poniedziałek, 29 grudnia 2025

[524]. Pomieszanie z poplątaniem.

Bo mi się numery wzięli i pomieszali.
Ale moje cząstkowe spektrum nie pozwala tego olać. Niestety. 
Żeby nie było mi za nudno, to znów nawiedzam Cumbrię (w tomacie) i Szkocję. Kilka dni, może we wtorek, lub środę rano wrócę do domowych pieleszy. Na razie Towarzyszy mi ofczarek Kudłatej, któren to włazi mi na głowę, zupełnie jak wnuczki babciom. Wczoraj uwalił się na mnie i chrapał mi do ucha. Tego dzbana nie przegonisz, choćby nie wiem co. Wrócę do domu i będzie rozpacz, bo moja owca będzie wąchać i robić mi wyrzuty. Znów nie będzie jadł i pił, aż mu minie. Ale przeżyjemy.
Świąt nie było u mnie klasycznie. Była.. wyżerka.
Też nie jakaś spektakularna, bo z roku na rok moje przemyślenia w tej kwestii zmieniają cały schemat.
Więc w wigilię był barszcz z uszkami. Uszka zrobiłam w gotowym cieście z koreańskiego sklepu, czyli gotowe kwadraty do wontonów. No rewelacja. Ugotowałam na parze i wyszły genialnie.
W pierwszy dzień świąt zjedliśmy rybę po grecku i sałatkę warzywną. Chleb upiekłam sama. A wieczorem wstawiłam do pieczenia łopatkę na szarpaną wieprzowinę. Ale nie byłabym sobą, żadne tam soki jabłkowe, czy standardowe marynaty. W misce wylądował ketchup, pasta gojugang, miód, sól, pieprz, papryka słodka. Mięsko wyszło za..przepyszne. Dość powiedzieć, że Młody wtrynił te 1.5kg z sosem w ciągu dnia. 
Tak to sobie spędziliśmy ten czas.
I wyjechałam wczoraj. Tak więc znów na wygnaniu.
Ale wrócę i napiszę więcej :)

sobota, 20 grudnia 2025

[525]. Na wy...gnaniu.

Zostawiłam dziecię me w domu i wyjechałam na Północ. No bo czemu nie.
Tak czy inaczej wylądowałabym tutaj i tak, gdyż wydarzył się szybki lot do kraju i Kudłata z Zięciem wybyli na dwa dni. Posiedzę tu jeszcze kilka dni i wracam 23. do siebie.

Północ jak to Północ, deszczowa, wiejąca, szara, ale jednocześnie przepiękna. Kocham te widoki, owce, górki, deszcz i wiatr i gdybym miała wybierać gdzie, to tu bym chciała mieszkać. Tylko ja to jestem tak potrzaskana, że co ładnego zobaczę, pejzaż znaczy, to ja tam chcę. Musiałabym zakupić kamper i codziennie lądować w innym miejscu. Co nie jest takie głupie, nasyciłabym swoje serce widokami, a co bym się nazwiedzała to moje.

Poza tym nic się nie dzieje. Odezwę się jak już wrócę. 
A. Zapomniałabym. Mam prezencik dla Teatru. Taki maciupki.




Oraz dla takich wariatów jak ja. Kołatek nie było, ale za to bażant owszem.



wtorek, 9 grudnia 2025

[523]. Doom

Nie wiem, co poszło nie tak. 
Ja wiem, że umiem ściągać nieszczęścia i przewidywać, śnić prorocze sny i mieć przeczucia.
Ale muszę się do czegoś przyznać.
Stworzyłam Chodzącą Zagładę.
Kij wie, jakie geny się skumulowały, albo jakie eliksiry zażywałam, że wyszło to to takie.
No to lecimy z tą opowieścią.
Ja, osobiście, doprowadziłam swoją obecnością do upadku ze trzy firmy. Jeśli nie więcej. Po moim odejściu podupadały, aż kończyły żywot. I to wcale bez mojego rzucania zaklęć.
Jedno zaklęcie podziałało i śmieję się z tego do dzisiaj i będę śmiała dalej. Byłam w ciąży z tą Zagładą, z terminem na już, a ten o którym nie lubię wspominać pojechał se na integrację. Wiadomiks, weekendzik zabaw i uciech. To żem się wkurzyła, spięła i wypowiedziałam w głos, brzemienne, nomen-omen, słowa "obyś ty przez cały wyjazd z kibla nie zszedł". No i stało się. Gnojek się struł i rzygał na przemian ze sraczką cały wyjazd. Jaką ja poczułam wtedy moc! I może wtedy uformowała się Zagłada.
Przez lata był spokój. Aż to dziecko wydoroślało.
Jest skuteczniejsza w unicestwianiu pracodawców, niż ja. Ale to pikuś.
Powiedziała, że szykują się na wycieczkę do Ukrainy. Jeb - wybuchła wojna.
Powiedziała, że planuje zwiedzić Europę autem. Włochy. Jeb - zalało to miejsce.
Była ostatnio w delegacji. Jeb - TRZĘSIENIE ZIEMI zaraz po jej wyjeździe.
Ale powiedziałam jej, że lecę do Korei. Wprosiła się i już zaczęłyśmy planować. JEB - najpierw poleciał prezydent. Mobilizacja. Spadł samolot. Potem pożary. Potem zarwana ziemia. Co chwilę jakieś wiadomości.
Powiedziałam, że nie ma bata, lecę SAMA! I niech ona nawet nie myśli o tym, żeby zawitać do Seulu.
Boję się zdradzić jej jakieś plany, bo na bank coś się stanie. 
Tylko jedno nie wyszło. Akurat trafia nie tam, gdzie powinna. A przydałoby się doprecyzować cele...

sobota, 6 grudnia 2025

[522]. Taczka.

No i paczajpan(i) to już grudzień. Kiedy to zleciało, to ja nie wiem. Mrugnęłam i jest. 
A tak serio, to nie mam bladego pojęcia kiedy i jak. No i mam w głowie milion pomysłów i tematów i nie wiem którym Was uraczyć. Czyli jest ich tak dużo, że nie ma kiedy taczki załadować, takam rozedrgana i rozmyślona. 
Czyli znów będzie o pierdołach. W takim rozkojarzeniu to ja nie mogę podejmować poważnych tematów. Bo nic z tego nie wyjdzie, jeno groch z kapustą. 
Co u mnie. Męskie decyzje. 
Jednak poddałam ten trzeci rok. Nie że zupełnie, ale z powodu zamieszania. I to właściwie nie mojego. Czas mijał, dostępu do zajęć niet, za to tylko do jednych i to zupełnie innych niż wcześniej, a tu już dedlajny zaświtały, więc się lekko wkurzyłam. Foch zaowocował rezygnacją czasową. 
Trudno. I tak się cieszę z tego, co już osiągnęłam.
Menomenda nie odpuszcza. Siłujemy się na możliwości. Jak tylko zyskuję kawałeczek pola, to dostaję fpierdol z innej strony. Na przykład znów, po pół roku, okresem, który pewnie jak w kwietniu potrwa miesiąc. Bo już trzeci tydzień mnie szczela wiadomoco.
Z drugiej strony zaczęłam się więcej ruszać, więc moja mobilność w końcu się budzi. Aczkolwiek czasem boleśnie daje o sobie znać ten menoet (nie mylić z menuetem) pierdzielony. Bolą na przykład mięśnie. Albo śmierdzę. Tak, zmienia się zapach. To jest tak wkurzające, że płakać się chce. Albo czuję wokół siebie smród petów. A nikt nie pali w moim pokoju przecież. To też oznaka mendy. 
ADHD ma się dobrze, a nawet lepiej. Korzysta z mojego mózgu, który przerabia na parówki.
I w tym szaleństwie próbuję się ogarnąć. Jest grudzień, więc...zaczęłam używać kalendarza na 2025 rok. Co nie? Rychło w czas. 
Zapisałam się do grupy kobiet z mojego miasta. I odkryłam, że jest tu spory potencjał i w końcu wyjdę do ludzi. Być może. Na razie się wszystkie badamy.
A w związku z tą grupą wpadłam na milion nowych zachciewajek. Aż się boję.
Bo jak zwykle znów coś zacznę i zostawię. 
Wiecie co mi się marzy? Wykorzystać mój słuch muzyczny i zacząć grać. Tylko mam dylemat na czym. Gitara, perkusja, klawisze, saksofon? Najlepiej na wszystkim. Dałabym radę, ale. Czy wytrwam?
Śpiewać się raczej nie odważę, ale kto wie. Koreańskie karaoke 노래방, czyli noraebang czeka. Zamknę się tam sama i będę wyć. I nikt mi nie powie, że nie mogę.
A no i koreański też mnie rajcuje. Książki już mam, czekam na znak-sygnał z centrum dowodzenia (o ile wcześniej nie wyjdą z niego parówki), że się bierzemy. Co prawda trochę hangula opatrzyłam i na przykład niektóre słowa umiem rozpoznać, ale jeszcze nie podejmę się pisania i czytania. 
To na przykład rozpoznaję z daleka. Ono idealnie oddaje mój stan.

(shibal - coś w stylu ja pierdolę).

***
Sytuacja zdaje się być chujowa, ale stabilna. 
Ciąg dalszy nastąpi weźmie wkrótce. 


wtorek, 25 listopada 2025

[521]. Jak nie my to kto.

Mrozy. Pffffffffffff.
Jakie mrozy ja się pytam, skoro na plusie jest 6.
Listopadzik niczego sobie. Tylko rok rocznie w listopadzie wszystko się jebie. Trzeba ogarnąć i przetrwać. Ale moje nielubienie w problemy i zapętlenia powoduje, że stresik trochę mam.
Nic to. Nie taaaaaaki listopad za nami. Przeżyjem.
A że my tu jesteśmy gwardią narodową, OSP i osiedlowym monitoringiem, oraz sześdziesioną, to i teraz nam się weekend trafił społeczny.
Ale po kolei. Wydarzenia rozwleczone w czasie na przestrzeni 3 lat.
Pierwszy raz dzwoniliśmy do straży, bo wróciliśmy z Północy i wył alarm na klatce. Sąsiedzi mieli to w pompce, nawet nie wiem jak długo to trwało. W każdym razie strażacy zjawili się w 3 minuty. Zajrzeli pod dach, w każdą dziurę i okazało się, że to błąd systemu, a może jakiś dzban palił w pobliżu czujnika. 
Drugi raz dzwoniłam na alarmowy, bo. W kuchni przy zlewie mam okno. I jak coś działam, gotuję, myję naczynia to gapię się czasem przez te szyby, konstatując, że może by tak umyć, wezwać myjącego, co z zewnątrz ogarnie,  o! pajączek je biedronkę, a czasem zwyczajnie rozmyślając o milionie rzeczy, kołaczących się po zwojach.
I tak sobie coś wtedy robiłam, a tu widzę, że podjechał van, wysiadło kilku siłaczy, weszli do budynku i zaczął wyć alarm. Wynosili jakieś rzeczy, alarm wył, więc..zadzwoniłam. Przyjechała policja popatrzyli, i pojechali.
Wracałam razu pewnego do domu i jechałam takim zakrętasem. Było lato, sucho jak na Saharze, słońce lampa masakryczna. Przy drodze panowie kosili trawę, ogarniali krzaje i akurat mieli przerwę. Na papieroska. Związek przyczynowo-skutkowy: ze dwa metry od nich, od strony mojego ślimaka słup dymu i ogień. Panowie nie widzieli. Oczami wyobraźni zobaczyłam jak ta sucha, wysoka trawa szybko się zajmuje. A miałam tamtędy wracać! Więc zadzwoniłam do straży. Nigdzie nie było wiadomości o pożarze, więc się udało.
Znów okno kuchenne, gotowałam sobie coś. Mój dom stoi na końcu ulicy, przejazdu nie ma. Więc każde auto, które przyjeżdża, i nie jest autem sąsiadów, wzbudza ciekawość. I tak kątem oka dostrzegłam człowieka, który podchodzi do każdych drzwi garażowych i próbuje je otworzyć. Po czym wchodzi do klatki, do garażu i wynosi jakieś coś. Zrobiłam zdjęcia. Zrobiłam zdjęcie auta, rejestracji i zadzwoniliśmy na policję. Złapali. Cyganie. Tacy z taboru. Bardzo często tu bywają. 




No i dochodzimy do weekendu. Młody z piesełem zapuszcza się w gąszcze naszej przydomowej Amazonii. I trafił raz na miejsce, gdzie kanał przepustem idzie pod drogą. Zapchany ten odpływ był listowiem, gałęziami. No trudno. 



Ale. Nadszedł november rain. Amazonia znów płynie. 
Młody poszedł na wędrówkę nocną i dzwoni. Że zaraz zaleje domy naprzeciwko nas, bo one niżej stoją. A kanał już jest przy samym brzegu. Od razu skojarzyłam, że odpływu nie ma. 
Zrobił kilka zdjęć i wrócił do domu. 


Tu po prawej są domy. niżej niż mostek. Więc ogródki im zalało jak nic.




Dodzwonił się w końcu gdzieś, wyjaśnił, że prognozy są na deszcz, że woda już sięga mostku, i że zaleje domy. Floodline wysyłało do councilu. Council nie odbierał. Straż powiedziała, że nie jest od tego i jak zaleje to mamy dzwonić, wtedy to ich zadanie. W końcu odebrał dyżurny telefon w urzędzie. I pani dyskutowała, że ona ma prognozy z met office i nie będzie padać. No ja mam z Norwegii. I oczywiście padało.
Ale chyba ktoś się przejął. Bo jak wyszłam rano z futrzastą krewetką (jak leży to się zwija jak kreweta) to kanały wyglądały już normalnie. 



W nocy woda sięgała poza kadr.

Tak więc jesteśmy strażnikami z teksasu. Tylko nie jeździmy pickupem, a od dzisiaj cytryną. C4 wita na pokładzie. 

piątek, 21 listopada 2025

[520]. Bez-senność.

Uwielbiam śnić. Raczej nie zdarzają mi się koszmary. Chociaż nie wiem czy mojego ojca z nożem wbitym w serce, który nagle wstał ze stołu można nazwać koszmarem. To było tak irracjonalne, że do dziś pamiętam. I się wcale nie boję, żeby nie było.
Ale ostatnio przytrafiło mi się coś nowego.
Jako że mam zaburzony mocno tryb snu i nocami nie śpię (menopauza jak złoto weszła na pełnej), to zdarza mi się zasnąć z laptopem na kolanach i przespać tak odcinek, albo dwa. 
Ostatnio oglądałam coś na yt. I oko się zamkło wzięło. Zwykle oglądam wszystko w słuchawkach, więc zasnęłam z nimi na łbie, na siedząco. Że mi laptop nie spadł to cud. Ale do brzegu.
Przyśniło mi się, że pojechałam na wycieczkę do Japonii. Busem. Z grupą emerytów. Wysiedliśmy na podwórku jakiegoś gospodarstwa, które wyglądało mniej więcej jak zwykłe polskie, na wsi. Weszliśmy grupą do domu, który w środku okazał się domem kultury z jakąś wystawą. I nasz przewodnik zaczął mówić o ... emeryturach w Japonii. 
Średnio mnie to obchodziło, zaczęłam łazić po tym lokalu. Charakterystycznie skrzypiała podłoga parkietowa. Może niektórzy z was też to kojarzą. Parkiet w jodełkę, rzędy krzeseł, scena, kino i welurowa, bądź aksamitna kurtyna. Ten parkiet był taki jedyny w swoim rodzaju. No ale chodzę znudzona i nagle spotykam gościa, który prowadzi sieć warsztatów samochodowych w Polsce i ma na yt kanał M4K Garage. Lubię go oglądać na serio, mnóstwo wiedzy na temat samochodów, a do tego gościu jest sympatyczny. No i on w tym moim śnie sobie był, gadał z ludźmi o samochodach, opowiadał o tym jak można się naciąć przy kupowaniu auta (temat mi znany dogłębnie), więc chciałam z nim pogadać. No i próbowałam mu opowiedzieć o mojej mazdzie. Ale nie dał mi wejść w słowo. Ignorował mnie, bezczel jeden. A sam ciągle mówił, że jeśli mamy jakieś pytania to on chętnie odpowie. Obudziłam się zaraz po tym jak powiedział że napiszcie w komentarzach i się pożegnał. 
Otworzyłam oczy. W słuchawkach cisza. Na yt właśnie zmieniał się filmik na kolejny, ale ułamek sekundy wystarczył, żebym skojarzyła. 
Tak. Ostatni filmik był o przekrętach w auto handlu. Wszystko co mówił znalazło się w moim śnie.
Śmiałam się sama z siebie. Poszłam do kuchni i przypomniały mi się emerytury.
Poleciałam do laptopa i...wcześniejszy filmik był o emeryturach w Japonii. 
Także no. Dobrze, że to nie był podcast Renaty z Worka Kości. Chociaż to mogłoby być ciekawe.


środa, 19 listopada 2025

[519]. Mniej niż 0.

Zima idzie wielkimi krokami. Szkocja i północ Anglii doświadcza śniegu. Na przemian z deszczem. 
U mnie też już bliżej poszukiwania czapki i rękawiczek. I tak, cały czas to lubię, mimo marznięcia i chrupania trawy przy porannym siku ofcy w wilczej skórze. Nie będę pokazywać jak sika, chociaż serię zdjęć posiadam (miałyśmy z Kudłatą akcję wymiany porannych akcji "sikam sobie na przednie łapska").
Za to pokażę jego facjatę. Jak się skupi to potrafi wyglądać. Ale niech Was nie zwiedzie ta inteligencja. Zdjęcie wygenerowane za pomocą piłeczki. Bez piłeczki ani rusz.      
                                                                                                                                                                            
                             

A wracając do zimy, zaskoczonych drogowców i tym podobnych akcji.
Tutaj jak już się zbliżają mrozy i może się pojawić szklanka, sypią solą wcześniej. W mojej karierze kierowcy tutejszego nie zdarzyło mi się, żeby autostrada była oblodzona. Ale to też mało ważne, bo chciałam się tylko podzielić czymś przecudownym, o czym wiem już dawno, ale jakoś nie wpadłam na to, żeby Wam pokazać. 
Otóż.
Szkockie piaskarki, solniczki, i pługi drogowe mają swoje imiona. Ale żeby było jeszcze fajniej, można je śledzić w necie. Jak klikniecie w obrazek, powinno przenieść na stronę.




Tak więc szykujemy się na mrozy.
***
Siedzę w dalszym ciągu w dramatowni. I ciągle jestem zachwycona tym, jak wiele można w serialu przekazać. Ciągle targają mną skrajne uczucia - raz czuję się wspaniale, a za chwilę poniewiera mnie temat. 
Głośno jest o filmie "Dom dobry". Jeszcze nie widziałam, ale wiem o czym jest. Obejrzę, bo to po części znany mi temat. Ale właśnie skończyłam serial "As you stood by", dostępny na Netfliksie. Ta sama tematyka. Przemoc domowa. Odwracanie głowy. Brak reakcji. Granice wytrzymałości. W końcu morderstwo. 
Inny serial, "Trigger", o tym, jak działają tłumione emocje, przemoc, jak ofiara staje się oprawcą i jak można nie przekroczyć tej granicy.
"Crime puzzle" o sekcie, władzy, szaleństwie.
To na razie tyle polecajek. Ale będą następne.

środa, 29 października 2025

[518]. Dobry pretekst nie jest zły.

Dwa dni temu doprowadziłam do katastrofy.
Przygotowałam zasadzkę na Młodego.
Nieświadomie, żeby nie było. Już opowiadam.
Nie pamiętam czy wspominałam tutaj o tym, że często mam takie przebłyski intuicji/jasnowidzenia/przewidywania, jak zwał tak zwał. One się zdarzają na brzegu myśli, na samym skraju. Zauważam, ale od ciągu dalszego zależy, czy się zdarzy, czy nie. 
Jeśli zauważam i kolejna myśl jest rozwinięciem związku przyczynowo - skutkowego, to zapobiegam. Jeśli natomiast nie pochylę się nad tym błyskiem i jest on sobie w szufladce 'widzę i co z tego', to następuje to czego można było uniknąć. To tak pokrótce.
No i wracamy do katastrofy.
Jako kochana mamusia, a raczej z powodu tego, że nie śpię rano, bo wychodzę z moim ofczarkiem, to zaczęłam robić Młodemu śniadania, czasem kanapki, które zabiera na uczelnię i herbatę w kubki termiczne. Swoją drogą polecam sprawdzone przeze mnie Contigo. Nie dość, że mają cudne kolory, to są fajnie skonstruowane. Zamknięcia itd. Łatwo to wszystko umyć w środku, z czym miałam zawsze problem w tych klikanych. Ale do brzegu.
Ponieważ są dni, kiedy Młody siedzi 7h na uni, to robię mu dwa. Oszczędny jak to poznaniak. Nie będzie kupował i już. Zrobiłam więc dwa kubki herbaty, ale kiedy je zakręciłam, zostawiłam otwarte, bo chciałam, żeby troszkę ostygło. I fajnie. Tylko że zanim Młody wstał, ja zdążyłam zasnąć i nie powiedzieć mu. A muszę dodać, że najpierw zamknęłam, potem otworzyłam i na tym skraju myśli pojawiło się: powiedzieć mu o tym, bo się rozleje.
Obudził mnie szał kurew, chujów i innych epitetów. Wyszłam na korytarz, a tam podłoga zalana herbatą. Wszystko mokre. Bo Młody swoim zwyczajem wrzucił kubki do plecaka. Wrzucił, bo nie ma w nim kieszeni, przegród, bo to zwykły plecak do łażenia po górach, czy innych wycieczkach. I te herbaty mu się wylały na zeszyt, piórnik, kurtkę...
Dałam mu mój plecak, kupiłam termos z Thermos (nie żeby to nie był dobry pretekst, bo od kiedy Kudłata zarekomendowała, to chciałam kupić) i grzecznie pozmywałam podłogi, wypłukałam kurtkę i poszłam się użalać nad kubkami, bo miały iść w odstawkę, przecież same się otwierają.
Ale dzisiaj robiłam coś w kuchni i pomyślałam sobie, że zobaczę, bo przecież te zamknięcia to nie tak lekko się otwierają. No i zrobiłam pstryk i...mi się przypomniało wzięło. Że zamknęłam do sprawdzenia szczelności i otworzyłam, żeby wyparowało..
Przyznałam się Młodemu przed chwilą. I już sapie, że kupiłam termos, bo po co.
Powiem Wam, że z nim gorzej, niż jakbym miała męża i musiała ukrywać wydatki.
Teraz nie mogłam powiedzieć: Aaaaa to już dawno kupiłam, tylko leżało schowane.





sobota, 25 października 2025

[517]. KO

I nie, to nie partia. 
To mój obronny, groźny, wielki, czterokopytny, z połową szarej komórki w czaszce, gdzie wiatr hula i mózgojady pozdychały, bo nie ma czego jeść.
Jak ktoś się zastanawia nad germanem szepardem vel piątą kolumną vel ofczarkiem vel pięknym Romanem to polecam. Z naciskiem na ale.
Zostałam znokautowana elegancko po raz trzeci. Złamanego paluszka nie liczę.
We własnym domu proszęjawas.
Otóż przyszedł pan do kontroli pieca. Bojlera znaczy. No więc musiałam zamknąć to moje szczęście w pokoju, ale mało drzwi nie wyrwał. Więc pan gazownik do mnie, że jak nie ugryzie to mu nie przeszkadza. No nie ugryzie, ale jest głośny. Więc wzięłam dziada, że psa nie gazownika, za obrożę i idę. Napęd na cztery mu się włączył w terenie i trafił na wcześniejsze miejsce zbrodni, otóż tam, gdzie wąsko w przejściu i paluszek. W tym momencie wykonał coś w stylu cofnięcia do tyłu, wydarcia do przodu, podcięcia i wpakowania mnie w ramę łóżka. Widzicie to na slowmotion? przód - tył - przód - bęc. A właściwie to nie bęc. Ja z całym rozmachem przyjebczyłam w tę ramę ramieniem, lewym, bo czemu nie (trzeci raz lewym), a to dlatego, że materac mi się zsunął ciut i tę ramę odkrył. 
No więc przypodłogowiłam z hukiem. 
I teraz przewijamy sekundę do tyłu. 
W locie puściłam obrożę. 20 cm dalej są już drzwi do kuchni, a tam był gazmen. A mój wielce hałaśliwy, obronny - zaznaczam! groźny baran nagle zamilkł, ale poleciał do gościa, przywitał się, sprawdził zawartość plecaka jak rasowy gliniarz z narkotykowego i asystował przy przeglądzie jak, nie przymierzając, pięciolatek, tylko nie zadawał pytań.
I tak oto wydało się, że on tylko udaje czubka. 
A oto dokumentacja medyczna:



poniedziałek, 20 października 2025

[516]. Etykiety zastępcze.

Chciałam napisać o tym, jak bardzo świat poszedł w kierunku etykietowania, tagowania, nazywania wszystkiego, chociaż nie zawsze trzeba nazywać.
Wszystkie pseudorozwojowe, pseudopsychologiczne bajki robią więcej złego, niż dobrego. 
Oczywiście nie mówię o tych, którzy muszą być leczeni, zadbani, zaopiekowani z powodu zaburzeń i chorób. 
Natomiast męczy mnie bardzo trywializowanie poważnych rzeczy. 
Wszyscy mają teraz adhd, spektrum autyzmu, aspergera, albo wszystkie dys-. 
Mam taką teorię, uknutą na kolanie w trakcie obserwacji i rozmyślań, że my ludzie musimy wszystko porządkować, systematyzować i zmniejszać opór w tej linii, żeby jak najłatwiej było żyć.
Owszem, ułatwianie sobie życia - jestem na tak! Technologia - tak! Rozwój - tak! Ale musi być jakiś balans. Równowaga. Nie można tylko się ślizgać do celu, czasem trzeba się czołgać, a czasem wdrapywać. A i spadanie jest częścią bytu i nauki.
Tak sobie siedzieliśmy nocą którąś z Młodym i roztrząsaliśmy etykietki. Zaczęliśmy od nas samych. Bo mamy różne cechy wskazujące na ZA, ADHD, stany depresyjne. Ale nie na tyle, żeby lecieć po diagnozy, które ułatwiają bardzo życie, szczególnie tutaj. 
Wiedza jest świetną rzeczą. Sama zgłębiam tematy ważne i nieważne, np. po co kulka w puszce Guinnessa, albo na temat zaburzeń, czy osobowości. Ale nie wybieram sobie tylko tego co mi pasuje. Analizuję całość, czytam, rozwiewam wątpliwości i zadaję sobie pytania. 
O nauce, wiedzy, edukacji cały czas mówię, że jest potrzeba. Nie religia, ale podstawy psychologii, żeby umieć rozróżnić i na czas wyłapać, że coś się dzieje. Podstawy ekonomii. Rzeczy praktyczne w życiu. Ja wiem, że teraz się guzików nie przyszywa i nie ceruje skarpet, ale proste czynności wypadałoby umieć. Komu przeszkadzało ZPT? Świetna sprawa, rozwój manualny, myślenie, technika. Ale potem trafiłam do technikum, gdzie starej daty nauczyciel mówił, że młodym to on się boi dać miotłę do zamiecenia hali, a co dopiero pozwolić używać tokarki.
Jeszcze jedno mnie mierzi. Wydawanie opinii w necie. Na podstawie pięciu zdań o czymś. Diagnoza nie cierpiąca sprzeciwu: narcyz, psychol, uciekaj. Im jestem starsza, tym trudniej mi jednoznacznie oceniać. 
Moja odpowiedź w dyskusjach z Młodym najczęściej brzmi: to zależy.

sobota, 11 października 2025

[515]. I to samo miał.

Kilka dni temu kazałam kupić Młodemu aspirynę. I pomna tutejszych zwyczajów powiedziałam mu, że jak będą pytać po co, to ma powiedzieć, że na migrenę dla mamy. I co?
Trzy dni łeb mnie bolał, migrenowo oczywiście. Ale że nie wypowiedział tego w aptece, bo się nie zainteresowali, to tylko miałam takie muśnięcie przypominające, żeby sobie uważać.
Od kilku dni też śmiałam się z Młodego. Że kaszle, że udaje, że już niech przestanie się lenić. Oczywiście w formie żartu i nie żeby serio. Wczoraj przyszedł i mówi, że prawie nie mówi. To mu oczywiście pocisnęłam, że zapalenie gardła lepsze niż mutacja i ma taki niski, basowy, radiowy głos. 
Taaaa.
Obudziłam się niezbyt. Głosu wydobyć nie mogłam, a jak wylazł to jak z czeluści piekieł. Jakbym noc spędziła na koncercie blackmetalowym i darła japę.
Masz za swoje.
Niczego się nie nauczyłam w tej kwestii. Wiem od podstawówki, że jak nakłamię, że jestem chora, albo boli, to będę chora i będzie boleć. To pewne jak w banku.


Oraz wyciągnęłam kocykową bluzę.




czwartek, 9 października 2025

[514]. K-atharsis.

Nie miałam bladego pojęcia w co się pakuję.
Ale od początku.
Raczej nie mam jakichś uzależnień. Nie palę, piję sporadycznie, nawet pepsi już nie hurtowo. Kawa. Kawy nie piłam. Nie potrzebuję jej do pobudki. Wręcz mnie usypia. Ale zaczęłam pić może z rok temu. sporadycznie. I z mlekiem. I cukrem. Bo lubię słodkie.
O! Od cukru jestem uzależniona. W sensie od słodyczy. A wygląda to tak:
- coś bym zjadła słodkiego.
- nie kupiłam żadnych słodyczy.
-idę do kuchni
- wracam z kanapką z ogórkiem kiszonym. I szynką. Pasztetem. Albo schabem. Pomidorem, cebulką i suchymi łzami. 
Takie to uzależnienie.
No dobra. Od muzyki jestem. Bez muzyki nie ma życia. A propos. Macie tak, że nagle pojawia się jakaś fraza muzyczna we łbie i nucicie, albo śpiewacie? 
Ja mam. Jak wstaję i stękam: jejku jejku, to zaraz za tym idzie: "mówię wam, jaki rejs za sobą mam. Stary, zardzewiały, cuchnący wrak na pół roku zastąpił mi świat". Tak. Za każdym jejku jejku. 
Albo wbije mi się jakaś piosenka, niekoniecznie górnych lotów i nucę ją nawet we śnie. Na wyrywki, kiedy przewalam się z boku na bok, gotuję, sprzątam, albo idę siku. Chociaż jak idę siku to jest jejku jejku.
Ale prawdziwym, pierwszym w życiu, największym jest uzależnienie od k-dram.
Proszę ja was, to jest takie addiction, że bania mała. 
Bo z książkami to mam tak, że muszę chwilę odsapnąć. Czyli odczekać na uspokojenie nerwów/emocji/smutku/miłości, co tam wpadnie. Takie wygaszenie.
A przy dramach, ni uja. Jedną kończę, to już szukam następną. Pięć minut później już zaczynam. Zatapiam się w emocjach. Szukam niuansów. Przeżywam swoiste tu i teraz razem z bohaterami. 
A Koreańczycy umieją w scenariusze. Byle mydlana opera każdym kadrem coś mówi. Ja nie wiem, czy mi się otworzył jakiś dziesiąty zmysł, czy co, ale łapię klimat i wchodzę w to cała. Wkurzam się, płaczę, jestem szczęśliwa, analizuję. Przeżywam każdą cząstką. To jest, tak szczerze od serca, popierdzielone. Wyrozumiałość weszła mi na kolejny level. Niedociągnięcia typu zaraz będę, kiedy jazda samochodem zaczyna się za dnia, a dociera ten zaraz po ciemku, nie bolą mnie zupełnie. Może dlatego, że nie mam czasu się znudzić. Na obejrzane 253 dramy nie znalazłam żadnej, w której wygwizdałabym scenarzystę. Nawet, serio serio, jeśli tematyka i schemat jest ten sam, co w kilku innych, to zawsze jest to coś innego. I wciąga mimo i ponieważ.
Inną cudownością jest to, że nie każda kończy się jakiś powalonym happy endem, gdzie żyli długo i szczęśliwie. Często wcale nie. Wręcz odwrotnie. Ale ma to swój wydźwięk, przenosi taki ładunek emocjonalny, że aż boli.
Przed chwilą skończyłam dramę My happy ending. 16 odcinków. W 10-tym ginie jeden z bohaterów. I zostawia z takim: ALE KUR*A JAK I DLACZEMU??????? I zaczyna się dalszy ciąg rollercostera. (swoją drogą pięknie pokazane życie z chorobą afektywną dwubiegunową, zmagania z przeszłością, zazdrością, zemsta, zdrada, nieporozumienia, manipulacje, polityka. Jak coś ma walnąć, to walnie. Solidnie i z przytupem).
Nawet w zabawnej dramie Genie, make a wish przez pierwsze trzy odcinki śmiałam się, aż mnie brzuch bolał, a potem weszła analiza ludzkiej natury. Dodatkowo genialnie wplecione aluzje do innych dram. Wszystko wymieszane w idealnych proporcjach. No majstersztyk. 
Więc nazywam się Natt i jestem dramaholiczką od półtora roku. 
I wcale nie chcę tego zmieniać!

sobota, 27 września 2025

[513]. Jak mi się nie chce...

Chodzi za mną od jakiegoś czasu chęć, a raczej myśl only, żeby pisać drugi blog o dramach. Nie chcę Was tu zanudzać moimi zachwytami i rozkładaniem na czynniki myśli i emocji, które czasem bolą. 
Pomyślę o tym kiedyś. 
Bo nie wiem czy to dobrze wrzucać sobie kolejną rzecz do rutyny, kiedy ogarnianie życia chwilami mnie przerasta. Z kolejnej strony byłoby to usystematyzowanie tematu, uporządkowanie, poskładanie, porządeczek w dramowej głowie. Nie nie wiem nie wiem.

Próbuję ogarniać chaos, żeby był kontrolowany, ale marnie mi to idzie. W sensie kontrolę mam, jak zawsze wkładam rękę i wyciągam to czego szukam, czy to z rzeczy, czy to z głowy, ale chciałabym spróbować. Bo nie umiem w systematyczność. Jedyna to psiaszóstarano. To świętość. No, chyba że gad da mi pospać dłużej, ale najczęściej przychodzi mnie osmarkać swoim mokrym nochalem między piątą pół a szóstą. Pasuje mi, bo mało wtedy obiektów do wyrwania mi ręki. Cisza i spokój.
Ale pomijając zwierzęcia, systematyczności brak. A przydałaby się znów, gdyż uczelniane życie zmusza do obecności. 

Zapisałam się na szczepienie grypowe. Popytam o inne też przy okazji. A potem spotkanie z moją panią doktor w sprawach bieżących. Depresja, adhd i waga. Z pierwszego leki mnie dość dobrze wyprostowały, ale wydaje mi się, że dawka do zwiększenia. 

Coraz bliżej do zanabycia pojazdu. Raz, że to mus, gdyż w poniedziałek mało chwalebny powrót na uczelnię, dwa trzeba Młodego zawozić również. Poza tym oszczędność czasu i kasy, paradoksalnie.

A jeśli o uni chodzi to normalnie masakra. Mieli mi link wysłać do rejestracji, ale nie wysłali. Więc drogą mailową się porozumiałam z ulubioną korespondentką z frontu student - uczelnia, i w drodze tego porozumienia zostałam ręcznie wklepana do rejestru. Ale za tym przyszło trochę zamieszania, bo na platformie nie widziałam, żebym była dopuszczona do tajemnic trzeciego roku. W międzyczasie zmienili wygląd platformy i tfu! Niech ja znajdę tego dowcipnisia! W piątek miała się uaktualnić, czyli miał być plan, moduły w learning zone, a tu dupa. Z łaski pokazał się jeden moduł. I jeszcze z informacją, że poniedziałkowe zajęcia są przeniesione.. Skąd i gdzie nie wiadomo. Nie wiem też w jakiej grupie jestem, bo nie mam planu. Więc w poniedziałek kupię auto. I nie pojadę na uczelnię. W ogóle to zmieniła się nazwa kierunku, doszły mi roboty. Zmniejszyła ilość modułów, bo są cztery. I na razie nie widzę, żeby był jakiś projekt do zrobienia jak rok temu, ale mogę się mylić. Gdyż nie wiem nic. Ciekawie się zapowiada. 
Było nie popadać w stupor, nie kupować zepsutego auta i bywać na zajęciach. A tak to teraz powtarza się rok. Trudno się mówi. 

sobota, 20 września 2025

[512]. Pierwsze A (w nawiązaniu i z inspiracją).

Do napisania zbierałam się jakiś czas, bo myśli i plany ulotne są. I potrzebny zapalnik. Miałam ich kilka. Rozmowy z Młodym, wspomnienia dalekie i bliskie, a dzisiaj post u Racjonalnego Psychologa i tenże u Futra.
Pochodzę z rodziny mniej lub bardziej alkoholicznej. Raczej bez krwawych historii, ale z ogromnym bagażem wstydu.
Każda okazja do spotkania równała się piciu. Czy to grill na działce, czy to zakup mebli/pralki/telewizora, wzięcie kredytu, czy święta. Obojętnie co, zawsze zakropione, a raczej polane morzem wódki lub bimbru.
Nienawidziłam mojej rodziny, mojego domu, działki, ciotek, wujków, dziadka, znajomych i całego tego imprezowania. Najbardziej nienawidziłam mojej matki, a zaraz po niej ojca. Ojca, którego WSW zrzucało cichcem pod drzwiami, kiedy przywozili go z jednostki po wypłacie. Moje życie naznaczone było chlaniem, nie moim, pilnowaniem domu, siostry, sprzątaniem, karmieniem i wpierdolem, jak coś się nie spodobało.
Sama nie miałam ciągot do picia, nie jarało mnie to, ale z czasem alkohol pojawił się i w moim życiu.
Zdarzyło mi się chyba dwa razy urwać film. Miałam potwornego kaca. Zaliczyłam rzyganie w centrum miasta za przystankiem. Nic chlubnego. Miałam kilka takich miesięcy, kiedy tydzień w tydzień obalałam sporo whisky lub rumu, zawsze w tym samym towarzystwie. Było zawsze śmiesznie, zawsze były gry, kupa śmiechu i nigdy nie kończyło się agresją. Czy żałuję? Nie. Bo nie picie było istotą tego stoczenia. Pomogło mi to, o ironio, stanąć na nogi. 
Przestałam pić dużo. Piłam troszkę i bardzo rzadko. Doszłam do momentu, w którym odczułam "rozdzielenie" - umysł ciągle był trzeźwy, ale ciało nie działało jak bym chciała. Nie spodobało mi się. Od tamtego czasu minęło kilka lat. Piję czasem drinka lub dwa, nie bo muszę coś wyciszyć, zasłonić, czy rozluźnić. Piję, bo lubię smak whisky. I rumu. Ale od tych kilku lat zdarza mi się może z 4-5 razy do roku.
Nie udaję, że jestem abstynentką. Wiem natomiast, że nie jestem alkoholiczką. 
I to, poza moimi dziećmi, mój ogromny sukces.

wtorek, 16 września 2025

[511]. Niespodziewany zwrot akcji.

Otóż. 
Wróciłam. 
I nie uwierzycie jak Wam powiem.
Młody sprzątał łazienkę. I ODRATOWAŁ ten utopiony KAWAŁECZEK MYDŁA. Bo się zatrzymał na kratce, a pod grzybkiem. A żeby wyczyścić odpływ to grzybek odkręcamy. I jest! Eksperyment trwa!
Teraz biedulek, że synek, nie że kawałeczek mydła, chrapie w swoim pokoju, bo emocje dnia dzisiejszego chyba mu się skumulowały.
A dzień dzisiejszy to jego pierwszy dzień na uniwersytecie. Studenciak pełną gębą, ale trochę zamotany. No i ciut przytłoczony. Ale mam dwa tygodnie, żeby go powspierać, bo potem ja zaczynam mój trzeci rok. 

Jutro planuję przemeblowanie. Niewielkie, bo nierówna podłoga nie daje zbyt wielu możliwości, ale jednak. Zobaczymy jak pójdzie, bo plany planami, a wiadomo, że wychodzi jak zawsze. 
Czeka mnie też obdzwonienie kilku miejsc, bo trzeba załatwić rzeczy. Strasznie nie lubię. Odkładam ile się da. O, przypomniałam sobie, że muszę zamówić leki. Dobrze, że przez aplikację. Ale i umówić się do lekarza. I okulisty. Spróbować zrobić progresywne oksy. Tylko dobrać oprawki. 
I jeszcze wymyśliłam, że mój siwy odrost zafarbuję na kolorowo. Zobaczymy jak to wyjdzie. Muszę to przegadać. 
No i porządki. Koniecznie. 
Tyle się nazbierało pomysłów, że obawiam się o realizację.
Jak zwykle.

niedziela, 14 września 2025

[510]. Jeśli

Jeśli coś mnie wykończy, to na bank nie będzie to zawał. To będzie pies. Obojętnie który.
Mój osobisty owczarek przyziemił mną dwa razy. Dzisiaj lot z trzech schodków zafundował mi owczarek Kudłatej. Piąta kolumna normalnie. Germany, jego mać. Zgarnęłam ciuchami całą kałużę, bo pada od kiedy tu jestem (z czego się cieszę!). Pracownik firmy przy schodkach wyszedł nawet do mnie zapytać czy ok, bo widział na kamerce mój lot. Ja myślę jednak, że to wstrząsy go wywabiły z lochu. 
Bo jestem w delegacji. Na Północy. Bliżej mi do Belfastu i Dublina oraz Glasgow, niż do Londynu. Delegacja ma na celu pilnowanie zwierzyny, znaczy dokarmianie i wyprowadzanie. Nie zaglądałam jeszcze do węża, ale kot już mi się zapakował do plecaka, pies śpi w nogach, a ciuchy już suche. 
I siedzę sobie tak sama. Moje mydełko nie dało się wymydlić. Tuż przed wyjazdem postanowiło się utopić i wpadło w odpływ. Było już na tyle malutkie, że nie było co ratować. Doświadczenie zatem skończyło się przed czasem, nie do końca porażką, ale czuję niedosyt. 

Myślicie, że Młody, zostawiony w domu samotnie z naszą owcą, cieszy się z wolnej chaty? A takiego. Wczoraj dzwonił do mnie kilka razy, żeby zdać relację co kupił i jak mu smutno było robić zakupy mini tylko dla siebie. A w nocy przegadaliśmy 2 godziny. Byłoby dłużej, ale rano musiał odbyć podróż do weterynarza, bo odnowił się psu problem. Ze szczęką. Znów na sterydach jest. Z jednej strony staram się uważać, żeby go nie uszkodzić, ale wytłumacz mu, że nie będzie rzucania piłeczki, bo będzie bolało w zawiasach. Nie da się. A ten baranek wkłada w łapanie całą pasję i siłę, więc wali łbem w ziemię czasem, fika i co poradzić. Ma prawdopodobnie uszkodzenie od młodości, albo wadę genetyczną. Steryd mu pomaga, więc nie jest źle. Ale nam jest smutno.




sobota, 6 września 2025

[509]. Egzystencjalne rozkminy.

Przychodzę dziś z głupim pytaniem. 
Z lenistwa ono powstało.
Z powodu mojego niechciejstwa i odkładania, nie chciało mi się wyjąć nowego mydła z szafki.
I tak Młody mnie atakował wyrzutem, że trzeba by kupić nowe.  
A ja twardo, że jest w szafce. Na mydelniczce leżał kawałeczek, potem mniejszy, potem już dwa, bo się złamał. I wtedy na kolejne pytanie Młodego odkrzyknęłam, że przeprowadzam doświadczenie i chcę pierwszy raz w życiu zmydlić mydło do samego końca. Jego zatkało na kilka sekund i stwierdził, że faktycznie, nigdy nie dotrwaliśmy do ostatniej bańki.
I przeczesując myślami swoje życiowe doświadczenia w tym względzie to nigdy nigdzie u nikogo nie widziałam czegoś takiego. Bo albo resztka szła do kosza, albo była przyklejana do nowej kostki i tak znikała, ale nigdy samotnie.
A jak jest u Was?


Mały update. Trzy dni deszczyku, chwilowa ulewka i oto wraca.




PS: Głupie rozkminy to dlatego, żeby nie wpaść w rozpaczanie nad sytuacją współczesnego świata. Ale nadejdzie ten czas.

niedziela, 31 sierpnia 2025

[508]. Szósty zmysł.

Mieliście kiedyś tak, że wasze ciało wcześniej wiedziało, że nadejdzie katastrofa? Przeczucie, intuicja, trzecie oko, szósty zmysł. Ja mam. Trochę to wynika z ciągłej analizy i skanowania otoczenia i relacji, trochę z tworzenia scenariuszy, trochę z powietrza. Jak coś wisi to ja łapię.
Mam tak. Mówi się, że to więź z kimś daje znaki. Jak jest silna, to podskórnie wyczuwa się rzeczy. 
Może coś w tym jest.
Mnie zwykle boli żołądek, zaciska się węzeł na nim. 
Dzisiaj oglądam dramę. I czuję za bohaterkę. Czuję uczucie zdrady. Widzę jak rozpada się związek. 
żołądek podchodzi mi do gardła, bo nie czułam tego od 14 lat.
Chce mi się krzyczeć. Chciałabym dać mu w twarz. 
Boli. Cholernie. 
Ale czuję się z tym dobrze. Bo to za mną, daleko w tyle. Tamto moje nie boli. Moje jest już rozbite w pył. Niezapomniane, bo nie da się zapomnieć. Ale nieistotne już teraz. 

Za to pokochałam koreańskie dramy. Mówią o emocjach. Pokazują je w całej okazałości. Trzymają w naprężeniu jak gryf gitary struny. Ode mnie zależy jak zagram. Dzisiaj już nie fałszuję. Nie robię tego sobie. Dzisiaj pękłabym przy pierwszym dźwięku.

Dla chętnych: VIP, 2019 rok. Dostępny na Netfliksie. 

piątek, 29 sierpnia 2025

[507]. Nocne rozmowy.

Kiedy wypadałoby się położyć spać, odwlekamy ten moment jak tylko się da. Zwykle wystarczy słowo, a płyną opowieści, z obu stron.
Zwykle iskrą jest jakieś wydarzenie, spostrzeżenie, albo niezgoda z prawami rządzącymi światem.
Rozmawiamy o wszystkim, nie ma tematów tabu. Nie ma strachu, ani wstydu przyznać się do słabości i błędów. Nie ma obaw przed niezrozumieniem.

Wczoraj zatkało mnie dokumentnie. Ale też zrobiło mi się ciepło na duszy. Usłyszałam najwspanialsze słowa, jakie mogłam usłyszeć.
- dziękuję, że nas tak dobrze wychowałaś. I że jesteś taką fajną mamą.

Jak do tego doszło - nie wiem. Samo tak wyszło. 
Wczoraj ten temat poruszaliśmy, bo zgadało nam się o kolegach Młodego. A właściwie o relacjach rodzinno-domowych. 
Przeskakiwaliśmy po tematach o czwartej nad ranem, oglądaliśmy zdjęcia, komentowaliśmy.
Fajne mam te dzieci. 

Młody w ogóle to jest ewenement. Chodzi na domówki do kumpli. Wszyscy są pełnoletni, więc czasem coś piją. Tak szczerze, to ciągle nie mogę z tego, że to już 19 lat ma. No ale wracając. Piją, jedzą, grają w gry. A ja wiem, że jak Młody idzie na imprezę, to będę mieć gorący czat na messengerze, bo mu się nuuudzi. I wtedy wiem ile kto wypił, co jedli, o czym gadają. Każdy coś tam przynosi. Młody kupuje alkohol, np. whisky, albo soplicę. Śmiesznie jest jak mnie pyta co my piliśmy na domówkach. Albo pyta co ma kupić. Ale hit jest taki, że to co on kupuje, to mało kto pije. Więc Młody targa butelki do domu. Nie zostawia. Mam z niego bekę.
A ostatnio zabił mnie tekstem:
- mamy imprezę za trzy dni, a mi już się nudzi.

Kurtyna.

środa, 20 sierpnia 2025

[506]. KIA. No-KIA.

Mam - jeszcze - KIA Sportage. Bardzo fajny samochód pod względem komfortu jazdy, wielkości, no bajeczka. Mówię, że to pierwsze auto, do którego wsiadłam i pasuje mi idealnie. Jakby szyte na miarę.
Cieszyłam się nim aż 2,5 miesiąca. A bujam się z całą akcją półtora roku.
Okazało się, że znika olej. Nie cieknie, nie ma dymu za furą, nic się nie dzieje. Ale uporczywie włącza się kontrolka od niskiego poziomu oleju. Dodatkowo auto wpada w tryb awaryjny i 2000 obrotów i ani drgnie. Nie przyspiesza, mimo gazu w podłodze. 
Cały proces gwarancji, 30 dni od zakupu, utrzymałam. Przepis mówi, że w ciągu 30 dni od zakupu mam prawo zwrotu auta i kasy bez dodatkowych kosztów, jeśli wyjdzie jakaś wada ukryta. O przepisie jeszcze później. Ale sprzedawca okazał się chujem i zaczęła się wojna nerwów.
Najpierw zgłosiłam, że kontrolka się świeci. Kazali przyjechać. Przyjechałam, ale nawet nie zajrzeli pod maskę. Nie ma błędów, lampka zgasła, jeździć obserwować. Kilka dni później zaświeciła się znów, więc odstawiłam auto do sprzedawcy, bo stwierdzili, że to pewnie jedna część, zawór PVC. Ale że nie umówiłam się na odstawienie auta, tylko przyjechałam, chłopcy stwierdzili, że mnie wezmą na nerwy. Przetrzymali mi auto miesiąc, twierdząc, że część tak długo idzie. Chyba piechotą.
Wymienili. Odbieram auto, a tam przejechana mila. Nawet niecała. Spod warsztatu na parking. Nie sprawdzili auta po wymianie. No to odebrałam, ale zaczęłam sprawdzać olej przed każdym wyjazdem i robić zdjęcia. Po jakichś 2 tygodniach olej zniknął. Więc znów do sprzedawcy. Przysłali mi mechanika pod dom. Z dnia na dzień. Z częścią, oryginalną tym razem. Wymienił mi to na parkingu, wlał olej i pojechał. Po 400 milach 5 litrów oleju zniknęło. Bagnet suchutki. 
I tu zaczyna się taniec.
Walka o zwrot pieniędzy. 
Poruszyłam Citizen Advice, gdzie dowiedziałam się ciekawych rzeczy o tym przepisie. Otóż, jeśli zgłoszę problem w terminie, to wystarczy jedna próba naprawy usterki, jeśli skończy się niepowodzeniem, mam prawo zwrotu. Ja dałam im dwie szanse. I co najlepsze, jeśli zgłoszenie jest w terminie, w ciągu pół roku mogę się o ten zwrot ubiegać.
Potem AA Cars, które sygnuje swoim autorytetem komisy. Negocjacje nie przyniosły efektu, ponieważ uznałam, że nie powinni mi odliczać za przejechane mile. A auto już stało nie jeżdżone, bo nie chciałam nabijać licznika. 
W końcu poszłam z tym do sądu. Z mojej głupoty, ale jednak szczęścia nie doszło do wysłuchania stron. Po prostu nikt się nie spodziewał, że opłata sądowa jest podzielona na court fee i hearing fee. To drugie poznałam po fakcie, kiedy odrzucono pozew. 
Po rozmowie z sądem złożyłam drugi raz dokładnie taki sam pozew. Ale nie odebrano listu. Ponieważ adres się zgadzał, sąd uznał za doręczony. I poinformowano mnie o tym, że mogę złożyć wniosek o nakaz zapłaty. 
Który złożyłam.
Właśnie mija miesiąc od wydania nakazu. Jeśli do jutra nie dostanę kasy, firma będzie w rejestrze z obciążeniem, przez 6 lat, a ja naliczę odsetki.
Czy mi przykro? Wcale. Może tylko z powodu braku auta, które oglądam przez okno. 
Zobaczymy co dalej. 
A wracając do usterki. Okazuje się, że nie jestem jedyna. Jest jakaś wada silnika i żre olej na potęgę. No ale nie uśmiecha mi się dolewać co tydzień 5 litrów oleju. Bo to drożej niż paliwo wyjdzie.
I tym sposobem boję się kupić kolejną KIA. 
I ciągle się waham co tym razem wybrać.


wtorek, 19 sierpnia 2025

[505]. Czasem.

Ostatnio co się budzę to jest czwartek. Gdyby nie organizer do leków to bym zupełnie nie wiedziała jaki mamy dzień. 
Przespałam szóstą rocznicę. O miesiąc. Tak sobie uzmysławiam, że nie jestem tu od zawsze, ale jakby jednak. Przeczytałam dziś u Moniki, że ona już osiem i to mnie popchnęło do policzenia i osadzenia w czasoprzestrzeni. 
W ogóle jakoś lubię takie kamienie milowe z datami. Na przykład to już jedenaście lat od rozwodu. Trzydzieści trzy od matury. I śmierci taty. Trzydzieści pięć od początku związku. Dwadzieścia siedem od ślubu. I mogłabym tak w kółko. I wcale nie to, że liczę czas. Raczej zadziwiam się wielkością liczb.

...

A czas zapierdziela niezmiennie. Jeszcze nie tak dawno oglądałam Modę na sukces, karmiąc Pierworodną. Osiem lat później Młodego. Zdziwiona, że rzeczona Moda dalej leci. 
Aż tu nagle mam w domu Studenta. 

...

Niech ktoś mi wytłumaczy ten fenomen. 
Wszyscy znamy miejskie baśnie na temat angielskiej pogody.
Mgła, wilgoć, nieustanny deszcz. No nie ma lata, warunków do życia i ogólnie dno.
To ja się zapytam: gdzie? 
Ostatnie miesiące, ba! lata to susza. Padało kilka razy. Na palcach jednej ręki policzę. 
I tak, wcale mi się nie podoba ten ukrop piekielny. Gdybym go potrzebowała to wyniosłabym się na południe Europy!

A to dowód. 
     
                      

Zdjęcia mniej więcej z tego samego miejsca. To taki kawałek fosy, za trzcinami jest wysepka. Wyschło to to w miesiąc może. 
Rozpaczam. 

czwartek, 31 lipca 2025

[504]. No more tears

Zbieram się i zbieram.. Piszę i kasuję. Nie mogę uformować myśli w zdania. A jak już, to mam nadprodukcję. Milion wątków pobocznych, tematów dodatkowych i dygresji. I ta podła chęć wyjaśniania co mam na myśli.
Aż mi się chce napisać: domyśl się!

Joanna Kołaczkowska.
Ozzy.
Hulk.
Chuck Mangione.

Świat traci Mistrzów. W kolei rzeczy. I bez kolejki. 
Czy mi smutno? Bardzo. Z każdym takim odejściem robi się pustka. Taka dziura w materiale. W takim, którego nie zacerujesz i żadna łatka jej nie przykryje.
I zdaję sobie sprawę, że teraz biorą z moich lat młodości, kiedy kształtował się mój gust muzyczny, charakter i osobowość. I to powoduje, że ta strata jest jeszcze większa.

W międzyczasie moje własne zmagania. Z temperaturami. Z niemocą. Ucieczką przed wykonaniem rzeczy wymagających pilnego wykonania.

Ból jajników jakby skumulowany za te wszystkie bezbolesne miesiączki z mojego życia. Odkryłam dobroć estriolu i widzę jak bardzo, ale to bardzo powoli zmieniają się skutki menopauzy. Pocieszające. Ciut.

Chcąc nie chcąc wiadomości z kraju do mnie docierają. [A propos, rozwala mnie moja matka, która myśli chyba jak dziecko, że jak kogoś nie widać, to ten ktoś siedzi jak lalka i nie rusza się, nie wie nic. Zabawne.] Rząd się rozpada. Nawrocki zbiera śmieci do swojej kancelarii. Z dnia na dzień przeraża mnie bardziej wizja tego, co się stanie za chwilę. Bodnar odchodzi. Debil ułaskawia. Rozliczeń nie ma. I nie będzie. Współczuję bardzo. 

Z rzeczy ciekawszych, dostałam dzisiaj pismo z sądu, i to jest bardzo dobra wiadomość, ale napiszę obszerniej jak się zbiorę. Na razie gotuje się we mnie i gwizdek co jakiś czas puszcza parę. Szczególnie jak trzeba zrobić zakupy, albo przemieścić się w przeciwległy kraniec miasta. A bryka stoi pod oknem i czeka. Wkurw nieziemski mnie trzęsie, ale co zrobić.

No i cierpię na przewlekłe uzależnienie od k-dram. I na bezsenność. Tryb mi się przestawił. Ja serio powinnam mieszkać w Korei. Tam teraz jest 10 rano.



sobota, 28 czerwca 2025

[503]. Jak mi odbiło.

Mam taki feler, że jak mi ktoś coś poleca, na przykład książkę, film, serial, to ja wtedy nie. Nic co jest na topie. Szczególnie z książkami tak mam. Już chyba o tym kiedyś pisałam, że na punkcie Whartona odbiło mi parę lat po fali licealnego zachwytu moich kolegów nad Ptaśkiem (był jeden egzemplarz i chyba wszystkie klasy z mojego rocznika sobie go pożyczały. Oprócz mnie). Którego przeczytałam jakoś na końcu, bo najpierw byli Spóźnieni kochankowie, a potem Niezawinione śmierci, w którym to egzemplarzu miałam autograf, wystany chyba z dwie godziny w kolejce do księgarni, a który to egzemplarz został stracony. Nienawidzę pożyczać książek!! To już ze 30 lat temu, a ja ciągle mam tę zadrę w sercu, bo cała kolekcja zaginęła. Tak, napisałam o tym znów, bo mi się żółć wylewa uszami jak sobie pomyślę. Dość powiedzieć, że to była rodzina, a ja dyplomatycznie nie nawiązuję kontaktu. W zamian moje dziecko nie oddało serii Heńka Portiera. Może to dlatego nie przeczytałam i nie daję się namówić, żeby przeczytać? Nieważne.
W każdym razie nie. Jestem jakimś oszołomem i nie lubię takich akcji. Mam wewnętrzny bunt. 
No i tak było z Kudłatą, która namawiała mnie, żebym obejrzała fajny serial. How to get away with murder. Odkładałam jakiś czas, ale w końcu się skusiłam. No coś pięknego. W sensie to był początek miłości do kryminalnych seriali, lepszych niż Gliniarz i Prokurator i Dempsey and Makepeace na tropie. 
No i nastał zeszły rok. A nawet chyba wcześniej. Kudłata zaczęła mi anonsować koreańskie dramy, kryminalno - prawniczo - socjologiczno - obyczajowe. No jak to ja, opierałam się chyba z pół roku, mówiąc tak tak, obejrzę, kiedyś.
Nastał jednak taki moment, pewnie jakieś zaliczenia były, albo inne raporty i asesmenty, że zasiadłam przed netfliksem, bo znudziły mi się Przyjaciółki na polsacie. I obejrzałam moje pierwsze trzy dramy. 
Powiedzieć, że to dobre dramy, to nic nie powiedzieć. Spodobało mi się wszystko. I scenariusze - zagmatwane i tak pokręcone, że od pierwszego do ostatniego odcinka siedzi się i trzęsie kolankiem w napięciu, i aktorstwo - powiem tyle, że można się zakochać, i plenery - Seul znam już jak własną kieszeń. I to, że jak jedzą makaron to siorbią, jak mają beknąć, to bekają, pierdzą, żartują i to wychodzi naturalnie. 
No i po obejrzeniu tych kilku dram wpadłam po uszy. Oglądam i stare i nowe dramy, mam ukochanych aktorów i aktorki, łykam jak pelikan wszystko. Nie trafiłam jeszcze na jakiegoś gniota. Serio. Nie przeszkadza mi, że w tych samych domach kręcą dwadzieścia dram, każda inna. Serio. U nas jak w filmie grają zestawy aktorskie to jest do porzygu: Karolak, Adamczyk i ferajna. Tu nawet jak się powtarzają aktorzy, to nie przeszkadza. A potrafią w jednej grać cudowną matkę, ojca, dyrektora, córkę, a w drugiej wredną sukę teściową, albo przestępcę, czy słodką idiotkę. 
No więc mi odbiło kompletnie.
Obejrzałam: 176 dram, zwykle odcinek trwa godzinę. Odcinków średnio jest 16. 
Myślałam, że mi się znudzi, ale nie. Kolejkę mam długaśną, dwie platformy koreańskie i mnóstwo książek do nauki języka. Tak. Taki jest plan. 
PS: Jak coś to chętnie polecę. 
Dramy do oglądania.
I do Seulu. 

niedziela, 22 czerwca 2025

[502]. Lato wybuchło.

I zmiotło mnie z planszy. 30 stopni na zegarze to nie na moje nerwy. Zastygłam więc przyklejona do fotela. I czasem do smyczy. Funkcjonuję w nocy, w dzień śpię. Inaczej się nie da. Muszę się jednak przestawić, bo robi mi się z życia bigos. 
Z każdym dniem widzę, jak z chaosu hormonów i informacji wyłania się diagnoza adhd. Czy gdyby człowiek wiedział wcześniej byłoby lepiej? Zapewne. Poukładałabym sobie to wszystko znacznie bardziej i nauczyła się żyć. A teraz przez tą cholerną kumulację zapadłam się jak w ruchomych piaskach. Oczywiście, że się wydrapię z tego, ale czeka mnie ciężka orka. Trudno.
Zacznę ogarniać. Od jutra.




piątek, 6 czerwca 2025

[499]. Trafiłam do piekieł.

Na parę dni straciłam dostęp do googla i bloga. Blog znikł dokumentnie. A ja się  wkurzyłam niemiłosiernie. No ale to moja wina, niczyja inna. Bo mam jedną ułomność.
Nie mogę zapamiętać hasła do googla. no nie i koniec. A jestem taka mądra inaczej, że nie zapisuję jak zmieniam. No bo przecież będę pamiętać, do jasnej anielki!
Tym razem najadłam się strachu.
Otóż zmieniłam laptopa. Stary ma rozwalone gniazdo do ładowania, więc już ledwo zipie, czas był kupić nowy. Kupiłam. Ale nie spodziewałam się, że uraczą mnie windowsem 11. Znaczy spodziewałam, nie że nie. No i uraczyli. Nosz powiem wam, że nerw mnie złapał. Nic znaleźć, nic zmienić, ciągle coś mi tu niespodziankowo działało, i wcale to nie były dobre niespodzianki. Przez to uruchamianie tego dziada zajęło mi trzy dni. Bo co włączyłam, to mi się odechciewało. Jak ze sprzątaniem.
I tak mnie po wszystkim naszło, że może by już w końcu odpalić blog i napisać słów parę. I tu niespodziewanka kolejna. Bo adres majlowy pomocniczy to już go starożytni rzymianie nie pamiętają, hasło jedną wielką niewiadomą i weź się teraz zaloguj.
I super, pierwszy post poszedł, ale.. Dostałam info, że zauważono nietypowe działania na koncie i mi je zablokowano. Próbuję wejść na blog i.. Nie ma. Wiecie co czułam, nie?
Próby przypomnienia sobie hasła spowodowały zimne poty. Żadna próba się nie udała. Ale jakimś dziwnym trafem udało mi się zmienić najpierw adres pomocniczy, o czym nie wiedziałam i dodać telefon. Odpuściłam te cholerne frustrujące próby logowania na dwa dni. W tym czasie nauczyłam się robić dalgonę. Kawę po koreańsku. No powiem  Wam, że pychota. I w końcu, zrezygnowana, wczoraj, ponownie próbowałam. I. Udało. Się! Wróciłam do żywych. A już byłam gotowa zaczynać od nowa.
Tak więc strach minął, hasło jeszcze pamiętam chyba. Ale to czas, żeby założyć sobie notesik. 
Tak mi się zdaje.


dalgona


dalgona z wczoraj


odzwierciedlająca moje nastawienie


i tu też.

Kubki przyjechały z Polski właśnie dzisiaj. No uwielbiam. 


poniedziałek, 2 czerwca 2025

[498]. Jak odkryłam literki.

D i ADHD.
Kiedyś dowiedziałam się, że jestem DDA. Już o tym pisałam w zamierzchłych czasach, więc nie będę powtarzać, ale nawiążę.
Myślałam wtedy, że pstryk i już wiem. Zrozumiałam wiele, wiele sobie wybaczyłam, wiele zmieniłam. I to działało. Wyszłam na prostą, chociaż wcale prosta nie była. Ale tak mi się wydawało.
Kiedy z perspektywy czasu rozmyślam nad sobą i tym co się ze mną działo i dlaczego, zaczynam w końcu tę układankę rozgryzać i wszystko trafia na swoje miejsce. W końcu widzę, że wszystko działa w systemie, a nie osobno. Jedno wynika i wpływa na drugie. Zrozumienie tego jest olśnieniem.
Depresję nazwałam imieniem dopiero rok temu. Przeszłam załamanie, z błahego powodu, ale nigdy nie zapomnę uczucia bezradności i bólu mentalnego, jaki mnie dopadł. 
Po wszystkim zastanawiam się co wpłynęło na taki obrót spraw. Wydaje mi się, że to hormonalne zmiany i menopauza. Bo tak analizując wszystko zawsze była jakaś część mojego umysłu pogrążona w takiej ciemnicy. Tylko dawałam sobie z tym radę. Bo nie mogłam nie dać. 
Kiedy już sobie ogarnęłam życie, zaczęłam znów bardziej grzebać we łbie. Trochę z okazji zmian menopauzalnych, które obserwuję i składam do kupy. No i tak odkryłam, że mam ADHD. 
Prokrastynacja to moje przekleństwo. Kiedyś uważałam, że działanie pod presją czasu daje lepsze rezultaty w moim przypadku i tak rzeczywiście było. Ale teraz zauważyłam schemat. Wiem już jak to działa i z czego wynika. 
Albo rozpraszanie się. Typowo: idę siku, ale przy okazji umyję umywalkę, wstawię pranie, umyję lustro. Ostatnio poszłam zamiast do łazienki to do kuchni i wstawiłam zmywarkę, umyłam blaty, duże garnki, posprzątałam...I przypomniało mi się, że to nie tu chciałam iść. 
Albo plan ogarnięcia chaosu i bałaganu. Mam zapał, już się przyszykuję i...jak widzę ile jest do zrobienia, to mi się odechciewa. 
Ale walczę. I mikrozwycięstwa zaliczam. Na przykład naprawiłam łóżko, zmywarkę i ogarnęłam chatę. Jeszcze muszę zmienić zamek w drzwiach i złożyć szafkę do łazienki, bo od miesiąca stoi na przedpokoju w kartonie, ale kiedyś się wezmę. 

Znów miałam lądowanie bez telemarka, za to z kołyską. Prawie zakryłam się nogami od tyłu. Tym razem lazłam po trawie, wdepnęłam w ukryty dołek i sruuuuuu. Dobrze, z jednej strony, że trawa nieskoszona, to i miękko było upaść na twarz. Z drugiej, gdyby była, dołek byłby widoczny. Nie dogodzisz. Pies tym razem nie zawinił. Ale średnio go obeszło, że ziemia się zatrzęsła.

Przez trzy dni z rzędu przelatywały nad nami Red Arrows. Grupa akrobacyjna Królewskich Sił Powietrznych. W tym roku nie dałam rady upolować fotek, ale pokażę Wam z zeszłego.





Wybory skomentuję kiedy indziej. Jeszcze nie jestem w stanie ogarnąć natłoku myśli.

piątek, 16 maja 2025

[497]. Przegląd katastrof

Będzie klęte. Ostrzegam.
W styczniu mój kochany, niemiecki czołg (wiem jak to brzmi, ale nazywam go często piątą kolumną, albo BMW, bo ma czaszkę w kształcie płetwy rekina. Znaczy taki spłaszczony kawałek na czubku i to mi przypomina antenę z BMW), reagujący na wszystko co się rusza, zrobił mi psikusa i wyczuł skubaniec z daleka faceta z konkurencją, czyli psem. Więc postanowił się zaprzyjaźnić, nie zważając na to, że do drugiej strony smyczy jestem przytwierdzona ja, co prawda, wagi słusznej, ale zaskoczonej. I akurat byłam w trakcie podnoszenia się znad trawnika z woreczkiem, gdy czołg ruszył. W kaloszkach, z górki, po ciemku częściowo, z zaskoczenia, fizyka mnie nie wspomogła. Napęd na cztery był silniejszy, wykorzystał moment i pociągnął mnie na spotkanie z grawitacją. 
Wszystko byłoby cacy, gdyby nie podłoże błotne i kaloszki. 
Cóż, wyjebczyłam się spektakularnie, huknęło zapewne na kontynencie, za to ja wpadłam w ten woreczek, którego nie zdązyłam zawiązać, błoto i ta dzika bestia poleciała do kolegi. Za karę nosił kaganiec przez 3 miesiące. 
W każdym razie pojedynczy tulup bez telemarka skończył się u mnie na lewym boku, skutkując, poza upierdoleniem w byłej karmie i błocie, stłuczeniem mięśni ramienia. Bardzo bolesnego, powodującego, że mogłam pomarzyć o podnoszeniu ręki. Ciągle są pozycje w których nie mogę, bo boli. O obitych kolanach nie wspomnę.To mi zostało, poza urażoną, zachwianą dumą. 
Potem złamałam paluszek, ale o tym było. I to też przez piątą kolumnę.
A dzisiaj poszliśmy z piłką. porzucać, żeby ten szatan sobie pobiegał. No i cofałam się, żeby złapać.. Zahaczyłam o trawę butem i wypierdoliłam się na plecy. Równie spektakularnie i myślę, że jeszcze trzy razy i dopłyniemy do Islandii. 
Teraz mam stłuczone udo. LEWE. Znów mięśnie. Więc siedzę jak połamaniec. Ledwo kuśtykam do łazienki.
Ten kudłaty potwór mnie wykończy.
Ale prędzej wykończy mnie menopauza. Okres trwał miesiąc. Cały, pieprzony miesiąc. Poszłam do lekarza i wyszło nam, że jak nie minie to mam wrócić po tabletki wstrzymujące. Zdarzył się jednak cud. Dzień po wizycie w przychodni magicznie wszystko się skończyło. Pstryk i nie ma. 
Jednak my to mamy przewalone w tym życiu. Serio. Nie dość, że większość czasu męczymy się średnio co miesiąc, rodzimy, mamy pmsy, to jeszcze na zakończenie trzeba nam dowalić menopauzą, która może trwać i kilka lat. No bo czemu nie!
Kurwa! Ja pierdole!




środa, 23 kwietnia 2025

[496]. Pokolenie XYZ

Jakiś czas temu rozmawiałam z Młodym. Często mamy sesje roztrząsania tematów społecznych, globalnych, światowych, politycznych, prawnych, emocjonalnych i wszystkich innych bieżących, wywołanych jakimś zdarzeniem. Albo po prostu chęcią podzielenia się myślami.
No i trafiło tym razem na Dojrzewanie. Serial. 
Dawno temu zaczęłam się dzielić pewną myślą z otoczeniem.
Kojarzycie te wszystkie memy i posty, gdzie z łezką w oku wspominamy trzepaki, klucze na szyi i jakie to mieliśmy wspaniałe dzieciństwo i jakich silnych, mądrych ludzi z nas to zrobiło. Czyli kiedyś to było, teraz już nie ma.
Otóż po pierwsze gówno prawda. Rodzice wcale nie mieli dla nas więcej czasu. Wcale nie zajmowali się nami i nie przejmowali. Mieliśmy żyć równolegle z nimi, nie stwarzać problemów, a jak nie to wpierdol. Sama marzyłam, żeby mnie adoptowali jacyś fajni ludzie. Marzyłam o tym, żeby moi rodzice chcieli się mnie pozbyć i oddać komuś innemu. Kilka razy zdarzyło mi się o tym wspomnieć w jakiejś rozmowie i okazało się, że nie byłam jedyna. Przypadek? Nie sądzę.
Po drugie i chyba najważniejsze, skoro tak wspaniale się wychowaliśmy na tych trzepakach, dlaczego nie daliśmy tego swoim dzieciom? Dlaczego nie zrobiliśmy z nich takich samych wspaniałych ludzi? Bo tak, to my jesteśmy rodzicami dzisiejszej, złej, okropnej, pizdowatej, przemocowej młodzieży. 
Więc kto za to ponosi winę?
Nie nauczyciele. Bo oni mają tylko szlifować to, co dzieciaki wyniosą z domu. Dodając do tego naukę, wiedzę, ale nie ucząc podstaw. A tych podstaw muszą nauczyć rodzice. Moralności, konsekwencji czynów, radzenia sobie z życiem. 
I nie technologia jest tu problemem. Nie ten zły internet i telefony. 
My.
Rodzice, którzy dali dzieciakom to wszystko bez koniecznej instrukcji obsługi. Bez umiejętności wyciągania wniosków, bez wiedzy jak poruszać się w wirtualnym świecie, bez konfrontacji z rzeczywistością. Bez wzorca moralnego.
I o tym właśnie jest ten serial. O tym, że nam się wydaje, że przecież zrobiliśmy wszystko dla dobra dzieci. 
Nie zrobiliśmy, a wręcz śmiem twierdzić, że większość rodzin nie zrobiła nic. Dając ogromną wolność, nie postawiliśmy granic. Nie daliśmy limitów. Nie nauczyliśmy myślenia. Za to wypaczyliśmy cały proces wychowywania dzieci, które doskonale umieją wykorzystać tę wolność, ale odwrotnie niż byśmy chcieli.
Ja sama, mając świetny kontakt z dziećmi ciągle z tyłu głowy mam obawy. Nie skończyłam rozmawiać, bo przecież dorosłe są. Może już nie wychowuję, ale cały czas jestem. 
Pewnie że popełniłam, popełniam i popełnię w cholerę błędów. Nie da się tego ominąć. Mogłabym zwalić je na czasy, moich rodziców, przeszłość, złą technologię, ale prawda jest taka, że to tylko i wyłącznie nasze wybory i nasza edukacja kształtuje, po części, kolejne pokolenia. 
I właściwie mogę powiedzieć tylko jedno. Te wnioski, identyczne jak moje wysnuł Młody.
Wiecie, że kiedy zaczynałam pisać tutaj miał niecałe 6 lat? Teraz ma niecałe 19. 
Chyba mi się udało.

piątek, 18 kwietnia 2025

[495]. Autoodyseja.

Wszyscy pewnie już ogarniają jajka, a że ja mam stosunek do tego, mówiąc lekko, odwrotnie proporcjonalny, pozawracam Wam głowy czym innym, niż mycie okien. 
Jak mi brakuje auta!!!
No okrutnie mi brakuje.
Nie żeby pod domem nie stało, najlepsze z najlepszych, ale od początku.
Miałam forda Cmax. Miałam Mazdę CX7. Miałam Citroena Picasso C3.
Mam okrutnego pecha do aut. O fordzie pisałam. Mazda, okazało się, została sprzedana mi przez handlarzyka, który ukrył różne wady, np to, że silnik to tak nie ten. Mazda odeszła po 10 miesiącach, nie pytajcie jak, będziecie mnie przypalać na rożnie, a nie powiem. Nauczyło mnie to tylko tego, żeby jeszcze dalej trzymać się od rodaków, a już tych handlujących autami najdalej.
Kupiłam więc cytrynka. Cytrynek, jak to francuzik, delikatne zawieszenie, a moja praca to jednak nabijała mi mile po drogach i bezdrożach, więc co chwilę coś. Co miesiąc coś się działo. A to w styczniu wpadłam w dziurę, bo ktoś zajumał kratkę od kanalizacji. I pękła opona, ale nawet wezwany mechanik nie dał rady odkręcić śrub, ani autochton posiadający na podwórku prawdziwą terenówkę. 
W lutym padło wspomaganie. W marcu akumulator. W kwietniu wydech. W maju sprzęgło. W czerwcu końcówka drążka. W lipcu druga. Bo mechanik dzban wymienił jedną, zamiast obie. Nic to. Wymieniłam. Potem jeszcze coś, ale już nie pamiętam. W każdym razie na wiadomym już parkingu, cytrus stracił życie. 
Podstawiono mi auto zastępcze. A że byłam u Kudłatej, bo się mną teoretycznie opiekowali, to podstawili na północ. I normalnie oniemiałam. Dostałam nówkę funkiel KIA Sportage. Kilka miesięcy, malutki przebieg. Zestrachałam się, bo takie nowe, wyświetlacze, full wypas i wogle. Ale wystarczyło mi, że wsiadłam. I wpadłam po wieki.
Do żadnego z moich wcześniejszych aut nie pałałam taką miłością.
Zacznę od tego, że to było pierwsze w mojej karierze kierowcy, które mi idealnie pasuje. Pierwszy raz czułam, że wszystko mam pod ręką i wszystko jest logiczne i idealne. Tak bardzo, że kiedy już oddałam ten skarb, kupiłam sobie swoją własną KIA. Tyle, że starszą. Nie ma to jednak znaczenia, bo starsza też mi pasuje. Z małym wyjątkiem.
Ta jest "hybrydą". Po połowie wpierdala paliwo i olej silnikowy. Nie cieknie, nie dymi, nikt nie wie o co chodzi. Ale byłam sprytna, prawo jest po mojej stronie, poczytałam i sprawa jest w sądzie, bo chcę zwrotu kasy. I od czerwca zeszłego roku moja ukochana KIA stoi pod domem i się kurzy. Jutro ją umyję, bo deszcz nie pada. 
Rozprawa jest w maju.
W międzyczasie miałam okazję pojeździć różnymi wynalazkami z wypożyczalni, bo była potrzeba i na ten przykład byłam zajarana VW Tiguanem, ale po jeździe TRockiem stwierdzam, że VW zszedł na psy. Renaulty i cytryny mi nie pasują. Ale jeszcze będę myśleć czy nie Hyundai. Albo Honda. Zobaczysię. Bo ja muszę mieć auto. Tańsze w utrzymaniu, niż jazda pociągami. Serio.
I wcale nie chodzi o to, że to koreańskie auto!