Ostatnie dni są dla mnie ogromną niespodzianką.
Wiadomości, telefony i wydarzenia niosą ze sobą ogromny ładunek fajności.
Czasem tylko przystanę i pomyślę, dlaczego niektórzy nie widzą w swoim życiu tego, co ja widzę w swoim.
Do wszystkiego co nas spotyka prowadzi droga, którą wybieramy. Dlaczego, zamiast zmieniać i próbować, ludzie roztrząsają to co już było i nie da się tego zmienić? Dlaczego, mimo że niezmienialne, próbują na siłę zmieniać, chociaż wiedzą, że się nie da i jedyne co te próby przynoszą to frustracja, złość na innych i żal do całego świata? Nie potrafię tego pojąć.
Jeśli ktoś mnie pyta jak tam, mówię, że jestem szczęśliwa. To lekki dysonans z tym, że nie mam pracy, nie mam kasy i ciągle jeszcze borykam się z różnymi problemami, prawda? Ale tak, z pełną świadomością mówię, że jestem szczęśliwa. Jestem w miejscu, w którym mogę wszystko. Mogę, na przykład, śmiać się z Kudłatą do łez, z byle powodu. Wystarczy słowo klucz. Na przykład kanapka. Albo jakieś inne. Naprawdę. Albo tańczymy do Metalliki, robiąc przy tym Kołobrzeg. I ryczymy ze śmiechu.
Co z tego, że umówiony samochód ma zgon i nie da rady przetransportować paru rzeczy? Mogłabym się wściekać i złościć, tylko na co? Na samochód? Przecież tego nie zmienię.
Otwiera się tyle możliwości, jeśli tylko chcemy je dostrzec. Jedne rzeczy wychodzą, inne nie. Ale to zawsze do czegoś nas prowadzi. Jeżeli czegoś nie mogę zmienić, to idę dalej. Nie walę głową w mur, nie narzekam, nie marnuję sił na coś, czego nie da się zmienić. Jaki cel miałyby takie działania? Chyba tylko niszczyłabym samą siebie.
Głęboko wierzę, że nasze myśli kształtują nasze życie. To, jak postrzegamy siebie również. Nauczono nas fałszywej skromności, bo przecież nie wypada się chwalić. A dlaczego nie?
Powiedziałam dzisiaj mojej koleżance, etatowej pesymistce, która nie pójdzie do psychologa, bo co ludzie powiedzą (jest ode mnie młodsza kilka lat), że w końcu jestem wolna. Usłyszałam, że taka wolność to pozorne szczęście. Zatkało mnie. I odechciało mi się rozmawiać z osobą, która nie umie patrzeć na świat z radością.
Wiem, że wygodnie jest trwać w schemacie. Że po co zmieniać coś, co jest znane, na coś, czego nie wiem? Po co szukać możliwości?
Po to, żeby być szczęśliwym.
poniedziałek, 10 listopada 2014
piątek, 7 listopada 2014
[311] Też tak macie?
Na przykład tak, że bardzo się staracie czegoś NIE pomylić, NIE zrobić i własnie to się zdarza. Dowód na to, że słowo NIE jest nierozpoznawalne przez nasze mózgi.
I właśnie dwa razy pod rząd zrobiłam coś takiego. Za pierwszym razem na granicy podświadomości coś mi się kołatało. Oświeciło mnie kiedy chwaliłam się Kudłatej. Wzięłam do ręki przedmiot i tylko pomyślałam, że zrobiłam odwrotnie. Potwierdziłam sobie tę myśl sprawdzeniem. Ubaw jaki miała Kudłata i jej chłopak bezcenny.
No ale dobrze. Pierwszy raz to powiedzmy euforia z tworzenia, zachwyt nad własnym geniuszem (mam nadzieję, że słyszycie ten sarkazm w mym głosie?).
Ale drugi raz? To zwyczajne gapiostwo. Oplułam się ze złości. Dobrze, że nie było nikogo w pobliżu, bo nie omieszkałam uskutecznić dobitnej samokrytyki.
Udało się oczywiście uratować moje dzieła, ale postanowiłam, że to był ostatni taki błąd. Błąd z premedytacją. Wielebłąd.
W każdym razie realizuję swój plan. Wyszłam z własnego cienia. I to pierwsza dobra wiadomość.
Porozmawiałam sobie bardzo pozytywnie, po przeczytaniu tego posta, z jego twórczynią.
Zgadzam się z każdym słowem. To druga dobra wiadomość. tym bardziej, że uwielbiam słyszeć: dzwonię se, bo mam ochotę podzielić się swoją radością. To jest to. Ja też wydzwaniam.
A teraz najważniejsze.
Nie dzwonię, bo nie wiem do kogo pierwszego. Poza tym mam paluchy w lakierze. Takim do drewna, żeby nie było.
Dowiedziałam się dzisiaj osobiście, moja kancelaria tego jeszcze nie wie, że TADAM!!!!!!!!
Jestem WOLNA!!!!
Wiecie co to znaczy?
Wzniosę dzisiaj toast moją naleweczką żurawinową. A może nawet dwa toasty.
I tym optymistycznym akcentem kończę, ponieważ mam wielki plan, mało czasu, a chcę dokończyć co zaczęłam :)
Ot, trochę tajemniczo, ale co tam.
:)
I właśnie dwa razy pod rząd zrobiłam coś takiego. Za pierwszym razem na granicy podświadomości coś mi się kołatało. Oświeciło mnie kiedy chwaliłam się Kudłatej. Wzięłam do ręki przedmiot i tylko pomyślałam, że zrobiłam odwrotnie. Potwierdziłam sobie tę myśl sprawdzeniem. Ubaw jaki miała Kudłata i jej chłopak bezcenny.
No ale dobrze. Pierwszy raz to powiedzmy euforia z tworzenia, zachwyt nad własnym geniuszem (mam nadzieję, że słyszycie ten sarkazm w mym głosie?).
Ale drugi raz? To zwyczajne gapiostwo. Oplułam się ze złości. Dobrze, że nie było nikogo w pobliżu, bo nie omieszkałam uskutecznić dobitnej samokrytyki.
Udało się oczywiście uratować moje dzieła, ale postanowiłam, że to był ostatni taki błąd. Błąd z premedytacją. Wielebłąd.
W każdym razie realizuję swój plan. Wyszłam z własnego cienia. I to pierwsza dobra wiadomość.
Porozmawiałam sobie bardzo pozytywnie, po przeczytaniu tego posta, z jego twórczynią.
Zgadzam się z każdym słowem. To druga dobra wiadomość. tym bardziej, że uwielbiam słyszeć: dzwonię se, bo mam ochotę podzielić się swoją radością. To jest to. Ja też wydzwaniam.
A teraz najważniejsze.
Nie dzwonię, bo nie wiem do kogo pierwszego. Poza tym mam paluchy w lakierze. Takim do drewna, żeby nie było.
Dowiedziałam się dzisiaj osobiście, moja kancelaria tego jeszcze nie wie, że TADAM!!!!!!!!
Jestem WOLNA!!!!
Wiecie co to znaczy?
Wzniosę dzisiaj toast moją naleweczką żurawinową. A może nawet dwa toasty.
I tym optymistycznym akcentem kończę, ponieważ mam wielki plan, mało czasu, a chcę dokończyć co zaczęłam :)
Ot, trochę tajemniczo, ale co tam.
:)
wtorek, 28 października 2014
[310] Chaos (nie)kontrolowany
Mam w sobie coś takiego, że przyciągam dziwne osoby. Nie wiem jak to powiedzieć.
Mam wrażenie, że muszę mieć wyznaczone cele. Nawet nie tak. Muszę widzieć cel. Muszę go znać. Drogę do niego umiem ogarnąć sama, ale muszę wiedzieć do czego mam dążyć. Mam taki cel od kilku lat. Serio! Ale zawsze coś było nieprecyzyjne i nie bardzo wiedziałam co chcę osiągnąć tak naprawdę. I nie wiedziałam jak ugryźć drogę. Teraz wiem. Nie było jasnego celu - nie było możliwości we mnie samej. I na nic zda się: dawno mówiłam/em, żebyś to zrobiła, i inne podobne teksty. Taka fizjologia.
Ale nie o mnie chciałam powiedzieć.
Znacie moje perturbacje z jedną osobą, która zaszła mi trochę za skórę, zrzucając na mnie odpowiedzialność za swój chaos i niesprecyzowane plany. Odcięłam się i poszłam dalej.
Ale próżni nie ma. Puste miejsce wypełnia kolejna osoba.
Z pozoru wyglądało wszystko bardzo dobrze. Plany, projekty, realizacja. Wydawało mi się, że to jest to. Przyjdzie spełnienie i będę robić coś fajnego. Nie będę opisywać co to i jak to, ale miałam naprawdę ogromną chęć zająć się tym. Ale.
Zabrakło jasnego celu. Precyzji. Określenia. Podstawowych danych do działania.
Za to rozpoczęłam swoją obserwację. Z jednej strony ciągle miałam nadzieję, że w końcu dowiem się o co chodzi, ale z drugiej widziałam coraz lepiej totalny chaos, w którym nawet ja przestałam się orientować. Bo do pewnego momentu nie przeszkadzały mi nagłe zmiany myśli i wtrącenia, bo ogarniałam całość, wiedząc lub domyślając się o co chodzi. I tak by to sobie trwało, pewnie bym szła w zaparte, czekając na cel, gdyby nie to, że pojawiło się dzięki temu wszystkiemu od dawna oczekiwane sprecyzowanie moich osobistych planów.
Przyszło nagle, jak olśnienie, podczas....prasowania. Bo ja proszę państwa (wiem, pewnie na to jest jakaś jednostka chorobowa) gadam do siebie. Opowiadam sobie wszystko. Dzięki temu rozpatruję miliony scenariuszy. Wybieram drogę i podejmuję decyzje. Prowadzę ze sobą dialog. Mam tak od dzieciństwa. No i przegadałam sobie swoje plany, w aspekcie wcześniejszych wydarzeń i rozmów, postanowiłam nie rozdrabniać się na jakieś niesprecyzowane plany innych i ich własny chaos, którego oni nie ogarniają, to dlaczego ja mam to robić?
I w momencie mojego olśnienia, wyznaczenia celu, i zobaczenia początku drogi...przyszedł sms. Znaczący dla mnie wiele. Potwierdzający całą moją dyskusję ze sobą. Do tego stopnia, że postanowiłam szczerze odpisać co u mnie.
I tak, proszę Państwa, zaczyna się.
I z tego bardzo się cieszę.
Mam wrażenie, że muszę mieć wyznaczone cele. Nawet nie tak. Muszę widzieć cel. Muszę go znać. Drogę do niego umiem ogarnąć sama, ale muszę wiedzieć do czego mam dążyć. Mam taki cel od kilku lat. Serio! Ale zawsze coś było nieprecyzyjne i nie bardzo wiedziałam co chcę osiągnąć tak naprawdę. I nie wiedziałam jak ugryźć drogę. Teraz wiem. Nie było jasnego celu - nie było możliwości we mnie samej. I na nic zda się: dawno mówiłam/em, żebyś to zrobiła, i inne podobne teksty. Taka fizjologia.
Ale nie o mnie chciałam powiedzieć.
Znacie moje perturbacje z jedną osobą, która zaszła mi trochę za skórę, zrzucając na mnie odpowiedzialność za swój chaos i niesprecyzowane plany. Odcięłam się i poszłam dalej.
Ale próżni nie ma. Puste miejsce wypełnia kolejna osoba.
Z pozoru wyglądało wszystko bardzo dobrze. Plany, projekty, realizacja. Wydawało mi się, że to jest to. Przyjdzie spełnienie i będę robić coś fajnego. Nie będę opisywać co to i jak to, ale miałam naprawdę ogromną chęć zająć się tym. Ale.
Zabrakło jasnego celu. Precyzji. Określenia. Podstawowych danych do działania.
Za to rozpoczęłam swoją obserwację. Z jednej strony ciągle miałam nadzieję, że w końcu dowiem się o co chodzi, ale z drugiej widziałam coraz lepiej totalny chaos, w którym nawet ja przestałam się orientować. Bo do pewnego momentu nie przeszkadzały mi nagłe zmiany myśli i wtrącenia, bo ogarniałam całość, wiedząc lub domyślając się o co chodzi. I tak by to sobie trwało, pewnie bym szła w zaparte, czekając na cel, gdyby nie to, że pojawiło się dzięki temu wszystkiemu od dawna oczekiwane sprecyzowanie moich osobistych planów.
Przyszło nagle, jak olśnienie, podczas....prasowania. Bo ja proszę państwa (wiem, pewnie na to jest jakaś jednostka chorobowa) gadam do siebie. Opowiadam sobie wszystko. Dzięki temu rozpatruję miliony scenariuszy. Wybieram drogę i podejmuję decyzje. Prowadzę ze sobą dialog. Mam tak od dzieciństwa. No i przegadałam sobie swoje plany, w aspekcie wcześniejszych wydarzeń i rozmów, postanowiłam nie rozdrabniać się na jakieś niesprecyzowane plany innych i ich własny chaos, którego oni nie ogarniają, to dlaczego ja mam to robić?
I w momencie mojego olśnienia, wyznaczenia celu, i zobaczenia początku drogi...przyszedł sms. Znaczący dla mnie wiele. Potwierdzający całą moją dyskusję ze sobą. Do tego stopnia, że postanowiłam szczerze odpisać co u mnie.
I tak, proszę Państwa, zaczyna się.
I z tego bardzo się cieszę.
sobota, 25 października 2014
[309] Taka jestem sprytna
Obserwuję sobie świat i wyciągam wnioski.
Obserwuję osoby zamknięte w swoich głowach. Słucham co mówią i jest mi dobrze ze sobą. Postanowiłam nie poprawiać, nie przekonywać, nie namawiać. Ja żyję swoim życiem i każdemu radzę to samo.
Dzisiaj miałam doskonałą okazję do obserwacji.
I tak.
Osoby pierwszy raz uczestniczące w spotkaniu czują się lekko niepewnie i są milczące. To dość powszechne. Ja zwykle robię to samo. Najpierw sprawdzam teren. Ale nie zawsze tak jest, bo czasem czuję, że mogę. Mam za każdym razem nadzieję, że moja intuicja się nie myli. A kiedy mówi mi zamknij się i patrz, to tak robię. Przestałam na siłę podtrzymywać konwersację. Wolę mądrzej milczeć.
Osoby, które znam dłużej i z wielu stron, też są fajnym obiektem do wyciągania wniosków. Jestem taka sprytna, że mam dobrą pamięć. Może to dlatego, że niektóre rozmowy przetrawiam jeszcze wielokrotnie. Pamiętam co, kto powiedział. I na przykład taka zmiana stanowiska jest bardzo ciekawa. Ale nie taka zmiana, że ok, ktoś mnie przekonał. Tylko taka, że ależ ja zawsze tak mówię.
I tak sobie obserwuję.
Widzę miałkość i powody do depresji. Słyszę banialuki i bajeczki. Widzę sztuczne uśmiechy i zainteresowanie. Wychwytuję puste frazesy i brak wiary we własne słowa.
Mam ochotę czasem potrząsnąć taką osobą i wrzasnąć: zrób coś ze sobą!
Ale nie mam prawa. Nie moje życie. Nie ja je przeżyję.
Dzięki temu jednak dzieje się coś dobrego. To ja zmieniam co mogę w swoim życiu. Tak, żeby nigdy ta miałkość mnie nie dopadła. Bo czasem mam wrażenie, że to co robię to ciągle za mało, za mało satysfakcjonujące, za mało z jajem, za mało, za mało, za mało. Że stoję w miejscu. Że mogę więcej, ale nie mam motywacji.
I po takich obserwacjach wychodzi mi, że mam motywację, mam siłę i, co najważniejsze, mam chęci.
Podejmuję czasem karkołomne decyzje.
Nie są z pierwszego rzutu. Są wielokrotnie przetrawione, wielokrotnie przemyślane, ale brakowało iskry zapalnej. Znalazła się taka iskra. Dwa słowa: zrób to!
I wiem, że się uda.
Na dziś:
Coma - Na pół
Fanką jestem od początku. I będę. Cokolwiek.
Obserwuję osoby zamknięte w swoich głowach. Słucham co mówią i jest mi dobrze ze sobą. Postanowiłam nie poprawiać, nie przekonywać, nie namawiać. Ja żyję swoim życiem i każdemu radzę to samo.
Dzisiaj miałam doskonałą okazję do obserwacji.
I tak.
Osoby pierwszy raz uczestniczące w spotkaniu czują się lekko niepewnie i są milczące. To dość powszechne. Ja zwykle robię to samo. Najpierw sprawdzam teren. Ale nie zawsze tak jest, bo czasem czuję, że mogę. Mam za każdym razem nadzieję, że moja intuicja się nie myli. A kiedy mówi mi zamknij się i patrz, to tak robię. Przestałam na siłę podtrzymywać konwersację. Wolę mądrzej milczeć.
Osoby, które znam dłużej i z wielu stron, też są fajnym obiektem do wyciągania wniosków. Jestem taka sprytna, że mam dobrą pamięć. Może to dlatego, że niektóre rozmowy przetrawiam jeszcze wielokrotnie. Pamiętam co, kto powiedział. I na przykład taka zmiana stanowiska jest bardzo ciekawa. Ale nie taka zmiana, że ok, ktoś mnie przekonał. Tylko taka, że ależ ja zawsze tak mówię.
I tak sobie obserwuję.
Widzę miałkość i powody do depresji. Słyszę banialuki i bajeczki. Widzę sztuczne uśmiechy i zainteresowanie. Wychwytuję puste frazesy i brak wiary we własne słowa.
Mam ochotę czasem potrząsnąć taką osobą i wrzasnąć: zrób coś ze sobą!
Ale nie mam prawa. Nie moje życie. Nie ja je przeżyję.
Dzięki temu jednak dzieje się coś dobrego. To ja zmieniam co mogę w swoim życiu. Tak, żeby nigdy ta miałkość mnie nie dopadła. Bo czasem mam wrażenie, że to co robię to ciągle za mało, za mało satysfakcjonujące, za mało z jajem, za mało, za mało, za mało. Że stoję w miejscu. Że mogę więcej, ale nie mam motywacji.
I po takich obserwacjach wychodzi mi, że mam motywację, mam siłę i, co najważniejsze, mam chęci.
Podejmuję czasem karkołomne decyzje.
Nie są z pierwszego rzutu. Są wielokrotnie przetrawione, wielokrotnie przemyślane, ale brakowało iskry zapalnej. Znalazła się taka iskra. Dwa słowa: zrób to!
I wiem, że się uda.
Na dziś:
Coma - Na pół
Fanką jestem od początku. I będę. Cokolwiek.
środa, 22 października 2014
[308] Ofiara recyklingu
Ogarniam się. Tak się ogarniam, że hej!
Zaczynam systematycznie odrabiać zaległości.
I tak. Młody w końcu został zaprowadzony do szkoły. Nie to, że mi się nie chciało, ale od piątku się leczył. Znaczy ja go leczyłam. Bo charczał i zaczynał się katar i w ogóle jakoś niewyraźnie wyglądał. Więc zastosowałam leczenie własne, wzięłam go na przetrzymanie: albo posłucha mnie i nie będzie chorował, albo wybierze choróbsko, a ja wtedy strzelę focha. Udało się. Aczkolwiek dzisiaj radośnie pobiegł w stronę szkoły z uśmiechem od ucha do ucha i okrzykiem: "przybywam po nowe choróbsko!" Dobrze, że odbiegł na bezpieczną odległość, bo zdzieliłabym go torbą połbie.
W każdym razie ta batalia wygrana.
No to po powrocie do domu, bo wolne od działań pozadomowych mam, z okazji hospitalizacji pewnej osoby, o której kiedyś będzie, zabrałam się za drobne porządki. Wiecie, kuchnia na pierwszy rzut.
Jako że mieszkam w obiekcie zwanym domem, obowiązuje mnie restrykcyjny recykling. Żółte wory, zielone, brązowe.. I wszystko jest super, do czasu sprawdzenia grafiku odbioru powyższych worków, z podziałem na kolory i dni. W bloku jest łatwiej. Masz kontener, to codziennie możesz sobie wywalić butelki, stare ziemniaki i podarte w szale pismo z durnego urzędu.
A tu nie.
Tu taki plastik-metal-papier-tworzywa sztuczne, choć są w jednym worze, muszą się kisić przez 3 tygodnie, zanim ktoś je odbierze. A wór z racji tego, że nie posiadam jeszcze sprytnego takiego czegoś (jak wymyślę jak to nazwać, to nazwę), stoi w domu, co prawda na dole w holu, ale nikt nie powiedział, że jak nie umyję takiej puszki po pasztecie to nie zacznie śmierdzieć. Albo butelki po mleku, na ten przykład.
No i zabrałam się za mycie puszki. Tak, wiem, że krawędzie są ostre, szczególnie w tych z otwieraczem. I tak, wiem, że należy myć to sposobem. I co z tego?
Puszka urżnęła mnie precyzyjnie. Zabolało, zakrwawiło, wyplułam kilka przekleństw, głównie w kierunku własnym, za głupotę i bezmyślność. Trudno.
Ale to, że idąc do kuchni po raz drugi nie trafiłam w wejście tylko zderzyłam się ramieniem z ościeżem, to już normalnie szczyt szczytów. I mimo, że to częsty przypadek, to za każdym razem zadziwia mnie moja autodestrukcja.
Tak więc nie dość, że paluszek (na wizytę u endokrynologa przykleję sobie Małą Mi), to jeszcze prawe ramię. To już naprawdę bolało.
Na dziś:
Celine Dion - Tous Les blues sont ecrit
Żeby było jasne - bardzo lubię Celine.
Zaczynam systematycznie odrabiać zaległości.
I tak. Młody w końcu został zaprowadzony do szkoły. Nie to, że mi się nie chciało, ale od piątku się leczył. Znaczy ja go leczyłam. Bo charczał i zaczynał się katar i w ogóle jakoś niewyraźnie wyglądał. Więc zastosowałam leczenie własne, wzięłam go na przetrzymanie: albo posłucha mnie i nie będzie chorował, albo wybierze choróbsko, a ja wtedy strzelę focha. Udało się. Aczkolwiek dzisiaj radośnie pobiegł w stronę szkoły z uśmiechem od ucha do ucha i okrzykiem: "przybywam po nowe choróbsko!" Dobrze, że odbiegł na bezpieczną odległość, bo zdzieliłabym go torbą połbie.
W każdym razie ta batalia wygrana.
No to po powrocie do domu, bo wolne od działań pozadomowych mam, z okazji hospitalizacji pewnej osoby, o której kiedyś będzie, zabrałam się za drobne porządki. Wiecie, kuchnia na pierwszy rzut.
Jako że mieszkam w obiekcie zwanym domem, obowiązuje mnie restrykcyjny recykling. Żółte wory, zielone, brązowe.. I wszystko jest super, do czasu sprawdzenia grafiku odbioru powyższych worków, z podziałem na kolory i dni. W bloku jest łatwiej. Masz kontener, to codziennie możesz sobie wywalić butelki, stare ziemniaki i podarte w szale pismo z durnego urzędu.
A tu nie.
Tu taki plastik-metal-papier-tworzywa sztuczne, choć są w jednym worze, muszą się kisić przez 3 tygodnie, zanim ktoś je odbierze. A wór z racji tego, że nie posiadam jeszcze sprytnego takiego czegoś (jak wymyślę jak to nazwać, to nazwę), stoi w domu, co prawda na dole w holu, ale nikt nie powiedział, że jak nie umyję takiej puszki po pasztecie to nie zacznie śmierdzieć. Albo butelki po mleku, na ten przykład.
No i zabrałam się za mycie puszki. Tak, wiem, że krawędzie są ostre, szczególnie w tych z otwieraczem. I tak, wiem, że należy myć to sposobem. I co z tego?
Puszka urżnęła mnie precyzyjnie. Zabolało, zakrwawiło, wyplułam kilka przekleństw, głównie w kierunku własnym, za głupotę i bezmyślność. Trudno.
Ale to, że idąc do kuchni po raz drugi nie trafiłam w wejście tylko zderzyłam się ramieniem z ościeżem, to już normalnie szczyt szczytów. I mimo, że to częsty przypadek, to za każdym razem zadziwia mnie moja autodestrukcja.
Tak więc nie dość, że paluszek (na wizytę u endokrynologa przykleję sobie Małą Mi), to jeszcze prawe ramię. To już naprawdę bolało.
Na dziś:
Celine Dion - Tous Les blues sont ecrit
Żeby było jasne - bardzo lubię Celine.
niedziela, 19 października 2014
[307] Kuchenna rewolucja
Natt bardzo lubi słodkie. Lubi. No lubi i już. Ma takie okresy, kiedy może słodkiego nie jeść i jest spoko. Ale zawsze, ale to zawsze uważa, że kiedy przychodzi na słodkie ochota, to nie wolno pod żadnym mętnym pozorem odmawiać sobie tej, drobnej wszakże, przyjemności.
I tak, aby ukoić jeszcze kołaczące się gdzieniegdzie nerwowe myśli, najpierw wstawiła do gotowania jabłka na mus, niemające nic wspólnego z owym słodkim, o którym za chwilę.
Że miłością Natt do Skandynawii, a w szczególności do Szwecji, pała, wiadomo wszem i wobec.
Wobec tego wzięła i se poszukała przepisu na słynne szwedzkie bułeczki cynamonowe, znane pod rodzimą nazwą kanelbullar.
Oraz zapragnęła, z pewną dozą nieśmiałości i obaw, zmierzyć się z drożdżowym ciastem, które jakoś zawsze, jak był mus, wychodziło, ale przerażał Natt czas przygotowywania, szczególnie ten z oczekiwaniem na podwajanie objętości. Bo co jak drożdże będą nie teges? Albo co znaczy w ciepłym miejscu? No nie w piekarniku przecież.
I tak Natt robiła zawsze jak musiała, bardzo chciała robić bez musu, ale zawsze coś blokowało tę chęć.
W końcu zebrała się na odwagę, ze słynnym: "jak nie dam rady, jak dam".
Etapów produkcji uwiecznionych nie ma, ale Natt opracowała sobie sposób na miejsce ciepłe. Otóż wspomniane wcześniej jabłka koiły nerwy Natt dzień wcześniej. A ponieważ wszelkie dżemy i powidła, a także mus jabłkowy zwykle musi swoje w garze odpracować, tak też i teraz stało się. Więc Natt podgrzała ten gar z musem, nie za mocno, byle był ciepły, postawiła na kuchence od najbliższej blatowi strony. Zagotowała w tym czasie wodę i wlała do dzbanka, w którym woda pitna urzęduje, ponieważ Natt się zbuntowała i od jakiegoś czasu pije kranówę oraz gotowaną, zaniechała natomiast prawie zupełnie kupowania mineralnej. Trochę z przekory, bo tutejsze wodociągi latem rozdają tę wodę darmo w mieście, twierdząc, że jest pyszna, i jest, oraz dlatego, że żółty worek do segregacji ma jakąś tam objętość, a także dlatego, że do sklepu daleko i nie bardzo chce się targać 5-litrowe butle z wodą. Wracając do tematu. Wodę w dzbanku postawiła z drugiej strony misy z ciastem, zaznaczyła z Młodym poziom ciasta przed i poszła oddać się grze w rummy. Ustawiła se oczywiście timer. A kto zabroni. Czary mary z ciastem spodobało się i Natt, bo wyrosło pięknie, i Młodemu, bo to w końcu czary mary.
Nadmienić trzeba, że Młody, jako osoba naukowo skażona, musiał spróbować surowizny. Natt zapomniała jakim delikatnym żołądkiem dziecię dysponuje i nie oponowała. Wobec tego drożdże i później masa z cynamonem zostały spróbowane i, niestety, okupione bladością i bólem brzucha. O innych aspektach powyższego wspominać nie ma co.
I tak, aby ukoić jeszcze kołaczące się gdzieniegdzie nerwowe myśli, najpierw wstawiła do gotowania jabłka na mus, niemające nic wspólnego z owym słodkim, o którym za chwilę.
Że miłością Natt do Skandynawii, a w szczególności do Szwecji, pała, wiadomo wszem i wobec.
Wobec tego wzięła i se poszukała przepisu na słynne szwedzkie bułeczki cynamonowe, znane pod rodzimą nazwą kanelbullar.
Oraz zapragnęła, z pewną dozą nieśmiałości i obaw, zmierzyć się z drożdżowym ciastem, które jakoś zawsze, jak był mus, wychodziło, ale przerażał Natt czas przygotowywania, szczególnie ten z oczekiwaniem na podwajanie objętości. Bo co jak drożdże będą nie teges? Albo co znaczy w ciepłym miejscu? No nie w piekarniku przecież.
I tak Natt robiła zawsze jak musiała, bardzo chciała robić bez musu, ale zawsze coś blokowało tę chęć.
W końcu zebrała się na odwagę, ze słynnym: "jak nie dam rady, jak dam".
Etapów produkcji uwiecznionych nie ma, ale Natt opracowała sobie sposób na miejsce ciepłe. Otóż wspomniane wcześniej jabłka koiły nerwy Natt dzień wcześniej. A ponieważ wszelkie dżemy i powidła, a także mus jabłkowy zwykle musi swoje w garze odpracować, tak też i teraz stało się. Więc Natt podgrzała ten gar z musem, nie za mocno, byle był ciepły, postawiła na kuchence od najbliższej blatowi strony. Zagotowała w tym czasie wodę i wlała do dzbanka, w którym woda pitna urzęduje, ponieważ Natt się zbuntowała i od jakiegoś czasu pije kranówę oraz gotowaną, zaniechała natomiast prawie zupełnie kupowania mineralnej. Trochę z przekory, bo tutejsze wodociągi latem rozdają tę wodę darmo w mieście, twierdząc, że jest pyszna, i jest, oraz dlatego, że żółty worek do segregacji ma jakąś tam objętość, a także dlatego, że do sklepu daleko i nie bardzo chce się targać 5-litrowe butle z wodą. Wracając do tematu. Wodę w dzbanku postawiła z drugiej strony misy z ciastem, zaznaczyła z Młodym poziom ciasta przed i poszła oddać się grze w rummy. Ustawiła se oczywiście timer. A kto zabroni. Czary mary z ciastem spodobało się i Natt, bo wyrosło pięknie, i Młodemu, bo to w końcu czary mary.
Nadmienić trzeba, że Młody, jako osoba naukowo skażona, musiał spróbować surowizny. Natt zapomniała jakim delikatnym żołądkiem dziecię dysponuje i nie oponowała. Wobec tego drożdże i później masa z cynamonem zostały spróbowane i, niestety, okupione bladością i bólem brzucha. O innych aspektach powyższego wspominać nie ma co.
No dobrze. Bułeczki zostały upieczone.
Oraz bardzo szybko zjedzone.
Istnieją pewne obawy, że ciasto drożdżowe zawita do kuchni Natt na stałe, w wariacjach różnych.
I potrzeba słodkiego zostanie zaspokojona za każdym razem.
sobota, 18 października 2014
[306] W aktach
Na północy bez zmian.
Czyli u mnie.
Czyli nic się nie zmieniło, dalej mężatką jestem i ...[tych słów już nie używam].
Co ma być to będzie.
Wierzę, że będzie tak, jak ma być.
Akt 1.
Dzwonię sobie do sądu. Dowiedzieć się co i jak. Dowiaduję się.
Dzwonię więc do kancelarii, dowiedzieć się co i jak. W końcu zapłaciłam ciężkie pieniądze za obsługę. DOWIADUJĘ SIĘ ZUPEŁNIE CZEGOŚ INNEGO. Wolałabym wersję optymistyczną, czyli kancelaryjną (a że nieprawdziwą to trudno), że jestem już po, że czekam tylko na podpis sędziego. Trudno, zniosę to jakoś. Ale żeby nie było, w poniedziałek idę po pomoc w tej sprawie, bo sobie nie pozwolę.
Z powodu powyższego nastąpił
Akt 2.
Telefon wyładował mi się trzy razy. Dzwoniłam do wielu osób, które czekały na wieści, ale w sumie po to, żeby po prostu postawić się do pionu. Tak jak powiedziałam jednej z tych dobrych dusz, musiałam usłyszeć kogoś pozytywnego. Usłyszałam. I w sumie zeszło ze mnie całe napięcie. Zresztą po potężnym, nazwę to dzisiaj delikatnie, zdenerwowaniu, przyszedł czas na śmiech i żarty. Bo tak naprawdę nie umiem długo tkwić w złych emocjach. Szkoda mi na to czasu. I szkoda mojego zdrowia.
Akt 3.
Na świecie są ważniejsze rzeczy niż moje problemy. Na przykład takie.
Jadę autobusem ratować świat.
No dobra, jadę zawieźć aspirynę pewnej chorej babie. I jadą laski z gimnazjum.....
I rejestruję taką rozmowę:
- jeny, słyszałyście? Ona powiedziała, że będą dwa sprawdziany w miesiącu! Jeny...ile ja będę miała jedynek....
- no ja się nastawiam na dwójki, jakoś to będzie.
Miałam ochotę odwrócić się i wycedzić przez zęby:
- to się k...wa uczcie, debilki.
Oczywiście nie zrobiłam tego, ale miałam naprawdę ogromną ochotę albo zabić, albo zapłakać nad przyszłością tego narodu.
Ale ulga przyszła w innym autobusie. Kiedy to młodzieniaszek, też jakieś ryczące gimnazjum, włączył sobie muzyczkę w telefonie. Muzyczka to jakiś polski rap, czy inny hip-hop. Nie lubię polskiego, więc mnie wstrząsło. Dogłębnie. Autobus pełen ludzi. Nikt nie zareagował. Zareagowała na to moja znajoma, której powiedziałam:
- zaraz dla kontrastu włączę Testament, albo inne żelastwo.
Powiedziała coś tam do niego, ale ją olał. No to uśmiechnęłam się uroczo, a wiedzcie, że potrafię, odwróciłam do gówniarza i głosem na poziomie ściszonego radia powiedziałam, patrząc mu w oczy:
- wyłączysz to, czy nie?
Wiecie, chyba miałam coś jednak w twarzy takiego, że spuścił wzrok, zmielił coś pod nosem i wyłączył.
A tak naprawdę powiem Wam jedno:
Na dziś:
Elektryczne Gitary - Wszystko chuj
Czyli u mnie.
Czyli nic się nie zmieniło, dalej mężatką jestem i ...[tych słów już nie używam].
Co ma być to będzie.
Wierzę, że będzie tak, jak ma być.
Akt 1.
Dzwonię sobie do sądu. Dowiedzieć się co i jak. Dowiaduję się.
Dzwonię więc do kancelarii, dowiedzieć się co i jak. W końcu zapłaciłam ciężkie pieniądze za obsługę. DOWIADUJĘ SIĘ ZUPEŁNIE CZEGOŚ INNEGO. Wolałabym wersję optymistyczną, czyli kancelaryjną (a że nieprawdziwą to trudno), że jestem już po, że czekam tylko na podpis sędziego. Trudno, zniosę to jakoś. Ale żeby nie było, w poniedziałek idę po pomoc w tej sprawie, bo sobie nie pozwolę.
Z powodu powyższego nastąpił
Akt 2.
Telefon wyładował mi się trzy razy. Dzwoniłam do wielu osób, które czekały na wieści, ale w sumie po to, żeby po prostu postawić się do pionu. Tak jak powiedziałam jednej z tych dobrych dusz, musiałam usłyszeć kogoś pozytywnego. Usłyszałam. I w sumie zeszło ze mnie całe napięcie. Zresztą po potężnym, nazwę to dzisiaj delikatnie, zdenerwowaniu, przyszedł czas na śmiech i żarty. Bo tak naprawdę nie umiem długo tkwić w złych emocjach. Szkoda mi na to czasu. I szkoda mojego zdrowia.
Akt 3.
Na świecie są ważniejsze rzeczy niż moje problemy. Na przykład takie.
Jadę autobusem ratować świat.
No dobra, jadę zawieźć aspirynę pewnej chorej babie. I jadą laski z gimnazjum.....
I rejestruję taką rozmowę:
- jeny, słyszałyście? Ona powiedziała, że będą dwa sprawdziany w miesiącu! Jeny...ile ja będę miała jedynek....
- no ja się nastawiam na dwójki, jakoś to będzie.
Miałam ochotę odwrócić się i wycedzić przez zęby:
- to się k...wa uczcie, debilki.
Oczywiście nie zrobiłam tego, ale miałam naprawdę ogromną ochotę albo zabić, albo zapłakać nad przyszłością tego narodu.
Ale ulga przyszła w innym autobusie. Kiedy to młodzieniaszek, też jakieś ryczące gimnazjum, włączył sobie muzyczkę w telefonie. Muzyczka to jakiś polski rap, czy inny hip-hop. Nie lubię polskiego, więc mnie wstrząsło. Dogłębnie. Autobus pełen ludzi. Nikt nie zareagował. Zareagowała na to moja znajoma, której powiedziałam:
- zaraz dla kontrastu włączę Testament, albo inne żelastwo.
Powiedziała coś tam do niego, ale ją olał. No to uśmiechnęłam się uroczo, a wiedzcie, że potrafię, odwróciłam do gówniarza i głosem na poziomie ściszonego radia powiedziałam, patrząc mu w oczy:
- wyłączysz to, czy nie?
Wiecie, chyba miałam coś jednak w twarzy takiego, że spuścił wzrok, zmielił coś pod nosem i wyłączył.
A tak naprawdę powiem Wam jedno:
Na dziś:
Elektryczne Gitary - Wszystko chuj
wtorek, 7 października 2014
[305] Idź spać
Po nieziemskim ...jakby tu dyplomatycznie to nazwać...a co sobie będę żałować, po zajebistym wqrwie, przyszedł spokój.
Myli się ten, kto myśli, że mogę już sobie swobodnie zmienić nazwisko. Albo że wszelkie sprawy zostały przyklapnięte papierem. Dział sprawiedliwości, szlag by go trafił, ma dużo czasu (np. daje sobie 3 tygodnie na sprawdzenie, czy przelew, który idzie góra 3 dni, doszedł na konto...), a druga strona, mimo, że niczego nie osiągnie, wykorzystuje każdą możliwą kropkę w procedurach. "Dla dobra dzieci".
Tu zamilknę jednak. Bo osiągnięta wewnętrznie nirwana odgalopuje w siną dal.
A spokój osiągnęłam niejako siłą woli. W eter poszło to, co mi leżało na wątrobie, bardzo było soczyste i niecenzuralne, ale w końcu, po 3 latach, miało prawo się ulać. Nawet tak niespotykanie spokojniej osobie, jak ja.
Ale teraz, dzisiaj, doszłam do punktu, w którym mam w końcu prawie porządek, piękny nowy balkon, nie ma już rusztowań - przynajmniej do wiosny, jest przepiękna pogoda, dzieciaki urodziły się ponownie oba, Młodemu moja koleżanka nawet upiekła tort. Mam nadzieje, że choróbska poszły sobie w cholerę.
Mam nadzieję.
Mam mnóstwo pomysłów.
Zrobię sobie mapę i zrealizuję je krok po kroku.
Cieszę się, że na mojej drodze pojawiają się takie osoby jak na przykład ta, z którą dzisiaj poszłam na kawę. Hoduje pozytywne myśli i jest niesamowita. Za każdym razem mało mi tych spotkań, stanowczo za krótko trwają. Bo tak fajnie spotkać bratnią duszę.
Czasu mi brak. Nie ma ktoś nadmiaru? Tak tyci, może ze dwie godzinki, z dziennym światłem, wypoczęte. Mogą być nawet zachmurzone, deszczowe, z wichurą. Przydałyby mi się. Wtedy mogłabym zadzwonić do paru osób, napisać co trzeba, zrobić co zaplanowane. A tak wstaję o świcie, o 20.00 padam na twarz. O ile jestem w domu. Bo na przykład na takim przystanku, bez wzbudzania podejrzeń, spać się nie da. Nie próbowałam, ale tak przypuszczam.
Za to wiem jak to jest rozmawiać z osobą, która zasypia na stojąco. Wczoraj miałam okazję. Zadzwoniłam do koleżanki, załatwiałyśmy ważną sprawę, ale to ja ją robiłam. Potrzebowałam danych. Ponieważ robiłam to pierwszy raz, nie wiedziałam co i jak, więc zadzwoniłam.
Po drugiej stronie wesoły głos, wyluzowany, jakieś głosy w tle (myślałam, że jest na imprezie, w pubie). I rozmawiamy. Nie mogłam się zalogować do poczty. Więc ona zmieniła hasło. Pytam o dane. Wstaw swoje. Zapaliła mi się lampka. A tu co. To. I mówi: zasypiam. No to mówię: ok, jakby co zadzwonię. Doszłam do punktu, że bez niej ani rusz. Dzwonię. A ta mi coś mówi: czyipół. Pytam o coś i nic. To mówię: idź spać. Intuicyjnie pozmieniałam dane na odpowiednie, wpisałam co trzeba. Zdążyłam.
Dzisiaj ta do mnie dzwoni i mówi: tyyyyy myślałam, że mi się śniło, że z tobą rozmawiałam i aż sprawdziłam telefon. Rozmawiałam z tobą!!!! Ale o czym???
Taaaaaaaa....
Myli się ten, kto myśli, że mogę już sobie swobodnie zmienić nazwisko. Albo że wszelkie sprawy zostały przyklapnięte papierem. Dział sprawiedliwości, szlag by go trafił, ma dużo czasu (np. daje sobie 3 tygodnie na sprawdzenie, czy przelew, który idzie góra 3 dni, doszedł na konto...), a druga strona, mimo, że niczego nie osiągnie, wykorzystuje każdą możliwą kropkę w procedurach. "Dla dobra dzieci".
Tu zamilknę jednak. Bo osiągnięta wewnętrznie nirwana odgalopuje w siną dal.
A spokój osiągnęłam niejako siłą woli. W eter poszło to, co mi leżało na wątrobie, bardzo było soczyste i niecenzuralne, ale w końcu, po 3 latach, miało prawo się ulać. Nawet tak niespotykanie spokojniej osobie, jak ja.
Ale teraz, dzisiaj, doszłam do punktu, w którym mam w końcu prawie porządek, piękny nowy balkon, nie ma już rusztowań - przynajmniej do wiosny, jest przepiękna pogoda, dzieciaki urodziły się ponownie oba, Młodemu moja koleżanka nawet upiekła tort. Mam nadzieje, że choróbska poszły sobie w cholerę.
Mam nadzieję.
Mam mnóstwo pomysłów.
Zrobię sobie mapę i zrealizuję je krok po kroku.
Cieszę się, że na mojej drodze pojawiają się takie osoby jak na przykład ta, z którą dzisiaj poszłam na kawę. Hoduje pozytywne myśli i jest niesamowita. Za każdym razem mało mi tych spotkań, stanowczo za krótko trwają. Bo tak fajnie spotkać bratnią duszę.
Czasu mi brak. Nie ma ktoś nadmiaru? Tak tyci, może ze dwie godzinki, z dziennym światłem, wypoczęte. Mogą być nawet zachmurzone, deszczowe, z wichurą. Przydałyby mi się. Wtedy mogłabym zadzwonić do paru osób, napisać co trzeba, zrobić co zaplanowane. A tak wstaję o świcie, o 20.00 padam na twarz. O ile jestem w domu. Bo na przykład na takim przystanku, bez wzbudzania podejrzeń, spać się nie da. Nie próbowałam, ale tak przypuszczam.
Za to wiem jak to jest rozmawiać z osobą, która zasypia na stojąco. Wczoraj miałam okazję. Zadzwoniłam do koleżanki, załatwiałyśmy ważną sprawę, ale to ja ją robiłam. Potrzebowałam danych. Ponieważ robiłam to pierwszy raz, nie wiedziałam co i jak, więc zadzwoniłam.
Po drugiej stronie wesoły głos, wyluzowany, jakieś głosy w tle (myślałam, że jest na imprezie, w pubie). I rozmawiamy. Nie mogłam się zalogować do poczty. Więc ona zmieniła hasło. Pytam o dane. Wstaw swoje. Zapaliła mi się lampka. A tu co. To. I mówi: zasypiam. No to mówię: ok, jakby co zadzwonię. Doszłam do punktu, że bez niej ani rusz. Dzwonię. A ta mi coś mówi: czyipół. Pytam o coś i nic. To mówię: idź spać. Intuicyjnie pozmieniałam dane na odpowiednie, wpisałam co trzeba. Zdążyłam.
Dzisiaj ta do mnie dzwoni i mówi: tyyyyy myślałam, że mi się śniło, że z tobą rozmawiałam i aż sprawdziłam telefon. Rozmawiałam z tobą!!!! Ale o czym???
Taaaaaaaa....
piątek, 19 września 2014
[304] Istne szaleństwo
Żeby nie było, że smutno i nudno i bez polotu.
Żeby nie było, że ja tylko kartony i przeprowadzki. No dobra, ostatnio tak, ale że tak powiem zbliża się wszystko do brzegu.
(A propos, jest tu jakiś budowlaniec? Mam świeży beton na balkonie i muszę go w niedzielę podlać...Nie było kiedy usłyszeć instrukcji od Pana Fachowca, więc będę tworzyć sama, chyba, że Pan Fachowiec wpadnie w niedzielę)
Pan Fachowiec to w ogóle fajny facet jest, ale niestety, mówi do telefonu: "pa, Maleńka".
Ale wracając do tematu.
Remont trwa. Ostatnio, z tęsknoty za zimą dostałam w prezencie swoją własną. Nie powiem, fajna, tylko trochę chrzęści w zębach, kiedy trafi się w kubku z herbatą.
No i widzicie, zima, i od razu do kompletu angina, kaszel i cisza.
Angina moja. Załatwiłam się podręcznikowo. Od zimnych nóżek. Nie będę rozwijać tematu, ale trochę mnie to zaskoczyło.
Młody kaszle. Ale wychodzimy z tego. Dwa dni posiedział w domu i daje radę. W poniedziałek nie pozwolę mu moczyć tyłka na basenie. Bo to właśnie szkolny basen go załatwił.
A Kudłata..Nie wiem co zrobiła, ale najpierw zaniemówiła - stąd cisza, a potem cherlała jak gruźlik. Znaczy jak ja, zanim dopadła mnie angina, ale zupełnie niezależnie ode mnie, bo ja się z nią nie całuję!
W każdym razie widoki na ozdrowienie, bez ludowej medycyny, są.
Nie to, że nieskuteczna. Ja po prostu nie mam w zasięgu chlewu. O korycie to nawet nie wspomnę.
Żeby zakończyć dzisiejszy dzień jakoś optymistycznie, to opowiem co dzisiaj mi się przytrafiło.
Pojechałam po zakupy. Czymś trzeba było nakarmić dziatwę. Wracam do domu z radosnym okrzykiem, skierowanym do Młodego: zaraz zrobię hot-dogi!
Młody się ucieszył, ja rozpakowałam torby i...doopa.
Nie będzie hot-dogów. Zgubiłam psy. Znaczy bagietki. My lubimy hot-dogi z biedronkowych bagietek. Uprzedzam ewentualne zdziwienie.
I tu porada dnia: nigdy więcej nie pomyślę: żeby tylko mi nie wypadło, żebym tylko nie zgubiła.
Wsiadłam do autobusu i korzystając z wolnego miejsca, walnęłam na siedzenie obok siaty. Nie nie, nie jestem taka, chciałam tylko przepakować część prowiantu do torebki, żeby było mi lżej. I wyjęłam te nieszczęsne bagietki, których miałam nie zgubić. Przepakowałam się i było cacy. Wysiadłam, doszłam do domu i....bagietki pojechały zwiedzać miasto. Mam nadzieję, że komuś smakowały.
Dobra, miało być optymistycznie, a wyszło jak zwykle. Idę spać. Jutro przynajmniej nikt mnie nie będzie budził wierceniem w ścianach.
Żeby nie było, że ja tylko kartony i przeprowadzki. No dobra, ostatnio tak, ale że tak powiem zbliża się wszystko do brzegu.
(A propos, jest tu jakiś budowlaniec? Mam świeży beton na balkonie i muszę go w niedzielę podlać...Nie było kiedy usłyszeć instrukcji od Pana Fachowca, więc będę tworzyć sama, chyba, że Pan Fachowiec wpadnie w niedzielę)
Pan Fachowiec to w ogóle fajny facet jest, ale niestety, mówi do telefonu: "pa, Maleńka".
Ale wracając do tematu.
Remont trwa. Ostatnio, z tęsknoty za zimą dostałam w prezencie swoją własną. Nie powiem, fajna, tylko trochę chrzęści w zębach, kiedy trafi się w kubku z herbatą.
No i widzicie, zima, i od razu do kompletu angina, kaszel i cisza.
Angina moja. Załatwiłam się podręcznikowo. Od zimnych nóżek. Nie będę rozwijać tematu, ale trochę mnie to zaskoczyło.
Młody kaszle. Ale wychodzimy z tego. Dwa dni posiedział w domu i daje radę. W poniedziałek nie pozwolę mu moczyć tyłka na basenie. Bo to właśnie szkolny basen go załatwił.
A Kudłata..Nie wiem co zrobiła, ale najpierw zaniemówiła - stąd cisza, a potem cherlała jak gruźlik. Znaczy jak ja, zanim dopadła mnie angina, ale zupełnie niezależnie ode mnie, bo ja się z nią nie całuję!
W każdym razie widoki na ozdrowienie, bez ludowej medycyny, są.
Nie to, że nieskuteczna. Ja po prostu nie mam w zasięgu chlewu. O korycie to nawet nie wspomnę.
Żeby zakończyć dzisiejszy dzień jakoś optymistycznie, to opowiem co dzisiaj mi się przytrafiło.
Pojechałam po zakupy. Czymś trzeba było nakarmić dziatwę. Wracam do domu z radosnym okrzykiem, skierowanym do Młodego: zaraz zrobię hot-dogi!
Młody się ucieszył, ja rozpakowałam torby i...doopa.
Nie będzie hot-dogów. Zgubiłam psy. Znaczy bagietki. My lubimy hot-dogi z biedronkowych bagietek. Uprzedzam ewentualne zdziwienie.
I tu porada dnia: nigdy więcej nie pomyślę: żeby tylko mi nie wypadło, żebym tylko nie zgubiła.
Wsiadłam do autobusu i korzystając z wolnego miejsca, walnęłam na siedzenie obok siaty. Nie nie, nie jestem taka, chciałam tylko przepakować część prowiantu do torebki, żeby było mi lżej. I wyjęłam te nieszczęsne bagietki, których miałam nie zgubić. Przepakowałam się i było cacy. Wysiadłam, doszłam do domu i....bagietki pojechały zwiedzać miasto. Mam nadzieję, że komuś smakowały.
Dobra, miało być optymistycznie, a wyszło jak zwykle. Idę spać. Jutro przynajmniej nikt mnie nie będzie budził wierceniem w ścianach.
niedziela, 14 września 2014
[303] Wędrówki
Wieści z pola boju:
Ilość kartonów drastycznie uległa zmniejszeniu. Agencje donoszą, że niebezpieczeństwo minęło, nie powtórzy się historia Hanki M.
Aczkolwiek rolę destruktora przejęły framugi. Dzisiaj właśnie zaliczyłam bliskie spotkanie z taką jedną, nie polecam. Wiem teraz przynajmniej jak będzie wyglądał tatuaż na moim ramieniu.
Zmniejszenie liczby kartonów, wbrew pozorom, nie oznacza zmniejszenia bałaganu. Absolutnie jedno z drugim nie idzie w parze. Za to meble zaczynają wędrówki, dobrze, że tylko na poziomie jednego piętra.
Ciężka noc przede mną. Będę polować. Wiem, pełnia była kilka dni temu, grzyby zbierałam rano, ale nocne polowanie tyczy się krwiopijcy. Od kiedy go zobaczyłam, wszystko mnie swędzi. Na zapas. A ledwo zagoiły się ślady po poprzednikach...
Jak już napomknęłam, byłam dzisiaj na łowach leśnych, uzbierałam porcję grzybów na obiadek. Mimo deszczów, które żyć mi nie dawały i w zeszłym tygodniu padały akurat wtedy, kiedy z Młodym wracaliśmy do domu ze szkoły. Myślałam, że wystarczy tyle wody, bo ja byłam przemoczona do majtek. Jednak nie, powietrze i lasy dalej suche. Trzeba więc poczekać na porządne grzybobranie kilka tygodni. Nie mówcie mi tylko, że u Was grzybów mnóstwo, bo się zdenerwuję.
Rozbroił mnie za to Młody, bo rzekł był, na moje narzekanie na pajęczyny:
- Jestem twoim rycerzem. A ty jesteś moją tarczą. Tak więc będę szedł za tobą.....
Na takie dictum, parsknęłam śmiechem. I cóż, trzeba się było samej ogarniać z pajęczyn...
W między czasie zostałam przewodniczącą dwuosobowej trójki klasowej u Kudłatej w szkole.
Jednocześnie zaliczyłam się dobrowolnie w poczet rodziców, zapełniających dzieciom czas po szkole różnymi zajęciami dodatkowymi. I tak oto Młody będzie pływał po hiszpańsku w kimonie... Jakoś tak.
Dodatkowym utrudnieniem logistycznym jest fakt, że Młody sam do domu nie wraca. Droga z przystanku nie sprzyja wędrówkom samodzielnym. Dlatego też zawożę go i odbieram. Nie lecę z nim do szkoły, tylko wysadzam z autobusu, podprowadzam kawałek, a dalej idzie sam. Szybko i sprawnie. Za to powrooooooty... Są nieco wydłużone, szczególnie kiedy czasu mało. Wtedy Młody zapomina wyjść ze szkoły od razu po lekcjach i beztrosko idzie na świetlicę. A potem, jakieś 40 minut po terminie, beztrosko przychodzi z kijem większym od siebie trzy razy. Muszę nad nim popracować. Wiem już, że przypominanie rano nic nie daje. Zaglądanie do planu też nie. Ale cóż, wymyślę jakiś skuteczny sposób, jakiś zdalny przesyłacz myśli, elektrowstrząsy, czy coś. Od razu mówię, że telefonu do szkoły nie dostanie. Będę go szantażować i kusić. Może poskutkuje.
A teraz idę znaleźć sobie jakieś coś, czym będę mogła trzasnąć przeciwnika skutecznie, ale bez krwawych plam na ścianie..
Ilość kartonów drastycznie uległa zmniejszeniu. Agencje donoszą, że niebezpieczeństwo minęło, nie powtórzy się historia Hanki M.
Aczkolwiek rolę destruktora przejęły framugi. Dzisiaj właśnie zaliczyłam bliskie spotkanie z taką jedną, nie polecam. Wiem teraz przynajmniej jak będzie wyglądał tatuaż na moim ramieniu.
Zmniejszenie liczby kartonów, wbrew pozorom, nie oznacza zmniejszenia bałaganu. Absolutnie jedno z drugim nie idzie w parze. Za to meble zaczynają wędrówki, dobrze, że tylko na poziomie jednego piętra.
Ciężka noc przede mną. Będę polować. Wiem, pełnia była kilka dni temu, grzyby zbierałam rano, ale nocne polowanie tyczy się krwiopijcy. Od kiedy go zobaczyłam, wszystko mnie swędzi. Na zapas. A ledwo zagoiły się ślady po poprzednikach...
Jak już napomknęłam, byłam dzisiaj na łowach leśnych, uzbierałam porcję grzybów na obiadek. Mimo deszczów, które żyć mi nie dawały i w zeszłym tygodniu padały akurat wtedy, kiedy z Młodym wracaliśmy do domu ze szkoły. Myślałam, że wystarczy tyle wody, bo ja byłam przemoczona do majtek. Jednak nie, powietrze i lasy dalej suche. Trzeba więc poczekać na porządne grzybobranie kilka tygodni. Nie mówcie mi tylko, że u Was grzybów mnóstwo, bo się zdenerwuję.
Rozbroił mnie za to Młody, bo rzekł był, na moje narzekanie na pajęczyny:
- Jestem twoim rycerzem. A ty jesteś moją tarczą. Tak więc będę szedł za tobą.....
Na takie dictum, parsknęłam śmiechem. I cóż, trzeba się było samej ogarniać z pajęczyn...
W między czasie zostałam przewodniczącą dwuosobowej trójki klasowej u Kudłatej w szkole.
Jednocześnie zaliczyłam się dobrowolnie w poczet rodziców, zapełniających dzieciom czas po szkole różnymi zajęciami dodatkowymi. I tak oto Młody będzie pływał po hiszpańsku w kimonie... Jakoś tak.
Dodatkowym utrudnieniem logistycznym jest fakt, że Młody sam do domu nie wraca. Droga z przystanku nie sprzyja wędrówkom samodzielnym. Dlatego też zawożę go i odbieram. Nie lecę z nim do szkoły, tylko wysadzam z autobusu, podprowadzam kawałek, a dalej idzie sam. Szybko i sprawnie. Za to powrooooooty... Są nieco wydłużone, szczególnie kiedy czasu mało. Wtedy Młody zapomina wyjść ze szkoły od razu po lekcjach i beztrosko idzie na świetlicę. A potem, jakieś 40 minut po terminie, beztrosko przychodzi z kijem większym od siebie trzy razy. Muszę nad nim popracować. Wiem już, że przypominanie rano nic nie daje. Zaglądanie do planu też nie. Ale cóż, wymyślę jakiś skuteczny sposób, jakiś zdalny przesyłacz myśli, elektrowstrząsy, czy coś. Od razu mówię, że telefonu do szkoły nie dostanie. Będę go szantażować i kusić. Może poskutkuje.
A teraz idę znaleźć sobie jakieś coś, czym będę mogła trzasnąć przeciwnika skutecznie, ale bez krwawych plam na ścianie..
sobota, 6 września 2014
[302] Karton network
W końcu! Znalazłam myszkę do kompa!
Nie nie, to jeszcze nie koniec. Rozpakowywania. Kartony straszą mnie całymi dniami i nocą. Dlatego w dzień uciekam z domu, a w nocy zamykam szybko oczy.
Ale może trochę historii.
Przeprowadzka.
Pakowałam się długo i namiętnie. Oczywiście najlepiej poszło dzień przed. Ponieważ w trakcie mieszkania doszło kilka większego gabarytu mebli, lodówka i pralka, nie mogłam poprosić nikogo ze znajomych o pomoc. Poprzednio przenosiłam się przyczepką ze Statoila i dwa obroty dały radę.
Teraz było trochę gorzej. Musiałam więc zamówić transport. Transport okazał się mało kompetentny i do chrzanu, rozwalili mi mebel, ale generalnie wyszło mi na plus, bo .... stoi do góry nogami w trzech częściach. Sprawa zakończyła się oddaniem kasy za naprawę. Co prawda trochę musiałam nabluzgać w słuchawkę i zagrozić sądem. W każdym razie, wielki gabaryt przewieźli panowie, rozstawiając mi meble jak im pasowało, a cała reszta....
Całą resztę przewiozłam ze znajomymi. W pierwszy dzień jedna koleżanka. Kilka kursów. Drugi dzień, symultanicznie, wielki gabaryt, znajomi z mini vanem i ...seicento. Trzeci dzień seicento i kombi renault. Da się? Da się.
I wszystko byłoby super, gdyby nie to, że w poprzednim mieszkaniu miałam szafę a la komandor. Mieściło się w niej wszystko, łącznie z całym kramem sezonowo nieczynnym. Tu natomiast mam więcej przestrzeni, ale nie mam gdzie schować, już nawet nie mówię o sezonówkach, zwykłych gaci nie mam gdzie schować. Koczuję więc w kartonach, zrobiłam przegląd, poprzekładałam tematycznie i w kartonie po bananach mam bieliznę. Muszę jeszcze tych kartonów skombinować, bo to fajna sprawa jest. No i będzie miejsce na inne części garderoby.
Ale tak naprawdę mam fajnych ludzi wokół. Dzięki temu mam już szafkę na buty. I stół do kuchni. Przerobię je na bóstwa i pochwalę się oczywiście. Jutro będę szaleć z papierem ściernym. Cztery krzesła mam. Jedno z epoki, miała takie moja babcia, będę szukać takich samych do kompletu. Moje jest jeszcze białe, ale też zmieni kolor.
Marzę o fotelu, takim, w którym siądę z książką, przykryję się kocem i zniknę wieczorem. Nawet taki wypatrzyłam na tablicy. Pomyślę o tym.
I tak, jak widzicie, wszystko układa się znakomicie. I choć wkurzają mnie kartony, to jeszcze trochę z nimi pomieszkam. Staramy się sobie nie wchodzić w drogę.
Odkryłam, że przeszkadza mi kurz. Wczoraj rzęziłam jak astmatyk. Ale jeszcze potrwa zanim opadnie cały pył, ponieważ panowie ocieplają mi dom, więc w pakiecie z kurzem i pyłem mam kuleczki styropianu. A może mam uczulenie na styropian?
W międzyczasie przeżyłam inwazję muszek owocówek. Latały setkami. Przypuszczam, że to z powodu winogrona na balkonie, teraz wytłukłam prawie wszystkie. Jeszcze jakieś niedobitki latają po łazience. Winogrona nie będzie, niestety. To ostatni sezon. Zostaną usunięte podczas remontu dołu. Ale wiem, że na wiosnę dostanę kawałek ziemi do uprawiania własnego ogródeczka. Już mi się dusza uśmiecha.
I to by było na tyle.
A nie. Jeszcze jedna wiadomość. Królik odszedł po przeprowadzce. Może miał za duży stres. A może chorował. W każdym razie pochowaliśmy go w lesie. Chyba nie chcę więcej zwierząt.
Idę przestawić jakiś karton.
PS: Boję się zalewu spamu po tytule. Wifirifi wyciągnęło z czeluści nawet spam po włosku. A już zupełnie nie rozumiem, co miało znaczyć zapytanie "Alice Cooper co o nim sądzicie". No bo co można sądzić? Ja tam go lubię :)
Nie nie, to jeszcze nie koniec. Rozpakowywania. Kartony straszą mnie całymi dniami i nocą. Dlatego w dzień uciekam z domu, a w nocy zamykam szybko oczy.
Ale może trochę historii.
Przeprowadzka.
Pakowałam się długo i namiętnie. Oczywiście najlepiej poszło dzień przed. Ponieważ w trakcie mieszkania doszło kilka większego gabarytu mebli, lodówka i pralka, nie mogłam poprosić nikogo ze znajomych o pomoc. Poprzednio przenosiłam się przyczepką ze Statoila i dwa obroty dały radę.
Teraz było trochę gorzej. Musiałam więc zamówić transport. Transport okazał się mało kompetentny i do chrzanu, rozwalili mi mebel, ale generalnie wyszło mi na plus, bo .... stoi do góry nogami w trzech częściach. Sprawa zakończyła się oddaniem kasy za naprawę. Co prawda trochę musiałam nabluzgać w słuchawkę i zagrozić sądem. W każdym razie, wielki gabaryt przewieźli panowie, rozstawiając mi meble jak im pasowało, a cała reszta....
Całą resztę przewiozłam ze znajomymi. W pierwszy dzień jedna koleżanka. Kilka kursów. Drugi dzień, symultanicznie, wielki gabaryt, znajomi z mini vanem i ...seicento. Trzeci dzień seicento i kombi renault. Da się? Da się.
I wszystko byłoby super, gdyby nie to, że w poprzednim mieszkaniu miałam szafę a la komandor. Mieściło się w niej wszystko, łącznie z całym kramem sezonowo nieczynnym. Tu natomiast mam więcej przestrzeni, ale nie mam gdzie schować, już nawet nie mówię o sezonówkach, zwykłych gaci nie mam gdzie schować. Koczuję więc w kartonach, zrobiłam przegląd, poprzekładałam tematycznie i w kartonie po bananach mam bieliznę. Muszę jeszcze tych kartonów skombinować, bo to fajna sprawa jest. No i będzie miejsce na inne części garderoby.
Ale tak naprawdę mam fajnych ludzi wokół. Dzięki temu mam już szafkę na buty. I stół do kuchni. Przerobię je na bóstwa i pochwalę się oczywiście. Jutro będę szaleć z papierem ściernym. Cztery krzesła mam. Jedno z epoki, miała takie moja babcia, będę szukać takich samych do kompletu. Moje jest jeszcze białe, ale też zmieni kolor.
Marzę o fotelu, takim, w którym siądę z książką, przykryję się kocem i zniknę wieczorem. Nawet taki wypatrzyłam na tablicy. Pomyślę o tym.
I tak, jak widzicie, wszystko układa się znakomicie. I choć wkurzają mnie kartony, to jeszcze trochę z nimi pomieszkam. Staramy się sobie nie wchodzić w drogę.
Odkryłam, że przeszkadza mi kurz. Wczoraj rzęziłam jak astmatyk. Ale jeszcze potrwa zanim opadnie cały pył, ponieważ panowie ocieplają mi dom, więc w pakiecie z kurzem i pyłem mam kuleczki styropianu. A może mam uczulenie na styropian?
W międzyczasie przeżyłam inwazję muszek owocówek. Latały setkami. Przypuszczam, że to z powodu winogrona na balkonie, teraz wytłukłam prawie wszystkie. Jeszcze jakieś niedobitki latają po łazience. Winogrona nie będzie, niestety. To ostatni sezon. Zostaną usunięte podczas remontu dołu. Ale wiem, że na wiosnę dostanę kawałek ziemi do uprawiania własnego ogródeczka. Już mi się dusza uśmiecha.
I to by było na tyle.
A nie. Jeszcze jedna wiadomość. Królik odszedł po przeprowadzce. Może miał za duży stres. A może chorował. W każdym razie pochowaliśmy go w lesie. Chyba nie chcę więcej zwierząt.
Idę przestawić jakiś karton.
PS: Boję się zalewu spamu po tytule. Wifirifi wyciągnęło z czeluści nawet spam po włosku. A już zupełnie nie rozumiem, co miało znaczyć zapytanie "Alice Cooper co o nim sądzicie". No bo co można sądzić? Ja tam go lubię :)
poniedziałek, 25 sierpnia 2014
[301] Póki wifirifi ma zasięg...
Tak tak. Zarobiona jestem popachi.
Kartonów, toreb i innych elementów związanych z przeprowadzkami będę miała dość na bardzo długo, tak więc mam zamiar zakotwiczyć w miejscu, w którym dzisiaj umowę podpisałam, a które piękne jest, no.
Nie da się ukryć.
Kartonów, toreb i innych elementów związanych z przeprowadzkami będę miała dość na bardzo długo, tak więc mam zamiar zakotwiczyć w miejscu, w którym dzisiaj umowę podpisałam, a które piękne jest, no.
Nie da się ukryć.
taki widok z mego okna
Ale tak naprawdę to nie o tym chciałam.
Tydzień przed dniem dzisiejszym, kiedy to miałam w spokoju się pakować i takie tam, przy czym wiadomo wszem i wobec, że najlepiej wychodzi mi pakowanie na wczoraj, zamiast siedzieć grzecznie w domu i oddzielać co potrzebne co nie, ja zabawiłam się w Jasia Wędrowniczka. A raczej w Janinę.
Pojechałam w czwartek, wszyscy wiedzą gdzie, bo Frytka zdążyła już donieść. Ale napiszę dla jasności, gdyż może mi się pomieszać. Do Łodzi pojechałam.
Zerwawszy się skoroświt, najpierw najechałam Toruń (jeńców nie brałam), a potem dopchałam się jakoś do wolnego miejsca w ulubionym mym środku transportu, w polskim busie. Najpierw skorzystałam z wifi, a potem wyciszyłam telefon w celu udania się na spoczynek. Znaczy odchyliwszy oparcie usiłowałam nie lecieć na panią, która siedziała obok. Po którymś tam opadzie głowy, tknęło mnie przeczucie, że ktoś dzwonił. I jakby się nie myliłam. Odpisałam krótko acz treściwie: Jadę i śpię. Zadzwonię później. Jakoś znów zaliczyłam niejasny scenariusz senny, po czym obudziłam się na wjeździe do Łodzi. Nuda, nie?
Ale na przystanku czekała na mnie Ewa. Po zrobieniu w konia parkomatu, znaczy on sam się zrobił, pojechałyśmy na pyszną owsiankę. Uwielbiam owsiankę. Nie wiem tylko dlaczego Ewa wymieniła ją tak nieśmiało na samym końcu menu. Zacząć od tego powinna.
W każdym razie dzień zaczął się bardzo fajnie. Taki totalnie zakręcony dzień. Z reklamowaniem obiadu, darmowymi lodami, kawą, co nie miała być toffi, i innymi sprawami, na przykład takimi, że Kudłata ma sobowtóra, jeśli chodzi o zachowanie.
A potem była Frytka. Chciałyśmy jej przynieść kawę. Ale nie chciała. To padła propozycja, że mrożoną może jak zwykłej nie chce. Też nas olała. I w sumie dobrze. Bo ten przystanek, który obrałyśmy sobie za miejsce spotkania, był jakby lekko przewiewny. Co się objawiało tym, że Ewa chowała nogi. Których nikt nie zauważył, dopóki z Frytką nie zaczęłyśmy zasłaniać jej różnymi torebkami. Potem Frytka odjechała, tuż po szalonym szukaniu odjeżdżającego autobusu, a ja sobie potem w brodę plułam, że zwróciłam uwagę na te hieroglify przy rzekomym odjeżdżającym autobusie, bo tak to Frycia zostałaby z nami na przepysznej, w życiu nie jadłam tak dobrej, Adamowej pizzy własnej roboty i czerwonym winie.
I tak wieczór się skończył. Zarządzono pójście spać. Udałam się i ja, bo co tak będę sama siedziała.
Razem ze mną na spoczynek udał się KOT.
Kotów to ja...no własnie. Nie mogę napisać, że nie lubię, bo to nie tak. Może bardziej adekwatnym by było: nie chcę mieć. Zwierzęcia kota, bo tego drugiego to mam na pewno.
Ale wracając do sedna. Nie wiem który to przyszedł do mnie, bo w nocy wszystkie koty są czarne. Wszedł z jednej strony łóżka, przeszedł mi nad głową i położył się na mojej komórce, którą sobie nastawiłam na budzenie. Chciałam zrobić sobie słitfocię z kotem, dla udowodnienia, że koty nie uciekają ode mnie, ale bałam się ruszyć, bo...kot pobierał energię z mojej komórki. Mruczał i mruczał, skrzypiał i skrzypiał, aż w końcu się naładował i zamilkł. A potem kumpel go zawołał i poszli na nocny obchód terenu.
I tak skończyła się ta wyjazdowa przygoda, bo potem to tylko powrót do domu i mnóstwo roboty, która trwa do teraz i potrwa jeszcze kilka dni.
Tak więc udaję się do kartonów, pakować nie mieszkać.
Odezwę się jak już unormuje się wszystko, czyli jak już połączę się ze światem na nowym miejscu.
Dziękuję bardzo Ewie i Adamowi za gościnę, Frytce i Desperowi wiecie za co, oraz mam nadzieję, że takie spotkania, niekoniecznie na przystanku (chociaż może wtedy udałoby się zamontować tabliczkę pamiątkową), odbędą się jeszcze nie raz w takim, lub większym gronie.
Całusy!!
piątek, 15 sierpnia 2014
[300] Puzzle
Zabieram się do pisania tego postu któryś już raz w przeciągu tygodnia. No bo to numer taki okrąglutki, z moją ulubioną trójką, a to wypadałoby coś mądrego napisać, a może wręcz przeciwnie.
W takim razie będzie zupełnie zwyczajnie. Jak to u mnie.
Upały odeszły. Cieszę się z tego tak bardzo, że sobie nie zdajecie sprawy. Ten chłodek. Trochę deszczu, a nawet ulewy. Rewelacja! Jest czym oddychać. Jest tak jak lubię.
Ale najbardziej lubię, kiedy układanka układa się jak należy. Właściwie to ona zawsze się układa, tylko nie zawsze to widzimy.
Ale wracam do tego, co u mnie.
Więc się pakuję. Przeglądam wszystko i eliminuję co niepotrzebne. Chcę mieć z głowy przegląd i zbędny balast, kiedy padnie hasło: wyprowadzka. A padnie. Lada moment.
Dopinam ostatnie guziki.
Dzisiaj za to przyjechała do mnie koleżanka na wspólne tworzenie. Jutro przyjedzie znów, dokończyć. Połowę czasu przesiedziałyśmy i przegadałyśmy. Lubię ten czas. Lubię spontaniczne: jadę. Lubię po prostu życie bez spiny i udawania wyższości ścierania kurzu nad udanie i miło spędzonym czasem.
We wszystkim mamy wybór. Zawsze tych wyborów dokonujemy. Brak wyboru też jest wyborem. To jest bardzo oczywiste. Od nas tylko zależy, czy stoimy w miejscu, czy idziemy do przodu.
Mogłabym siedzieć i zastanawiać się za jakie grzechy mam pod górę. Dlaczego nic nie jest takie proste, jak pstryknięcie palcami. Czemu to czy tamto i kiedy się skończy.
Najczęściej kończy się u mnie zanim zdążę zadać sobie to pytanie.
Pod górę nie zawsze znaczy, że gorzej czy trudniej. Często zmusza mnie to do szukania innej drogi. Może to jest właśnie rozwiązanie? Może po to są te góry?
Niezależnie od wypukłości terenu mego życia, różne puzelki wskakują na swoje miejsca. To co jeszcze miesiąc, dwa temu wydawało się niemożliwe, dzisiaj nabiera kształtu.
Wszystko jest po coś. Nieprzewidziane rozmowy telefoniczne, takie zupełnie oderwane od rzeczywistości, a dające odpowiedź na kolejne pytanie i podpowiadające kolejny krok. Takich rozmów miałam kilka w ostatnim czasie. Niektóre bardzo znaczące. Z niektórych dowiedziałam się, że idę w dobrym kierunku. Niektóre popchnęły mnie trochę krok dalej. Lubię takie dzianie się.
Tak sobie wymyśliłam, że mam zawężone pole widzenia. To pole, które dotyczy czasu, a mianowicie przeszłości, teraźniejszości i przyszłości. Znam przeszłość. Ale przestałam się jej przyglądać. Pamiętam i wiem, ale nie rozpamiętuję. Bo po co? Nie zmienię już nic. Nie pójdę inna drogą. Mogę tylko uważać, żeby nie popełnić tych samych błędów. Skupiam się na teraźniejszości. To teraz żyję. Teraz tworzę moją przyszłość. Kiedy będę na nią czekać, zmarnuję tylko czas.
A na razie zostawiam Was na trochę. Pracowity czas przede mną. Wyjazdowy.
Zmiany, zmiany, zmiany.
Najwyższy czas.
Na dziś:
Zakopower - Udomowieni
Lubię. Bardzo. Głos. No i wiadomo :)
W takim razie będzie zupełnie zwyczajnie. Jak to u mnie.
Upały odeszły. Cieszę się z tego tak bardzo, że sobie nie zdajecie sprawy. Ten chłodek. Trochę deszczu, a nawet ulewy. Rewelacja! Jest czym oddychać. Jest tak jak lubię.
Ale najbardziej lubię, kiedy układanka układa się jak należy. Właściwie to ona zawsze się układa, tylko nie zawsze to widzimy.
Ale wracam do tego, co u mnie.
Więc się pakuję. Przeglądam wszystko i eliminuję co niepotrzebne. Chcę mieć z głowy przegląd i zbędny balast, kiedy padnie hasło: wyprowadzka. A padnie. Lada moment.
Dopinam ostatnie guziki.
Dzisiaj za to przyjechała do mnie koleżanka na wspólne tworzenie. Jutro przyjedzie znów, dokończyć. Połowę czasu przesiedziałyśmy i przegadałyśmy. Lubię ten czas. Lubię spontaniczne: jadę. Lubię po prostu życie bez spiny i udawania wyższości ścierania kurzu nad udanie i miło spędzonym czasem.
We wszystkim mamy wybór. Zawsze tych wyborów dokonujemy. Brak wyboru też jest wyborem. To jest bardzo oczywiste. Od nas tylko zależy, czy stoimy w miejscu, czy idziemy do przodu.
Mogłabym siedzieć i zastanawiać się za jakie grzechy mam pod górę. Dlaczego nic nie jest takie proste, jak pstryknięcie palcami. Czemu to czy tamto i kiedy się skończy.
Najczęściej kończy się u mnie zanim zdążę zadać sobie to pytanie.
Pod górę nie zawsze znaczy, że gorzej czy trudniej. Często zmusza mnie to do szukania innej drogi. Może to jest właśnie rozwiązanie? Może po to są te góry?
Niezależnie od wypukłości terenu mego życia, różne puzelki wskakują na swoje miejsca. To co jeszcze miesiąc, dwa temu wydawało się niemożliwe, dzisiaj nabiera kształtu.
Wszystko jest po coś. Nieprzewidziane rozmowy telefoniczne, takie zupełnie oderwane od rzeczywistości, a dające odpowiedź na kolejne pytanie i podpowiadające kolejny krok. Takich rozmów miałam kilka w ostatnim czasie. Niektóre bardzo znaczące. Z niektórych dowiedziałam się, że idę w dobrym kierunku. Niektóre popchnęły mnie trochę krok dalej. Lubię takie dzianie się.
Tak sobie wymyśliłam, że mam zawężone pole widzenia. To pole, które dotyczy czasu, a mianowicie przeszłości, teraźniejszości i przyszłości. Znam przeszłość. Ale przestałam się jej przyglądać. Pamiętam i wiem, ale nie rozpamiętuję. Bo po co? Nie zmienię już nic. Nie pójdę inna drogą. Mogę tylko uważać, żeby nie popełnić tych samych błędów. Skupiam się na teraźniejszości. To teraz żyję. Teraz tworzę moją przyszłość. Kiedy będę na nią czekać, zmarnuję tylko czas.
A na razie zostawiam Was na trochę. Pracowity czas przede mną. Wyjazdowy.
Zmiany, zmiany, zmiany.
Najwyższy czas.
Na dziś:
Zakopower - Udomowieni
Lubię. Bardzo. Głos. No i wiadomo :)
środa, 6 sierpnia 2014
[299] Dlaczego jestem optymistką
To będzie post wielowątkowy. Może też okazać się nudny. Uprasza się o nieregulowanie odbiorników.
Wczorajszy dzień, od świtu, po głęboką noc, spędziłam w mieście, w którym zakochałam się od pierwszego wejrzenia. W Gdańsku. Spotkałam się tam z moją, i tu mam problem z określeniem tej relacji: przyjaciółką, koleżanką, znajomą...Dlaczego mam problem z określeniem? A to dlatego, że przyjaźń jest bardzo wyświechtanym pojęciem. Często mam wrażenie, że przyjaźń jest jarzmem. Bo na przyjaciela nakłada się obowiązki, bo jak nie, to już nie jest się przyjacielem. Często przyjaźń to twór, który musi trwać długo. Ale czy na pewno?
Dla mnie przyjaźń jest tak samo zmienna jak nasze życie. Na każdym jego etapie potrzebujemy innych rodzajów tego związku. Czym innym jest przyjaźń z przedszkola, szkoły, a inna w życiu dorosłym. Skoro my ewoluujemy, to dlaczego ma nie zmieniać się przyjaźń?
I nie jest to złe. Bynajmniej. Z przyjaźnią trzeba umieć się pożegnać. Pogodzić z jej przemijaniem. Wtedy, paradoksalnie, zostaje na dłużej.
Ile powinien taki związek trwać, żeby można było nazwać go przyjaźnią? Dla mnie? Może trwać bardzo krótko. Ważniejsze dla mnie jest nadawanie na tej samej fali. Zrozumienie.
Piszę o tym, bo wydarzyło się kilka rzeczy, które nadały nowego znaczenia przyjaźni.
Rozstałam się z "pracą" na dobre. Nie zostawiłam żadnego marginesu. Bo dojrzałam do tego, żeby powiedzieć nie. W samą porę. Kiedy usłyszałam, że nie dzielę się emocjami, i jest to problemem dla drugiej strony, zrozumiałam w czym rzecz. Ja po prostu nie mogłam zostać jej przyjaciółką. Zupełny brak synchronizacji nadawania i odbioru. Z tym, że ja rozszyfrowałam problem.
Dowiedziałam się też kilku innych ciekawych rzeczy, np. takich, że się nie angażowałam w tworzenie firmy i jej rozwój. Kiedy zripostowałam to stwierdzenie, zobaczyłam ogromne zdziwienie.
Odcięłam się zupełnie. To wszystko już mnie nie dotyczy. Ale konkluzja jest taka, że choćbyśmy nie wiem jak chcieli, na siłę nie stworzymy przyjaźni.
Z drugiej strony, dla kontrastu, sytuacja obecna. Kurs trwał 10 dni. Mam z tego kilka znajomości. Dwie bardzo znaczące. Co się zadziało? To, że obie te osoby zaangażowały się w znajomość ze mną bez zbędnych podchodów. To, że nadawanie i odbieranie odbywa się na tej samej częstotliwości, bezkolizyjnie. To, że czas, długość "znania", nie ma żadnego znaczenia. Zostałam obdarzona zaufaniem, jestem w tych relacjach tak, jakbym znała się z nimi od bardzo dawna. Może nie jest to przyjaźń, ale coś więcej niż zwykła znajomość.
Tak samo z tą moją, jednak, przyjaciółką z Gdańska. Mijają lata, a my mamy doskonały kontakt, który objawia się w różnych sytuacjach i jest, trwa.
Są też inne przyjaźnie. Takie, że chwytam telefon i mogę rozmawiać godzinami (prawda? :)). I mogę powiedzieć wszystko, bez obawy, że nie zostanę zrozumiana. I to nawet osobie, którą widziałam tylko na zdjęciu.
To bardzo ważne, żeby we wzajemnych relacjach nadawanie i odbiór nie rozjechały się.
Mam też ostatnio wyostrzony zmysł spostrzegania. Można to nazwać znaki, sygnały, powiązania, punkty, jakkolwiek. Może to mało znaczące, tak naprawdę. Ale mnie intryguje niezmiennie.
Czytałam ostatnio Oko Jelenia Pilipiuka. Ot, taka sobie seria, lekka fantastyka, z deka infantylna, co nie znaczy, że nie czytałam z zaciekawieniem. Bo i owszem. No i, poza samą fabułą, opisany tam był ..Gdańsk. Z czasów średniowiecza. Hanza, Dwór Artusa, Wyspa Spichlerzy, Żuraw. I niesamowicie było iść ulicami i słuchać opowieści przyjaciółki i wiązać fakty. A także Bergen, które również zwiedziłam swego czasu.
Albo czytałam książkę Krucha jak lód Jodi Picoult. Jeden mały szczegół, niewiele wnoszący do samej powieści. Nad którym oniemiałam. Zatkało mnie dokumentnie. Jedna data. Dokładnie TA data. Urodziny jednej z bohaterek i moje własne.
Takich przykładów mogłabym mnożyć i wyliczać.
No więc dlaczego jestem optymistką?
Dlatego, że jestem nią całą sobą.
Dzisiaj nawet przeczytałam o sobie, że jestem zawodową optymistką.
Na dziś:
Godsmack - What if
Wczorajszy dzień, od świtu, po głęboką noc, spędziłam w mieście, w którym zakochałam się od pierwszego wejrzenia. W Gdańsku. Spotkałam się tam z moją, i tu mam problem z określeniem tej relacji: przyjaciółką, koleżanką, znajomą...Dlaczego mam problem z określeniem? A to dlatego, że przyjaźń jest bardzo wyświechtanym pojęciem. Często mam wrażenie, że przyjaźń jest jarzmem. Bo na przyjaciela nakłada się obowiązki, bo jak nie, to już nie jest się przyjacielem. Często przyjaźń to twór, który musi trwać długo. Ale czy na pewno?
Dla mnie przyjaźń jest tak samo zmienna jak nasze życie. Na każdym jego etapie potrzebujemy innych rodzajów tego związku. Czym innym jest przyjaźń z przedszkola, szkoły, a inna w życiu dorosłym. Skoro my ewoluujemy, to dlaczego ma nie zmieniać się przyjaźń?
I nie jest to złe. Bynajmniej. Z przyjaźnią trzeba umieć się pożegnać. Pogodzić z jej przemijaniem. Wtedy, paradoksalnie, zostaje na dłużej.
Ile powinien taki związek trwać, żeby można było nazwać go przyjaźnią? Dla mnie? Może trwać bardzo krótko. Ważniejsze dla mnie jest nadawanie na tej samej fali. Zrozumienie.
Piszę o tym, bo wydarzyło się kilka rzeczy, które nadały nowego znaczenia przyjaźni.
Rozstałam się z "pracą" na dobre. Nie zostawiłam żadnego marginesu. Bo dojrzałam do tego, żeby powiedzieć nie. W samą porę. Kiedy usłyszałam, że nie dzielę się emocjami, i jest to problemem dla drugiej strony, zrozumiałam w czym rzecz. Ja po prostu nie mogłam zostać jej przyjaciółką. Zupełny brak synchronizacji nadawania i odbioru. Z tym, że ja rozszyfrowałam problem.
Dowiedziałam się też kilku innych ciekawych rzeczy, np. takich, że się nie angażowałam w tworzenie firmy i jej rozwój. Kiedy zripostowałam to stwierdzenie, zobaczyłam ogromne zdziwienie.
Odcięłam się zupełnie. To wszystko już mnie nie dotyczy. Ale konkluzja jest taka, że choćbyśmy nie wiem jak chcieli, na siłę nie stworzymy przyjaźni.
Z drugiej strony, dla kontrastu, sytuacja obecna. Kurs trwał 10 dni. Mam z tego kilka znajomości. Dwie bardzo znaczące. Co się zadziało? To, że obie te osoby zaangażowały się w znajomość ze mną bez zbędnych podchodów. To, że nadawanie i odbieranie odbywa się na tej samej częstotliwości, bezkolizyjnie. To, że czas, długość "znania", nie ma żadnego znaczenia. Zostałam obdarzona zaufaniem, jestem w tych relacjach tak, jakbym znała się z nimi od bardzo dawna. Może nie jest to przyjaźń, ale coś więcej niż zwykła znajomość.
Tak samo z tą moją, jednak, przyjaciółką z Gdańska. Mijają lata, a my mamy doskonały kontakt, który objawia się w różnych sytuacjach i jest, trwa.
Są też inne przyjaźnie. Takie, że chwytam telefon i mogę rozmawiać godzinami (prawda? :)). I mogę powiedzieć wszystko, bez obawy, że nie zostanę zrozumiana. I to nawet osobie, którą widziałam tylko na zdjęciu.
To bardzo ważne, żeby we wzajemnych relacjach nadawanie i odbiór nie rozjechały się.
Mam też ostatnio wyostrzony zmysł spostrzegania. Można to nazwać znaki, sygnały, powiązania, punkty, jakkolwiek. Może to mało znaczące, tak naprawdę. Ale mnie intryguje niezmiennie.
Czytałam ostatnio Oko Jelenia Pilipiuka. Ot, taka sobie seria, lekka fantastyka, z deka infantylna, co nie znaczy, że nie czytałam z zaciekawieniem. Bo i owszem. No i, poza samą fabułą, opisany tam był ..Gdańsk. Z czasów średniowiecza. Hanza, Dwór Artusa, Wyspa Spichlerzy, Żuraw. I niesamowicie było iść ulicami i słuchać opowieści przyjaciółki i wiązać fakty. A także Bergen, które również zwiedziłam swego czasu.
Albo czytałam książkę Krucha jak lód Jodi Picoult. Jeden mały szczegół, niewiele wnoszący do samej powieści. Nad którym oniemiałam. Zatkało mnie dokumentnie. Jedna data. Dokładnie TA data. Urodziny jednej z bohaterek i moje własne.
Takich przykładów mogłabym mnożyć i wyliczać.
No więc dlaczego jestem optymistką?
Dlatego, że jestem nią całą sobą.
Dzisiaj nawet przeczytałam o sobie, że jestem zawodową optymistką.
Na dziś:
Godsmack - What if
czwartek, 31 lipca 2014
[298] Przeciąg
Czasem jest tak, że różne nasze ścieżki splatają się, stykają, zbiegają i rozbiegają.
Spotykam na swej drodze ludzi. Różnych. Jedni dają to, co dobre, inni dają nauczkę. Dla równowagi potrzebne mi oba typy. Nauczki są ważne. Nie pozwalają zasnąć nad nudnym życiem.
I tak właśnie rozpętałam akcję "przeprowadzka, pilne!".
Na razie jest etap pierwszy. Szukanie mieszkania. Będzie ciężko, bo jednocześnie z wyprowadzką, a nawet przed, tracę "pracę", co za tym idzie pieniądze. Będzie kiepsko, ale trudno. Czasem ma się ten swój Everest.
Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło.
Kontakty kursowe zostały i myślę, że to jedne z tych drzwi, za którymi jest dalsza moja droga.
Poza tym...Poza tym myślę, że będzie dobrze.
A przeciąg właśnie zatrzasnął jedne drzwi, które miałam zamknąć sama.
I w sumie z głowy.
Jeszcze tylko wyprowadzka.
Ale to za chwilę.
Spotykam na swej drodze ludzi. Różnych. Jedni dają to, co dobre, inni dają nauczkę. Dla równowagi potrzebne mi oba typy. Nauczki są ważne. Nie pozwalają zasnąć nad nudnym życiem.
I tak właśnie rozpętałam akcję "przeprowadzka, pilne!".
Na razie jest etap pierwszy. Szukanie mieszkania. Będzie ciężko, bo jednocześnie z wyprowadzką, a nawet przed, tracę "pracę", co za tym idzie pieniądze. Będzie kiepsko, ale trudno. Czasem ma się ten swój Everest.
Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło.
Kontakty kursowe zostały i myślę, że to jedne z tych drzwi, za którymi jest dalsza moja droga.
Poza tym...Poza tym myślę, że będzie dobrze.
A przeciąg właśnie zatrzasnął jedne drzwi, które miałam zamknąć sama.
I w sumie z głowy.
Jeszcze tylko wyprowadzka.
Ale to za chwilę.
czwartek, 24 lipca 2014
[297] Drzwi
Czasem coś nam się przytrafia w życiu takiego, że burzy nam cały porządek rzeczy.
Planujemy sobie na przykład coś. Wyjazd na przykład. Już macie zamiar kupić bilety, ale coś powstrzymuje przed tym. Takie bliżej nieokreślone. Lampka z tyłu głowy, przebłysk myśli, jakiś drobiazg, teoretycznie nieistotny. Nie kupujecie tych biletów.
Potem zaczyna się dziać. I już widzimy dlaczego ta lampka, ten drobiazg i przebłysk.
To taka skala mikro. Mały wycinek.
Potem człowiek sobie myśli, skąd to się wszystko wzięło. I do czego prowadzi.
Nie żałuję niczego. Bo każda rzecz, która mnie spotkała, doprowadziła mnie w to miejsce, w którym jestem.
Pozamykałam niektóre drzwi, innych nie chciałam otwierać, jeszcze inne czekały na odkrycie. Coś jak kolejny poziom w grze: zdobądź przedmiot/doświadczenie/znajdź odpowiedź, a zyskasz kolejny poziom wtajemniczenia. Albo znajdziesz klucz do drzwi, które są jeszcze niedostępne.
Ja już mam klucz. Teraz pójdę dalej. Jeszcze nie zamknęłam drzwi, które na to czekają. Ale już niebawem.
Wszystko jest wypadkową moich wyborów. Moich.
Cieszę się, że trafiłam do tej właśnie grupy na szkolenie. Dawno nie spotkałam ludzi, z którymi tak otwarcie można porozmawiać, pożartować, powygłupiać się i już za nimi tęsknić, po kilku dniach bycia razem. A jeszcze tylko 3 dni przed nami.
PS: Komuś zaprojektować logo? wizytówki? foldery reklamowe? plakaty?
Do usług :)
Na dziś:
Kasia Kowalska - Co może przynieść nowy dzień
Planujemy sobie na przykład coś. Wyjazd na przykład. Już macie zamiar kupić bilety, ale coś powstrzymuje przed tym. Takie bliżej nieokreślone. Lampka z tyłu głowy, przebłysk myśli, jakiś drobiazg, teoretycznie nieistotny. Nie kupujecie tych biletów.
Potem zaczyna się dziać. I już widzimy dlaczego ta lampka, ten drobiazg i przebłysk.
To taka skala mikro. Mały wycinek.
Potem człowiek sobie myśli, skąd to się wszystko wzięło. I do czego prowadzi.
Nie żałuję niczego. Bo każda rzecz, która mnie spotkała, doprowadziła mnie w to miejsce, w którym jestem.
Pozamykałam niektóre drzwi, innych nie chciałam otwierać, jeszcze inne czekały na odkrycie. Coś jak kolejny poziom w grze: zdobądź przedmiot/doświadczenie/znajdź odpowiedź, a zyskasz kolejny poziom wtajemniczenia. Albo znajdziesz klucz do drzwi, które są jeszcze niedostępne.
Ja już mam klucz. Teraz pójdę dalej. Jeszcze nie zamknęłam drzwi, które na to czekają. Ale już niebawem.
Wszystko jest wypadkową moich wyborów. Moich.
Cieszę się, że trafiłam do tej właśnie grupy na szkolenie. Dawno nie spotkałam ludzi, z którymi tak otwarcie można porozmawiać, pożartować, powygłupiać się i już za nimi tęsknić, po kilku dniach bycia razem. A jeszcze tylko 3 dni przed nami.
PS: Komuś zaprojektować logo? wizytówki? foldery reklamowe? plakaty?
Do usług :)
Na dziś:
Kasia Kowalska - Co może przynieść nowy dzień
poniedziałek, 21 lipca 2014
[296] Lubię to
Poniedziałek.
4:08 słyszę z pokoju obok hałas i radosne 'hello' mojego syna. Mam ochotę spacyfikować nieletniego, ale sam w porę zauważa: - to dopiero czwarta????
Po kilku moich pomrukach oddala się na bezpieczną odległość, wpadając czasem do mnie, bo a to siku, a to pić, a leżę w strategicznym miejscu.. Postanowiłam dotrwać w półśnie do 6:00, kiedy to mój ulubiony utwór, ustawiony jako dzwonek od lat co najmniej dziesięciu, a na pewno przez kilka modeli telefonów, zacznie swoje pam pam pam pam. Przy czym przy pierwszych pam pam już się budzę. Zawsze.
Przetrwałam.
Wstałam, wydałam dyspozycje, ale nieobecna Kudłata miała farta. Gdyby była na podorędziu, dostałaby poranno-poniedziałkowy opierdziel. Bo śmiała zabrać MOJĄ szczotkę, dzięki której mam znośny fryz po suszeniu włosów, oraz dwa kremy. Nie wspomnę o innych drobiazgach, które rano mogą najtwardszego stoika wprawić w szał.
Ale ja naprawdę lubię poniedziałki.
Odwiedziłam nieznajomą znajomą. Moje piątkowe majaczenia okazały się trafne. Wypiłam kawę, pogadałam i...zostałam przywieziona pod sam dom. Poza tym, być może, zaowocuje ta wizyta czymś więcej.
Na kursie ok. Nie byłabym sobą, gdybym...nie robiła po swojemu. Co doprowadza do lekkiej nerwowości pana prowadzącego. Bo ja sobie życie lubię ułatwiać. Zapytałam go, czy ma znaczenie w druku czy robię coś tak, czy tak. Uzyskałam odpowiedź przeczącą. Więc...
Poza tym. Dzisiaj pan chwalił się swoimi dziełami..znaczy były to wizytówki, loga firm, oklejone szyby, samochody...
Stwierdzam, że tego właśnie typu dzieł chciałabym za wszelką cenę uniknąć. Po prostu mój zmysł estetyki i pojęcie o grafice, żeby nie powiedzieć mój artystyczny gust, bardzo się pokłócił z tym, co widziałam na ekranie..
No to do jutra może?
Na dziś:
Pobudka!!!!
4:08 słyszę z pokoju obok hałas i radosne 'hello' mojego syna. Mam ochotę spacyfikować nieletniego, ale sam w porę zauważa: - to dopiero czwarta????
Po kilku moich pomrukach oddala się na bezpieczną odległość, wpadając czasem do mnie, bo a to siku, a to pić, a leżę w strategicznym miejscu.. Postanowiłam dotrwać w półśnie do 6:00, kiedy to mój ulubiony utwór, ustawiony jako dzwonek od lat co najmniej dziesięciu, a na pewno przez kilka modeli telefonów, zacznie swoje pam pam pam pam. Przy czym przy pierwszych pam pam już się budzę. Zawsze.
Przetrwałam.
Wstałam, wydałam dyspozycje, ale nieobecna Kudłata miała farta. Gdyby była na podorędziu, dostałaby poranno-poniedziałkowy opierdziel. Bo śmiała zabrać MOJĄ szczotkę, dzięki której mam znośny fryz po suszeniu włosów, oraz dwa kremy. Nie wspomnę o innych drobiazgach, które rano mogą najtwardszego stoika wprawić w szał.
Ale ja naprawdę lubię poniedziałki.
Odwiedziłam nieznajomą znajomą. Moje piątkowe majaczenia okazały się trafne. Wypiłam kawę, pogadałam i...zostałam przywieziona pod sam dom. Poza tym, być może, zaowocuje ta wizyta czymś więcej.
Na kursie ok. Nie byłabym sobą, gdybym...nie robiła po swojemu. Co doprowadza do lekkiej nerwowości pana prowadzącego. Bo ja sobie życie lubię ułatwiać. Zapytałam go, czy ma znaczenie w druku czy robię coś tak, czy tak. Uzyskałam odpowiedź przeczącą. Więc...
Poza tym. Dzisiaj pan chwalił się swoimi dziełami..znaczy były to wizytówki, loga firm, oklejone szyby, samochody...
Stwierdzam, że tego właśnie typu dzieł chciałabym za wszelką cenę uniknąć. Po prostu mój zmysł estetyki i pojęcie o grafice, żeby nie powiedzieć mój artystyczny gust, bardzo się pokłócił z tym, co widziałam na ekranie..
No to do jutra może?
Na dziś:
Pobudka!!!!
piątek, 18 lipca 2014
[295] Niedowierzanie
Kolejny dzień za mną. Upał sponsoruje arbuz i cytryna. Oraz ...
ze szklanką zsiadłego mleka. Nie mogłam się oprzeć, bo uwielbiam takie smażone ziemniaczki.
Wracam z kursu, drugi koniec miasta, znam tam jedną tylko osobę, idę sobie na przystanek i nagle słyszę:
- Natt!
Staję jak wryta. Rozglądam się. W progu jakiejś firmy stoją dwie kobiety. Nie reaguję żadnym: hej! fajnie Cię widzieć. Słyszę więc drugie:
- Natt! Hej!
Przechodzę przez ulicę i....nie wiem kto to. Znaczy selekcja znajomych typuje na jedną z nich, ale za cholerę nie dam sobie uciąć żadnej części ciała, nawet paznokcia, że to ona. Stoję z głupią miną, przyjmuję zaproszenie do odwiedzin i z zażenowania wybawia mnie kurier. Mówię, że idę na autobus i znikam.
Już powinnam się leczyć? Na razie postanowiłam wstąpić tam na łyk wody w poniedziałek i dyskretnie zerknąć na jakąś wizytówkę.
Tak działa na mnie ten cholerny, obrzydliwy, nieznośny, wstrętny upał!
Ale do rzeczy.
Kolejny dzień szkolenia. A raczej może kursu podstawowego. Przebiegł gładko, ale zaczyna coś się dziać. Funkcje działają, po wymianie komputerów, za to przestał mi działać internet, ale działa w pierwszym rzędzie. Nic to.
Nawiązały się znajomości, to znaczy rozmawiamy o różnych sprawach, od globalnego ocieplenia, po wychowanie dzieci, skutki wojny płci, kościół, schematy, psychologię, i muszę powiedzieć, że znajdujemy wspólną wypadkową. Chciałabym, aby te znajomości przetrwały.
Ale nie do końca jest różowo.
Mamy pana, pedagoga z wykształcenia, bezrobotnego. Dzisiaj chyba poznałam przyczynę jego bezrobocia...
Kiedy dorosły facet chodzi do toalety z plecakiem, często wychodzi (mamy przerwy co godzinę mniej więcej), a kiedy wraca jest coraz mniej wyraźny, i mimo, że język mu się nie plącze, on jest prosty i go nie znosi na boki, za to zauważalna jest walka o każdy prosty krok i wyraźnie wypowiedziane słowo, to mam ochotę powiedzieć mu jedno zdanie.
I może się odważę.
-Bardzo żałuję, że nie zdążyłam powiedzieć mojemu ojcu tego, co powiem Tobie: nie pij.
Na dziś:
Papa Roach - Scars
czwartek, 17 lipca 2014
[294] Domek
Od środy jestem kursantką.
Tworzę, a raczej odtwarzam różne obrazki i loga znanych firm. I tak mam na swym koncie znaczek Volvo, BMW, PZU i kilku innych. Bawimy się Corelem i bardzo mi się to nie podoba. Ale zaczęło się tak.
Był telefon, czy jestem dalej zainteresowana. No jak nie, jak tak. No to skierowanie. Pojechałam do urzędu. Nalatałam się jak głupia po kilku działach, odpowiedziałam na mnóstwo pytań i po raz kolejny upewniono się, że mam kwalifikacje i że się nadaję na kurs. Jakoś cudem przeżyłam.
No to w środę udałam się na miejsce, czyli, tradycyjnie, drugi koniec miasta. Bo przecież nic w centrum, gdzie jest trochę bliżej nie można zorganizować. Bo po co. Trudno. Jedyny plus, że jadę jednym autobusem z jednego końca (u mnie jest pętla), na drugi (na drugą pętlę). Wstaję więc jakby o świcie. Nawet sieciówkę kupiłam, bo bardziej mi się opłaca.
Udałam się na miejsce, znalazłam je na wyczucie i trochę wspomogłam się GPS-em. Bo wiedziałam gdzie, ale trochę zagmatwana sieć ścieżek była. Dzisiaj znalazłam proste dojście bez krążenia.
Usiadłam sobie w ławce. Poczekałam, aż dostanę sprzęt, czyli laptopa. Po czym okazało się, że, hm...
Najpierw zaczęliśmy od painta. Rysowaliśmy domek. Rozumiem, że to było pokazanie różnicy między paintem a zaawansowanym bardziej corelem. Tylko....nie wszyscy ogarniali painta. Załamałam się ździebko, bo po cholerę mi w takim razie KWALIFIKACJE, o które pytano na każdym kroku???
W każdym razie domek powstał.
Potem to samo w corelu. To już się zrobiła masakracja. Z nudów zaczęłam sobie grzebać w kompie i okazało się, że tylko ja mam net. No to bosssssko, zalogowałam się tu i ówdzie, i w czasie, kiedy współtowarzysz niedoli (równie obcykany i szybki jak ja) tłukł pasjansa pająka, ja mogłam sobie pograć w 2048. Świetny relaksik.
Potem powstawały różne rzeczy inne niż domki, a szybko okazało się, że nie działają różne funkcje w programie, gdyż nie można kopiować obiektów, nie można zapisać pliku, wgrać pliku i inne takie przydatne drobiazgi.
Dzisiaj był dzień drugi tego cyrku, ale net, po zamianie komputerów miały dwie osoby, ja i obcykany kolega. Bo on dostał mój komputer. Czyli jak się tak pozamieniamy to do końca kursu wyczaruję internet każdemu i zagramy wspólnie w jakąś strzelankę.
W każdym razie jestem zła, bo w opisie kursu był photoshop, a okazuje się, że nie będzie. A przynajmniej nie w takim zakresie jak powinien. Chyba zabawię się w donosiciela, bo dlaczego ktoś ma brać kasę za niewywiązanie się z zadania?
Na dziś:
Shinedown - Save Me
Tworzę, a raczej odtwarzam różne obrazki i loga znanych firm. I tak mam na swym koncie znaczek Volvo, BMW, PZU i kilku innych. Bawimy się Corelem i bardzo mi się to nie podoba. Ale zaczęło się tak.
Był telefon, czy jestem dalej zainteresowana. No jak nie, jak tak. No to skierowanie. Pojechałam do urzędu. Nalatałam się jak głupia po kilku działach, odpowiedziałam na mnóstwo pytań i po raz kolejny upewniono się, że mam kwalifikacje i że się nadaję na kurs. Jakoś cudem przeżyłam.
No to w środę udałam się na miejsce, czyli, tradycyjnie, drugi koniec miasta. Bo przecież nic w centrum, gdzie jest trochę bliżej nie można zorganizować. Bo po co. Trudno. Jedyny plus, że jadę jednym autobusem z jednego końca (u mnie jest pętla), na drugi (na drugą pętlę). Wstaję więc jakby o świcie. Nawet sieciówkę kupiłam, bo bardziej mi się opłaca.
Udałam się na miejsce, znalazłam je na wyczucie i trochę wspomogłam się GPS-em. Bo wiedziałam gdzie, ale trochę zagmatwana sieć ścieżek była. Dzisiaj znalazłam proste dojście bez krążenia.
Usiadłam sobie w ławce. Poczekałam, aż dostanę sprzęt, czyli laptopa. Po czym okazało się, że, hm...
Najpierw zaczęliśmy od painta. Rysowaliśmy domek. Rozumiem, że to było pokazanie różnicy między paintem a zaawansowanym bardziej corelem. Tylko....nie wszyscy ogarniali painta. Załamałam się ździebko, bo po cholerę mi w takim razie KWALIFIKACJE, o które pytano na każdym kroku???
W każdym razie domek powstał.
Potem to samo w corelu. To już się zrobiła masakracja. Z nudów zaczęłam sobie grzebać w kompie i okazało się, że tylko ja mam net. No to bosssssko, zalogowałam się tu i ówdzie, i w czasie, kiedy współtowarzysz niedoli (równie obcykany i szybki jak ja) tłukł pasjansa pająka, ja mogłam sobie pograć w 2048. Świetny relaksik.
Potem powstawały różne rzeczy inne niż domki, a szybko okazało się, że nie działają różne funkcje w programie, gdyż nie można kopiować obiektów, nie można zapisać pliku, wgrać pliku i inne takie przydatne drobiazgi.
Dzisiaj był dzień drugi tego cyrku, ale net, po zamianie komputerów miały dwie osoby, ja i obcykany kolega. Bo on dostał mój komputer. Czyli jak się tak pozamieniamy to do końca kursu wyczaruję internet każdemu i zagramy wspólnie w jakąś strzelankę.
W każdym razie jestem zła, bo w opisie kursu był photoshop, a okazuje się, że nie będzie. A przynajmniej nie w takim zakresie jak powinien. Chyba zabawię się w donosiciela, bo dlaczego ktoś ma brać kasę za niewywiązanie się z zadania?
Na dziś:
Shinedown - Save Me
czwartek, 10 lipca 2014
[293] Ogrodnictwa dalszy ciąg
No dobrze. W obronie majeranku szykuje się protest, a może nawet głodówka, więc aby zapobiec katastroficznym wydarzeniom, prezentuję:
A tu, gdyby ktoś twierdził, że nie kwitnie. Ostrości nie złapałam, bo wieje, ale to białe to kwiatki:
A tu już chwalę się moimi fiołkami, które kiedyś pokazywałam, jeszcze jako malutkie szczepki:
A także odpowiedź na pytanie: Dlaczego ogórek nie śpiewa?
Bo w słonej wodzie i takim ścisku trudno złapać oddech...
środa, 9 lipca 2014
[292] Okoliczności przyrody
Z braku tlenu w powietrzu, w którym zawieszona jest moja okolica, dzisiaj mało słów, więcej zdjęć.
I tak, przedwczoraj. Zdjęcia "z ręki":
To był początek burzy nad miastem, a potem przyszło do nas. Widać jak bardzo przydałoby się czyszczenie mojemu aparatowi...
A to dzisiaj. Moje ogrodnicze zapędy:
pod ścianą widać paletę, o której kiedyś wspominałam, ale nie miałam czasu i innych przyległości. Poczeka. Albo na zagospodarowanie, albo na wyprowadzkę.
Pietruszka
moje własne osobiste truskawki. Oraz pokazuję tu kolejną recyklingową doniczkę. Obcięta pięciolitrowa butla.
Kolejna.
I dzisiaj rozkwitły kwiatki, więc może będzie ich więcej niż dwie :)
A to rzodkiewka. Już się różowi korzeń, może będzie własna pyszna, biało - różowa.
Jest jeszcze majeranek, ale nie załapał się na własną fotkę.
niedziela, 6 lipca 2014
[291] Podróż
Mogę napisać post. Bo w końcu przestałam się pocić.
Nie nie, żadne środki przeciw potowi, ani nic. Zwyczajny prysznic, brak tego cholerstwa na niebie, co to daje czadu od kilku dni i lekka, zwiewna szmatka na mnie.
Skąd ta radość?
Wiecie, rozumiecie. Nie znoszę tej pory roku, której nazwy nie wymienię z czystej nienawiści do takich niespodzianek, jakie zgotowała nam - dosłownie!-od piątku.
A że nastąpiła kumulacja różnych takich, to i ja się zagotowałam. Dosłownie. Wiecie w jakiej temperaturze zaczyna wrzeć woda w komórkach? Ja nie wiem, ale na pewno osiągnęłam tę granicę.
W piątek wyjechałam. W samochodzie popsuła się klima, ale nie będzie naprawiana, bo po co. Może kupi się nowy samochód. Ok, mi to wisi, ja tam tylko prowadzę.
Ale po pół godziny jazdy wymiękłam i dzięki temu dwa dni przeżyłam na prochach od bólu głowy.
Samochód to pikuś, się okazało. Zawsze można stanąć, wejść do takiej biedry, pokręcić się przy mrożonkach i wyjść. I tak od miasta do miasta, aż na południowy zachód. Ale kiedy dotarłyśmy na miejsce okazało się, że sala, w której egzystować nam przyszło przez dwa dni (całe szczęście tylko po kilka godzin) jest równie paskudna jak zjawiska pogodowe na zewnątrz, a nawet bardziej, bo po wyjściu na chwilę w celu przewietrzenia/wysikania/spłukania potu z twarzy, powrót na salę okazywał się ... trudny. Tak samo jak przejście przez mój niegdysiejszy przedpokój, kiedy to odwiedzało mnie kilku kolegów, a zdjęcie przez nich butów oznaczało w tym przypadku....niesamowite wrażenia zmysłu powonienia. Że tak delikatnie to ujmę.
A propos, na ten temat zmówiłam się z moją kumpelą, u której spałam, a z którą łączy mnie wspólny prawie facet. Obgadałyśmy go właśnie pod kątem tychże śmierdzących, nazwijmy to po imieniu, skarpetek i obuwia. Pół drogi śmiałyśmy się z tamtych czasów. A właśnie. Nie wiem czemu chłopaki nie zwracali uwagi na taki drobny szczegół, jak zmienianie skarpetek. Na czyste. Po wcześniejszym umyciu nóg.
Ale do brzegu.
Taki właśnie cap, z kilkudziesięciu ciał, bo ludzi przewijało się tam sporo, witał w progu. Więc zaczerpnij powietrza i się zanurz, albo nie wchodź. Niejako służbowo musiałam wejść, więc wyjścia nie było. (Znaczy wyjście było jednocześnie wejściem, z technicznego punktu widzenia, ale to chyba nie o to mi chodzi w tej chwili). Ale co jakiś czas, różne dobre dusze mówiły: idź stąd, wyjdź, bo wyglądasz jakbyś miała zemdleć.
W każdym razie spędziłam, summa summarum, bardzo fajny, twórczy, poznawczy, świetny weekend.
No i trzeba było dzisiaj wrócić. Ten sam samochód, bez klimy. Ta sama droga. Masakra. Duchota, otwarte okno nie pomagało. Dwa razy ratowałam się postojami, jeden z kimaniem w lesie i pożeraniem jagód z krzaczków. Drugim, w celu pokręcenia się przy rzeczonych mrożonkach.
Ugotowałam się wielokrotnie. Prawie czułam, że mi gwiżdże czacha, zupełnie jak czajnik.
Wieści z trasy: punki już idą do Jarocina. Jednego takiego, bardzo zmęczonego i zmaltretowanego widziałam pod Jarocinem. Piękny widok. Myślę, że jak się spręży, to dojdzie na czas.
Plany wakacyjne na razie idą w odstawkę. Czekam na info CZY zostałam zakwalifikowana na kurs ( tak tak, jeszcze nie wiem!). Mają czas do 15.07, żeby mnie poinformować. Żeby było śmiesznie, kurs zaczyna się 16.07. Pierwsza tura. Szlag mnie trafia. Ale trudno. Widocznie ułożenie sobie planów wakacyjnych, sobie względem małego dziecka, nie przysługuje osobie bezrobotnej.
Ale i tak pojadę na wakacje. Nie ma bata.
Na dziś:
KSU - Za mgłą
Raz, że lubię. KSU to moja młodość.
Dwa, że Kudłata wróciła dzisiaj z koncertu z okrzykiem: Siczka na mnie patrzył!!!!
Trzy. Chcę tam pojechać. Połazić. I zostawić za sobą to co niepotrzebne...
Nie nie, żadne środki przeciw potowi, ani nic. Zwyczajny prysznic, brak tego cholerstwa na niebie, co to daje czadu od kilku dni i lekka, zwiewna szmatka na mnie.
Skąd ta radość?
Wiecie, rozumiecie. Nie znoszę tej pory roku, której nazwy nie wymienię z czystej nienawiści do takich niespodzianek, jakie zgotowała nam - dosłownie!-od piątku.
A że nastąpiła kumulacja różnych takich, to i ja się zagotowałam. Dosłownie. Wiecie w jakiej temperaturze zaczyna wrzeć woda w komórkach? Ja nie wiem, ale na pewno osiągnęłam tę granicę.
W piątek wyjechałam. W samochodzie popsuła się klima, ale nie będzie naprawiana, bo po co. Może kupi się nowy samochód. Ok, mi to wisi, ja tam tylko prowadzę.
Ale po pół godziny jazdy wymiękłam i dzięki temu dwa dni przeżyłam na prochach od bólu głowy.
Samochód to pikuś, się okazało. Zawsze można stanąć, wejść do takiej biedry, pokręcić się przy mrożonkach i wyjść. I tak od miasta do miasta, aż na południowy zachód. Ale kiedy dotarłyśmy na miejsce okazało się, że sala, w której egzystować nam przyszło przez dwa dni (całe szczęście tylko po kilka godzin) jest równie paskudna jak zjawiska pogodowe na zewnątrz, a nawet bardziej, bo po wyjściu na chwilę w celu przewietrzenia/wysikania/spłukania potu z twarzy, powrót na salę okazywał się ... trudny. Tak samo jak przejście przez mój niegdysiejszy przedpokój, kiedy to odwiedzało mnie kilku kolegów, a zdjęcie przez nich butów oznaczało w tym przypadku....niesamowite wrażenia zmysłu powonienia. Że tak delikatnie to ujmę.
A propos, na ten temat zmówiłam się z moją kumpelą, u której spałam, a z którą łączy mnie wspólny prawie facet. Obgadałyśmy go właśnie pod kątem tychże śmierdzących, nazwijmy to po imieniu, skarpetek i obuwia. Pół drogi śmiałyśmy się z tamtych czasów. A właśnie. Nie wiem czemu chłopaki nie zwracali uwagi na taki drobny szczegół, jak zmienianie skarpetek. Na czyste. Po wcześniejszym umyciu nóg.
Ale do brzegu.
Taki właśnie cap, z kilkudziesięciu ciał, bo ludzi przewijało się tam sporo, witał w progu. Więc zaczerpnij powietrza i się zanurz, albo nie wchodź. Niejako służbowo musiałam wejść, więc wyjścia nie było. (Znaczy wyjście było jednocześnie wejściem, z technicznego punktu widzenia, ale to chyba nie o to mi chodzi w tej chwili). Ale co jakiś czas, różne dobre dusze mówiły: idź stąd, wyjdź, bo wyglądasz jakbyś miała zemdleć.
W każdym razie spędziłam, summa summarum, bardzo fajny, twórczy, poznawczy, świetny weekend.
No i trzeba było dzisiaj wrócić. Ten sam samochód, bez klimy. Ta sama droga. Masakra. Duchota, otwarte okno nie pomagało. Dwa razy ratowałam się postojami, jeden z kimaniem w lesie i pożeraniem jagód z krzaczków. Drugim, w celu pokręcenia się przy rzeczonych mrożonkach.
Ugotowałam się wielokrotnie. Prawie czułam, że mi gwiżdże czacha, zupełnie jak czajnik.
Wieści z trasy: punki już idą do Jarocina. Jednego takiego, bardzo zmęczonego i zmaltretowanego widziałam pod Jarocinem. Piękny widok. Myślę, że jak się spręży, to dojdzie na czas.
Plany wakacyjne na razie idą w odstawkę. Czekam na info CZY zostałam zakwalifikowana na kurs ( tak tak, jeszcze nie wiem!). Mają czas do 15.07, żeby mnie poinformować. Żeby było śmiesznie, kurs zaczyna się 16.07. Pierwsza tura. Szlag mnie trafia. Ale trudno. Widocznie ułożenie sobie planów wakacyjnych, sobie względem małego dziecka, nie przysługuje osobie bezrobotnej.
Ale i tak pojadę na wakacje. Nie ma bata.
Na dziś:
KSU - Za mgłą
Raz, że lubię. KSU to moja młodość.
Dwa, że Kudłata wróciła dzisiaj z koncertu z okrzykiem: Siczka na mnie patrzył!!!!
Trzy. Chcę tam pojechać. Połazić. I zostawić za sobą to co niepotrzebne...
poniedziałek, 30 czerwca 2014
[290] Lubię poniedziałki
Tak tak. Nie pomyliłam się ani o jeden dzień.
Zresztą.
Ja lubię cały tydzień bez wyjątku. To z powodu nadmiaru optymizmu i ten nadmiar jest bardzo pożądany i witany z uśmiechem.
Dlaczego poniedziałki, ktoś zapyta. A no bo tydzień wziął się do galopu. Rano urzędy. Nuda. Potem wiadomo. A po południu dwa spotkania. Taka mi się ustrzeliła kumulacja.
Pierwsze spotkanie było, że tak powiem, zatwierdzone i ustalone, legalnie umówione na konkretny dzień i godzinę.
Spędziłam niesamowity, ale stanowczo za krótki czas z Gają z Plantacji Pozytywnych Myśli. Bardzo, ale to bardzo bardzo lubię spotykać takie zakręcone, pozytywne osoby. Szybko znalazłyśmy punkty wspólne, nie było niewygodnego milczenia i mam nadzieję na niejedno jeszcze spotkanie. A że było tak swojsko niech potwierdzi jeden szczegół. Z tego wszystkiego Gaja pomyliła drogę :))
Potem poszłam na kolejne spotkanie, które miało mieć miejsce jutro. Trochę pokrzyżowało mi to plany, bo zrobiło się mniej czasu na pogaduchy z Gaja, ale cóż. Drugie spotkanie było jakby zagraniczne, trochę czasowo niezależne ode mnie i nie mogłam go przełożyć. Za to bardzo treściwe, wyściskane, wycałowane i słodkie. Tylu tematów w ciągu 2 godzin nie udało mi się chyba z nikim poruszyć. Ale to, po latach, okazuje się być taka konstelacja, której nie oddałabym za nic. Śmiało mogę powiedzieć o przyjaźni sprzed lat. A dokładnie z podstawówki. I ta przyjaźń rozwija się, a nie zwija z powodu odległości.
A jutro dalszy ciąg szaleństw.
Spotkanie, które zwykle odbywa się w weekendy. Do tego mnóstwo pracy.
Jak ja to lubię!!!
I na jutro planuję Kariokowego śmietanowca. Ciekawa jestem efektu.
Na dziś:
Sabaton - Primo Victoria
A to dlatego, że lubię chłopców ze Szwecji. Oraz dlatego, że mój Młody chodzi i spiewa wszystkie ich piosenki.
Zresztą.
Ja lubię cały tydzień bez wyjątku. To z powodu nadmiaru optymizmu i ten nadmiar jest bardzo pożądany i witany z uśmiechem.
Dlaczego poniedziałki, ktoś zapyta. A no bo tydzień wziął się do galopu. Rano urzędy. Nuda. Potem wiadomo. A po południu dwa spotkania. Taka mi się ustrzeliła kumulacja.
Pierwsze spotkanie było, że tak powiem, zatwierdzone i ustalone, legalnie umówione na konkretny dzień i godzinę.
Spędziłam niesamowity, ale stanowczo za krótki czas z Gają z Plantacji Pozytywnych Myśli. Bardzo, ale to bardzo bardzo lubię spotykać takie zakręcone, pozytywne osoby. Szybko znalazłyśmy punkty wspólne, nie było niewygodnego milczenia i mam nadzieję na niejedno jeszcze spotkanie. A że było tak swojsko niech potwierdzi jeden szczegół. Z tego wszystkiego Gaja pomyliła drogę :))
Potem poszłam na kolejne spotkanie, które miało mieć miejsce jutro. Trochę pokrzyżowało mi to plany, bo zrobiło się mniej czasu na pogaduchy z Gaja, ale cóż. Drugie spotkanie było jakby zagraniczne, trochę czasowo niezależne ode mnie i nie mogłam go przełożyć. Za to bardzo treściwe, wyściskane, wycałowane i słodkie. Tylu tematów w ciągu 2 godzin nie udało mi się chyba z nikim poruszyć. Ale to, po latach, okazuje się być taka konstelacja, której nie oddałabym za nic. Śmiało mogę powiedzieć o przyjaźni sprzed lat. A dokładnie z podstawówki. I ta przyjaźń rozwija się, a nie zwija z powodu odległości.
A jutro dalszy ciąg szaleństw.
Spotkanie, które zwykle odbywa się w weekendy. Do tego mnóstwo pracy.
Jak ja to lubię!!!
I na jutro planuję Kariokowego śmietanowca. Ciekawa jestem efektu.
Na dziś:
Sabaton - Primo Victoria
A to dlatego, że lubię chłopców ze Szwecji. Oraz dlatego, że mój Młody chodzi i spiewa wszystkie ich piosenki.
sobota, 28 czerwca 2014
[289] Wakacje
Rozmowa z wychowawczynią odbyła się tuż przed apelem. Wyjaśnienia padły z dwóch stron. Może zbyt emocjonalnie podchodzę do uwag w dzienniczku, bo jest ich trochę, i są o pierdoły, moim zdaniem. Ale po moim jednym wpisie, pod głupią uwagą....dostałam na koniec od wychowawczyni dyplom za całokształt pracy na rzecz klasy... Trochę to dziwne, ale no cóż. Dodatkowo naświetliłam jej sprawę z nauczycielem, o którym pisałam. Niestety, potwierdziły się moje obawy. Z dyrektorką nie miałam możliwości porozmawiać, bo mimo, że przez dwa apele siedziała obok niej, nie było okazji. Ale porozmawiam, bo będzie spotkanie z dyrekcją w lipcu.
Co do innych decyzji, odłożyłam je w czasie, po głębszym przemyśleniu. Nie będę działać pochopnie. Rozsądek wziął górę nad chęciami. Możliwości też muszę brać pod uwagę. Tak więc na wszystko przyjdzie pora.
Odetchnęłam z ulgą po tym końcu roku. Wkopali mnie w dwa przemówionka, pierwsze wyszło lekko spięte, w drugim się rozkręciłam, pod koniec dnia wkręciłabym pewnie całą widownię do wspólnego klaskania. A tak naprawdę, ulżyło mi, że na trzecie zjawił się już sam przewodniczący, więc zdjął ze mnie ten obowiązek. Strasznie nie lubię oficjalnych przemówień, chociaż przez dwa lata podstawówki prowadziłam apele w szkole.
Teraz dwa miesiące laby. Czas wymienić dętki w moim rowerze, podokręcać różne części w rowerze Młodego (a propos, muszę pomyśleć o większym wehikule dla niego, bo ten się zrobił ciut przymały, nie ma ktoś do odsprzedania?...) i będzie można śmigać.
Wszystko będziemy ustalać na bieżąco. Taki wakacyjny spontan.
Na dziś:
Metallica - Unforgiven II
Co do innych decyzji, odłożyłam je w czasie, po głębszym przemyśleniu. Nie będę działać pochopnie. Rozsądek wziął górę nad chęciami. Możliwości też muszę brać pod uwagę. Tak więc na wszystko przyjdzie pora.
Odetchnęłam z ulgą po tym końcu roku. Wkopali mnie w dwa przemówionka, pierwsze wyszło lekko spięte, w drugim się rozkręciłam, pod koniec dnia wkręciłabym pewnie całą widownię do wspólnego klaskania. A tak naprawdę, ulżyło mi, że na trzecie zjawił się już sam przewodniczący, więc zdjął ze mnie ten obowiązek. Strasznie nie lubię oficjalnych przemówień, chociaż przez dwa lata podstawówki prowadziłam apele w szkole.
Teraz dwa miesiące laby. Czas wymienić dętki w moim rowerze, podokręcać różne części w rowerze Młodego (a propos, muszę pomyśleć o większym wehikule dla niego, bo ten się zrobił ciut przymały, nie ma ktoś do odsprzedania?...) i będzie można śmigać.
Wszystko będziemy ustalać na bieżąco. Taki wakacyjny spontan.
Na dziś:
Metallica - Unforgiven II
czwartek, 26 czerwca 2014
[288] Czas
Doszłam do punktu, w którym zbiegają się różne rzeczy. Muszę podjąć decyzje, które wpłyną na moje życie, ale nie za bardzo. W każdym razie jest to czas na ich podjęcie.
Będę musiała poinformować o nich kilka osób i tego obawiam się najbardziej. Reakcji.
Z drugiej strony wiem, że prędzej czy później, będę zmuszona i tak to zrobić. Teraz chcę, bo sprzyja temu czas i zebrane w jedno sprawy, które rozwiązać i poukładać muszę.
Zastanowię się jeszcze nad wszystkim.
A jutro koniec szkoły.
Dzisiaj dowiedziałam się, że jeden z nauczycieli (opiekował się dziećmi w świetlicy) nie zareagował, kiedy kilku chłopaków uwzięło się na mojego syna. kiedy miało to miejsce, Młody powiedział tylko o szturchaniu. Że pan grał sobie w piłkę i kiedy Młody próbował mu powiedzieć o tym co się dzieje to go odganiał.
Dzisiaj dopowiedział co próbowali zrobić wtedy tamci "koledzy".
Zagotowałam się.
Idę z tym jutro do dyrektorki.
Nie odpuszczę. Tym razem będę tym szurniętym rodzicem, który stanie murem za dzieckiem i będzie wymagał. I będę się kłócić z każdym, kto stanie mi na drodze. A jesli to nie pomoże, pójdę z tym do kuratorium.
Koniec.
Dzisiaj muzy nie ma. Dzisiaj jest wk..rw.
Będę musiała poinformować o nich kilka osób i tego obawiam się najbardziej. Reakcji.
Z drugiej strony wiem, że prędzej czy później, będę zmuszona i tak to zrobić. Teraz chcę, bo sprzyja temu czas i zebrane w jedno sprawy, które rozwiązać i poukładać muszę.
Zastanowię się jeszcze nad wszystkim.
A jutro koniec szkoły.
Dzisiaj dowiedziałam się, że jeden z nauczycieli (opiekował się dziećmi w świetlicy) nie zareagował, kiedy kilku chłopaków uwzięło się na mojego syna. kiedy miało to miejsce, Młody powiedział tylko o szturchaniu. Że pan grał sobie w piłkę i kiedy Młody próbował mu powiedzieć o tym co się dzieje to go odganiał.
Dzisiaj dopowiedział co próbowali zrobić wtedy tamci "koledzy".
Zagotowałam się.
Idę z tym jutro do dyrektorki.
Nie odpuszczę. Tym razem będę tym szurniętym rodzicem, który stanie murem za dzieckiem i będzie wymagał. I będę się kłócić z każdym, kto stanie mi na drodze. A jesli to nie pomoże, pójdę z tym do kuratorium.
Koniec.
Dzisiaj muzy nie ma. Dzisiaj jest wk..rw.
sobota, 21 czerwca 2014
[287] Tak to tak, nie to nie
Mówi się, że to kobiety nie wiedzą czego chcą, że stosują niedopowiedzenia w stylu 'bo tak'.
A co, jeśli spotka się faceta, który zaczyna temat, a potem wykręca się od odpowiedzi?
Zastanawiam się po cholerę jaką zaczyna.
Jestem z tych, co albo mówią, albo nie. Jeśli nie mam ochoty o czymś mówić, myśleć, szukać pomocy, to zwyczajnie nie otwieram buzi i nie gadam. Czasy 'domyśl się' zostawiłam za sobą dawno temu, kiedy zrozumiałam, że nikt w moje głowie nie siedzi. I że nie domyśli się, kiedy nie powiem jasno o co chodzi. Nie ma czytania z ruchu brwi, z błysku w oku (no może w niektórych sytuacjach), ze zmarszczonego czoła, westchnienia i innych oznak, że coś nas gnębi, albo czegoś chcemy. Oduczyłam się tego skutecznie, bo tak samo ja nie siedzę w czyjejś głowie. Nie chcę już więcej rozkminiać o co chodzi, nie chcę wyskakiwać przed szereg z próbą czytania w myślach, nie chcę tego, bo zwyczajnie mnie to męczy. Lubię jasne i klarowne sytuacje. Lubię wiedzieć, że tak to tak, a nie to nie. I taki sam jest przekaz z mojej strony.
I pewnie dlatego nie znajdę faceta, bo który - mimo całego tego problemu ze zrozumieniem kobiety - nie lubi tajemnic, niedopowiedzeń..
Ale tak naprawdę wierzę, że może jednak, kiedyś, ktoś w końcu nie powie mi: wiesz, jesteś fajna laska, ale wolę inną.
Na dziś:
Godsmack - One Rainy Day
Niezmiennie uwielbiam. Czekam na jakieś urodziny czy coś. Może sobie zrobię prezent :)
A co, jeśli spotka się faceta, który zaczyna temat, a potem wykręca się od odpowiedzi?
Zastanawiam się po cholerę jaką zaczyna.
Jestem z tych, co albo mówią, albo nie. Jeśli nie mam ochoty o czymś mówić, myśleć, szukać pomocy, to zwyczajnie nie otwieram buzi i nie gadam. Czasy 'domyśl się' zostawiłam za sobą dawno temu, kiedy zrozumiałam, że nikt w moje głowie nie siedzi. I że nie domyśli się, kiedy nie powiem jasno o co chodzi. Nie ma czytania z ruchu brwi, z błysku w oku (no może w niektórych sytuacjach), ze zmarszczonego czoła, westchnienia i innych oznak, że coś nas gnębi, albo czegoś chcemy. Oduczyłam się tego skutecznie, bo tak samo ja nie siedzę w czyjejś głowie. Nie chcę już więcej rozkminiać o co chodzi, nie chcę wyskakiwać przed szereg z próbą czytania w myślach, nie chcę tego, bo zwyczajnie mnie to męczy. Lubię jasne i klarowne sytuacje. Lubię wiedzieć, że tak to tak, a nie to nie. I taki sam jest przekaz z mojej strony.
I pewnie dlatego nie znajdę faceta, bo który - mimo całego tego problemu ze zrozumieniem kobiety - nie lubi tajemnic, niedopowiedzeń..
Ale tak naprawdę wierzę, że może jednak, kiedyś, ktoś w końcu nie powie mi: wiesz, jesteś fajna laska, ale wolę inną.
Na dziś:
Godsmack - One Rainy Day
Niezmiennie uwielbiam. Czekam na jakieś urodziny czy coś. Może sobie zrobię prezent :)
środa, 18 czerwca 2014
[286] Procenty
Dzisiaj doznałam wielokrotnego zaskoczenia. Całkiem przyjemnego. Wręcz bardzo pozytywnego.
I wszystko za sprawą Kudłatej.
Były kiedyśtam testy gimnazjalne. Patrzyłam jak się nie uczy. Zwyczajnie nie zaglądała do książek, no ok, przed fizyką i chemia coś tam zajrzała, ale to było raz, czy dwa. Stoicki mój spokój wynikał z tego, że zmusić jej nie mogłam, co miałam powiedzieć, to powiedziałam. Zresztą to jej testy, nie moje.
I zdała te testy.
Bardzo dobrze zdała. Za przykład podam ino polski i angielski, gdzie zdobyła najwyższą krajową z polskiego - 97% - nikt nie miał więcej, 98% z angielskiego, bo zrobiła jeden błąd.
No jak mam nie być dumna?
Jestem, i to jak!
Inna rzecz, której w życiu się nie spodziewałam, to taka, że w ciągu trzech lat uciułała niezłą sumkę z kieszonkowych. Bardzo niezłą. Domu za to nie kupimy, ale będzie to niezły zastrzyk finansowy. Dziecko dodatkowo postanowiło podzielić się ze mną po połowie.
Zaliczyłam totalny szczękoopad. Pierwszy raz w życiu nie wiedziałam co powiedzieć.
A Młody nie przyniósł dzisiaj uwagi i też jestem dumna, bo ostatnio szkoła działa mi na nerwy, a szczególnie jego wychowawczyni, popularyzująca donosicielstwo. Jeszcze sobie z nią porozmawiam.
Ale żeby tak nieprzyjemnie nie kończyć to powiem Wam, że moja Sis dzisiaj ma urodziny. Ale toaścik wypijemy jak już stanie na rodzinnej ziemi.
I wszystko za sprawą Kudłatej.
Były kiedyśtam testy gimnazjalne. Patrzyłam jak się nie uczy. Zwyczajnie nie zaglądała do książek, no ok, przed fizyką i chemia coś tam zajrzała, ale to było raz, czy dwa. Stoicki mój spokój wynikał z tego, że zmusić jej nie mogłam, co miałam powiedzieć, to powiedziałam. Zresztą to jej testy, nie moje.
I zdała te testy.
Bardzo dobrze zdała. Za przykład podam ino polski i angielski, gdzie zdobyła najwyższą krajową z polskiego - 97% - nikt nie miał więcej, 98% z angielskiego, bo zrobiła jeden błąd.
No jak mam nie być dumna?
Jestem, i to jak!
Inna rzecz, której w życiu się nie spodziewałam, to taka, że w ciągu trzech lat uciułała niezłą sumkę z kieszonkowych. Bardzo niezłą. Domu za to nie kupimy, ale będzie to niezły zastrzyk finansowy. Dziecko dodatkowo postanowiło podzielić się ze mną po połowie.
Zaliczyłam totalny szczękoopad. Pierwszy raz w życiu nie wiedziałam co powiedzieć.
A Młody nie przyniósł dzisiaj uwagi i też jestem dumna, bo ostatnio szkoła działa mi na nerwy, a szczególnie jego wychowawczyni, popularyzująca donosicielstwo. Jeszcze sobie z nią porozmawiam.
Ale żeby tak nieprzyjemnie nie kończyć to powiem Wam, że moja Sis dzisiaj ma urodziny. Ale toaścik wypijemy jak już stanie na rodzinnej ziemi.
Grattis på födelsedagen
zdjęcie z sieci.
niedziela, 15 czerwca 2014
[285] Truskawkowy
Własnie kończę pasteryzowanie ostatnich słoików z dżemem truskawkowym.
Wyszło mi ich 27.
To duży postęp, patrząc z perspektywy na zeszły rok, kiedy to truskawki kupiłam raz i to chyba 2 kilogramy. Na więcej nie było mnie stać. A dzisiaj truskawki wychodzą nam bokiem. Wczoraj miałam w repertuarze jabłecznik z...truskawkami (tak tak, tamten mój jabłecznik, ale z truskawkami zamiast jabłek), ciasto drożdżowe z truskawkami (wypiek koleżanki), truskawki ze śmietaną, i nawet druga koleżanka przyniosła sałatę z serem pleśniowym z...truskawkami.
Na co mój kochany syn, obżerając się ciastem i truskawkami z bananem rzekł:
- Co za kompozycja smaków!
A dzisiaj chciałam zrobić pierogi. W ostatniej chwili opanowałam się i zrobiłam ruskie. I to był dobry ruch, bo przyszła Kudłata i mówi (ze strachem w oczach):
- co jest do jedzenia?
- pierogi
- tylko nie mów, że z truskawkami.....
Nie no, aż taką sadystką nie jestem.
Z truskawkami będą jutro.
Wyszło mi ich 27.
To duży postęp, patrząc z perspektywy na zeszły rok, kiedy to truskawki kupiłam raz i to chyba 2 kilogramy. Na więcej nie było mnie stać. A dzisiaj truskawki wychodzą nam bokiem. Wczoraj miałam w repertuarze jabłecznik z...truskawkami (tak tak, tamten mój jabłecznik, ale z truskawkami zamiast jabłek), ciasto drożdżowe z truskawkami (wypiek koleżanki), truskawki ze śmietaną, i nawet druga koleżanka przyniosła sałatę z serem pleśniowym z...truskawkami.
Na co mój kochany syn, obżerając się ciastem i truskawkami z bananem rzekł:
- Co za kompozycja smaków!
A dzisiaj chciałam zrobić pierogi. W ostatniej chwili opanowałam się i zrobiłam ruskie. I to był dobry ruch, bo przyszła Kudłata i mówi (ze strachem w oczach):
- co jest do jedzenia?
- pierogi
- tylko nie mów, że z truskawkami.....
Nie no, aż taką sadystką nie jestem.
Z truskawkami będą jutro.
piątek, 13 czerwca 2014
[284] Powrót
No więc wróciłam.
Na rynek wtórny.
Nie wiem dlaczego, ale kiedy oznajmiłam mojej mamie, że jestem rozwódką i wracam na rynek wtórny, to zaczęła się śmiać i powiedziała: - wariatka.
W każdym razie.
Wyrok jest, ale do uprawomocnienia daleka droga.
Pewnie były małżonek odwoła się, a że się odwoła to przypuszczam, że wiem na pewno. Już samą nieobecnością na odczycie wyroku gra na zwłokę. Ale cóż. Cierpliwie poczekam.
Jak się czuję? Bo pewnie niektórzy chcieliby wiedzieć.
Czuję się... zwyczajnie.
Dzień był fajny, spotkałam się w dwiema osobami. Z obiema wyściskałam się i nagadałam. Chyba częściej będę robiła takie wypady. Przejechałam się poznańskim metrem. Pochodziłam po Ikea (o matko! jak ja to lubię!!), dostałam rozwodowy wazon (kiedyś taki mi stłukła Kudłata) i kupiłam sobie latarnię. Też z okazji.
No i wróciłam.
Na dziś:
Nelly Furtado - I'm like a bird
Podoba mi się klimat tej piosenki.
Na rynek wtórny.
Nie wiem dlaczego, ale kiedy oznajmiłam mojej mamie, że jestem rozwódką i wracam na rynek wtórny, to zaczęła się śmiać i powiedziała: - wariatka.
W każdym razie.
Wyrok jest, ale do uprawomocnienia daleka droga.
Pewnie były małżonek odwoła się, a że się odwoła to przypuszczam, że wiem na pewno. Już samą nieobecnością na odczycie wyroku gra na zwłokę. Ale cóż. Cierpliwie poczekam.
Jak się czuję? Bo pewnie niektórzy chcieliby wiedzieć.
Czuję się... zwyczajnie.
Dzień był fajny, spotkałam się w dwiema osobami. Z obiema wyściskałam się i nagadałam. Chyba częściej będę robiła takie wypady. Przejechałam się poznańskim metrem. Pochodziłam po Ikea (o matko! jak ja to lubię!!), dostałam rozwodowy wazon (kiedyś taki mi stłukła Kudłata) i kupiłam sobie latarnię. Też z okazji.
No i wróciłam.
Na dziś:
Nelly Furtado - I'm like a bird
Podoba mi się klimat tej piosenki.
środa, 11 czerwca 2014
[283] A jutro...
To już jutro.
Długo oczekiwany dzień.
Jak wrócę to napiszę.
A dzisiaj okazało się, że czary się dzieją.. Jestem zdruzgotana.
Bo albo mam mega sklerozę, albo... o tej opcji wolę nie myśleć. Przynajmniej na razie.
Muszę się pozbierać i coś wymyślić.
Kasa to tylko kasa.
Na dziś:
Okash - Caged
Kawałek świetnej muzy. To oni natchnęli mnie do machania dynią :)
Długo oczekiwany dzień.
Jak wrócę to napiszę.
A dzisiaj okazało się, że czary się dzieją.. Jestem zdruzgotana.
Bo albo mam mega sklerozę, albo... o tej opcji wolę nie myśleć. Przynajmniej na razie.
Muszę się pozbierać i coś wymyślić.
Kasa to tylko kasa.
Na dziś:
Okash - Caged
Kawałek świetnej muzy. To oni natchnęli mnie do machania dynią :)
poniedziałek, 9 czerwca 2014
[282] Piekło
Wróciłam. Ale wcale się nie cieszcie, albo właśnie cieszcie się bardzo, bo lada moment znów wybywam.
Jadę na zakończenie.
Życie przyśpiesza (musiałam przyzwyczaić się do tego ś, po rozmowie z dwojgiem polonistów).
Czasem całkiem nie rozumiem ludzi. I coraz częściej cieszę się z bycia w pewnych dziedzinach mego życia na uboczu. Przyglądam się z boku całemu cyrkowi i zastanawiam się, jak można być takim głupkiem i tak marnować potrzebną do życia energię. Nie rozumiem gierek, podchodów, przeinaczania i wzajemnego szczucia. Nie rozumiem słowa zemsta, bo ja raczej pomijam milczeniem zaistniałą sytuację, albo mówię jasno i wyraźnie, co mi leży na sercu. Tym razem to refleksje z życia wzięte. Z realnych relacji. Obserwuję je z boku i dziękuję sobie samej, że nie dobiegłam do czołówki, tylko wlokę się za peletonem, na szarym końcu. Dobrze mi z tym. Bo ostatni są pierwszymi.
A a propos przyśpieszania. Obiecywałam sobie nie wyznaczać terminów - punktów milowych. Nie da się. Żyję od terminu do terminu. A pomiędzy czas przemija niepostrzeżenie. Obiecuję sobie, że już, zaraz. Że to ostatni taki, a tu nagle wyskakuje oczekiwanie na.
Więc oczekuję.
Mam w domu dodatkową córkę. Nie jest łatwo. Przed nami rozmowa. Ustalenia. Muszę wykonać kilka telefonów. Popytać. I pomyśleć co dalej. Mam nadzieję, że minie nerwowość, że wyżali się ten żal, który ma w sobie, a który wycieka z każdego słowa.
Damy radę.
A teraz idę jeszcze poczytać.
Oderwać się od tego piekła, które niepostrzeżenie wdarło się w moje lubiące zimno jestestwo.
Ledwiezipię. Walczę z przeziębieniem, migrenowym napadem bólu i zatokami. Pogoda nie sprzyja w żadnym wypadku.
Dziś usłyszałam jedną mądrą i krzepiącą informację. Od koleżanki, która mogłaby być moją mamą. Że lada moment dni już będą coraz krótsze. Może nie ma to nic wspólnego z upałem, ale jednak.
Znów jest na co czekać.
Na jesień.
I zimę.
Jadę na zakończenie.
Życie przyśpiesza (musiałam przyzwyczaić się do tego ś, po rozmowie z dwojgiem polonistów).
Czasem całkiem nie rozumiem ludzi. I coraz częściej cieszę się z bycia w pewnych dziedzinach mego życia na uboczu. Przyglądam się z boku całemu cyrkowi i zastanawiam się, jak można być takim głupkiem i tak marnować potrzebną do życia energię. Nie rozumiem gierek, podchodów, przeinaczania i wzajemnego szczucia. Nie rozumiem słowa zemsta, bo ja raczej pomijam milczeniem zaistniałą sytuację, albo mówię jasno i wyraźnie, co mi leży na sercu. Tym razem to refleksje z życia wzięte. Z realnych relacji. Obserwuję je z boku i dziękuję sobie samej, że nie dobiegłam do czołówki, tylko wlokę się za peletonem, na szarym końcu. Dobrze mi z tym. Bo ostatni są pierwszymi.
A a propos przyśpieszania. Obiecywałam sobie nie wyznaczać terminów - punktów milowych. Nie da się. Żyję od terminu do terminu. A pomiędzy czas przemija niepostrzeżenie. Obiecuję sobie, że już, zaraz. Że to ostatni taki, a tu nagle wyskakuje oczekiwanie na.
Więc oczekuję.
Mam w domu dodatkową córkę. Nie jest łatwo. Przed nami rozmowa. Ustalenia. Muszę wykonać kilka telefonów. Popytać. I pomyśleć co dalej. Mam nadzieję, że minie nerwowość, że wyżali się ten żal, który ma w sobie, a który wycieka z każdego słowa.
Damy radę.
A teraz idę jeszcze poczytać.
Oderwać się od tego piekła, które niepostrzeżenie wdarło się w moje lubiące zimno jestestwo.
Ledwiezipię. Walczę z przeziębieniem, migrenowym napadem bólu i zatokami. Pogoda nie sprzyja w żadnym wypadku.
Dziś usłyszałam jedną mądrą i krzepiącą informację. Od koleżanki, która mogłaby być moją mamą. Że lada moment dni już będą coraz krótsze. Może nie ma to nic wspólnego z upałem, ale jednak.
Znów jest na co czekać.
Na jesień.
I zimę.
poniedziałek, 2 czerwca 2014
[281] Miłość matczyna
Każda matka ponoć kocha swoje dziecko. Prawda, czy fałsz?
Miałam nie pisać na ten temat. Ale przeczytałam u Malawiarta o przemocy domowej. O bierności kobiety, na którą on się wkurza.
Nie będę pisać o mechanizmach współuzależnienia, całej psychicznej więzi i wszystkich związanych z tym aspektów, także obyczajowych. Kto chce, poczyta fachowe pisma, sprawdzi co jest co, nie będzie pieprzył farmazonów o winie ofiary. (i nie mówię o Malawiarcie).
A co zrobić, kiedy bite jest dziecko? Wyzywane, niszczone psychicznie i fizycznie?
Czy wiecie jak działa mechanizm w tym przypadku?
Przecież to matka. Matka jest najważniejsza i jedyna.
Piszę o matce, bo mam na myśli konkretny przypadek. Taki, w który zostałam zamieszana. W który zaingerowałam. Poprzez Kudłatą.
Dziewczyna, już pełnoletnia, została pobita, nie pierwszy raz, przez matkę. Siniaki, rozcięta warga. Za moją namową poszła na policję, mając za obstawę moją córkę i znajomego. Chodziło o obronę, niebieską kartę, cokolwiek, jakiś ślad. Bo w domu została mała siostra. Policja olała sprawę, bo powinna była zadzwonić w trakcie (!!!) zdarzenia. Raczej ciężko zadzwonić, kiedy na klatce piersiowej siedzi dorosła osoba i poddusza. Nie skierowano jej na obdukcję, a dziewczyna ma szyny w kręgosłupie. Po takiej porażce nie chciała iść na obdukcję do szpitala. Kolejne telefony i udało się. Ale długa walka, żeby powiedziała KTO jej to zrobił.
Matka zgłosiła zaginięcie córki. Więc córka wzięła obdukcję i poszła na policję ponownie.
Dopiero teraz jest niebieska karta.
Co dalej? Zrobiła pierwszy krok. W stronę walki o siebie. Teraz trzeba ją wesprzeć.
Wobec tego moje pytanie brzmi: kto daje nam prawo poniewierać drugim człowiekiem?
Nie ma mowy o wartościowaniu, które jest gorsze, a które nie. Każda przemoc jest zła. Bez najmniejszego wyjątku.
Chciałabym umieć pomóc wszystkim, którzy tego potrzebują. Wszystkim, których ścieżki krzyżują się z moimi. Ja już wiem więcej o życiu, ale jak nauczyć innych innego myślenia? Jak przekonać, że stereotypy trzeba łamać? Że nie wszystko jest warte uwagi, że niektórych rzeczy nie zmienimy, a inne jak najbardziej?
Jak to zrobić?
Może będę gadać, gadać, gadać..
Może ktoś usłyszy i będzie chciał zrozumieć...
Miałam nie pisać na ten temat. Ale przeczytałam u Malawiarta o przemocy domowej. O bierności kobiety, na którą on się wkurza.
Nie będę pisać o mechanizmach współuzależnienia, całej psychicznej więzi i wszystkich związanych z tym aspektów, także obyczajowych. Kto chce, poczyta fachowe pisma, sprawdzi co jest co, nie będzie pieprzył farmazonów o winie ofiary. (i nie mówię o Malawiarcie).
A co zrobić, kiedy bite jest dziecko? Wyzywane, niszczone psychicznie i fizycznie?
Czy wiecie jak działa mechanizm w tym przypadku?
Przecież to matka. Matka jest najważniejsza i jedyna.
Piszę o matce, bo mam na myśli konkretny przypadek. Taki, w który zostałam zamieszana. W który zaingerowałam. Poprzez Kudłatą.
Dziewczyna, już pełnoletnia, została pobita, nie pierwszy raz, przez matkę. Siniaki, rozcięta warga. Za moją namową poszła na policję, mając za obstawę moją córkę i znajomego. Chodziło o obronę, niebieską kartę, cokolwiek, jakiś ślad. Bo w domu została mała siostra. Policja olała sprawę, bo powinna była zadzwonić w trakcie (!!!) zdarzenia. Raczej ciężko zadzwonić, kiedy na klatce piersiowej siedzi dorosła osoba i poddusza. Nie skierowano jej na obdukcję, a dziewczyna ma szyny w kręgosłupie. Po takiej porażce nie chciała iść na obdukcję do szpitala. Kolejne telefony i udało się. Ale długa walka, żeby powiedziała KTO jej to zrobił.
Matka zgłosiła zaginięcie córki. Więc córka wzięła obdukcję i poszła na policję ponownie.
Dopiero teraz jest niebieska karta.
Co dalej? Zrobiła pierwszy krok. W stronę walki o siebie. Teraz trzeba ją wesprzeć.
Wobec tego moje pytanie brzmi: kto daje nam prawo poniewierać drugim człowiekiem?
Nie ma mowy o wartościowaniu, które jest gorsze, a które nie. Każda przemoc jest zła. Bez najmniejszego wyjątku.
Chciałabym umieć pomóc wszystkim, którzy tego potrzebują. Wszystkim, których ścieżki krzyżują się z moimi. Ja już wiem więcej o życiu, ale jak nauczyć innych innego myślenia? Jak przekonać, że stereotypy trzeba łamać? Że nie wszystko jest warte uwagi, że niektórych rzeczy nie zmienimy, a inne jak najbardziej?
Jak to zrobić?
Może będę gadać, gadać, gadać..
Może ktoś usłyszy i będzie chciał zrozumieć...
Subskrybuj:
Posty (Atom)























