Wróciłam. Ale wcale się nie cieszcie, albo właśnie cieszcie się bardzo, bo lada moment znów wybywam.
Jadę na zakończenie.
Życie przyśpiesza (musiałam przyzwyczaić się do tego ś, po rozmowie z dwojgiem polonistów).
Czasem całkiem nie rozumiem ludzi. I coraz częściej cieszę się z bycia w pewnych dziedzinach mego życia na uboczu. Przyglądam się z boku całemu cyrkowi i zastanawiam się, jak można być takim głupkiem i tak marnować potrzebną do życia energię. Nie rozumiem gierek, podchodów, przeinaczania i wzajemnego szczucia. Nie rozumiem słowa zemsta, bo ja raczej pomijam milczeniem zaistniałą sytuację, albo mówię jasno i wyraźnie, co mi leży na sercu. Tym razem to refleksje z życia wzięte. Z realnych relacji. Obserwuję je z boku i dziękuję sobie samej, że nie dobiegłam do czołówki, tylko wlokę się za peletonem, na szarym końcu. Dobrze mi z tym. Bo ostatni są pierwszymi.
A a propos przyśpieszania. Obiecywałam sobie nie wyznaczać terminów - punktów milowych. Nie da się. Żyję od terminu do terminu. A pomiędzy czas przemija niepostrzeżenie. Obiecuję sobie, że już, zaraz. Że to ostatni taki, a tu nagle wyskakuje oczekiwanie na.
Więc oczekuję.
Mam w domu dodatkową córkę. Nie jest łatwo. Przed nami rozmowa. Ustalenia. Muszę wykonać kilka telefonów. Popytać. I pomyśleć co dalej. Mam nadzieję, że minie nerwowość, że wyżali się ten żal, który ma w sobie, a który wycieka z każdego słowa.
Damy radę.
A teraz idę jeszcze poczytać.
Oderwać się od tego piekła, które niepostrzeżenie wdarło się w moje lubiące zimno jestestwo.
Ledwiezipię. Walczę z przeziębieniem, migrenowym napadem bólu i zatokami. Pogoda nie sprzyja w żadnym wypadku.
Dziś usłyszałam jedną mądrą i krzepiącą informację. Od koleżanki, która mogłaby być moją mamą. Że lada moment dni już będą coraz krótsze. Może nie ma to nic wspólnego z upałem, ale jednak.
Znów jest na co czekać.
Na jesień.
I zimę.
poniedziałek, 9 czerwca 2014
poniedziałek, 2 czerwca 2014
[281] Miłość matczyna
Każda matka ponoć kocha swoje dziecko. Prawda, czy fałsz?
Miałam nie pisać na ten temat. Ale przeczytałam u Malawiarta o przemocy domowej. O bierności kobiety, na którą on się wkurza.
Nie będę pisać o mechanizmach współuzależnienia, całej psychicznej więzi i wszystkich związanych z tym aspektów, także obyczajowych. Kto chce, poczyta fachowe pisma, sprawdzi co jest co, nie będzie pieprzył farmazonów o winie ofiary. (i nie mówię o Malawiarcie).
A co zrobić, kiedy bite jest dziecko? Wyzywane, niszczone psychicznie i fizycznie?
Czy wiecie jak działa mechanizm w tym przypadku?
Przecież to matka. Matka jest najważniejsza i jedyna.
Piszę o matce, bo mam na myśli konkretny przypadek. Taki, w który zostałam zamieszana. W który zaingerowałam. Poprzez Kudłatą.
Dziewczyna, już pełnoletnia, została pobita, nie pierwszy raz, przez matkę. Siniaki, rozcięta warga. Za moją namową poszła na policję, mając za obstawę moją córkę i znajomego. Chodziło o obronę, niebieską kartę, cokolwiek, jakiś ślad. Bo w domu została mała siostra. Policja olała sprawę, bo powinna była zadzwonić w trakcie (!!!) zdarzenia. Raczej ciężko zadzwonić, kiedy na klatce piersiowej siedzi dorosła osoba i poddusza. Nie skierowano jej na obdukcję, a dziewczyna ma szyny w kręgosłupie. Po takiej porażce nie chciała iść na obdukcję do szpitala. Kolejne telefony i udało się. Ale długa walka, żeby powiedziała KTO jej to zrobił.
Matka zgłosiła zaginięcie córki. Więc córka wzięła obdukcję i poszła na policję ponownie.
Dopiero teraz jest niebieska karta.
Co dalej? Zrobiła pierwszy krok. W stronę walki o siebie. Teraz trzeba ją wesprzeć.
Wobec tego moje pytanie brzmi: kto daje nam prawo poniewierać drugim człowiekiem?
Nie ma mowy o wartościowaniu, które jest gorsze, a które nie. Każda przemoc jest zła. Bez najmniejszego wyjątku.
Chciałabym umieć pomóc wszystkim, którzy tego potrzebują. Wszystkim, których ścieżki krzyżują się z moimi. Ja już wiem więcej o życiu, ale jak nauczyć innych innego myślenia? Jak przekonać, że stereotypy trzeba łamać? Że nie wszystko jest warte uwagi, że niektórych rzeczy nie zmienimy, a inne jak najbardziej?
Jak to zrobić?
Może będę gadać, gadać, gadać..
Może ktoś usłyszy i będzie chciał zrozumieć...
Miałam nie pisać na ten temat. Ale przeczytałam u Malawiarta o przemocy domowej. O bierności kobiety, na którą on się wkurza.
Nie będę pisać o mechanizmach współuzależnienia, całej psychicznej więzi i wszystkich związanych z tym aspektów, także obyczajowych. Kto chce, poczyta fachowe pisma, sprawdzi co jest co, nie będzie pieprzył farmazonów o winie ofiary. (i nie mówię o Malawiarcie).
A co zrobić, kiedy bite jest dziecko? Wyzywane, niszczone psychicznie i fizycznie?
Czy wiecie jak działa mechanizm w tym przypadku?
Przecież to matka. Matka jest najważniejsza i jedyna.
Piszę o matce, bo mam na myśli konkretny przypadek. Taki, w który zostałam zamieszana. W który zaingerowałam. Poprzez Kudłatą.
Dziewczyna, już pełnoletnia, została pobita, nie pierwszy raz, przez matkę. Siniaki, rozcięta warga. Za moją namową poszła na policję, mając za obstawę moją córkę i znajomego. Chodziło o obronę, niebieską kartę, cokolwiek, jakiś ślad. Bo w domu została mała siostra. Policja olała sprawę, bo powinna była zadzwonić w trakcie (!!!) zdarzenia. Raczej ciężko zadzwonić, kiedy na klatce piersiowej siedzi dorosła osoba i poddusza. Nie skierowano jej na obdukcję, a dziewczyna ma szyny w kręgosłupie. Po takiej porażce nie chciała iść na obdukcję do szpitala. Kolejne telefony i udało się. Ale długa walka, żeby powiedziała KTO jej to zrobił.
Matka zgłosiła zaginięcie córki. Więc córka wzięła obdukcję i poszła na policję ponownie.
Dopiero teraz jest niebieska karta.
Co dalej? Zrobiła pierwszy krok. W stronę walki o siebie. Teraz trzeba ją wesprzeć.
Wobec tego moje pytanie brzmi: kto daje nam prawo poniewierać drugim człowiekiem?
Nie ma mowy o wartościowaniu, które jest gorsze, a które nie. Każda przemoc jest zła. Bez najmniejszego wyjątku.
Chciałabym umieć pomóc wszystkim, którzy tego potrzebują. Wszystkim, których ścieżki krzyżują się z moimi. Ja już wiem więcej o życiu, ale jak nauczyć innych innego myślenia? Jak przekonać, że stereotypy trzeba łamać? Że nie wszystko jest warte uwagi, że niektórych rzeczy nie zmienimy, a inne jak najbardziej?
Jak to zrobić?
Może będę gadać, gadać, gadać..
Może ktoś usłyszy i będzie chciał zrozumieć...
sobota, 31 maja 2014
[280] Finisz
No to jestem.
Prawie już.
Jeszcze tylko pojadę za dwa tygodnie wysłuchać najważniejszych słów, na które czekam od trzech lat.
Mogę nie jechać, przymusu nie ma, ale jestem z tych co muszą na własne uszy.
Dobra, przyznaję się, chcę sobie pojeździć polskim busem.
A teraz idę kichać. Na wszystko. W chusteczki najbardziej.
Na dziś:
George Michael - Freedom
:)
Prawie już.
Jeszcze tylko pojadę za dwa tygodnie wysłuchać najważniejszych słów, na które czekam od trzech lat.
Mogę nie jechać, przymusu nie ma, ale jestem z tych co muszą na własne uszy.
Dobra, przyznaję się, chcę sobie pojeździć polskim busem.
A teraz idę kichać. Na wszystko. W chusteczki najbardziej.
Na dziś:
George Michael - Freedom
:)
środa, 28 maja 2014
[279] ...
Wyjeżdżam. Dzisiaj. Za chwilę.
Wracam jutro.
Nie wiem w jakim stanie.
Jeszcze pewnie małżeńskim. Mam jednak nadzieję na rozwiązanie problemu w tym roku.
Cóż.
Na dziś.
Nie mam słuchawek i bardzo wkurza mnie ten stan. Wizja podróży bez muzyki....
Ma ktoś niepotrzebne?
Przygarnę.
Wracam jutro.
Nie wiem w jakim stanie.
Jeszcze pewnie małżeńskim. Mam jednak nadzieję na rozwiązanie problemu w tym roku.
Cóż.
Na dziś.
Nie mam słuchawek i bardzo wkurza mnie ten stan. Wizja podróży bez muzyki....
Ma ktoś niepotrzebne?
Przygarnę.
piątek, 23 maja 2014
[278] Post malkontencki
Zaczęło się.
To, czego nie lubię najbardziej.
To, co będzie mnie wkurzało przez kilka miesięcy.
Gorąco. Słońce. I komary. O poceniu się nie wspomnę.
Epitety pominę.
W temperaturze powyżej 20 stopni przestaję funkcjonować.
Znaczy działam na podtrzymaniu, ale ogólnie jest do chrzanu.
I niech nikt nie próbuje mnie przekonywać, że się mylę!
Zmieniam tryb życia na nocny. W dzień postanowiłam spać. I budzić się około 20.00
Ale teraz idę spać.
Jutro mam spotkanie twórcze i nie mogę sobie pozwolić na ziewanie.
Oby do zimy! A przynajmniej do jesieni.
Dobranoc.
To, czego nie lubię najbardziej.
To, co będzie mnie wkurzało przez kilka miesięcy.
Gorąco. Słońce. I komary. O poceniu się nie wspomnę.
Epitety pominę.
W temperaturze powyżej 20 stopni przestaję funkcjonować.
Znaczy działam na podtrzymaniu, ale ogólnie jest do chrzanu.
I niech nikt nie próbuje mnie przekonywać, że się mylę!
Zmieniam tryb życia na nocny. W dzień postanowiłam spać. I budzić się około 20.00
Ale teraz idę spać.
Jutro mam spotkanie twórcze i nie mogę sobie pozwolić na ziewanie.
Oby do zimy! A przynajmniej do jesieni.
Dobranoc.
wtorek, 20 maja 2014
[277] A na co mi przepis
Wiem, że normalna to ja nie jestem.
Wiem, że to lubicie. PRAWDA??
No to macie.
Z wyprawy na południe, przywiozłam sobie w słoiczku zakwas. Od Emki. Bo jadłam u niej pyszny chlebek, który uparłam się upiec. No bo przecież jak nie potrafię, jak potrafię!
Przecież dostałam przepis. Pff!
No i nadeszła wiekopomna chwila.
Najpierw zbierałam produkty. Dwa dni kupowałam wodę gazowaną. Znaczy kudłata przyniosła mi ze sklepu..małą buteleczkę. Jakby nie mogła zapytać. Potem kupiłam keksówki.
Miała być mąka pszenna typ 550. Ale że jak? Ja chcę razowy! Więc w misce wylądowała pszenna razowa typ 1850.
Miała być woda gazowana 4,5 szklanki. Ale nie doczytałam tego ,5 i dałam 4.
Zamiast otrębów dałam szklankę ziaren orkiszowych.
Miała być sól i cukier, ale... No co! Jak się lata od kompa do kuchni (daleko nie mam, ale zawsze) to można zapomnieć? Nie przepisałam na kartkę, bo...nie chciało mi się.
Więc jak już wymieszałam wszystko z zakwasem to przypomniałam sobie o tej soli i dosypałam, po czym zagniotłam ciasto.
Resztę zrobiłam według przepisu.
Dzisiaj upiekłam.
Jest..... PYSZNY!
Co prawda dzieci nie tkną, więc cały mój, ale nic to.
Dam radę :)))
Wiem, że to lubicie. PRAWDA??
No to macie.
Z wyprawy na południe, przywiozłam sobie w słoiczku zakwas. Od Emki. Bo jadłam u niej pyszny chlebek, który uparłam się upiec. No bo przecież jak nie potrafię, jak potrafię!
Przecież dostałam przepis. Pff!
No i nadeszła wiekopomna chwila.
Najpierw zbierałam produkty. Dwa dni kupowałam wodę gazowaną. Znaczy kudłata przyniosła mi ze sklepu..małą buteleczkę. Jakby nie mogła zapytać. Potem kupiłam keksówki.
Miała być mąka pszenna typ 550. Ale że jak? Ja chcę razowy! Więc w misce wylądowała pszenna razowa typ 1850.
Miała być woda gazowana 4,5 szklanki. Ale nie doczytałam tego ,5 i dałam 4.
Zamiast otrębów dałam szklankę ziaren orkiszowych.
Miała być sól i cukier, ale... No co! Jak się lata od kompa do kuchni (daleko nie mam, ale zawsze) to można zapomnieć? Nie przepisałam na kartkę, bo...nie chciało mi się.
Więc jak już wymieszałam wszystko z zakwasem to przypomniałam sobie o tej soli i dosypałam, po czym zagniotłam ciasto.
Resztę zrobiłam według przepisu.
Dzisiaj upiekłam.
Jest..... PYSZNY!
Co prawda dzieci nie tkną, więc cały mój, ale nic to.
Dam radę :)))
A oto i on, a nawet dwa :)
Dobra, solennie obiecuję następny zrobić dokładnie według przepisu. Żeby nie było.
Na dziś:
Hetman - Czarny chleb i czarna kawa
niedziela, 18 maja 2014
[276] Hello! Wróciłam!
Ale nie cieszcie się za bardzo, bo niebawem znów zniknę kilka razy.
W każdym razie teraz już wróciłam z Koszalina i okolic.
Było jak zwykle świetnie i z...przygodami. Czasem się zastanawiam, dlaczego ja nie potrafię tak jak hobbici (hobbitowy) ród. siedzieć w domu i nie wychodzić za próg, żeby te przygody mnie nie dopadały. Ale to chyba dlatego, że ja tak bardzo lubię przygody.
Ale od początku.
Wyruszyłam (i bardzo dobrze) z odpowiednim wyprzedzeniem czasowym (też bardzo dobrze), po wcześniejszym sprawdzeniu, gdzie ten piekielny (bo pośpieszny) autobus się zatrzymuje.
Dojechawszy na miejsce, a daleko to było od mojej gawry (co nie jest bez znaczenia, ale o tym za chwilę), okazało się, że y-y to nie tu. Podjechałam więc dalej. Tam również okazało się, że to nie to. W końcu trafiłam na odpowiedni przystanek. Ale coś mi nie grało. Rozpoczęłam więc akcję sprawdzającą gdzie, co i jak.
Dygresja:
- miałam kasy ciut więcej niż na bilety w jedną stronę. Ciut, to jest ciut i nic ponadto.
- Kudłatej nie było przy kompie, więc nie mogła sprawdzić.
- skończyło mi się doładowanie. Mogłam jeszcze po całej akcji wykonać kilka smsów. Dokładnie dwa.
- jechałam z Młodym.
- pamięć wzrokowa zgrzytała z rzeczywistością
- tak samo zgrzytało rozeznanie geograficzne, strony świata, kierunki tras wylotowych i inne.
Koniec dygresji.
Mama mi pomogła. Oddzwoniła po sygnale, wyjaśniłam o co kaman, z niejakimi trudnościami, ale się udało i uzyskałam taka oto odpowiedź: "to ten przystanek, po którym następny to Kaliskiego". o.O (to zdziwienie na maska, bo nie znam wszystkich przystanków, szczególnie w tamtej części miasta). Zapytałam tambylców i też nie wiedzieli. Nic to. W końcu minęła godzina przyjazdu autobusu, a ja trochę zła, bo czas skurczył się jak, nie przymierzając, dżinsy, które ustawi się na pranie w 90 stopniach.
W końcu wsiadłam do autobusu, wygarniając ostatnie klepaki z portfela na bilety komunikacji miejskiej, z solennym cichym zapewnieniem siebie, że jak się będę miała przesiadać, to mam w nosie kontrolerów. Okazało się jednak, że po przesiadce mogę jechać na ten sam bilet i ...to był pierwszy cud.
Przesiadłam się na tramwaj, jadę, a godzina odjazdu autobusu mijała z minuty na minutę. Tak sobie pomyślałam, bo nagle spadł na mnie spokój ogromny i stwierdziłam, że ...mógłby się spóźnić ten autobus.
Poszłam sobie z Młodym na peron i słyszę: "autobus z Warszawy opóźniony jest 30 minut".
Gdyby nie te tłumy ludzi, pewnie odtańczyłabym taniec radości.
Chwilę później podjechał wypasiony autobus, pachnący nowością, kupiłam bilety i zostało mi 30 groszy.
Nawet nie wiecie jaka to ulga.
W każdym razie, siedząc w autobusie przed odjazdem, mój wewnętrzny kompas z żyroskopem, na siłę skłaniali się do smutnej prawdy. Że. Tym autobusem. Będę jechała całkiem blisko mojej stałej trasy do miasta. Kilka przystanków od mojego domu. Wyśmiałam się sama, wyszydziłam, mało brakowało, a napisałabym sobie samokrytyczny post na facebook'u, ale postanowiłam nie tykać komputera w gościach. Zresztą czasu nie było nawet.
Tak więc po raz kolejny udało mi się przechytrzyć przeciwności losu. Zdążyć. I wszystko wyszło jak należy.
I tym optymistycznym akcentem kończę na dziś i idę spać, bo jutro zrywam się o 5 rano, żeby dojechać odpowiednio wcześnie do urzędu pracy i zapisać się na kurs. Jest tylko 30 miejsc na 3 tury kursu. Po 10 miejsc na jeden kurs.
Dam radę, prawda?
Na dziś:
Godsmack - I stand alone
No bo jakżeby inaczej.
W każdym razie teraz już wróciłam z Koszalina i okolic.
Było jak zwykle świetnie i z...przygodami. Czasem się zastanawiam, dlaczego ja nie potrafię tak jak hobbici (hobbitowy) ród. siedzieć w domu i nie wychodzić za próg, żeby te przygody mnie nie dopadały. Ale to chyba dlatego, że ja tak bardzo lubię przygody.
Ale od początku.
Wyruszyłam (i bardzo dobrze) z odpowiednim wyprzedzeniem czasowym (też bardzo dobrze), po wcześniejszym sprawdzeniu, gdzie ten piekielny (bo pośpieszny) autobus się zatrzymuje.
Dojechawszy na miejsce, a daleko to było od mojej gawry (co nie jest bez znaczenia, ale o tym za chwilę), okazało się, że y-y to nie tu. Podjechałam więc dalej. Tam również okazało się, że to nie to. W końcu trafiłam na odpowiedni przystanek. Ale coś mi nie grało. Rozpoczęłam więc akcję sprawdzającą gdzie, co i jak.
Dygresja:
- miałam kasy ciut więcej niż na bilety w jedną stronę. Ciut, to jest ciut i nic ponadto.
- Kudłatej nie było przy kompie, więc nie mogła sprawdzić.
- skończyło mi się doładowanie. Mogłam jeszcze po całej akcji wykonać kilka smsów. Dokładnie dwa.
- jechałam z Młodym.
- pamięć wzrokowa zgrzytała z rzeczywistością
- tak samo zgrzytało rozeznanie geograficzne, strony świata, kierunki tras wylotowych i inne.
Koniec dygresji.
Mama mi pomogła. Oddzwoniła po sygnale, wyjaśniłam o co kaman, z niejakimi trudnościami, ale się udało i uzyskałam taka oto odpowiedź: "to ten przystanek, po którym następny to Kaliskiego". o.O (to zdziwienie na maska, bo nie znam wszystkich przystanków, szczególnie w tamtej części miasta). Zapytałam tambylców i też nie wiedzieli. Nic to. W końcu minęła godzina przyjazdu autobusu, a ja trochę zła, bo czas skurczył się jak, nie przymierzając, dżinsy, które ustawi się na pranie w 90 stopniach.
W końcu wsiadłam do autobusu, wygarniając ostatnie klepaki z portfela na bilety komunikacji miejskiej, z solennym cichym zapewnieniem siebie, że jak się będę miała przesiadać, to mam w nosie kontrolerów. Okazało się jednak, że po przesiadce mogę jechać na ten sam bilet i ...to był pierwszy cud.
Przesiadłam się na tramwaj, jadę, a godzina odjazdu autobusu mijała z minuty na minutę. Tak sobie pomyślałam, bo nagle spadł na mnie spokój ogromny i stwierdziłam, że ...mógłby się spóźnić ten autobus.
Poszłam sobie z Młodym na peron i słyszę: "autobus z Warszawy opóźniony jest 30 minut".
Gdyby nie te tłumy ludzi, pewnie odtańczyłabym taniec radości.
Chwilę później podjechał wypasiony autobus, pachnący nowością, kupiłam bilety i zostało mi 30 groszy.
Nawet nie wiecie jaka to ulga.
W każdym razie, siedząc w autobusie przed odjazdem, mój wewnętrzny kompas z żyroskopem, na siłę skłaniali się do smutnej prawdy. Że. Tym autobusem. Będę jechała całkiem blisko mojej stałej trasy do miasta. Kilka przystanków od mojego domu. Wyśmiałam się sama, wyszydziłam, mało brakowało, a napisałabym sobie samokrytyczny post na facebook'u, ale postanowiłam nie tykać komputera w gościach. Zresztą czasu nie było nawet.
Tak więc po raz kolejny udało mi się przechytrzyć przeciwności losu. Zdążyć. I wszystko wyszło jak należy.
I tym optymistycznym akcentem kończę na dziś i idę spać, bo jutro zrywam się o 5 rano, żeby dojechać odpowiednio wcześnie do urzędu pracy i zapisać się na kurs. Jest tylko 30 miejsc na 3 tury kursu. Po 10 miejsc na jeden kurs.
Dam radę, prawda?
Na dziś:
Godsmack - I stand alone
No bo jakżeby inaczej.
czwartek, 15 maja 2014
[275] Pogłos
Miało być o najważniejszym, ostatnio, temacie. Mianowicie o Eurowizji. O facecie w sukience i z brodą. I o tym, że ja mam to w nosie. I że nie przeszkadza mi ŻADEN, powtarzam jasno i wyraźnie ŻADEN sceniczny wizerunek. Ani malowane Kiss, ani chłopcy z pudel-rocka, ani Army of Lovers, ani Conchita. Mam to zwyczajnie w nosie, kto jak wygląda na scenie i poza nią też. Dopóki nie robi krzywdy innym.
Chciałam nadmienić, że to żadna nowość tak poza tym i we Wrocławiu jest wykładowca akademicki języka angielskiego----> link, który na co dzień, a nie tylko na scenie, chodzi w sukienkach i w butach na obcasach oraz pończochach. Czy mi to przeszkadza? NIE.
Inną sprawą jest kwestia zarzutów o brak patriotyzmu, bo się nie głosowało. Otóż. Nigdy w życiu nie głosowałam i nie zagłosuję na żadnego wykonawcę w tak żenującym jarmarku, obciachowym i siłą rozpędu chyba organizowanym, jak Eurowizja. Nie jestem więc patriotką. Sorry Polsko.
Ale nie chce mi się o tym pisać.
I nie mam czasu!
A w ogóle to sobie jadę jutro do Koszalina!
Do widzenia.
Na dziś:
Northern Kings - Hello
Panowie też występowali na Eurowizji w 2009 roku :)
Chciałam nadmienić, że to żadna nowość tak poza tym i we Wrocławiu jest wykładowca akademicki języka angielskiego----> link, który na co dzień, a nie tylko na scenie, chodzi w sukienkach i w butach na obcasach oraz pończochach. Czy mi to przeszkadza? NIE.
Inną sprawą jest kwestia zarzutów o brak patriotyzmu, bo się nie głosowało. Otóż. Nigdy w życiu nie głosowałam i nie zagłosuję na żadnego wykonawcę w tak żenującym jarmarku, obciachowym i siłą rozpędu chyba organizowanym, jak Eurowizja. Nie jestem więc patriotką. Sorry Polsko.
Ale nie chce mi się o tym pisać.
I nie mam czasu!
A w ogóle to sobie jadę jutro do Koszalina!
Do widzenia.
Na dziś:
Northern Kings - Hello
Panowie też występowali na Eurowizji w 2009 roku :)
poniedziałek, 12 maja 2014
[274] Zwariowane melodie
Ostatni tydzień to było wariactwo. A tam tydzień, ostatnie dwa.
Najpierw miała być praca. Wszystko było zgrane od miesiąca, szykowałam się na godzinę zero. Próbowałam, testowałam, czytałam, jednym słowem, przygotowałam się na tyle, na ile na sucho można się przygotować. Bo praca, którą miałam wykonywać była bardzo ograniczona czasowo. Wręcz na już, na czas, z zegarkiem w ręku, bo trzeba byłoby się zgrać. Gdyby wszystko się udało. Minuta przed godziną zero przyszła do mnie informacja, że sory memory, będzie pracował ktoś inszy. Znajomy królika, tak zwany. Cóż, nie straciłam, bo nie miałam, ale mogłam mieć. I pozostał taki trudny do opisania stan. Zawieszenie między dam radę, bo jestem dobra, bardzo dobra, a może jednak nie. Nie zadawałam sobie pytań dlaczego. Bo nie miały sensu. Kopać się z nikim też nie miałam zamiaru, bo i o co. Ale. O ale napiszę za chwilę.
Potem nastał czas wyjazdu. Wpadłam w wir przygotowań, ale dałam radę załatwić wszystko. Pojechałyśmy sobie znów na południe. Do Emki. Nie chciałabym być patetyczna. Ale powiem Wam, że uwielbiam Ją. Jest jak moja kolejna siostra. Stanowczo za daleko mieszka i za krótko się widziałyśmy. Wrócę tam niebawem, na dłużej.
Powiem jeszcze tyle, że jazda po Śląsku to jest pikuś. Nawet rozkopane Katowice nie robią na mnie wrażenia i są przyjazne dla ludzia. Za to nastawiam się psychicznie na kolejne warszawskie przygody, już niebawem. Dlatego nie wybijam się z rytmu przygotowawczego.
Z wieści inszych, zaczyna być normalnie. Ktoś mnie docenił. Ktoś chce mojej pomocy i pomysłów. Zobaczymy.
W każdym razie w ramach nurtującego mnie problemu pracy, opisanego wyżej, zachciało mi się sprawdzić, czy słusznie odpadłam w przedbiegach. Namacalnie. Praca moja miała być niewidoczna. To znaczy, że kiedy jest wykonywana jak należy, to nic nie ma. Sprawdziłam. Nie jest wykonywana jak należy. Wręcz zapłakałam nad efektem. I z dziką satysfakcją poczułam ulgę, aczkolwiek pustą kieszeń mam i satysfakcją to ja se rachunków przysłowiowych nie popłacę i dziatwy nie nakarmię. Przyjdzie jeszcze kiedyś koza do woza.
A co do tytułowych melodii...
Jadąc samochodem lubię sobie słuchać muzyki. Mojej muzyki. Z naciskiem na mojej. Co prawda dostępny mi samochód ma okropne nagłośnienie, bo właściciel ma to w nosie, ale zawsze coś tam brzęczy. Postanowiłam więc, że tym razem nie dam sobie puścić Piaska (jeśli na sali są wielbicielki/le to przepraszam - nie trawię), albo innych smętów, typu Lipnicka/Porter (bo jak jego głos lubię, tak jej organicznie nie trawię), bo mimo, że jestem tolerancyjna, to jednak nie zniosę 7-9 godzin, zależy od porywów, z czymś, co mi uszy maltretuje. Zniosę godzinę. no góra dwie. Wobec tego wrzuciłam na pendrive'a 252 utwory, w miarę znośne i bez przegięcia w żadną stronę. Przemyciłam tam i przeboje młodości, jak i teraźniejsze dźwięki, wrzuciłam Irka Dudka i Krystynę Prońko, miejsce znalazł Godsmack i Abba, Metallica, G'n'R, Rezerwat, Sztywny Pal Azji, i Bob Marley, i Santana, i Kiss. I wiele, wiele innych. Nawet Czwarta nad ranem nam zagrała. Powiem tak. Do Katowic wystarczy mi 162 utwory.
Z tym optymistycznym akcentem kładę się za chwilę spać, a jutro będę zadawać niewygodne pytania doradcy zawodowemu w Urzędzie Pracy. W końcu mnie zaprosili na rozmowę.
Na dziś:
Godsmack - Whatever
No wkręciłam się. Koncert, koncert mi się marzy.
Najpierw miała być praca. Wszystko było zgrane od miesiąca, szykowałam się na godzinę zero. Próbowałam, testowałam, czytałam, jednym słowem, przygotowałam się na tyle, na ile na sucho można się przygotować. Bo praca, którą miałam wykonywać była bardzo ograniczona czasowo. Wręcz na już, na czas, z zegarkiem w ręku, bo trzeba byłoby się zgrać. Gdyby wszystko się udało. Minuta przed godziną zero przyszła do mnie informacja, że sory memory, będzie pracował ktoś inszy. Znajomy królika, tak zwany. Cóż, nie straciłam, bo nie miałam, ale mogłam mieć. I pozostał taki trudny do opisania stan. Zawieszenie między dam radę, bo jestem dobra, bardzo dobra, a może jednak nie. Nie zadawałam sobie pytań dlaczego. Bo nie miały sensu. Kopać się z nikim też nie miałam zamiaru, bo i o co. Ale. O ale napiszę za chwilę.
Potem nastał czas wyjazdu. Wpadłam w wir przygotowań, ale dałam radę załatwić wszystko. Pojechałyśmy sobie znów na południe. Do Emki. Nie chciałabym być patetyczna. Ale powiem Wam, że uwielbiam Ją. Jest jak moja kolejna siostra. Stanowczo za daleko mieszka i za krótko się widziałyśmy. Wrócę tam niebawem, na dłużej.
Powiem jeszcze tyle, że jazda po Śląsku to jest pikuś. Nawet rozkopane Katowice nie robią na mnie wrażenia i są przyjazne dla ludzia. Za to nastawiam się psychicznie na kolejne warszawskie przygody, już niebawem. Dlatego nie wybijam się z rytmu przygotowawczego.
Z wieści inszych, zaczyna być normalnie. Ktoś mnie docenił. Ktoś chce mojej pomocy i pomysłów. Zobaczymy.
W każdym razie w ramach nurtującego mnie problemu pracy, opisanego wyżej, zachciało mi się sprawdzić, czy słusznie odpadłam w przedbiegach. Namacalnie. Praca moja miała być niewidoczna. To znaczy, że kiedy jest wykonywana jak należy, to nic nie ma. Sprawdziłam. Nie jest wykonywana jak należy. Wręcz zapłakałam nad efektem. I z dziką satysfakcją poczułam ulgę, aczkolwiek pustą kieszeń mam i satysfakcją to ja se rachunków przysłowiowych nie popłacę i dziatwy nie nakarmię. Przyjdzie jeszcze kiedyś koza do woza.
A co do tytułowych melodii...
Jadąc samochodem lubię sobie słuchać muzyki. Mojej muzyki. Z naciskiem na mojej. Co prawda dostępny mi samochód ma okropne nagłośnienie, bo właściciel ma to w nosie, ale zawsze coś tam brzęczy. Postanowiłam więc, że tym razem nie dam sobie puścić Piaska (jeśli na sali są wielbicielki/le to przepraszam - nie trawię), albo innych smętów, typu Lipnicka/Porter (bo jak jego głos lubię, tak jej organicznie nie trawię), bo mimo, że jestem tolerancyjna, to jednak nie zniosę 7-9 godzin, zależy od porywów, z czymś, co mi uszy maltretuje. Zniosę godzinę. no góra dwie. Wobec tego wrzuciłam na pendrive'a 252 utwory, w miarę znośne i bez przegięcia w żadną stronę. Przemyciłam tam i przeboje młodości, jak i teraźniejsze dźwięki, wrzuciłam Irka Dudka i Krystynę Prońko, miejsce znalazł Godsmack i Abba, Metallica, G'n'R, Rezerwat, Sztywny Pal Azji, i Bob Marley, i Santana, i Kiss. I wiele, wiele innych. Nawet Czwarta nad ranem nam zagrała. Powiem tak. Do Katowic wystarczy mi 162 utwory.
Z tym optymistycznym akcentem kładę się za chwilę spać, a jutro będę zadawać niewygodne pytania doradcy zawodowemu w Urzędzie Pracy. W końcu mnie zaprosili na rozmowę.
Na dziś:
Godsmack - Whatever
No wkręciłam się. Koncert, koncert mi się marzy.
środa, 30 kwietnia 2014
[273] Gówniany post
Moje przemyślenia na ten tydzień.
Jeśli większość jest o czymś przekonana, to wcale nie znaczy, iż ma rację.
Z wiekiem i bagażem doświadczeń człowiek rozumie więcej.
Wydawałoby się. A czasem mam wrażenie, że niektórzy zatrzymali się na etapie piaskownicy, gdzie w kupie siła i można skopać dupę Jasiowi, bo jest obsmarkany, albo obrobić tę samą część ciała Zośce, bo ma inne zdanie, niż ogół. Bo chciała robić babki-kwiatki, a inni woleli budować zamek. Tylko ogół nie wydaje się być zaznajomiony z jedną taką prawdą (choć prawda jest jak dupa - każdy ma swoją), a mianowicie:Jeśli większość jest o czymś przekonana, to wcale nie znaczy, iż ma rację.
Wracając do przedszkola. Dzieci na ogół nie bardzo wiedzą co to empatia. Na ogół, bo znajdą się i takie, które mają ją wpisaną w DNA. Ale tych nieposiadających jest więcej. Empatii uczą się od innych, ale są osobniki, które nigdy, przenigdy nie pochylą się nad problemem, nie przemyślą swego bezsensownego kłapania gębą, tudzież klepania po klawiaturze. A że są w kupie, a wiadomo, w kupie raźniej i cieplej, i miliony much mylić się nie mogą (taka mała dygresja do owczego pędu za przewodnikiem stada), kłapią dalej i kłapać będą. Bo myślenie trochę jednak boli, a i przyznać komuś rację, ponieść porażkę trudno bardzo jest.
Dlatego pozostają w przedszkolu. Mimo wszystko.
Róbmy swoje.
Głupie, nie? Róbta co chceta, róbmy swoje. Totalny odlot. Można sobie poegzystować bez myślenia o innych. Można robić co się chce. Obrażać innych.
Zastanawia mnie, dlaczego ludzie nie myślą. Dlaczego tak literalnie traktują słowa. Dlaczego kontekst jest nieosiągalny dla niektórych. Czyżby tytuły magisterskie, dyplomy doktorskie, a nawet zwykła matura, nie upoważniały do myślenia? Ba! Nie zmuszają nawet!
Ale to kolejna prawda - wykształcenie nie idzie w parze z inteligencją.
Krycha ma gruby tyłek.
Dochodzimy do wyśmiewania.
Dlaczego obrabia się dupę komuś za plecami? Dlaczego nie powie się prosto w twarz co się myśli?
Ze strachu. Lepiej pośmiać się w wyżej wymienionej kupie. Przyklasnąć sobie nawzajem i dostać rozgrzeszenie.
Strach. Bardzo brzydkie uczucie. Bo mówi nam o nieczystym sumieniu. O tym, że jednak przyznajemy rację osobie obrabianej, ale boimy się przyznać, że jednak robimy to z zemsty. Za to, że się boimy.
Cóż, bardzo niska pobudka, ale czasem trzeba podnieść swoją wartość, a jak nie w kupie, to gdzie? Kupa przyzna nam rację, bo przecież w kupie wszyscy jednakowo umazani są. Niczym się nie różnią. Nie ma miejsca na
Indywidualność i własne zdanie
Bo te dwie cechy dane są tylko wojownikom. Osobom odważnym. Choć może wcale tego nie widać.
Własne zdanie jest szczególnie niewskazane. Szczególnie w kupie.
I jeszcze jedno.
Ciągłe mielenie tematu, poniżanie, ujmowanie wywołuje odruch wymiotny.
Zostawiam Was na jakiś czas.
Może jeszcze będzie przepięknie.
Na dziś:
Godsmack - Voodoo
Uwielbiam.
niedziela, 27 kwietnia 2014
[272] Gorączka sobotniej nocy
Wyglądam dziś jak...zmora.
Ciemne smugi pod oczami. Rozczochrane włosy. I do tego wszystko mnie boli.
Ale po kolei.
Od kilku dni czułam się fatalnie. Wiadomo, choróbsko, antybiotyk (jeszcze przez 2 dni), wszystko to spowodowało spadek formy. Dodatkowo rozjechana tarczyca, i inne dolegliwości. Ale cóż. Jedyne co pozostaje to wziąć się w garść. I nie poddawać.
Lekko nie było, bo zwykłe przejście z domu na przykład po zakupy sprawiało, że czułam się jak po maratonie. Zdyszana, spocona i marząca tylko o tym, żeby usiąść, albo najlepiej położyć się i spać.
Na tarczycę dostałam inne dawki leków, na cukier też, wściekłam się na wszystkie efekty uboczne i...
No i tak zastała mnie sobota.
Najpierw spotkanie z dziewczynami, na które jechałam z dziatwą. Wykruszyło się towarzystwo, ale to nie przeszkadzało zrobić grilla i trochę popracować. Młody zrobił się na bóstwo, bo akurat trwały prace podwórkowo-ogrodowe, polegające na rozsypywaniu ziemi, więc dzieci...tarzały się z górki czarnej ziemi. Możecie sobie wyobrazić co to było... Nie wspomnę nawet o nowych butach. Po takim chrzcie, to one długo będą mu służyć. O ile nie rozkleją się po praniu.
W każdym razie, zmęczona na maksa siedziałam i tworzyłam i powiem Wam, że to pierwszorzędna terapia. Pogaduchy, ploteczki i jedzonko świetnie się udało i nastał czas powrotu. Czas ograniczony, bo przecież czekał mnie jeszcze dojazd na koncert.
Idąc z przystanku do mnie czułam, jak opadam ze wszystkich sił. Przed oczami miałam tłum i młyn na koncercie, hałas w uszach i już na samą myśl męczyłam się bardziej. Ale jak to zwykle bywa, szybka mobilizacja, ocena tuszu do rzęs (tragedia!), ograbienie Kudłatej z ciuchów i...pojechałyśmy. Bo Kudłata znów mnie odwiozła. Tym razem nie dałam się prowadzać jej ścieżkami. Szłyśmy z koleżanką jak dwie staruszki, powolutku, bo ona też zaliczyła jakąś niemoc, był nawet strach, że nie da rady iść na koncert. Ale cóż. Dochodząc do klubu stwierdziłyśmy jednogłośnie, że jesteśmy najmłodsze z całego towarzystwa, co bardzo podniosło nas na duchu. Kudłata udzieliła mi kilka stanowczych rad (zupełnie jakby była moja matką!): "zdejmij kolczyki, bo zerwą ci uszy! Natychmiast!" oraz chciała zaryzykować i powiedziała: "załóż się, której z nas odmówią sprzedaży piwa". Poprawiła mi humor nieziemsko. I tak naprawdę nie wiem kto by przegrał, a przy niepewnym wyniku to ja się nie zakładam :)
Sam koncert trudny do opisania. Ogromne emocje w drugim rzędzie pod sceną. Bliskość muzyków, cała ta atmosfera. Dudnienie w piersi, bo dźwięk odbiera się całym ciałem. Uwielbiam. Jednocześnie obrona przed bardziej rozhulaną publicznością, co skutkuje dzisiaj ogólnym bólem wszystkich mięśni, siniakami i fajnymi wspomnieniami. Wiem, że to paradoks, ale ja nigdy nie byłam konwencjonalna. Nawet, powiem Wam szczerze, miałam ochotę wdrapać się na scenę i skoczyć w tłum. Wiem, że nic by się nie stało, jednak wspomnienie jednego koncertu Illusion z 1992 roku, kiedy to jeden gość skakał ze sceny i tłum się rozstąpił, a skaczący wylądował na podłodze jakoś mnie ostudził w zapędach. Ale kto wie, kto wie :)
W każdym razie taka dawka adrenaliny, hałasu, emocji wyzwoliła siły. I o to mi chodziło.
Dzisiaj co prawda trochę wszystko boli, ale znaczy, że żyję.
Polowałyśmy nawet na autografy, ale z braku sprzętu (długopisu) i z powodu kąpieli muzyków nie udało się.
W każdym razie widziałam jak wygląda catering dla gwiazd :)
No dobrze, a teraz wracam do dnia dzisiejszego i idę polować na rabarbar. Bo wczoraj na spotkaniu jadłam rabarbarowe crumble i chcę jeszcze!!!
A wyglądam jak zmora, bo...tusz mi się posypał i niczym nie schodzi. Trzeba zainwestować w lepszy :) Włosy natomiast mam uroczo rozczochrane i nie mam zamiaru ich czesać. Żeby zawsze mi się tak układały!
Na dziś:
Biohazard - Tales From The Hard Side
No bo cóż innego mogłoby być. Panowie są w niesamowitej formie.
Ciemne smugi pod oczami. Rozczochrane włosy. I do tego wszystko mnie boli.
Ale po kolei.
Od kilku dni czułam się fatalnie. Wiadomo, choróbsko, antybiotyk (jeszcze przez 2 dni), wszystko to spowodowało spadek formy. Dodatkowo rozjechana tarczyca, i inne dolegliwości. Ale cóż. Jedyne co pozostaje to wziąć się w garść. I nie poddawać.
Lekko nie było, bo zwykłe przejście z domu na przykład po zakupy sprawiało, że czułam się jak po maratonie. Zdyszana, spocona i marząca tylko o tym, żeby usiąść, albo najlepiej położyć się i spać.
Na tarczycę dostałam inne dawki leków, na cukier też, wściekłam się na wszystkie efekty uboczne i...
No i tak zastała mnie sobota.
Najpierw spotkanie z dziewczynami, na które jechałam z dziatwą. Wykruszyło się towarzystwo, ale to nie przeszkadzało zrobić grilla i trochę popracować. Młody zrobił się na bóstwo, bo akurat trwały prace podwórkowo-ogrodowe, polegające na rozsypywaniu ziemi, więc dzieci...tarzały się z górki czarnej ziemi. Możecie sobie wyobrazić co to było... Nie wspomnę nawet o nowych butach. Po takim chrzcie, to one długo będą mu służyć. O ile nie rozkleją się po praniu.
W każdym razie, zmęczona na maksa siedziałam i tworzyłam i powiem Wam, że to pierwszorzędna terapia. Pogaduchy, ploteczki i jedzonko świetnie się udało i nastał czas powrotu. Czas ograniczony, bo przecież czekał mnie jeszcze dojazd na koncert.
Idąc z przystanku do mnie czułam, jak opadam ze wszystkich sił. Przed oczami miałam tłum i młyn na koncercie, hałas w uszach i już na samą myśl męczyłam się bardziej. Ale jak to zwykle bywa, szybka mobilizacja, ocena tuszu do rzęs (tragedia!), ograbienie Kudłatej z ciuchów i...pojechałyśmy. Bo Kudłata znów mnie odwiozła. Tym razem nie dałam się prowadzać jej ścieżkami. Szłyśmy z koleżanką jak dwie staruszki, powolutku, bo ona też zaliczyła jakąś niemoc, był nawet strach, że nie da rady iść na koncert. Ale cóż. Dochodząc do klubu stwierdziłyśmy jednogłośnie, że jesteśmy najmłodsze z całego towarzystwa, co bardzo podniosło nas na duchu. Kudłata udzieliła mi kilka stanowczych rad (zupełnie jakby była moja matką!): "zdejmij kolczyki, bo zerwą ci uszy! Natychmiast!" oraz chciała zaryzykować i powiedziała: "załóż się, której z nas odmówią sprzedaży piwa". Poprawiła mi humor nieziemsko. I tak naprawdę nie wiem kto by przegrał, a przy niepewnym wyniku to ja się nie zakładam :)
Sam koncert trudny do opisania. Ogromne emocje w drugim rzędzie pod sceną. Bliskość muzyków, cała ta atmosfera. Dudnienie w piersi, bo dźwięk odbiera się całym ciałem. Uwielbiam. Jednocześnie obrona przed bardziej rozhulaną publicznością, co skutkuje dzisiaj ogólnym bólem wszystkich mięśni, siniakami i fajnymi wspomnieniami. Wiem, że to paradoks, ale ja nigdy nie byłam konwencjonalna. Nawet, powiem Wam szczerze, miałam ochotę wdrapać się na scenę i skoczyć w tłum. Wiem, że nic by się nie stało, jednak wspomnienie jednego koncertu Illusion z 1992 roku, kiedy to jeden gość skakał ze sceny i tłum się rozstąpił, a skaczący wylądował na podłodze jakoś mnie ostudził w zapędach. Ale kto wie, kto wie :)
W każdym razie taka dawka adrenaliny, hałasu, emocji wyzwoliła siły. I o to mi chodziło.
Dzisiaj co prawda trochę wszystko boli, ale znaczy, że żyję.
Polowałyśmy nawet na autografy, ale z braku sprzętu (długopisu) i z powodu kąpieli muzyków nie udało się.
W każdym razie widziałam jak wygląda catering dla gwiazd :)
No dobrze, a teraz wracam do dnia dzisiejszego i idę polować na rabarbar. Bo wczoraj na spotkaniu jadłam rabarbarowe crumble i chcę jeszcze!!!
A wyglądam jak zmora, bo...tusz mi się posypał i niczym nie schodzi. Trzeba zainwestować w lepszy :) Włosy natomiast mam uroczo rozczochrane i nie mam zamiaru ich czesać. Żeby zawsze mi się tak układały!
Na dziś:
Biohazard - Tales From The Hard Side
No bo cóż innego mogłoby być. Panowie są w niesamowitej formie.
środa, 23 kwietnia 2014
[271] Na nogach glany dwa...
Dzisiaj będzie o Kudłatej.
Trochę jej obrobię ...tyły. A co, niech ma.
Dzień dzisiejszy odbił się szerokim stresem wśród rodziców i młodzieży. Nie echem, stresem właśnie. Drżą ludzie i się martwią. Trochę im tego zazdroszczę. A może raczej: chciałabym wiedzieć jak to jest.
Bo mnie brakuje genu stresu przedegzaminacyjnego. Nie mam. Nigdy nie miałam. I tę właściwość odziedziczyła po mnie Kudłata.
Że dziecko jest łapiące wiedzę w lot, to wiem. Że inteligentne - również. Ale nie sądziłam, że nie zajrzy do żadnej książki przed egzaminami. Ja tam zaglądałam, doczytywałam. Robiłam notatki. Ona nic.
Wczoraj miałyśmy głupawkowy wieczór, gdzieś tak do 2 w nocy.
Odgrzewane melodie, wspomnienia i rekordy w odprężającą grę 2048.
Po czym moje dziecię wstało, zrobiło sobie herbaty w termos, bo "przecież będzie przerwa, a ja nie będę pić..." czegośtam. Nie pamiętam, co ich wychowawczyni dla nich ma.
Zjadła śniadanie, odpicowała się i poszła.
Minęło trochę czasu i wróciła.
Od progu uśmiechnięta od ucha do ucha, z okrzykiem na ustach, że "prościzna!". Opowiedziała co było, jak napisała i...poszła sobie.
A, i wspomniała coś o tym, że mało nie spowodowała dwóch wypadków, bo...kierowcy się na nią gapili.
No bo kto na egzaminy idzie w ganach i krótkiej spódniczce?
Wyglądała trochę jak japońska uczennica, brakowało jej tylko kolanówek.
Na dziś:
Azyl P. - Mała Maggie
Na wspomnienie wczorajszych wariacji.
Trochę jej obrobię ...tyły. A co, niech ma.
Dzień dzisiejszy odbił się szerokim stresem wśród rodziców i młodzieży. Nie echem, stresem właśnie. Drżą ludzie i się martwią. Trochę im tego zazdroszczę. A może raczej: chciałabym wiedzieć jak to jest.
Bo mnie brakuje genu stresu przedegzaminacyjnego. Nie mam. Nigdy nie miałam. I tę właściwość odziedziczyła po mnie Kudłata.
Że dziecko jest łapiące wiedzę w lot, to wiem. Że inteligentne - również. Ale nie sądziłam, że nie zajrzy do żadnej książki przed egzaminami. Ja tam zaglądałam, doczytywałam. Robiłam notatki. Ona nic.
Wczoraj miałyśmy głupawkowy wieczór, gdzieś tak do 2 w nocy.
Odgrzewane melodie, wspomnienia i rekordy w odprężającą grę 2048.
Po czym moje dziecię wstało, zrobiło sobie herbaty w termos, bo "przecież będzie przerwa, a ja nie będę pić..." czegośtam. Nie pamiętam, co ich wychowawczyni dla nich ma.
Zjadła śniadanie, odpicowała się i poszła.
Minęło trochę czasu i wróciła.
Od progu uśmiechnięta od ucha do ucha, z okrzykiem na ustach, że "prościzna!". Opowiedziała co było, jak napisała i...poszła sobie.
A, i wspomniała coś o tym, że mało nie spowodowała dwóch wypadków, bo...kierowcy się na nią gapili.
No bo kto na egzaminy idzie w ganach i krótkiej spódniczce?
Wyglądała trochę jak japońska uczennica, brakowało jej tylko kolanówek.
Na dziś:
Azyl P. - Mała Maggie
Na wspomnienie wczorajszych wariacji.
poniedziałek, 21 kwietnia 2014
[270] Dreszczyki
Lubicie dreszczyk emocji?
Takie mrowienie, zamęt w głowie, nieopisane uczucie, które towarzyszy ważnemu wydarzeniu.
Takiemu, na które czekacie z niecierpliwością.
To ja tak mam. Czekam na sobotę.
Ale po kolei.
Pamiętacie moje przygody z szukaniem klubu, glanami i machaniem dynią.
No to teraz będzie powtórka. Z przytupem.
W sobotę gra zespół z mojej młodości. Znaczki wymalowywało się na piórnikach i okładkach. Na plecakach. Na spodniach, trampkach i nawet na kalendarzu ściennym, mówiącym o ... zdrowiu.
Panie i panowie, w ramach serii koncertów po Europie, pt.: REBELLION TOUR, zagrają Madball, BIOHAZARD, Wisdom In Chains, Devil In Me, Final Prayer.
I ja tam będę.
Zgodnie z dewizą Kudłatej: "Trzeba iść na koncert ***, bo to już stare dziadki są i nie wiadomo, czy będzie druga okazja".
O ile dziecko pożyczy mi glany ;) Bo opowiedziała mi scenkę:
znajomi pytają kto idzie na Biohazard. Na co Kudłata odpowiada: ja pilnuję brata, a mama kazała mi wyczyścić glany..
*** wstawiamy nazwę jakiegoś zespołu z młodości
Ale żeby nie było tak różowo, walczę właśnie z zatokami. Ja się nie poddaję, a one puszczają. W sumie wyjęta z życia byłam od środy do dzisiaj. Jutro idę po antybiotyk.
W międzyczasie straciłam głos dwa razy, miał być katar, ale sobie poszedł, bo też się nie poddałam. Dreszczyki też miałam.
Tak więc wychodzi na to, że mam alergię na święta. W grudniu też zdychałam.
Na dziś:
Disturbed - Stricken
Takie mrowienie, zamęt w głowie, nieopisane uczucie, które towarzyszy ważnemu wydarzeniu.
Takiemu, na które czekacie z niecierpliwością.
To ja tak mam. Czekam na sobotę.
Ale po kolei.
Pamiętacie moje przygody z szukaniem klubu, glanami i machaniem dynią.
No to teraz będzie powtórka. Z przytupem.
W sobotę gra zespół z mojej młodości. Znaczki wymalowywało się na piórnikach i okładkach. Na plecakach. Na spodniach, trampkach i nawet na kalendarzu ściennym, mówiącym o ... zdrowiu.
Panie i panowie, w ramach serii koncertów po Europie, pt.: REBELLION TOUR, zagrają Madball, BIOHAZARD, Wisdom In Chains, Devil In Me, Final Prayer.
I ja tam będę.
Zgodnie z dewizą Kudłatej: "Trzeba iść na koncert ***, bo to już stare dziadki są i nie wiadomo, czy będzie druga okazja".
O ile dziecko pożyczy mi glany ;) Bo opowiedziała mi scenkę:
znajomi pytają kto idzie na Biohazard. Na co Kudłata odpowiada: ja pilnuję brata, a mama kazała mi wyczyścić glany..
*** wstawiamy nazwę jakiegoś zespołu z młodości
Ale żeby nie było tak różowo, walczę właśnie z zatokami. Ja się nie poddaję, a one puszczają. W sumie wyjęta z życia byłam od środy do dzisiaj. Jutro idę po antybiotyk.
W międzyczasie straciłam głos dwa razy, miał być katar, ale sobie poszedł, bo też się nie poddałam. Dreszczyki też miałam.
Tak więc wychodzi na to, że mam alergię na święta. W grudniu też zdychałam.
Na dziś:
Disturbed - Stricken
środa, 9 kwietnia 2014
[269] Na drodze opadł kurz...
Czas płynie szybko, ale to nic nie szkodzi. Bo to zawsze bliżej do następnego spotkania.
Taka sprytna jestem. Uknułam plan. Przejadę wszystkie trasy polskim busem. Jak dobrze pójdzie zwiedzę i Berlin i Bratysławę. I Pragę, o której marzę, a którą widziałam z góry, wracając samochodem spod Pilzna.
Tydzień minął. A mnie tak jakoś tęskno. Bo lubię takie zamieszanie, poznawanie, rozmowy.
I nieważne ile wersji opowieści o spotkaniu było.
***
Zaraz będą dwa.
A ja piszę i piszę i skończyć nie mogę, rozwinąć tematów, opisać tego co mi chodzi po głowie. Taki jakiś zamęt.
Do tego stopnia, że..
Ale od początku.
Zapisałam się do endokrynologa w listopadzie. Wizyta umówiona na 8.04. Teraz już wiem, że na 8.
Ale od tego nieszczęsnego listopada po głowie mi chodziło, że 9.04.
Wiedząc, że już kiedyś miałam problem z datą, niejeden nawet, zadzwoniłam w zeszłym tygodniu upewnić się, czy aby na pewno dobrze pamiętam. Nawet sporządziłam notatkę klasyczną z tej rozmowy. Tak, 9.04.
No to jadę sobie dzisiaj. Oczywiście zwiał mi jeden tramwaj, a ja pełna rozpaczy, że się spóźnię (czytaj: miałam spory zapas i nawet ze zwianym tramwajem byłam pół godziny przed czasem...). Dojechawszy na miejsce, zostałam zaskoczona (ironia) przez kwiecień-plecień. A to dlatego, że wczoraj pozalewało piwnice, sypnęło gradem i śniegiem i były dwie burze, a dzisiaj ścigało się ze słońcem. Więc jadąc autobusem oglądałam promienny, słoneczny krajobraz, a wysiadając zostałam przywitana ulewą i czułam jak mi przemaka wszystko, oprócz butów, bo przezornie założyłam odpowiedni obuw. Doszłam do przychodni i znów wyszło słońce...
Ale wracając do tematu.
Podeszłam do pani w rejestracji. Z daleka słyszałam i widziałam ją w akcji. Strach w oczach normalnie. Ale jak to ja, promiennie i z uśmiechem..
- dzieńdobryjadoendokrynologa na 15.15
-...nie mam pani
- jak to?? (w oczach musiało mi się pojawić coś na kształt zgrozy, rozpaczy i przerażenia, bo pani poszła coś przeczytać)
- pani była na wczoraj. Proszę, była pani tu, pierwsza.
Ale ponieważ oprócz mnie nie przyszły dwie osoby po mnie, można było wywnioskować, że coś nie tak.
No to wytłumaczyłam, że dzwoniłam tydzień temu i dostałam potwierdzenie, że 9.04 i co ja mam teraz???
O dziwo. Pani założyła kartotekę, powiedziała, że widzi, że ktoś tu nie przyjdzie, po czym dała mi numer....1.
Chyba mam więcej szczęścia niż rozumu.
Taka sprytna jestem. Uknułam plan. Przejadę wszystkie trasy polskim busem. Jak dobrze pójdzie zwiedzę i Berlin i Bratysławę. I Pragę, o której marzę, a którą widziałam z góry, wracając samochodem spod Pilzna.
Tydzień minął. A mnie tak jakoś tęskno. Bo lubię takie zamieszanie, poznawanie, rozmowy.
I nieważne ile wersji opowieści o spotkaniu było.
***
Zaraz będą dwa.
A ja piszę i piszę i skończyć nie mogę, rozwinąć tematów, opisać tego co mi chodzi po głowie. Taki jakiś zamęt.
Do tego stopnia, że..
Ale od początku.
Zapisałam się do endokrynologa w listopadzie. Wizyta umówiona na 8.04. Teraz już wiem, że na 8.
Ale od tego nieszczęsnego listopada po głowie mi chodziło, że 9.04.
Wiedząc, że już kiedyś miałam problem z datą, niejeden nawet, zadzwoniłam w zeszłym tygodniu upewnić się, czy aby na pewno dobrze pamiętam. Nawet sporządziłam notatkę klasyczną z tej rozmowy. Tak, 9.04.
No to jadę sobie dzisiaj. Oczywiście zwiał mi jeden tramwaj, a ja pełna rozpaczy, że się spóźnię (czytaj: miałam spory zapas i nawet ze zwianym tramwajem byłam pół godziny przed czasem...). Dojechawszy na miejsce, zostałam zaskoczona (ironia) przez kwiecień-plecień. A to dlatego, że wczoraj pozalewało piwnice, sypnęło gradem i śniegiem i były dwie burze, a dzisiaj ścigało się ze słońcem. Więc jadąc autobusem oglądałam promienny, słoneczny krajobraz, a wysiadając zostałam przywitana ulewą i czułam jak mi przemaka wszystko, oprócz butów, bo przezornie założyłam odpowiedni obuw. Doszłam do przychodni i znów wyszło słońce...
Ale wracając do tematu.
Podeszłam do pani w rejestracji. Z daleka słyszałam i widziałam ją w akcji. Strach w oczach normalnie. Ale jak to ja, promiennie i z uśmiechem..
- dzieńdobryjadoendokrynologa na 15.15
-...nie mam pani
- jak to?? (w oczach musiało mi się pojawić coś na kształt zgrozy, rozpaczy i przerażenia, bo pani poszła coś przeczytać)
- pani była na wczoraj. Proszę, była pani tu, pierwsza.
Ale ponieważ oprócz mnie nie przyszły dwie osoby po mnie, można było wywnioskować, że coś nie tak.
No to wytłumaczyłam, że dzwoniłam tydzień temu i dostałam potwierdzenie, że 9.04 i co ja mam teraz???
O dziwo. Pani założyła kartotekę, powiedziała, że widzi, że ktoś tu nie przyjdzie, po czym dała mi numer....1.
Chyba mam więcej szczęścia niż rozumu.
niedziela, 30 marca 2014
[268] Ach, co to był za weekend!
Powiem Wam niewiele. Nie zdradzę wszystkiego, nie pokażę zdjęć.
Ale najważniejsze z tego co mi się przytrafiło to to, że spotkałam cztery cudowne osoby, spędziłam z Nimi czas, którego było za mało, mało mało. Czuję ogromny niedosyt.
Ewo, Frytko, Adamie i Desperku - to był dla mnie zaszczyt i ogromna frajda śmiać się z Wami, rozmawiać i poznać Was przede wszystkim.
Dziękuję za wszystko.
A teraz trochę jak się wszystko odbyło.
Ledwo przybyłam, a tu dzwoni Tygrys na kontrolę.
Potem szybkie grabienie ogródka. Wiecie, obowiązki to obowiązki. Oczywiście nie ja, co to to nie. To Młody. Jeśli chcecie mieć wiosenne porządki z głowy, to czekam na zaproszenia, wiecie, wpadamy, jemy śniadanie i ogródek zagrabiony.
A potem zrobiłam sobie siniaka na prawym boku, bo jestem delikatna dziewczynka, a wgniotło mnie w prawą barierkę. Chciałam znaczy być pierwszą, która przejdzie tunel śmierci bez zataczania, ale nie udało mi się. Błędnik nie współpracował i już. I nie byłam pijana. Ani zmęczona. Niepojęte.
Potem wytropili nas agenci 007 i 008. a raczej Dempsey i Makepeace (na tropie) [pamiętacie ten serial? Uwielbiałam]. No i skończyły się szaleństwa, bo Frytka na obcasach. Ale Młody wspinał się na żyrafę. Frytka nie chciała, bo po przymiarkach wyszło, że uprząż pogniecie jej spódniczkę. Na upartego weszłaby bez chwytów, wbijając tylko szpilki tam gdzie trzeba i przewieszkę też by zaliczyła.
W każdym razie Młody w połowie pierwszego wejścia obraził się na pana i krzyczał, że nie da rady, spada i takie tam, po czym pan wydał rozkaz: lewa noga, prawa ręka i młody wbiegł na samą górę. Potem drugi raz. Próbował z panią podobnego numeru z fochem i łamiącym się głosem, ale też się nie udało. No bo jak stoi pięć osób i wykrzykuje różne: ty nie dasz rady? nie pękaj! dalej do góry i tym podobne, to jak miał nie wejść. Rozochocił się nawet.
A potem czekoladaaaaaa...z bagietkami i łososiem... A zastanawiajcie się co to było. Hehe.
Był strach, że drzwi zabierzemy ze sobą, ale nie było takiej potrzeby. Siniaka na czole Młody też nie ma.
Później był krótki spacer i powiem Wam, że takie czasy nastały, że trzeba łapać pracę pierwszą lepszą. Naczelny Bramkarz Tego Kraju W Stanie Spoczynku jest chyba ochroniarzem w Ogromnym Centrum Handlowym Centralnej Polski. Tak mi się wydaje, bo jeśli spotyka się faceta w garniturze kilka razy, bez żadnych zakupów to co sobie można pomyśleć? Żałuję, że nie miałam jakiegoś notesu na autografy.
A potem zostałam wywieziona w siną dal. I cieszę się bardzo, bo przywiozłam sobie coś takiego, czego szukałam od jakiegoś czasu. a mianowicie...nie nie, nie kartki pocztowe. Nie. Chociaż pierwsze pytanie Kudłatej to jakie kartki przywiozłam. Nie było czasu, no.
No więc przywiozłam......
........................................... 2 KILOGRAMY SOLI KAMIENNEJ!!!!!
Jestem dumna i normalnie zostawię sobie na pamiątkę opakowanie!
I tym optymistycznym akcentem chyba kończę i udaję się na spoczynek.
Dobranoc.
PS:
Tygrys - woda w polskim busie spuszcza się sama. Po wyjściu z przybytku zwalnia się rzeczony obiekt po jakimś czasie.
No i polski bus jest od teraz moim najukochańszym środkiem lokomocji. PKP - zrywam nasz związek!
Dobranoc.
Ale najważniejsze z tego co mi się przytrafiło to to, że spotkałam cztery cudowne osoby, spędziłam z Nimi czas, którego było za mało, mało mało. Czuję ogromny niedosyt.
Ewo, Frytko, Adamie i Desperku - to był dla mnie zaszczyt i ogromna frajda śmiać się z Wami, rozmawiać i poznać Was przede wszystkim.
Dziękuję za wszystko.
A teraz trochę jak się wszystko odbyło.
Ledwo przybyłam, a tu dzwoni Tygrys na kontrolę.
Potem szybkie grabienie ogródka. Wiecie, obowiązki to obowiązki. Oczywiście nie ja, co to to nie. To Młody. Jeśli chcecie mieć wiosenne porządki z głowy, to czekam na zaproszenia, wiecie, wpadamy, jemy śniadanie i ogródek zagrabiony.
A potem zrobiłam sobie siniaka na prawym boku, bo jestem delikatna dziewczynka, a wgniotło mnie w prawą barierkę. Chciałam znaczy być pierwszą, która przejdzie tunel śmierci bez zataczania, ale nie udało mi się. Błędnik nie współpracował i już. I nie byłam pijana. Ani zmęczona. Niepojęte.
Potem wytropili nas agenci 007 i 008. a raczej Dempsey i Makepeace (na tropie) [pamiętacie ten serial? Uwielbiałam]. No i skończyły się szaleństwa, bo Frytka na obcasach. Ale Młody wspinał się na żyrafę. Frytka nie chciała, bo po przymiarkach wyszło, że uprząż pogniecie jej spódniczkę. Na upartego weszłaby bez chwytów, wbijając tylko szpilki tam gdzie trzeba i przewieszkę też by zaliczyła.
W każdym razie Młody w połowie pierwszego wejścia obraził się na pana i krzyczał, że nie da rady, spada i takie tam, po czym pan wydał rozkaz: lewa noga, prawa ręka i młody wbiegł na samą górę. Potem drugi raz. Próbował z panią podobnego numeru z fochem i łamiącym się głosem, ale też się nie udało. No bo jak stoi pięć osób i wykrzykuje różne: ty nie dasz rady? nie pękaj! dalej do góry i tym podobne, to jak miał nie wejść. Rozochocił się nawet.
A potem czekoladaaaaaa...z bagietkami i łososiem... A zastanawiajcie się co to było. Hehe.
Był strach, że drzwi zabierzemy ze sobą, ale nie było takiej potrzeby. Siniaka na czole Młody też nie ma.
Później był krótki spacer i powiem Wam, że takie czasy nastały, że trzeba łapać pracę pierwszą lepszą. Naczelny Bramkarz Tego Kraju W Stanie Spoczynku jest chyba ochroniarzem w Ogromnym Centrum Handlowym Centralnej Polski. Tak mi się wydaje, bo jeśli spotyka się faceta w garniturze kilka razy, bez żadnych zakupów to co sobie można pomyśleć? Żałuję, że nie miałam jakiegoś notesu na autografy.
A potem zostałam wywieziona w siną dal. I cieszę się bardzo, bo przywiozłam sobie coś takiego, czego szukałam od jakiegoś czasu. a mianowicie...nie nie, nie kartki pocztowe. Nie. Chociaż pierwsze pytanie Kudłatej to jakie kartki przywiozłam. Nie było czasu, no.
No więc przywiozłam......
........................................... 2 KILOGRAMY SOLI KAMIENNEJ!!!!!
Jestem dumna i normalnie zostawię sobie na pamiątkę opakowanie!
I tym optymistycznym akcentem chyba kończę i udaję się na spoczynek.
Dobranoc.
PS:
Tygrys - woda w polskim busie spuszcza się sama. Po wyjściu z przybytku zwalnia się rzeczony obiekt po jakimś czasie.
No i polski bus jest od teraz moim najukochańszym środkiem lokomocji. PKP - zrywam nasz związek!
Dobranoc.
środa, 26 marca 2014
[267] Apel
Dzisiaj mam do Was ogromną prośbę.
W imieniu mojego przyjaciela, z którym miałam okazję spotkać się dzisiaj.
Kupcie książkę w szczytnym celu.
Dochód zostanie przeznaczony na wyjazd jego córki do Tajlandi, w ramach międzynarodowej wymiany AFS.
Koszt książki, wraz z wysyłką i autografem to tylko 35 zł.
Zuza i jej tato bardzo proszą i będą wdzięczni za pomoc.
Ja również.
W imieniu mojego przyjaciela, z którym miałam okazję spotkać się dzisiaj.
Kupcie książkę w szczytnym celu.
Dochód zostanie przeznaczony na wyjazd jego córki do Tajlandi, w ramach międzynarodowej wymiany AFS.
Koszt książki, wraz z wysyłką i autografem to tylko 35 zł.
Zuza i jej tato bardzo proszą i będą wdzięczni za pomoc.
Ja również.
Dodam, że książka nie jest o bankowości, ale o pracy w banku, trochę ironiczna, oparta na doświadczeniach autora, dająca do myślenia.
Liczę na Was. Wszelkie pytania poproszę na e-mail: natthimlen@gmail.com
Buziaki.
wtorek, 25 marca 2014
[266] Pęd
Pędy rozróżniamy różnorakie.
Pędy roślinek, usilnie szukające dobrych warunków do życia, jak na przykład Stefan, który jest trochę wysoko i jak mnie pędem przez łeb, albo suchym liściem nie potraktuje, to zapominam dostarczyć mu życiodajnej wody. Staram się. On też się stara. Przeżyć.
Albo taki gąszcz czosnkowego szczypioru. Świetna sprawa. Wsadziłam do doniczek w sumie 4 główki czosnku, podzielone na ząbki i mam mnóstwo pysznego szczypioru o smaku czosnkowym. Polecam.
Ale generalnie mam na myśli pęd innego rodzaju. A mianowicie pęd ku przyszłości. A raczej pęd ku czemuś. Albo raczej zwykłe szybkie biegnięcie czasu, skrócony dzień, noc zresztą też.
Zaczęło się. Ten tydzień mi się wykluwa w takim właśnie pędzeniu.
No bo tak. Wczoraj jakoś znośnie było, ale z wizją dzisiejszego bladego świtu. Więc już tak miło i sympatycznie nie było, bo od niedzieli padało. Skończyło całkiem niedawno.
No i zerwawszy się dzisiejszego ranka o 5.00 ruszyłam z miejsca. Czyli o 6 autobus. Circaabout o 6:45 na miejscu. I czekanie.
Jako że Kudłata wybiera się do technikum, trzeba było załatwić w medycynie pracy zaświadczenia. Byłyśmy pierwsze. I zaowocowało to jedynie 1,5 godzinną motaniną między gabinetami neurologa, okulisty, pielęgniarki i lekarza ostatecznego, który przyjmuje od 7, miał być na 8, a zjawił się o 8.15.
Neurologa wprawiłyśmy w osłupienie wyborem kierunku (jednego z dwóch, ale oba wprawiają w osłupienie), po czym lekarz ostateczny przeprowadził wywiad z Kudłatą, a mianowicie dialog wyglądał mniej więcej tak:
- o, KSU na koszulce
- .... (jakieś mruknięcie młodej połączone z uśmiechem - nie zarejestrowałam, bo ciężko dzisiaj łapię)
- a glany gdzie kupiłaś?
- w Poznaniu
- a, bo myślałem, że gdzieś tutaj. Jest taki sklep...siódemka, ósemka?
- trzynastka
- a, no właśnie, ale co? Tam nie było? Jakość nie odpowiada?
- no nie
Koniec wywiadu.
Zaświadczenie jest.
No a jutro. Jutro spotykam się z kolegą z czasów liceum. Będzie ciekawie, mam nadzieję.
A czwartek i piątek będą wyjęte z życiorysu, bo mam roboty po kokardki. Na dodatek w piątek już się ukierunkowuję na południe i wybywam w kierunku dworca autobusowego.
A potem to już same przyjemności :)))
Na dziś:
30 Seconds To Mars - A Beautiful Lie
Tak mi gra od kilku dni...
Pędy roślinek, usilnie szukające dobrych warunków do życia, jak na przykład Stefan, który jest trochę wysoko i jak mnie pędem przez łeb, albo suchym liściem nie potraktuje, to zapominam dostarczyć mu życiodajnej wody. Staram się. On też się stara. Przeżyć.
Albo taki gąszcz czosnkowego szczypioru. Świetna sprawa. Wsadziłam do doniczek w sumie 4 główki czosnku, podzielone na ząbki i mam mnóstwo pysznego szczypioru o smaku czosnkowym. Polecam.
Ale generalnie mam na myśli pęd innego rodzaju. A mianowicie pęd ku przyszłości. A raczej pęd ku czemuś. Albo raczej zwykłe szybkie biegnięcie czasu, skrócony dzień, noc zresztą też.
Zaczęło się. Ten tydzień mi się wykluwa w takim właśnie pędzeniu.
No bo tak. Wczoraj jakoś znośnie było, ale z wizją dzisiejszego bladego świtu. Więc już tak miło i sympatycznie nie było, bo od niedzieli padało. Skończyło całkiem niedawno.
No i zerwawszy się dzisiejszego ranka o 5.00 ruszyłam z miejsca. Czyli o 6 autobus. Circaabout o 6:45 na miejscu. I czekanie.
Jako że Kudłata wybiera się do technikum, trzeba było załatwić w medycynie pracy zaświadczenia. Byłyśmy pierwsze. I zaowocowało to jedynie 1,5 godzinną motaniną między gabinetami neurologa, okulisty, pielęgniarki i lekarza ostatecznego, który przyjmuje od 7, miał być na 8, a zjawił się o 8.15.
Neurologa wprawiłyśmy w osłupienie wyborem kierunku (jednego z dwóch, ale oba wprawiają w osłupienie), po czym lekarz ostateczny przeprowadził wywiad z Kudłatą, a mianowicie dialog wyglądał mniej więcej tak:
- o, KSU na koszulce
- .... (jakieś mruknięcie młodej połączone z uśmiechem - nie zarejestrowałam, bo ciężko dzisiaj łapię)
- a glany gdzie kupiłaś?
- w Poznaniu
- a, bo myślałem, że gdzieś tutaj. Jest taki sklep...siódemka, ósemka?
- trzynastka
- a, no właśnie, ale co? Tam nie było? Jakość nie odpowiada?
- no nie
Koniec wywiadu.
Zaświadczenie jest.
No a jutro. Jutro spotykam się z kolegą z czasów liceum. Będzie ciekawie, mam nadzieję.
A czwartek i piątek będą wyjęte z życiorysu, bo mam roboty po kokardki. Na dodatek w piątek już się ukierunkowuję na południe i wybywam w kierunku dworca autobusowego.
A potem to już same przyjemności :)))
Na dziś:
30 Seconds To Mars - A Beautiful Lie
Tak mi gra od kilku dni...
piątek, 21 marca 2014
[265] Sprostowanie!
No proszę Was!
Nie taki metal straszny jak go malują!
Tygrys żyje i ma się dobrze, więc i Wy przeżyjecie.
Poza tym, właśnie słucham przebojów lat 80 i leci Duran Duran, a przed chwilą leciało Last Christmas, więc proszę mi nie imputować, że zaraz będę się żywić nietoperzami.
No więc jestem jak kameleon.
Słucham:
- metalu
- punka
- reggae
- jazzu
- rapu
- popu
- poezji śpiewanej
a nawet muzyki poważnej.
Fryciu, Bednarek się łapie. Zresztą, zabieram ze sobą naleweczkę, więc cokolwiek puścisz, damy radę.
Emko kochana, byś się wstydziła! Instrukcję obsługi! Phi!
A tak poza tym, to ja naprawdę jestem grzeczna!
Czasami :)
[264] Metal, dynia i Mała Mi
Pozbierałam się już. Od środy trochę mi zeszło, zanim tempo poruszania się wróciło do normy.
Jak wspominałam, w środę ćwiczyłam pierwszy raz. Ale to nie ćwiczenia były przyczyną mej niemocy.
Przyczyną był koncert. Mały, kameralny...głośny...metalowy. Coś, co misie lubią najbardziej. Miodzio, jednym słowem.
Miałam tam chyba najkrótsze włosy. A nie, basista był lepszy. I perkusista też. Ale powiedzmy, że poza zespołem to ja. No i to ja pierwsza zaczęłam się udzielać. Nawet kumpela metalówa - niegdyś, na początku się czaiła. W każdym razie mimo krótkich harów dynia latała i ... zaraziłam ich wszystkich! Sobie wyobraźcie, że nadworny fotograf zespołu strzelał nam fotki. A potem wskoczyłyśmy w pogo. Trochę boli mnie ramię, ale siniaki już schodzą.
No i nie od ćwiczeń, a od machania dynią, boli mnie kark!
No bo jak nie machać, kiedy chłopcy tak ładnie zapodawali nuty. Tak w kierunku Sepultury, a nawet wysłyszeć było można Illusion z pierwszej płyty. Ach! To już wiecie gdzie będę spędzać wieczory.
Ale.
Jest mi strasznie wstyd.
Musiałam zajumać córce koszulkę, glany i skórę! No żeby jak człowiek wyglądać.
No i zemściło się na mnie, oj! zemściło.
Ale od początku.
Zapytałam Kudłatą (tak, to kolejny wstyd!!!!) jak dojechać do klubu. Zadeklarowała, że mnie odwiezie. Mój pierwotny plan - podjechania pod sam klub! - storpedowała, bo ona wie lepiej. Se pomyślałam, to ja nie będę się kłócić, bo skoro tam była, to chyba wie...O naiwności!!!!!! Nie dość, że pomyliła kierunki, to jeszcze przegoniła mnie po górkach i dolinach jednego parku.
No i niestety, obtarłam sobie pięty. Dzielnie szalałam na parkiecie, trzymałam się nawet całą drogę do domu, ale kiedy wysiadłam na przystanku, zatoczyłam się jak klasyczny żul. I tak już szłam do domu. Dobrze, że była noc i jedna pani z pieskiem szła po drugiej stronie. Pies nie szczekał, więc może nie zauważyła, że ledwo idę, zatrzymując się co chwilę.
W domu oczywiście ani centymetra plastra, więc pozostało mi posmarować rozwalone bąble tribiotikiem i pożyczyć sobie plasterki z małą Mi.
Klęłam na czym świat stoi.
Na drugi dzień wywiad: o której wróciłaś, ile piw wypiłaś i kto ci pozwolił trzy??
Strasznie ciężko być metalówą w moim wieku. Ale kupię sobie swoje osobiste glany. I wtedy zobaczymy!
Na dziś:
Sepultura - Roots Bloody Roots
Jak wspominałam, w środę ćwiczyłam pierwszy raz. Ale to nie ćwiczenia były przyczyną mej niemocy.
Przyczyną był koncert. Mały, kameralny...głośny...metalowy. Coś, co misie lubią najbardziej. Miodzio, jednym słowem.
Miałam tam chyba najkrótsze włosy. A nie, basista był lepszy. I perkusista też. Ale powiedzmy, że poza zespołem to ja. No i to ja pierwsza zaczęłam się udzielać. Nawet kumpela metalówa - niegdyś, na początku się czaiła. W każdym razie mimo krótkich harów dynia latała i ... zaraziłam ich wszystkich! Sobie wyobraźcie, że nadworny fotograf zespołu strzelał nam fotki. A potem wskoczyłyśmy w pogo. Trochę boli mnie ramię, ale siniaki już schodzą.
No i nie od ćwiczeń, a od machania dynią, boli mnie kark!
No bo jak nie machać, kiedy chłopcy tak ładnie zapodawali nuty. Tak w kierunku Sepultury, a nawet wysłyszeć było można Illusion z pierwszej płyty. Ach! To już wiecie gdzie będę spędzać wieczory.
Ale.
Jest mi strasznie wstyd.
Musiałam zajumać córce koszulkę, glany i skórę! No żeby jak człowiek wyglądać.
No i zemściło się na mnie, oj! zemściło.
Ale od początku.
Zapytałam Kudłatą (tak, to kolejny wstyd!!!!) jak dojechać do klubu. Zadeklarowała, że mnie odwiezie. Mój pierwotny plan - podjechania pod sam klub! - storpedowała, bo ona wie lepiej. Se pomyślałam, to ja nie będę się kłócić, bo skoro tam była, to chyba wie...O naiwności!!!!!! Nie dość, że pomyliła kierunki, to jeszcze przegoniła mnie po górkach i dolinach jednego parku.
No i niestety, obtarłam sobie pięty. Dzielnie szalałam na parkiecie, trzymałam się nawet całą drogę do domu, ale kiedy wysiadłam na przystanku, zatoczyłam się jak klasyczny żul. I tak już szłam do domu. Dobrze, że była noc i jedna pani z pieskiem szła po drugiej stronie. Pies nie szczekał, więc może nie zauważyła, że ledwo idę, zatrzymując się co chwilę.
W domu oczywiście ani centymetra plastra, więc pozostało mi posmarować rozwalone bąble tribiotikiem i pożyczyć sobie plasterki z małą Mi.
Klęłam na czym świat stoi.
Na drugi dzień wywiad: o której wróciłaś, ile piw wypiłaś i kto ci pozwolił trzy??
Strasznie ciężko być metalówą w moim wieku. Ale kupię sobie swoje osobiste glany. I wtedy zobaczymy!
Na dziś:
Sepultura - Roots Bloody Roots
środa, 19 marca 2014
[263] Tu i teraz
Chciałam napisać o wewnętrznym spokoju, jaki osiągnęłam. Nie żałuję, nie męczy mnie już rozstanie z moją przyjaciółką, dwa lata temu. Co prawda wczoraj przypadek sprawił, że natknęłam się na jej komentarz, a potem, już nieprzypadkowo obejrzałam jej profil. Powróciły wspomnienia i zaczęłam się zastanawiać, dlaczego stało się tak, jak się stało. Potem jednak porozmawiałam z jedną bardzo ważną osobą i doszłam do wniosku, że nie, nie żałuję, nie boli. Mam spokój. Ja zrobiłam wszystko, co mogłam. To nie jest bierne poddanie się, to własnie ten spokój. Spokój, którego ludziom brakuje. Rozpamiętują i drążą, rozdrapują i rozkopują to, co powinno dawno już odejść. Zastanawiam się po co. Teraz jest teraz. To najbardziej realny czas i miejsce. Tym tutaj i teraz trzeba się zajmować, nie tym co było - niech pozostanie w dziale było minęło i jest niezmienialne, i nie tym co będzie - bo będzie to, co sobie teraz i tutaj wypracujemy. Czekałam na takie będzie. Czekałam na kiedyś. Zmarnowałam mnóstwo czasu. Próbowałam zaczarować przeszłość. Nikomu się to nie udało. Mi też nie. Aż w końcu pojęłam, że jestem tu, w tym miejscu, dzisiaj, teraz, nie od jutra i nie od za tydzień.
Ulga. Odeszło mnóstwo problemów, które już, albo jeszcze nie istnieją.
Owszem, mam marzenia. Mam ogromne marzenia. Do spełnienia. Ale zaczęłam iść do nich teraz. Nie jutro. To wielka różnica. Nie czekam na nie. Idę do nich, torując sobie drogę. Bo marzenia nie spełniają się same. Jeśli nie zrobi się nic w kierunku ich spełnienia, to się nie spełnią. To takie oczywiste, ale często o tym zapominamy, czekając.
I tak, kupiłam bilety do Łodzi. Tak, jadę spotkać się z dwiema, a może trzema osobami, którym zawdzięczam tak dużo. Wróć! Spotkam się z czterema osobami! A może pięcioma. To się jeszcze okaże.
Frytka już wygadała, to co będę ukrywać. (Tak naprawdę to chodzi o to, żeby się przejechać Polskim Busem :) ). Więc spełni się moje marzenie.
Właśnie skończyłam ćwiczyć. Tak, przyznaję, odkładałam to z dnia na dzień, znajdowałam milion wymówek, bo przecież od jutra będzie lepiej. Nie. Dzisiaj po prostu zabrałam się za to. Było ciężko, ale w końcu było. Uważam to za ogromny mój sukces i początek ścieżki do realizacji marzenia.
Żeby nie było łatwo, zostałam nakryta przez Kudłatą. W pozycji niezbyt reprezentacyjnej. Otóż z wypiętym tyłkiem na zachód (nie nie, nie jestem po złej stronie mocy, tak wyszło akurat). Nie zraziło mnie to.
Kolejny krok naprzód to szukanie rozwiązania dla realizacji mojego pomysłu na własny biznes, aczkolwiek to będzie najtrudniejsze ze wszystkiego. Ale nie znaczy, że niemożliwe. Nie będę jednak o tym pisać, bo to zbyt skomplikowane sprawy.
Tak więc tu i teraz dzieje się sporo. Tu i teraz w mojej głowie.
Poza tym powiedz życzenie, a świat je spełni. Wczoraj pomyślałam o wyjściu z domu, wieczorem, gdzieś posiedzieć. I może dwie minuty po pomyśleniu o tym, odezwała się kumpela z propozycją wyjścia na koncert do klubu. Nawet przez sekundę się nie wahałam.
No to: witaj świecie!
Na dziś:
Alison Moyet - Is this love?
Oglądałam teledyski z nowymi kawałkami. Może i Alison wygląda teraz jak szprycha, ale...głos już nie ten. Może brzydko powiem, ale zabrakło pudła rezonansowego. Zmieniła się barwa i charakterystyczne to coś.
To zaś niezmiennie kocham :)))
Ulga. Odeszło mnóstwo problemów, które już, albo jeszcze nie istnieją.
Owszem, mam marzenia. Mam ogromne marzenia. Do spełnienia. Ale zaczęłam iść do nich teraz. Nie jutro. To wielka różnica. Nie czekam na nie. Idę do nich, torując sobie drogę. Bo marzenia nie spełniają się same. Jeśli nie zrobi się nic w kierunku ich spełnienia, to się nie spełnią. To takie oczywiste, ale często o tym zapominamy, czekając.
I tak, kupiłam bilety do Łodzi. Tak, jadę spotkać się z dwiema, a może trzema osobami, którym zawdzięczam tak dużo. Wróć! Spotkam się z czterema osobami! A może pięcioma. To się jeszcze okaże.
Frytka już wygadała, to co będę ukrywać. (Tak naprawdę to chodzi o to, żeby się przejechać Polskim Busem :) ). Więc spełni się moje marzenie.
Właśnie skończyłam ćwiczyć. Tak, przyznaję, odkładałam to z dnia na dzień, znajdowałam milion wymówek, bo przecież od jutra będzie lepiej. Nie. Dzisiaj po prostu zabrałam się za to. Było ciężko, ale w końcu było. Uważam to za ogromny mój sukces i początek ścieżki do realizacji marzenia.
Żeby nie było łatwo, zostałam nakryta przez Kudłatą. W pozycji niezbyt reprezentacyjnej. Otóż z wypiętym tyłkiem na zachód (nie nie, nie jestem po złej stronie mocy, tak wyszło akurat). Nie zraziło mnie to.
Kolejny krok naprzód to szukanie rozwiązania dla realizacji mojego pomysłu na własny biznes, aczkolwiek to będzie najtrudniejsze ze wszystkiego. Ale nie znaczy, że niemożliwe. Nie będę jednak o tym pisać, bo to zbyt skomplikowane sprawy.
Tak więc tu i teraz dzieje się sporo. Tu i teraz w mojej głowie.
Poza tym powiedz życzenie, a świat je spełni. Wczoraj pomyślałam o wyjściu z domu, wieczorem, gdzieś posiedzieć. I może dwie minuty po pomyśleniu o tym, odezwała się kumpela z propozycją wyjścia na koncert do klubu. Nawet przez sekundę się nie wahałam.
No to: witaj świecie!
Na dziś:
Alison Moyet - Is this love?
Oglądałam teledyski z nowymi kawałkami. Może i Alison wygląda teraz jak szprycha, ale...głos już nie ten. Może brzydko powiem, ale zabrakło pudła rezonansowego. Zmieniła się barwa i charakterystyczne to coś.
To zaś niezmiennie kocham :)))
poniedziałek, 17 marca 2014
[262] Stało się
Pogoda się zmieniła, niż nadciągnął. Niektórych załamał, inni, jak na ten przykład ja, mają to w nosie. Nawet bym się nie bała użyć zwrotu: lubią to!
Lubię. No tak mam i już.
Wczoraj dokonałam odkrycia. Statystycznego też, ale o dalszym ciągu za chwilę. Jednak jeszcze innego.
Zawsze robiłam jabłecznik, jak mama przykazała, na kruchym spodzie o w ogóle. Nuda.
Ale zerknęłam, jak co dzień, na główną onetu, szybko sprawdziłam co na przednówku w lodówce jest i upiekłam. Taki, co się go z lodami i bitą śmietaną w kawiarni je. Normalnie oniemiałam z wrażenia, że też taki umiem i że wyszedł pyszny.
Za to dziś, zamiast pochwały, same pretensje! Wyobrażacie sobie?
- Bo ja tylko dwa kawałki zjadłam!! (to Kudłata. Ale kto wychodzi, ten se szkodzi, nie?)
- Czemu nie ma ciasta? Ja tylko dwa trzy kawałki zjadłem!!! (to Młody. Ale kto go tam wie, ile tych kawałków wpędzlował, zanim me oczy ostrość widzenia uzyskały, po podniesieniu powiek.)
No ja też zjadłam dwa. Podzielcie sobie koło na 6. Mniej więcej.
A czemuż powieki takie ciężkie miałam?
Z powodu tańcowania z miotłą o 3 nad ranem.
A czemuż to z miotłą się zabawiałam?
A bo sąsiadka z góry, co prawda nie odkurzała, ale ma krzesło, które z częstotliwością co jakieś 15 minut suwa po gołej podłodze i możecie sobie wyobrazić, jak to działa na kogoś, kto właśnie zapada w sen.
Albo coś spadało. I tak o 2.58 chwyciłam za miotłę, bo nie chciało mi się dresów szukać (dresy o tej porze zwykle śpią, pozdrawiam osiedlowych dresów, tych palących z mojej klatki nie pozdrawiam. I tak mają mnie za dyktatora. Oraz kultury im brak.) i przebierać piżamy, żeby iść i zrobić awanturę. Miotłą zaś potraktowałam sufit, trochę się bojąc, żeby mi tynk nie spadł.
Wpadłam na dwa pomysły.
Pierwszy, zaniosę im filcowe podkładki. Dam jej mamuni z zapewnieniem solennym, że jeszcze raz i będę dzwonić po policję.
Drugi, przejdę się jutro do pana Dzielnicowego i zapytam co z tym fantem zrobić.
Trzeciego pomysłu nie wdrożę, gdyż o 3 nad ranem umysł podpowiada pomysły raczej rodem z książek, po których człowiek boi się spać.
Wracając jednak do statystyki.
Otóż stało się. Nie tylko chciał przelecieć.. Zobaczcie sami...
Na dziś:
Sophie B. Hawkins - Damn I Wish I Was Your Lover
Nie dość, że mnie wsysła dziura zwana Greatest Hits 80' to jeszcze sobie przypominam takie hiciory.
Lubię. No tak mam i już.
Wczoraj dokonałam odkrycia. Statystycznego też, ale o dalszym ciągu za chwilę. Jednak jeszcze innego.
Zawsze robiłam jabłecznik, jak mama przykazała, na kruchym spodzie o w ogóle. Nuda.
Ale zerknęłam, jak co dzień, na główną onetu, szybko sprawdziłam co na przednówku w lodówce jest i upiekłam. Taki, co się go z lodami i bitą śmietaną w kawiarni je. Normalnie oniemiałam z wrażenia, że też taki umiem i że wyszedł pyszny.
Za to dziś, zamiast pochwały, same pretensje! Wyobrażacie sobie?
- Bo ja tylko dwa kawałki zjadłam!! (to Kudłata. Ale kto wychodzi, ten se szkodzi, nie?)
- Czemu nie ma ciasta? Ja tylko dwa trzy kawałki zjadłem!!! (to Młody. Ale kto go tam wie, ile tych kawałków wpędzlował, zanim me oczy ostrość widzenia uzyskały, po podniesieniu powiek.)
No ja też zjadłam dwa. Podzielcie sobie koło na 6. Mniej więcej.
A czemuż powieki takie ciężkie miałam?
Z powodu tańcowania z miotłą o 3 nad ranem.
A czemuż to z miotłą się zabawiałam?
A bo sąsiadka z góry, co prawda nie odkurzała, ale ma krzesło, które z częstotliwością co jakieś 15 minut suwa po gołej podłodze i możecie sobie wyobrazić, jak to działa na kogoś, kto właśnie zapada w sen.
Albo coś spadało. I tak o 2.58 chwyciłam za miotłę, bo nie chciało mi się dresów szukać (dresy o tej porze zwykle śpią, pozdrawiam osiedlowych dresów, tych palących z mojej klatki nie pozdrawiam. I tak mają mnie za dyktatora. Oraz kultury im brak.) i przebierać piżamy, żeby iść i zrobić awanturę. Miotłą zaś potraktowałam sufit, trochę się bojąc, żeby mi tynk nie spadł.
Wpadłam na dwa pomysły.
Pierwszy, zaniosę im filcowe podkładki. Dam jej mamuni z zapewnieniem solennym, że jeszcze raz i będę dzwonić po policję.
Drugi, przejdę się jutro do pana Dzielnicowego i zapytam co z tym fantem zrobić.
Trzeciego pomysłu nie wdrożę, gdyż o 3 nad ranem umysł podpowiada pomysły raczej rodem z książek, po których człowiek boi się spać.
Wracając jednak do statystyki.
Otóż stało się. Nie tylko chciał przelecieć.. Zobaczcie sami...
Na dziś:
Sophie B. Hawkins - Damn I Wish I Was Your Lover
Nie dość, że mnie wsysła dziura zwana Greatest Hits 80' to jeszcze sobie przypominam takie hiciory.
sobota, 15 marca 2014
[261] Statystyka
Że kłamie to wiadomo. Bezduszna jest, nie uwzględnia uczuć, nie ma wątpliwości. Statystycznie rzecz biorąc, jeśli jedna na dwie kobiety jest bita, to po połowie obie dostają łomot. Znam statystykę od podszewki, miałam piąteczkę, umiem wyliczać mediany i inne wyważone. Ale nie o tym w sumie chciałam.
Zachciało mi się sprawdzić słowa kluczowe, po których trafiają tutaj ludzie nie z linków, czy swych ulubionych.
I opadła mi kopara.
Klasyczny szczękozwis.
Bo...
..ktoś tu trafił po słowach wpisanych w wyszukiwarkę:
chciałbym przelecieć szwagierkę
Czy ja kiedyś pisałam o lataniu i szwagierce? niejako w jednym kontekście? Nie przypominam sobie i chyba nie.
Ale chyba częściej będę sprawdzać te słowa kluczowe.
Zachciało mi się sprawdzić słowa kluczowe, po których trafiają tutaj ludzie nie z linków, czy swych ulubionych.
I opadła mi kopara.
Klasyczny szczękozwis.
Bo...
..ktoś tu trafił po słowach wpisanych w wyszukiwarkę:
chciałbym przelecieć szwagierkę
Czy ja kiedyś pisałam o lataniu i szwagierce? niejako w jednym kontekście? Nie przypominam sobie i chyba nie.
Ale chyba częściej będę sprawdzać te słowa kluczowe.
piątek, 14 marca 2014
[260] Słoń to słoń
Napiszę dziś o zbieractwie.
Każdy z nas ma, bądź miał w życiu taki okres, kiedy kolekcjonował coś, mniej lub bardziej udanie, krócej lub dłużej, ale był taki czas. Prawda?
Osobiście zbierałam historyjki z gumy Donald. I znaczki. Jakoś tak w jednym czasie i oba zbiory mieściły się w ówczesnym słoiczku po bobofrucie. Tak tak. Do dzisiaj mam sentyment do tych charakterystycznych zakrętek.
Potem nastał czas zbierania opakowań od czekolad. To było w okolicy 1978 roku. Miałam pudełko po jakiejś bombonierce i tam chowałam swoje skarby. Jak one pachniały! Czekoladowo!
Potem zbierałam widokówki. Pisałam do ludzi z Płomyka, był tam taki dział towarzyski. Ale największą kolekcję dała mi moja ciocia. Było w niej około 500 kartek z całego świata.
Kilka lat później na moje życie i postrzeganie świata ogromny wpływ wywarł mój kuzyn. Był harcerzem, grał na akordeonie i już wtedy uwielbiał Boba Marleya. On z kolei zaraził mnie na dodatek epistolografią, więc zapragnęłam mieć więcej listów od ludzi niż on. I miałam. Ale o tym kiedyś już było.
W każdym razie jakiś czas temu, moja miłość do zbieractwa wróciła.
Na nowo zaglądam do skrzynki na listy z biciem serca. Wyczekuję. I sama wysyłam kartki.
Zapisałam się do postcrossingu.
Gdybyście wiedzieli co się czuje wyciągając ze skrzynki kartkę, która nie jest reklamą czy rachunkiem. Uwielbiam to uczucie, kiedy czytam co ktoś z drugiego końca świata napisał do mnie. Bezcenne.
Chciałabym też dostawać listy, ale kto się będzie ze mną bawił w pisanie, kiedy można kliknąć parę słów, wcisnąć enter i już?
Jestem gotowa pisać. Na papierze. Piórem. Zaklejać koperty, które sama zrobię i wysyłać w świat kawałek mnie.
Ale w związku z tym wszystkim powyższym, w bardzo ścisłym związku jest słoń. A raczej całe ich stado.
Rozmawiając dzisiaj z Sis, przypomniało mi się, że przecież zbierałam słonie! Nie pamiętam ile ich było, ale naprawdę sporo. Przywoziłam z wypadów, dostawałam. Jeden został wybłagany przez mojego przyjaciela, który wpadł do sklepu już po zamknięciu i na kolanach, w mundurze harcerskim wybłagał sprzedawczynię, żeby mu go sprzedała. Bardzo chciał być moim chłopakiem. Cóż. słonia przyjęłam, kosza dałam, a dzisiaj to przyjaciel. Który nie zraził się niejednym głupim numerem, który mu my, harcerze, wycięliśmy. Ale to do mnie zadzwonił powiedzieć, że będzie miał syna. Do mnie pierwszej. O nim jeszcze kiedyś napiszę.
W każdym razie rozpoczęłam śledztwo w sprawie słoni. Ktoś coś z nimi zrobił i nie chce się przyznać.
Zapewne moja mamunia, lekką rączką, pozbyła się balastu z domu, jedne durnostojki zastępując innymi.
Taki los.
Ale właśnie dzisiaj zapragnęłam słonia!
Na dziś:
Nasz wspólny Świat - Stanie się Cud
Nie mogę nigdzie znaleźć wersji ze słoniem, w której w refrenie szło:
stanie się cud i zrozumiesz wtedy że
słoń to słoń długa trąba wielki łeb.
Ale tę wersję też lubię :))
Każdy z nas ma, bądź miał w życiu taki okres, kiedy kolekcjonował coś, mniej lub bardziej udanie, krócej lub dłużej, ale był taki czas. Prawda?
Osobiście zbierałam historyjki z gumy Donald. I znaczki. Jakoś tak w jednym czasie i oba zbiory mieściły się w ówczesnym słoiczku po bobofrucie. Tak tak. Do dzisiaj mam sentyment do tych charakterystycznych zakrętek.
Potem nastał czas zbierania opakowań od czekolad. To było w okolicy 1978 roku. Miałam pudełko po jakiejś bombonierce i tam chowałam swoje skarby. Jak one pachniały! Czekoladowo!
Potem zbierałam widokówki. Pisałam do ludzi z Płomyka, był tam taki dział towarzyski. Ale największą kolekcję dała mi moja ciocia. Było w niej około 500 kartek z całego świata.
Kilka lat później na moje życie i postrzeganie świata ogromny wpływ wywarł mój kuzyn. Był harcerzem, grał na akordeonie i już wtedy uwielbiał Boba Marleya. On z kolei zaraził mnie na dodatek epistolografią, więc zapragnęłam mieć więcej listów od ludzi niż on. I miałam. Ale o tym kiedyś już było.
W każdym razie jakiś czas temu, moja miłość do zbieractwa wróciła.
Na nowo zaglądam do skrzynki na listy z biciem serca. Wyczekuję. I sama wysyłam kartki.
Zapisałam się do postcrossingu.
Gdybyście wiedzieli co się czuje wyciągając ze skrzynki kartkę, która nie jest reklamą czy rachunkiem. Uwielbiam to uczucie, kiedy czytam co ktoś z drugiego końca świata napisał do mnie. Bezcenne.
Chciałabym też dostawać listy, ale kto się będzie ze mną bawił w pisanie, kiedy można kliknąć parę słów, wcisnąć enter i już?
Jestem gotowa pisać. Na papierze. Piórem. Zaklejać koperty, które sama zrobię i wysyłać w świat kawałek mnie.
Ale w związku z tym wszystkim powyższym, w bardzo ścisłym związku jest słoń. A raczej całe ich stado.
Rozmawiając dzisiaj z Sis, przypomniało mi się, że przecież zbierałam słonie! Nie pamiętam ile ich było, ale naprawdę sporo. Przywoziłam z wypadów, dostawałam. Jeden został wybłagany przez mojego przyjaciela, który wpadł do sklepu już po zamknięciu i na kolanach, w mundurze harcerskim wybłagał sprzedawczynię, żeby mu go sprzedała. Bardzo chciał być moim chłopakiem. Cóż. słonia przyjęłam, kosza dałam, a dzisiaj to przyjaciel. Który nie zraził się niejednym głupim numerem, który mu my, harcerze, wycięliśmy. Ale to do mnie zadzwonił powiedzieć, że będzie miał syna. Do mnie pierwszej. O nim jeszcze kiedyś napiszę.
W każdym razie rozpoczęłam śledztwo w sprawie słoni. Ktoś coś z nimi zrobił i nie chce się przyznać.
Zapewne moja mamunia, lekką rączką, pozbyła się balastu z domu, jedne durnostojki zastępując innymi.
Taki los.
Ale właśnie dzisiaj zapragnęłam słonia!
Na dziś:
Nasz wspólny Świat - Stanie się Cud
Nie mogę nigdzie znaleźć wersji ze słoniem, w której w refrenie szło:
stanie się cud i zrozumiesz wtedy że
słoń to słoń długa trąba wielki łeb.
Ale tę wersję też lubię :))
sobota, 1 marca 2014
[259] Stan umysłu
Natrafiłam kiedyś w bibliotece na książki Guillaume Musso. Pierwsza z brzegu, kiedy zaczęłam ją czytać, wydała mi się zakręcona, ale z każdą stroną dalej chłonęłam słowa, włożone w zdania. Zdania mówiące o tym, czego doświadczamy, a czego nie zawsze jesteśmy świadomi. Cała opowieść, kanwa, na której autor plecie losy i emocje, uczucia i myśli bohaterów jest jakby mało ważna. Ona jest. Sedno sprawy tkwi w przeżyciach i myślach bohaterów. I nie zawsze następuje happy end. Może raczej nie zawsze jest on potrzebny, i nie zawsze zostanie za taki uznany. Polecam tym, którym myślenie o sprawach duchowych, z punktu działania psychiki człowieka i tego co niektórzy nazywają przeznaczeniem, inni przypadkiem, a ja nazywam zbiegiem okoliczności, nie sprawia trudności i nie jest uciążliwe. Bo czasem kiedy zerkamy dalej niż czubek naszego nosa przestajemy zezować i paradoksalnie potrafimy zerknąć w siebie, a wtedy zmienia się całkowicie perspektywa obrazu.
Ale nie o tym chciałam.
A może trochę o tym.
Nie lubię się żalić. Mało kiedy, jeśli w ogóle, jęczę nad swoim losem. Nie potrafię marudzić.Kiedy dopada mnie taki stan, to trwa on zazwyczaj krótką chwilę, bo zawsze zaczynam drążyć i szukać rozwiązania.
Zauważyłam jak wielką siłę ma umysł człowieka. Jak wielką moc ma myśl i słowa. Jak bardzo kształtuje nasze życie. Obserwuję różne osoby. Niektórym mówię co myślę i staram się pomóc wejść na właściwy kierunek. Innych nie tykam nawet palcem. Wszystko zależy od tego co widzę i słyszę.
Jedni narzekają. Jak to im w życiu źle. Jak to się nie układa, jak to dobijają ich troski dnia codziennego. Jak to brakuje do przysłowiowego pierwszego. Uśmiecham się pod nosem. Bo ci ludzie są biedni.
Bieda to nie stan portfela. Bo gdyby tak było, byłabym bardzo biedna.
Bieda to stan umysłu. I w takim wypadku, jestem szczęśliwa, że mnie bieda ominęła.
Nie mam tego, czy tamtego, ale potrafię się obejść bez. Jestem na tyle kreatywna, że daję radę. Wiążę dwa końce mojej egzystencji i nie muszę napinać gumy. Podejmuję decyzje, czy właściwe to weryfikuje czas, ale to są w końcu moje własne autonomiczne decyzje.
Kiedy inni zastanawiają się czy szklanka jest do połowy pełna czy pusta, ja będę uparcie twierdzić, że jest pełna w całości.
Nauczyłam się widzieć plusy we wszystkim, kiedy rozpoczęłam drogę do dnia dzisiejszego. Spotkałam mnóstwo ludzi, wirtualnie także, a potem te wirtualne znajomości przekształciły się swego rodzaju przyjaźń. Mam taką osobę w zasięgu telefonu. I ostatnio, kiedy rozmawiałyśmy, powiedziała mi, że do dzisiaj pamięta sens jednego z moich komentarzy. Kiedy właśnie narzekała na to, co się dzieje w jej życiu, widziała same szarości i czernie, napisałam jej coś w stylu: w każdym zdarzeniu, w każdej rzeczy która nas spotyka trzeba szukać dobrej strony. Przyzwyczailiśmy się, że te dobre rzeczy nam się należą od życia, ale nie umiemy ich zauważyć i nie doceniamy tego, co mamy. I jeszcze coś w stylu, że wszystko dzieje się po coś, ale to coś dociera do nas, albo i nie jeśli nie umiemy docenić, dużo później.
I moja Przyjaciółka powiedziała mi, że te słowa zapadły jej w pamięć i pomija to, że sama wzięła się w garść (a nie ma lekko, bo nieuleczalnie choruje), a po drugie jest mi wdzięczna, bo mogła tymi słowami poratować kogoś dla niej ważnego, kto stracił dziecko (samobójstwo). Powiedziała, że zadziałało. Że od listopada człowiek zrezygnowany zmienił się w takiego, jakim był wcześniej. Odżył. Tak jakby wrócił mu sens życia.
Kiedy opowiadała mi to, miałam ciarki i gęsią skórkę. Dla takich chwil warto żyć.
Inna osoba, której kładłam trochę do głowy, ale nie chciałam przesadzić, w końcu sama doszła do ściany. Coś co było niemożliwe, nagle stało się możliwe. Odpadła kula u nogi i teraz tylko potrzeba ułożenia wszystkiego od nowa. To też dobry znak. Trzymam za Nią kciuki i Ona o tym dobrze wie.
Moja osławiona już przeze mnie była szwagierka, podczas naszej rozmowy po raz kolejny dziękowała mi za bycie cerberem i ładowanie do głowy. Musiała sama dojść do wielu spraw, ale gdyby mnie nie było, do dzisiaj użalałaby się nad sobą, w chorym związku. A tak prawdopodobnie spotkała faceta swojego życia.
Na potwierdzenie mojej pozytywnie zakręconej drogi zadzwonił dziś rano telefon. Dzwonił ktoś ważny, kto uciekł śmierci. Ma cztery bypass'y. Opowiedział mi jak to jest w szpitalu i jak zachowują się chorzy ludzie w jego wieku. Jest dokładnie odbiciem lustrzanym mnie, a może to ja jestem jego odbiciem. W każdym razie myślimy tak samo. I tak jak On zrewolucjonizował oddział kardiologii, tak ja rewolucjonizuję moje życie i życie wokół. Oboje widzimy pełne szklanki.
I mimo, że nasze drogi się rozeszły zawodowo, to coś czuję, że znów się zejdą niebawem na zupełnie nowej, innej zawodowej płaszczyźnie. Cieszy mnie to bardzo. Bo ten facet lubi wyzwania.
Zrealizuję swoje plany, bo tego chcę.
Na dziś:
Bon Jovi - (You Want To) Make A Memory
Ale nie o tym chciałam.
A może trochę o tym.
Nie lubię się żalić. Mało kiedy, jeśli w ogóle, jęczę nad swoim losem. Nie potrafię marudzić.Kiedy dopada mnie taki stan, to trwa on zazwyczaj krótką chwilę, bo zawsze zaczynam drążyć i szukać rozwiązania.
Zauważyłam jak wielką siłę ma umysł człowieka. Jak wielką moc ma myśl i słowa. Jak bardzo kształtuje nasze życie. Obserwuję różne osoby. Niektórym mówię co myślę i staram się pomóc wejść na właściwy kierunek. Innych nie tykam nawet palcem. Wszystko zależy od tego co widzę i słyszę.
Jedni narzekają. Jak to im w życiu źle. Jak to się nie układa, jak to dobijają ich troski dnia codziennego. Jak to brakuje do przysłowiowego pierwszego. Uśmiecham się pod nosem. Bo ci ludzie są biedni.
Bieda to nie stan portfela. Bo gdyby tak było, byłabym bardzo biedna.
Bieda to stan umysłu. I w takim wypadku, jestem szczęśliwa, że mnie bieda ominęła.
Nie mam tego, czy tamtego, ale potrafię się obejść bez. Jestem na tyle kreatywna, że daję radę. Wiążę dwa końce mojej egzystencji i nie muszę napinać gumy. Podejmuję decyzje, czy właściwe to weryfikuje czas, ale to są w końcu moje własne autonomiczne decyzje.
Kiedy inni zastanawiają się czy szklanka jest do połowy pełna czy pusta, ja będę uparcie twierdzić, że jest pełna w całości.
Nauczyłam się widzieć plusy we wszystkim, kiedy rozpoczęłam drogę do dnia dzisiejszego. Spotkałam mnóstwo ludzi, wirtualnie także, a potem te wirtualne znajomości przekształciły się swego rodzaju przyjaźń. Mam taką osobę w zasięgu telefonu. I ostatnio, kiedy rozmawiałyśmy, powiedziała mi, że do dzisiaj pamięta sens jednego z moich komentarzy. Kiedy właśnie narzekała na to, co się dzieje w jej życiu, widziała same szarości i czernie, napisałam jej coś w stylu: w każdym zdarzeniu, w każdej rzeczy która nas spotyka trzeba szukać dobrej strony. Przyzwyczailiśmy się, że te dobre rzeczy nam się należą od życia, ale nie umiemy ich zauważyć i nie doceniamy tego, co mamy. I jeszcze coś w stylu, że wszystko dzieje się po coś, ale to coś dociera do nas, albo i nie jeśli nie umiemy docenić, dużo później.
I moja Przyjaciółka powiedziała mi, że te słowa zapadły jej w pamięć i pomija to, że sama wzięła się w garść (a nie ma lekko, bo nieuleczalnie choruje), a po drugie jest mi wdzięczna, bo mogła tymi słowami poratować kogoś dla niej ważnego, kto stracił dziecko (samobójstwo). Powiedziała, że zadziałało. Że od listopada człowiek zrezygnowany zmienił się w takiego, jakim był wcześniej. Odżył. Tak jakby wrócił mu sens życia.
Kiedy opowiadała mi to, miałam ciarki i gęsią skórkę. Dla takich chwil warto żyć.
Inna osoba, której kładłam trochę do głowy, ale nie chciałam przesadzić, w końcu sama doszła do ściany. Coś co było niemożliwe, nagle stało się możliwe. Odpadła kula u nogi i teraz tylko potrzeba ułożenia wszystkiego od nowa. To też dobry znak. Trzymam za Nią kciuki i Ona o tym dobrze wie.
Moja osławiona już przeze mnie była szwagierka, podczas naszej rozmowy po raz kolejny dziękowała mi za bycie cerberem i ładowanie do głowy. Musiała sama dojść do wielu spraw, ale gdyby mnie nie było, do dzisiaj użalałaby się nad sobą, w chorym związku. A tak prawdopodobnie spotkała faceta swojego życia.
Na potwierdzenie mojej pozytywnie zakręconej drogi zadzwonił dziś rano telefon. Dzwonił ktoś ważny, kto uciekł śmierci. Ma cztery bypass'y. Opowiedział mi jak to jest w szpitalu i jak zachowują się chorzy ludzie w jego wieku. Jest dokładnie odbiciem lustrzanym mnie, a może to ja jestem jego odbiciem. W każdym razie myślimy tak samo. I tak jak On zrewolucjonizował oddział kardiologii, tak ja rewolucjonizuję moje życie i życie wokół. Oboje widzimy pełne szklanki.
I mimo, że nasze drogi się rozeszły zawodowo, to coś czuję, że znów się zejdą niebawem na zupełnie nowej, innej zawodowej płaszczyźnie. Cieszy mnie to bardzo. Bo ten facet lubi wyzwania.
Zrealizuję swoje plany, bo tego chcę.
Na dziś:
Bon Jovi - (You Want To) Make A Memory
niedziela, 23 lutego 2014
[258] Krótko
Stanowczo za krótko.
W piątek przyjechała, w sobotę uciekła. Nie wiem tylko czy to dlatego, że ledwo weszła, to musiała iść do kuchni i gotować dla mnie. Może.
Ale do rzeczy.
Pojechałam po Nią na dworzec. Po drodze zrobiłam coś durnego, jak zwykle mnie się musi przytrafić. Wyrzuciłam do kosza nieskasowane bilety. Najlepsze jest to, że miałam jakieś niejasne uczucie, że wyrzucenie tych biletów to nie jest dobry pomysł. No trudno.
Jadąc autobusem na dworzec, postanowiłam, że idę na kurs spawacza!
Tak tak, nie śmiejcie się. Już mówię dlaczego.
Obok siedziało dwóch panów. Jeden namawiał drugiego i opowiadał o tym gdzie pracuje i jak robił uprawnienia. Posłuchałam też o jakości wykonywanej przez niego pracy i stawce, jaką za tę fuszerę bierze i postanowiłam, że durna nie jestem i nadam się do tej roboty.
Otóż.
Pan odrzucił ofertę zarabiania, uwaga, 3.500 - 5000 zł brutto. Słowami, cytuję: "pieprz się, za tyle nie biorę roboty". Więc pracodawca dołożył mu bonusy w ciągu roku w postaci dorabiania na zachodzie.
Kurs wyglądał mniej więcej tak: "dałem mu 2000, po 3 dniach miałem pierwsze uprawnienia, a teraz dostanę następne, a jak dobrze pójdzie to będą i takie, które obowiązują w Norwegii".
Żyć nie umierać. Nie dość, że Norwegia to moje marzenie, to jeszcze uprawnienia można zdobyć na takim luzie.
Ponad to: "zaglądam w rurę, a tam takie farfocle wiszą. Ale kto to sprawdza" Tu mnie wstrząsnęło. Jako ta cholerna perfekcjonistka pewnie uważałabym na te farfocle, żeby ich nie było.
W każdym razie, zanim podjechałam na dworzec, postanowiłam na kurs się zapisać. I jeśli nie uda mi się zapisać na grafikę komputerową, to jak nic idę na spawacza.
No ale do brzegu.
Przyjechała. Zasmarkana. Wysoka do nieba. Chuda jak patyk. Wparowała do kuchni, zrobiła przepyszną lasanię. Powiem Wam, że czułam się trochę dziwnie, kiedy w mojej kuchni gotował dla mnie ktoś inny. Dziwnie, ale bardzo fajnie.
Potem sieciowo przesłałyśmy zapachy i mlaski Frytce, która nie dotarła. Mam nadzieję, że się nie obraziła. Chociaż powinna bardzo żałować.
Potem trochę pogadałyśmy, ale że oczy Jej się kleiły, powieki opadały, to poszłyśmy spać.
W sobotę pokręciliśmy się trochę po Toruniu, gdzie Młody strzelał fochami co chwilę, a następnie nie zdążyłam się z Nią wyściskać i pożegnać, bo mnie kierowca bombowca pogonił i tylko pomachałam jej ze schodka autobusu.
Tygrys. Nawiedził mnie. Mam nadzieję, że nie ostatni raz.
A może teraz ja wpadnę na kawę?
Na dziś:
Ed Sheeran - I see Fire
W piątek przyjechała, w sobotę uciekła. Nie wiem tylko czy to dlatego, że ledwo weszła, to musiała iść do kuchni i gotować dla mnie. Może.
Ale do rzeczy.
Pojechałam po Nią na dworzec. Po drodze zrobiłam coś durnego, jak zwykle mnie się musi przytrafić. Wyrzuciłam do kosza nieskasowane bilety. Najlepsze jest to, że miałam jakieś niejasne uczucie, że wyrzucenie tych biletów to nie jest dobry pomysł. No trudno.
Jadąc autobusem na dworzec, postanowiłam, że idę na kurs spawacza!
Tak tak, nie śmiejcie się. Już mówię dlaczego.
Obok siedziało dwóch panów. Jeden namawiał drugiego i opowiadał o tym gdzie pracuje i jak robił uprawnienia. Posłuchałam też o jakości wykonywanej przez niego pracy i stawce, jaką za tę fuszerę bierze i postanowiłam, że durna nie jestem i nadam się do tej roboty.
Otóż.
Pan odrzucił ofertę zarabiania, uwaga, 3.500 - 5000 zł brutto. Słowami, cytuję: "pieprz się, za tyle nie biorę roboty". Więc pracodawca dołożył mu bonusy w ciągu roku w postaci dorabiania na zachodzie.
Kurs wyglądał mniej więcej tak: "dałem mu 2000, po 3 dniach miałem pierwsze uprawnienia, a teraz dostanę następne, a jak dobrze pójdzie to będą i takie, które obowiązują w Norwegii".
Żyć nie umierać. Nie dość, że Norwegia to moje marzenie, to jeszcze uprawnienia można zdobyć na takim luzie.
Ponad to: "zaglądam w rurę, a tam takie farfocle wiszą. Ale kto to sprawdza" Tu mnie wstrząsnęło. Jako ta cholerna perfekcjonistka pewnie uważałabym na te farfocle, żeby ich nie było.
W każdym razie, zanim podjechałam na dworzec, postanowiłam na kurs się zapisać. I jeśli nie uda mi się zapisać na grafikę komputerową, to jak nic idę na spawacza.
No ale do brzegu.
Przyjechała. Zasmarkana. Wysoka do nieba. Chuda jak patyk. Wparowała do kuchni, zrobiła przepyszną lasanię. Powiem Wam, że czułam się trochę dziwnie, kiedy w mojej kuchni gotował dla mnie ktoś inny. Dziwnie, ale bardzo fajnie.
Potem sieciowo przesłałyśmy zapachy i mlaski Frytce, która nie dotarła. Mam nadzieję, że się nie obraziła. Chociaż powinna bardzo żałować.
Potem trochę pogadałyśmy, ale że oczy Jej się kleiły, powieki opadały, to poszłyśmy spać.
W sobotę pokręciliśmy się trochę po Toruniu, gdzie Młody strzelał fochami co chwilę, a następnie nie zdążyłam się z Nią wyściskać i pożegnać, bo mnie kierowca bombowca pogonił i tylko pomachałam jej ze schodka autobusu.
Tygrys. Nawiedził mnie. Mam nadzieję, że nie ostatni raz.
A może teraz ja wpadnę na kawę?
Na dziś:
Ed Sheeran - I see Fire
środa, 19 lutego 2014
[257] Natura walczy o przetrwanie
Wiecie jak jest.
Blondynka, nawet farbowana na inaczej, zawsze blondynką zostanie.
I chociaż blond mój trwał jedynie przez moich pierwszych 10 lat życia, a potem stał się kolorem zwanym szatynowy, zwanym przeze mnie mysio-szaro-burym, znienawidzonym, to jednak wcześniej blondem był. Kiedyś tam, ale był.
Teraz to już siwizna skroń mą przyprószyła, ba, obsiadła cały czerep, ale to nie zmienia faktu, że ten blond pokutuje. A raczej natura walczy o przetrwanie. I na nic nie zda się posiadana wiedza, umiejętności, ani insze zabiegi.
Otóż.
Zabrałam się za...prasowanie papieru. Nie nie, jeszcze tak źle ze mną tak nie jest, żebym prała papier i go prasowała, nie myślcie sobie. Ani aż tak oszczędna, żebym żałowała na nowy. Papier do drukarki prasowałam. I taki w kratkę też. Bo...
dygresja: czasem, nawet częściej niż czasem, tworzę prace w stylu vintage. Najczęściej mają one wyglądać na zdygane przez czas i los, oczywiście są nowiutkie, nówka funkiel, ale mają wyglądać.
Do tego wykorzystuję różnej maści procesy i preparaty, ale o warsztacie opowiadać nie będę.
koniec dygresji.
..właśnie zachciało mi się zrobić pracę retro.
I tak sobie wczoraj wieczorem włączyłam żelazko, zabieram się za prasowanie i....niespodzianka. Włącza mi się i grzeje, dokładnie 2 sekundy, po czym długo nic. Zdębiałam. W sobotę działało! Pokręciłam termostatem, czyli tym tam pokrętłem, ustawiłam i...nic. Kolejna próba i nic. Osiwiałam bardziej. Bo mimo, że żelazka nie używam na co dzień, wręcz od wielkiego dzwonu, to jednak akurat wczoraj było mi potrzebne. Zdążyłam wieczorem się załamać, pośmiać, a dlaczego to za chwilę, oraz załatwić sobie drugie.
Dzisiaj wracam po południu, biorę żelazko do ręki i myślę (logika normalnie aż boli): włączę, może się naprawiło. Po czym trzymam to włączone żelazko, i coś mi nie pasuje. Kręcę termostatem i doznaję olśnienia. Przecież ustawiam go o 180 stopni źle.
Najśmieszniejsze w tym wszystkim jest to, że mam to żelazko jakieś siedem lat! Prasowałam setki razy i zawsze ustawiałam dobrze!
Cóż więc się stało?
Ano nie wiem. Mam wrażenie, że blond mi się odzywa.
A dlaczego się śmiałam? Bo ostatnio padła mi suszarka do włosów...Bez suszarki jak bez ręki. Ale dostałam nową od cioci. I od niej też leci do mnie drugie żelazko. Za nic w świecie nie przyznam się, że to moja indolencja, a nie czarna seria.
A zaraz....sprawdzę, bo może suszarka też działa...
Na dziś:
Pearl Jam - Even Flow
Od wczoraj siedzę w grunge'u. Aż zapragnęłam znów mieć kraciastą koszulę flanelową!
Blondynka, nawet farbowana na inaczej, zawsze blondynką zostanie.
I chociaż blond mój trwał jedynie przez moich pierwszych 10 lat życia, a potem stał się kolorem zwanym szatynowy, zwanym przeze mnie mysio-szaro-burym, znienawidzonym, to jednak wcześniej blondem był. Kiedyś tam, ale był.
Teraz to już siwizna skroń mą przyprószyła, ba, obsiadła cały czerep, ale to nie zmienia faktu, że ten blond pokutuje. A raczej natura walczy o przetrwanie. I na nic nie zda się posiadana wiedza, umiejętności, ani insze zabiegi.
Otóż.
Zabrałam się za...prasowanie papieru. Nie nie, jeszcze tak źle ze mną tak nie jest, żebym prała papier i go prasowała, nie myślcie sobie. Ani aż tak oszczędna, żebym żałowała na nowy. Papier do drukarki prasowałam. I taki w kratkę też. Bo...
dygresja: czasem, nawet częściej niż czasem, tworzę prace w stylu vintage. Najczęściej mają one wyglądać na zdygane przez czas i los, oczywiście są nowiutkie, nówka funkiel, ale mają wyglądać.
Do tego wykorzystuję różnej maści procesy i preparaty, ale o warsztacie opowiadać nie będę.
koniec dygresji.
..właśnie zachciało mi się zrobić pracę retro.
I tak sobie wczoraj wieczorem włączyłam żelazko, zabieram się za prasowanie i....niespodzianka. Włącza mi się i grzeje, dokładnie 2 sekundy, po czym długo nic. Zdębiałam. W sobotę działało! Pokręciłam termostatem, czyli tym tam pokrętłem, ustawiłam i...nic. Kolejna próba i nic. Osiwiałam bardziej. Bo mimo, że żelazka nie używam na co dzień, wręcz od wielkiego dzwonu, to jednak akurat wczoraj było mi potrzebne. Zdążyłam wieczorem się załamać, pośmiać, a dlaczego to za chwilę, oraz załatwić sobie drugie.
Dzisiaj wracam po południu, biorę żelazko do ręki i myślę (logika normalnie aż boli): włączę, może się naprawiło. Po czym trzymam to włączone żelazko, i coś mi nie pasuje. Kręcę termostatem i doznaję olśnienia. Przecież ustawiam go o 180 stopni źle.
Najśmieszniejsze w tym wszystkim jest to, że mam to żelazko jakieś siedem lat! Prasowałam setki razy i zawsze ustawiałam dobrze!
Cóż więc się stało?
Ano nie wiem. Mam wrażenie, że blond mi się odzywa.
A dlaczego się śmiałam? Bo ostatnio padła mi suszarka do włosów...Bez suszarki jak bez ręki. Ale dostałam nową od cioci. I od niej też leci do mnie drugie żelazko. Za nic w świecie nie przyznam się, że to moja indolencja, a nie czarna seria.
A zaraz....sprawdzę, bo może suszarka też działa...
Na dziś:
Pearl Jam - Even Flow
Od wczoraj siedzę w grunge'u. Aż zapragnęłam znów mieć kraciastą koszulę flanelową!
czwartek, 13 lutego 2014
[255] To jeszcze nie koniec
Justyna mogła zdobyć złoto ze złamaną kością śródstopia, to ja mogę jeszcze pisać, co prawda w ciągłym osłupieniu. Aczkolwiek Jej złoto się należało. Mi niekoniecznie.
Osłupia mnie krótkowzroczność. I bezmiar egocentryzmu. I nieumiejętność używania empatii. Bo nikt nie każe rozdzierać szat i biczować się z powodu czyjejś sytuacji. Ale czasem, żeby zrozumieć, trzeba pomyśleć. Cóż, społeczeństwo przestaje używać głowy. I nie jest to wina nieczytania książek.
Nad tym wszystkim przechodzę do porządku dziennego, bo mam nadzieję, że przynajmniej jakaś garstka ludzi rozumie co piszę. I umie wyciągnąć wnioski.
A więc odkładam problem na półkę. Do pudełka: zdziwienie permanentne.
A co u mnie?
Żyję. Dość intensywnie. Odkrywam kolejne pomysły.
Borykam się z codziennością. Która to codzienność nie jest szara. Nie jest trudna. Nie jest beznadziejna.
Jest kolorowa, szalona, czasem leniwa, czasem przygnębiona, ale najczęściej pełna emocji pozytywnych.
Śmieję się do rozpuku z Kudłatą, mimo, że wcale do śmiechu być nie powinno.
Kudłata jest bohaterką.
Rok dla niej zaczął się inaczej niż wszystkim. Mi też się tak zaczął. Ale nie o mnie to jest. O Niej.
Uratowała życie. Osobie, która zadzwoniła, że nałykała się prochów.
Około 4 nad ranem zadzwoniła do mnie, że jedzie na ratunek. W międzyczasie zadzwoniła po karetkę.
Zdążyli wszyscy. Ona. Karetka. Na końcu dojechałam ja.
A ja chciałabym, żeby wymiksowała się z tego związku.
Chcę, żeby miała dobre życie. I wierzę w to, że znajdzie kogoś, w kim będzie miała oparcie, a nie będzie tylko tyczką dla człowieka - bluszcza, dużo starszego od niej. Uzależniającego swoją chorobą. Chwiejnego emocjonalnie. Samosia, który nie przyjmuje pomocy, bo sam da radę. Po czym odwala kolejny numer, miesiąc po.
I tu wkraczam ja. Supermenka. Jak będzie trzeba zamknę w łazience, przywiążę do kaloryfera.
A tak serio, wierzę, że Kudłata ma rozum. I mózg, który umie używać. I poradzimy sobie z tym wszystkim.
Na dziś:
Nickelback - Photograph
Osłupia mnie krótkowzroczność. I bezmiar egocentryzmu. I nieumiejętność używania empatii. Bo nikt nie każe rozdzierać szat i biczować się z powodu czyjejś sytuacji. Ale czasem, żeby zrozumieć, trzeba pomyśleć. Cóż, społeczeństwo przestaje używać głowy. I nie jest to wina nieczytania książek.
Nad tym wszystkim przechodzę do porządku dziennego, bo mam nadzieję, że przynajmniej jakaś garstka ludzi rozumie co piszę. I umie wyciągnąć wnioski.
A więc odkładam problem na półkę. Do pudełka: zdziwienie permanentne.
A co u mnie?
Żyję. Dość intensywnie. Odkrywam kolejne pomysły.
Borykam się z codziennością. Która to codzienność nie jest szara. Nie jest trudna. Nie jest beznadziejna.
Jest kolorowa, szalona, czasem leniwa, czasem przygnębiona, ale najczęściej pełna emocji pozytywnych.
Śmieję się do rozpuku z Kudłatą, mimo, że wcale do śmiechu być nie powinno.
Kudłata jest bohaterką.
Rok dla niej zaczął się inaczej niż wszystkim. Mi też się tak zaczął. Ale nie o mnie to jest. O Niej.
Uratowała życie. Osobie, która zadzwoniła, że nałykała się prochów.
Około 4 nad ranem zadzwoniła do mnie, że jedzie na ratunek. W międzyczasie zadzwoniła po karetkę.
Zdążyli wszyscy. Ona. Karetka. Na końcu dojechałam ja.
A ja chciałabym, żeby wymiksowała się z tego związku.
Chcę, żeby miała dobre życie. I wierzę w to, że znajdzie kogoś, w kim będzie miała oparcie, a nie będzie tylko tyczką dla człowieka - bluszcza, dużo starszego od niej. Uzależniającego swoją chorobą. Chwiejnego emocjonalnie. Samosia, który nie przyjmuje pomocy, bo sam da radę. Po czym odwala kolejny numer, miesiąc po.
I tu wkraczam ja. Supermenka. Jak będzie trzeba zamknę w łazience, przywiążę do kaloryfera.
A tak serio, wierzę, że Kudłata ma rozum. I mózg, który umie używać. I poradzimy sobie z tym wszystkim.
Na dziś:
Nickelback - Photograph
niedziela, 2 lutego 2014
[254] ...
Jaka liczba jest dobra na koniec? Jak myślicie?
Bo ostatnio zastanawiam się nad sensem pisania dalej.
Zaczynam być z doskoku, nie śledzę Was systematycznie, nie ma komentarzy, ochów i achów. *
Obserwuję świat z własnej perspektywy, bo z innej nie umiem. I widzę, że najbardziej nietolerancyjni są ci, co o tę tolerancję rzekomo walczą.
A czym jest tolerancja?
Tolerancja - (z łac. cierpliwa wytrwałość) - postawa społeczna i osobista odznaczająca się poszanowaniem poglądów, zachowań i cech innych ludzi.
Tyle wikipedia.
A my?
Żądamy od innych, żeby tolerowali to co my, ale nie dajemy im wolności myśli, słowa, poglądów. Kto nie jest z nami, ten przeciwko nam. Zdarzyło się kilka razy, że dotknęło to mnie osobiście. Ale nie tylko mnie.
Najbardziej boli, kiedy takie skurwielstwo dotyka ludzi, którzy na to zupełnie nie zasłużyli. Których słowa traktuje się literalnie, a nie myśli o sensie wypowiedzi w kontekście wiedzy ogólnej, gdyż ta osoba napisała nie raz i nie dwa co jest trzy.
I tu dochodzimy do czytania ze zrozumieniem. Do wyobraźni, pamięci, analizy i wyciągania wniosków. Do tego, co powinno mieć miejsce, bez względu na to, czy czyjąś miarkę przykładamy do siebie, czy też do swoją do innych.
Tolerancja. To nie jest wielbienie i aprobata. To jest akceptacja pomimo. Można nie zgadzać się z tym czy tamtym, ale należy szanować zdanie innych.
Na siłę nie zmieni się niczego. Rzucaniem krzywych oskarżeń i czepianiem się nieistotnego podmiotu nie zmieni się niczego, nie uzyska zrozumienia i nie dojdzie do konsensusu.
Jeśli ktoś nie chce rozumieć, to nie zrozumie. Jeśli będzie chciał dalej krzyczeć po swojej stronie barykady, to będzie się darł, mimo, że nikt do niego nie strzela.
A ja?
A ja przesiewam wszystko przez zestaw sit. Od najmniej ważnych, po najważniejsze.
Zostają same diamenty. Takie, dla których warto było pisać i warto było się otworzyć. I takie, które dalej będą dla mnie ważne, niezależnie, czy tu zostanę, czy nie.
Jeszcze nie podjęłam decyzji.
* to była ironia, jeśli ktoś nie zrozumiał.
Na dziś:
Marillion - Warm Wet Circles
Bo ostatnio zastanawiam się nad sensem pisania dalej.
Zaczynam być z doskoku, nie śledzę Was systematycznie, nie ma komentarzy, ochów i achów. *
Obserwuję świat z własnej perspektywy, bo z innej nie umiem. I widzę, że najbardziej nietolerancyjni są ci, co o tę tolerancję rzekomo walczą.
A czym jest tolerancja?
Tolerancja - (z łac. cierpliwa wytrwałość) - postawa społeczna i osobista odznaczająca się poszanowaniem poglądów, zachowań i cech innych ludzi.
Tyle wikipedia.
A my?
Żądamy od innych, żeby tolerowali to co my, ale nie dajemy im wolności myśli, słowa, poglądów. Kto nie jest z nami, ten przeciwko nam. Zdarzyło się kilka razy, że dotknęło to mnie osobiście. Ale nie tylko mnie.
Najbardziej boli, kiedy takie skurwielstwo dotyka ludzi, którzy na to zupełnie nie zasłużyli. Których słowa traktuje się literalnie, a nie myśli o sensie wypowiedzi w kontekście wiedzy ogólnej, gdyż ta osoba napisała nie raz i nie dwa co jest trzy.
I tu dochodzimy do czytania ze zrozumieniem. Do wyobraźni, pamięci, analizy i wyciągania wniosków. Do tego, co powinno mieć miejsce, bez względu na to, czy czyjąś miarkę przykładamy do siebie, czy też do swoją do innych.
Tolerancja. To nie jest wielbienie i aprobata. To jest akceptacja pomimo. Można nie zgadzać się z tym czy tamtym, ale należy szanować zdanie innych.
Na siłę nie zmieni się niczego. Rzucaniem krzywych oskarżeń i czepianiem się nieistotnego podmiotu nie zmieni się niczego, nie uzyska zrozumienia i nie dojdzie do konsensusu.
Jeśli ktoś nie chce rozumieć, to nie zrozumie. Jeśli będzie chciał dalej krzyczeć po swojej stronie barykady, to będzie się darł, mimo, że nikt do niego nie strzela.
A ja?
A ja przesiewam wszystko przez zestaw sit. Od najmniej ważnych, po najważniejsze.
Zostają same diamenty. Takie, dla których warto było pisać i warto było się otworzyć. I takie, które dalej będą dla mnie ważne, niezależnie, czy tu zostanę, czy nie.
Jeszcze nie podjęłam decyzji.
* to była ironia, jeśli ktoś nie zrozumiał.
Na dziś:
Marillion - Warm Wet Circles
wtorek, 28 stycznia 2014
[253] LifePack
Niektórzy wiedzą, co jest w tytule.
Sprytne urządzenie, które mierzy parametry życiowe oraz jest zintegrowane z defibrylatorem.
Ale do rzeczy.
Horror w trzech aktach (co najmniej)
Akt pierwszy.
Osoby: Kudata i ja.
Czas: start gdzieś koło 16:30
Miejsce: droga do bankomatu, na pocztę i po zakupy.
Pogoda: zimno, wilgotno, w sam raz na rześkie spacery. Nieistotne dla sprawy.
Kudłata zakomunikowała, że ją boli. Pod mostkiem. Znam ten ból, czasem też mnie tak chwyta. Więc rzekłam: minie.
Czas: od 20 wzwyż.
Boli. Ale dopada nas gupawka. (ja tak piszę, i tak mówię, nie poprawiać). Nie wiem dlaczego, im bardziej ktoś nie może się śmiać, tym bardziej żarty się mnie trzymają. Zresztą genetycznie przekazana skłonność dopadła i Kudłatej, gdyż zwijając się z bólu, chichrała się sama z siebie i ze mnie i w ogóle.
Godzina 23
Kumulacja bólu i śmiechu jednocześnie. Dzwoniąc po pogotowie bałam się, że zaśmieję się pani w słuchawkę. Ale starałam się wytrzymać.
Szybkie ogarnięcie terenu i dzwonek. Przyjechali ratownicy medyczni, z tytułowym lifepack'iem, z czego jeden potwierdził moje podejrzenia, a drugi jednak że może by zabrać. Zmierzyli ciśnienie i saturację. Defibrylator nie był potrzebny, ale mnie przypomniały się chyba wszystkie komedie, gdzie był wykorzystany. Obiekt rozważań ratowników, z czego jeden był przystojny, drugi niepewnie dociekliwy, siedział na kanapie, z miną zbolałą i dawał oczami sygnały, żebym się nie roześmiała, co powodowało, że jeszcze bardziej śmiać mi się chciało.
W końcu zapadła decyzja, że jedziemy do szpitala. Ja wiem, że ona chciała się przejechać karetką.
Akt drugi.
Miejsce: Karetka i szpital.
W karetce panowie mieli Hawaje. Nie żebym im żałowała. Na dworze było -5, wewnątrz 25, amplituda 30. Odczyt bezpośrednio z wyświetlacza panelu, gdyż ponieważ nie jechaliśmy na sygnale, więc nie było wzruszeń, za to rozglądałam się po okolicy, próbując jednocześnie zapamiętać drogę i ocenić gdzie nas wiozą. Nigdy nic nie wiadomo. Oglądało się horrory szpitalne i takie tam, gdzie karetka porywała ludzi. Rozumiecie zatem mą zapobiegliwość. Podróż minęła bez większych problemów poza jękami Kudłatej na wybojach.
No i dojechaliśmy. Drugi koniec miasta, żeby było śmiesznie. podjeżdżamy pod szpital i...zamknięte. Ratownik wali w drzwi. Nic. A my stoimy na mrozie, oczywiście półgębkiem nabijając się z sytuacji, po czym zauważam, że karetka ma łódzką rejestrację (starsi Rzymianie pamiętają pewnie aferę łowców skór). Dobrze, że miałam szalik, zasłoniłam się, niby to z zimna, ale skojarzenie pozostało. W końcu panowie połączyli się z centralą przez radio, bo telefon wykonywał tylko...POŁĄCZENIA ALARMOWE (się coś zepsuło - słyszałam później przez radio jak się tłumaczyli centrali). I panie nas wpuściły. Badania pominę, wszyscy mówią, że to niestrawność może, przy czym wszystko w porządku, natomiast ja obstawiam nerwoból międzyżebrowy. W każdym razie badania trwały, a ja wysłuchałam rozmowy pań z dyżurki z panami od karetki. Wyszło na to, że panie doskonale widziały na monitoringu (duży panel), że przez bramę wjechałam karetka. Przy okazji miały nasłuch na radio. Czemu więc nie wpuściły? Nie wiadomo.
Nic to. Kudłata dostała paracetamol, nie chciała zostać w szpitalu, rozpoczęła się nasza wędrówka...
Akt trzeci.
Godzina: przed 1 w nocy
Wyszłyśmy ze szpitala, humor Kudłatej się podniósł. Trzeba było znaleźć drogę do autobusu. Trochę pomyliłyśmy kierunki, ale w sumie, po odpytaniu pani w okienku nocnego, trafiłyśmy na odpowiedni szlak. Czyli wracałyśmy ze dwa kilometry. Nie sposób opisać śmiechów i chichów, które po drodze były. Gdyby nie było tak zimno miałabym włączony dyktafon. W każdym razie przeszłyśmy kilka kilometrów, ucieszyłam się z oświetlonych kolorowo mostów jak nigdy.
Na przystanku postałyśmy pół godziny. Oczywiście nie było nudno. Poskakałyśmy trochę, poopowiadałam jak to bywało, odjechała jedna partia autobusów, prawie wyglądało to jak taniec synchroniczny. Przy czym każdy z kierowców tych około ośmiu autobusów patrzył wymownie: ja odjeżdżam. Zaznaczam, że to centrum miasta. Poszłyśmy na stację benzynową, pomyślałam o czymś gorącym, ale nie. Stacja znanej ptasiej marki otwarta tylko od 6 do 22.
W każdym razie odczekałyśmy swoje. A potem do domku. Było po trzeciej..
Kurtyna.
Na dziś:
Avenged Sevenfold - So Far Away
Będą grać w Polsce...
Sprytne urządzenie, które mierzy parametry życiowe oraz jest zintegrowane z defibrylatorem.
Ale do rzeczy.
Horror w trzech aktach (co najmniej)
Akt pierwszy.
Osoby: Kudata i ja.
Czas: start gdzieś koło 16:30
Miejsce: droga do bankomatu, na pocztę i po zakupy.
Pogoda: zimno, wilgotno, w sam raz na rześkie spacery. Nieistotne dla sprawy.
Kudłata zakomunikowała, że ją boli. Pod mostkiem. Znam ten ból, czasem też mnie tak chwyta. Więc rzekłam: minie.
Czas: od 20 wzwyż.
Boli. Ale dopada nas gupawka. (ja tak piszę, i tak mówię, nie poprawiać). Nie wiem dlaczego, im bardziej ktoś nie może się śmiać, tym bardziej żarty się mnie trzymają. Zresztą genetycznie przekazana skłonność dopadła i Kudłatej, gdyż zwijając się z bólu, chichrała się sama z siebie i ze mnie i w ogóle.
Godzina 23
Kumulacja bólu i śmiechu jednocześnie. Dzwoniąc po pogotowie bałam się, że zaśmieję się pani w słuchawkę. Ale starałam się wytrzymać.
Szybkie ogarnięcie terenu i dzwonek. Przyjechali ratownicy medyczni, z tytułowym lifepack'iem, z czego jeden potwierdził moje podejrzenia, a drugi jednak że może by zabrać. Zmierzyli ciśnienie i saturację. Defibrylator nie był potrzebny, ale mnie przypomniały się chyba wszystkie komedie, gdzie był wykorzystany. Obiekt rozważań ratowników, z czego jeden był przystojny, drugi niepewnie dociekliwy, siedział na kanapie, z miną zbolałą i dawał oczami sygnały, żebym się nie roześmiała, co powodowało, że jeszcze bardziej śmiać mi się chciało.
W końcu zapadła decyzja, że jedziemy do szpitala. Ja wiem, że ona chciała się przejechać karetką.
Akt drugi.
Miejsce: Karetka i szpital.
W karetce panowie mieli Hawaje. Nie żebym im żałowała. Na dworze było -5, wewnątrz 25, amplituda 30. Odczyt bezpośrednio z wyświetlacza panelu, gdyż ponieważ nie jechaliśmy na sygnale, więc nie było wzruszeń, za to rozglądałam się po okolicy, próbując jednocześnie zapamiętać drogę i ocenić gdzie nas wiozą. Nigdy nic nie wiadomo. Oglądało się horrory szpitalne i takie tam, gdzie karetka porywała ludzi. Rozumiecie zatem mą zapobiegliwość. Podróż minęła bez większych problemów poza jękami Kudłatej na wybojach.
No i dojechaliśmy. Drugi koniec miasta, żeby było śmiesznie. podjeżdżamy pod szpital i...zamknięte. Ratownik wali w drzwi. Nic. A my stoimy na mrozie, oczywiście półgębkiem nabijając się z sytuacji, po czym zauważam, że karetka ma łódzką rejestrację (starsi Rzymianie pamiętają pewnie aferę łowców skór). Dobrze, że miałam szalik, zasłoniłam się, niby to z zimna, ale skojarzenie pozostało. W końcu panowie połączyli się z centralą przez radio, bo telefon wykonywał tylko...POŁĄCZENIA ALARMOWE (się coś zepsuło - słyszałam później przez radio jak się tłumaczyli centrali). I panie nas wpuściły. Badania pominę, wszyscy mówią, że to niestrawność może, przy czym wszystko w porządku, natomiast ja obstawiam nerwoból międzyżebrowy. W każdym razie badania trwały, a ja wysłuchałam rozmowy pań z dyżurki z panami od karetki. Wyszło na to, że panie doskonale widziały na monitoringu (duży panel), że przez bramę wjechałam karetka. Przy okazji miały nasłuch na radio. Czemu więc nie wpuściły? Nie wiadomo.
Nic to. Kudłata dostała paracetamol, nie chciała zostać w szpitalu, rozpoczęła się nasza wędrówka...
Akt trzeci.
Godzina: przed 1 w nocy
Wyszłyśmy ze szpitala, humor Kudłatej się podniósł. Trzeba było znaleźć drogę do autobusu. Trochę pomyliłyśmy kierunki, ale w sumie, po odpytaniu pani w okienku nocnego, trafiłyśmy na odpowiedni szlak. Czyli wracałyśmy ze dwa kilometry. Nie sposób opisać śmiechów i chichów, które po drodze były. Gdyby nie było tak zimno miałabym włączony dyktafon. W każdym razie przeszłyśmy kilka kilometrów, ucieszyłam się z oświetlonych kolorowo mostów jak nigdy.
Na przystanku postałyśmy pół godziny. Oczywiście nie było nudno. Poskakałyśmy trochę, poopowiadałam jak to bywało, odjechała jedna partia autobusów, prawie wyglądało to jak taniec synchroniczny. Przy czym każdy z kierowców tych około ośmiu autobusów patrzył wymownie: ja odjeżdżam. Zaznaczam, że to centrum miasta. Poszłyśmy na stację benzynową, pomyślałam o czymś gorącym, ale nie. Stacja znanej ptasiej marki otwarta tylko od 6 do 22.
W każdym razie odczekałyśmy swoje. A potem do domku. Było po trzeciej..
Kurtyna.
Na dziś:
Avenged Sevenfold - So Far Away
Będą grać w Polsce...
środa, 22 stycznia 2014
[252] Zimową porą
Zimę mamy od jakiegoś czasu, taka enklawa była, bo gdzie nie zapytałam, na południowym wschodzie, albo północnym zachodzie, to nikt nie miał. cieszyłam się, że ona, ta zima, tylko moja jest. Ale ja lubię się dzielić :)
Natomiast obserwuję sobie świat, czasem coś z polityki się zapląta, jakiś wywiad, czy coś, i człowiek oczy ze zdumienia przeciera.
Otóż wszyscy się oburzają na słowa: "sorry, taki klimat.." Nie wiem tylko czy na sorry, czy na klimat. Bo fakt, mnie zaskoczyło w wypowiedzi owo sorry. Bo chyba jednak nie wypada tak niedyplomatycznie się odzywać w publicznym przekazie informacji.
Zupełnie natomiast nie zaskoczyła mnie druga część cytatu. I to wcale nie ze względu na moje wykształcenie. Zastanawiam się czym się tak szczycimy, my, Polacy. Że tacy wszechstronni jesteśmy. Że taką wiedzę mamy. Jaką wiedzę? Bo chyba kłania się u wielu znajomość podstaw geografii. Znienawidzonego przedmiotu (no bo po jaki grzyb wiedzieć, gdzie są Bieszczady, albo te słynne piramidy, nie wspominając o zwykłym Pcimiu, albo czego się spodziewać na wycieczce do Londynu i jakie ciuchy zabrać w lutym do Sydney), na równi z wychowaniem fizycznym (a potem wszyscy ganiają na fitness, do siłowni [Frytki nie dotyczy, przyp. autor], na basen, bo to chyba jest trendy), matematyką (a potem jest problem z obliczeniem reszty/raty kredytu, z rozliczeniem rocznym, etc.), polskim (a potem nie da się czytać nawet głupich komentarzy na facebook'u, i to wcale nie chodzi o nowomowę, a o zwyczajną ortografię), historią (wie ktoś kiedy była Unia Lubelska? Ja wiem, ale dlaczego to Wam kiedyś opowiem), biologią, fizyką, chemią i techniką. Gdzie nie uderzysz - nielubienie.
A ja będę do znudzenia gadać o "takim klimacie". No bo taki klimat mamy. I ani o pół słowa nie pomyliła się tamta pani. Jakie są jego efekty, tego klimatu? Polecam poczytać. I proszę przy mnie nie mówić o globalnym ociepleniu. Ani o innych bzdetach.
Bardzo mnie męczy narzekanie. Tym razem napiszę tylko o zimowym narzekaniu. Do niektórych żadne racjonalne argumenty nie trafiają. Jak grochem o ścianę.
Od jakiegoś czasu już z tym nie walczę. Uśmiecham się tylko do siebie. Bo co mnie obchodzi, że ktoś marnuje swoją energię psychiczną, tak potrzebną w zimowy czas, na bzdety?
Ja się uśmiecham. Biorę Młodego na górkę i jazda.
A malkontentom polecam przeczytać.
Natomiast obserwuję sobie świat, czasem coś z polityki się zapląta, jakiś wywiad, czy coś, i człowiek oczy ze zdumienia przeciera.
Otóż wszyscy się oburzają na słowa: "sorry, taki klimat.." Nie wiem tylko czy na sorry, czy na klimat. Bo fakt, mnie zaskoczyło w wypowiedzi owo sorry. Bo chyba jednak nie wypada tak niedyplomatycznie się odzywać w publicznym przekazie informacji.
Zupełnie natomiast nie zaskoczyła mnie druga część cytatu. I to wcale nie ze względu na moje wykształcenie. Zastanawiam się czym się tak szczycimy, my, Polacy. Że tacy wszechstronni jesteśmy. Że taką wiedzę mamy. Jaką wiedzę? Bo chyba kłania się u wielu znajomość podstaw geografii. Znienawidzonego przedmiotu (no bo po jaki grzyb wiedzieć, gdzie są Bieszczady, albo te słynne piramidy, nie wspominając o zwykłym Pcimiu, albo czego się spodziewać na wycieczce do Londynu i jakie ciuchy zabrać w lutym do Sydney), na równi z wychowaniem fizycznym (a potem wszyscy ganiają na fitness, do siłowni [Frytki nie dotyczy, przyp. autor], na basen, bo to chyba jest trendy), matematyką (a potem jest problem z obliczeniem reszty/raty kredytu, z rozliczeniem rocznym, etc.), polskim (a potem nie da się czytać nawet głupich komentarzy na facebook'u, i to wcale nie chodzi o nowomowę, a o zwyczajną ortografię), historią (wie ktoś kiedy była Unia Lubelska? Ja wiem, ale dlaczego to Wam kiedyś opowiem), biologią, fizyką, chemią i techniką. Gdzie nie uderzysz - nielubienie.
A ja będę do znudzenia gadać o "takim klimacie". No bo taki klimat mamy. I ani o pół słowa nie pomyliła się tamta pani. Jakie są jego efekty, tego klimatu? Polecam poczytać. I proszę przy mnie nie mówić o globalnym ociepleniu. Ani o innych bzdetach.
Bardzo mnie męczy narzekanie. Tym razem napiszę tylko o zimowym narzekaniu. Do niektórych żadne racjonalne argumenty nie trafiają. Jak grochem o ścianę.
Od jakiegoś czasu już z tym nie walczę. Uśmiecham się tylko do siebie. Bo co mnie obchodzi, że ktoś marnuje swoją energię psychiczną, tak potrzebną w zimowy czas, na bzdety?
Ja się uśmiecham. Biorę Młodego na górkę i jazda.
A malkontentom polecam przeczytać.
niedziela, 12 stycznia 2014
[251] Orkiestra gra
Dzisiaj podzieliliśmy się z WOŚP-em. Daliśmy im trochę tego, czego wiele nie mamy, ale my wiemy, że warto. I wyprzedzam wszystkie przeciw, mam w nosie co myślą wszyscy o Owsiaku i całej akcji, o tym, że wyręcza państwo, że Woodstock, że polityka itd. Mam to wszystko w głębokim poważaniu. Mogłabym przytoczyć przykłady, te które się wydarzyły. Mogę popolemizować w odniesieniu do tego, co nam się należy, a czego nie ma. Ale ja mam to zwyczajnie gdzieś. Nie będę dyskutować. Dałam, bo chciałam. Bo wiem, że to działa. Bo pojadę w końcu na Woodstock, tak jak byłam na Letniej Zadymie w Środku Zimy. Tak, też Owsiakowa, starożytna już, impreza.
A dzisiaj szłam z pełną kieszenią monet, wróciłam z pełną kieszenią serduszek, posłuchaliśmy świetnych zespołów, ale przegnał nas zimny wiatr i zmarznięte ręce. I tak było warto.
Wczoraj natomiast spędziłam cudowny dzień na spotkaniu naszym babskim. Z pysznym jedzeniem, z pogaduchami, z moim urodzinowym tortem i cieszę się, że mimo malkontenckich "komu się będzie chciało" i "wątpię, żeby to znów się rozkręciło" z wiadomego źródła, dzieje się, kręci, rozkręca i nabiera kolorów.
A jutro nowy tydzień.
Dobranoc.
A dzisiaj szłam z pełną kieszenią monet, wróciłam z pełną kieszenią serduszek, posłuchaliśmy świetnych zespołów, ale przegnał nas zimny wiatr i zmarznięte ręce. I tak było warto.
Wczoraj natomiast spędziłam cudowny dzień na spotkaniu naszym babskim. Z pysznym jedzeniem, z pogaduchami, z moim urodzinowym tortem i cieszę się, że mimo malkontenckich "komu się będzie chciało" i "wątpię, żeby to znów się rozkręciło" z wiadomego źródła, dzieje się, kręci, rozkręca i nabiera kolorów.
A jutro nowy tydzień.
Dobranoc.
czwartek, 9 stycznia 2014
[250] Dobra rada
Biedny - chwilowo, próbujący ze wszystkich sił przetrwać, nie poddawać się, wybić, odbić, żyć pełnią życia. Taki, który znalazł się w takiej sytuacji z własnej woli, ale uzasadnionej. Taki, który był bogaty, miał wszystko, samochód, mieszkanie, kasę na zagraniczne wyjazdy, nie martwił się zawartością portfela i lodówki. Obecny stan to wybór i splot różnych okoliczności. Ale Biedny nie poddaje się. Walczy. Nie traci nadziei, poczucia humoru, pozytywnie nastawiony jest do świata. Ma pomysły, ma chęci, z realizacją gorzej, bo kto pomoże Biednemu? Ale mimo wszystko on idzie dalej, próbuje, bo kto nie próbuje ten nie wie czy da radę. Myśli. Tworzy swoją przyszłość. Mozolnie, cegiełka po cegiełce, i cieszy się, kiedy to co zbuduje trwa. Przyjmuje pomocną dłoń ze ściśniętym sercem i żołądkiem, ale wie, że dzięki temu ma szansę. Każdy kroczek na przód go cieszy, każdy dobry dzień, każdy dzień bez zmartwień. Stara się. Pcha swój wózek na szczyt, na którym już był i wie do czego dąży.
Po drodze mija mnóstwo kamieni. Niektóre to te milowe, zaznaczają przebytą trasę. Cieszą oko, duszę i wywołują uśmiech. Inne trzeba omijać, czasem bardzo nadrabiając drogi, ale on dalej idzie w górę. Mozolny marsz ku wolności, którą już zna.
Bogaty - nigdy nie był na dnie. Zawsze miał ciepło i pełno. Nie doświadczył drogi, którą kroczy Biedny. Nie wie co to strach. Nie wie co to znaczy walka o byt. Nie zna problemów, z którymi boryka się Biedny.
Ma za to mnóstwo dobrych rad. Szczególnie takich jak żyć. A także wie doskonale dlaczego Biedny jest biedny. Bardzo dobrze zna się na uczuciach, które rządzą innymi. Bardzo dobrze wie, co Biedny myśli. I wie też dlaczego marzenia Biednego się nie spełnią. Ma patent na bogactwo i szczęście.
Drogi Biednego i Bogatego zbiegły się w jednym punkcie. Biedny został wykorzystany, pokazał co potrafi, ale w swej drodze na szczyt potrzebuje czegoś, co ma Bogaty. Tyle że Bogaty nie chce zapłacić Biednemu za jego wiedzę, pomoc i fachowość.
Za to ma dobre rady.
Biedny jest zdziwiony radami. Próbuje znaleźć powód, dla którego został tak potraktowany. Bo Biedny, mimo, że był na górze, zawsze miał sporo empatii dla innych. Nigdy nikogo nie odrzucił, nie porzucił i nie karmił dobrymi radami. Nigdy nie mówił nikomu, że ten żyje źle, a raczej opowiadał o sobie i mówił jak to działa u niego.
Dlatego dzisiaj zastanawia się nad wszystkim.
I nie wie co będzie dalej.
Ale wie, że będzie dobrze. Bo dzisiaj tego chce.
Będzie?
Na dziś:
środa, 8 stycznia 2014
[249] Starzy-nowi znajomi
Uczę ludzi co to jest spontan. Spotkaniowy spontan.
To jest to, co ja lubię bardzo. I czego bardzo mi brak. Bo teraz wszyscy z kalendarzem w rękach: dzisiaj nie, bo dentysta/teściowa/obiad/kurs/dzieci...
A może tak czasem zwolnic? I zrobić coś dla siebie?
A może tak czasem zejść z drogi uporządkowanych działań i utartych ścieżek?
Może sobie wyjść, połazić bez celu? Bez względu jaka jest pogoda?
Może zrobić sobie wolne od obowiązków?
Namówiłam koleżankę, żeby wyrwała się wieczorem ze mną na kawę, a może winko. Już widziałam, że goni w piętkę. Praca, dziecko, obowiązki. Powiedziałam: zadzwoń. Godzina i jestem w mieście. Ucieszyła się jak nie wiem co. Więc się spotkamy, jak już się ogarną po szpitalu..
Czasem nawet nie musi to być spotkanie.
Pogadałam ostatnio z moją kumpelą z licealnej ławki. Nie widziałyśmy się z 15 lat. A było tak, jakbym siedziała na przerwie pod ścianą na korytarzu. Cudowne uczucie! Rozmowa, po początkowym ile dzieci i z kim, popłynęła tak jakbyśmy widziały się wczoraj. Wspominałyśmy jajecznicę na wagarach. U mnie w domu.
Przed chwilą skończyłam rozmowę z kumplem z liceum, z którym też nie widziałam się z 15 lat. I co? I to, że nie dość, że dowiedziałam się fajnych rzeczy na mój temat, to jeszcze wymieniliśmy się numerami, a w wakacje będzie wielkie spotkanie. Bo że będzie to nie wątpię. Wspominaliśmy herbatki i ciasta u mnie. I mój wielki optymizm.
W końcu jestem u siebie. Jeśli wiecie co mam na myśli.
Na dziś:
Seether - Country Song
To jest to, co ja lubię bardzo. I czego bardzo mi brak. Bo teraz wszyscy z kalendarzem w rękach: dzisiaj nie, bo dentysta/teściowa/obiad/kurs/dzieci...
A może tak czasem zwolnic? I zrobić coś dla siebie?
A może tak czasem zejść z drogi uporządkowanych działań i utartych ścieżek?
Może sobie wyjść, połazić bez celu? Bez względu jaka jest pogoda?
Może zrobić sobie wolne od obowiązków?
Namówiłam koleżankę, żeby wyrwała się wieczorem ze mną na kawę, a może winko. Już widziałam, że goni w piętkę. Praca, dziecko, obowiązki. Powiedziałam: zadzwoń. Godzina i jestem w mieście. Ucieszyła się jak nie wiem co. Więc się spotkamy, jak już się ogarną po szpitalu..
Czasem nawet nie musi to być spotkanie.
Pogadałam ostatnio z moją kumpelą z licealnej ławki. Nie widziałyśmy się z 15 lat. A było tak, jakbym siedziała na przerwie pod ścianą na korytarzu. Cudowne uczucie! Rozmowa, po początkowym ile dzieci i z kim, popłynęła tak jakbyśmy widziały się wczoraj. Wspominałyśmy jajecznicę na wagarach. U mnie w domu.
Przed chwilą skończyłam rozmowę z kumplem z liceum, z którym też nie widziałam się z 15 lat. I co? I to, że nie dość, że dowiedziałam się fajnych rzeczy na mój temat, to jeszcze wymieniliśmy się numerami, a w wakacje będzie wielkie spotkanie. Bo że będzie to nie wątpię. Wspominaliśmy herbatki i ciasta u mnie. I mój wielki optymizm.
W końcu jestem u siebie. Jeśli wiecie co mam na myśli.
Na dziś:
Seether - Country Song
poniedziałek, 6 stycznia 2014
[248] Do dzieła
Nie wytrzymałam wczoraj. Poszłam wymienić kupiony zestaw bitów i wkrętak, bo nie szło za nic na świecie zamocować nasadowych kluczy. Nijak kwadrat nie pasował do sześciokąta. Wymieniłam sobie na inny. Czuję się bezpieczniej z zestawem w moim pudełku na narzędzia. Jeszcze jest kilka innych, które mieć będę, ale to z czasem. Powiem Wam tylko w sekrecie, że niedługo będę kłaść płytki...I mówię całkiem serio.
Bardzo lubię pewien stan. Kiedy myślę o czymś i nie widzę rozwiązania, zapętlam się, wracam znów, zaczynam od nowa, analizuję. W końcu mówię dość. Odsuwam to od siebie, niech dojrzeje. I wracam po jakimś czasie. I nagle pokazuje się rozwiązanie. Jasne drzwi w ścianie. Czasem są malutkie, dlatego trudno je dostrzec. a czasem są wymalowane wielkie, tak wielkie, że też ich nie widać. Ale w końcu znajduję rozwiązanie.
I tak właśnie, leżąc sobie w noc poprzedzającą sylwestrowe szaleństwa, nie mogłam zasnąć. I wróciłam do pytania: co dalej? Co zrobić, żeby zrealizować swój plan.
Nagle rozwiązanie przyszło samo. Chodziłam w kółko w miejscu, a wystarczyło się rozejrzeć. Teraz tylko zrealizować to co wymyśliłam. Od jutra zaczynam. Od jutra nie dlatego, że nie chcę, jak to zwykle jest z różnymi aspektami naszego życia - odchudzaniem, rzucaniem nałogów, itp., ale dlatego, że od jutra pracują osoby potrzebne mi bardzo.
Będzie się działo!
Za chwilę rozbieram choinkę. A potem moje nowe bejce pójdą w ruch. Nie nie, nie na choince. Choinka mi przeszkadza, bo stoi na stole. Poza tym sypie się już. Czas na nią.
No i tyle z pola boju. W międzyczasie czytam sobie, by nie zmarnować ani chwili.
PS: A propos pola boju...
- Nie hałasuj
- Mam haubicę to hałasuję, inaczej się nie da. Ognia!!!!
To tylko Młody.
Całusy :*
Na dziś:
Deep Purple - Soldier Of Fortune
Bardzo lubię pewien stan. Kiedy myślę o czymś i nie widzę rozwiązania, zapętlam się, wracam znów, zaczynam od nowa, analizuję. W końcu mówię dość. Odsuwam to od siebie, niech dojrzeje. I wracam po jakimś czasie. I nagle pokazuje się rozwiązanie. Jasne drzwi w ścianie. Czasem są malutkie, dlatego trudno je dostrzec. a czasem są wymalowane wielkie, tak wielkie, że też ich nie widać. Ale w końcu znajduję rozwiązanie.
I tak właśnie, leżąc sobie w noc poprzedzającą sylwestrowe szaleństwa, nie mogłam zasnąć. I wróciłam do pytania: co dalej? Co zrobić, żeby zrealizować swój plan.
Nagle rozwiązanie przyszło samo. Chodziłam w kółko w miejscu, a wystarczyło się rozejrzeć. Teraz tylko zrealizować to co wymyśliłam. Od jutra zaczynam. Od jutra nie dlatego, że nie chcę, jak to zwykle jest z różnymi aspektami naszego życia - odchudzaniem, rzucaniem nałogów, itp., ale dlatego, że od jutra pracują osoby potrzebne mi bardzo.
Będzie się działo!
Za chwilę rozbieram choinkę. A potem moje nowe bejce pójdą w ruch. Nie nie, nie na choince. Choinka mi przeszkadza, bo stoi na stole. Poza tym sypie się już. Czas na nią.
No i tyle z pola boju. W międzyczasie czytam sobie, by nie zmarnować ani chwili.
PS: A propos pola boju...
- Nie hałasuj
- Mam haubicę to hałasuję, inaczej się nie da. Ognia!!!!
To tylko Młody.
Całusy :*
Na dziś:
Deep Purple - Soldier Of Fortune
niedziela, 5 stycznia 2014
[247] Paluszek.
Miałam w zanadrzu post. Ale się zdezaktualizował.
Wczoraj byłam w kinie i na kolacji, w ramach zaproszenia mnie na moje własne urodziny, przez wiadomą koleżankę. W sumie wieczór należał do udanych, pomimo tego, że nie znoszę kiedy ktoś siedzi w kinie, rży na całą sale, gdy inni milczą, chociaż z moim wysublimowanym poczuciem humoru zdarza się i mi czasem zrozumieć jako jedyna na sali drugie dno (ja rżę, gdy tekst/scena faktycznie ma to drugie dno), ale nade wszystko nienawidzę, kiedy ktoś komentuje. Na głos. W ciszy sali. No najchętniej zrobiłabym jak mój ojciec, wyszła z sali obrażona. On by wyłączył telewizor, ja miałam ochotę wyjść. Serio. I gdyby nie to, że film był bardzo dobry, że Oprah genialna, że Kravitz, że genialny Forest Whitaker, Cuba Gooding Jr., Jane Fonda, nawet Mariah Carey, John Cusack, Alan Rickman i innych cały ekran, to pewnie bym wyszła. Wyszłabym, gdyby nie to, że kocham kino. Polecam film.
Poza tym dostałam kalendarz super kobiety, Beaty Pawlikowskiej. I potwierdzam. To jest Rok Dobrych Myśli. Mimo, że zaczął się bardzo dramatycznie..Ale o tym nie będę pisać.
A dzisiaj, w końcu, zajęłam się sprawianiem, żeby łóżko Młodego nie skrzypiało i nie zawalało się w dziwnych miejscach. Wymieniłam dwie listwy na których opiera się stelaż, powierciłam, skręciłam i jest.
Wpiszę sobie do cv - prawie profesjonalne usługi stolarskie. Przemilczę "fachowe" rozwiązanie, które zastosował genialny poprzedni właściciel. Mężczyzna. Wyglądał na ogarniętego.
I co jeszcze. Może to, że jest mi bardzo nieswojo, kiedy nie ma poniżej zera, a powinno być.
Ja chcę zimę! I nie obchodzi mnie, że inni mnie zakrzyczą. Ja chcę i już!
A jutro, w ramach sprawiania sobie prezentu urodzinowego, zamiast chochli do zupy i silikonowej łopatki do mieszania ciasta, jak pierwotnie zamierzałam, jadę do castoramy, kupić zestaw śrubokrętów. Naprawdę nie znoszę, kiedy mam płaskim odkręcać krzyżowe. I to niepasującym płaskim. Stąd na moim palcu plasterek z Małą Mi. Troszkę mi się omskło, ale powiedziałam tylko: o kurrrrrrrrrrrczeeeeeeee, jak boli. Naprawdę!
Wierzcie mi, bez sprzętu czuję się jak bez ręki!
Na dziś:
Led Zeppelin - Kashmir
Wczoraj byłam w kinie i na kolacji, w ramach zaproszenia mnie na moje własne urodziny, przez wiadomą koleżankę. W sumie wieczór należał do udanych, pomimo tego, że nie znoszę kiedy ktoś siedzi w kinie, rży na całą sale, gdy inni milczą, chociaż z moim wysublimowanym poczuciem humoru zdarza się i mi czasem zrozumieć jako jedyna na sali drugie dno (ja rżę, gdy tekst/scena faktycznie ma to drugie dno), ale nade wszystko nienawidzę, kiedy ktoś komentuje. Na głos. W ciszy sali. No najchętniej zrobiłabym jak mój ojciec, wyszła z sali obrażona. On by wyłączył telewizor, ja miałam ochotę wyjść. Serio. I gdyby nie to, że film był bardzo dobry, że Oprah genialna, że Kravitz, że genialny Forest Whitaker, Cuba Gooding Jr., Jane Fonda, nawet Mariah Carey, John Cusack, Alan Rickman i innych cały ekran, to pewnie bym wyszła. Wyszłabym, gdyby nie to, że kocham kino. Polecam film.
Poza tym dostałam kalendarz super kobiety, Beaty Pawlikowskiej. I potwierdzam. To jest Rok Dobrych Myśli. Mimo, że zaczął się bardzo dramatycznie..Ale o tym nie będę pisać.
A dzisiaj, w końcu, zajęłam się sprawianiem, żeby łóżko Młodego nie skrzypiało i nie zawalało się w dziwnych miejscach. Wymieniłam dwie listwy na których opiera się stelaż, powierciłam, skręciłam i jest.
Wpiszę sobie do cv - prawie profesjonalne usługi stolarskie. Przemilczę "fachowe" rozwiązanie, które zastosował genialny poprzedni właściciel. Mężczyzna. Wyglądał na ogarniętego.
I co jeszcze. Może to, że jest mi bardzo nieswojo, kiedy nie ma poniżej zera, a powinno być.
Ja chcę zimę! I nie obchodzi mnie, że inni mnie zakrzyczą. Ja chcę i już!
A jutro, w ramach sprawiania sobie prezentu urodzinowego, zamiast chochli do zupy i silikonowej łopatki do mieszania ciasta, jak pierwotnie zamierzałam, jadę do castoramy, kupić zestaw śrubokrętów. Naprawdę nie znoszę, kiedy mam płaskim odkręcać krzyżowe. I to niepasującym płaskim. Stąd na moim palcu plasterek z Małą Mi. Troszkę mi się omskło, ale powiedziałam tylko: o kurrrrrrrrrrrczeeeeeeee, jak boli. Naprawdę!
Wierzcie mi, bez sprzętu czuję się jak bez ręki!
Na dziś:
Led Zeppelin - Kashmir
Subskrybuj:
Posty (Atom)




