uwielbiam. Czekam na jakieś urodziny czy coś. Może sobie zrobię prezent :)




środa, 18 czerwca 2014

[286] Procenty

Dzisiaj doznałam wielokrotnego zaskoczenia. Całkiem przyjemnego. Wręcz bardzo pozytywnego.
I wszystko za sprawą Kudłatej.
Były kiedyśtam testy gimnazjalne. Patrzyłam jak się nie uczy. Zwyczajnie nie zaglądała do książek, no ok, przed fizyką i chemia coś tam zajrzała, ale to było raz, czy dwa. Stoicki mój spokój wynikał z tego, że zmusić jej nie mogłam, co miałam powiedzieć, to powiedziałam. Zresztą to jej testy, nie moje.
I zdała te testy.
Bardzo dobrze zdała. Za przykład podam ino polski i angielski, gdzie zdobyła najwyższą krajową z polskiego - 97% - nikt nie miał więcej, 98% z angielskiego, bo zrobiła jeden błąd.
No jak mam nie być dumna?
Jestem, i to jak!
Inna rzecz, której w życiu się nie spodziewałam, to taka, że w ciągu trzech lat uciułała niezłą sumkę z kieszonkowych. Bardzo niezłą. Domu za to nie kupimy, ale będzie to niezły zastrzyk finansowy. Dziecko dodatkowo postanowiło podzielić się ze mną po połowie.
Zaliczyłam totalny szczękoopad. Pierwszy raz w życiu nie wiedziałam co powiedzieć.
A Młody nie przyniósł dzisiaj uwagi i też jestem dumna, bo ostatnio szkoła działa mi na nerwy, a szczególnie jego wychowawczyni, popularyzująca donosicielstwo. Jeszcze sobie z nią porozmawiam.
Ale żeby tak nieprzyjemnie nie kończyć to powiem Wam, że moja Sis dzisiaj ma urodziny. Ale toaścik wypijemy jak już stanie na rodzinnej ziemi.

Grattis på födelsedagen

zdjęcie z sieci.

niedziela, 15 czerwca 2014

[285] Truskawkowy

Własnie kończę pasteryzowanie ostatnich słoików z dżemem truskawkowym.
Wyszło mi ich 27.
To duży postęp, patrząc z perspektywy na zeszły rok, kiedy to truskawki kupiłam raz i to chyba 2 kilogramy. Na więcej nie było mnie stać. A dzisiaj truskawki wychodzą nam bokiem. Wczoraj miałam w repertuarze jabłecznik z...truskawkami (tak tak, tamten mój jabłecznik, ale z truskawkami zamiast jabłek), ciasto drożdżowe z truskawkami (wypiek koleżanki), truskawki ze śmietaną, i nawet druga koleżanka przyniosła sałatę z serem pleśniowym z...truskawkami.
Na co mój kochany syn, obżerając się ciastem i truskawkami z bananem rzekł:
- Co za kompozycja smaków!
A dzisiaj chciałam zrobić pierogi. W ostatniej chwili opanowałam się i zrobiłam ruskie. I to był dobry ruch, bo przyszła Kudłata i mówi (ze strachem w oczach):
- co jest do jedzenia?
- pierogi
- tylko nie mów, że z truskawkami.....

Nie no, aż taką sadystką nie jestem.
Z truskawkami będą jutro.



piątek, 13 czerwca 2014

[284] Powrót

No więc wróciłam.
Na rynek wtórny.
Nie wiem dlaczego, ale kiedy oznajmiłam mojej mamie, że jestem rozwódką i wracam na rynek wtórny, to zaczęła się śmiać i powiedziała: - wariatka.
W każdym razie.
Wyrok jest, ale do uprawomocnienia daleka droga.
Pewnie były małżonek odwoła się, a że się odwoła to przypuszczam, że wiem na pewno. Już samą nieobecnością na odczycie wyroku gra na zwłokę. Ale cóż. Cierpliwie poczekam.
Jak się czuję? Bo pewnie niektórzy chcieliby wiedzieć.
Czuję się... zwyczajnie.
Dzień był fajny, spotkałam się w dwiema osobami. Z obiema wyściskałam się i nagadałam. Chyba częściej będę robiła takie wypady. Przejechałam się poznańskim metrem. Pochodziłam po Ikea (o matko! jak ja to lubię!!), dostałam rozwodowy wazon (kiedyś taki mi stłukła Kudłata) i kupiłam sobie latarnię. Też z okazji.
No i wróciłam.

Na dziś:
Nelly Furtado - I'm like a bird
Podoba mi się klimat tej piosenki.



środa, 11 czerwca 2014

[283] A jutro...

To już jutro.
Długo oczekiwany dzień.
Jak wrócę to napiszę.
A dzisiaj okazało się, że czary się dzieją.. Jestem zdruzgotana.
Bo albo mam mega sklerozę, albo... o tej opcji wolę nie myśleć. Przynajmniej na razie.
Muszę się pozbierać i coś wymyślić.
Kasa to tylko kasa.

Na dziś:
Okash - Caged
Kawałek świetnej muzy. To oni natchnęli mnie do machania dynią :)


poniedziałek, 9 czerwca 2014

[282] Piekło

Wróciłam. Ale wcale się nie cieszcie, albo właśnie cieszcie się bardzo, bo lada moment znów wybywam.
Jadę na zakończenie.
Życie przyśpiesza (musiałam przyzwyczaić się do tego ś, po rozmowie z dwojgiem polonistów).
Czasem całkiem nie rozumiem ludzi. I coraz częściej cieszę się z bycia w pewnych dziedzinach mego życia na uboczu. Przyglądam się z boku całemu cyrkowi i zastanawiam się, jak można być takim głupkiem i tak marnować potrzebną do życia energię. Nie rozumiem gierek, podchodów, przeinaczania i wzajemnego szczucia. Nie rozumiem słowa zemsta, bo ja raczej pomijam milczeniem zaistniałą sytuację, albo mówię jasno i wyraźnie, co mi leży na sercu. Tym razem to refleksje z życia wzięte. Z realnych relacji. Obserwuję je z boku i dziękuję sobie samej, że nie dobiegłam do czołówki, tylko wlokę się za peletonem, na szarym końcu. Dobrze mi z tym. Bo ostatni są pierwszymi.
A a propos przyśpieszania. Obiecywałam sobie nie wyznaczać terminów - punktów milowych. Nie da się. Żyję od terminu do terminu. A pomiędzy czas przemija niepostrzeżenie. Obiecuję sobie, że już, zaraz. Że to ostatni taki, a tu nagle wyskakuje oczekiwanie na.
Więc oczekuję.
Mam w domu dodatkową córkę. Nie jest łatwo. Przed nami rozmowa. Ustalenia. Muszę wykonać kilka telefonów. Popytać. I pomyśleć co dalej. Mam nadzieję, że minie nerwowość, że wyżali się ten żal, który ma w sobie, a który wycieka z każdego słowa.
Damy radę.
A teraz idę jeszcze poczytać.
Oderwać się od tego piekła, które niepostrzeżenie wdarło się w moje lubiące zimno jestestwo.
Ledwiezipię. Walczę z przeziębieniem, migrenowym napadem bólu i zatokami. Pogoda nie sprzyja w żadnym wypadku.
Dziś usłyszałam jedną mądrą i krzepiącą informację. Od koleżanki, która mogłaby być moją mamą. Że lada moment dni już będą coraz krótsze. Może nie ma to nic wspólnego z upałem, ale jednak.
Znów jest na co czekać.
Na jesień.
I zimę.



poniedziałek, 2 czerwca 2014

[281] Miłość matczyna

Każda matka ponoć kocha swoje dziecko. Prawda, czy fałsz?
Miałam nie pisać na ten temat. Ale przeczytałam u Malawiarta o przemocy domowej. O bierności kobiety, na którą on się wkurza.
Nie będę pisać o mechanizmach współuzależnienia, całej psychicznej więzi i wszystkich związanych z tym aspektów, także obyczajowych. Kto chce, poczyta fachowe pisma, sprawdzi co jest co, nie będzie pieprzył farmazonów o winie ofiary. (i nie mówię o Malawiarcie).
A co zrobić, kiedy bite jest dziecko? Wyzywane, niszczone psychicznie i fizycznie?
Czy wiecie jak działa mechanizm w tym przypadku?
Przecież to matka. Matka jest najważniejsza i jedyna.
Piszę o matce, bo mam na myśli konkretny przypadek. Taki, w który zostałam zamieszana. W który zaingerowałam. Poprzez Kudłatą.
Dziewczyna, już pełnoletnia, została pobita, nie pierwszy raz, przez matkę. Siniaki, rozcięta warga. Za moją namową poszła na policję, mając za obstawę moją córkę i znajomego. Chodziło o obronę, niebieską kartę, cokolwiek, jakiś ślad. Bo w domu została mała siostra. Policja olała sprawę, bo powinna była zadzwonić w trakcie (!!!) zdarzenia. Raczej ciężko zadzwonić, kiedy na klatce piersiowej siedzi dorosła osoba i poddusza. Nie skierowano jej na obdukcję, a dziewczyna ma szyny w kręgosłupie. Po takiej porażce nie chciała iść na obdukcję do szpitala. Kolejne telefony i udało się. Ale długa walka, żeby powiedziała KTO jej to zrobił.
Matka zgłosiła zaginięcie córki. Więc córka wzięła obdukcję i poszła na policję ponownie.
Dopiero teraz jest niebieska karta.
Co dalej? Zrobiła pierwszy krok. W stronę walki o siebie. Teraz trzeba ją wesprzeć.
Wobec tego moje pytanie brzmi: kto daje nam prawo poniewierać drugim człowiekiem?
Nie ma mowy o wartościowaniu, które jest gorsze, a które nie. Każda przemoc jest zła. Bez najmniejszego wyjątku.

Chciałabym umieć pomóc wszystkim, którzy tego potrzebują. Wszystkim, których ścieżki krzyżują się z moimi. Ja już wiem więcej o życiu, ale jak nauczyć innych innego myślenia? Jak przekonać, że stereotypy trzeba łamać? Że nie wszystko jest warte uwagi, że niektórych rzeczy nie zmienimy, a inne jak najbardziej?
Jak to zrobić?
Może będę gadać, gadać, gadać..
Może ktoś usłyszy i będzie chciał zrozumieć...




sobota, 31 maja 2014

[280] Finisz

No to jestem.
Prawie już.
Jeszcze tylko pojadę za dwa tygodnie wysłuchać najważniejszych słów, na które czekam od trzech lat.
Mogę nie jechać, przymusu nie ma, ale jestem z tych co muszą na własne uszy.
Dobra, przyznaję się, chcę sobie pojeździć polskim busem.
A teraz idę kichać. Na wszystko. W chusteczki najbardziej.


Na dziś:
George Michael - Freedom
:)





środa, 28 maja 2014

[279] ...

Wyjeżdżam. Dzisiaj. Za chwilę.
Wracam jutro.
Nie wiem w jakim stanie.
Jeszcze pewnie małżeńskim. Mam jednak nadzieję na rozwiązanie problemu w tym roku.
Cóż.


Na dziś.
Nie mam słuchawek i bardzo wkurza mnie ten stan. Wizja podróży bez muzyki....
Ma ktoś niepotrzebne?
Przygarnę.

piątek, 23 maja 2014

[278] Post malkontencki

Zaczęło się.
To, czego nie lubię najbardziej.
To, co będzie mnie wkurzało przez kilka miesięcy.
Gorąco. Słońce. I komary. O poceniu się nie wspomnę.
Epitety pominę.
W temperaturze powyżej 20 stopni przestaję funkcjonować.
Znaczy działam na podtrzymaniu, ale ogólnie jest do chrzanu.
I niech nikt nie próbuje mnie przekonywać, że się mylę!
Zmieniam tryb życia na nocny. W dzień postanowiłam spać. I budzić się około 20.00
Ale teraz idę spać.
Jutro mam spotkanie twórcze i nie mogę sobie pozwolić na ziewanie.

Oby do zimy! A przynajmniej do jesieni.
Dobranoc.



wtorek, 20 maja 2014

[277] A na co mi przepis

Wiem, że normalna to ja nie jestem.
Wiem, że to lubicie. PRAWDA??
No to macie.

Z wyprawy na południe, przywiozłam sobie w słoiczku zakwas. Od Emki. Bo jadłam u niej pyszny chlebek, który uparłam się upiec. No bo przecież jak nie potrafię, jak potrafię!
Przecież dostałam przepis. Pff!
No i nadeszła wiekopomna chwila.
Najpierw zbierałam produkty. Dwa dni kupowałam wodę gazowaną. Znaczy kudłata przyniosła mi ze sklepu..małą buteleczkę. Jakby nie mogła zapytać. Potem kupiłam keksówki.
Miała być mąka pszenna typ 550. Ale że jak? Ja chcę razowy! Więc w misce wylądowała pszenna razowa typ 1850.
Miała być woda gazowana 4,5 szklanki. Ale nie doczytałam tego ,5 i dałam 4.
Zamiast otrębów dałam szklankę ziaren orkiszowych.
Miała być sól i cukier, ale... No co! Jak się lata od kompa do kuchni (daleko nie mam, ale zawsze) to można zapomnieć? Nie przepisałam na kartkę, bo...nie chciało mi się.
Więc jak już wymieszałam wszystko z zakwasem to przypomniałam sobie o tej soli i dosypałam, po czym zagniotłam ciasto.
Resztę zrobiłam według przepisu.
Dzisiaj upiekłam.
Jest..... PYSZNY!
Co prawda dzieci nie tkną, więc cały mój, ale nic to.
Dam radę :)))

A oto i on, a nawet dwa :)






Dobra, solennie obiecuję następny zrobić dokładnie według przepisu. Żeby nie było.

Na dziś:
Hetman - Czarny chleb i czarna kawa



niedziela, 18 maja 2014

[276] Hello! Wróciłam!

Ale nie cieszcie się za bardzo, bo niebawem znów zniknę kilka razy.
W każdym razie teraz już wróciłam z Koszalina i okolic.
Było jak zwykle świetnie i z...przygodami. Czasem się zastanawiam, dlaczego ja nie potrafię tak jak hobbici (hobbitowy) ród. siedzieć w domu i nie wychodzić za próg, żeby te przygody mnie nie dopadały. Ale to chyba dlatego, że ja tak bardzo lubię przygody.
Ale od początku.
Wyruszyłam (i bardzo dobrze) z odpowiednim wyprzedzeniem czasowym (też bardzo dobrze), po wcześniejszym sprawdzeniu, gdzie ten piekielny (bo pośpieszny) autobus się zatrzymuje.
Dojechawszy na miejsce, a daleko to było od mojej gawry (co nie jest bez znaczenia, ale o tym za chwilę), okazało się, że y-y to nie tu. Podjechałam więc dalej. Tam również okazało się, że to nie to. W końcu trafiłam na odpowiedni przystanek. Ale coś mi nie grało. Rozpoczęłam więc akcję sprawdzającą gdzie, co i jak.
Dygresja:
- miałam kasy ciut więcej niż na bilety w jedną stronę. Ciut, to jest ciut i nic ponadto.
- Kudłatej nie było przy kompie, więc nie mogła sprawdzić.
- skończyło mi się doładowanie. Mogłam jeszcze po całej akcji wykonać kilka smsów. Dokładnie dwa.
- jechałam z Młodym.
- pamięć wzrokowa zgrzytała z rzeczywistością
- tak samo zgrzytało rozeznanie geograficzne, strony świata, kierunki tras wylotowych i inne.
Koniec dygresji.
Mama mi pomogła. Oddzwoniła po sygnale, wyjaśniłam o co kaman, z niejakimi trudnościami, ale się udało i uzyskałam taka oto odpowiedź: "to ten przystanek, po którym następny to Kaliskiego". o.O (to zdziwienie na maska, bo nie znam wszystkich przystanków, szczególnie w tamtej części miasta). Zapytałam tambylców i też nie wiedzieli. Nic to. W końcu minęła godzina przyjazdu autobusu, a ja trochę zła, bo czas skurczył się jak, nie przymierzając, dżinsy, które ustawi się na pranie w 90 stopniach.
W końcu wsiadłam do autobusu, wygarniając ostatnie klepaki z portfela na bilety komunikacji miejskiej, z solennym cichym zapewnieniem siebie, że jak się będę miała przesiadać, to mam w nosie kontrolerów. Okazało się jednak, że po przesiadce mogę jechać na ten sam bilet i ...to był pierwszy cud.
Przesiadłam się na tramwaj, jadę, a godzina odjazdu autobusu mijała z minuty na minutę. Tak sobie pomyślałam, bo nagle spadł na mnie spokój ogromny i stwierdziłam, że ...mógłby się spóźnić ten autobus.
Poszłam sobie z Młodym na peron i słyszę: "autobus z Warszawy opóźniony jest 30 minut".
Gdyby nie te tłumy ludzi, pewnie odtańczyłabym taniec radości.
Chwilę później podjechał wypasiony autobus, pachnący nowością, kupiłam bilety i zostało mi 30 groszy.
Nawet nie wiecie jaka to ulga.
W każdym razie, siedząc w autobusie przed odjazdem, mój wewnętrzny kompas z żyroskopem, na siłę skłaniali się do smutnej prawdy. Że. Tym autobusem. Będę jechała całkiem blisko mojej stałej trasy do miasta. Kilka przystanków od mojego domu. Wyśmiałam się sama, wyszydziłam, mało brakowało, a napisałabym sobie samokrytyczny post na facebook'u, ale postanowiłam nie tykać komputera w gościach. Zresztą czasu nie było nawet.
Tak więc po raz kolejny udało mi się przechytrzyć przeciwności losu. Zdążyć. I wszystko wyszło jak należy.
I tym optymistycznym akcentem kończę na dziś i idę spać, bo jutro zrywam się o 5 rano, żeby dojechać odpowiednio wcześnie do urzędu pracy i zapisać się na kurs. Jest tylko 30 miejsc na 3 tury kursu. Po 10 miejsc na jeden kurs.
Dam radę, prawda?

Na dziś:
Godsmack - I stand alone
No bo jakżeby inaczej.



czwartek, 15 maja 2014

[275] Pogłos

Miało być o najważniejszym, ostatnio, temacie. Mianowicie o Eurowizji. O facecie w sukience i z brodą. I o tym, że ja mam to w nosie. I że nie przeszkadza mi ŻADEN, powtarzam jasno i wyraźnie ŻADEN sceniczny wizerunek. Ani malowane Kiss, ani chłopcy z pudel-rocka, ani Army of Lovers, ani Conchita. Mam to zwyczajnie w nosie, kto jak wygląda na scenie i poza nią też. Dopóki nie robi krzywdy innym.
Chciałam nadmienić, że to żadna nowość tak poza tym i we Wrocławiu jest wykładowca akademicki języka angielskiego----> link, który na co dzień, a nie tylko na scenie, chodzi w sukienkach i w butach na obcasach oraz pończochach. Czy mi to przeszkadza? NIE.
Inną sprawą jest kwestia zarzutów o brak patriotyzmu, bo się nie głosowało. Otóż. Nigdy w życiu nie głosowałam i nie zagłosuję na żadnego wykonawcę w tak żenującym jarmarku, obciachowym i siłą rozpędu chyba organizowanym, jak Eurowizja. Nie jestem więc patriotką. Sorry Polsko.
Ale nie chce mi się o tym pisać.
I nie mam czasu!
A w ogóle to sobie jadę jutro do Koszalina!
Do widzenia.


Na dziś:
Northern Kings - Hello

Panowie też występowali na Eurowizji w 2009 roku :)








poniedziałek, 12 maja 2014

[274] Zwariowane melodie

Ostatni tydzień to było wariactwo. A tam tydzień, ostatnie dwa.
Najpierw miała być praca. Wszystko było zgrane od miesiąca, szykowałam się na godzinę zero. Próbowałam, testowałam, czytałam, jednym słowem, przygotowałam się na tyle, na ile na sucho można się przygotować. Bo praca, którą miałam wykonywać była bardzo ograniczona czasowo. Wręcz na już, na czas, z zegarkiem w ręku, bo trzeba byłoby się zgrać. Gdyby wszystko się udało. Minuta przed godziną zero przyszła do mnie informacja, że sory memory, będzie pracował ktoś inszy. Znajomy królika, tak zwany. Cóż, nie straciłam, bo nie miałam, ale mogłam mieć. I pozostał taki trudny do opisania stan. Zawieszenie między dam radę, bo jestem dobra, bardzo dobra, a może jednak nie. Nie zadawałam sobie pytań dlaczego. Bo nie miały sensu. Kopać się z nikim też nie miałam zamiaru, bo i o co. Ale. O ale napiszę za chwilę.
Potem nastał czas wyjazdu. Wpadłam w wir przygotowań, ale dałam radę załatwić wszystko. Pojechałyśmy sobie znów na południe. Do Emki. Nie chciałabym być patetyczna. Ale powiem Wam, że uwielbiam Ją. Jest jak moja kolejna siostra. Stanowczo za daleko mieszka i za krótko się widziałyśmy. Wrócę tam niebawem, na dłużej.
Powiem jeszcze tyle, że jazda po Śląsku to jest pikuś. Nawet rozkopane Katowice nie robią na mnie wrażenia i są przyjazne dla ludzia. Za to nastawiam się psychicznie na kolejne warszawskie przygody, już niebawem. Dlatego nie wybijam się z rytmu przygotowawczego.
Z wieści inszych, zaczyna być normalnie. Ktoś mnie docenił. Ktoś chce mojej pomocy i pomysłów. Zobaczymy.
W każdym razie w ramach nurtującego mnie problemu pracy, opisanego wyżej, zachciało mi się sprawdzić, czy słusznie odpadłam w przedbiegach. Namacalnie. Praca moja miała być niewidoczna. To znaczy, że kiedy jest wykonywana jak należy, to nic nie ma. Sprawdziłam. Nie jest wykonywana jak należy. Wręcz zapłakałam nad efektem. I z dziką satysfakcją poczułam ulgę, aczkolwiek pustą kieszeń mam i satysfakcją to ja se rachunków przysłowiowych nie popłacę i dziatwy nie nakarmię. Przyjdzie jeszcze kiedyś koza do woza.
A co do tytułowych melodii...
Jadąc samochodem lubię sobie słuchać muzyki. Mojej muzyki. Z naciskiem na mojej. Co prawda dostępny mi samochód ma okropne nagłośnienie, bo właściciel ma to w nosie, ale zawsze coś tam brzęczy. Postanowiłam więc, że tym razem nie dam sobie puścić Piaska (jeśli na sali są wielbicielki/le to przepraszam - nie trawię), albo innych smętów, typu Lipnicka/Porter (bo jak jego głos lubię, tak jej organicznie nie trawię), bo mimo, że jestem tolerancyjna, to jednak nie zniosę 7-9 godzin, zależy od porywów, z czymś, co mi uszy maltretuje. Zniosę godzinę. no góra dwie. Wobec tego wrzuciłam na pendrive'a 252 utwory, w miarę znośne i bez przegięcia w żadną stronę. Przemyciłam tam i przeboje młodości, jak i teraźniejsze dźwięki, wrzuciłam Irka Dudka i Krystynę Prońko, miejsce znalazł Godsmack i Abba, Metallica, G'n'R, Rezerwat, Sztywny Pal Azji, i Bob Marley, i Santana, i Kiss. I wiele, wiele innych. Nawet Czwarta nad ranem nam zagrała. Powiem tak. Do Katowic wystarczy mi 162 utwory.
Z tym optymistycznym akcentem kładę się za chwilę spać, a jutro będę zadawać niewygodne pytania doradcy zawodowemu w Urzędzie Pracy. W końcu mnie zaprosili na rozmowę.

Na dziś:
Godsmack - Whatever
No wkręciłam się. Koncert, koncert mi się marzy.







środa, 30 kwietnia 2014

[273] Gówniany post

Moje przemyślenia na ten tydzień.

Z wiekiem i bagażem doświadczeń człowiek rozumie więcej.

Wydawałoby się. A czasem mam wrażenie, że niektórzy zatrzymali się na etapie piaskownicy, gdzie w kupie siła i można skopać dupę Jasiowi, bo jest obsmarkany, albo obrobić tę samą część ciała Zośce, bo ma inne zdanie, niż ogół. Bo chciała robić babki-kwiatki, a inni woleli budować zamek. Tylko ogół nie wydaje się być zaznajomiony z jedną taką prawdą (choć prawda jest jak dupa - każdy ma swoją), a mianowicie:

Jeśli większość jest o czymś przekonana, to wcale nie znaczy, iż ma rację.

Wracając do przedszkola. Dzieci na ogół nie bardzo wiedzą co to empatia. Na ogół, bo znajdą się i takie, które mają ją wpisaną w DNA. Ale tych nieposiadających jest więcej. Empatii uczą się od innych, ale są osobniki, które nigdy, przenigdy nie pochylą się nad problemem, nie przemyślą swego bezsensownego kłapania gębą, tudzież klepania po klawiaturze. A że są w kupie, a wiadomo, w kupie raźniej i cieplej, i miliony much mylić się nie mogą (taka mała dygresja do owczego pędu za przewodnikiem stada), kłapią dalej i kłapać będą. Bo myślenie trochę jednak boli, a i przyznać komuś rację, ponieść porażkę trudno bardzo jest.
Dlatego pozostają w przedszkolu. Mimo wszystko.

Róbmy swoje.

Głupie, nie? Róbta co chceta, róbmy swoje. Totalny odlot. Można sobie poegzystować bez myślenia o innych. Można robić co się chce. Obrażać innych.
Zastanawia mnie, dlaczego ludzie nie myślą. Dlaczego tak literalnie traktują słowa. Dlaczego kontekst jest nieosiągalny dla niektórych. Czyżby tytuły magisterskie, dyplomy doktorskie, a nawet zwykła matura, nie upoważniały do myślenia? Ba! Nie zmuszają nawet! 
Ale to kolejna prawda - wykształcenie nie idzie w parze z inteligencją. 

Krycha ma gruby tyłek.

Dochodzimy do wyśmiewania. 
Dlaczego obrabia się dupę komuś za plecami? Dlaczego nie powie się prosto w twarz co się myśli?
Ze strachu. Lepiej pośmiać się w wyżej wymienionej kupie. Przyklasnąć sobie nawzajem i dostać rozgrzeszenie. 
Strach. Bardzo brzydkie uczucie. Bo mówi nam o nieczystym sumieniu. O tym, że jednak przyznajemy rację osobie obrabianej, ale boimy się przyznać, że jednak robimy to z zemsty. Za to, że się boimy. 
Cóż, bardzo niska pobudka, ale czasem trzeba podnieść swoją wartość, a jak nie w kupie, to gdzie? Kupa przyzna nam rację, bo przecież w kupie wszyscy jednakowo umazani są. Niczym się nie różnią. Nie ma miejsca na
Indywidualność i własne zdanie

Bo te dwie cechy dane są tylko wojownikom. Osobom odważnym. Choć może wcale tego nie widać. 
Własne zdanie jest szczególnie niewskazane. Szczególnie w kupie. 

I jeszcze jedno.
Ciągłe mielenie tematu, poniżanie, ujmowanie wywołuje odruch wymiotny.

Zostawiam Was na jakiś czas. 
Może jeszcze będzie przepięknie.

Na dziś:
Godsmack - Voodoo
Uwielbiam.






niedziela, 27 kwietnia 2014

[272] Gorączka sobotniej nocy

Wyglądam dziś jak...zmora.
Ciemne smugi pod oczami. Rozczochrane włosy. I do tego wszystko mnie boli.
Ale po kolei.
Od kilku dni czułam się fatalnie. Wiadomo, choróbsko, antybiotyk (jeszcze przez 2 dni), wszystko to spowodowało spadek formy. Dodatkowo rozjechana tarczyca, i inne dolegliwości. Ale cóż. Jedyne co pozostaje to wziąć się w garść. I nie poddawać.
Lekko nie było, bo zwykłe przejście z domu na przykład po zakupy sprawiało, że czułam się jak po maratonie. Zdyszana, spocona i marząca tylko o tym, żeby usiąść, albo najlepiej położyć się i spać.
Na tarczycę dostałam inne dawki leków, na cukier też, wściekłam się na wszystkie efekty uboczne i...
No i tak zastała mnie sobota.
Najpierw spotkanie z dziewczynami, na które jechałam z dziatwą. Wykruszyło się towarzystwo, ale to nie przeszkadzało zrobić grilla i trochę popracować. Młody zrobił się na bóstwo, bo akurat trwały prace podwórkowo-ogrodowe, polegające na rozsypywaniu ziemi, więc dzieci...tarzały się z górki  czarnej ziemi. Możecie sobie wyobrazić co to było... Nie wspomnę nawet o nowych butach. Po takim chrzcie, to one długo będą mu służyć. O ile nie rozkleją się po praniu.
W każdym razie, zmęczona na maksa siedziałam i tworzyłam i powiem Wam, że to pierwszorzędna terapia. Pogaduchy, ploteczki i jedzonko świetnie się udało i nastał czas powrotu. Czas ograniczony, bo przecież czekał mnie jeszcze dojazd na koncert.
Idąc z przystanku do mnie czułam, jak opadam ze wszystkich sił. Przed oczami miałam tłum i młyn na koncercie, hałas w uszach i już na samą myśl męczyłam się bardziej. Ale jak to zwykle bywa, szybka mobilizacja, ocena tuszu do rzęs (tragedia!), ograbienie Kudłatej z ciuchów i...pojechałyśmy. Bo Kudłata znów mnie odwiozła. Tym razem nie dałam się prowadzać jej ścieżkami. Szłyśmy z koleżanką jak dwie staruszki, powolutku, bo ona też zaliczyła jakąś niemoc, był nawet strach, że nie da rady iść na koncert. Ale cóż. Dochodząc do klubu stwierdziłyśmy jednogłośnie, że jesteśmy najmłodsze z całego towarzystwa, co bardzo podniosło nas na duchu. Kudłata udzieliła mi kilka stanowczych rad (zupełnie jakby była moja matką!): "zdejmij kolczyki, bo zerwą ci uszy! Natychmiast!" oraz chciała zaryzykować i powiedziała: "załóż się, której z nas odmówią sprzedaży piwa". Poprawiła mi humor nieziemsko. I tak naprawdę nie wiem kto by przegrał, a przy niepewnym wyniku to ja się nie zakładam :)
Sam koncert trudny do opisania. Ogromne emocje w drugim rzędzie pod sceną. Bliskość muzyków, cała ta atmosfera. Dudnienie w piersi, bo dźwięk odbiera się całym ciałem. Uwielbiam. Jednocześnie obrona przed bardziej rozhulaną publicznością, co skutkuje dzisiaj ogólnym bólem wszystkich mięśni, siniakami i fajnymi wspomnieniami. Wiem, że to paradoks, ale ja nigdy nie byłam konwencjonalna. Nawet, powiem Wam szczerze, miałam ochotę wdrapać się na scenę i skoczyć w tłum. Wiem, że nic by się nie stało, jednak wspomnienie jednego koncertu Illusion z 1992 roku, kiedy to jeden gość skakał ze sceny i tłum się rozstąpił, a skaczący wylądował na podłodze jakoś mnie ostudził w zapędach. Ale kto wie, kto wie :)
W każdym razie taka dawka adrenaliny, hałasu, emocji wyzwoliła siły. I o to mi chodziło.
Dzisiaj co prawda trochę wszystko boli, ale znaczy, że żyję.
Polowałyśmy nawet na autografy, ale z braku sprzętu (długopisu) i z powodu kąpieli muzyków nie udało się.
W każdym razie widziałam jak wygląda catering dla gwiazd :)
No dobrze, a teraz wracam do dnia dzisiejszego i idę polować na rabarbar. Bo wczoraj na spotkaniu jadłam rabarbarowe crumble i chcę jeszcze!!!
A wyglądam jak zmora, bo...tusz mi się posypał i niczym nie schodzi. Trzeba zainwestować w lepszy :) Włosy natomiast mam uroczo rozczochrane i nie mam zamiaru ich czesać. Żeby zawsze mi się tak układały!

Na dziś:
Biohazard - Tales From The Hard Side
No bo cóż innego mogłoby być. Panowie są w niesamowitej formie.


środa, 23 kwietnia 2014

[271] Na nogach glany dwa...

Dzisiaj będzie o Kudłatej.
Trochę jej obrobię ...tyły. A co, niech ma.
Dzień dzisiejszy odbił się szerokim stresem wśród rodziców i młodzieży. Nie echem, stresem właśnie. Drżą ludzie i się martwią. Trochę im tego zazdroszczę. A może raczej: chciałabym wiedzieć jak to jest.
Bo mnie brakuje genu stresu przedegzaminacyjnego. Nie mam. Nigdy nie miałam. I tę właściwość odziedziczyła po mnie Kudłata.
Że dziecko jest łapiące wiedzę w lot, to wiem. Że inteligentne - również. Ale nie sądziłam, że nie zajrzy do żadnej książki przed egzaminami. Ja tam zaglądałam, doczytywałam. Robiłam notatki. Ona nic.
Wczoraj miałyśmy głupawkowy wieczór, gdzieś tak do 2 w nocy.
Odgrzewane melodie, wspomnienia i rekordy w odprężającą grę 2048.
Po czym moje dziecię wstało, zrobiło sobie herbaty w termos, bo "przecież będzie przerwa, a ja nie będę pić..." czegośtam. Nie pamiętam, co ich wychowawczyni dla nich ma.
Zjadła śniadanie, odpicowała się i poszła.
Minęło trochę czasu i wróciła.
Od progu uśmiechnięta od ucha do ucha, z okrzykiem na ustach, że "prościzna!". Opowiedziała co było, jak napisała i...poszła sobie.
A, i wspomniała coś o tym, że mało nie spowodowała dwóch wypadków, bo...kierowcy się na nią gapili.
No bo kto na egzaminy idzie w ganach i krótkiej spódniczce?
Wyglądała trochę jak japońska uczennica, brakowało jej tylko kolanówek.

Na dziś:
Azyl P. - Mała Maggie
Na wspomnienie wczorajszych wariacji.


poniedziałek, 21 kwietnia 2014

[270] Dreszczyki

Lubicie dreszczyk emocji?
Takie mrowienie, zamęt w głowie, nieopisane uczucie, które towarzyszy ważnemu wydarzeniu.
Takiemu, na które czekacie z niecierpliwością.
To ja tak mam. Czekam na sobotę.
Ale po kolei.
Pamiętacie moje przygody z szukaniem klubu, glanami i machaniem dynią.
No to teraz będzie powtórka. Z przytupem.
W sobotę gra zespół z mojej młodości. Znaczki wymalowywało się na piórnikach i okładkach. Na plecakach. Na spodniach, trampkach i nawet na kalendarzu ściennym, mówiącym o ... zdrowiu.
Panie i panowie, w ramach serii koncertów po Europie, pt.: REBELLION TOUR, zagrają Madball, BIOHAZARD, Wisdom In Chains, Devil In Me, Final Prayer.
I ja tam będę.
Zgodnie z dewizą Kudłatej: "Trzeba iść na koncert ***, bo to już stare dziadki są i nie wiadomo, czy będzie druga okazja".
O ile dziecko pożyczy mi glany ;) Bo opowiedziała mi scenkę:
znajomi pytają kto idzie na Biohazard. Na co Kudłata odpowiada: ja pilnuję brata, a mama kazała mi wyczyścić glany..
*** wstawiamy nazwę jakiegoś zespołu z młodości

Ale żeby nie było tak różowo, walczę właśnie z zatokami. Ja się nie poddaję, a one puszczają. W sumie wyjęta z życia byłam od środy do dzisiaj. Jutro idę po antybiotyk.
W międzyczasie straciłam głos dwa razy, miał być katar, ale sobie poszedł, bo też się nie poddałam. Dreszczyki też miałam.
Tak więc wychodzi na to, że mam alergię na święta. W grudniu też zdychałam.


Na dziś:
Disturbed - Stricken




środa, 9 kwietnia 2014

[269] Na drodze opadł kurz...

Czas płynie szybko, ale to nic nie szkodzi. Bo to zawsze bliżej do następnego spotkania.
Taka sprytna jestem. Uknułam plan. Przejadę wszystkie trasy polskim busem. Jak dobrze pójdzie zwiedzę i Berlin i Bratysławę. I Pragę, o której marzę, a którą widziałam z góry, wracając samochodem spod Pilzna.
Tydzień minął. A mnie tak jakoś tęskno. Bo lubię takie zamieszanie, poznawanie, rozmowy.
I nieważne ile wersji opowieści o spotkaniu było.
***
Zaraz będą dwa.
A ja piszę i piszę i skończyć nie mogę, rozwinąć tematów, opisać tego co mi chodzi po głowie. Taki jakiś zamęt.
Do tego stopnia, że..
Ale od początku.
Zapisałam się do endokrynologa w listopadzie. Wizyta umówiona na 8.04. Teraz już wiem, że na 8.
Ale od tego nieszczęsnego listopada po głowie mi chodziło, że 9.04.
Wiedząc, że już kiedyś miałam problem z datą, niejeden nawet, zadzwoniłam w zeszłym tygodniu upewnić się, czy aby na pewno dobrze pamiętam. Nawet sporządziłam notatkę klasyczną z tej rozmowy. Tak, 9.04.
No to jadę sobie dzisiaj. Oczywiście zwiał mi jeden tramwaj, a ja pełna rozpaczy, że się spóźnię (czytaj: miałam spory zapas i nawet ze zwianym tramwajem byłam pół godziny przed czasem...). Dojechawszy na miejsce, zostałam zaskoczona (ironia) przez kwiecień-plecień. A to dlatego, że wczoraj pozalewało piwnice, sypnęło gradem i śniegiem i były dwie burze, a dzisiaj ścigało się ze słońcem. Więc jadąc autobusem oglądałam promienny, słoneczny krajobraz, a wysiadając zostałam przywitana ulewą i czułam jak mi przemaka wszystko, oprócz butów, bo przezornie założyłam odpowiedni obuw. Doszłam do przychodni i znów wyszło słońce...
Ale wracając do tematu.
Podeszłam do pani w rejestracji. Z daleka słyszałam i widziałam ją w akcji. Strach w oczach normalnie. Ale jak to ja, promiennie i z uśmiechem..
- dzieńdobryjadoendokrynologa na 15.15
-...nie mam pani
- jak to?? (w oczach musiało mi się pojawić coś na kształt zgrozy, rozpaczy i przerażenia, bo pani poszła coś przeczytać)
- pani była na wczoraj. Proszę, była pani tu, pierwsza.
Ale ponieważ oprócz mnie nie przyszły dwie osoby po mnie, można było wywnioskować, że coś nie tak.
No to wytłumaczyłam, że dzwoniłam tydzień temu i dostałam potwierdzenie, że 9.04 i co ja mam teraz???
O dziwo. Pani założyła kartotekę, powiedziała, że widzi, że ktoś tu nie przyjdzie, po czym dała mi numer....1.
Chyba mam więcej szczęścia niż rozumu.








niedziela, 30 marca 2014

[268] Ach, co to był za weekend!

Powiem Wam niewiele. Nie zdradzę wszystkiego, nie pokażę zdjęć.
Ale najważniejsze z tego co mi się przytrafiło to to, że spotkałam cztery cudowne osoby, spędziłam z Nimi czas, którego było za mało, mało mało. Czuję ogromny niedosyt.
Ewo, Frytko, Adamie i Desperku - to był dla mnie zaszczyt i ogromna frajda śmiać się z Wami, rozmawiać i poznać Was przede wszystkim.
Dziękuję za wszystko.

A teraz trochę jak się wszystko odbyło.
Ledwo przybyłam, a tu dzwoni Tygrys na kontrolę.
Potem szybkie grabienie ogródka. Wiecie, obowiązki to obowiązki. Oczywiście nie ja, co to to nie. To Młody. Jeśli chcecie mieć wiosenne porządki z głowy, to czekam na zaproszenia, wiecie, wpadamy, jemy śniadanie i ogródek zagrabiony.
A potem zrobiłam sobie siniaka na prawym boku, bo jestem delikatna dziewczynka, a wgniotło mnie w prawą barierkę. Chciałam znaczy być pierwszą, która przejdzie tunel śmierci bez zataczania, ale nie udało mi się. Błędnik nie współpracował i już. I nie byłam pijana. Ani zmęczona. Niepojęte.
Potem wytropili nas agenci 007 i 008. a raczej Dempsey i Makepeace (na tropie) [pamiętacie ten serial? Uwielbiałam]. No i skończyły się szaleństwa, bo Frytka na obcasach. Ale Młody wspinał się na żyrafę. Frytka nie chciała, bo po przymiarkach wyszło, że uprząż pogniecie jej spódniczkę. Na upartego weszłaby bez chwytów, wbijając tylko szpilki tam gdzie trzeba i przewieszkę też by zaliczyła.
W każdym razie Młody w połowie pierwszego wejścia obraził się na pana i krzyczał, że nie da rady, spada i takie tam, po czym pan wydał rozkaz: lewa noga, prawa ręka i młody wbiegł na samą górę. Potem drugi raz. Próbował z panią podobnego numeru z fochem i łamiącym się głosem, ale też się nie udało. No bo jak stoi pięć osób i wykrzykuje różne: ty nie dasz rady? nie pękaj! dalej do góry i tym podobne, to jak miał nie wejść. Rozochocił się nawet.
A potem czekoladaaaaaa...z bagietkami i łososiem... A zastanawiajcie się co to było. Hehe.
Był strach, że drzwi zabierzemy ze sobą, ale nie było takiej potrzeby. Siniaka na czole Młody też nie ma.
Później był krótki spacer i powiem Wam, że takie czasy nastały, że trzeba łapać pracę pierwszą lepszą. Naczelny Bramkarz Tego Kraju W Stanie Spoczynku jest chyba ochroniarzem w Ogromnym Centrum Handlowym Centralnej Polski. Tak mi się wydaje, bo jeśli spotyka się faceta w garniturze kilka razy, bez żadnych zakupów to co sobie można pomyśleć? Żałuję, że nie miałam jakiegoś notesu na autografy.
A potem zostałam wywieziona w siną dal. I cieszę się bardzo, bo przywiozłam sobie coś takiego, czego szukałam od jakiegoś czasu. a mianowicie...nie nie, nie kartki pocztowe. Nie. Chociaż pierwsze pytanie Kudłatej to jakie kartki przywiozłam. Nie było czasu, no.
No więc przywiozłam......
...........................................   2 KILOGRAMY SOLI KAMIENNEJ!!!!!
Jestem dumna i normalnie zostawię sobie na pamiątkę opakowanie!
I tym optymistycznym akcentem chyba kończę i udaję się na spoczynek.
Dobranoc.

PS:
Tygrys - woda w polskim busie spuszcza się sama. Po wyjściu z przybytku zwalnia się rzeczony obiekt po jakimś czasie.
No i polski bus jest od teraz moim najukochańszym środkiem lokomocji. PKP - zrywam nasz związek!
Dobranoc.

środa, 26 marca 2014

[267] Apel

Dzisiaj mam do Was ogromną prośbę.
W imieniu mojego przyjaciela, z którym miałam okazję spotkać się dzisiaj.
Kupcie książkę w szczytnym celu.
Dochód zostanie przeznaczony na wyjazd jego córki do Tajlandi, w ramach międzynarodowej wymiany AFS.
Koszt książki, wraz z wysyłką i autografem to tylko 35 zł.
Zuza i jej tato bardzo proszą i będą wdzięczni za pomoc.
Ja również.



Dodam, że książka nie jest o bankowości, ale o pracy w banku, trochę ironiczna, oparta na doświadczeniach autora, dająca do myślenia.
Liczę na Was. Wszelkie pytania poproszę na e-mail: natthimlen@gmail.com
Buziaki.

wtorek, 25 marca 2014

[266] Pęd

Pędy rozróżniamy różnorakie.
Pędy roślinek, usilnie szukające dobrych warunków do życia, jak na przykład Stefan, który jest trochę wysoko i jak mnie pędem przez łeb, albo suchym liściem nie potraktuje, to zapominam dostarczyć mu życiodajnej wody. Staram się. On też się stara. Przeżyć.
Albo taki gąszcz czosnkowego szczypioru. Świetna sprawa. Wsadziłam do doniczek w sumie 4 główki czosnku, podzielone na ząbki i mam mnóstwo pysznego szczypioru o smaku czosnkowym. Polecam.
Ale generalnie mam na myśli pęd innego rodzaju. A mianowicie pęd ku przyszłości. A raczej pęd ku czemuś. Albo raczej zwykłe szybkie biegnięcie czasu, skrócony dzień, noc zresztą też.
Zaczęło się. Ten tydzień mi się wykluwa w takim właśnie pędzeniu.
No bo tak. Wczoraj jakoś znośnie było, ale z wizją dzisiejszego bladego świtu. Więc już tak miło i sympatycznie nie było, bo od niedzieli padało. Skończyło całkiem niedawno.
No i zerwawszy się dzisiejszego ranka o 5.00 ruszyłam z miejsca. Czyli o 6 autobus. Circaabout o 6:45 na miejscu. I czekanie.
Jako że Kudłata wybiera się do technikum, trzeba było załatwić w medycynie pracy zaświadczenia. Byłyśmy pierwsze. I zaowocowało to jedynie 1,5 godzinną motaniną między gabinetami neurologa, okulisty, pielęgniarki i lekarza ostatecznego, który przyjmuje od 7, miał być na 8, a zjawił się o 8.15.
Neurologa wprawiłyśmy w osłupienie wyborem kierunku (jednego z dwóch, ale oba wprawiają w osłupienie), po czym lekarz ostateczny przeprowadził wywiad z Kudłatą, a mianowicie dialog wyglądał mniej więcej tak:
- o, KSU na koszulce
- .... (jakieś mruknięcie młodej połączone z uśmiechem - nie zarejestrowałam, bo ciężko dzisiaj łapię)
- a glany gdzie kupiłaś?
- w Poznaniu
- a, bo myślałem, że gdzieś tutaj. Jest taki sklep...siódemka, ósemka?
- trzynastka
- a, no właśnie, ale co? Tam nie było? Jakość nie odpowiada?
- no nie
Koniec wywiadu.
Zaświadczenie jest.
No a jutro. Jutro spotykam się z kolegą z czasów liceum. Będzie ciekawie, mam nadzieję.
A czwartek i piątek będą wyjęte z życiorysu, bo mam roboty po kokardki. Na dodatek w piątek już się ukierunkowuję na południe i wybywam w kierunku dworca autobusowego.
A potem to już same przyjemności :)))

Na dziś:
30 Seconds To Mars - A Beautiful Lie
Tak mi gra od kilku dni...


piątek, 21 marca 2014

[265] Sprostowanie!

No proszę Was! 
Nie taki metal straszny jak go malują!
Tygrys żyje i ma się dobrze, więc i Wy przeżyjecie. 
Poza tym, właśnie słucham przebojów lat 80 i leci Duran Duran, a przed chwilą leciało Last Christmas, więc proszę mi nie imputować, że zaraz będę się żywić nietoperzami.

No więc jestem jak kameleon. 
Słucham:
- metalu
- punka
- reggae
- jazzu
- rapu
- popu
- poezji śpiewanej
a nawet muzyki poważnej.

Fryciu, Bednarek się łapie. Zresztą, zabieram ze sobą naleweczkę, więc cokolwiek puścisz, damy radę.
Emko kochana, byś się wstydziła! Instrukcję obsługi! Phi! 
A tak poza tym, to ja naprawdę jestem grzeczna!








Czasami :)


[264] Metal, dynia i Mała Mi

Pozbierałam się już. Od środy trochę mi zeszło, zanim tempo poruszania się wróciło do normy.
Jak wspominałam, w środę ćwiczyłam pierwszy raz. Ale to nie ćwiczenia były przyczyną mej niemocy.
Przyczyną był koncert. Mały, kameralny...głośny...metalowy. Coś, co misie lubią najbardziej. Miodzio, jednym słowem.
Miałam tam chyba najkrótsze włosy. A nie, basista był lepszy. I perkusista też. Ale powiedzmy, że poza zespołem to ja. No i to ja pierwsza zaczęłam się udzielać. Nawet kumpela metalówa - niegdyś, na początku się czaiła. W każdym razie mimo krótkich harów dynia latała i ... zaraziłam ich wszystkich! Sobie wyobraźcie, że nadworny fotograf zespołu strzelał nam fotki. A potem wskoczyłyśmy w pogo. Trochę boli mnie ramię, ale siniaki już schodzą.
No i nie od ćwiczeń, a od machania dynią, boli mnie kark!
No bo jak nie machać, kiedy chłopcy tak ładnie zapodawali nuty. Tak w kierunku Sepultury, a nawet wysłyszeć było można Illusion z pierwszej płyty. Ach! To już wiecie gdzie będę spędzać wieczory.
Ale.
Jest mi strasznie wstyd.
Musiałam zajumać córce koszulkę, glany i skórę! No żeby jak człowiek wyglądać.
No i zemściło się na mnie, oj! zemściło.
Ale od początku.
Zapytałam Kudłatą (tak, to kolejny wstyd!!!!) jak dojechać do klubu. Zadeklarowała, że mnie odwiezie. Mój pierwotny plan - podjechania pod sam klub! - storpedowała, bo ona wie lepiej. Se pomyślałam, to ja nie będę się kłócić, bo skoro tam była, to chyba wie...O naiwności!!!!!! Nie dość, że pomyliła kierunki, to jeszcze przegoniła mnie po górkach i dolinach jednego parku.
No i niestety, obtarłam sobie pięty. Dzielnie szalałam na parkiecie, trzymałam się nawet całą drogę do domu, ale kiedy wysiadłam na przystanku, zatoczyłam się jak klasyczny żul. I tak już szłam do domu. Dobrze, że była noc i jedna pani z pieskiem szła po drugiej stronie. Pies nie szczekał, więc może nie zauważyła, że ledwo idę, zatrzymując się co chwilę.
W domu oczywiście ani centymetra plastra, więc pozostało mi posmarować rozwalone bąble tribiotikiem i pożyczyć sobie plasterki z małą Mi.
Klęłam na czym świat stoi.
Na drugi dzień wywiad: o której wróciłaś, ile piw wypiłaś i kto ci pozwolił trzy??
Strasznie ciężko być metalówą w moim wieku. Ale kupię sobie swoje osobiste glany. I wtedy zobaczymy!

Na dziś:
Sepultura - Roots Bloody Roots



środa, 19 marca 2014

[263] Tu i teraz

Chciałam napisać o wewnętrznym spokoju, jaki osiągnęłam. Nie żałuję, nie męczy mnie już rozstanie z moją przyjaciółką, dwa lata temu. Co prawda wczoraj przypadek sprawił, że natknęłam się na jej komentarz, a potem, już nieprzypadkowo obejrzałam jej profil. Powróciły wspomnienia i zaczęłam się zastanawiać, dlaczego stało się tak, jak się stało. Potem jednak porozmawiałam z jedną bardzo ważną osobą i doszłam do wniosku, że nie, nie żałuję, nie boli. Mam spokój. Ja zrobiłam wszystko, co mogłam. To nie jest bierne poddanie się, to własnie ten spokój. Spokój, którego ludziom brakuje. Rozpamiętują i drążą, rozdrapują i rozkopują to, co powinno dawno już odejść. Zastanawiam się po co. Teraz jest teraz. To najbardziej realny czas i miejsce. Tym tutaj i teraz trzeba się zajmować, nie tym co było - niech pozostanie w dziale było minęło i jest niezmienialne, i nie tym co będzie - bo będzie to, co sobie teraz i tutaj wypracujemy. Czekałam na takie będzie. Czekałam na kiedyś. Zmarnowałam mnóstwo czasu. Próbowałam zaczarować przeszłość. Nikomu się to nie udało. Mi też nie. Aż w końcu pojęłam, że jestem tu, w tym miejscu, dzisiaj, teraz, nie od jutra i nie od za tydzień.
Ulga. Odeszło mnóstwo problemów, które już, albo jeszcze nie istnieją.
Owszem, mam marzenia. Mam ogromne marzenia. Do spełnienia. Ale zaczęłam iść do nich teraz. Nie jutro. To wielka różnica. Nie czekam na nie. Idę do nich, torując sobie drogę. Bo marzenia nie spełniają się same. Jeśli nie zrobi się nic w kierunku ich spełnienia, to się nie spełnią. To takie oczywiste, ale często o tym zapominamy, czekając.
I tak, kupiłam bilety do Łodzi. Tak, jadę spotkać się z dwiema, a może trzema osobami, którym zawdzięczam tak dużo. Wróć! Spotkam się z czterema osobami! A może pięcioma. To się jeszcze okaże.
Frytka już wygadała, to co będę ukrywać. (Tak naprawdę to chodzi o to, żeby się przejechać Polskim Busem :) ). Więc spełni się moje marzenie.
Właśnie skończyłam ćwiczyć. Tak, przyznaję, odkładałam to z dnia na dzień, znajdowałam milion wymówek, bo przecież od jutra będzie lepiej. Nie. Dzisiaj po prostu zabrałam się za to. Było ciężko, ale w końcu było. Uważam to za ogromny mój sukces i początek ścieżki do realizacji marzenia.
Żeby nie było łatwo, zostałam nakryta przez Kudłatą. W pozycji niezbyt reprezentacyjnej. Otóż z wypiętym tyłkiem na zachód (nie nie, nie jestem po złej stronie mocy, tak wyszło akurat). Nie zraziło mnie to.
Kolejny krok naprzód to szukanie rozwiązania dla realizacji mojego pomysłu na własny biznes, aczkolwiek to będzie najtrudniejsze ze wszystkiego. Ale nie znaczy, że niemożliwe. Nie będę jednak o tym pisać, bo to zbyt skomplikowane sprawy.
Tak więc tu i teraz dzieje się sporo. Tu i teraz w mojej głowie.
Poza tym powiedz życzenie, a świat je spełni. Wczoraj pomyślałam o wyjściu z domu, wieczorem, gdzieś posiedzieć. I może dwie minuty po pomyśleniu o tym, odezwała się kumpela z propozycją wyjścia na koncert do klubu. Nawet przez sekundę się nie wahałam.
No to: witaj świecie!

Na dziś:
Alison Moyet - Is this love?
Oglądałam teledyski z nowymi kawałkami. Może i Alison wygląda teraz jak szprycha, ale...głos już nie ten. Może brzydko powiem, ale zabrakło pudła rezonansowego. Zmieniła się barwa i charakterystyczne to coś.
To zaś niezmiennie kocham :)))





poniedziałek, 17 marca 2014

[262] Stało się

Pogoda się zmieniła, niż nadciągnął. Niektórych załamał, inni, jak na ten przykład ja, mają to w nosie. Nawet bym się nie bała użyć zwrotu: lubią to!
Lubię. No tak mam i już.
Wczoraj dokonałam odkrycia. Statystycznego też, ale o dalszym ciągu za chwilę. Jednak jeszcze innego.
Zawsze robiłam jabłecznik, jak mama przykazała, na kruchym spodzie o w ogóle. Nuda.
Ale zerknęłam, jak co dzień, na główną onetu, szybko sprawdziłam co na przednówku w lodówce jest i upiekłam. Taki, co się go z lodami i bitą śmietaną w kawiarni je. Normalnie oniemiałam z wrażenia, że też taki umiem i że wyszedł pyszny.
Za to dziś, zamiast pochwały, same pretensje! Wyobrażacie sobie?
- Bo ja tylko dwa kawałki zjadłam!! (to Kudłata. Ale kto wychodzi, ten se szkodzi, nie?)
- Czemu nie ma ciasta? Ja tylko dwa trzy kawałki zjadłem!!! (to Młody. Ale kto go tam wie, ile tych kawałków wpędzlował, zanim me oczy ostrość widzenia uzyskały, po podniesieniu powiek.)
No ja też zjadłam dwa. Podzielcie sobie koło na 6. Mniej więcej.
A czemuż powieki takie ciężkie miałam?
Z powodu tańcowania z miotłą o 3 nad ranem.
A czemuż to z miotłą się zabawiałam?
A bo sąsiadka z góry, co prawda nie odkurzała, ale ma krzesło, które z częstotliwością co jakieś 15 minut suwa po gołej podłodze i możecie sobie wyobrazić, jak to działa na kogoś, kto właśnie zapada w sen.
Albo coś spadało. I tak o 2.58 chwyciłam za miotłę, bo nie chciało mi się dresów szukać (dresy o tej porze zwykle śpią, pozdrawiam osiedlowych dresów, tych palących z mojej klatki nie pozdrawiam. I tak mają mnie za dyktatora. Oraz kultury im brak.) i przebierać piżamy, żeby iść i zrobić awanturę. Miotłą zaś potraktowałam sufit, trochę się bojąc, żeby mi tynk nie spadł.
Wpadłam na dwa pomysły.
Pierwszy, zaniosę im filcowe podkładki. Dam jej mamuni z zapewnieniem solennym, że jeszcze raz i będę dzwonić po policję.
Drugi, przejdę się jutro do pana Dzielnicowego i zapytam co z tym fantem zrobić.
Trzeciego pomysłu nie wdrożę, gdyż o 3 nad ranem umysł podpowiada pomysły raczej rodem z książek, po których człowiek boi się spać.

Wracając jednak do statystyki.
Otóż stało się. Nie tylko chciał przelecieć.. Zobaczcie sami...



Na dziś:
Sophie B. Hawkins - Damn I Wish I Was Your Lover
Nie dość, że mnie wsysła dziura zwana Greatest Hits 80' to jeszcze sobie przypominam takie hiciory.




sobota, 15 marca 2014

[261] Statystyka

Że kłamie to wiadomo. Bezduszna jest, nie uwzględnia uczuć, nie ma wątpliwości. Statystycznie rzecz biorąc, jeśli jedna na dwie kobiety jest bita, to po połowie obie dostają łomot. Znam statystykę od podszewki, miałam piąteczkę, umiem wyliczać mediany i inne wyważone. Ale nie o tym w sumie chciałam.
Zachciało mi się sprawdzić słowa kluczowe, po których trafiają tutaj ludzie nie z linków, czy swych ulubionych.
I opadła mi kopara.
Klasyczny szczękozwis.
Bo...

..ktoś tu trafił po słowach wpisanych w wyszukiwarkę:

chciałbym przelecieć szwagierkę

Czy ja kiedyś pisałam o lataniu i szwagierce? niejako w jednym kontekście? Nie przypominam sobie i chyba nie.
Ale chyba częściej będę sprawdzać te słowa kluczowe.




piątek, 14 marca 2014

[260] Słoń to słoń

Napiszę dziś o zbieractwie.
Każdy z nas ma, bądź miał w życiu taki okres, kiedy kolekcjonował coś, mniej lub bardziej udanie, krócej lub dłużej, ale był taki czas. Prawda?
Osobiście zbierałam historyjki z gumy Donald. I znaczki. Jakoś tak w jednym czasie i oba zbiory mieściły się w ówczesnym słoiczku po bobofrucie. Tak tak. Do dzisiaj mam sentyment do tych charakterystycznych zakrętek.
Potem nastał czas zbierania opakowań od czekolad. To było w okolicy 1978 roku. Miałam pudełko po jakiejś bombonierce i tam chowałam swoje skarby. Jak one pachniały! Czekoladowo!
Potem zbierałam widokówki. Pisałam do ludzi z Płomyka, był tam taki dział towarzyski. Ale największą kolekcję dała mi moja ciocia. Było w niej około 500 kartek z całego świata.
Kilka lat później na moje życie i postrzeganie świata ogromny wpływ wywarł mój kuzyn. Był harcerzem, grał na akordeonie i już wtedy uwielbiał Boba Marleya. On z kolei zaraził mnie na dodatek epistolografią, więc zapragnęłam mieć więcej listów od ludzi niż on. I miałam. Ale o tym kiedyś już było.
W każdym razie jakiś czas temu, moja miłość do zbieractwa wróciła.
Na nowo zaglądam do skrzynki na listy z biciem serca. Wyczekuję. I sama wysyłam kartki.
Zapisałam się do postcrossingu.
Gdybyście wiedzieli co się czuje wyciągając ze skrzynki kartkę, która nie jest reklamą czy rachunkiem. Uwielbiam to uczucie, kiedy czytam co ktoś z drugiego końca świata napisał do mnie. Bezcenne.
Chciałabym też dostawać listy, ale kto się będzie ze mną bawił w pisanie, kiedy można kliknąć parę słów, wcisnąć enter i już?
Jestem gotowa pisać. Na papierze. Piórem. Zaklejać koperty, które sama zrobię i wysyłać w świat kawałek mnie.

Ale w związku z tym wszystkim powyższym, w bardzo ścisłym związku jest słoń. A raczej całe ich stado.
Rozmawiając dzisiaj z Sis, przypomniało mi się, że przecież zbierałam słonie! Nie pamiętam ile ich było, ale naprawdę sporo. Przywoziłam z wypadów, dostawałam. Jeden został wybłagany przez mojego przyjaciela, który wpadł do sklepu już po zamknięciu i na kolanach, w mundurze harcerskim wybłagał sprzedawczynię, żeby mu go sprzedała. Bardzo chciał być moim chłopakiem. Cóż. słonia przyjęłam, kosza dałam, a dzisiaj to przyjaciel. Który nie zraził się niejednym głupim numerem, który mu my, harcerze, wycięliśmy. Ale to do mnie zadzwonił powiedzieć, że będzie miał syna. Do mnie pierwszej. O nim jeszcze kiedyś napiszę.
W każdym razie rozpoczęłam śledztwo w sprawie słoni. Ktoś coś z nimi zrobił i nie chce się przyznać.
Zapewne moja mamunia, lekką rączką, pozbyła się balastu z domu, jedne durnostojki zastępując innymi.
Taki los.
Ale właśnie dzisiaj zapragnęłam słonia!

Na dziś:

Nasz wspólny Świat - Stanie się Cud
Nie mogę nigdzie znaleźć wersji ze słoniem, w której w refrenie szło:

stanie się cud i zrozumiesz wtedy że
słoń to słoń długa trąba wielki łeb.

Ale tę wersję też lubię :))




sobota, 1 marca 2014

[259] Stan umysłu

Natrafiłam kiedyś w bibliotece na książki Guillaume Musso. Pierwsza z brzegu, kiedy zaczęłam ją czytać, wydała mi się zakręcona, ale z każdą stroną dalej chłonęłam słowa, włożone w zdania. Zdania mówiące o tym, czego doświadczamy, a czego nie zawsze jesteśmy świadomi. Cała opowieść, kanwa, na której autor plecie losy i emocje, uczucia i myśli bohaterów jest jakby mało ważna. Ona jest. Sedno sprawy tkwi w przeżyciach i myślach bohaterów. I nie zawsze następuje happy end. Może raczej nie zawsze jest on potrzebny, i nie zawsze zostanie za taki uznany. Polecam tym, którym myślenie o sprawach duchowych, z punktu działania psychiki człowieka i tego co niektórzy nazywają przeznaczeniem, inni przypadkiem, a ja nazywam zbiegiem okoliczności, nie sprawia trudności i nie jest uciążliwe. Bo czasem kiedy zerkamy dalej niż czubek naszego nosa przestajemy zezować i paradoksalnie potrafimy zerknąć w siebie, a wtedy zmienia się całkowicie perspektywa obrazu.
Ale nie o tym chciałam.
A może trochę o tym.
Nie lubię się żalić. Mało kiedy, jeśli w ogóle, jęczę nad swoim losem. Nie potrafię marudzić.Kiedy dopada mnie taki stan, to trwa on zazwyczaj krótką chwilę, bo zawsze zaczynam drążyć i szukać rozwiązania.
Zauważyłam jak wielką siłę ma umysł człowieka. Jak wielką moc ma myśl i słowa. Jak bardzo kształtuje nasze życie. Obserwuję różne osoby. Niektórym mówię co myślę i staram się pomóc wejść na właściwy kierunek. Innych nie tykam nawet palcem. Wszystko zależy od tego co widzę i słyszę.
Jedni narzekają. Jak to im w życiu źle. Jak to się nie układa, jak to dobijają ich troski dnia codziennego. Jak to brakuje do przysłowiowego pierwszego. Uśmiecham się pod nosem. Bo ci ludzie są biedni.
Bieda to nie stan portfela. Bo gdyby tak było, byłabym bardzo biedna.
Bieda to stan umysłu. I w takim wypadku, jestem szczęśliwa, że mnie bieda ominęła.
Nie mam tego, czy tamtego, ale potrafię się obejść bez. Jestem na tyle kreatywna, że daję radę. Wiążę dwa końce mojej egzystencji i nie muszę napinać gumy. Podejmuję decyzje, czy właściwe to weryfikuje czas, ale to są w końcu moje własne autonomiczne decyzje.
Kiedy inni zastanawiają się czy szklanka jest do połowy pełna czy pusta, ja będę uparcie twierdzić, że jest pełna w całości.
Nauczyłam się widzieć plusy we wszystkim, kiedy rozpoczęłam drogę do dnia dzisiejszego. Spotkałam mnóstwo ludzi, wirtualnie także, a potem te wirtualne znajomości przekształciły się swego rodzaju przyjaźń. Mam taką osobę w zasięgu telefonu. I ostatnio, kiedy rozmawiałyśmy, powiedziała mi, że do dzisiaj pamięta sens jednego z moich komentarzy. Kiedy właśnie narzekała na to, co się dzieje w jej życiu, widziała same szarości i czernie, napisałam jej coś w stylu: w każdym zdarzeniu, w każdej rzeczy która nas spotyka trzeba szukać dobrej strony. Przyzwyczailiśmy się, że te dobre rzeczy nam się należą od życia, ale nie umiemy ich zauważyć i nie doceniamy tego, co mamy. I jeszcze coś w stylu, że wszystko dzieje się po coś, ale to coś dociera do nas, albo i nie jeśli nie umiemy docenić, dużo później.
I moja Przyjaciółka powiedziała mi, że te słowa zapadły jej w pamięć i pomija to, że sama wzięła się w garść (a nie ma lekko, bo nieuleczalnie choruje), a po drugie jest mi wdzięczna, bo mogła tymi słowami poratować kogoś dla niej ważnego, kto stracił dziecko (samobójstwo). Powiedziała, że zadziałało. Że od listopada człowiek zrezygnowany zmienił się w takiego, jakim był wcześniej. Odżył. Tak jakby wrócił mu sens życia.
Kiedy opowiadała mi to, miałam ciarki i gęsią skórkę. Dla takich chwil warto żyć.
Inna osoba, której kładłam trochę do głowy, ale nie chciałam przesadzić, w końcu sama doszła do ściany. Coś co było niemożliwe, nagle stało się możliwe. Odpadła kula u nogi i teraz tylko potrzeba ułożenia wszystkiego od nowa. To też dobry znak. Trzymam za Nią kciuki i Ona o tym dobrze wie.
Moja osławiona już przeze mnie była szwagierka, podczas  naszej rozmowy po raz kolejny dziękowała mi za bycie cerberem i ładowanie do głowy. Musiała sama dojść do wielu spraw, ale gdyby mnie nie było, do dzisiaj użalałaby się nad sobą, w chorym związku. A tak prawdopodobnie spotkała faceta swojego życia.
Na potwierdzenie mojej pozytywnie zakręconej drogi zadzwonił dziś rano telefon. Dzwonił ktoś ważny, kto uciekł śmierci. Ma cztery bypass'y. Opowiedział mi jak to jest w szpitalu i jak zachowują się chorzy ludzie w jego wieku. Jest dokładnie odbiciem lustrzanym mnie, a może to ja jestem jego odbiciem. W każdym razie myślimy tak samo. I tak jak On zrewolucjonizował oddział kardiologii, tak ja rewolucjonizuję moje życie i życie wokół. Oboje widzimy pełne szklanki.
I mimo, że nasze drogi się rozeszły zawodowo, to coś czuję, że znów się zejdą niebawem na zupełnie nowej, innej zawodowej płaszczyźnie. Cieszy mnie to bardzo. Bo ten facet lubi wyzwania.
Zrealizuję swoje plany, bo tego chcę.

Na dziś:
Bon Jovi - (You Want To) Make A Memory




niedziela, 23 lutego 2014

[258] Krótko

Stanowczo za krótko.
W piątek przyjechała, w sobotę uciekła. Nie wiem tylko czy to dlatego, że ledwo weszła, to musiała iść do kuchni i gotować dla mnie. Może.
Ale do rzeczy.
Pojechałam po Nią na dworzec. Po drodze zrobiłam coś durnego, jak zwykle mnie się musi przytrafić. Wyrzuciłam do kosza nieskasowane bilety. Najlepsze jest to, że miałam jakieś niejasne uczucie, że wyrzucenie tych biletów to nie jest dobry pomysł. No trudno.
Jadąc autobusem na dworzec, postanowiłam, że idę na kurs spawacza!
Tak tak, nie śmiejcie się. Już mówię dlaczego.
Obok siedziało dwóch panów. Jeden namawiał drugiego i opowiadał o tym gdzie pracuje i jak robił uprawnienia. Posłuchałam też o jakości wykonywanej przez niego pracy i stawce, jaką za tę fuszerę bierze i postanowiłam, że durna nie jestem i nadam się do tej roboty.
Otóż.
Pan odrzucił ofertę zarabiania, uwaga, 3.500 - 5000 zł brutto. Słowami, cytuję: "pieprz się, za tyle nie biorę roboty". Więc pracodawca dołożył mu bonusy w ciągu roku w postaci dorabiania na zachodzie.
Kurs wyglądał mniej więcej tak: "dałem mu 2000, po 3 dniach miałem pierwsze uprawnienia, a teraz dostanę następne, a jak dobrze pójdzie to będą i takie, które obowiązują w Norwegii".
Żyć nie umierać. Nie dość, że Norwegia to moje marzenie, to jeszcze uprawnienia można zdobyć na takim luzie.
Ponad to: "zaglądam w rurę, a tam takie farfocle wiszą. Ale kto to sprawdza" Tu mnie wstrząsnęło. Jako ta cholerna perfekcjonistka pewnie uważałabym na te farfocle, żeby ich nie było.
W każdym razie, zanim podjechałam na dworzec, postanowiłam na kurs się zapisać. I jeśli nie uda mi się zapisać na grafikę komputerową, to jak nic idę na spawacza.
No ale do brzegu.
Przyjechała. Zasmarkana. Wysoka do nieba. Chuda jak patyk. Wparowała do kuchni, zrobiła przepyszną lasanię. Powiem Wam, że czułam się trochę dziwnie, kiedy w mojej kuchni gotował dla mnie ktoś inny. Dziwnie, ale bardzo fajnie.
Potem sieciowo przesłałyśmy zapachy i mlaski Frytce, która nie dotarła. Mam nadzieję, że się nie obraziła. Chociaż powinna bardzo żałować.
Potem trochę pogadałyśmy, ale że oczy Jej się kleiły, powieki opadały, to poszłyśmy spać.
W sobotę pokręciliśmy się trochę po Toruniu, gdzie Młody strzelał fochami co chwilę, a następnie nie zdążyłam się z Nią wyściskać i pożegnać, bo mnie kierowca bombowca pogonił i tylko pomachałam jej ze schodka autobusu.
Tygrys. Nawiedził mnie. Mam nadzieję, że nie ostatni raz.
A może teraz ja wpadnę na kawę?

Na dziś:
Ed Sheeran - I see Fire






środa, 19 lutego 2014

[257] Natura walczy o przetrwanie

Wiecie jak jest.
Blondynka, nawet farbowana na inaczej, zawsze blondynką zostanie.
I chociaż blond mój trwał jedynie przez moich pierwszych 10 lat życia, a potem stał się kolorem zwanym szatynowy, zwanym przeze mnie mysio-szaro-burym, znienawidzonym, to jednak wcześniej blondem był. Kiedyś tam, ale był.
Teraz to już siwizna skroń mą przyprószyła, ba, obsiadła cały czerep, ale to nie zmienia faktu, że ten blond pokutuje. A raczej natura walczy o przetrwanie. I na nic nie zda się posiadana wiedza, umiejętności, ani insze zabiegi.
Otóż.
Zabrałam się za...prasowanie papieru. Nie nie, jeszcze tak źle ze mną tak nie jest, żebym prała papier i go prasowała, nie myślcie sobie. Ani aż tak oszczędna, żebym żałowała na nowy. Papier do drukarki prasowałam. I taki w kratkę też. Bo...
dygresja: czasem, nawet częściej niż czasem, tworzę prace w stylu vintage. Najczęściej mają one wyglądać na zdygane przez czas i los, oczywiście są nowiutkie, nówka funkiel, ale mają wyglądać.
Do tego wykorzystuję różnej maści procesy i preparaty, ale o warsztacie opowiadać nie będę.
koniec dygresji.
..właśnie zachciało mi się zrobić pracę retro.
I tak sobie wczoraj wieczorem włączyłam żelazko, zabieram się za prasowanie i....niespodzianka. Włącza mi się i grzeje, dokładnie 2 sekundy, po czym długo nic. Zdębiałam. W sobotę działało! Pokręciłam termostatem, czyli tym tam pokrętłem, ustawiłam i...nic. Kolejna próba i nic. Osiwiałam bardziej. Bo mimo, że żelazka nie używam na co dzień, wręcz od wielkiego dzwonu, to jednak akurat wczoraj było mi potrzebne. Zdążyłam wieczorem się załamać, pośmiać, a dlaczego to za chwilę, oraz załatwić sobie drugie.
Dzisiaj wracam po południu, biorę żelazko do ręki i myślę (logika normalnie aż boli): włączę, może się naprawiło. Po czym trzymam to włączone żelazko, i coś mi nie pasuje. Kręcę termostatem i doznaję olśnienia. Przecież ustawiam go o 180 stopni źle.
Najśmieszniejsze w tym wszystkim jest to, że mam to żelazko jakieś siedem lat! Prasowałam setki razy i zawsze ustawiałam dobrze!
Cóż więc się stało?
Ano nie wiem. Mam wrażenie, że blond mi się odzywa.
A dlaczego się śmiałam? Bo ostatnio padła mi suszarka do włosów...Bez suszarki jak bez ręki. Ale dostałam nową od cioci. I od niej też leci do mnie drugie żelazko. Za nic w świecie nie przyznam się, że to moja indolencja, a nie czarna seria.
A zaraz....sprawdzę, bo może suszarka też działa...

Na dziś:
Pearl Jam - Even Flow
Od wczoraj siedzę w grunge'u. Aż zapragnęłam znów mieć kraciastą koszulę flanelową!



czwartek, 13 lutego 2014

[255] To jeszcze nie koniec

Justyna mogła zdobyć złoto ze złamaną kością śródstopia, to ja mogę jeszcze pisać, co prawda w ciągłym osłupieniu. Aczkolwiek Jej złoto się należało. Mi niekoniecznie.
Osłupia mnie krótkowzroczność. I bezmiar egocentryzmu. I nieumiejętność używania empatii. Bo nikt nie każe rozdzierać szat i biczować się z powodu czyjejś sytuacji. Ale czasem, żeby zrozumieć, trzeba pomyśleć. Cóż, społeczeństwo przestaje używać głowy. I nie jest to wina nieczytania książek.
Nad tym wszystkim przechodzę do porządku dziennego, bo mam nadzieję, że przynajmniej jakaś garstka ludzi rozumie co piszę. I umie wyciągnąć wnioski.
A więc odkładam problem na półkę. Do pudełka: zdziwienie permanentne.

A co u mnie?
Żyję. Dość intensywnie. Odkrywam kolejne pomysły.
Borykam się z codziennością. Która to codzienność nie jest szara. Nie jest trudna. Nie jest beznadziejna.
Jest kolorowa, szalona, czasem leniwa, czasem przygnębiona, ale najczęściej pełna emocji pozytywnych.
Śmieję się do rozpuku z Kudłatą, mimo, że wcale do śmiechu być nie powinno.
Kudłata jest bohaterką.
Rok dla niej zaczął się inaczej niż wszystkim. Mi też się tak zaczął. Ale nie o mnie to jest. O Niej.
Uratowała życie. Osobie, która zadzwoniła, że nałykała się prochów.
Około 4 nad ranem zadzwoniła do mnie, że jedzie na ratunek. W międzyczasie zadzwoniła po karetkę.
Zdążyli wszyscy. Ona. Karetka. Na końcu dojechałam ja.
A ja chciałabym, żeby wymiksowała się z tego związku.
Chcę, żeby miała dobre życie. I wierzę w to, że znajdzie kogoś, w kim będzie miała oparcie, a nie będzie tylko tyczką dla człowieka - bluszcza, dużo starszego od niej. Uzależniającego swoją chorobą. Chwiejnego emocjonalnie. Samosia, który nie przyjmuje pomocy, bo sam da radę. Po czym odwala kolejny numer, miesiąc po.
I tu wkraczam ja. Supermenka. Jak będzie trzeba zamknę w łazience, przywiążę do kaloryfera.
A tak serio, wierzę, że Kudłata ma rozum. I mózg, który umie używać. I poradzimy sobie z tym wszystkim.

Na dziś:
Nickelback - Photograph





niedziela, 2 lutego 2014

[254] ...

Jaka liczba jest dobra na koniec? Jak myślicie?
Bo ostatnio zastanawiam się nad sensem pisania dalej.
Zaczynam być z doskoku, nie śledzę Was systematycznie, nie ma komentarzy, ochów i achów. *
Obserwuję świat z własnej perspektywy, bo z innej nie umiem. I widzę, że najbardziej nietolerancyjni są ci, co o tę tolerancję rzekomo walczą.
A czym jest tolerancja?
Tolerancja - (z łac. cierpliwa wytrwałość) - postawa społeczna i osobista odznaczająca się poszanowaniem poglądów, zachowań i cech innych ludzi.
Tyle wikipedia.
A my?
Żądamy od innych, żeby tolerowali to co my, ale nie dajemy im wolności myśli, słowa, poglądów. Kto nie jest z nami, ten przeciwko nam. Zdarzyło się kilka razy, że dotknęło to mnie osobiście. Ale nie tylko mnie.
Najbardziej boli, kiedy takie skurwielstwo dotyka ludzi, którzy na to zupełnie nie zasłużyli. Których słowa traktuje się literalnie, a nie myśli o sensie wypowiedzi w kontekście wiedzy ogólnej, gdyż ta osoba napisała nie raz i nie dwa co jest trzy.
I tu dochodzimy do czytania ze zrozumieniem. Do wyobraźni, pamięci, analizy i wyciągania wniosków. Do tego, co powinno mieć miejsce, bez względu na to, czy czyjąś miarkę przykładamy do siebie, czy też do swoją do innych.
Tolerancja. To nie jest wielbienie i aprobata. To jest akceptacja pomimo. Można nie zgadzać się z tym czy tamtym, ale należy szanować zdanie innych.
Na siłę nie zmieni się niczego. Rzucaniem krzywych oskarżeń i czepianiem się nieistotnego podmiotu nie zmieni się niczego, nie uzyska zrozumienia i nie dojdzie do konsensusu.
Jeśli ktoś nie chce rozumieć, to nie zrozumie. Jeśli będzie chciał dalej krzyczeć po swojej stronie barykady, to będzie się darł, mimo, że nikt do niego nie strzela.
A ja?
A ja przesiewam wszystko przez zestaw sit. Od najmniej ważnych, po najważniejsze.
Zostają same diamenty. Takie, dla których warto było pisać i warto było się otworzyć. I takie, które dalej będą dla mnie ważne, niezależnie, czy tu zostanę, czy nie.
Jeszcze nie podjęłam decyzji.


* to była ironia, jeśli ktoś nie zrozumiał.

Na dziś:
Marillion - Warm Wet Circles