Zdążyłam już zwątpić, pogodzić się z myślą na nie, wkurzyć kilka razy.
Ale w końcu jest! Dzisiaj ostatecznie dostałam papiery, wszelkie zaświadczenia i podpisy. Mam staż. Od marca.
Afera medialna odwołana, szmatławce też, nie będę bulwersowała opinii publicznej. Bo po co, zrobią to inni.
Na przykład pani na izbie przyjęć w szpitalu dziecięcym.
Tak. W szpitalu. Długa historia. Kudłata zrobiła sobie spa. A ja z premedytacją ją tam zostawiłam. Co prawda te trzy, zaledwie, dni obecnego tygodnia dały mi do wiwatu tak, że klękajcie narody.
Stres, nerwy, czas, wszystko się skumulowało. Mam nadzieję, że jutro ostatecznie zakończę całą lataninę i będę mogła posiedzieć trzy dni w domu, zaszyta pod kocem, z książkami, bez kontaktu ze światem. Oczywiście nie da się, zaprosiłam dziewczyny na pączki, więc będą pączki. Jutro i w sobotę.
Jeśli o Kudłatą chodzi, to symulowała (jak to przeczyta, to strzeli focha, ale trudno), a ja z premedytacją i ogromną radością przyjęłam wiadomość, że gastroskopię jej zrobią bez ogólnego znieczulenia. Niech ma coś z życia. Mało brakowało, a miałaby darmową lewatywę, ale w porę pielęgniarka się zorientowała, że to nie ta pacjentka..
W każdym razie jest ok.
Ale żeby nie było tak różowo, to musiałam latać między Młodym w domu a szpitalem, szkołą a medycyną pracy, urzędem i wypisami.
Kulminacja opadniętych skrzydeł nastąpiła dzisiaj, kiedy to czekając na Młodego zmarzłam, po czym zadzwonił telefon i szkoła mnie poinformowała, że...zginęły Młodego buty. Do domu wrócił w tenisówkach. Nie miałam już siły i prawie się poryczałam.
Tym optymistycznym, bo nie zgadzam się na więcej takich, akcentem kończę na dziś, bo padam na twarz i czuję się tak, jakbym od niedzieli nie zmrużyła oka.
O lekarzu na jednej z odwiedzonych izb przyjęć i zastępstwie w medialnym szumie napiszę, jak tylko ogarnę się psychicznie. I fizycznie.
środa, 11 lutego 2015
wtorek, 3 lutego 2015
[336] Doświadczyńska
Tak właśnie. Nawet opiszę dwa aspekty powyższego.
Wszyscy wiedzą, że mam odjazd ze stażem. Znaczy: chcą, nie chcą, mogę, nie mogę. Latam, pytam, załatwiam. I nie mów hop! To doświadczenie wryło mi się w mózg i od dzisiaj słowa nikomu nie powiem!
Powinnam się kopnąć w dupę z rozmachem, ale mi się niestety noga w drugą stronę nie składa. A mogła była, bo kiedyś se ją tak wygłam, że to że chodzę to cud nad cudy. I jeszcze jeżdżę na nartach. I w ogóle po tym uprawiałam brązowy nasz, dzisiaj, sport.
Ale do rzeczy.
Kopnąć się powinnam.
Jakieś dwa posty temu napisałam, że załatwiłam staż.
Chciałam tu teraz na tej konferencji odszczekać, co powiedziałam.
Gdyż. Ponieważ.
Gówno prawda.
Zostałam zawezwana do urzędu, tfu! pracy. Wyspowiadać się.
Szczerze, to sądziłam, że idę po instrukcję, jak się obchodzić ze stażem, ale dopadł mnie zonk.
Bramka numer 3.
Byłam czujna po moich doświadczeniach z CIS (też już pisałam). Śmierdziało mi tam. Nie żeby te dwie, boguduchawinne kobieciny, które wrzeszczą do siebie na korytarzu wśród takich jak ja żuczków, że "w sumie to nieważne, ale wpisz w tabelkę, żeby wyglądało, że coś robimy", się ześmiardły. Nie nie. Wyczułam podstęp.
Pani najpierw zapytała o to, co będę na stażu robić. No to mówię, że to i to. Po czym pani mi mówi, że przejrzała moją dotychczasową karierę i jej wychodzi, że tadammmmm! fanfary! orkiestra tusz!!!
- była już pani przedstawicielem handlowym.
Tu mnie dźgnęło pod czachą. I mówię taaaaaaaak, ale nie w tej branży, i tak właściwie to tylko tak mam napisane, bo...i tu nastąpiło mega wyjaśnienie, dlaczego właściwie byłam, ale nie byłam. Potem pani zerknęła w punkty, rozpisane przez przyszłego pracodawcę i mówi: no to co z tego tu jest dla pani nowością? Bo tak z papierów wynika, że NIE NALEŻY SIĘ PANI STAŻ, BO MA PANI ZA DUŻE DOŚWIADCZENIE ZAWODOWE.
Kurwaszjegomać. Przepraszam, ale do dzisiaj mnie telepie, a minął tydzień.
To tłumaczę, że tu jest napisane, że programy komputerowe, a to chodzi o program do projektowania, AutoCad i nie miałam z nim nic wspólnego i to zupełna nowość dla mnie. Opomiarowywanie i planowanie też. To już zalatuje ogromną ściemą, ale cóż. Postanowiłam się bronić. W międzyczasie pani zadała mi podchwytliwe pytanie a skąd wiem o tej pracy. Trochę mnie zatkało. Ale nie przyznałam się do niczego.
Mimo to pani brnęła dalej, że się nie należy i ze zbolałą miną wysłuchała o mojej sytuacji, o tym, że nie interesują mnie zmiany, w sensie praca dwuzmianowa, że szukam pracy, a nie przechowalni...
Kiwała ze zrozumieniem głową po czym powiedziała, że zostanę powiadomiona, ale....raczej listownie, czyli będzie odmowa.
Szlag mnie trafił dokumentny po wyjściu na korytarz.
Chwyciłam brzytwę, znaczy telefon. Zadzwoniłam do ciągle niedoszłej szefowej, ale akurat nie mogła rozmawiać. Oddzwoniła po jakimś czasie i od razu pyta czy wyszłam z up. I zanim zdążyłam się pożalić, powiedziała, że zadzwonili do niej, a ona im powiedziała, że w życiu nie zatrudni nikogo bez doświadczenia i dlatego właśnie ja.
Czekam. Są da tygodnie do rozpoczęcia stażu.
Co będzie to będzie. Ale jak nie będzie, to ...
Zastanowię się mocno co dalej.
Wszyscy wiedzą, że mam odjazd ze stażem. Znaczy: chcą, nie chcą, mogę, nie mogę. Latam, pytam, załatwiam. I nie mów hop! To doświadczenie wryło mi się w mózg i od dzisiaj słowa nikomu nie powiem!
Powinnam się kopnąć w dupę z rozmachem, ale mi się niestety noga w drugą stronę nie składa. A mogła była, bo kiedyś se ją tak wygłam, że to że chodzę to cud nad cudy. I jeszcze jeżdżę na nartach. I w ogóle po tym uprawiałam brązowy nasz, dzisiaj, sport.
Ale do rzeczy.
Kopnąć się powinnam.
Jakieś dwa posty temu napisałam, że załatwiłam staż.
Chciałam tu teraz na tej konferencji odszczekać, co powiedziałam.
Gdyż. Ponieważ.
Gówno prawda.
Zostałam zawezwana do urzędu, tfu! pracy. Wyspowiadać się.
Szczerze, to sądziłam, że idę po instrukcję, jak się obchodzić ze stażem, ale dopadł mnie zonk.
Bramka numer 3.
Byłam czujna po moich doświadczeniach z CIS (też już pisałam). Śmierdziało mi tam. Nie żeby te dwie, boguduchawinne kobieciny, które wrzeszczą do siebie na korytarzu wśród takich jak ja żuczków, że "w sumie to nieważne, ale wpisz w tabelkę, żeby wyglądało, że coś robimy", się ześmiardły. Nie nie. Wyczułam podstęp.
Pani najpierw zapytała o to, co będę na stażu robić. No to mówię, że to i to. Po czym pani mi mówi, że przejrzała moją dotychczasową karierę i jej wychodzi, że tadammmmm! fanfary! orkiestra tusz!!!
- była już pani przedstawicielem handlowym.
Tu mnie dźgnęło pod czachą. I mówię taaaaaaaak, ale nie w tej branży, i tak właściwie to tylko tak mam napisane, bo...i tu nastąpiło mega wyjaśnienie, dlaczego właściwie byłam, ale nie byłam. Potem pani zerknęła w punkty, rozpisane przez przyszłego pracodawcę i mówi: no to co z tego tu jest dla pani nowością? Bo tak z papierów wynika, że NIE NALEŻY SIĘ PANI STAŻ, BO MA PANI ZA DUŻE DOŚWIADCZENIE ZAWODOWE.
Kurwaszjegomać. Przepraszam, ale do dzisiaj mnie telepie, a minął tydzień.
To tłumaczę, że tu jest napisane, że programy komputerowe, a to chodzi o program do projektowania, AutoCad i nie miałam z nim nic wspólnego i to zupełna nowość dla mnie. Opomiarowywanie i planowanie też. To już zalatuje ogromną ściemą, ale cóż. Postanowiłam się bronić. W międzyczasie pani zadała mi podchwytliwe pytanie a skąd wiem o tej pracy. Trochę mnie zatkało. Ale nie przyznałam się do niczego.
Mimo to pani brnęła dalej, że się nie należy i ze zbolałą miną wysłuchała o mojej sytuacji, o tym, że nie interesują mnie zmiany, w sensie praca dwuzmianowa, że szukam pracy, a nie przechowalni...
Kiwała ze zrozumieniem głową po czym powiedziała, że zostanę powiadomiona, ale....raczej listownie, czyli będzie odmowa.
Szlag mnie trafił dokumentny po wyjściu na korytarz.
Chwyciłam brzytwę, znaczy telefon. Zadzwoniłam do ciągle niedoszłej szefowej, ale akurat nie mogła rozmawiać. Oddzwoniła po jakimś czasie i od razu pyta czy wyszłam z up. I zanim zdążyłam się pożalić, powiedziała, że zadzwonili do niej, a ona im powiedziała, że w życiu nie zatrudni nikogo bez doświadczenia i dlatego właśnie ja.
Czekam. Są da tygodnie do rozpoczęcia stażu.
Co będzie to będzie. Ale jak nie będzie, to ...
Zastanowię się mocno co dalej.
wtorek, 27 stycznia 2015
[335] Wolność. Kocham i rozumiem.
Czasem zastanawiam się, kim jestem. Intro- czy ekstrawertykiem. Mam cechy z obu przypadków. Mieszają się ze sobą i powodują, że raz jestem intro, a raz ekstra.
Nie przeszkadza mi to. Bardzo mi to pasuje. Szczególnie dlatego, że mogę być taka, jaka jestem, bez udawania.
Kiedyś było inaczej. Wiązały mnie konwenanse, powinności, muszenie i trzebowanie. Dzisiaj, jeśli czegoś nie chcę, mogę o tym jasno powiedzieć. Bez strachu, że kogoś skrzywdzę. Zresztą, jeśli chcę to również mogę.
Uczę się tego. Ktoś powie, że to egoizm. Liczenie się tylko ze swoim chceniem. Owszem. Zdrowy egoizm, który nie robi nic złego innym. Ale to zrozumieją tylko ci, którzy są świadomi wolności.
Myślenie o sobie i swoich uczuciach nie jest niczym złym. Nie będę rozwodzić się nad tym, że nie wszyscy rozumieją poprawnie słowo wolność. Czym innym jest, błędnie interpretowane moim zdaniem, bezstresowe wychowanie, a co za tym idzie posiadanie w głębokim poważaniu innych, a czym innym uczucie wolności i dokonywanie wyborów w perspektywie siebie samego.
O bezstresowym wychowaniu jeszcze napiszę, niebawem.
Dokonywanie wyborów, świadomość swego ja (nie mylić z egocentryzmem), szanowanie swoich uczuć prowadzi do wyznaczania granic. Oraz do pilnowania swojej strefy prywatności.
Nie zdawałam sobie sprawy, jaka ważna dla mnie, czasem przecież introwertyczki, jest moja przestrzeń prywatna. Dopiero świadomość siebie, zadawane sobie pytania o to, co mi zgrzyta w kontaktach z niektórymi ludźmi, dały mi odpowiedź: zadbaj o swoją przestrzeń.
Szczególnie dała mi do myślenia moja znajomość z opisywaną już tu kiedyś osobą.
Osoba ta ma zwyczaj rzucania się na szyję przy powitaniu, tulenia się na pożegnanie, dotykania, łapania za rękę, ramię. Bardzo mnie to drażniło. Odsuwałam się za każdym razem, bądź pilnowałam dystansu. Często słyszałam, że jest ona kinestetykiem i musi mieć kontakt cielesny, dotykać, przytulać. W wielu opowiadaniach o jakichś zdarzeniach, z oburzeniem mówiła o tym, że ktoś miał jej za złe, że dotyka i tuli na powitanie różne osoby, w tym duchownych. Słowo kinestetyk powinno, jej zdaniem, załatwiać wszystko.
Nie załatwia. Nie przekonuje mnie, że ktoś musi naruszyć moją przestrzeń, bo tak i już. Rozumiem jej potrzebę, ale dlaczego ona nie chce zrozumieć mojej niechęci do tego? Nie tylko zresztą mojej.
I tak zaczęłam zmieniać swoje podejście do siebie.
Wyznaczam granice.
Zaznaczam swoją strefę. Moje terytorium.
Dlatego nie wszystkim rzucę się na szyję, choć w wielu przypadkach oczywiście, że tak.
Nie z każdym będę rozmawiać otwarcie. A niektórzy z Was wiedzą, że lubię paplać na jednym wdechu długo i treściwie. Czasem może się zdarzyć, że będę milczeć i pomrukiwać, albo zwyczajnie się nie odezwę (do nowo poznanych). Zaczęłam ufać instynktowi. Zawsze wyczuwałam ludzi, ale nie zawsze tego słuchałam.
Ciągle się uczę. Ciągle ktoś narusza moją przestrzeń, albo musi mnie całować na powitanie i pożegnanie. Ale przestaję odczuwać dyskomfort, kiedy rozmowa zawiśnie na kołku, bo nie mam o czym mówić. Przyjmuję to jako głos instynktu. Dzisiaj nie muszę podtrzymywać każdej rozmowy, bo tak wypada. Dzisiaj gadam z tymi, z którymi chcę. I o czym chcę. Często w towarzystwie siedzę i nic nie mówię. Nie znaczy to, że się nudzę, albo że jestem obrażona.
Czasem lubię posłuchać. I powyciągać wnioski.
Na dziś:
Chłopcy z Placu Broni - Kocham Wolność
Nie przeszkadza mi to. Bardzo mi to pasuje. Szczególnie dlatego, że mogę być taka, jaka jestem, bez udawania.
Kiedyś było inaczej. Wiązały mnie konwenanse, powinności, muszenie i trzebowanie. Dzisiaj, jeśli czegoś nie chcę, mogę o tym jasno powiedzieć. Bez strachu, że kogoś skrzywdzę. Zresztą, jeśli chcę to również mogę.
Uczę się tego. Ktoś powie, że to egoizm. Liczenie się tylko ze swoim chceniem. Owszem. Zdrowy egoizm, który nie robi nic złego innym. Ale to zrozumieją tylko ci, którzy są świadomi wolności.
Myślenie o sobie i swoich uczuciach nie jest niczym złym. Nie będę rozwodzić się nad tym, że nie wszyscy rozumieją poprawnie słowo wolność. Czym innym jest, błędnie interpretowane moim zdaniem, bezstresowe wychowanie, a co za tym idzie posiadanie w głębokim poważaniu innych, a czym innym uczucie wolności i dokonywanie wyborów w perspektywie siebie samego.
O bezstresowym wychowaniu jeszcze napiszę, niebawem.
Dokonywanie wyborów, świadomość swego ja (nie mylić z egocentryzmem), szanowanie swoich uczuć prowadzi do wyznaczania granic. Oraz do pilnowania swojej strefy prywatności.
Nie zdawałam sobie sprawy, jaka ważna dla mnie, czasem przecież introwertyczki, jest moja przestrzeń prywatna. Dopiero świadomość siebie, zadawane sobie pytania o to, co mi zgrzyta w kontaktach z niektórymi ludźmi, dały mi odpowiedź: zadbaj o swoją przestrzeń.
Szczególnie dała mi do myślenia moja znajomość z opisywaną już tu kiedyś osobą.
Osoba ta ma zwyczaj rzucania się na szyję przy powitaniu, tulenia się na pożegnanie, dotykania, łapania za rękę, ramię. Bardzo mnie to drażniło. Odsuwałam się za każdym razem, bądź pilnowałam dystansu. Często słyszałam, że jest ona kinestetykiem i musi mieć kontakt cielesny, dotykać, przytulać. W wielu opowiadaniach o jakichś zdarzeniach, z oburzeniem mówiła o tym, że ktoś miał jej za złe, że dotyka i tuli na powitanie różne osoby, w tym duchownych. Słowo kinestetyk powinno, jej zdaniem, załatwiać wszystko.
Nie załatwia. Nie przekonuje mnie, że ktoś musi naruszyć moją przestrzeń, bo tak i już. Rozumiem jej potrzebę, ale dlaczego ona nie chce zrozumieć mojej niechęci do tego? Nie tylko zresztą mojej.
I tak zaczęłam zmieniać swoje podejście do siebie.
Wyznaczam granice.
Zaznaczam swoją strefę. Moje terytorium.
Dlatego nie wszystkim rzucę się na szyję, choć w wielu przypadkach oczywiście, że tak.
Nie z każdym będę rozmawiać otwarcie. A niektórzy z Was wiedzą, że lubię paplać na jednym wdechu długo i treściwie. Czasem może się zdarzyć, że będę milczeć i pomrukiwać, albo zwyczajnie się nie odezwę (do nowo poznanych). Zaczęłam ufać instynktowi. Zawsze wyczuwałam ludzi, ale nie zawsze tego słuchałam.
Ciągle się uczę. Ciągle ktoś narusza moją przestrzeń, albo musi mnie całować na powitanie i pożegnanie. Ale przestaję odczuwać dyskomfort, kiedy rozmowa zawiśnie na kołku, bo nie mam o czym mówić. Przyjmuję to jako głos instynktu. Dzisiaj nie muszę podtrzymywać każdej rozmowy, bo tak wypada. Dzisiaj gadam z tymi, z którymi chcę. I o czym chcę. Często w towarzystwie siedzę i nic nie mówię. Nie znaczy to, że się nudzę, albo że jestem obrażona.
Czasem lubię posłuchać. I powyciągać wnioski.
Na dziś:
Chłopcy z Placu Broni - Kocham Wolność
piątek, 23 stycznia 2015
[334] Ale jaja.
Ja nie mogę normalnie. Ja nic nie mogę normalnie.
No bo...
Kupiłam odblaski. Nie takie jak były kiedyś, ale takie, jak to teraz są. No bo nasza droga do szkoły prowadzi przez las. Praktycznie bez pobocza.
Kupiłam więc odblaski, trochę nie takie jak chciałam, bo do naklejenia.
Leżały sobie dwa dni. I dzisiaj otwieram, ale że ciekawa jestem zawsze co napisano o tym, co mam w opakowaniu, dowiedziałam się, że...są tylko do użytku wewnętrznego i...na baterie AA.
Parsknęłam śmiechem i tak się zaczęło. Na moje pytanie o pomysł gdzie te baterie, posypały się różne odpowiedzi, a ja siedziałam i kwiczałam ze śmiechu.
Potem przyszła pora na zadawanie trudnych pytań.
Zapytałam taką jedną...
Ale nie! Najpierw zrobiłam gofry. Pyszne były. Nie obyło się jednak bez maleńkich przeszkód.
Rozbiłam jajko. Miałam oddzielić żółtko od białka, ale coś poszło nie tak i żółtko uciekło. Nie chciało się rozstawać ze swoim białym bratem i chlup. Już miałam wziąć łyżkę i wyłowić niesfornego uciekiniera, ale przypomniał mi się jeden filmik. I to, że miałam spróbować, czy naprawdę ten patent działa. --->klik
Przeleciałam po domu w poszukiwaniu butelki. Bo od kiedy nie kupuję mineralki, butelek deficyt. Znalazłam małą butelkę u młodego i.....przeprowadziłam eksperyment. No bo mała dziurka, a takie duże miało tam wejść. Niby widziałam, niby ok, ale wiadomo, trzeba sprawdzić, czy wejdzie.
WESZŁO!!! Do tego stopnia mi się spodobało, że se tą butelką wsysałam i wysysałam. Żółtko oczywiście.
I tak, w dużym skrócie, powstały gofry.
Potem zaś nadeszła chwila zadania pytania. A brzmiało ono tak:
Czy nie zmarzną mi za bardzo jajka przez kilka godzin na dworze?
Osoba zdębiała. Chciałabym to widzieć, bo zwykle ma gadane, że hej! Szczególnie wyraz twarzy próbowałam sobie wyobrazić, ale jedyne co mogłam to rżeć ze śmiechu jeszcze bardziej.
Reszta niech będzie milczeniem, gdyż otarło się o procesy fizjologiczne.
Dostałam natomiast totalnej głupawki.
Która trwa.
I obawiam się o swoją noc.
Z jajkami w tle...
A to dzisiejszy motyw przewodni. Podesłany przez jedną znajoma, odnośnie baterii i stosowania wewnętrznego. Dla ludzi o mocnych nerwach...
poniedziałek, 19 stycznia 2015
[333] Mój osobisty blue monday
Czyli najbardziej depresyjny dzień w roku.
To jeśli tak mają wyglądać najgorsze dni w roku, to ja poproszę takie codziennie.
Zaczęłam od...wylania przygotowanej wody. Rano muszę na czczo, czyli przed jedzeniem połknąć takie jedno coś na tarczycę, więc najlepiej mieć szklankę z wodą na wyciągnięcie ręki. Ja mam na zrobienie pierwszego brzuszka tego dnia. Mam tam też radio, które nie gra, ale wyświetla godzinę, i telefon. Oraz mnóstwo innych, mniej lub bardziej przydatnych rzeczy. No i tę szklankę z odrobiną wody. Więc dzisiaj sobie tę wodę wylałam na kołdrę i nogi.
Potem, budząc się drugi raz, bo mam kilka budzików ustawionych, sięgnęłam po termometr dla Kudłatej, bo miała zawrotną temperaturę 36 i 6. Tak, to już jest stopień więcej niż nasza norma przewiduje. Przy okazji wygrzebania termometru zrzuciłam radio. I sama z siebie zaczęłam się śmiać, bo powiedziałam w pół śnie: ups, chyba zleciałam radio.
Potem już było jak zwykle, czyli pobudka i inne, jazda do szkoły i droga ze szkoły do urzędu. Po drodze sms proszalny, o kciuki. Bo jechałam załatwić staż. Nie wiem czemu dostałam smsa zwrotnego, żebym nie załatwiała straży, bo się za to idzie do więzienia. Oraz deklarację przysyłania cytryn. Mam tylko nadzieję, że nogi całe.*
A potem już urząd, w którym spędziłam całe 4 minuty od wejścia do wyjścia. Z załatwionym, proszę ja Was, stażem. Tak więc do połowy lutego spijam rum z cytryn*, załatwiając wszelkie ważne i ważniejsze sprawy, żeby potem nic nie zaprzątało mi głowy.
Dodatkowo, w ten jakże obrzydliwy inaczej poniedziałek, z brakiem śladów jakiejkolwiek depresji, poszłam do pani optyczki, umówić Młodego na wykonanie patrzałek. Pani optyczka jest mi znana z zamierzchłych czasów, ale o tym w następnym poście. W każdym razie nie rozpoznała mnie, a enigmatyczne: jestem siostrzenicą siostry cioci, lekko wprowadziło panią w zakłopotanie i usilne procesy myślowe. Ale w czwartek się wyjaśni. Mam panieńskie nazwisko i nie zawaham się go użyć, aczkolwiek na żadną zniżkę liczyć nie mogę, niestety. Może tylko na lepsze traktowanie, przez samą szefową zakładu. Dobre i to.
Tak więc jaki tam blue monday. Dla mnie bardzo fajny, wesoły i dość mroźny, ale z tego cieszę się bardzo.
* bo po trzy stopnie popierdzielała i cytryny nasączone rumem :)
Na dziś:
Bob Geldof & The Boomtown Rats - I don't like mondays
Trochę przewrotnie.
To jeśli tak mają wyglądać najgorsze dni w roku, to ja poproszę takie codziennie.
Zaczęłam od...wylania przygotowanej wody. Rano muszę na czczo, czyli przed jedzeniem połknąć takie jedno coś na tarczycę, więc najlepiej mieć szklankę z wodą na wyciągnięcie ręki. Ja mam na zrobienie pierwszego brzuszka tego dnia. Mam tam też radio, które nie gra, ale wyświetla godzinę, i telefon. Oraz mnóstwo innych, mniej lub bardziej przydatnych rzeczy. No i tę szklankę z odrobiną wody. Więc dzisiaj sobie tę wodę wylałam na kołdrę i nogi.
Potem, budząc się drugi raz, bo mam kilka budzików ustawionych, sięgnęłam po termometr dla Kudłatej, bo miała zawrotną temperaturę 36 i 6. Tak, to już jest stopień więcej niż nasza norma przewiduje. Przy okazji wygrzebania termometru zrzuciłam radio. I sama z siebie zaczęłam się śmiać, bo powiedziałam w pół śnie: ups, chyba zleciałam radio.
Potem już było jak zwykle, czyli pobudka i inne, jazda do szkoły i droga ze szkoły do urzędu. Po drodze sms proszalny, o kciuki. Bo jechałam załatwić staż. Nie wiem czemu dostałam smsa zwrotnego, żebym nie załatwiała straży, bo się za to idzie do więzienia. Oraz deklarację przysyłania cytryn. Mam tylko nadzieję, że nogi całe.*
A potem już urząd, w którym spędziłam całe 4 minuty od wejścia do wyjścia. Z załatwionym, proszę ja Was, stażem. Tak więc do połowy lutego spijam rum z cytryn*, załatwiając wszelkie ważne i ważniejsze sprawy, żeby potem nic nie zaprzątało mi głowy.
Dodatkowo, w ten jakże obrzydliwy inaczej poniedziałek, z brakiem śladów jakiejkolwiek depresji, poszłam do pani optyczki, umówić Młodego na wykonanie patrzałek. Pani optyczka jest mi znana z zamierzchłych czasów, ale o tym w następnym poście. W każdym razie nie rozpoznała mnie, a enigmatyczne: jestem siostrzenicą siostry cioci, lekko wprowadziło panią w zakłopotanie i usilne procesy myślowe. Ale w czwartek się wyjaśni. Mam panieńskie nazwisko i nie zawaham się go użyć, aczkolwiek na żadną zniżkę liczyć nie mogę, niestety. Może tylko na lepsze traktowanie, przez samą szefową zakładu. Dobre i to.
Tak więc jaki tam blue monday. Dla mnie bardzo fajny, wesoły i dość mroźny, ale z tego cieszę się bardzo.
* bo po trzy stopnie popierdzielała i cytryny nasączone rumem :)
Na dziś:
Bob Geldof & The Boomtown Rats - I don't like mondays
Trochę przewrotnie.
czwartek, 15 stycznia 2015
[332] Siatkówka
Od zawsze uwielbiałam piłkę ręczną, żeby było jasne. Kontaktowy, brutalny sport. Ale miałam swoją strefę komfortu. Stałam na bramce. Nikt na mnie nie wpadał i nikt mnie nie kontuzjował. a przynajmniej nie bezpośrednio. Ale nie o tym, bo tytuł zupełnie niesportowy.
Pojechaliśmy do okulistki. Z całej naszej trójki najbardziej bałam się o Młodego. Szybko pogorszył mu się wzrok, a nie tak dawno jeszcze cieszyłam się, że ma dobry po mnie. Niestety, okazało się, że w ciągu kilku miesięcy zaledwie, przestał widzieć jaki autobus podjeżdża. Przeraziło mnie to, bo nie umiem sobie wyobrazić, jak to jest nie widzieć daleko. Małe sprostowanie - nie umiałam.
Ale wracając do tematu.
Kudłata wylądowała bez okularów. To duża ulga.
Młody dostał 1,25 w minusie. Ale brak "udziwnień", których tak się bałam.
Natomiast ja..
Przecież widzę dobrze. Tylko trochę mi się rozmazuje z bliska i przy małych literkach na opakowaniach. Uupierdliwia to troszkę życie, szczególnie przy precyzyjnej robocie, ale ogólnie jest dobrze, bo reszta działa i śmiga. Nie mam problemu z czytaniem i widzeniem. Ale wracamy do mojego badania.
Wszystko szło dobrze. Aż do czasu poświecenia mi w oko światełkiem. Usłyszałam tylko "pani ma poważne zmiany w siatkówce! Zakropimy i jeszcze raz zbadam oczy".
Atropina pogłębiła ból głowy. Dodatkowo zaczęłam czuć rozkładanie na czynniki pierwsze, spowodowane zmianami temperatur, ponieważ poprzedniego dnia siedziałam w dusznej poczekalni u neurologa, a potem wyszłam na zimne powietrze. I nagle zaczęła się jazda. Przestałam widzieć ostro. Atropina zadziałała, a ja się załamałam. Młody podstawiał mi ulotki, bo jemu po atropinie nic się nie rozjechało, za to źrenice były wielkości tęczówki. A ja zdębiałam. Nieprzyjemne uczucie.
No i po drugim badaniu okazało się, że prawe oko gorzej widzi, przez siatkówkę właśnie, lewe odrabia robotę prawego i mimo, że siatkówka ma się lepiej, to też nie jest za dobrze, a może się nagle pogorszyć. Dostałam więc skierowania (tak, na sam dźwięk słowa skierowanie robi mi się słabo) na SOCT i AF. Czyli tomografię siatkówki i angiografię. Jestem zachwycona terminami. Kwiecień w najlepszym przypadku. Albo luty. Ale lutego nie wytrzyma mój budżet. więc rozumie się samo przez się, że do kwietnia chodzę bez okularów.
No to trudno.
Na dziś:
Shinedown - Second Chance
Teraz czaruję, żeby i oni zagrali w Polsce...
Pojechaliśmy do okulistki. Z całej naszej trójki najbardziej bałam się o Młodego. Szybko pogorszył mu się wzrok, a nie tak dawno jeszcze cieszyłam się, że ma dobry po mnie. Niestety, okazało się, że w ciągu kilku miesięcy zaledwie, przestał widzieć jaki autobus podjeżdża. Przeraziło mnie to, bo nie umiem sobie wyobrazić, jak to jest nie widzieć daleko. Małe sprostowanie - nie umiałam.
Ale wracając do tematu.
Kudłata wylądowała bez okularów. To duża ulga.
Młody dostał 1,25 w minusie. Ale brak "udziwnień", których tak się bałam.
Natomiast ja..
Przecież widzę dobrze. Tylko trochę mi się rozmazuje z bliska i przy małych literkach na opakowaniach. Uupierdliwia to troszkę życie, szczególnie przy precyzyjnej robocie, ale ogólnie jest dobrze, bo reszta działa i śmiga. Nie mam problemu z czytaniem i widzeniem. Ale wracamy do mojego badania.
Wszystko szło dobrze. Aż do czasu poświecenia mi w oko światełkiem. Usłyszałam tylko "pani ma poważne zmiany w siatkówce! Zakropimy i jeszcze raz zbadam oczy".
Atropina pogłębiła ból głowy. Dodatkowo zaczęłam czuć rozkładanie na czynniki pierwsze, spowodowane zmianami temperatur, ponieważ poprzedniego dnia siedziałam w dusznej poczekalni u neurologa, a potem wyszłam na zimne powietrze. I nagle zaczęła się jazda. Przestałam widzieć ostro. Atropina zadziałała, a ja się załamałam. Młody podstawiał mi ulotki, bo jemu po atropinie nic się nie rozjechało, za to źrenice były wielkości tęczówki. A ja zdębiałam. Nieprzyjemne uczucie.
No i po drugim badaniu okazało się, że prawe oko gorzej widzi, przez siatkówkę właśnie, lewe odrabia robotę prawego i mimo, że siatkówka ma się lepiej, to też nie jest za dobrze, a może się nagle pogorszyć. Dostałam więc skierowania (tak, na sam dźwięk słowa skierowanie robi mi się słabo) na SOCT i AF. Czyli tomografię siatkówki i angiografię. Jestem zachwycona terminami. Kwiecień w najlepszym przypadku. Albo luty. Ale lutego nie wytrzyma mój budżet. więc rozumie się samo przez się, że do kwietnia chodzę bez okularów.
No to trudno.
Na dziś:
Shinedown - Second Chance
Teraz czaruję, żeby i oni zagrali w Polsce...
wtorek, 13 stycznia 2015
[331] Trzaski
Czas mija, dzieją się różne sprawy, jest fajnie.
Ale dzisiejszy dzień przebił wszystko. A raczej ja przeskoczyłam samą siebie.
Od początku.
Umówiona w grudniu konsultacja neurologiczna Młodego. Na dzisiaj.
Przy wypisie usłyszałam, że mam już umówioną wizytę i mam tylko przyjść. Moje jestestwo zarejestrowało jedynie skierowanie na rehabilitację oraz zajęło się tym problemem, konsultację z dnia dzisiejszego zostawiając sobie na kiedyś.
I tak sobie dotrwałam w błogiej nieświadomości do dnia dzisiejszego.
Poszłam do przychodni, wcześniej już się zastanawiając nad brakiem skierowania. Ale ponieważ zarejestrowałam słowa "wizyta umówiona", stwierdziłam, że widocznie tak już jest i koniec.
doczekaliśmy terminu i stawiliśmy się na miejscu. A tu niespodzianka! No bo jakże inaczej: "skierowanie proszę". Nie mam. No nie mam. I cholerka, daleko mam, żeby to skierowanie sobie załatwić.
Od słowa do słowa, pani mnie zarejestrowała bez skierowania, ale nakazała mi je dostarczyć. Odezwała się druga pani z rejestracji (trzecia wyglądała jak Danny Devito skrzyżowany z Maliniakiem, tyle, że rudy i z cyckami,), która powiedziała, że mieszka dwie ulice dalej i że mogę jej przynieść do domu, bo po co mam jeździć. No to wszystko ok.
Wizyta u pani doktor, znanej nam ze szpitala, trochę żartów, miło i sympatycznie.
No to pojechałam po skierowanie. Wyjaśniłam mojemu doktorowi co i jak, wypisał i luz.
I tu się zaczyna...
Wychodzę z gabinetu z kartką w dłoni. Wyciągam książeczkę zdrowia, otwieram, a tam....SKIEROWANIE ZE SZPITALA.
Tak. Oplułam się ze śmiechu. Po prostu geniusz!
A grzebałam tam milion razy...
Ale to nie koniec, o nie. W końcu dzień się jeszcze nie skończył.
Jutro idziemy wszyscy do okulisty. Namiary dostałam od znajomej. O umówieniu już pisałam.
No i dzisiaj się zreflektowałam, że mniej więcej wiem gdzie to. Ale może tak dokładnie się dowiedzieć. No to najpierw napisałam smsa, ale koleżanka nie odpisała. No to moja ulubiona deska ratunku: mapy wujka googla z cudownym street view.
Znalazłam. Dla pewności sprawdziłam numer ze zdjęcia z numerem w komórce i....
W komórce, pod ogólnym 'Okulista' mam imię, nazwisko i...adres.
Mam trzaski, jak mówi Sis.
Tak.
Można się już śmiać.
Ale dzisiejszy dzień przebił wszystko. A raczej ja przeskoczyłam samą siebie.
Od początku.
Umówiona w grudniu konsultacja neurologiczna Młodego. Na dzisiaj.
Przy wypisie usłyszałam, że mam już umówioną wizytę i mam tylko przyjść. Moje jestestwo zarejestrowało jedynie skierowanie na rehabilitację oraz zajęło się tym problemem, konsultację z dnia dzisiejszego zostawiając sobie na kiedyś.
I tak sobie dotrwałam w błogiej nieświadomości do dnia dzisiejszego.
Poszłam do przychodni, wcześniej już się zastanawiając nad brakiem skierowania. Ale ponieważ zarejestrowałam słowa "wizyta umówiona", stwierdziłam, że widocznie tak już jest i koniec.
doczekaliśmy terminu i stawiliśmy się na miejscu. A tu niespodzianka! No bo jakże inaczej: "skierowanie proszę". Nie mam. No nie mam. I cholerka, daleko mam, żeby to skierowanie sobie załatwić.
Od słowa do słowa, pani mnie zarejestrowała bez skierowania, ale nakazała mi je dostarczyć. Odezwała się druga pani z rejestracji (trzecia wyglądała jak Danny Devito skrzyżowany z Maliniakiem, tyle, że rudy i z cyckami,), która powiedziała, że mieszka dwie ulice dalej i że mogę jej przynieść do domu, bo po co mam jeździć. No to wszystko ok.
Wizyta u pani doktor, znanej nam ze szpitala, trochę żartów, miło i sympatycznie.
No to pojechałam po skierowanie. Wyjaśniłam mojemu doktorowi co i jak, wypisał i luz.
I tu się zaczyna...
Wychodzę z gabinetu z kartką w dłoni. Wyciągam książeczkę zdrowia, otwieram, a tam....SKIEROWANIE ZE SZPITALA.
Tak. Oplułam się ze śmiechu. Po prostu geniusz!
A grzebałam tam milion razy...
Ale to nie koniec, o nie. W końcu dzień się jeszcze nie skończył.
Jutro idziemy wszyscy do okulisty. Namiary dostałam od znajomej. O umówieniu już pisałam.
No i dzisiaj się zreflektowałam, że mniej więcej wiem gdzie to. Ale może tak dokładnie się dowiedzieć. No to najpierw napisałam smsa, ale koleżanka nie odpisała. No to moja ulubiona deska ratunku: mapy wujka googla z cudownym street view.
Znalazłam. Dla pewności sprawdziłam numer ze zdjęcia z numerem w komórce i....
W komórce, pod ogólnym 'Okulista' mam imię, nazwisko i...adres.
Mam trzaski, jak mówi Sis.
Tak.
Można się już śmiać.
niedziela, 4 stycznia 2015
[330] Jak być dobrym
Od razu uspokoję emocje. Nie będę pisać jaka jestem dobra. Ani nie napiszę co jest dobre, a co nie.
Do napisania posta skłonił mnie post Erraty. Nie będę polemizować z Jej poglądem, bo nie o to mi chodzi. Chcę tylko przedstawić swój osobisty, subiektywny punkt widzenia.
Czym jest więc dobro?
Moim zdaniem jest wszystkim.
Każdy z nas ma jakieś oczekiwania, czegoś potrzebuje od innych. Wsparcia, potwierdzenia, radości, rozmowy. Mamy też wokół siebie konkretnych ludzi. Zbiór ograniczony znajomych, rodziny, kolegów, przyjaciół, sąsiadów. Każdy z nich jest osobnym człowiekiem ze swoim mikroświatem i on również czegoś od swojego otoczenia potrzebuje. Jeśli potrzeby i zasoby, czyli to co możemy komuś dać - słowo, uśmiech, gest, pomoc, wsparcie, jest zgodne z tym, czego ktoś oczekuje, jesteśmy dobrzy. Jeśli dostajemy to , czego oczekujemy, tak samo - gest, uśmiech, słowo, wsparcie, to dla nas nasze otoczenie, konkretna osoba jest dobra. Jeśli nie jesteśmy zgrani na linii potrzeba - zasób, nie widzimy dobra. Ale przecież dla kogoś innego mrukliwy pan z kiosku z pietruszką może być dobry. A uśmiechnięta sąsiadka z pierwszego może być okropną, wredną zołzą dla innych.
Chciałam tylko powiedzieć, że w ocenach jesteśmy subiektywni, bo odnosimy wszystko do siebie. Do tego co dostajemy od świata.
Czy warto więc wartościować? Nie wiem. Staram się nie oceniać. Dostaję dużo dobra. Mam nadzieję, że co najmniej tyle samo oddaję go innym.
Ale wcale nie twierdzę, że jestem dobra.
Czasem myślę, że wręcz przeciwnie.
Ale jak to już wyjaśniłam, każdy widzi to, co chce widzieć.
Na dziś:
Shinedown - What a Shame
Do napisania posta skłonił mnie post Erraty. Nie będę polemizować z Jej poglądem, bo nie o to mi chodzi. Chcę tylko przedstawić swój osobisty, subiektywny punkt widzenia.
Czym jest więc dobro?
Moim zdaniem jest wszystkim.
Każdy z nas ma jakieś oczekiwania, czegoś potrzebuje od innych. Wsparcia, potwierdzenia, radości, rozmowy. Mamy też wokół siebie konkretnych ludzi. Zbiór ograniczony znajomych, rodziny, kolegów, przyjaciół, sąsiadów. Każdy z nich jest osobnym człowiekiem ze swoim mikroświatem i on również czegoś od swojego otoczenia potrzebuje. Jeśli potrzeby i zasoby, czyli to co możemy komuś dać - słowo, uśmiech, gest, pomoc, wsparcie, jest zgodne z tym, czego ktoś oczekuje, jesteśmy dobrzy. Jeśli dostajemy to , czego oczekujemy, tak samo - gest, uśmiech, słowo, wsparcie, to dla nas nasze otoczenie, konkretna osoba jest dobra. Jeśli nie jesteśmy zgrani na linii potrzeba - zasób, nie widzimy dobra. Ale przecież dla kogoś innego mrukliwy pan z kiosku z pietruszką może być dobry. A uśmiechnięta sąsiadka z pierwszego może być okropną, wredną zołzą dla innych.
Chciałam tylko powiedzieć, że w ocenach jesteśmy subiektywni, bo odnosimy wszystko do siebie. Do tego co dostajemy od świata.
Czy warto więc wartościować? Nie wiem. Staram się nie oceniać. Dostaję dużo dobra. Mam nadzieję, że co najmniej tyle samo oddaję go innym.
Ale wcale nie twierdzę, że jestem dobra.
Czasem myślę, że wręcz przeciwnie.
Ale jak to już wyjaśniłam, każdy widzi to, co chce widzieć.
Na dziś:
Shinedown - What a Shame
sobota, 3 stycznia 2015
[329] Powitanie
Witam serdecznie w następnym roku. W nowej rzeczywistości. Nowym, świeżym dniem. Pierwszym dniem reszty roku.
Wszystko jest jak było. No może ciut mniej rumu w butelce i prawie bezsenna noc, ale trudno było mi zasnąć. Czasem dostajemy wiadomości, które kończą definitywnie plany, które gdzieś tam odkładaliśmy na kiedyś. Owszem, jest mi smutno. Zostały wspomnienia. Kilka zdjęć.
Pierwszy dzień roku sponsorowała cyferka 3 i całodniowy Trójkowy Top Wszechczasów.
Uwielbiam tak spędzać ten dzień.
Nie zrobiłam żadnych postanowień. Niepotrzebna mi lista życzeń, których nie spełnię.
Za to zrobiłam plan. Plan działania. Tydzień po tygodniu. Z wyznaczoną datą zakończenia działań.
Nie jest jeszcze skończony. Brakuje mu dwóch dodatkowych rozpisanych elementów. Ale dzisiaj nad tym popracuję i będzie komplet. To jeden z planów. Jest jeszcze kilka innych. Żaden się nie wyklucza i żaden nie przeszkadza drugiemu.
Bardzo się z tego cieszę.
Poza tym dzisiaj znów miałam 17 urodziny.
Dlaczego 17?
Mówi się, że ma się tyle lat na ile się człowiek czuje. Ja czuję się na 17. Wolna tak samo jak wtedy. Szczęśliwa tak samo jak wtedy. Tak samo uśmiechnięta. Tylko trochę bardziej świadoma siebie i życia. I to jest najpiękniejsze.
Wszystko jest jak było. No może ciut mniej rumu w butelce i prawie bezsenna noc, ale trudno było mi zasnąć. Czasem dostajemy wiadomości, które kończą definitywnie plany, które gdzieś tam odkładaliśmy na kiedyś. Owszem, jest mi smutno. Zostały wspomnienia. Kilka zdjęć.
Pierwszy dzień roku sponsorowała cyferka 3 i całodniowy Trójkowy Top Wszechczasów.
Uwielbiam tak spędzać ten dzień.
Nie zrobiłam żadnych postanowień. Niepotrzebna mi lista życzeń, których nie spełnię.
Za to zrobiłam plan. Plan działania. Tydzień po tygodniu. Z wyznaczoną datą zakończenia działań.
Nie jest jeszcze skończony. Brakuje mu dwóch dodatkowych rozpisanych elementów. Ale dzisiaj nad tym popracuję i będzie komplet. To jeden z planów. Jest jeszcze kilka innych. Żaden się nie wyklucza i żaden nie przeszkadza drugiemu.
Bardzo się z tego cieszę.
Poza tym dzisiaj znów miałam 17 urodziny.
Dlaczego 17?
Mówi się, że ma się tyle lat na ile się człowiek czuje. Ja czuję się na 17. Wolna tak samo jak wtedy. Szczęśliwa tak samo jak wtedy. Tak samo uśmiechnięta. Tylko trochę bardziej świadoma siebie i życia. I to jest najpiękniejsze.
wtorek, 30 grudnia 2014
[328] O szczęściu.
Tak się złożyło, że od kilku lat idę ścieżką, którą wybrałam sobie trochę z tęsknoty, trochę z niepewności, trochę z żalu, a trochę z ciekawości.
Kiedy zapominasz kim tak naprawdę jesteś, tracisz siebie co dnia. Znika Twoje poczucie bezpieczeństwa, przestajesz myśleć o sobie, zaczynasz zwyczajnie cierpieć.
Kiedy cierpisz, skupiasz się najczęściej na tym, co jest złe. Nawet wspomnienie dobra powoduje żal, boli aż do kości.
Nie umiesz wtedy myśleć o innym życiu, o tym, że jeśli tylko zechcesz możesz wszystko zmienić.
Wystarczy poprzestawiać sobie w głowie priorytety. Przestać rozdrapywać, rozpamiętywać, złorzeczyć. Przestać mieszać w bagnie, bo ono wciąga.
Znajdź kawałek drewna. Drewno pływa po powierzchni. Drewno, czyli dobrą myśl, która pozwoli Ci dojrzeć dobro w Tobie. Bo od tego trzeba zacząć zmiany. Od zajrzenia sobie do serca. Do swojej duszy. Od zmiany własnego sposobu myślenia o sobie samym. Potem można zmianami objąć coraz dalsze kręgi. Z tym, że kiedy pokochasz siebie i naprawisz swoje myślenie, obojętne będzie co robi ze sobą reszta świata.
Mi już jest obojętne.
Dzisiaj umiem śmiać się na głos w autobusie, kiedy jadę do miasta. Potrafię znajdować szczęście w każdym drobiazgu, malutkim, najmniejszym. Znajduję na swojej drodze znaki. Drogowskazy, które prowadzą mnie dalej. Czasem to przeczytane gdzieś zdanie. Czasem człowiek, który nieświadomie zupełnie pchnie mnie dalej. Innym razem to cały system zmian.
Z każdego takiego zetknięcia się ze znakiem, tak to nazwijmy, wyciągam to co dla mnie dobre. Ale najczęściej jest tak, że każdy kolejny znak potwierdza tylko to, co dzieje się w mojej głowie.
Kiedyś wydawało mi się, że szczęście to mieć. Najczęściej posiadanie odnosi się do bogactwa, czyli kasy, domu, samochodu. Doskonale wiem, jakie to złudne i nieprawdziwe. Oczywiście w posiadaniu tego czy tamtego nie ma nic złego, pod jednym warunkiem. Jednym, najważniejszym. Najpierw trzeba znaleźć szczęście w sobie, dopiero potem można być bogatym.
Żeby znaleźć szczęście w sobie, trzeba być z kolei świadomym czego się szuka.
Ja już wiem.
Jestem szczęśliwa.
A teraz będę bogata.
Czego życzę Wam na najbliższy rok? Znajdźcie w sobie szczęście. Pozbądźcie się spięcia, powinności, nie oceniajcie i nie sądźcie. Kochajcie.
A dzisiaj to nie wiem co wybrać. Może coś do śmiechu :))
Oraz do potwierdzenia, że muzyka łączy :))
Kiedy zapominasz kim tak naprawdę jesteś, tracisz siebie co dnia. Znika Twoje poczucie bezpieczeństwa, przestajesz myśleć o sobie, zaczynasz zwyczajnie cierpieć.
Kiedy cierpisz, skupiasz się najczęściej na tym, co jest złe. Nawet wspomnienie dobra powoduje żal, boli aż do kości.
Nie umiesz wtedy myśleć o innym życiu, o tym, że jeśli tylko zechcesz możesz wszystko zmienić.
Wystarczy poprzestawiać sobie w głowie priorytety. Przestać rozdrapywać, rozpamiętywać, złorzeczyć. Przestać mieszać w bagnie, bo ono wciąga.
Znajdź kawałek drewna. Drewno pływa po powierzchni. Drewno, czyli dobrą myśl, która pozwoli Ci dojrzeć dobro w Tobie. Bo od tego trzeba zacząć zmiany. Od zajrzenia sobie do serca. Do swojej duszy. Od zmiany własnego sposobu myślenia o sobie samym. Potem można zmianami objąć coraz dalsze kręgi. Z tym, że kiedy pokochasz siebie i naprawisz swoje myślenie, obojętne będzie co robi ze sobą reszta świata.
Mi już jest obojętne.
Dzisiaj umiem śmiać się na głos w autobusie, kiedy jadę do miasta. Potrafię znajdować szczęście w każdym drobiazgu, malutkim, najmniejszym. Znajduję na swojej drodze znaki. Drogowskazy, które prowadzą mnie dalej. Czasem to przeczytane gdzieś zdanie. Czasem człowiek, który nieświadomie zupełnie pchnie mnie dalej. Innym razem to cały system zmian.
Z każdego takiego zetknięcia się ze znakiem, tak to nazwijmy, wyciągam to co dla mnie dobre. Ale najczęściej jest tak, że każdy kolejny znak potwierdza tylko to, co dzieje się w mojej głowie.
Kiedyś wydawało mi się, że szczęście to mieć. Najczęściej posiadanie odnosi się do bogactwa, czyli kasy, domu, samochodu. Doskonale wiem, jakie to złudne i nieprawdziwe. Oczywiście w posiadaniu tego czy tamtego nie ma nic złego, pod jednym warunkiem. Jednym, najważniejszym. Najpierw trzeba znaleźć szczęście w sobie, dopiero potem można być bogatym.
Żeby znaleźć szczęście w sobie, trzeba być z kolei świadomym czego się szuka.
Ja już wiem.
Jestem szczęśliwa.
A teraz będę bogata.
Czego życzę Wam na najbliższy rok? Znajdźcie w sobie szczęście. Pozbądźcie się spięcia, powinności, nie oceniajcie i nie sądźcie. Kochajcie.
A dzisiaj to nie wiem co wybrać. Może coś do śmiechu :))
Oraz do potwierdzenia, że muzyka łączy :))
wtorek, 23 grudnia 2014
[327] No to już
Najpierw, żeby nie było nudno, opowiem Wam opowieść przed-przed-wigilijną. Bo z wczoraj.
Otóż.
Jak to zwyczaje stare mówią, w domu choinka ma być. Może być znaczy. Ja lubię bardzo, ale żywą. Znaczy prawdziwą, bo obawiam się, że po odcięciu tuż przy samej d...ziemi, to ona już nie dycha.
W każdym razie wysłałam dziecię do sklepu, po choinkę, w cenie nie urywającej tyłka, ale wiadomo.
Przywiozła Kudłata to to, postawiła, mruknęła coś tam i poszła se. Truchcikiem, ledwo wyrabiając zakręty poleciałam cudo obejrzeć i.....
Zamarłam....
Na długo.
Klapłam se ja na kanapę i siedzę. A pod choinką...
Usiana podłoga igłami. Zapytałam więc Kudłatą, czy aby wszystko mi dała, bo chyba zapomniała o puszce kleju. (swojej fotki niestety nie posiadam).
Nie wyglądało aż TAK tragicznie. Do pierwszego odkurzenia. I przesunięcia całości ciut w lewo...
Pośmiałam się, wystawiłam to stworzenie na balkon, na ten deszcz i wiatr. I prawie sobie odpuściłam.
Ale...nie byłabym sobą. Zadzwoniłam więc do tego marketu, co to sprzedał badyla i mówię w czym rzecz. Pan opowiedział historię drzewek, pośmialiśmy się z puszki kleju, po czym sprzedawca kazał zgłosić się bez towaru z samym paragonem. Po pieniądze.
Tak więc mówiłam, że cuda to od ręki:) Reklamowaliście kiedyś CHOINKĘ ?
Ha!
Otóż.
Jak to zwyczaje stare mówią, w domu choinka ma być. Może być znaczy. Ja lubię bardzo, ale żywą. Znaczy prawdziwą, bo obawiam się, że po odcięciu tuż przy samej d...ziemi, to ona już nie dycha.
W każdym razie wysłałam dziecię do sklepu, po choinkę, w cenie nie urywającej tyłka, ale wiadomo.
Przywiozła Kudłata to to, postawiła, mruknęła coś tam i poszła se. Truchcikiem, ledwo wyrabiając zakręty poleciałam cudo obejrzeć i.....
Zamarłam....
Na długo.
Klapłam se ja na kanapę i siedzę. A pod choinką...
Usiana podłoga igłami. Zapytałam więc Kudłatą, czy aby wszystko mi dała, bo chyba zapomniała o puszce kleju. (swojej fotki niestety nie posiadam).
Nie wyglądało aż TAK tragicznie. Do pierwszego odkurzenia. I przesunięcia całości ciut w lewo...
Pośmiałam się, wystawiłam to stworzenie na balkon, na ten deszcz i wiatr. I prawie sobie odpuściłam.
Ale...nie byłabym sobą. Zadzwoniłam więc do tego marketu, co to sprzedał badyla i mówię w czym rzecz. Pan opowiedział historię drzewek, pośmialiśmy się z puszki kleju, po czym sprzedawca kazał zgłosić się bez towaru z samym paragonem. Po pieniądze.
Tak więc mówiłam, że cuda to od ręki:) Reklamowaliście kiedyś CHOINKĘ ?
Ha!
A teraz życzę Wam wszystkim dobrej energii na co dzień, sił, dobrych myśli, spokojnego czekania, znajdowania swoich ścieżek, jak najmniej zakrętów, uśmiechu od ucha do ucha, mądrości, szaleństwa, dobrych wyborów, jasnych planów i wykonania wszystkich zadań, które sobie zaplanujecie.
Natthimlen
Nie mogło, no nie mogło zabraknąć hiciora!
poniedziałek, 22 grudnia 2014
[326] Życzeniowo
Nie nie, życzeń jeszcze nie składam.
Życzenia to ja mam.
Na przykład wymyśliłam sobie, że
po pierwsze
nie będzie planów na przyszły rok, za to będą marzenia do spełnienia i zadania do wykonania. Żadna lista z chciałabym na początku.
po drugie
będzie lista zakupowa na przyszły rok, żebym się, na przykład przed świętami lub innym napadem aktywności, na przykład kuchennej, nie obudziła, że marzyłam o tym czy tamtym, a przydałoby się przy gotowaniu/pieczeniu tego a tego. Lista z kwadracikiem do odhaczenia.
po trzecie
lista książek do przeczytania. zbieram różne takie tytuły, które gdzieś ktoś polecił, zarekomendował, albo wręcz odwrotnie. Często zapominam i mija kilka lat zanim wezmę się do czytania, bo akurat sobie przypomniałam łaskawie.
po czwarte
lista koncertów, na których zakładam, że będę.
A teraz oddalam się, gdyż od siedzenia na krześle mam płaskodupie oraz boli mnie ta część ciała.
---------------------
Byłam na Jego koncercie.
Żegnaj...
Na dziś:
Joe Cocker - With a Little Help From My Friends
Życzenia to ja mam.
Na przykład wymyśliłam sobie, że
po pierwsze
nie będzie planów na przyszły rok, za to będą marzenia do spełnienia i zadania do wykonania. Żadna lista z chciałabym na początku.
po drugie
będzie lista zakupowa na przyszły rok, żebym się, na przykład przed świętami lub innym napadem aktywności, na przykład kuchennej, nie obudziła, że marzyłam o tym czy tamtym, a przydałoby się przy gotowaniu/pieczeniu tego a tego. Lista z kwadracikiem do odhaczenia.
po trzecie
lista książek do przeczytania. zbieram różne takie tytuły, które gdzieś ktoś polecił, zarekomendował, albo wręcz odwrotnie. Często zapominam i mija kilka lat zanim wezmę się do czytania, bo akurat sobie przypomniałam łaskawie.
po czwarte
lista koncertów, na których zakładam, że będę.
A teraz oddalam się, gdyż od siedzenia na krześle mam płaskodupie oraz boli mnie ta część ciała.
---------------------
Byłam na Jego koncercie.
Żegnaj...
Na dziś:
Joe Cocker - With a Little Help From My Friends
piątek, 19 grudnia 2014
[325] Walk(a)
Jako że narzekać nie lubię, nie będę więc. Opowiem Wam za to historię rodem z komedii Barei. Znaczy wyciętą scenę, bo nie była za śmieszna do filmu.
Udałam się do urzędu pracy. Śmieszne, prawda? Możecie otrzeć łzy.
Wyznaczony termin, wizyta, dzień świstaka normalnie. Na głowie milion terminowych spraw, trzeba to pogodzić. Więc zerwałam się rano, żeby dojechać na drugi koniec świata i być zaraz po otwarciu tego przybytku dobroci. Potem czekała mnie wycieczka na rehabilitację, a jeszcze potem inne sprawy, które nie mogły czekać.
A teraz dygresyjka, prowadząca do owego dnia wczorajszego.
W lipcu byłam na szkoleniu. Znamiennym w wiele skutków, jak się później okazało i bardzo znaczącym dla wczorajszych informacji. W sierpniu pisałam jak to fajnie, bo była szansa na staż.
We wrześniu okazało się, że jednak nie, bo wydawało się w tej firmie, że potrzebują faceta, który obskoczy trzy stanowiska, mianowicie handlowca, biurowca i montera. No kopać się z koniem nie będę, ale absurdalne mi się to wydało. W każdym razie pozostałam otwarta na ową pracę. Bo daje mi duże możliwości. Bo się nadaję. Bo mam fajny głos przez telefon (tak powiedział jeden taki i tego się trzymam. A dzisiaj to mam niski, seksowny, pociągający nawet...). Ale nie. No to nie.
W listopadzie natomiast zadzwoniła do mnie przyszła szefowa i powiedziała, że ona przemyślała, nie wyrabia, potrzebuje. Że chce mnie i jedzie załatwić staż. Super. Ucieszyłam się niezmiernie.
Po kilku dniach zadzwoniła, że jednak po złożeniu wniosku i wskazaniu mnie, okazało się, że się nie kwalifikuję. Szlag mnie trafił. Ale nie zdążyłam sprawdzić dlaczego. Bo pojechałam z Młodym do szpitala. A jak wiadomo miałam wtedy raczej na głowie pilnowanie mimiki jego twarzy i walkę z nudą oraz zjadanie jego obiadów szpitalnych, niż sprawdzanie, dlaczego coś nie wyszło. Tym bardziej, że kiedy jechałam do szpitala, owa szefowa zadzwoniła poinformować mnie, że przysłali jej kogoś, kto ma 50 lat i to na pewno nie kryterium wiekowe, na które stawiałam, bo w stażach było do 25 roku życia, albo powyżej 50. Odłożyłam sprawdzenie przyczyny na później, tym bardziej, że miałam wizytę na wczoraj.
No to poszłam. Zarejestrowałam zaspanym wzrokiem reformę UP. Teraz nie ma pośrednika I, II, III itd. Teraz pośrednicy są podzieleni według literek w nazwiskach bezrobotnych. Tym sposobem trafiłam do tego samego stanowiska. I zanim pan zadał mi standardowe pytanie: a stronę pani sprawdza? walnęłam prosto z mostu: dlaczego nie zostałam skierowana na staż, który załatwiam sobie, wydeptuję od sierpnia, walczę o pracę, a wy co? Pan konsternacja, gdyż trochę udramatyzowałam całą wypowiedź, poinformował mnie, że on nie wie, bo on nie z tego działu. Ale może pani z czegoś korzystała, jakieś szkolenia? No tak, mówię, szkolenie w lipcu. Pan triumfalnie: NO TO PRZEZ ROK NIE PRZYSŁUGUJE PANI ŻADNA INNA POMOC ZE STRONY UP!
Opadły mi ręce, nogi, szczęka, majtki nie, bo siedziałam, ale chyba nawet skarpetki się zsunęły kawalątek.
Zadzwoniłam więc do niedoszłej szefowej i powiedziałam co było powodem. I mówię, że teraz to i tak pozamiatane, bo przecież kogoś już ma. Ale gdzie tam! Samych debili jej przysłali, żaden się nie nadał. Ona chce mnie. No to w styczniu idziemy razem, ja na kolanach do naczelnika, żeby się zgodził mnie wspomóc. Bo taką opcję podpowiedział mi pan pośrednik.
Welcome to Poland......
Na dziś:
Pantera - Walk
Udałam się do urzędu pracy. Śmieszne, prawda? Możecie otrzeć łzy.
Wyznaczony termin, wizyta, dzień świstaka normalnie. Na głowie milion terminowych spraw, trzeba to pogodzić. Więc zerwałam się rano, żeby dojechać na drugi koniec świata i być zaraz po otwarciu tego przybytku dobroci. Potem czekała mnie wycieczka na rehabilitację, a jeszcze potem inne sprawy, które nie mogły czekać.
A teraz dygresyjka, prowadząca do owego dnia wczorajszego.
W lipcu byłam na szkoleniu. Znamiennym w wiele skutków, jak się później okazało i bardzo znaczącym dla wczorajszych informacji. W sierpniu pisałam jak to fajnie, bo była szansa na staż.
We wrześniu okazało się, że jednak nie, bo wydawało się w tej firmie, że potrzebują faceta, który obskoczy trzy stanowiska, mianowicie handlowca, biurowca i montera. No kopać się z koniem nie będę, ale absurdalne mi się to wydało. W każdym razie pozostałam otwarta na ową pracę. Bo daje mi duże możliwości. Bo się nadaję. Bo mam fajny głos przez telefon (tak powiedział jeden taki i tego się trzymam. A dzisiaj to mam niski, seksowny, pociągający nawet...). Ale nie. No to nie.
W listopadzie natomiast zadzwoniła do mnie przyszła szefowa i powiedziała, że ona przemyślała, nie wyrabia, potrzebuje. Że chce mnie i jedzie załatwić staż. Super. Ucieszyłam się niezmiernie.
Po kilku dniach zadzwoniła, że jednak po złożeniu wniosku i wskazaniu mnie, okazało się, że się nie kwalifikuję. Szlag mnie trafił. Ale nie zdążyłam sprawdzić dlaczego. Bo pojechałam z Młodym do szpitala. A jak wiadomo miałam wtedy raczej na głowie pilnowanie mimiki jego twarzy i walkę z nudą oraz zjadanie jego obiadów szpitalnych, niż sprawdzanie, dlaczego coś nie wyszło. Tym bardziej, że kiedy jechałam do szpitala, owa szefowa zadzwoniła poinformować mnie, że przysłali jej kogoś, kto ma 50 lat i to na pewno nie kryterium wiekowe, na które stawiałam, bo w stażach było do 25 roku życia, albo powyżej 50. Odłożyłam sprawdzenie przyczyny na później, tym bardziej, że miałam wizytę na wczoraj.
No to poszłam. Zarejestrowałam zaspanym wzrokiem reformę UP. Teraz nie ma pośrednika I, II, III itd. Teraz pośrednicy są podzieleni według literek w nazwiskach bezrobotnych. Tym sposobem trafiłam do tego samego stanowiska. I zanim pan zadał mi standardowe pytanie: a stronę pani sprawdza? walnęłam prosto z mostu: dlaczego nie zostałam skierowana na staż, który załatwiam sobie, wydeptuję od sierpnia, walczę o pracę, a wy co? Pan konsternacja, gdyż trochę udramatyzowałam całą wypowiedź, poinformował mnie, że on nie wie, bo on nie z tego działu. Ale może pani z czegoś korzystała, jakieś szkolenia? No tak, mówię, szkolenie w lipcu. Pan triumfalnie: NO TO PRZEZ ROK NIE PRZYSŁUGUJE PANI ŻADNA INNA POMOC ZE STRONY UP!
Opadły mi ręce, nogi, szczęka, majtki nie, bo siedziałam, ale chyba nawet skarpetki się zsunęły kawalątek.
Zadzwoniłam więc do niedoszłej szefowej i powiedziałam co było powodem. I mówię, że teraz to i tak pozamiatane, bo przecież kogoś już ma. Ale gdzie tam! Samych debili jej przysłali, żaden się nie nadał. Ona chce mnie. No to w styczniu idziemy razem, ja na kolanach do naczelnika, żeby się zgodził mnie wspomóc. Bo taką opcję podpowiedział mi pan pośrednik.
Welcome to Poland......
Na dziś:
Pantera - Walk
czwartek, 18 grudnia 2014
[324] Zastanawiam się
Jestem naiwna. Wierzcie mi, łatwo mnie wrobić. Łatwym celem jestem od zawsze. Z tym, że od kilku lat bardziej świadomym.
Nie rozpaczam nad tym, że ktoś mnie wykorzystał. Że coś straciłam, albo że wyszłam na idiotkę. To są rzeczy do ominięcia. Ale ponieważ jestem świadoma siebie i swojego życia, jego jakości i zależności jakie panują między ciałem, umysłem i duchem, wiem, że największą krzywdę zrobiłabym sobie sama, ubolewając nad zaistniałą sytuacją.
Zaczęłam swoją osobistą analizę. Najpierw dlaczego ten konkretny ktoś postąpił tak, jak postąpił. Czy to, że nie potrafi inaczej jest wynikiem jego wychowania? A może inaczej nie potrafi? Geny? A może zwyczajna maska.Ukryć coś jest łatwo. Ale ja widzę czasem więcej, niż się wydaje.
Potem zastanowiłam się, co przez to osiągnął. Nic.
A co stracił? Twarz. Mnie. Kogoś, z kim wymienił blisko tysiąc smsów, przeprowadził mnóstwo rozmów, rozmawiał o życiu, śmiał się i...pokazywał czasem wrażliwość. Odkrywał maskę.
A potem nagle. Bez ostrzeżenia. Ciach. I po sprawie.
Ciach spowodowało, że zatrzymałam się na krawędzi przepaści nie wiedząc co dalej. Oparcie zniknęło, a ja nie bardzo wiedziałam co zrobić. To takie uczucie kiedy się czegoś spodziewamy, jakiegoś oporu, blokady, a tego nie ma, nie znajdujemy. Jest pustka. I ja znalazłam się w takiej pustce właśnie.
Zostałam na polu boju z mieczem w dłoni. Przeciwnik zwiał.
A miał mieć taki zajebisty dystans.
Jak to kobieta, albo może przynajmniej jak to ja, puszczona w ruch analiza toczy się dalej. Rozpatruję zbiegi okoliczności, sygnały i znaki. Stawiam pytania, ale nie mam na nie odpowiedzi. Może kiedyś przyjdą, ale to chyba nie ten czas jeszcze.
Zastanawiam się, co się mogło stać, ale nie co ja takiego zrobiłam/powiedziałam. Nie szukam usprawiedliwienia, ale racjonalnego, namacalnego wytłumaczenia.
Nie jest mi z tym wszystkim źle. Może poza utratą interlokutora.
Było mi smutno, ale mi przeszło.
Teraz planuję zemstę.
Tak to jest jak szukasz i znajdujesz.
Na dziś:
Godsmack - Cryin' like a bitch
Nie rozpaczam nad tym, że ktoś mnie wykorzystał. Że coś straciłam, albo że wyszłam na idiotkę. To są rzeczy do ominięcia. Ale ponieważ jestem świadoma siebie i swojego życia, jego jakości i zależności jakie panują między ciałem, umysłem i duchem, wiem, że największą krzywdę zrobiłabym sobie sama, ubolewając nad zaistniałą sytuacją.
Zaczęłam swoją osobistą analizę. Najpierw dlaczego ten konkretny ktoś postąpił tak, jak postąpił. Czy to, że nie potrafi inaczej jest wynikiem jego wychowania? A może inaczej nie potrafi? Geny? A może zwyczajna maska.Ukryć coś jest łatwo. Ale ja widzę czasem więcej, niż się wydaje.
Potem zastanowiłam się, co przez to osiągnął. Nic.
A co stracił? Twarz. Mnie. Kogoś, z kim wymienił blisko tysiąc smsów, przeprowadził mnóstwo rozmów, rozmawiał o życiu, śmiał się i...pokazywał czasem wrażliwość. Odkrywał maskę.
A potem nagle. Bez ostrzeżenia. Ciach. I po sprawie.
Ciach spowodowało, że zatrzymałam się na krawędzi przepaści nie wiedząc co dalej. Oparcie zniknęło, a ja nie bardzo wiedziałam co zrobić. To takie uczucie kiedy się czegoś spodziewamy, jakiegoś oporu, blokady, a tego nie ma, nie znajdujemy. Jest pustka. I ja znalazłam się w takiej pustce właśnie.
Zostałam na polu boju z mieczem w dłoni. Przeciwnik zwiał.
A miał mieć taki zajebisty dystans.
Jak to kobieta, albo może przynajmniej jak to ja, puszczona w ruch analiza toczy się dalej. Rozpatruję zbiegi okoliczności, sygnały i znaki. Stawiam pytania, ale nie mam na nie odpowiedzi. Może kiedyś przyjdą, ale to chyba nie ten czas jeszcze.
Zastanawiam się, co się mogło stać, ale nie co ja takiego zrobiłam/powiedziałam. Nie szukam usprawiedliwienia, ale racjonalnego, namacalnego wytłumaczenia.
Nie jest mi z tym wszystkim źle. Może poza utratą interlokutora.
Było mi smutno, ale mi przeszło.
Teraz planuję zemstę.
Tak to jest jak szukasz i znajdujesz.
Na dziś:
Godsmack - Cryin' like a bitch
poniedziałek, 8 grudnia 2014
[323] Niemożliwe
Rzeczy niemożliwe robię od ręki. Na cuda trzeba poczekać.
Parafrazując wszelkie memy i inne tego typu hasła.
Cała ja. Czasem się zastanawiam dlaczego, ale chyba już wiem.
Tak jest bardzo często. Na przykład kiedy idę do urzędu coś załatwić. Wredne, przecież, urzędniczki są miłe, urzędnicy też. Jeszcze tylko zaczaruję panie w urzędzie pracy, bo ostatnio odrzucono mnie ze stażu. Dogadałam się na staż. I super, pasowało i mnie i przyszłej szefowej. Znajomej, z która miałam pracować od sierpnia. Poszła do urzędu ze wskazaniem mnie na stażystkę. I co? I psinco. Odrzucono mnie, bo nie spełniam kryterium wiekowego. Jestem w czarnej dziurze, bo po 30 i przed 50. Totalna paranoja. Ale mam to gdzieś.
Tak samo mam z miejscami parkingowymi. zdarzyło mi się może dwa razy, że długo szukałam miejsca. Możecie wierzyć lub nie, ale nawet mam świadka, że miejsce, pod prawie samym wejściem, na zatłoczonym parkingu, jak mówię, że jest, to jest. I tak właśnie mam.
Ale dzisiaj to przeszłam samą siebie. Do teraz jestem w lekkim szoku.
Otóż w szpitalu Młody rozpoczął rehabilitację. Paraliż nerwu twarzowego to dość poważna rzecz. No i w piątek przy wypisie pani doktor mnie pyta, czy mam już miejsce, gdzie będziemy chodzić na rehabilitację. Zgodnie z prawdą i rozbrajającą szczerością powiedziałam, że nie. Spojrzenia, jakie mi posłała, nie chcielibyście widzieć. Coś między niedowierzaniem, wypisanym w oczach zarzutem "to ty nie wiesz jak to z enefzetem jest?", po "co za kretynka".
Wygonili nas z tego szpitala 5 minut przed obiadem. Szczerze mówiąc to czaiłam się na tę rybę, bo trzeba im przyznać w miarę dobre jedzenie tam mają. Niestety, wparowała salowa, bo ona umyć łóżko musi. No to poszliśmy sobie. Nawet nie wiedząc, że na oddziale w gościach był Rzecznik Praw Dziecka. Szkoda, bo uścisnęłabym mu rękę, mówiąc: "Cześć, znamy się z FB. Mam Cię w znajomych".
Wracając do niemożliwych spraw.
W piątek, na luzie zadzwoniłam sobie do najbliższego centrum rehabilitacji. Powiedziałam, że na skierowaniu mam pilne, że Młody, że paraliż, że co mam zrobić. Pani coś mruknęła, powiedziała, że mam przyjść dzisiaj, tak do 11.00, bo wtedy jeszcze masażysta jest. No mi dwa razy nie trzeba mówić. Wparowałam więc dzisiaj z latoroślem, a tam niespodzianka. Rejestracja nieczynna. To poszłam do takich drzwi co za okienko robiły i mówię w czym rzecz. Pani sroga, warcząca, "pilne to na luty". No to mówię: w lutym to będzie pozamiatane, a mi kazała pani z rejestracji przyjść dzisiaj. Pani wzięła skierowanie i poszła. Przyszła odmieniona. Z uśmiechem. " Pani pamięta, żeby miał obuwie na zmianę, proszę tu podpisać i od dzisiaj zaczynamy". Kopara mi lekko opadła. Ale jak dają to biorę. Młody polatał na bosaka od pokoju do pokoju, ćwiczenia w domu mamy robić jak robimy, a tam tylko lasery, lampy i masaż. I git. Dwa tygodnie. Więc szkoła dopiero w styczniu. Cóż. Pobawię się w nauczycielkę. Mam nawet taką długą linijkę, niestety nie drewnianą.
Tak więc da się? Da.
Mam tylko nadzieję, że nie pomylili nazwiska i nie zabrałam miejsca jakiemuś VIP-owi. Bo ja odmawiam zeznań :)
Na dziś:
Sully Erna - Broken Road
Parafrazując wszelkie memy i inne tego typu hasła.
Cała ja. Czasem się zastanawiam dlaczego, ale chyba już wiem.
Tak jest bardzo często. Na przykład kiedy idę do urzędu coś załatwić. Wredne, przecież, urzędniczki są miłe, urzędnicy też. Jeszcze tylko zaczaruję panie w urzędzie pracy, bo ostatnio odrzucono mnie ze stażu. Dogadałam się na staż. I super, pasowało i mnie i przyszłej szefowej. Znajomej, z która miałam pracować od sierpnia. Poszła do urzędu ze wskazaniem mnie na stażystkę. I co? I psinco. Odrzucono mnie, bo nie spełniam kryterium wiekowego. Jestem w czarnej dziurze, bo po 30 i przed 50. Totalna paranoja. Ale mam to gdzieś.
Tak samo mam z miejscami parkingowymi. zdarzyło mi się może dwa razy, że długo szukałam miejsca. Możecie wierzyć lub nie, ale nawet mam świadka, że miejsce, pod prawie samym wejściem, na zatłoczonym parkingu, jak mówię, że jest, to jest. I tak właśnie mam.
Ale dzisiaj to przeszłam samą siebie. Do teraz jestem w lekkim szoku.
Otóż w szpitalu Młody rozpoczął rehabilitację. Paraliż nerwu twarzowego to dość poważna rzecz. No i w piątek przy wypisie pani doktor mnie pyta, czy mam już miejsce, gdzie będziemy chodzić na rehabilitację. Zgodnie z prawdą i rozbrajającą szczerością powiedziałam, że nie. Spojrzenia, jakie mi posłała, nie chcielibyście widzieć. Coś między niedowierzaniem, wypisanym w oczach zarzutem "to ty nie wiesz jak to z enefzetem jest?", po "co za kretynka".
Wygonili nas z tego szpitala 5 minut przed obiadem. Szczerze mówiąc to czaiłam się na tę rybę, bo trzeba im przyznać w miarę dobre jedzenie tam mają. Niestety, wparowała salowa, bo ona umyć łóżko musi. No to poszliśmy sobie. Nawet nie wiedząc, że na oddziale w gościach był Rzecznik Praw Dziecka. Szkoda, bo uścisnęłabym mu rękę, mówiąc: "Cześć, znamy się z FB. Mam Cię w znajomych".
Wracając do niemożliwych spraw.
W piątek, na luzie zadzwoniłam sobie do najbliższego centrum rehabilitacji. Powiedziałam, że na skierowaniu mam pilne, że Młody, że paraliż, że co mam zrobić. Pani coś mruknęła, powiedziała, że mam przyjść dzisiaj, tak do 11.00, bo wtedy jeszcze masażysta jest. No mi dwa razy nie trzeba mówić. Wparowałam więc dzisiaj z latoroślem, a tam niespodzianka. Rejestracja nieczynna. To poszłam do takich drzwi co za okienko robiły i mówię w czym rzecz. Pani sroga, warcząca, "pilne to na luty". No to mówię: w lutym to będzie pozamiatane, a mi kazała pani z rejestracji przyjść dzisiaj. Pani wzięła skierowanie i poszła. Przyszła odmieniona. Z uśmiechem. " Pani pamięta, żeby miał obuwie na zmianę, proszę tu podpisać i od dzisiaj zaczynamy". Kopara mi lekko opadła. Ale jak dają to biorę. Młody polatał na bosaka od pokoju do pokoju, ćwiczenia w domu mamy robić jak robimy, a tam tylko lasery, lampy i masaż. I git. Dwa tygodnie. Więc szkoła dopiero w styczniu. Cóż. Pobawię się w nauczycielkę. Mam nawet taką długą linijkę, niestety nie drewnianą.
Tak więc da się? Da.
Mam tylko nadzieję, że nie pomylili nazwiska i nie zabrałam miejsca jakiemuś VIP-owi. Bo ja odmawiam zeznań :)
Na dziś:
Sully Erna - Broken Road
[322] Czasami.
Czasami wolę nie być taka sprytna. Nie wykorzystywać zdolności znajdowania. nie szukać, nie wiedzieć, nie myśleć.
Ale z drugiej strony to bardzo fajna umiejętność. Nic się przede mną nie ukryje. a przynajmniej niewiele.
No więc znalazłam to, czego nie chciałam. Przemieliłam. I chyba wiem, co z tym zrobię. Albo nie wiem. Jeszcze się zastanawiam.
Mikołaj natomiast, jakiś taki nie teges w ostatnich czasach. Omija mnie szerokim łukiem, ale myślę, że to z tego powodu, że grzeczna to ja nie byłam. Ani bardzo, ani trochę. W takim razie olałam gościa i poszłam sobie kupić patelnie. Dwie. Bo moje objedzone z teflonu już były. Tak, wiem, niezdrowo, szkodliwie i inne takie. Niestety, taki lajf. Odeszły więc dwie na zasłużony odpoczynek, a na ich miejsce przyszły dwa nowe wynalazki, z ceramiczną powłoką. Przetestujemy co to. Ale tak serio to chyba jedyna słuszna opcja, to patelnia żeliwna.
Do patelni w kolorze zielonym dokupiłam łopatkę do przewracania kotletów i w porywie szału zakupowego łyżkę w takim samym kolorze, do nabierania sosów i mieszania w garze. Oraz deskę do krojenia. Patelnia czerwona jest do naleśników między innymi. Wszystko razem za niewielką kwotę i z tego jestem dumna.
Wczoraj natomiast obdarzono mnie robotą. Jako że z przyczyn technicznych nie byłam obecna na kiermaszu świątecznym, dostałam za karę do policzenia kasę.
Przywieziono mi "kasetkę". No niewielka. Ale mało się nie złamałam pod jej ciężarem. 14,2 kg złomu! Policzyłam to. prawie 4,5 tys w drobniakach. Współczujcie mi!
Ale z drugiej strony to bardzo fajna umiejętność. Nic się przede mną nie ukryje. a przynajmniej niewiele.
No więc znalazłam to, czego nie chciałam. Przemieliłam. I chyba wiem, co z tym zrobię. Albo nie wiem. Jeszcze się zastanawiam.
Mikołaj natomiast, jakiś taki nie teges w ostatnich czasach. Omija mnie szerokim łukiem, ale myślę, że to z tego powodu, że grzeczna to ja nie byłam. Ani bardzo, ani trochę. W takim razie olałam gościa i poszłam sobie kupić patelnie. Dwie. Bo moje objedzone z teflonu już były. Tak, wiem, niezdrowo, szkodliwie i inne takie. Niestety, taki lajf. Odeszły więc dwie na zasłużony odpoczynek, a na ich miejsce przyszły dwa nowe wynalazki, z ceramiczną powłoką. Przetestujemy co to. Ale tak serio to chyba jedyna słuszna opcja, to patelnia żeliwna.
Do patelni w kolorze zielonym dokupiłam łopatkę do przewracania kotletów i w porywie szału zakupowego łyżkę w takim samym kolorze, do nabierania sosów i mieszania w garze. Oraz deskę do krojenia. Patelnia czerwona jest do naleśników między innymi. Wszystko razem za niewielką kwotę i z tego jestem dumna.
Wczoraj natomiast obdarzono mnie robotą. Jako że z przyczyn technicznych nie byłam obecna na kiermaszu świątecznym, dostałam za karę do policzenia kasę.
Przywieziono mi "kasetkę". No niewielka. Ale mało się nie złamałam pod jej ciężarem. 14,2 kg złomu! Policzyłam to. prawie 4,5 tys w drobniakach. Współczujcie mi!
wtorek, 2 grudnia 2014
[321] Ech, życie...
Na początek emocjonujące rozwiązanie zagadki. Nie, Dreamu, nie trafiłaś, ale byłaś blisko. Pomyliłaś się tylko o 1!
Reszta emocji, zupełnie jak w kinie akcji. Żartowałam.
Wybrałam się na pocztę. Przypisaną temu adresu. Pierwszy raz, dodam na swe usprawiedliwienie.
Oczywiście co pierwsze robi Natt, jak ma gdzieś dojść / dojechać?
Sprawdza wszystko na mapie, jak na geografa przystało. A że leniwy geograf ze mnie i nie posiadam papierzastej mapy, nad czym ubolewam, ale szkoda mi kasy szczerze mówiąc, skoro wszystko w internetach jest, to korzystam z map google. Bo lubię.
No to zobaczyłam.
Potem skorzystałam z jak dojadę, bo też lubię. No i tu zaczęły się schody. Bo jakoś krzywo spojrzałam i ...jak wysiadłam z autobusu to poszłam sobie w ... siną dal. Jakieś 3 km musiałam sobie przejść, bez pobocza, terenem fabrycznym, więc tiry i inne pojazdy na mnie dziwnie patrzały. Ale szłam, w cichości klnąc, bo o ile w głowę nie marzłam, w nogi nie marzłam, w cyc...w plecy i przód też nie marzłam, to zmarzłam niemożebnie w ręce. W rękawiczkach były! Chyba mi się zużył windstoper w moich ukochanych czarnych narciarskich. Bardzo cierpię z tego powodu.
No i doszłam do tej poczty, zrobiwszy ogromne kółko po bezchodnikach. W połowie drogi przyznałam sama sobie nagrodę w kategorii survival. Jednak prawdziwa natura wychodzi. Znaczy ten wczesnodziecięcy blond. Przeżył.
I tak, pokonana, nie tylko przez drogę na pocztę, ale także przez randkę, która nie doszła do skutku, bo facet to świnia, pojechałam do szpitala, pograć w genialną grę, którą zakupię, jak tylko znajdę na nią fundusze.
Oraz poszukam puzzli, tak około 10 tys. elementów. Podobno to uspokaja.
A propos puzzli.
W szpitalu są panie, które przychodzą i smęcą. Takie KO. Przynoszą gry, układanki, a także znęcają się nad dziećmi, każąc im robić ozdoby. No to te dzieci na początku niechętnie, ale potem z wielką radością robią: aniołki, choinki, gwiazdki, grają w rewelacyjne gry planszowe, dają się wciągać w rywalizację. Tablety idą na bok. A taka pani to skarb. Musi być upierdliwa i marudząca. nie odpuszcza, zupełnie jak Tommy Lee Jones w Ściganym. Jak bulterier, jak złapie, to nie puści. I bardzo jestem pani KO wdzięczna.
Ale. Pani, zobaczywszy Młodego, przyniosła mu puzzle. Taka żenada, że Młody mało pani wzrokiem nie zabił. To tłumaczę pani, że motylka to on układał nie będzie, bo ten etap rozwoju ma za sobą już od jakichś 5-6 lat. To pani przyniosła, tadam!, 100 elementów. Już nic nie powiedziałam, ale pani widząc jak na nią patrzę mruknęła pod nosem: to też za łatwe..Więcej nie próbowała, ale przyniosła kilka świetnych gier i jutro zamierzam je przetestować, a potem się zobaczy.
Taka zaleta szpitala.
poniedziałek, 1 grudnia 2014
[320] Matka wyrodna
Leżymy w szpitalu dalej. To znaczy właściwie nie leżymy, bo leżeniem to tego nazwać nie można.
Młody dzisiaj miał focha, ale mu minęło i skończyło się na całusach i wyznawaniu miłości.
Ja też nie siedzę tam ciągle. Na noc nie zostaję, w dzień też wychodzę. Młody jest na tyle samodzielny, że nie ma obaw. To dziecko jest inne.
Obok leży chłopak starszy o 4 lata i to jest tragedia. Jestem zniesmaczona i niesamowicie szczęśliwa, że udało mi się, przynajmniej do teraz, wychować moje dzieciaki na takie, jakimi są.
Nie będę opisywać, ale Młody zawstydził gościa wielokrotnie. Co odniosło skutek pozytywny, więc może przynajmniej przyłoży się ów gość do rehabilitacji. Bo dolega mu to samo co Młodemu.
Co u mnie? Latawica jestem. Znaczy z racji uziemienia, jednak, szpitalnego, ograniczony łańcuch mam, ale załatwiam milion spraw. A kto mi zabroni. Przestałam już składać rano łóżko, i bardzo mi się nie podoba bałagan na stole, ale trudno. Jutro muszę odebrać trzy polecone, od piątku czekają na mnie. A potem mam randkę. Tak dla rozrywki. A potem oczywiście wracam do szpitala.
Niestety, jutro ominie mnie obiad. Obiady są całkiem niezłe. Młody je różnie, nie wszystko mu pasuje, ale zawsze czymś się podzieli. Najczęściej zupą. I ziemniakami. Tak więc nie chodzę głodna. Co mnie zadziwiło, nie ma przydziałowych kanapek na śniadanie i kolację, tylko tyle, ile ktoś chce. I zawsze jest wybór z czym te kanapki mają być. To był dla mnie szok. Ale dzięki temu wychodzę stamtąd najedzona. Bo panie same proponują wszystkim. Zupełnie jak nie w Polsce.
Kolejny plus szpitala: Młody ma wszelakie badania. Jutro okulista. Boreliozę wykluczono. Słuch ma dobry. Kręgosłup w porządku. Co mnie dziwi, bo kto go widział to wie, jaka to chuda szkapa jest. Nie zmógł go tornister.
A jeszcze o oczach. Młodemu pogorszył się wzrok. Wiem, że to rodzinne, więc postanowiłam go zapisać. Zapisy na przyszły rok były od piątku. Siedziałam więc w sali i klikałam.
Zgadnijcie, ile razy próbowałam się połączyć, zanim udało mi się zapisać nas wszystkich do okulisty? Ciekawa jestem kto trafi. A jutro pokażę Wam zrzut z ekranu.
Młody dzisiaj miał focha, ale mu minęło i skończyło się na całusach i wyznawaniu miłości.
Ja też nie siedzę tam ciągle. Na noc nie zostaję, w dzień też wychodzę. Młody jest na tyle samodzielny, że nie ma obaw. To dziecko jest inne.
Obok leży chłopak starszy o 4 lata i to jest tragedia. Jestem zniesmaczona i niesamowicie szczęśliwa, że udało mi się, przynajmniej do teraz, wychować moje dzieciaki na takie, jakimi są.
Nie będę opisywać, ale Młody zawstydził gościa wielokrotnie. Co odniosło skutek pozytywny, więc może przynajmniej przyłoży się ów gość do rehabilitacji. Bo dolega mu to samo co Młodemu.
Co u mnie? Latawica jestem. Znaczy z racji uziemienia, jednak, szpitalnego, ograniczony łańcuch mam, ale załatwiam milion spraw. A kto mi zabroni. Przestałam już składać rano łóżko, i bardzo mi się nie podoba bałagan na stole, ale trudno. Jutro muszę odebrać trzy polecone, od piątku czekają na mnie. A potem mam randkę. Tak dla rozrywki. A potem oczywiście wracam do szpitala.
Niestety, jutro ominie mnie obiad. Obiady są całkiem niezłe. Młody je różnie, nie wszystko mu pasuje, ale zawsze czymś się podzieli. Najczęściej zupą. I ziemniakami. Tak więc nie chodzę głodna. Co mnie zadziwiło, nie ma przydziałowych kanapek na śniadanie i kolację, tylko tyle, ile ktoś chce. I zawsze jest wybór z czym te kanapki mają być. To był dla mnie szok. Ale dzięki temu wychodzę stamtąd najedzona. Bo panie same proponują wszystkim. Zupełnie jak nie w Polsce.
Kolejny plus szpitala: Młody ma wszelakie badania. Jutro okulista. Boreliozę wykluczono. Słuch ma dobry. Kręgosłup w porządku. Co mnie dziwi, bo kto go widział to wie, jaka to chuda szkapa jest. Nie zmógł go tornister.
A jeszcze o oczach. Młodemu pogorszył się wzrok. Wiem, że to rodzinne, więc postanowiłam go zapisać. Zapisy na przyszły rok były od piątku. Siedziałam więc w sali i klikałam.
Zgadnijcie, ile razy próbowałam się połączyć, zanim udało mi się zapisać nas wszystkich do okulisty? Ciekawa jestem kto trafi. A jutro pokażę Wam zrzut z ekranu.
piątek, 28 listopada 2014
[319] Dzisiaj będzie twarzowo
Zanim Młody rozpracuje oddział neurologiczny, zdążę napisać post o tym, co nam się, a właściwie jemu przydarzyło.
Przewiało mi go po basenie w poniedziałek. Wracając ze szkoły powiedział, że powieka mu tak dziwnie się nie domyka. Ja tam nic nie zobaczyłam, swym fachowym okiem, postanowiłam poczekać. We wtorek wieczorem oko zaczerwieniało, łzawiło, ot, może dostała mu się woda, pomyślałam. Chciałam go w środę zabrać do lekarza, ale niestety, numerków już nie było, więc zapisano nas na czwartek. Gdybym wiedziała, że to co przypuszczam, jest trafną diagnozą, to w środę bym im nie popuściła. Poszliśmy więc w czwartek. Po kilku śmiesznych testach (wiecie jak to jest szczerzyć zęby ze sparaliżowaną połową twarzy?) i stwierdzeniu, że szkoda, że to nie halloween (bo Młody przypominał twór dra Frankensteina) dostaliśmy skierowanie do szpitala, bo lekarze w przychodni tego nie leczą. No to pojechaliśmy do domu, spakowaliśmy na wszelki wypadek jakieś utensylia w postaci szczoteczki, pasty, ręcznika, kubka i innych, udaliśmy się do dziecięcego SPA (nazwa zapożyczona od cioci Frytki). Tam, według lekarza z przychodni, nota bene przystojniaka jakich mało, miało być leczenie sterydami, ale na razie ze sterydów mamy witaminę b12 i żel do oka, żeby rogówka nie wyschła. Może i ten tydzień co najmniej też okaże się bujdą na resorach.
Ja, jako ta wyrodna matka, nie sypiam z dzieckiem na jednym łóżku, bez kołdry i poduszki, tak więc latam z Młodym po konsultacjach w dzień, po rehabilitacjach, kardiologach, laryngologach i innych, a na noc wracam do swego łóżka, zastanawiając się, dlaczego jestem tak ograniczona umysłowo i składam wszystko rano, skoro wiem, że wrócę dopiero wieczorem, padnięta i na pewno nie marzę o rozkładaniu wszystkiego od nowa.
Tak więc teraz idę spać, bo rano pobudka.
Trzymajcie się.
PS: Nieskromnie powiem, że grono wielbicielek Młodego poszerzyło się o: pielęgniarki, lekarki, tabun rehabilitantek, które go sobie wyrywały dzisiaj z rąk. Wszystko przez te długie włosy.
Za chwilę Młody będzie ekspertem w regulacji szpitalnego łóżka, będzie umiał to robić z przymkniętym lewym okiem, albo przez sen. O wszystkich innych możliwych przyciskach nie wspomnę.
Dobranoc.
Przewiało mi go po basenie w poniedziałek. Wracając ze szkoły powiedział, że powieka mu tak dziwnie się nie domyka. Ja tam nic nie zobaczyłam, swym fachowym okiem, postanowiłam poczekać. We wtorek wieczorem oko zaczerwieniało, łzawiło, ot, może dostała mu się woda, pomyślałam. Chciałam go w środę zabrać do lekarza, ale niestety, numerków już nie było, więc zapisano nas na czwartek. Gdybym wiedziała, że to co przypuszczam, jest trafną diagnozą, to w środę bym im nie popuściła. Poszliśmy więc w czwartek. Po kilku śmiesznych testach (wiecie jak to jest szczerzyć zęby ze sparaliżowaną połową twarzy?) i stwierdzeniu, że szkoda, że to nie halloween (bo Młody przypominał twór dra Frankensteina) dostaliśmy skierowanie do szpitala, bo lekarze w przychodni tego nie leczą. No to pojechaliśmy do domu, spakowaliśmy na wszelki wypadek jakieś utensylia w postaci szczoteczki, pasty, ręcznika, kubka i innych, udaliśmy się do dziecięcego SPA (nazwa zapożyczona od cioci Frytki). Tam, według lekarza z przychodni, nota bene przystojniaka jakich mało, miało być leczenie sterydami, ale na razie ze sterydów mamy witaminę b12 i żel do oka, żeby rogówka nie wyschła. Może i ten tydzień co najmniej też okaże się bujdą na resorach.
Ja, jako ta wyrodna matka, nie sypiam z dzieckiem na jednym łóżku, bez kołdry i poduszki, tak więc latam z Młodym po konsultacjach w dzień, po rehabilitacjach, kardiologach, laryngologach i innych, a na noc wracam do swego łóżka, zastanawiając się, dlaczego jestem tak ograniczona umysłowo i składam wszystko rano, skoro wiem, że wrócę dopiero wieczorem, padnięta i na pewno nie marzę o rozkładaniu wszystkiego od nowa.
Tak więc teraz idę spać, bo rano pobudka.
Trzymajcie się.
PS: Nieskromnie powiem, że grono wielbicielek Młodego poszerzyło się o: pielęgniarki, lekarki, tabun rehabilitantek, które go sobie wyrywały dzisiaj z rąk. Wszystko przez te długie włosy.
Za chwilę Młody będzie ekspertem w regulacji szpitalnego łóżka, będzie umiał to robić z przymkniętym lewym okiem, albo przez sen. O wszystkich innych możliwych przyciskach nie wspomnę.
Dobranoc.
niedziela, 23 listopada 2014
[318] Fantazja ułańska
Poniosło mnie. Na razie tylko i wyłącznie w planowaniu. Ale obawiam się, że jutro nawiedzę duży sklep z ciastem w nazwie. Dział Szaf Z Drzwiami Suwanymi.
Do nadania nowego imidżu mojej szafie potrzebuję kilka rzeczy. Tak się nawet zastanawiam, czy nie łatwiej będzie zwyczajnie zrobić sobie szafę od podstaw, zupełnie nową. Ale na razie wymyśliłam, że potrenuję na tej co ją mam. (Bo szafę zrobię, to bardziej niż pewne. Narożną. Do pokoju Kudłatej).
Potrzebuję więc prowadnice, wózki, trochę śrubek. Płytę HDF. Kilka desek. Papier ścierny. Pędzle. I farby. Potem tylko jeszcze nie wiem czy wosk, czy jednak lakier.
Oraz mam zagwozdkę, bo muszę up...odciąć kawał płyty z mebla. To paździerz pewnie. Teraz muszę się dowiedzieć czym.
Ot, takie mam zajęcie przy niedzieli.
Do nadania nowego imidżu mojej szafie potrzebuję kilka rzeczy. Tak się nawet zastanawiam, czy nie łatwiej będzie zwyczajnie zrobić sobie szafę od podstaw, zupełnie nową. Ale na razie wymyśliłam, że potrenuję na tej co ją mam. (Bo szafę zrobię, to bardziej niż pewne. Narożną. Do pokoju Kudłatej).
Potrzebuję więc prowadnice, wózki, trochę śrubek. Płytę HDF. Kilka desek. Papier ścierny. Pędzle. I farby. Potem tylko jeszcze nie wiem czy wosk, czy jednak lakier.
Oraz mam zagwozdkę, bo muszę up...odciąć kawał płyty z mebla. To paździerz pewnie. Teraz muszę się dowiedzieć czym.
Ot, takie mam zajęcie przy niedzieli.
sobota, 22 listopada 2014
[317] Pierwsza!
Szybko napiszę, zanim reszta dopadnie do komputerów.
- G4, aczkolwiek w okrojonym składzie, odbyło się.
- Mamy nadzieję, że to początek tradycji.
- FILODENDRON i FIOŁEK mają wiele wspólnego z PTAKIEM.
- Wściekłe psy leczą schorowany żołądek i są całkiem całkiem. Szczególnie, jeśli ktoś nie umie liczyć:
" - raz.......dwa.....ups!"
To było tobasco, które uwielbiam od wczoraj. Szczególnie w połączeniu z sokiem malinowym.
- To, że Tygrys w ogóle żyje, tak mi się wydaje, bo ziemistej cery, poza jednym wyjątkiem, nie miała, to CUD. Wierzcie mi, to co wyprawiała przez swe życie, całkiem krótkie, jak się okazało, bo to młode płoche dziewczę jest, no dobra, może nie płoche, ale młode tak, wystarczyłoby do obdzielenia połowy ludzkości. A ta wszystko sama.
- Opowieści o laktacji zostawię za zasłoną milczenia.
- Wydało się, że Tygrys jest Nietoperzem. Słowo mówione prawie szeptem w pokoju, słyszała w łazience i w kuchni. A moje dzieci nie słyszą!
- Tygrys smaży mega idealnie symetryczne naleśniki, a Frytka idealnie równiutko rozsmarowuje masę serową, o idealnej grudkowatości i słodyczy, po onych.
- Wiedzą już, gdzie kawa i herbata.
- Nie zawsze to co miękkie jest miękkie, a twarde twarde.
A teraz czekajcie na relację pozostałych.
Na dziś:
KSU - Ustrzyki
Specjalna dedykacja :))
- G4, aczkolwiek w okrojonym składzie, odbyło się.
- Mamy nadzieję, że to początek tradycji.
- FILODENDRON i FIOŁEK mają wiele wspólnego z PTAKIEM.
- Wściekłe psy leczą schorowany żołądek i są całkiem całkiem. Szczególnie, jeśli ktoś nie umie liczyć:
" - raz.......dwa.....ups!"
To było tobasco, które uwielbiam od wczoraj. Szczególnie w połączeniu z sokiem malinowym.
- To, że Tygrys w ogóle żyje, tak mi się wydaje, bo ziemistej cery, poza jednym wyjątkiem, nie miała, to CUD. Wierzcie mi, to co wyprawiała przez swe życie, całkiem krótkie, jak się okazało, bo to młode płoche dziewczę jest, no dobra, może nie płoche, ale młode tak, wystarczyłoby do obdzielenia połowy ludzkości. A ta wszystko sama.
- Opowieści o laktacji zostawię za zasłoną milczenia.
- Wydało się, że Tygrys jest Nietoperzem. Słowo mówione prawie szeptem w pokoju, słyszała w łazience i w kuchni. A moje dzieci nie słyszą!
- Tygrys smaży mega idealnie symetryczne naleśniki, a Frytka idealnie równiutko rozsmarowuje masę serową, o idealnej grudkowatości i słodyczy, po onych.
- Wiedzą już, gdzie kawa i herbata.
- Nie zawsze to co miękkie jest miękkie, a twarde twarde.
A teraz czekajcie na relację pozostałych.
Na dziś:
KSU - Ustrzyki
Specjalna dedykacja :))
czwartek, 20 listopada 2014
[316] Heroina
Spokojnie mogę przyznać sobie osobiście tytuł bohatera w swoim domu.
Złożyłam szafę, co to ją dostałam dzień po regałach. Sama.
I tu zaczęły się schody. Albo może raczej przygoda miesiąca.
Otóż.
Pan, który mi ją pomagał pakować, nie dał mi śrub, bo "bo nie wiem gdzie one są i czy w ogóle były". Kij z tym, pomyślałam sobie, śruby sobie znajdę.
Przytargałam wszystko do domu i tak sobie leżało. Do dzisiaj. Wczoraj znalazłam śruby sztuk cztery. A potrzebowałam dwanaście. Nie byłabym sobą, gdybym nie wyczarowała tych brakujących. Zwyczajnie wykręciłam je z ...resztki segmentu, która nie wiem do czego mi posłuży. Znaczy już wiem. I do tego co będzie robiła ta resztka, zupełnie wystarczą te, które zostały.
Więc skręciłam szafę. Nawet ją postawiłam.
I....
Okazało się, że trzydrzwiowa szafa ma tychże tylko dwie sztuki. Taki mały szczególik. Wobec tego mam już zajęcie na najbliższe wieczory. Ponieważ potrzebuję koszyki. A te mogę sobie sama wypleść. Z papierowej wikliny oczywiście. Będą ładnie wyglądały zza nieistniejących drzwi.
Poza tym, chyba zrobię jej metamorfozę. Prawdopodobnie ładnie jej będzie w wintydżu. Nie omieszkam się pochwalić.
A teraz idę odpocząć.
Następny wpis dopiero po weekendzie. Szczyt G4 od jutra i nie będzie okazji.
Ciał!
Złożyłam szafę, co to ją dostałam dzień po regałach. Sama.
I tu zaczęły się schody. Albo może raczej przygoda miesiąca.
Otóż.
Pan, który mi ją pomagał pakować, nie dał mi śrub, bo "bo nie wiem gdzie one są i czy w ogóle były". Kij z tym, pomyślałam sobie, śruby sobie znajdę.
Przytargałam wszystko do domu i tak sobie leżało. Do dzisiaj. Wczoraj znalazłam śruby sztuk cztery. A potrzebowałam dwanaście. Nie byłabym sobą, gdybym nie wyczarowała tych brakujących. Zwyczajnie wykręciłam je z ...resztki segmentu, która nie wiem do czego mi posłuży. Znaczy już wiem. I do tego co będzie robiła ta resztka, zupełnie wystarczą te, które zostały.
Więc skręciłam szafę. Nawet ją postawiłam.
I....
Okazało się, że trzydrzwiowa szafa ma tychże tylko dwie sztuki. Taki mały szczególik. Wobec tego mam już zajęcie na najbliższe wieczory. Ponieważ potrzebuję koszyki. A te mogę sobie sama wypleść. Z papierowej wikliny oczywiście. Będą ładnie wyglądały zza nieistniejących drzwi.
Poza tym, chyba zrobię jej metamorfozę. Prawdopodobnie ładnie jej będzie w wintydżu. Nie omieszkam się pochwalić.
A teraz idę odpocząć.
Następny wpis dopiero po weekendzie. Szczyt G4 od jutra i nie będzie okazji.
Ciał!
wtorek, 18 listopada 2014
[315] Pokaż kotku co masz w środku, czyli trochę przydługi tytuł.
Odruchy są złe. Odruchowo kupiłam w Biedronce słoik buraczków. Będzie na obiad dzisiaj, pomyślałam se sobie wczoraj. Ale jak to bywa, zgłodniałam. Przeanalizowałam szybko preferencje potomstwa i wyszło mi, że mają buraczki w głębokim poważaniu.
Z tym wnioskiem udałam się do kuchni po rzeczone buraczki.
Jeszcze, w swej naiwności zapytałam Sis i obecnego tu zapewne Tygrysa, czy jak zjadłam buraczki przeznaczone na obiad to źle o mnie świadczy. Oczywiście, że źle. I mam nauczkę.
W nocy jak już się obudziłam koło 1.00 tak już zasnąć na dobre nie mogłam. Co chwilę musiałam wstawać, żeby bez żadnego efektu kłaść się znów. Żołądek palił mnie żywym ogniem. Tak, jakby ktoś nalał mi tam wrzącego ołowiu.
Rano wcale nie było lepiej. A miałam pierdyliard spraw. No to zwlokłam się i poszłam w świat, pozałatwiać co trzeba. Zastosowałam przy tym moją autorską metodę na kaca. Co prawda nie w takiej formie w jakiej tę metodę odkryłam, ale chodziłam z rozpiętą kurtką po to, żeby się schłodzić. Podziałało. Trochę.
Teraz trochę odżywam. Nawet zaburczało mi w brzuchu. Znaczy zaczynamy wracać do życia. Ja i mój żołądek.
A czemu buraczki są winne? Bo miały za dużo octu. Ocet dowalił mi tak, że dziękuję bardzo. Od dzisiaj buraczki będę gotować sobie sama.
Dobranoc.
Z tym wnioskiem udałam się do kuchni po rzeczone buraczki.
Jeszcze, w swej naiwności zapytałam Sis i obecnego tu zapewne Tygrysa, czy jak zjadłam buraczki przeznaczone na obiad to źle o mnie świadczy. Oczywiście, że źle. I mam nauczkę.
W nocy jak już się obudziłam koło 1.00 tak już zasnąć na dobre nie mogłam. Co chwilę musiałam wstawać, żeby bez żadnego efektu kłaść się znów. Żołądek palił mnie żywym ogniem. Tak, jakby ktoś nalał mi tam wrzącego ołowiu.
Rano wcale nie było lepiej. A miałam pierdyliard spraw. No to zwlokłam się i poszłam w świat, pozałatwiać co trzeba. Zastosowałam przy tym moją autorską metodę na kaca. Co prawda nie w takiej formie w jakiej tę metodę odkryłam, ale chodziłam z rozpiętą kurtką po to, żeby się schłodzić. Podziałało. Trochę.
Teraz trochę odżywam. Nawet zaburczało mi w brzuchu. Znaczy zaczynamy wracać do życia. Ja i mój żołądek.
A czemu buraczki są winne? Bo miały za dużo octu. Ocet dowalił mi tak, że dziękuję bardzo. Od dzisiaj buraczki będę gotować sobie sama.
Dobranoc.
niedziela, 16 listopada 2014
[314] Miało być o miłości
No to proszę bardzo.
Natt się zakochała. Nie ma o czym mówić właściwie, bo to już przeszłość. Szybko przyszło, szybko poszło. Pikantnych momentów nie było, bo nie zdążyło być. Tak naprawdę obiekt zainteresowań jest nieświadomy, mam nadzieje, że cokolwiek się zadziało we wszechświecie w związku z. Tym bardziej, że obiekt westchnień, aczkolwiek chwilowych, okazał się zwyczajnym facetem, jakich na pęczki, i zwyczajnie nieznane jest mu poczucie czasu i obowiązku, a co za tym idzie, zupełnie nie nadaje się na obiekt westchnień. Że o innych rzeczach nie wspomnę.
Bo to głupie i bez sensu.
Tak więc temat się uciął zanim się zaczął.
Zresztą cała afera była tylko na potrzeby gupawki, notorycznie nękającej Natt, najczęściej w miejscach publicznych. W takim autobusie, na przystanku, albo jeszcze w innych miejscach. Natt będzie zaraz śmiejącą się ciągle wizytówką miasta. Będzie miała swój fanpejdż na facebook'u i beda ją śledzić.
Poza tym.
Wydarzyło się coś niesamowitego. Zaklinanie rzeczywistości przyniosło spodziewany efekt i marzenie być może spełni się podwójnie.
Otóż na początku czerwca Natt i Kudłata będą potrzebowały noclegu w Łodzi. Opcji jest kilka, ostatecznie przystanek na Kaliskiej też jest dopuszczalny. A co tam. Bo niedaleko, w Atlas Arenie, będzie spełnienie marzeń i Natt, bo zagra Godsmack i Slipknot, i Kudłatej, bo zagra Hollywood Undead. Wszystko razem, w jednym miejscu. Serce mało nie wyskoczyło z klatki matce, bo córka zaczęła nagle pisać dużymi literami, z wrażenia chyba.
Teraz wszystko ma się tak poukładać i zadziać, żeby było dobrze. I będzie.
Na dziś:
Godsmack - Voices
Natt się zakochała. Nie ma o czym mówić właściwie, bo to już przeszłość. Szybko przyszło, szybko poszło. Pikantnych momentów nie było, bo nie zdążyło być. Tak naprawdę obiekt zainteresowań jest nieświadomy, mam nadzieje, że cokolwiek się zadziało we wszechświecie w związku z. Tym bardziej, że obiekt westchnień, aczkolwiek chwilowych, okazał się zwyczajnym facetem, jakich na pęczki, i zwyczajnie nieznane jest mu poczucie czasu i obowiązku, a co za tym idzie, zupełnie nie nadaje się na obiekt westchnień. Że o innych rzeczach nie wspomnę.
Bo to głupie i bez sensu.
Tak więc temat się uciął zanim się zaczął.
Zresztą cała afera była tylko na potrzeby gupawki, notorycznie nękającej Natt, najczęściej w miejscach publicznych. W takim autobusie, na przystanku, albo jeszcze w innych miejscach. Natt będzie zaraz śmiejącą się ciągle wizytówką miasta. Będzie miała swój fanpejdż na facebook'u i beda ją śledzić.
Poza tym.
Wydarzyło się coś niesamowitego. Zaklinanie rzeczywistości przyniosło spodziewany efekt i marzenie być może spełni się podwójnie.
Otóż na początku czerwca Natt i Kudłata będą potrzebowały noclegu w Łodzi. Opcji jest kilka, ostatecznie przystanek na Kaliskiej też jest dopuszczalny. A co tam. Bo niedaleko, w Atlas Arenie, będzie spełnienie marzeń i Natt, bo zagra Godsmack i Slipknot, i Kudłatej, bo zagra Hollywood Undead. Wszystko razem, w jednym miejscu. Serce mało nie wyskoczyło z klatki matce, bo córka zaczęła nagle pisać dużymi literami, z wrażenia chyba.
Teraz wszystko ma się tak poukładać i zadziać, żeby było dobrze. I będzie.
Na dziś:
Godsmack - Voices
piątek, 14 listopada 2014
[313] Miał być
Miał być post z serii myślicielskie przemyślenia Natt, ale się rozeszło po kościach.
Gdyż ponieważ.
Dostałam regały. A ponieważ wchłaniam wszystkie meble, bo gdzieś całe dobrodziejstwo inwentarza upchnąć trzeba, zaczynam przypominać menela, takiego co z wózeczkiem przewozi różne swoje skarby, pralkę na złom i inne.. Wróć, trochę się zapędziłam w wyobraźni swej, bo przecież na plecach nie targam. Ani w wózeczku. Zwykle jakiś znajomy, znajoma, samochodem przewiezie.
I tak właśnie stałam się właścicielką rzeczonych regałów sztuk pięć i biurka z nadstawką. Samo biurko zrobiło mi dobrze. Nie muszę siedzieć zgarbiona przy kompie, tylko normalnie mogę wyciągnąć kopyta, znaczy wyprostować się i nogi i w ogóle cud-miód.
Walczę z regałami od środy. Złożyłam wtedy dwa i biurko. W międzyczasie nastała noc, a ja, jako że wyznaję obecnie zasadę, że nigdzie mi się nie śpieszy, odłożyłam dalsze prace na dzień następny.
Za to rano dopadły mnie wątpliwości. Zważywszy na gabaryty, ilość dziur w ścianach, znaczy okien i drzwi, okazało się, że powierzchnia styczna do pleców meblowych jest drastycznie mała. Są wobec tego dwie opcje. Jedna taka, że zostawiam jak jest, czyli stoi gdzie stoi, a mam już opanowane lawirowanie pomiędzy, druga, że jednak upycham. I tak siedzę i się głowię.
Ale kto da radę, jak nie ja.
Wczoraj natomiast przytargałam szafę. Fajnie pięknie, ale...pan nie wiedział, gdzie są śruby. No trudno, kupię hufnale i jakoś sobie dam radę. Szafa ma jedną wielką zaletę. Otóż ma lustro na jednych drzwiach. I nie byłoby w tym nic dziwnego, skąd ta moja radość, ale gdybyście zobaczyli, jak Kudłata się przegląda w...nie wiem, czy powinnam to napisać...najwyżej mnie utłucze...w PRZYCISKU OD SPŁUCZKI, to serce by się Wam równie ścisnęło. Nie mówiąc o brzuchu od śmiechu.
Tak więc meblowanie pomalutku zaczyna dobiegać końca. Jeszcze tylko kiedyśtam dokupię drzwi do regału, żeby móc swoje odzieżowe szaleństwo gdzieś upchnąć. I będzie gites.
Dobra. Wracam do realizowania się jako projektantka wnętrz.
PS: W międzyczasie Natt zdążyła się zakochać i odkochać, ale o tym następną razą :D
Na dziś:
Sully Erna - Eyes of a Child
Gdyż ponieważ.
Dostałam regały. A ponieważ wchłaniam wszystkie meble, bo gdzieś całe dobrodziejstwo inwentarza upchnąć trzeba, zaczynam przypominać menela, takiego co z wózeczkiem przewozi różne swoje skarby, pralkę na złom i inne.. Wróć, trochę się zapędziłam w wyobraźni swej, bo przecież na plecach nie targam. Ani w wózeczku. Zwykle jakiś znajomy, znajoma, samochodem przewiezie.
I tak właśnie stałam się właścicielką rzeczonych regałów sztuk pięć i biurka z nadstawką. Samo biurko zrobiło mi dobrze. Nie muszę siedzieć zgarbiona przy kompie, tylko normalnie mogę wyciągnąć kopyta, znaczy wyprostować się i nogi i w ogóle cud-miód.
Walczę z regałami od środy. Złożyłam wtedy dwa i biurko. W międzyczasie nastała noc, a ja, jako że wyznaję obecnie zasadę, że nigdzie mi się nie śpieszy, odłożyłam dalsze prace na dzień następny.
Za to rano dopadły mnie wątpliwości. Zważywszy na gabaryty, ilość dziur w ścianach, znaczy okien i drzwi, okazało się, że powierzchnia styczna do pleców meblowych jest drastycznie mała. Są wobec tego dwie opcje. Jedna taka, że zostawiam jak jest, czyli stoi gdzie stoi, a mam już opanowane lawirowanie pomiędzy, druga, że jednak upycham. I tak siedzę i się głowię.
Ale kto da radę, jak nie ja.
Wczoraj natomiast przytargałam szafę. Fajnie pięknie, ale...pan nie wiedział, gdzie są śruby. No trudno, kupię hufnale i jakoś sobie dam radę. Szafa ma jedną wielką zaletę. Otóż ma lustro na jednych drzwiach. I nie byłoby w tym nic dziwnego, skąd ta moja radość, ale gdybyście zobaczyli, jak Kudłata się przegląda w...nie wiem, czy powinnam to napisać...najwyżej mnie utłucze...w PRZYCISKU OD SPŁUCZKI, to serce by się Wam równie ścisnęło. Nie mówiąc o brzuchu od śmiechu.
Tak więc meblowanie pomalutku zaczyna dobiegać końca. Jeszcze tylko kiedyśtam dokupię drzwi do regału, żeby móc swoje odzieżowe szaleństwo gdzieś upchnąć. I będzie gites.
Dobra. Wracam do realizowania się jako projektantka wnętrz.
PS: W międzyczasie Natt zdążyła się zakochać i odkochać, ale o tym następną razą :D
Na dziś:
Sully Erna - Eyes of a Child
poniedziałek, 10 listopada 2014
[312] Szczęście
Ostatnie dni są dla mnie ogromną niespodzianką.
Wiadomości, telefony i wydarzenia niosą ze sobą ogromny ładunek fajności.
Czasem tylko przystanę i pomyślę, dlaczego niektórzy nie widzą w swoim życiu tego, co ja widzę w swoim.
Do wszystkiego co nas spotyka prowadzi droga, którą wybieramy. Dlaczego, zamiast zmieniać i próbować, ludzie roztrząsają to co już było i nie da się tego zmienić? Dlaczego, mimo że niezmienialne, próbują na siłę zmieniać, chociaż wiedzą, że się nie da i jedyne co te próby przynoszą to frustracja, złość na innych i żal do całego świata? Nie potrafię tego pojąć.
Jeśli ktoś mnie pyta jak tam, mówię, że jestem szczęśliwa. To lekki dysonans z tym, że nie mam pracy, nie mam kasy i ciągle jeszcze borykam się z różnymi problemami, prawda? Ale tak, z pełną świadomością mówię, że jestem szczęśliwa. Jestem w miejscu, w którym mogę wszystko. Mogę, na przykład, śmiać się z Kudłatą do łez, z byle powodu. Wystarczy słowo klucz. Na przykład kanapka. Albo jakieś inne. Naprawdę. Albo tańczymy do Metalliki, robiąc przy tym Kołobrzeg. I ryczymy ze śmiechu.
Co z tego, że umówiony samochód ma zgon i nie da rady przetransportować paru rzeczy? Mogłabym się wściekać i złościć, tylko na co? Na samochód? Przecież tego nie zmienię.
Otwiera się tyle możliwości, jeśli tylko chcemy je dostrzec. Jedne rzeczy wychodzą, inne nie. Ale to zawsze do czegoś nas prowadzi. Jeżeli czegoś nie mogę zmienić, to idę dalej. Nie walę głową w mur, nie narzekam, nie marnuję sił na coś, czego nie da się zmienić. Jaki cel miałyby takie działania? Chyba tylko niszczyłabym samą siebie.
Głęboko wierzę, że nasze myśli kształtują nasze życie. To, jak postrzegamy siebie również. Nauczono nas fałszywej skromności, bo przecież nie wypada się chwalić. A dlaczego nie?
Powiedziałam dzisiaj mojej koleżance, etatowej pesymistce, która nie pójdzie do psychologa, bo co ludzie powiedzą (jest ode mnie młodsza kilka lat), że w końcu jestem wolna. Usłyszałam, że taka wolność to pozorne szczęście. Zatkało mnie. I odechciało mi się rozmawiać z osobą, która nie umie patrzeć na świat z radością.
Wiem, że wygodnie jest trwać w schemacie. Że po co zmieniać coś, co jest znane, na coś, czego nie wiem? Po co szukać możliwości?
Po to, żeby być szczęśliwym.
Wiadomości, telefony i wydarzenia niosą ze sobą ogromny ładunek fajności.
Czasem tylko przystanę i pomyślę, dlaczego niektórzy nie widzą w swoim życiu tego, co ja widzę w swoim.
Do wszystkiego co nas spotyka prowadzi droga, którą wybieramy. Dlaczego, zamiast zmieniać i próbować, ludzie roztrząsają to co już było i nie da się tego zmienić? Dlaczego, mimo że niezmienialne, próbują na siłę zmieniać, chociaż wiedzą, że się nie da i jedyne co te próby przynoszą to frustracja, złość na innych i żal do całego świata? Nie potrafię tego pojąć.
Jeśli ktoś mnie pyta jak tam, mówię, że jestem szczęśliwa. To lekki dysonans z tym, że nie mam pracy, nie mam kasy i ciągle jeszcze borykam się z różnymi problemami, prawda? Ale tak, z pełną świadomością mówię, że jestem szczęśliwa. Jestem w miejscu, w którym mogę wszystko. Mogę, na przykład, śmiać się z Kudłatą do łez, z byle powodu. Wystarczy słowo klucz. Na przykład kanapka. Albo jakieś inne. Naprawdę. Albo tańczymy do Metalliki, robiąc przy tym Kołobrzeg. I ryczymy ze śmiechu.
Co z tego, że umówiony samochód ma zgon i nie da rady przetransportować paru rzeczy? Mogłabym się wściekać i złościć, tylko na co? Na samochód? Przecież tego nie zmienię.
Otwiera się tyle możliwości, jeśli tylko chcemy je dostrzec. Jedne rzeczy wychodzą, inne nie. Ale to zawsze do czegoś nas prowadzi. Jeżeli czegoś nie mogę zmienić, to idę dalej. Nie walę głową w mur, nie narzekam, nie marnuję sił na coś, czego nie da się zmienić. Jaki cel miałyby takie działania? Chyba tylko niszczyłabym samą siebie.
Głęboko wierzę, że nasze myśli kształtują nasze życie. To, jak postrzegamy siebie również. Nauczono nas fałszywej skromności, bo przecież nie wypada się chwalić. A dlaczego nie?
Powiedziałam dzisiaj mojej koleżance, etatowej pesymistce, która nie pójdzie do psychologa, bo co ludzie powiedzą (jest ode mnie młodsza kilka lat), że w końcu jestem wolna. Usłyszałam, że taka wolność to pozorne szczęście. Zatkało mnie. I odechciało mi się rozmawiać z osobą, która nie umie patrzeć na świat z radością.
Wiem, że wygodnie jest trwać w schemacie. Że po co zmieniać coś, co jest znane, na coś, czego nie wiem? Po co szukać możliwości?
Po to, żeby być szczęśliwym.
piątek, 7 listopada 2014
[311] Też tak macie?
Na przykład tak, że bardzo się staracie czegoś NIE pomylić, NIE zrobić i własnie to się zdarza. Dowód na to, że słowo NIE jest nierozpoznawalne przez nasze mózgi.
I właśnie dwa razy pod rząd zrobiłam coś takiego. Za pierwszym razem na granicy podświadomości coś mi się kołatało. Oświeciło mnie kiedy chwaliłam się Kudłatej. Wzięłam do ręki przedmiot i tylko pomyślałam, że zrobiłam odwrotnie. Potwierdziłam sobie tę myśl sprawdzeniem. Ubaw jaki miała Kudłata i jej chłopak bezcenny.
No ale dobrze. Pierwszy raz to powiedzmy euforia z tworzenia, zachwyt nad własnym geniuszem (mam nadzieję, że słyszycie ten sarkazm w mym głosie?).
Ale drugi raz? To zwyczajne gapiostwo. Oplułam się ze złości. Dobrze, że nie było nikogo w pobliżu, bo nie omieszkałam uskutecznić dobitnej samokrytyki.
Udało się oczywiście uratować moje dzieła, ale postanowiłam, że to był ostatni taki błąd. Błąd z premedytacją. Wielebłąd.
W każdym razie realizuję swój plan. Wyszłam z własnego cienia. I to pierwsza dobra wiadomość.
Porozmawiałam sobie bardzo pozytywnie, po przeczytaniu tego posta, z jego twórczynią.
Zgadzam się z każdym słowem. To druga dobra wiadomość. tym bardziej, że uwielbiam słyszeć: dzwonię se, bo mam ochotę podzielić się swoją radością. To jest to. Ja też wydzwaniam.
A teraz najważniejsze.
Nie dzwonię, bo nie wiem do kogo pierwszego. Poza tym mam paluchy w lakierze. Takim do drewna, żeby nie było.
Dowiedziałam się dzisiaj osobiście, moja kancelaria tego jeszcze nie wie, że TADAM!!!!!!!!
Jestem WOLNA!!!!
Wiecie co to znaczy?
Wzniosę dzisiaj toast moją naleweczką żurawinową. A może nawet dwa toasty.
I tym optymistycznym akcentem kończę, ponieważ mam wielki plan, mało czasu, a chcę dokończyć co zaczęłam :)
Ot, trochę tajemniczo, ale co tam.
:)
I właśnie dwa razy pod rząd zrobiłam coś takiego. Za pierwszym razem na granicy podświadomości coś mi się kołatało. Oświeciło mnie kiedy chwaliłam się Kudłatej. Wzięłam do ręki przedmiot i tylko pomyślałam, że zrobiłam odwrotnie. Potwierdziłam sobie tę myśl sprawdzeniem. Ubaw jaki miała Kudłata i jej chłopak bezcenny.
No ale dobrze. Pierwszy raz to powiedzmy euforia z tworzenia, zachwyt nad własnym geniuszem (mam nadzieję, że słyszycie ten sarkazm w mym głosie?).
Ale drugi raz? To zwyczajne gapiostwo. Oplułam się ze złości. Dobrze, że nie było nikogo w pobliżu, bo nie omieszkałam uskutecznić dobitnej samokrytyki.
Udało się oczywiście uratować moje dzieła, ale postanowiłam, że to był ostatni taki błąd. Błąd z premedytacją. Wielebłąd.
W każdym razie realizuję swój plan. Wyszłam z własnego cienia. I to pierwsza dobra wiadomość.
Porozmawiałam sobie bardzo pozytywnie, po przeczytaniu tego posta, z jego twórczynią.
Zgadzam się z każdym słowem. To druga dobra wiadomość. tym bardziej, że uwielbiam słyszeć: dzwonię se, bo mam ochotę podzielić się swoją radością. To jest to. Ja też wydzwaniam.
A teraz najważniejsze.
Nie dzwonię, bo nie wiem do kogo pierwszego. Poza tym mam paluchy w lakierze. Takim do drewna, żeby nie było.
Dowiedziałam się dzisiaj osobiście, moja kancelaria tego jeszcze nie wie, że TADAM!!!!!!!!
Jestem WOLNA!!!!
Wiecie co to znaczy?
Wzniosę dzisiaj toast moją naleweczką żurawinową. A może nawet dwa toasty.
I tym optymistycznym akcentem kończę, ponieważ mam wielki plan, mało czasu, a chcę dokończyć co zaczęłam :)
Ot, trochę tajemniczo, ale co tam.
:)
wtorek, 28 października 2014
[310] Chaos (nie)kontrolowany
Mam w sobie coś takiego, że przyciągam dziwne osoby. Nie wiem jak to powiedzieć.
Mam wrażenie, że muszę mieć wyznaczone cele. Nawet nie tak. Muszę widzieć cel. Muszę go znać. Drogę do niego umiem ogarnąć sama, ale muszę wiedzieć do czego mam dążyć. Mam taki cel od kilku lat. Serio! Ale zawsze coś było nieprecyzyjne i nie bardzo wiedziałam co chcę osiągnąć tak naprawdę. I nie wiedziałam jak ugryźć drogę. Teraz wiem. Nie było jasnego celu - nie było możliwości we mnie samej. I na nic zda się: dawno mówiłam/em, żebyś to zrobiła, i inne podobne teksty. Taka fizjologia.
Ale nie o mnie chciałam powiedzieć.
Znacie moje perturbacje z jedną osobą, która zaszła mi trochę za skórę, zrzucając na mnie odpowiedzialność za swój chaos i niesprecyzowane plany. Odcięłam się i poszłam dalej.
Ale próżni nie ma. Puste miejsce wypełnia kolejna osoba.
Z pozoru wyglądało wszystko bardzo dobrze. Plany, projekty, realizacja. Wydawało mi się, że to jest to. Przyjdzie spełnienie i będę robić coś fajnego. Nie będę opisywać co to i jak to, ale miałam naprawdę ogromną chęć zająć się tym. Ale.
Zabrakło jasnego celu. Precyzji. Określenia. Podstawowych danych do działania.
Za to rozpoczęłam swoją obserwację. Z jednej strony ciągle miałam nadzieję, że w końcu dowiem się o co chodzi, ale z drugiej widziałam coraz lepiej totalny chaos, w którym nawet ja przestałam się orientować. Bo do pewnego momentu nie przeszkadzały mi nagłe zmiany myśli i wtrącenia, bo ogarniałam całość, wiedząc lub domyślając się o co chodzi. I tak by to sobie trwało, pewnie bym szła w zaparte, czekając na cel, gdyby nie to, że pojawiło się dzięki temu wszystkiemu od dawna oczekiwane sprecyzowanie moich osobistych planów.
Przyszło nagle, jak olśnienie, podczas....prasowania. Bo ja proszę państwa (wiem, pewnie na to jest jakaś jednostka chorobowa) gadam do siebie. Opowiadam sobie wszystko. Dzięki temu rozpatruję miliony scenariuszy. Wybieram drogę i podejmuję decyzje. Prowadzę ze sobą dialog. Mam tak od dzieciństwa. No i przegadałam sobie swoje plany, w aspekcie wcześniejszych wydarzeń i rozmów, postanowiłam nie rozdrabniać się na jakieś niesprecyzowane plany innych i ich własny chaos, którego oni nie ogarniają, to dlaczego ja mam to robić?
I w momencie mojego olśnienia, wyznaczenia celu, i zobaczenia początku drogi...przyszedł sms. Znaczący dla mnie wiele. Potwierdzający całą moją dyskusję ze sobą. Do tego stopnia, że postanowiłam szczerze odpisać co u mnie.
I tak, proszę Państwa, zaczyna się.
I z tego bardzo się cieszę.
Mam wrażenie, że muszę mieć wyznaczone cele. Nawet nie tak. Muszę widzieć cel. Muszę go znać. Drogę do niego umiem ogarnąć sama, ale muszę wiedzieć do czego mam dążyć. Mam taki cel od kilku lat. Serio! Ale zawsze coś było nieprecyzyjne i nie bardzo wiedziałam co chcę osiągnąć tak naprawdę. I nie wiedziałam jak ugryźć drogę. Teraz wiem. Nie było jasnego celu - nie było możliwości we mnie samej. I na nic zda się: dawno mówiłam/em, żebyś to zrobiła, i inne podobne teksty. Taka fizjologia.
Ale nie o mnie chciałam powiedzieć.
Znacie moje perturbacje z jedną osobą, która zaszła mi trochę za skórę, zrzucając na mnie odpowiedzialność za swój chaos i niesprecyzowane plany. Odcięłam się i poszłam dalej.
Ale próżni nie ma. Puste miejsce wypełnia kolejna osoba.
Z pozoru wyglądało wszystko bardzo dobrze. Plany, projekty, realizacja. Wydawało mi się, że to jest to. Przyjdzie spełnienie i będę robić coś fajnego. Nie będę opisywać co to i jak to, ale miałam naprawdę ogromną chęć zająć się tym. Ale.
Zabrakło jasnego celu. Precyzji. Określenia. Podstawowych danych do działania.
Za to rozpoczęłam swoją obserwację. Z jednej strony ciągle miałam nadzieję, że w końcu dowiem się o co chodzi, ale z drugiej widziałam coraz lepiej totalny chaos, w którym nawet ja przestałam się orientować. Bo do pewnego momentu nie przeszkadzały mi nagłe zmiany myśli i wtrącenia, bo ogarniałam całość, wiedząc lub domyślając się o co chodzi. I tak by to sobie trwało, pewnie bym szła w zaparte, czekając na cel, gdyby nie to, że pojawiło się dzięki temu wszystkiemu od dawna oczekiwane sprecyzowanie moich osobistych planów.
Przyszło nagle, jak olśnienie, podczas....prasowania. Bo ja proszę państwa (wiem, pewnie na to jest jakaś jednostka chorobowa) gadam do siebie. Opowiadam sobie wszystko. Dzięki temu rozpatruję miliony scenariuszy. Wybieram drogę i podejmuję decyzje. Prowadzę ze sobą dialog. Mam tak od dzieciństwa. No i przegadałam sobie swoje plany, w aspekcie wcześniejszych wydarzeń i rozmów, postanowiłam nie rozdrabniać się na jakieś niesprecyzowane plany innych i ich własny chaos, którego oni nie ogarniają, to dlaczego ja mam to robić?
I w momencie mojego olśnienia, wyznaczenia celu, i zobaczenia początku drogi...przyszedł sms. Znaczący dla mnie wiele. Potwierdzający całą moją dyskusję ze sobą. Do tego stopnia, że postanowiłam szczerze odpisać co u mnie.
I tak, proszę Państwa, zaczyna się.
I z tego bardzo się cieszę.
sobota, 25 października 2014
[309] Taka jestem sprytna
Obserwuję sobie świat i wyciągam wnioski.
Obserwuję osoby zamknięte w swoich głowach. Słucham co mówią i jest mi dobrze ze sobą. Postanowiłam nie poprawiać, nie przekonywać, nie namawiać. Ja żyję swoim życiem i każdemu radzę to samo.
Dzisiaj miałam doskonałą okazję do obserwacji.
I tak.
Osoby pierwszy raz uczestniczące w spotkaniu czują się lekko niepewnie i są milczące. To dość powszechne. Ja zwykle robię to samo. Najpierw sprawdzam teren. Ale nie zawsze tak jest, bo czasem czuję, że mogę. Mam za każdym razem nadzieję, że moja intuicja się nie myli. A kiedy mówi mi zamknij się i patrz, to tak robię. Przestałam na siłę podtrzymywać konwersację. Wolę mądrzej milczeć.
Osoby, które znam dłużej i z wielu stron, też są fajnym obiektem do wyciągania wniosków. Jestem taka sprytna, że mam dobrą pamięć. Może to dlatego, że niektóre rozmowy przetrawiam jeszcze wielokrotnie. Pamiętam co, kto powiedział. I na przykład taka zmiana stanowiska jest bardzo ciekawa. Ale nie taka zmiana, że ok, ktoś mnie przekonał. Tylko taka, że ależ ja zawsze tak mówię.
I tak sobie obserwuję.
Widzę miałkość i powody do depresji. Słyszę banialuki i bajeczki. Widzę sztuczne uśmiechy i zainteresowanie. Wychwytuję puste frazesy i brak wiary we własne słowa.
Mam ochotę czasem potrząsnąć taką osobą i wrzasnąć: zrób coś ze sobą!
Ale nie mam prawa. Nie moje życie. Nie ja je przeżyję.
Dzięki temu jednak dzieje się coś dobrego. To ja zmieniam co mogę w swoim życiu. Tak, żeby nigdy ta miałkość mnie nie dopadła. Bo czasem mam wrażenie, że to co robię to ciągle za mało, za mało satysfakcjonujące, za mało z jajem, za mało, za mało, za mało. Że stoję w miejscu. Że mogę więcej, ale nie mam motywacji.
I po takich obserwacjach wychodzi mi, że mam motywację, mam siłę i, co najważniejsze, mam chęci.
Podejmuję czasem karkołomne decyzje.
Nie są z pierwszego rzutu. Są wielokrotnie przetrawione, wielokrotnie przemyślane, ale brakowało iskry zapalnej. Znalazła się taka iskra. Dwa słowa: zrób to!
I wiem, że się uda.
Na dziś:
Coma - Na pół
Fanką jestem od początku. I będę. Cokolwiek.
Obserwuję osoby zamknięte w swoich głowach. Słucham co mówią i jest mi dobrze ze sobą. Postanowiłam nie poprawiać, nie przekonywać, nie namawiać. Ja żyję swoim życiem i każdemu radzę to samo.
Dzisiaj miałam doskonałą okazję do obserwacji.
I tak.
Osoby pierwszy raz uczestniczące w spotkaniu czują się lekko niepewnie i są milczące. To dość powszechne. Ja zwykle robię to samo. Najpierw sprawdzam teren. Ale nie zawsze tak jest, bo czasem czuję, że mogę. Mam za każdym razem nadzieję, że moja intuicja się nie myli. A kiedy mówi mi zamknij się i patrz, to tak robię. Przestałam na siłę podtrzymywać konwersację. Wolę mądrzej milczeć.
Osoby, które znam dłużej i z wielu stron, też są fajnym obiektem do wyciągania wniosków. Jestem taka sprytna, że mam dobrą pamięć. Może to dlatego, że niektóre rozmowy przetrawiam jeszcze wielokrotnie. Pamiętam co, kto powiedział. I na przykład taka zmiana stanowiska jest bardzo ciekawa. Ale nie taka zmiana, że ok, ktoś mnie przekonał. Tylko taka, że ależ ja zawsze tak mówię.
I tak sobie obserwuję.
Widzę miałkość i powody do depresji. Słyszę banialuki i bajeczki. Widzę sztuczne uśmiechy i zainteresowanie. Wychwytuję puste frazesy i brak wiary we własne słowa.
Mam ochotę czasem potrząsnąć taką osobą i wrzasnąć: zrób coś ze sobą!
Ale nie mam prawa. Nie moje życie. Nie ja je przeżyję.
Dzięki temu jednak dzieje się coś dobrego. To ja zmieniam co mogę w swoim życiu. Tak, żeby nigdy ta miałkość mnie nie dopadła. Bo czasem mam wrażenie, że to co robię to ciągle za mało, za mało satysfakcjonujące, za mało z jajem, za mało, za mało, za mało. Że stoję w miejscu. Że mogę więcej, ale nie mam motywacji.
I po takich obserwacjach wychodzi mi, że mam motywację, mam siłę i, co najważniejsze, mam chęci.
Podejmuję czasem karkołomne decyzje.
Nie są z pierwszego rzutu. Są wielokrotnie przetrawione, wielokrotnie przemyślane, ale brakowało iskry zapalnej. Znalazła się taka iskra. Dwa słowa: zrób to!
I wiem, że się uda.
Na dziś:
Coma - Na pół
Fanką jestem od początku. I będę. Cokolwiek.
środa, 22 października 2014
[308] Ofiara recyklingu
Ogarniam się. Tak się ogarniam, że hej!
Zaczynam systematycznie odrabiać zaległości.
I tak. Młody w końcu został zaprowadzony do szkoły. Nie to, że mi się nie chciało, ale od piątku się leczył. Znaczy ja go leczyłam. Bo charczał i zaczynał się katar i w ogóle jakoś niewyraźnie wyglądał. Więc zastosowałam leczenie własne, wzięłam go na przetrzymanie: albo posłucha mnie i nie będzie chorował, albo wybierze choróbsko, a ja wtedy strzelę focha. Udało się. Aczkolwiek dzisiaj radośnie pobiegł w stronę szkoły z uśmiechem od ucha do ucha i okrzykiem: "przybywam po nowe choróbsko!" Dobrze, że odbiegł na bezpieczną odległość, bo zdzieliłabym go torbą połbie.
W każdym razie ta batalia wygrana.
No to po powrocie do domu, bo wolne od działań pozadomowych mam, z okazji hospitalizacji pewnej osoby, o której kiedyś będzie, zabrałam się za drobne porządki. Wiecie, kuchnia na pierwszy rzut.
Jako że mieszkam w obiekcie zwanym domem, obowiązuje mnie restrykcyjny recykling. Żółte wory, zielone, brązowe.. I wszystko jest super, do czasu sprawdzenia grafiku odbioru powyższych worków, z podziałem na kolory i dni. W bloku jest łatwiej. Masz kontener, to codziennie możesz sobie wywalić butelki, stare ziemniaki i podarte w szale pismo z durnego urzędu.
A tu nie.
Tu taki plastik-metal-papier-tworzywa sztuczne, choć są w jednym worze, muszą się kisić przez 3 tygodnie, zanim ktoś je odbierze. A wór z racji tego, że nie posiadam jeszcze sprytnego takiego czegoś (jak wymyślę jak to nazwać, to nazwę), stoi w domu, co prawda na dole w holu, ale nikt nie powiedział, że jak nie umyję takiej puszki po pasztecie to nie zacznie śmierdzieć. Albo butelki po mleku, na ten przykład.
No i zabrałam się za mycie puszki. Tak, wiem, że krawędzie są ostre, szczególnie w tych z otwieraczem. I tak, wiem, że należy myć to sposobem. I co z tego?
Puszka urżnęła mnie precyzyjnie. Zabolało, zakrwawiło, wyplułam kilka przekleństw, głównie w kierunku własnym, za głupotę i bezmyślność. Trudno.
Ale to, że idąc do kuchni po raz drugi nie trafiłam w wejście tylko zderzyłam się ramieniem z ościeżem, to już normalnie szczyt szczytów. I mimo, że to częsty przypadek, to za każdym razem zadziwia mnie moja autodestrukcja.
Tak więc nie dość, że paluszek (na wizytę u endokrynologa przykleję sobie Małą Mi), to jeszcze prawe ramię. To już naprawdę bolało.
Na dziś:
Celine Dion - Tous Les blues sont ecrit
Żeby było jasne - bardzo lubię Celine.
Zaczynam systematycznie odrabiać zaległości.
I tak. Młody w końcu został zaprowadzony do szkoły. Nie to, że mi się nie chciało, ale od piątku się leczył. Znaczy ja go leczyłam. Bo charczał i zaczynał się katar i w ogóle jakoś niewyraźnie wyglądał. Więc zastosowałam leczenie własne, wzięłam go na przetrzymanie: albo posłucha mnie i nie będzie chorował, albo wybierze choróbsko, a ja wtedy strzelę focha. Udało się. Aczkolwiek dzisiaj radośnie pobiegł w stronę szkoły z uśmiechem od ucha do ucha i okrzykiem: "przybywam po nowe choróbsko!" Dobrze, że odbiegł na bezpieczną odległość, bo zdzieliłabym go torbą połbie.
W każdym razie ta batalia wygrana.
No to po powrocie do domu, bo wolne od działań pozadomowych mam, z okazji hospitalizacji pewnej osoby, o której kiedyś będzie, zabrałam się za drobne porządki. Wiecie, kuchnia na pierwszy rzut.
Jako że mieszkam w obiekcie zwanym domem, obowiązuje mnie restrykcyjny recykling. Żółte wory, zielone, brązowe.. I wszystko jest super, do czasu sprawdzenia grafiku odbioru powyższych worków, z podziałem na kolory i dni. W bloku jest łatwiej. Masz kontener, to codziennie możesz sobie wywalić butelki, stare ziemniaki i podarte w szale pismo z durnego urzędu.
A tu nie.
Tu taki plastik-metal-papier-tworzywa sztuczne, choć są w jednym worze, muszą się kisić przez 3 tygodnie, zanim ktoś je odbierze. A wór z racji tego, że nie posiadam jeszcze sprytnego takiego czegoś (jak wymyślę jak to nazwać, to nazwę), stoi w domu, co prawda na dole w holu, ale nikt nie powiedział, że jak nie umyję takiej puszki po pasztecie to nie zacznie śmierdzieć. Albo butelki po mleku, na ten przykład.
No i zabrałam się za mycie puszki. Tak, wiem, że krawędzie są ostre, szczególnie w tych z otwieraczem. I tak, wiem, że należy myć to sposobem. I co z tego?
Puszka urżnęła mnie precyzyjnie. Zabolało, zakrwawiło, wyplułam kilka przekleństw, głównie w kierunku własnym, za głupotę i bezmyślność. Trudno.
Ale to, że idąc do kuchni po raz drugi nie trafiłam w wejście tylko zderzyłam się ramieniem z ościeżem, to już normalnie szczyt szczytów. I mimo, że to częsty przypadek, to za każdym razem zadziwia mnie moja autodestrukcja.
Tak więc nie dość, że paluszek (na wizytę u endokrynologa przykleję sobie Małą Mi), to jeszcze prawe ramię. To już naprawdę bolało.
Na dziś:
Celine Dion - Tous Les blues sont ecrit
Żeby było jasne - bardzo lubię Celine.
niedziela, 19 października 2014
[307] Kuchenna rewolucja
Natt bardzo lubi słodkie. Lubi. No lubi i już. Ma takie okresy, kiedy może słodkiego nie jeść i jest spoko. Ale zawsze, ale to zawsze uważa, że kiedy przychodzi na słodkie ochota, to nie wolno pod żadnym mętnym pozorem odmawiać sobie tej, drobnej wszakże, przyjemności.
I tak, aby ukoić jeszcze kołaczące się gdzieniegdzie nerwowe myśli, najpierw wstawiła do gotowania jabłka na mus, niemające nic wspólnego z owym słodkim, o którym za chwilę.
Że miłością Natt do Skandynawii, a w szczególności do Szwecji, pała, wiadomo wszem i wobec.
Wobec tego wzięła i se poszukała przepisu na słynne szwedzkie bułeczki cynamonowe, znane pod rodzimą nazwą kanelbullar.
Oraz zapragnęła, z pewną dozą nieśmiałości i obaw, zmierzyć się z drożdżowym ciastem, które jakoś zawsze, jak był mus, wychodziło, ale przerażał Natt czas przygotowywania, szczególnie ten z oczekiwaniem na podwajanie objętości. Bo co jak drożdże będą nie teges? Albo co znaczy w ciepłym miejscu? No nie w piekarniku przecież.
I tak Natt robiła zawsze jak musiała, bardzo chciała robić bez musu, ale zawsze coś blokowało tę chęć.
W końcu zebrała się na odwagę, ze słynnym: "jak nie dam rady, jak dam".
Etapów produkcji uwiecznionych nie ma, ale Natt opracowała sobie sposób na miejsce ciepłe. Otóż wspomniane wcześniej jabłka koiły nerwy Natt dzień wcześniej. A ponieważ wszelkie dżemy i powidła, a także mus jabłkowy zwykle musi swoje w garze odpracować, tak też i teraz stało się. Więc Natt podgrzała ten gar z musem, nie za mocno, byle był ciepły, postawiła na kuchence od najbliższej blatowi strony. Zagotowała w tym czasie wodę i wlała do dzbanka, w którym woda pitna urzęduje, ponieważ Natt się zbuntowała i od jakiegoś czasu pije kranówę oraz gotowaną, zaniechała natomiast prawie zupełnie kupowania mineralnej. Trochę z przekory, bo tutejsze wodociągi latem rozdają tę wodę darmo w mieście, twierdząc, że jest pyszna, i jest, oraz dlatego, że żółty worek do segregacji ma jakąś tam objętość, a także dlatego, że do sklepu daleko i nie bardzo chce się targać 5-litrowe butle z wodą. Wracając do tematu. Wodę w dzbanku postawiła z drugiej strony misy z ciastem, zaznaczyła z Młodym poziom ciasta przed i poszła oddać się grze w rummy. Ustawiła se oczywiście timer. A kto zabroni. Czary mary z ciastem spodobało się i Natt, bo wyrosło pięknie, i Młodemu, bo to w końcu czary mary.
Nadmienić trzeba, że Młody, jako osoba naukowo skażona, musiał spróbować surowizny. Natt zapomniała jakim delikatnym żołądkiem dziecię dysponuje i nie oponowała. Wobec tego drożdże i później masa z cynamonem zostały spróbowane i, niestety, okupione bladością i bólem brzucha. O innych aspektach powyższego wspominać nie ma co.
I tak, aby ukoić jeszcze kołaczące się gdzieniegdzie nerwowe myśli, najpierw wstawiła do gotowania jabłka na mus, niemające nic wspólnego z owym słodkim, o którym za chwilę.
Że miłością Natt do Skandynawii, a w szczególności do Szwecji, pała, wiadomo wszem i wobec.
Wobec tego wzięła i se poszukała przepisu na słynne szwedzkie bułeczki cynamonowe, znane pod rodzimą nazwą kanelbullar.
Oraz zapragnęła, z pewną dozą nieśmiałości i obaw, zmierzyć się z drożdżowym ciastem, które jakoś zawsze, jak był mus, wychodziło, ale przerażał Natt czas przygotowywania, szczególnie ten z oczekiwaniem na podwajanie objętości. Bo co jak drożdże będą nie teges? Albo co znaczy w ciepłym miejscu? No nie w piekarniku przecież.
I tak Natt robiła zawsze jak musiała, bardzo chciała robić bez musu, ale zawsze coś blokowało tę chęć.
W końcu zebrała się na odwagę, ze słynnym: "jak nie dam rady, jak dam".
Etapów produkcji uwiecznionych nie ma, ale Natt opracowała sobie sposób na miejsce ciepłe. Otóż wspomniane wcześniej jabłka koiły nerwy Natt dzień wcześniej. A ponieważ wszelkie dżemy i powidła, a także mus jabłkowy zwykle musi swoje w garze odpracować, tak też i teraz stało się. Więc Natt podgrzała ten gar z musem, nie za mocno, byle był ciepły, postawiła na kuchence od najbliższej blatowi strony. Zagotowała w tym czasie wodę i wlała do dzbanka, w którym woda pitna urzęduje, ponieważ Natt się zbuntowała i od jakiegoś czasu pije kranówę oraz gotowaną, zaniechała natomiast prawie zupełnie kupowania mineralnej. Trochę z przekory, bo tutejsze wodociągi latem rozdają tę wodę darmo w mieście, twierdząc, że jest pyszna, i jest, oraz dlatego, że żółty worek do segregacji ma jakąś tam objętość, a także dlatego, że do sklepu daleko i nie bardzo chce się targać 5-litrowe butle z wodą. Wracając do tematu. Wodę w dzbanku postawiła z drugiej strony misy z ciastem, zaznaczyła z Młodym poziom ciasta przed i poszła oddać się grze w rummy. Ustawiła se oczywiście timer. A kto zabroni. Czary mary z ciastem spodobało się i Natt, bo wyrosło pięknie, i Młodemu, bo to w końcu czary mary.
Nadmienić trzeba, że Młody, jako osoba naukowo skażona, musiał spróbować surowizny. Natt zapomniała jakim delikatnym żołądkiem dziecię dysponuje i nie oponowała. Wobec tego drożdże i później masa z cynamonem zostały spróbowane i, niestety, okupione bladością i bólem brzucha. O innych aspektach powyższego wspominać nie ma co.
No dobrze. Bułeczki zostały upieczone.
Oraz bardzo szybko zjedzone.
Istnieją pewne obawy, że ciasto drożdżowe zawita do kuchni Natt na stałe, w wariacjach różnych.
I potrzeba słodkiego zostanie zaspokojona za każdym razem.
sobota, 18 października 2014
[306] W aktach
Na północy bez zmian.
Czyli u mnie.
Czyli nic się nie zmieniło, dalej mężatką jestem i ...[tych słów już nie używam].
Co ma być to będzie.
Wierzę, że będzie tak, jak ma być.
Akt 1.
Dzwonię sobie do sądu. Dowiedzieć się co i jak. Dowiaduję się.
Dzwonię więc do kancelarii, dowiedzieć się co i jak. W końcu zapłaciłam ciężkie pieniądze za obsługę. DOWIADUJĘ SIĘ ZUPEŁNIE CZEGOŚ INNEGO. Wolałabym wersję optymistyczną, czyli kancelaryjną (a że nieprawdziwą to trudno), że jestem już po, że czekam tylko na podpis sędziego. Trudno, zniosę to jakoś. Ale żeby nie było, w poniedziałek idę po pomoc w tej sprawie, bo sobie nie pozwolę.
Z powodu powyższego nastąpił
Akt 2.
Telefon wyładował mi się trzy razy. Dzwoniłam do wielu osób, które czekały na wieści, ale w sumie po to, żeby po prostu postawić się do pionu. Tak jak powiedziałam jednej z tych dobrych dusz, musiałam usłyszeć kogoś pozytywnego. Usłyszałam. I w sumie zeszło ze mnie całe napięcie. Zresztą po potężnym, nazwę to dzisiaj delikatnie, zdenerwowaniu, przyszedł czas na śmiech i żarty. Bo tak naprawdę nie umiem długo tkwić w złych emocjach. Szkoda mi na to czasu. I szkoda mojego zdrowia.
Akt 3.
Na świecie są ważniejsze rzeczy niż moje problemy. Na przykład takie.
Jadę autobusem ratować świat.
No dobra, jadę zawieźć aspirynę pewnej chorej babie. I jadą laski z gimnazjum.....
I rejestruję taką rozmowę:
- jeny, słyszałyście? Ona powiedziała, że będą dwa sprawdziany w miesiącu! Jeny...ile ja będę miała jedynek....
- no ja się nastawiam na dwójki, jakoś to będzie.
Miałam ochotę odwrócić się i wycedzić przez zęby:
- to się k...wa uczcie, debilki.
Oczywiście nie zrobiłam tego, ale miałam naprawdę ogromną ochotę albo zabić, albo zapłakać nad przyszłością tego narodu.
Ale ulga przyszła w innym autobusie. Kiedy to młodzieniaszek, też jakieś ryczące gimnazjum, włączył sobie muzyczkę w telefonie. Muzyczka to jakiś polski rap, czy inny hip-hop. Nie lubię polskiego, więc mnie wstrząsło. Dogłębnie. Autobus pełen ludzi. Nikt nie zareagował. Zareagowała na to moja znajoma, której powiedziałam:
- zaraz dla kontrastu włączę Testament, albo inne żelastwo.
Powiedziała coś tam do niego, ale ją olał. No to uśmiechnęłam się uroczo, a wiedzcie, że potrafię, odwróciłam do gówniarza i głosem na poziomie ściszonego radia powiedziałam, patrząc mu w oczy:
- wyłączysz to, czy nie?
Wiecie, chyba miałam coś jednak w twarzy takiego, że spuścił wzrok, zmielił coś pod nosem i wyłączył.
A tak naprawdę powiem Wam jedno:
Na dziś:
Elektryczne Gitary - Wszystko chuj
Czyli u mnie.
Czyli nic się nie zmieniło, dalej mężatką jestem i ...[tych słów już nie używam].
Co ma być to będzie.
Wierzę, że będzie tak, jak ma być.
Akt 1.
Dzwonię sobie do sądu. Dowiedzieć się co i jak. Dowiaduję się.
Dzwonię więc do kancelarii, dowiedzieć się co i jak. W końcu zapłaciłam ciężkie pieniądze za obsługę. DOWIADUJĘ SIĘ ZUPEŁNIE CZEGOŚ INNEGO. Wolałabym wersję optymistyczną, czyli kancelaryjną (a że nieprawdziwą to trudno), że jestem już po, że czekam tylko na podpis sędziego. Trudno, zniosę to jakoś. Ale żeby nie było, w poniedziałek idę po pomoc w tej sprawie, bo sobie nie pozwolę.
Z powodu powyższego nastąpił
Akt 2.
Telefon wyładował mi się trzy razy. Dzwoniłam do wielu osób, które czekały na wieści, ale w sumie po to, żeby po prostu postawić się do pionu. Tak jak powiedziałam jednej z tych dobrych dusz, musiałam usłyszeć kogoś pozytywnego. Usłyszałam. I w sumie zeszło ze mnie całe napięcie. Zresztą po potężnym, nazwę to dzisiaj delikatnie, zdenerwowaniu, przyszedł czas na śmiech i żarty. Bo tak naprawdę nie umiem długo tkwić w złych emocjach. Szkoda mi na to czasu. I szkoda mojego zdrowia.
Akt 3.
Na świecie są ważniejsze rzeczy niż moje problemy. Na przykład takie.
Jadę autobusem ratować świat.
No dobra, jadę zawieźć aspirynę pewnej chorej babie. I jadą laski z gimnazjum.....
I rejestruję taką rozmowę:
- jeny, słyszałyście? Ona powiedziała, że będą dwa sprawdziany w miesiącu! Jeny...ile ja będę miała jedynek....
- no ja się nastawiam na dwójki, jakoś to będzie.
Miałam ochotę odwrócić się i wycedzić przez zęby:
- to się k...wa uczcie, debilki.
Oczywiście nie zrobiłam tego, ale miałam naprawdę ogromną ochotę albo zabić, albo zapłakać nad przyszłością tego narodu.
Ale ulga przyszła w innym autobusie. Kiedy to młodzieniaszek, też jakieś ryczące gimnazjum, włączył sobie muzyczkę w telefonie. Muzyczka to jakiś polski rap, czy inny hip-hop. Nie lubię polskiego, więc mnie wstrząsło. Dogłębnie. Autobus pełen ludzi. Nikt nie zareagował. Zareagowała na to moja znajoma, której powiedziałam:
- zaraz dla kontrastu włączę Testament, albo inne żelastwo.
Powiedziała coś tam do niego, ale ją olał. No to uśmiechnęłam się uroczo, a wiedzcie, że potrafię, odwróciłam do gówniarza i głosem na poziomie ściszonego radia powiedziałam, patrząc mu w oczy:
- wyłączysz to, czy nie?
Wiecie, chyba miałam coś jednak w twarzy takiego, że spuścił wzrok, zmielił coś pod nosem i wyłączył.
A tak naprawdę powiem Wam jedno:
Na dziś:
Elektryczne Gitary - Wszystko chuj
wtorek, 7 października 2014
[305] Idź spać
Po nieziemskim ...jakby tu dyplomatycznie to nazwać...a co sobie będę żałować, po zajebistym wqrwie, przyszedł spokój.
Myli się ten, kto myśli, że mogę już sobie swobodnie zmienić nazwisko. Albo że wszelkie sprawy zostały przyklapnięte papierem. Dział sprawiedliwości, szlag by go trafił, ma dużo czasu (np. daje sobie 3 tygodnie na sprawdzenie, czy przelew, który idzie góra 3 dni, doszedł na konto...), a druga strona, mimo, że niczego nie osiągnie, wykorzystuje każdą możliwą kropkę w procedurach. "Dla dobra dzieci".
Tu zamilknę jednak. Bo osiągnięta wewnętrznie nirwana odgalopuje w siną dal.
A spokój osiągnęłam niejako siłą woli. W eter poszło to, co mi leżało na wątrobie, bardzo było soczyste i niecenzuralne, ale w końcu, po 3 latach, miało prawo się ulać. Nawet tak niespotykanie spokojniej osobie, jak ja.
Ale teraz, dzisiaj, doszłam do punktu, w którym mam w końcu prawie porządek, piękny nowy balkon, nie ma już rusztowań - przynajmniej do wiosny, jest przepiękna pogoda, dzieciaki urodziły się ponownie oba, Młodemu moja koleżanka nawet upiekła tort. Mam nadzieje, że choróbska poszły sobie w cholerę.
Mam nadzieję.
Mam mnóstwo pomysłów.
Zrobię sobie mapę i zrealizuję je krok po kroku.
Cieszę się, że na mojej drodze pojawiają się takie osoby jak na przykład ta, z którą dzisiaj poszłam na kawę. Hoduje pozytywne myśli i jest niesamowita. Za każdym razem mało mi tych spotkań, stanowczo za krótko trwają. Bo tak fajnie spotkać bratnią duszę.
Czasu mi brak. Nie ma ktoś nadmiaru? Tak tyci, może ze dwie godzinki, z dziennym światłem, wypoczęte. Mogą być nawet zachmurzone, deszczowe, z wichurą. Przydałyby mi się. Wtedy mogłabym zadzwonić do paru osób, napisać co trzeba, zrobić co zaplanowane. A tak wstaję o świcie, o 20.00 padam na twarz. O ile jestem w domu. Bo na przykład na takim przystanku, bez wzbudzania podejrzeń, spać się nie da. Nie próbowałam, ale tak przypuszczam.
Za to wiem jak to jest rozmawiać z osobą, która zasypia na stojąco. Wczoraj miałam okazję. Zadzwoniłam do koleżanki, załatwiałyśmy ważną sprawę, ale to ja ją robiłam. Potrzebowałam danych. Ponieważ robiłam to pierwszy raz, nie wiedziałam co i jak, więc zadzwoniłam.
Po drugiej stronie wesoły głos, wyluzowany, jakieś głosy w tle (myślałam, że jest na imprezie, w pubie). I rozmawiamy. Nie mogłam się zalogować do poczty. Więc ona zmieniła hasło. Pytam o dane. Wstaw swoje. Zapaliła mi się lampka. A tu co. To. I mówi: zasypiam. No to mówię: ok, jakby co zadzwonię. Doszłam do punktu, że bez niej ani rusz. Dzwonię. A ta mi coś mówi: czyipół. Pytam o coś i nic. To mówię: idź spać. Intuicyjnie pozmieniałam dane na odpowiednie, wpisałam co trzeba. Zdążyłam.
Dzisiaj ta do mnie dzwoni i mówi: tyyyyy myślałam, że mi się śniło, że z tobą rozmawiałam i aż sprawdziłam telefon. Rozmawiałam z tobą!!!! Ale o czym???
Taaaaaaaa....
Myli się ten, kto myśli, że mogę już sobie swobodnie zmienić nazwisko. Albo że wszelkie sprawy zostały przyklapnięte papierem. Dział sprawiedliwości, szlag by go trafił, ma dużo czasu (np. daje sobie 3 tygodnie na sprawdzenie, czy przelew, który idzie góra 3 dni, doszedł na konto...), a druga strona, mimo, że niczego nie osiągnie, wykorzystuje każdą możliwą kropkę w procedurach. "Dla dobra dzieci".
Tu zamilknę jednak. Bo osiągnięta wewnętrznie nirwana odgalopuje w siną dal.
A spokój osiągnęłam niejako siłą woli. W eter poszło to, co mi leżało na wątrobie, bardzo było soczyste i niecenzuralne, ale w końcu, po 3 latach, miało prawo się ulać. Nawet tak niespotykanie spokojniej osobie, jak ja.
Ale teraz, dzisiaj, doszłam do punktu, w którym mam w końcu prawie porządek, piękny nowy balkon, nie ma już rusztowań - przynajmniej do wiosny, jest przepiękna pogoda, dzieciaki urodziły się ponownie oba, Młodemu moja koleżanka nawet upiekła tort. Mam nadzieje, że choróbska poszły sobie w cholerę.
Mam nadzieję.
Mam mnóstwo pomysłów.
Zrobię sobie mapę i zrealizuję je krok po kroku.
Cieszę się, że na mojej drodze pojawiają się takie osoby jak na przykład ta, z którą dzisiaj poszłam na kawę. Hoduje pozytywne myśli i jest niesamowita. Za każdym razem mało mi tych spotkań, stanowczo za krótko trwają. Bo tak fajnie spotkać bratnią duszę.
Czasu mi brak. Nie ma ktoś nadmiaru? Tak tyci, może ze dwie godzinki, z dziennym światłem, wypoczęte. Mogą być nawet zachmurzone, deszczowe, z wichurą. Przydałyby mi się. Wtedy mogłabym zadzwonić do paru osób, napisać co trzeba, zrobić co zaplanowane. A tak wstaję o świcie, o 20.00 padam na twarz. O ile jestem w domu. Bo na przykład na takim przystanku, bez wzbudzania podejrzeń, spać się nie da. Nie próbowałam, ale tak przypuszczam.
Za to wiem jak to jest rozmawiać z osobą, która zasypia na stojąco. Wczoraj miałam okazję. Zadzwoniłam do koleżanki, załatwiałyśmy ważną sprawę, ale to ja ją robiłam. Potrzebowałam danych. Ponieważ robiłam to pierwszy raz, nie wiedziałam co i jak, więc zadzwoniłam.
Po drugiej stronie wesoły głos, wyluzowany, jakieś głosy w tle (myślałam, że jest na imprezie, w pubie). I rozmawiamy. Nie mogłam się zalogować do poczty. Więc ona zmieniła hasło. Pytam o dane. Wstaw swoje. Zapaliła mi się lampka. A tu co. To. I mówi: zasypiam. No to mówię: ok, jakby co zadzwonię. Doszłam do punktu, że bez niej ani rusz. Dzwonię. A ta mi coś mówi: czyipół. Pytam o coś i nic. To mówię: idź spać. Intuicyjnie pozmieniałam dane na odpowiednie, wpisałam co trzeba. Zdążyłam.
Dzisiaj ta do mnie dzwoni i mówi: tyyyyy myślałam, że mi się śniło, że z tobą rozmawiałam i aż sprawdziłam telefon. Rozmawiałam z tobą!!!! Ale o czym???
Taaaaaaaa....
piątek, 19 września 2014
[304] Istne szaleństwo
Żeby nie było, że smutno i nudno i bez polotu.
Żeby nie było, że ja tylko kartony i przeprowadzki. No dobra, ostatnio tak, ale że tak powiem zbliża się wszystko do brzegu.
(A propos, jest tu jakiś budowlaniec? Mam świeży beton na balkonie i muszę go w niedzielę podlać...Nie było kiedy usłyszeć instrukcji od Pana Fachowca, więc będę tworzyć sama, chyba, że Pan Fachowiec wpadnie w niedzielę)
Pan Fachowiec to w ogóle fajny facet jest, ale niestety, mówi do telefonu: "pa, Maleńka".
Ale wracając do tematu.
Remont trwa. Ostatnio, z tęsknoty za zimą dostałam w prezencie swoją własną. Nie powiem, fajna, tylko trochę chrzęści w zębach, kiedy trafi się w kubku z herbatą.
No i widzicie, zima, i od razu do kompletu angina, kaszel i cisza.
Angina moja. Załatwiłam się podręcznikowo. Od zimnych nóżek. Nie będę rozwijać tematu, ale trochę mnie to zaskoczyło.
Młody kaszle. Ale wychodzimy z tego. Dwa dni posiedział w domu i daje radę. W poniedziałek nie pozwolę mu moczyć tyłka na basenie. Bo to właśnie szkolny basen go załatwił.
A Kudłata..Nie wiem co zrobiła, ale najpierw zaniemówiła - stąd cisza, a potem cherlała jak gruźlik. Znaczy jak ja, zanim dopadła mnie angina, ale zupełnie niezależnie ode mnie, bo ja się z nią nie całuję!
W każdym razie widoki na ozdrowienie, bez ludowej medycyny, są.
Nie to, że nieskuteczna. Ja po prostu nie mam w zasięgu chlewu. O korycie to nawet nie wspomnę.
Żeby zakończyć dzisiejszy dzień jakoś optymistycznie, to opowiem co dzisiaj mi się przytrafiło.
Pojechałam po zakupy. Czymś trzeba było nakarmić dziatwę. Wracam do domu z radosnym okrzykiem, skierowanym do Młodego: zaraz zrobię hot-dogi!
Młody się ucieszył, ja rozpakowałam torby i...doopa.
Nie będzie hot-dogów. Zgubiłam psy. Znaczy bagietki. My lubimy hot-dogi z biedronkowych bagietek. Uprzedzam ewentualne zdziwienie.
I tu porada dnia: nigdy więcej nie pomyślę: żeby tylko mi nie wypadło, żebym tylko nie zgubiła.
Wsiadłam do autobusu i korzystając z wolnego miejsca, walnęłam na siedzenie obok siaty. Nie nie, nie jestem taka, chciałam tylko przepakować część prowiantu do torebki, żeby było mi lżej. I wyjęłam te nieszczęsne bagietki, których miałam nie zgubić. Przepakowałam się i było cacy. Wysiadłam, doszłam do domu i....bagietki pojechały zwiedzać miasto. Mam nadzieję, że komuś smakowały.
Dobra, miało być optymistycznie, a wyszło jak zwykle. Idę spać. Jutro przynajmniej nikt mnie nie będzie budził wierceniem w ścianach.
Żeby nie było, że ja tylko kartony i przeprowadzki. No dobra, ostatnio tak, ale że tak powiem zbliża się wszystko do brzegu.
(A propos, jest tu jakiś budowlaniec? Mam świeży beton na balkonie i muszę go w niedzielę podlać...Nie było kiedy usłyszeć instrukcji od Pana Fachowca, więc będę tworzyć sama, chyba, że Pan Fachowiec wpadnie w niedzielę)
Pan Fachowiec to w ogóle fajny facet jest, ale niestety, mówi do telefonu: "pa, Maleńka".
Ale wracając do tematu.
Remont trwa. Ostatnio, z tęsknoty za zimą dostałam w prezencie swoją własną. Nie powiem, fajna, tylko trochę chrzęści w zębach, kiedy trafi się w kubku z herbatą.
No i widzicie, zima, i od razu do kompletu angina, kaszel i cisza.
Angina moja. Załatwiłam się podręcznikowo. Od zimnych nóżek. Nie będę rozwijać tematu, ale trochę mnie to zaskoczyło.
Młody kaszle. Ale wychodzimy z tego. Dwa dni posiedział w domu i daje radę. W poniedziałek nie pozwolę mu moczyć tyłka na basenie. Bo to właśnie szkolny basen go załatwił.
A Kudłata..Nie wiem co zrobiła, ale najpierw zaniemówiła - stąd cisza, a potem cherlała jak gruźlik. Znaczy jak ja, zanim dopadła mnie angina, ale zupełnie niezależnie ode mnie, bo ja się z nią nie całuję!
W każdym razie widoki na ozdrowienie, bez ludowej medycyny, są.
Nie to, że nieskuteczna. Ja po prostu nie mam w zasięgu chlewu. O korycie to nawet nie wspomnę.
Żeby zakończyć dzisiejszy dzień jakoś optymistycznie, to opowiem co dzisiaj mi się przytrafiło.
Pojechałam po zakupy. Czymś trzeba było nakarmić dziatwę. Wracam do domu z radosnym okrzykiem, skierowanym do Młodego: zaraz zrobię hot-dogi!
Młody się ucieszył, ja rozpakowałam torby i...doopa.
Nie będzie hot-dogów. Zgubiłam psy. Znaczy bagietki. My lubimy hot-dogi z biedronkowych bagietek. Uprzedzam ewentualne zdziwienie.
I tu porada dnia: nigdy więcej nie pomyślę: żeby tylko mi nie wypadło, żebym tylko nie zgubiła.
Wsiadłam do autobusu i korzystając z wolnego miejsca, walnęłam na siedzenie obok siaty. Nie nie, nie jestem taka, chciałam tylko przepakować część prowiantu do torebki, żeby było mi lżej. I wyjęłam te nieszczęsne bagietki, których miałam nie zgubić. Przepakowałam się i było cacy. Wysiadłam, doszłam do domu i....bagietki pojechały zwiedzać miasto. Mam nadzieję, że komuś smakowały.
Dobra, miało być optymistycznie, a wyszło jak zwykle. Idę spać. Jutro przynajmniej nikt mnie nie będzie budził wierceniem w ścianach.
niedziela, 14 września 2014
[303] Wędrówki
Wieści z pola boju:
Ilość kartonów drastycznie uległa zmniejszeniu. Agencje donoszą, że niebezpieczeństwo minęło, nie powtórzy się historia Hanki M.
Aczkolwiek rolę destruktora przejęły framugi. Dzisiaj właśnie zaliczyłam bliskie spotkanie z taką jedną, nie polecam. Wiem teraz przynajmniej jak będzie wyglądał tatuaż na moim ramieniu.
Zmniejszenie liczby kartonów, wbrew pozorom, nie oznacza zmniejszenia bałaganu. Absolutnie jedno z drugim nie idzie w parze. Za to meble zaczynają wędrówki, dobrze, że tylko na poziomie jednego piętra.
Ciężka noc przede mną. Będę polować. Wiem, pełnia była kilka dni temu, grzyby zbierałam rano, ale nocne polowanie tyczy się krwiopijcy. Od kiedy go zobaczyłam, wszystko mnie swędzi. Na zapas. A ledwo zagoiły się ślady po poprzednikach...
Jak już napomknęłam, byłam dzisiaj na łowach leśnych, uzbierałam porcję grzybów na obiadek. Mimo deszczów, które żyć mi nie dawały i w zeszłym tygodniu padały akurat wtedy, kiedy z Młodym wracaliśmy do domu ze szkoły. Myślałam, że wystarczy tyle wody, bo ja byłam przemoczona do majtek. Jednak nie, powietrze i lasy dalej suche. Trzeba więc poczekać na porządne grzybobranie kilka tygodni. Nie mówcie mi tylko, że u Was grzybów mnóstwo, bo się zdenerwuję.
Rozbroił mnie za to Młody, bo rzekł był, na moje narzekanie na pajęczyny:
- Jestem twoim rycerzem. A ty jesteś moją tarczą. Tak więc będę szedł za tobą.....
Na takie dictum, parsknęłam śmiechem. I cóż, trzeba się było samej ogarniać z pajęczyn...
W między czasie zostałam przewodniczącą dwuosobowej trójki klasowej u Kudłatej w szkole.
Jednocześnie zaliczyłam się dobrowolnie w poczet rodziców, zapełniających dzieciom czas po szkole różnymi zajęciami dodatkowymi. I tak oto Młody będzie pływał po hiszpańsku w kimonie... Jakoś tak.
Dodatkowym utrudnieniem logistycznym jest fakt, że Młody sam do domu nie wraca. Droga z przystanku nie sprzyja wędrówkom samodzielnym. Dlatego też zawożę go i odbieram. Nie lecę z nim do szkoły, tylko wysadzam z autobusu, podprowadzam kawałek, a dalej idzie sam. Szybko i sprawnie. Za to powrooooooty... Są nieco wydłużone, szczególnie kiedy czasu mało. Wtedy Młody zapomina wyjść ze szkoły od razu po lekcjach i beztrosko idzie na świetlicę. A potem, jakieś 40 minut po terminie, beztrosko przychodzi z kijem większym od siebie trzy razy. Muszę nad nim popracować. Wiem już, że przypominanie rano nic nie daje. Zaglądanie do planu też nie. Ale cóż, wymyślę jakiś skuteczny sposób, jakiś zdalny przesyłacz myśli, elektrowstrząsy, czy coś. Od razu mówię, że telefonu do szkoły nie dostanie. Będę go szantażować i kusić. Może poskutkuje.
A teraz idę znaleźć sobie jakieś coś, czym będę mogła trzasnąć przeciwnika skutecznie, ale bez krwawych plam na ścianie..
Ilość kartonów drastycznie uległa zmniejszeniu. Agencje donoszą, że niebezpieczeństwo minęło, nie powtórzy się historia Hanki M.
Aczkolwiek rolę destruktora przejęły framugi. Dzisiaj właśnie zaliczyłam bliskie spotkanie z taką jedną, nie polecam. Wiem teraz przynajmniej jak będzie wyglądał tatuaż na moim ramieniu.
Zmniejszenie liczby kartonów, wbrew pozorom, nie oznacza zmniejszenia bałaganu. Absolutnie jedno z drugim nie idzie w parze. Za to meble zaczynają wędrówki, dobrze, że tylko na poziomie jednego piętra.
Ciężka noc przede mną. Będę polować. Wiem, pełnia była kilka dni temu, grzyby zbierałam rano, ale nocne polowanie tyczy się krwiopijcy. Od kiedy go zobaczyłam, wszystko mnie swędzi. Na zapas. A ledwo zagoiły się ślady po poprzednikach...
Jak już napomknęłam, byłam dzisiaj na łowach leśnych, uzbierałam porcję grzybów na obiadek. Mimo deszczów, które żyć mi nie dawały i w zeszłym tygodniu padały akurat wtedy, kiedy z Młodym wracaliśmy do domu ze szkoły. Myślałam, że wystarczy tyle wody, bo ja byłam przemoczona do majtek. Jednak nie, powietrze i lasy dalej suche. Trzeba więc poczekać na porządne grzybobranie kilka tygodni. Nie mówcie mi tylko, że u Was grzybów mnóstwo, bo się zdenerwuję.
Rozbroił mnie za to Młody, bo rzekł był, na moje narzekanie na pajęczyny:
- Jestem twoim rycerzem. A ty jesteś moją tarczą. Tak więc będę szedł za tobą.....
Na takie dictum, parsknęłam śmiechem. I cóż, trzeba się było samej ogarniać z pajęczyn...
W między czasie zostałam przewodniczącą dwuosobowej trójki klasowej u Kudłatej w szkole.
Jednocześnie zaliczyłam się dobrowolnie w poczet rodziców, zapełniających dzieciom czas po szkole różnymi zajęciami dodatkowymi. I tak oto Młody będzie pływał po hiszpańsku w kimonie... Jakoś tak.
Dodatkowym utrudnieniem logistycznym jest fakt, że Młody sam do domu nie wraca. Droga z przystanku nie sprzyja wędrówkom samodzielnym. Dlatego też zawożę go i odbieram. Nie lecę z nim do szkoły, tylko wysadzam z autobusu, podprowadzam kawałek, a dalej idzie sam. Szybko i sprawnie. Za to powrooooooty... Są nieco wydłużone, szczególnie kiedy czasu mało. Wtedy Młody zapomina wyjść ze szkoły od razu po lekcjach i beztrosko idzie na świetlicę. A potem, jakieś 40 minut po terminie, beztrosko przychodzi z kijem większym od siebie trzy razy. Muszę nad nim popracować. Wiem już, że przypominanie rano nic nie daje. Zaglądanie do planu też nie. Ale cóż, wymyślę jakiś skuteczny sposób, jakiś zdalny przesyłacz myśli, elektrowstrząsy, czy coś. Od razu mówię, że telefonu do szkoły nie dostanie. Będę go szantażować i kusić. Może poskutkuje.
A teraz idę znaleźć sobie jakieś coś, czym będę mogła trzasnąć przeciwnika skutecznie, ale bez krwawych plam na ścianie..
sobota, 6 września 2014
[302] Karton network
W końcu! Znalazłam myszkę do kompa!
Nie nie, to jeszcze nie koniec. Rozpakowywania. Kartony straszą mnie całymi dniami i nocą. Dlatego w dzień uciekam z domu, a w nocy zamykam szybko oczy.
Ale może trochę historii.
Przeprowadzka.
Pakowałam się długo i namiętnie. Oczywiście najlepiej poszło dzień przed. Ponieważ w trakcie mieszkania doszło kilka większego gabarytu mebli, lodówka i pralka, nie mogłam poprosić nikogo ze znajomych o pomoc. Poprzednio przenosiłam się przyczepką ze Statoila i dwa obroty dały radę.
Teraz było trochę gorzej. Musiałam więc zamówić transport. Transport okazał się mało kompetentny i do chrzanu, rozwalili mi mebel, ale generalnie wyszło mi na plus, bo .... stoi do góry nogami w trzech częściach. Sprawa zakończyła się oddaniem kasy za naprawę. Co prawda trochę musiałam nabluzgać w słuchawkę i zagrozić sądem. W każdym razie, wielki gabaryt przewieźli panowie, rozstawiając mi meble jak im pasowało, a cała reszta....
Całą resztę przewiozłam ze znajomymi. W pierwszy dzień jedna koleżanka. Kilka kursów. Drugi dzień, symultanicznie, wielki gabaryt, znajomi z mini vanem i ...seicento. Trzeci dzień seicento i kombi renault. Da się? Da się.
I wszystko byłoby super, gdyby nie to, że w poprzednim mieszkaniu miałam szafę a la komandor. Mieściło się w niej wszystko, łącznie z całym kramem sezonowo nieczynnym. Tu natomiast mam więcej przestrzeni, ale nie mam gdzie schować, już nawet nie mówię o sezonówkach, zwykłych gaci nie mam gdzie schować. Koczuję więc w kartonach, zrobiłam przegląd, poprzekładałam tematycznie i w kartonie po bananach mam bieliznę. Muszę jeszcze tych kartonów skombinować, bo to fajna sprawa jest. No i będzie miejsce na inne części garderoby.
Ale tak naprawdę mam fajnych ludzi wokół. Dzięki temu mam już szafkę na buty. I stół do kuchni. Przerobię je na bóstwa i pochwalę się oczywiście. Jutro będę szaleć z papierem ściernym. Cztery krzesła mam. Jedno z epoki, miała takie moja babcia, będę szukać takich samych do kompletu. Moje jest jeszcze białe, ale też zmieni kolor.
Marzę o fotelu, takim, w którym siądę z książką, przykryję się kocem i zniknę wieczorem. Nawet taki wypatrzyłam na tablicy. Pomyślę o tym.
I tak, jak widzicie, wszystko układa się znakomicie. I choć wkurzają mnie kartony, to jeszcze trochę z nimi pomieszkam. Staramy się sobie nie wchodzić w drogę.
Odkryłam, że przeszkadza mi kurz. Wczoraj rzęziłam jak astmatyk. Ale jeszcze potrwa zanim opadnie cały pył, ponieważ panowie ocieplają mi dom, więc w pakiecie z kurzem i pyłem mam kuleczki styropianu. A może mam uczulenie na styropian?
W międzyczasie przeżyłam inwazję muszek owocówek. Latały setkami. Przypuszczam, że to z powodu winogrona na balkonie, teraz wytłukłam prawie wszystkie. Jeszcze jakieś niedobitki latają po łazience. Winogrona nie będzie, niestety. To ostatni sezon. Zostaną usunięte podczas remontu dołu. Ale wiem, że na wiosnę dostanę kawałek ziemi do uprawiania własnego ogródeczka. Już mi się dusza uśmiecha.
I to by było na tyle.
A nie. Jeszcze jedna wiadomość. Królik odszedł po przeprowadzce. Może miał za duży stres. A może chorował. W każdym razie pochowaliśmy go w lesie. Chyba nie chcę więcej zwierząt.
Idę przestawić jakiś karton.
PS: Boję się zalewu spamu po tytule. Wifirifi wyciągnęło z czeluści nawet spam po włosku. A już zupełnie nie rozumiem, co miało znaczyć zapytanie "Alice Cooper co o nim sądzicie". No bo co można sądzić? Ja tam go lubię :)
Nie nie, to jeszcze nie koniec. Rozpakowywania. Kartony straszą mnie całymi dniami i nocą. Dlatego w dzień uciekam z domu, a w nocy zamykam szybko oczy.
Ale może trochę historii.
Przeprowadzka.
Pakowałam się długo i namiętnie. Oczywiście najlepiej poszło dzień przed. Ponieważ w trakcie mieszkania doszło kilka większego gabarytu mebli, lodówka i pralka, nie mogłam poprosić nikogo ze znajomych o pomoc. Poprzednio przenosiłam się przyczepką ze Statoila i dwa obroty dały radę.
Teraz było trochę gorzej. Musiałam więc zamówić transport. Transport okazał się mało kompetentny i do chrzanu, rozwalili mi mebel, ale generalnie wyszło mi na plus, bo .... stoi do góry nogami w trzech częściach. Sprawa zakończyła się oddaniem kasy za naprawę. Co prawda trochę musiałam nabluzgać w słuchawkę i zagrozić sądem. W każdym razie, wielki gabaryt przewieźli panowie, rozstawiając mi meble jak im pasowało, a cała reszta....
Całą resztę przewiozłam ze znajomymi. W pierwszy dzień jedna koleżanka. Kilka kursów. Drugi dzień, symultanicznie, wielki gabaryt, znajomi z mini vanem i ...seicento. Trzeci dzień seicento i kombi renault. Da się? Da się.
I wszystko byłoby super, gdyby nie to, że w poprzednim mieszkaniu miałam szafę a la komandor. Mieściło się w niej wszystko, łącznie z całym kramem sezonowo nieczynnym. Tu natomiast mam więcej przestrzeni, ale nie mam gdzie schować, już nawet nie mówię o sezonówkach, zwykłych gaci nie mam gdzie schować. Koczuję więc w kartonach, zrobiłam przegląd, poprzekładałam tematycznie i w kartonie po bananach mam bieliznę. Muszę jeszcze tych kartonów skombinować, bo to fajna sprawa jest. No i będzie miejsce na inne części garderoby.
Ale tak naprawdę mam fajnych ludzi wokół. Dzięki temu mam już szafkę na buty. I stół do kuchni. Przerobię je na bóstwa i pochwalę się oczywiście. Jutro będę szaleć z papierem ściernym. Cztery krzesła mam. Jedno z epoki, miała takie moja babcia, będę szukać takich samych do kompletu. Moje jest jeszcze białe, ale też zmieni kolor.
Marzę o fotelu, takim, w którym siądę z książką, przykryję się kocem i zniknę wieczorem. Nawet taki wypatrzyłam na tablicy. Pomyślę o tym.
I tak, jak widzicie, wszystko układa się znakomicie. I choć wkurzają mnie kartony, to jeszcze trochę z nimi pomieszkam. Staramy się sobie nie wchodzić w drogę.
Odkryłam, że przeszkadza mi kurz. Wczoraj rzęziłam jak astmatyk. Ale jeszcze potrwa zanim opadnie cały pył, ponieważ panowie ocieplają mi dom, więc w pakiecie z kurzem i pyłem mam kuleczki styropianu. A może mam uczulenie na styropian?
W międzyczasie przeżyłam inwazję muszek owocówek. Latały setkami. Przypuszczam, że to z powodu winogrona na balkonie, teraz wytłukłam prawie wszystkie. Jeszcze jakieś niedobitki latają po łazience. Winogrona nie będzie, niestety. To ostatni sezon. Zostaną usunięte podczas remontu dołu. Ale wiem, że na wiosnę dostanę kawałek ziemi do uprawiania własnego ogródeczka. Już mi się dusza uśmiecha.
I to by było na tyle.
A nie. Jeszcze jedna wiadomość. Królik odszedł po przeprowadzce. Może miał za duży stres. A może chorował. W każdym razie pochowaliśmy go w lesie. Chyba nie chcę więcej zwierząt.
Idę przestawić jakiś karton.
PS: Boję się zalewu spamu po tytule. Wifirifi wyciągnęło z czeluści nawet spam po włosku. A już zupełnie nie rozumiem, co miało znaczyć zapytanie "Alice Cooper co o nim sądzicie". No bo co można sądzić? Ja tam go lubię :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)







