Dzisiaj mam do Was ogromną prośbę.
W imieniu mojego przyjaciela, z którym miałam okazję spotkać się dzisiaj.
Kupcie książkę w szczytnym celu.
Dochód zostanie przeznaczony na wyjazd jego córki do Tajlandi, w ramach międzynarodowej wymiany AFS.
Koszt książki, wraz z wysyłką i autografem to tylko 35 zł.
Zuza i jej tato bardzo proszą i będą wdzięczni za pomoc.
Ja również.
Dodam, że książka nie jest o bankowości, ale o pracy w banku, trochę ironiczna, oparta na doświadczeniach autora, dająca do myślenia.
Liczę na Was. Wszelkie pytania poproszę na e-mail: natthimlen@gmail.com
Pędy rozróżniamy różnorakie.
Pędy roślinek, usilnie szukające dobrych warunków do życia, jak na przykład Stefan, który jest trochę wysoko i jak mnie pędem przez łeb, albo suchym liściem nie potraktuje, to zapominam dostarczyć mu życiodajnej wody. Staram się. On też się stara. Przeżyć.
Albo taki gąszcz czosnkowego szczypioru. Świetna sprawa. Wsadziłam do doniczek w sumie 4 główki czosnku, podzielone na ząbki i mam mnóstwo pysznego szczypioru o smaku czosnkowym. Polecam.
Ale generalnie mam na myśli pęd innego rodzaju. A mianowicie pęd ku przyszłości. A raczej pęd ku czemuś. Albo raczej zwykłe szybkie biegnięcie czasu, skrócony dzień, noc zresztą też.
Zaczęło się. Ten tydzień mi się wykluwa w takim właśnie pędzeniu.
No bo tak. Wczoraj jakoś znośnie było, ale z wizją dzisiejszego bladego świtu. Więc już tak miło i sympatycznie nie było, bo od niedzieli padało. Skończyło całkiem niedawno.
No i zerwawszy się dzisiejszego ranka o 5.00 ruszyłam z miejsca. Czyli o 6 autobus. Circaabout o 6:45 na miejscu. I czekanie.
Jako że Kudłata wybiera się do technikum, trzeba było załatwić w medycynie pracy zaświadczenia. Byłyśmy pierwsze. I zaowocowało to jedynie 1,5 godzinną motaniną między gabinetami neurologa, okulisty, pielęgniarki i lekarza ostatecznego, który przyjmuje od 7, miał być na 8, a zjawił się o 8.15.
Neurologa wprawiłyśmy w osłupienie wyborem kierunku (jednego z dwóch, ale oba wprawiają w osłupienie), po czym lekarz ostateczny przeprowadził wywiad z Kudłatą, a mianowicie dialog wyglądał mniej więcej tak:
- o, KSU na koszulce
- .... (jakieś mruknięcie młodej połączone z uśmiechem - nie zarejestrowałam, bo ciężko dzisiaj łapię)
- a glany gdzie kupiłaś?
- w Poznaniu
- a, bo myślałem, że gdzieś tutaj. Jest taki sklep...siódemka, ósemka?
- trzynastka
- a, no właśnie, ale co? Tam nie było? Jakość nie odpowiada?
- no nie
Koniec wywiadu.
Zaświadczenie jest.
No a jutro. Jutro spotykam się z kolegą z czasów liceum. Będzie ciekawie, mam nadzieję.
A czwartek i piątek będą wyjęte z życiorysu, bo mam roboty po kokardki. Na dodatek w piątek już się ukierunkowuję na południe i wybywam w kierunku dworca autobusowego.
A potem to już same przyjemności :)))
Na dziś:
30 Seconds To Mars - A Beautiful Lie
Tak mi gra od kilku dni...
Tygrys żyje i ma się dobrze, więc i Wy przeżyjecie.
Poza tym, właśnie słucham przebojów lat 80 i leci Duran Duran, a przed chwilą leciało Last Christmas, więc proszę mi nie imputować, że zaraz będę się żywić nietoperzami.
No więc jestem jak kameleon.
Słucham:
- metalu
- punka
- reggae
- jazzu
- rapu
- popu
- poezji śpiewanej
a nawet muzyki poważnej.
Fryciu, Bednarek się łapie. Zresztą, zabieram ze sobą naleweczkę, więc cokolwiek puścisz, damy radę.
Emko kochana, byś się wstydziła! Instrukcję obsługi! Phi!
Pozbierałam się już. Od środy trochę mi zeszło, zanim tempo poruszania się wróciło do normy.
Jak wspominałam, w środę ćwiczyłam pierwszy raz. Ale to nie ćwiczenia były przyczyną mej niemocy.
Przyczyną był koncert. Mały, kameralny...głośny...metalowy. Coś, co misie lubią najbardziej. Miodzio, jednym słowem.
Miałam tam chyba najkrótsze włosy. A nie, basista był lepszy. I perkusista też. Ale powiedzmy, że poza zespołem to ja. No i to ja pierwsza zaczęłam się udzielać. Nawet kumpela metalówa - niegdyś, na początku się czaiła. W każdym razie mimo krótkich harów dynia latała i ... zaraziłam ich wszystkich! Sobie wyobraźcie, że nadworny fotograf zespołu strzelał nam fotki. A potem wskoczyłyśmy w pogo. Trochę boli mnie ramię, ale siniaki już schodzą.
No i nie od ćwiczeń, a od machania dynią, boli mnie kark!
No bo jak nie machać, kiedy chłopcy tak ładnie zapodawali nuty. Tak w kierunku Sepultury, a nawet wysłyszeć było można Illusion z pierwszej płyty. Ach! To już wiecie gdzie będę spędzać wieczory.
Ale.
Jest mi strasznie wstyd.
Musiałam zajumać córce koszulkę, glany i skórę! No żeby jak człowiek wyglądać.
No i zemściło się na mnie, oj! zemściło.
Ale od początku.
Zapytałam Kudłatą (tak, to kolejny wstyd!!!!) jak dojechać do klubu. Zadeklarowała, że mnie odwiezie. Mój pierwotny plan - podjechania pod sam klub! - storpedowała, bo ona wie lepiej. Se pomyślałam, to ja nie będę się kłócić, bo skoro tam była, to chyba wie...O naiwności!!!!!! Nie dość, że pomyliła kierunki, to jeszcze przegoniła mnie po górkach i dolinach jednego parku.
No i niestety, obtarłam sobie pięty. Dzielnie szalałam na parkiecie, trzymałam się nawet całą drogę do domu, ale kiedy wysiadłam na przystanku, zatoczyłam się jak klasyczny żul. I tak już szłam do domu. Dobrze, że była noc i jedna pani z pieskiem szła po drugiej stronie. Pies nie szczekał, więc może nie zauważyła, że ledwo idę, zatrzymując się co chwilę.
W domu oczywiście ani centymetra plastra, więc pozostało mi posmarować rozwalone bąble tribiotikiem i pożyczyć sobie plasterki z małą Mi.
Klęłam na czym świat stoi.
Na drugi dzień wywiad: o której wróciłaś, ile piw wypiłaś i kto ci pozwolił trzy??
Strasznie ciężko być metalówą w moim wieku. Ale kupię sobie swoje osobiste glany. I wtedy zobaczymy!
Chciałam napisać o wewnętrznym spokoju, jaki osiągnęłam. Nie żałuję, nie męczy mnie już rozstanie z moją przyjaciółką, dwa lata temu. Co prawda wczoraj przypadek sprawił, że natknęłam się na jej komentarz, a potem, już nieprzypadkowo obejrzałam jej profil. Powróciły wspomnienia i zaczęłam się zastanawiać, dlaczego stało się tak, jak się stało. Potem jednak porozmawiałam z jedną bardzo ważną osobą i doszłam do wniosku, że nie, nie żałuję, nie boli. Mam spokój. Ja zrobiłam wszystko, co mogłam. To nie jest bierne poddanie się, to własnie ten spokój. Spokój, którego ludziom brakuje. Rozpamiętują i drążą, rozdrapują i rozkopują to, co powinno dawno już odejść. Zastanawiam się po co. Teraz jest teraz. To najbardziej realny czas i miejsce. Tym tutaj i teraz trzeba się zajmować, nie tym co było - niech pozostanie w dziale było minęło i jest niezmienialne, i nie tym co będzie - bo będzie to, co sobie teraz i tutaj wypracujemy. Czekałam na takie będzie. Czekałam na kiedyś. Zmarnowałam mnóstwo czasu. Próbowałam zaczarować przeszłość. Nikomu się to nie udało. Mi też nie. Aż w końcu pojęłam, że jestem tu, w tym miejscu, dzisiaj, teraz, nie od jutra i nie od za tydzień.
Ulga. Odeszło mnóstwo problemów, które już, albo jeszcze nie istnieją.
Owszem, mam marzenia. Mam ogromne marzenia. Do spełnienia. Ale zaczęłam iść do nich teraz. Nie jutro. To wielka różnica. Nie czekam na nie. Idę do nich, torując sobie drogę. Bo marzenia nie spełniają się same. Jeśli nie zrobi się nic w kierunku ich spełnienia, to się nie spełnią. To takie oczywiste, ale często o tym zapominamy, czekając.
I tak, kupiłam bilety do Łodzi. Tak, jadę spotkać się z dwiema, a może trzema osobami, którym zawdzięczam tak dużo. Wróć! Spotkam się z czterema osobami! A może pięcioma. To się jeszcze okaże.
Frytka już wygadała, to co będę ukrywać. (Tak naprawdę to chodzi o to, żeby się przejechać Polskim Busem :) ). Więc spełni się moje marzenie.
Właśnie skończyłam ćwiczyć. Tak, przyznaję, odkładałam to z dnia na dzień, znajdowałam milion wymówek, bo przecież od jutra będzie lepiej. Nie. Dzisiaj po prostu zabrałam się za to. Było ciężko, ale w końcu było. Uważam to za ogromny mój sukces i początek ścieżki do realizacji marzenia.
Żeby nie było łatwo, zostałam nakryta przez Kudłatą. W pozycji niezbyt reprezentacyjnej. Otóż z wypiętym tyłkiem na zachód (nie nie, nie jestem po złej stronie mocy, tak wyszło akurat). Nie zraziło mnie to.
Kolejny krok naprzód to szukanie rozwiązania dla realizacji mojego pomysłu na własny biznes, aczkolwiek to będzie najtrudniejsze ze wszystkiego. Ale nie znaczy, że niemożliwe. Nie będę jednak o tym pisać, bo to zbyt skomplikowane sprawy.
Tak więc tu i teraz dzieje się sporo. Tu i teraz w mojej głowie.
Poza tym powiedz życzenie, a świat je spełni. Wczoraj pomyślałam o wyjściu z domu, wieczorem, gdzieś posiedzieć. I może dwie minuty po pomyśleniu o tym, odezwała się kumpela z propozycją wyjścia na koncert do klubu. Nawet przez sekundę się nie wahałam.
No to: witaj świecie!
Na dziś:
Alison Moyet - Is this love?
Oglądałam teledyski z nowymi kawałkami. Może i Alison wygląda teraz jak szprycha, ale...głos już nie ten. Może brzydko powiem, ale zabrakło pudła rezonansowego. Zmieniła się barwa i charakterystyczne to coś.
To zaś niezmiennie kocham :)))
Pogoda się zmieniła, niż nadciągnął. Niektórych załamał, inni, jak na ten przykład ja, mają to w nosie. Nawet bym się nie bała użyć zwrotu: lubią to!
Lubię. No tak mam i już.
Wczoraj dokonałam odkrycia. Statystycznego też, ale o dalszym ciągu za chwilę. Jednak jeszcze innego.
Zawsze robiłam jabłecznik, jak mama przykazała, na kruchym spodzie o w ogóle. Nuda.
Ale zerknęłam, jak co dzień, na główną onetu, szybko sprawdziłam co na przednówku w lodówce jest i upiekłam. Taki, co się go z lodami i bitą śmietaną w kawiarni je. Normalnie oniemiałam z wrażenia, że też taki umiem i że wyszedł pyszny.
Za to dziś, zamiast pochwały, same pretensje! Wyobrażacie sobie?
- Bo ja tylko dwa kawałki zjadłam!! (to Kudłata. Ale kto wychodzi, ten se szkodzi, nie?)
- Czemu nie ma ciasta? Ja tylko dwa trzy kawałki zjadłem!!! (to Młody. Ale kto go tam wie, ile tych kawałków wpędzlował, zanim me oczy ostrość widzenia uzyskały, po podniesieniu powiek.)
No ja też zjadłam dwa. Podzielcie sobie koło na 6. Mniej więcej.
A czemuż powieki takie ciężkie miałam?
Z powodu tańcowania z miotłą o 3 nad ranem.
A czemuż to z miotłą się zabawiałam?
A bo sąsiadka z góry, co prawda nie odkurzała, ale ma krzesło, które z częstotliwością co jakieś 15 minut suwa po gołej podłodze i możecie sobie wyobrazić, jak to działa na kogoś, kto właśnie zapada w sen.
Albo coś spadało. I tak o 2.58 chwyciłam za miotłę, bo nie chciało mi się dresów szukać (dresy o tej porze zwykle śpią, pozdrawiam osiedlowych dresów, tych palących z mojej klatki nie pozdrawiam. I tak mają mnie za dyktatora. Oraz kultury im brak.) i przebierać piżamy, żeby iść i zrobić awanturę. Miotłą zaś potraktowałam sufit, trochę się bojąc, żeby mi tynk nie spadł.
Wpadłam na dwa pomysły.
Pierwszy, zaniosę im filcowe podkładki. Dam jej mamuni z zapewnieniem solennym, że jeszcze raz i będę dzwonić po policję.
Drugi, przejdę się jutro do pana Dzielnicowego i zapytam co z tym fantem zrobić.
Trzeciego pomysłu nie wdrożę, gdyż o 3 nad ranem umysł podpowiada pomysły raczej rodem z książek, po których człowiek boi się spać.
Wracając jednak do statystyki.
Otóż stało się. Nie tylko chciał przelecieć.. Zobaczcie sami...
Na dziś:
Sophie B. Hawkins - Damn I Wish I Was Your Lover
Nie dość, że mnie wsysła dziura zwana Greatest Hits 80' to jeszcze sobie przypominam takie hiciory.
Że kłamie to wiadomo. Bezduszna jest, nie uwzględnia uczuć, nie ma wątpliwości. Statystycznie rzecz biorąc, jeśli jedna na dwie kobiety jest bita, to po połowie obie dostają łomot. Znam statystykę od podszewki, miałam piąteczkę, umiem wyliczać mediany i inne wyważone. Ale nie o tym w sumie chciałam.
Zachciało mi się sprawdzić słowa kluczowe, po których trafiają tutaj ludzie nie z linków, czy swych ulubionych.
I opadła mi kopara.
Klasyczny szczękozwis.
Bo...
..ktoś tu trafił po słowach wpisanych w wyszukiwarkę:
chciałbym przelecieć szwagierkę
Czy ja kiedyś pisałam o lataniu i szwagierce? niejako w jednym kontekście? Nie przypominam sobie i chyba nie.
Ale chyba częściej będę sprawdzać te słowa kluczowe.
Napiszę dziś o zbieractwie.
Każdy z nas ma, bądź miał w życiu taki okres, kiedy kolekcjonował coś, mniej lub bardziej udanie, krócej lub dłużej, ale był taki czas. Prawda?
Osobiście zbierałam historyjki z gumy Donald. I znaczki. Jakoś tak w jednym czasie i oba zbiory mieściły się w ówczesnym słoiczku po bobofrucie. Tak tak. Do dzisiaj mam sentyment do tych charakterystycznych zakrętek.
Potem nastał czas zbierania opakowań od czekolad. To było w okolicy 1978 roku. Miałam pudełko po jakiejś bombonierce i tam chowałam swoje skarby. Jak one pachniały! Czekoladowo!
Potem zbierałam widokówki. Pisałam do ludzi z Płomyka, był tam taki dział towarzyski. Ale największą kolekcję dała mi moja ciocia. Było w niej około 500 kartek z całego świata.
Kilka lat później na moje życie i postrzeganie świata ogromny wpływ wywarł mój kuzyn. Był harcerzem, grał na akordeonie i już wtedy uwielbiał Boba Marleya. On z kolei zaraził mnie na dodatek epistolografią, więc zapragnęłam mieć więcej listów od ludzi niż on. I miałam. Ale o tym kiedyś już było.
W każdym razie jakiś czas temu, moja miłość do zbieractwa wróciła.
Na nowo zaglądam do skrzynki na listy z biciem serca. Wyczekuję. I sama wysyłam kartki.
Zapisałam się do postcrossingu.
Gdybyście wiedzieli co się czuje wyciągając ze skrzynki kartkę, która nie jest reklamą czy rachunkiem. Uwielbiam to uczucie, kiedy czytam co ktoś z drugiego końca świata napisał do mnie. Bezcenne.
Chciałabym też dostawać listy, ale kto się będzie ze mną bawił w pisanie, kiedy można kliknąć parę słów, wcisnąć enter i już?
Jestem gotowa pisać. Na papierze. Piórem. Zaklejać koperty, które sama zrobię i wysyłać w świat kawałek mnie.
Ale w związku z tym wszystkim powyższym, w bardzo ścisłym związku jest słoń. A raczej całe ich stado.
Rozmawiając dzisiaj z Sis, przypomniało mi się, że przecież zbierałam słonie! Nie pamiętam ile ich było, ale naprawdę sporo. Przywoziłam z wypadów, dostawałam. Jeden został wybłagany przez mojego przyjaciela, który wpadł do sklepu już po zamknięciu i na kolanach, w mundurze harcerskim wybłagał sprzedawczynię, żeby mu go sprzedała. Bardzo chciał być moim chłopakiem. Cóż. słonia przyjęłam, kosza dałam, a dzisiaj to przyjaciel. Który nie zraził się niejednym głupim numerem, który mu my, harcerze, wycięliśmy. Ale to do mnie zadzwonił powiedzieć, że będzie miał syna. Do mnie pierwszej. O nim jeszcze kiedyś napiszę.
W każdym razie rozpoczęłam śledztwo w sprawie słoni. Ktoś coś z nimi zrobił i nie chce się przyznać.
Zapewne moja mamunia, lekką rączką, pozbyła się balastu z domu, jedne durnostojki zastępując innymi.
Taki los.
Ale właśnie dzisiaj zapragnęłam słonia!
Na dziś:
Nasz wspólny Świat - Stanie się Cud
Nie mogę nigdzie znaleźć wersji ze słoniem, w której w refrenie szło:
stanie się cud i zrozumiesz wtedy że
słoń to słoń długa trąba wielki łeb.
Natrafiłam kiedyś w bibliotece na książki Guillaume Musso. Pierwsza z brzegu, kiedy zaczęłam ją czytać, wydała mi się zakręcona, ale z każdą stroną dalej chłonęłam słowa, włożone w zdania. Zdania mówiące o tym, czego doświadczamy, a czego nie zawsze jesteśmy świadomi. Cała opowieść, kanwa, na której autor plecie losy i emocje, uczucia i myśli bohaterów jest jakby mało ważna. Ona jest. Sedno sprawy tkwi w przeżyciach i myślach bohaterów. I nie zawsze następuje happy end. Może raczej nie zawsze jest on potrzebny, i nie zawsze zostanie za taki uznany. Polecam tym, którym myślenie o sprawach duchowych, z punktu działania psychiki człowieka i tego co niektórzy nazywają przeznaczeniem, inni przypadkiem, a ja nazywam zbiegiem okoliczności, nie sprawia trudności i nie jest uciążliwe. Bo czasem kiedy zerkamy dalej niż czubek naszego nosa przestajemy zezować i paradoksalnie potrafimy zerknąć w siebie, a wtedy zmienia się całkowicie perspektywa obrazu.
Ale nie o tym chciałam.
A może trochę o tym.
Nie lubię się żalić. Mało kiedy, jeśli w ogóle, jęczę nad swoim losem. Nie potrafię marudzić.Kiedy dopada mnie taki stan, to trwa on zazwyczaj krótką chwilę, bo zawsze zaczynam drążyć i szukać rozwiązania.
Zauważyłam jak wielką siłę ma umysł człowieka. Jak wielką moc ma myśl i słowa. Jak bardzo kształtuje nasze życie. Obserwuję różne osoby. Niektórym mówię co myślę i staram się pomóc wejść na właściwy kierunek. Innych nie tykam nawet palcem. Wszystko zależy od tego co widzę i słyszę.
Jedni narzekają. Jak to im w życiu źle. Jak to się nie układa, jak to dobijają ich troski dnia codziennego. Jak to brakuje do przysłowiowego pierwszego. Uśmiecham się pod nosem. Bo ci ludzie są biedni.
Bieda to nie stan portfela. Bo gdyby tak było, byłabym bardzo biedna.
Bieda to stan umysłu. I w takim wypadku, jestem szczęśliwa, że mnie bieda ominęła.
Nie mam tego, czy tamtego, ale potrafię się obejść bez. Jestem na tyle kreatywna, że daję radę. Wiążę dwa końce mojej egzystencji i nie muszę napinać gumy. Podejmuję decyzje, czy właściwe to weryfikuje czas, ale to są w końcu moje własne autonomiczne decyzje.
Kiedy inni zastanawiają się czy szklanka jest do połowy pełna czy pusta, ja będę uparcie twierdzić, że jest pełna w całości.
Nauczyłam się widzieć plusy we wszystkim, kiedy rozpoczęłam drogę do dnia dzisiejszego. Spotkałam mnóstwo ludzi, wirtualnie także, a potem te wirtualne znajomości przekształciły się swego rodzaju przyjaźń. Mam taką osobę w zasięgu telefonu. I ostatnio, kiedy rozmawiałyśmy, powiedziała mi, że do dzisiaj pamięta sens jednego z moich komentarzy. Kiedy właśnie narzekała na to, co się dzieje w jej życiu, widziała same szarości i czernie, napisałam jej coś w stylu: w każdym zdarzeniu, w każdej rzeczy która nas spotyka trzeba szukać dobrej strony. Przyzwyczailiśmy się, że te dobre rzeczy nam się należą od życia, ale nie umiemy ich zauważyć i nie doceniamy tego, co mamy. I jeszcze coś w stylu, że wszystko dzieje się po coś, ale to coś dociera do nas, albo i nie jeśli nie umiemy docenić, dużo później.
I moja Przyjaciółka powiedziała mi, że te słowa zapadły jej w pamięć i pomija to, że sama wzięła się w garść (a nie ma lekko, bo nieuleczalnie choruje), a po drugie jest mi wdzięczna, bo mogła tymi słowami poratować kogoś dla niej ważnego, kto stracił dziecko (samobójstwo). Powiedziała, że zadziałało. Że od listopada człowiek zrezygnowany zmienił się w takiego, jakim był wcześniej. Odżył. Tak jakby wrócił mu sens życia.
Kiedy opowiadała mi to, miałam ciarki i gęsią skórkę. Dla takich chwil warto żyć.
Inna osoba, której kładłam trochę do głowy, ale nie chciałam przesadzić, w końcu sama doszła do ściany. Coś co było niemożliwe, nagle stało się możliwe. Odpadła kula u nogi i teraz tylko potrzeba ułożenia wszystkiego od nowa. To też dobry znak. Trzymam za Nią kciuki i Ona o tym dobrze wie.
Moja osławiona już przeze mnie była szwagierka, podczas naszej rozmowy po raz kolejny dziękowała mi za bycie cerberem i ładowanie do głowy. Musiała sama dojść do wielu spraw, ale gdyby mnie nie było, do dzisiaj użalałaby się nad sobą, w chorym związku. A tak prawdopodobnie spotkała faceta swojego życia.
Na potwierdzenie mojej pozytywnie zakręconej drogi zadzwonił dziś rano telefon. Dzwonił ktoś ważny, kto uciekł śmierci. Ma cztery bypass'y. Opowiedział mi jak to jest w szpitalu i jak zachowują się chorzy ludzie w jego wieku. Jest dokładnie odbiciem lustrzanym mnie, a może to ja jestem jego odbiciem. W każdym razie myślimy tak samo. I tak jak On zrewolucjonizował oddział kardiologii, tak ja rewolucjonizuję moje życie i życie wokół. Oboje widzimy pełne szklanki.
I mimo, że nasze drogi się rozeszły zawodowo, to coś czuję, że znów się zejdą niebawem na zupełnie nowej, innej zawodowej płaszczyźnie. Cieszy mnie to bardzo. Bo ten facet lubi wyzwania.
Zrealizuję swoje plany, bo tego chcę.
Stanowczo za krótko.
W piątek przyjechała, w sobotę uciekła. Nie wiem tylko czy to dlatego, że ledwo weszła, to musiała iść do kuchni i gotować dla mnie. Może.
Ale do rzeczy.
Pojechałam po Nią na dworzec. Po drodze zrobiłam coś durnego, jak zwykle mnie się musi przytrafić. Wyrzuciłam do kosza nieskasowane bilety. Najlepsze jest to, że miałam jakieś niejasne uczucie, że wyrzucenie tych biletów to nie jest dobry pomysł. No trudno.
Jadąc autobusem na dworzec, postanowiłam, że idę na kurs spawacza!
Tak tak, nie śmiejcie się. Już mówię dlaczego.
Obok siedziało dwóch panów. Jeden namawiał drugiego i opowiadał o tym gdzie pracuje i jak robił uprawnienia. Posłuchałam też o jakości wykonywanej przez niego pracy i stawce, jaką za tę fuszerę bierze i postanowiłam, że durna nie jestem i nadam się do tej roboty.
Otóż.
Pan odrzucił ofertę zarabiania, uwaga, 3.500 - 5000 zł brutto. Słowami, cytuję: "pieprz się, za tyle nie biorę roboty". Więc pracodawca dołożył mu bonusy w ciągu roku w postaci dorabiania na zachodzie.
Kurs wyglądał mniej więcej tak: "dałem mu 2000, po 3 dniach miałem pierwsze uprawnienia, a teraz dostanę następne, a jak dobrze pójdzie to będą i takie, które obowiązują w Norwegii".
Żyć nie umierać. Nie dość, że Norwegia to moje marzenie, to jeszcze uprawnienia można zdobyć na takim luzie.
Ponad to: "zaglądam w rurę, a tam takie farfocle wiszą. Ale kto to sprawdza" Tu mnie wstrząsnęło. Jako ta cholerna perfekcjonistka pewnie uważałabym na te farfocle, żeby ich nie było.
W każdym razie, zanim podjechałam na dworzec, postanowiłam na kurs się zapisać. I jeśli nie uda mi się zapisać na grafikę komputerową, to jak nic idę na spawacza.
No ale do brzegu.
Przyjechała. Zasmarkana. Wysoka do nieba. Chuda jak patyk. Wparowała do kuchni, zrobiła przepyszną lasanię. Powiem Wam, że czułam się trochę dziwnie, kiedy w mojej kuchni gotował dla mnie ktoś inny. Dziwnie, ale bardzo fajnie.
Potem sieciowo przesłałyśmy zapachy i mlaski Frytce, która nie dotarła. Mam nadzieję, że się nie obraziła. Chociaż powinna bardzo żałować.
Potem trochę pogadałyśmy, ale że oczy Jej się kleiły, powieki opadały, to poszłyśmy spać.
W sobotę pokręciliśmy się trochę po Toruniu, gdzie Młody strzelał fochami co chwilę, a następnie nie zdążyłam się z Nią wyściskać i pożegnać, bo mnie kierowca bombowca pogonił i tylko pomachałam jej ze schodka autobusu.
Tygrys. Nawiedził mnie. Mam nadzieję, że nie ostatni raz.
A może teraz ja wpadnę na kawę?
Wiecie jak jest.
Blondynka, nawet farbowana na inaczej, zawsze blondynką zostanie.
I chociaż blond mój trwał jedynie przez moich pierwszych 10 lat życia, a potem stał się kolorem zwanym szatynowy, zwanym przeze mnie mysio-szaro-burym, znienawidzonym, to jednak wcześniej blondem był. Kiedyś tam, ale był.
Teraz to już siwizna skroń mą przyprószyła, ba, obsiadła cały czerep, ale to nie zmienia faktu, że ten blond pokutuje. A raczej natura walczy o przetrwanie. I na nic nie zda się posiadana wiedza, umiejętności, ani insze zabiegi.
Otóż.
Zabrałam się za...prasowanie papieru. Nie nie, jeszcze tak źle ze mną tak nie jest, żebym prała papier i go prasowała, nie myślcie sobie. Ani aż tak oszczędna, żebym żałowała na nowy. Papier do drukarki prasowałam. I taki w kratkę też. Bo...
dygresja: czasem, nawet częściej niż czasem, tworzę prace w stylu vintage. Najczęściej mają one wyglądać na zdygane przez czas i los, oczywiście są nowiutkie, nówka funkiel, ale mają wyglądać.
Do tego wykorzystuję różnej maści procesy i preparaty, ale o warsztacie opowiadać nie będę.
koniec dygresji.
..właśnie zachciało mi się zrobić pracę retro.
I tak sobie wczoraj wieczorem włączyłam żelazko, zabieram się za prasowanie i....niespodzianka. Włącza mi się i grzeje, dokładnie 2 sekundy, po czym długo nic. Zdębiałam. W sobotę działało! Pokręciłam termostatem, czyli tym tam pokrętłem, ustawiłam i...nic. Kolejna próba i nic. Osiwiałam bardziej. Bo mimo, że żelazka nie używam na co dzień, wręcz od wielkiego dzwonu, to jednak akurat wczoraj było mi potrzebne. Zdążyłam wieczorem się załamać, pośmiać, a dlaczego to za chwilę, oraz załatwić sobie drugie.
Dzisiaj wracam po południu, biorę żelazko do ręki i myślę (logika normalnie aż boli): włączę, może się naprawiło. Po czym trzymam to włączone żelazko, i coś mi nie pasuje. Kręcę termostatem i doznaję olśnienia. Przecież ustawiam go o 180 stopni źle.
Najśmieszniejsze w tym wszystkim jest to, że mam to żelazko jakieś siedem lat! Prasowałam setki razy i zawsze ustawiałam dobrze!
Cóż więc się stało?
Ano nie wiem. Mam wrażenie, że blond mi się odzywa.
A dlaczego się śmiałam? Bo ostatnio padła mi suszarka do włosów...Bez suszarki jak bez ręki. Ale dostałam nową od cioci. I od niej też leci do mnie drugie żelazko. Za nic w świecie nie przyznam się, że to moja indolencja, a nie czarna seria.
A zaraz....sprawdzę, bo może suszarka też działa...
Na dziś:
Pearl Jam - Even Flow
Od wczoraj siedzę w grunge'u. Aż zapragnęłam znów mieć kraciastą koszulę flanelową!
Justyna mogła zdobyć złoto ze złamaną kością śródstopia, to ja mogę jeszcze pisać, co prawda w ciągłym osłupieniu. Aczkolwiek Jej złoto się należało. Mi niekoniecznie.
Osłupia mnie krótkowzroczność. I bezmiar egocentryzmu. I nieumiejętność używania empatii. Bo nikt nie każe rozdzierać szat i biczować się z powodu czyjejś sytuacji. Ale czasem, żeby zrozumieć, trzeba pomyśleć. Cóż, społeczeństwo przestaje używać głowy. I nie jest to wina nieczytania książek.
Nad tym wszystkim przechodzę do porządku dziennego, bo mam nadzieję, że przynajmniej jakaś garstka ludzi rozumie co piszę. I umie wyciągnąć wnioski.
A więc odkładam problem na półkę. Do pudełka: zdziwienie permanentne.
A co u mnie?
Żyję. Dość intensywnie. Odkrywam kolejne pomysły.
Borykam się z codziennością. Która to codzienność nie jest szara. Nie jest trudna. Nie jest beznadziejna.
Jest kolorowa, szalona, czasem leniwa, czasem przygnębiona, ale najczęściej pełna emocji pozytywnych.
Śmieję się do rozpuku z Kudłatą, mimo, że wcale do śmiechu być nie powinno.
Kudłata jest bohaterką.
Rok dla niej zaczął się inaczej niż wszystkim. Mi też się tak zaczął. Ale nie o mnie to jest. O Niej.
Uratowała życie. Osobie, która zadzwoniła, że nałykała się prochów.
Około 4 nad ranem zadzwoniła do mnie, że jedzie na ratunek. W międzyczasie zadzwoniła po karetkę.
Zdążyli wszyscy. Ona. Karetka. Na końcu dojechałam ja.
A ja chciałabym, żeby wymiksowała się z tego związku.
Chcę, żeby miała dobre życie. I wierzę w to, że znajdzie kogoś, w kim będzie miała oparcie, a nie będzie tylko tyczką dla człowieka - bluszcza, dużo starszego od niej. Uzależniającego swoją chorobą. Chwiejnego emocjonalnie. Samosia, który nie przyjmuje pomocy, bo sam da radę. Po czym odwala kolejny numer, miesiąc po.
I tu wkraczam ja. Supermenka. Jak będzie trzeba zamknę w łazience, przywiążę do kaloryfera.
A tak serio, wierzę, że Kudłata ma rozum. I mózg, który umie używać. I poradzimy sobie z tym wszystkim.
Jaka liczba jest dobra na koniec? Jak myślicie?
Bo ostatnio zastanawiam się nad sensem pisania dalej.
Zaczynam być z doskoku, nie śledzę Was systematycznie, nie ma komentarzy, ochów i achów. *
Obserwuję świat z własnej perspektywy, bo z innej nie umiem. I widzę, że najbardziej nietolerancyjni są ci, co o tę tolerancję rzekomo walczą.
A czym jest tolerancja?
Tolerancja - (z łac. cierpliwa wytrwałość) - postawa społeczna i osobista odznaczająca się poszanowaniem poglądów, zachowań i cech innych ludzi.
Tyle wikipedia.
A my?
Żądamy od innych, żeby tolerowali to co my, ale nie dajemy im wolności myśli, słowa, poglądów. Kto nie jest z nami, ten przeciwko nam. Zdarzyło się kilka razy, że dotknęło to mnie osobiście. Ale nie tylko mnie.
Najbardziej boli, kiedy takie skurwielstwo dotyka ludzi, którzy na to zupełnie nie zasłużyli. Których słowa traktuje się literalnie, a nie myśli o sensie wypowiedzi w kontekście wiedzy ogólnej, gdyż ta osoba napisała nie raz i nie dwa co jest trzy.
I tu dochodzimy do czytania ze zrozumieniem. Do wyobraźni, pamięci, analizy i wyciągania wniosków. Do tego, co powinno mieć miejsce, bez względu na to, czy czyjąś miarkę przykładamy do siebie, czy też do swoją do innych.
Tolerancja. To nie jest wielbienie i aprobata. To jest akceptacja pomimo. Można nie zgadzać się z tym czy tamtym, ale należy szanować zdanie innych.
Na siłę nie zmieni się niczego. Rzucaniem krzywych oskarżeń i czepianiem się nieistotnego podmiotu nie zmieni się niczego, nie uzyska zrozumienia i nie dojdzie do konsensusu.
Jeśli ktoś nie chce rozumieć, to nie zrozumie. Jeśli będzie chciał dalej krzyczeć po swojej stronie barykady, to będzie się darł, mimo, że nikt do niego nie strzela.
A ja?
A ja przesiewam wszystko przez zestaw sit. Od najmniej ważnych, po najważniejsze.
Zostają same diamenty. Takie, dla których warto było pisać i warto było się otworzyć. I takie, które dalej będą dla mnie ważne, niezależnie, czy tu zostanę, czy nie.
Jeszcze nie podjęłam decyzji.
Niektórzy wiedzą, co jest w tytule.
Sprytne urządzenie, które mierzy parametry życiowe oraz jest zintegrowane z defibrylatorem.
Ale do rzeczy.
Horror w trzech aktach (co najmniej)
Akt pierwszy.
Osoby: Kudata i ja.
Czas: start gdzieś koło 16:30
Miejsce: droga do bankomatu, na pocztę i po zakupy.
Pogoda: zimno, wilgotno, w sam raz na rześkie spacery. Nieistotne dla sprawy.
Kudłata zakomunikowała, że ją boli. Pod mostkiem. Znam ten ból, czasem też mnie tak chwyta. Więc rzekłam: minie.
Czas: od 20 wzwyż.
Boli. Ale dopada nas gupawka. (ja tak piszę, i tak mówię, nie poprawiać). Nie wiem dlaczego, im bardziej ktoś nie może się śmiać, tym bardziej żarty się mnie trzymają. Zresztą genetycznie przekazana skłonność dopadła i Kudłatej, gdyż zwijając się z bólu, chichrała się sama z siebie i ze mnie i w ogóle.
Godzina 23
Kumulacja bólu i śmiechu jednocześnie. Dzwoniąc po pogotowie bałam się, że zaśmieję się pani w słuchawkę. Ale starałam się wytrzymać.
Szybkie ogarnięcie terenu i dzwonek. Przyjechali ratownicy medyczni, z tytułowym lifepack'iem, z czego jeden potwierdził moje podejrzenia, a drugi jednak że może by zabrać. Zmierzyli ciśnienie i saturację. Defibrylator nie był potrzebny, ale mnie przypomniały się chyba wszystkie komedie, gdzie był wykorzystany. Obiekt rozważań ratowników, z czego jeden był przystojny, drugi niepewnie dociekliwy, siedział na kanapie, z miną zbolałą i dawał oczami sygnały, żebym się nie roześmiała, co powodowało, że jeszcze bardziej śmiać mi się chciało.
W końcu zapadła decyzja, że jedziemy do szpitala. Ja wiem, że ona chciała się przejechać karetką.
Akt drugi.
Miejsce: Karetka i szpital.
W karetce panowie mieli Hawaje. Nie żebym im żałowała. Na dworze było -5, wewnątrz 25, amplituda 30. Odczyt bezpośrednio z wyświetlacza panelu, gdyż ponieważ nie jechaliśmy na sygnale, więc nie było wzruszeń, za to rozglądałam się po okolicy, próbując jednocześnie zapamiętać drogę i ocenić gdzie nas wiozą. Nigdy nic nie wiadomo. Oglądało się horrory szpitalne i takie tam, gdzie karetka porywała ludzi. Rozumiecie zatem mą zapobiegliwość. Podróż minęła bez większych problemów poza jękami Kudłatej na wybojach.
No i dojechaliśmy. Drugi koniec miasta, żeby było śmiesznie. podjeżdżamy pod szpital i...zamknięte. Ratownik wali w drzwi. Nic. A my stoimy na mrozie, oczywiście półgębkiem nabijając się z sytuacji, po czym zauważam, że karetka ma łódzką rejestrację (starsi Rzymianie pamiętają pewnie aferę łowców skór). Dobrze, że miałam szalik, zasłoniłam się, niby to z zimna, ale skojarzenie pozostało. W końcu panowie połączyli się z centralą przez radio, bo telefon wykonywał tylko...POŁĄCZENIA ALARMOWE (się coś zepsuło - słyszałam później przez radio jak się tłumaczyli centrali). I panie nas wpuściły. Badania pominę, wszyscy mówią, że to niestrawność może, przy czym wszystko w porządku, natomiast ja obstawiam nerwoból międzyżebrowy. W każdym razie badania trwały, a ja wysłuchałam rozmowy pań z dyżurki z panami od karetki. Wyszło na to, że panie doskonale widziały na monitoringu (duży panel), że przez bramę wjechałam karetka. Przy okazji miały nasłuch na radio. Czemu więc nie wpuściły? Nie wiadomo.
Nic to. Kudłata dostała paracetamol, nie chciała zostać w szpitalu, rozpoczęła się nasza wędrówka...
Akt trzeci.
Godzina: przed 1 w nocy
Wyszłyśmy ze szpitala, humor Kudłatej się podniósł. Trzeba było znaleźć drogę do autobusu. Trochę pomyliłyśmy kierunki, ale w sumie, po odpytaniu pani w okienku nocnego, trafiłyśmy na odpowiedni szlak. Czyli wracałyśmy ze dwa kilometry. Nie sposób opisać śmiechów i chichów, które po drodze były. Gdyby nie było tak zimno miałabym włączony dyktafon. W każdym razie przeszłyśmy kilka kilometrów, ucieszyłam się z oświetlonych kolorowo mostów jak nigdy.
Na przystanku postałyśmy pół godziny. Oczywiście nie było nudno. Poskakałyśmy trochę, poopowiadałam jak to bywało, odjechała jedna partia autobusów, prawie wyglądało to jak taniec synchroniczny. Przy czym każdy z kierowców tych około ośmiu autobusów patrzył wymownie: ja odjeżdżam. Zaznaczam, że to centrum miasta. Poszłyśmy na stację benzynową, pomyślałam o czymś gorącym, ale nie. Stacja znanej ptasiej marki otwarta tylko od 6 do 22.
W każdym razie odczekałyśmy swoje. A potem do domku. Było po trzeciej..
Zimę mamy od jakiegoś czasu, taka enklawa była, bo gdzie nie zapytałam, na południowym wschodzie, albo północnym zachodzie, to nikt nie miał. cieszyłam się, że ona, ta zima, tylko moja jest. Ale ja lubię się dzielić :)
Natomiast obserwuję sobie świat, czasem coś z polityki się zapląta, jakiś wywiad, czy coś, i człowiek oczy ze zdumienia przeciera.
Otóż wszyscy się oburzają na słowa: "sorry, taki klimat.." Nie wiem tylko czy na sorry, czy na klimat. Bo fakt, mnie zaskoczyło w wypowiedzi owo sorry. Bo chyba jednak nie wypada tak niedyplomatycznie się odzywać w publicznym przekazie informacji.
Zupełnie natomiast nie zaskoczyła mnie druga część cytatu. I to wcale nie ze względu na moje wykształcenie. Zastanawiam się czym się tak szczycimy, my, Polacy. Że tacy wszechstronni jesteśmy. Że taką wiedzę mamy. Jaką wiedzę? Bo chyba kłania się u wielu znajomość podstaw geografii. Znienawidzonego przedmiotu (no bo po jaki grzyb wiedzieć, gdzie są Bieszczady, albo te słynne piramidy, nie wspominając o zwykłym Pcimiu, albo czego się spodziewać na wycieczce do Londynu i jakie ciuchy zabrać w lutym do Sydney), na równi z wychowaniem fizycznym (a potem wszyscy ganiają na fitness, do siłowni [Frytki nie dotyczy, przyp. autor], na basen, bo to chyba jest trendy), matematyką (a potem jest problem z obliczeniem reszty/raty kredytu, z rozliczeniem rocznym, etc.), polskim (a potem nie da się czytać nawet głupich komentarzy na facebook'u, i to wcale nie chodzi o nowomowę, a o zwyczajną ortografię), historią (wie ktoś kiedy była Unia Lubelska? Ja wiem, ale dlaczego to Wam kiedyś opowiem), biologią, fizyką, chemią i techniką. Gdzie nie uderzysz - nielubienie.
A ja będę do znudzenia gadać o "takim klimacie". No bo taki klimat mamy. I ani o pół słowa nie pomyliła się tamta pani. Jakie są jego efekty, tego klimatu? Polecam poczytać. I proszę przy mnie nie mówić o globalnym ociepleniu. Ani o innych bzdetach.
Bardzo mnie męczy narzekanie. Tym razem napiszę tylko o zimowym narzekaniu. Do niektórych żadne racjonalne argumenty nie trafiają. Jak grochem o ścianę.
Od jakiegoś czasu już z tym nie walczę. Uśmiecham się tylko do siebie. Bo co mnie obchodzi, że ktoś marnuje swoją energię psychiczną, tak potrzebną w zimowy czas, na bzdety?
Ja się uśmiecham. Biorę Młodego na górkę i jazda. A malkontentom polecam przeczytać.
Dzisiaj podzieliliśmy się z WOŚP-em. Daliśmy im trochę tego, czego wiele nie mamy, ale my wiemy, że warto. I wyprzedzam wszystkie przeciw, mam w nosie co myślą wszyscy o Owsiaku i całej akcji, o tym, że wyręcza państwo, że Woodstock, że polityka itd. Mam to wszystko w głębokim poważaniu. Mogłabym przytoczyć przykłady, te które się wydarzyły. Mogę popolemizować w odniesieniu do tego, co nam się należy, a czego nie ma. Ale ja mam to zwyczajnie gdzieś. Nie będę dyskutować. Dałam, bo chciałam. Bo wiem, że to działa. Bo pojadę w końcu na Woodstock, tak jak byłam na Letniej Zadymie w Środku Zimy. Tak, też Owsiakowa, starożytna już, impreza.
A dzisiaj szłam z pełną kieszenią monet, wróciłam z pełną kieszenią serduszek, posłuchaliśmy świetnych zespołów, ale przegnał nas zimny wiatr i zmarznięte ręce. I tak było warto.
Wczoraj natomiast spędziłam cudowny dzień na spotkaniu naszym babskim. Z pysznym jedzeniem, z pogaduchami, z moim urodzinowym tortem i cieszę się, że mimo malkontenckich "komu się będzie chciało" i "wątpię, żeby to znów się rozkręciło" z wiadomego źródła, dzieje się, kręci, rozkręca i nabiera kolorów.
A jutro nowy tydzień.
Biedny - chwilowo, próbujący ze wszystkich sił przetrwać, nie poddawać się, wybić, odbić, żyć pełnią życia. Taki, który znalazł się w takiej sytuacji z własnej woli, ale uzasadnionej. Taki, który był bogaty, miał wszystko, samochód, mieszkanie, kasę na zagraniczne wyjazdy, nie martwił się zawartością portfela i lodówki. Obecny stan to wybór i splot różnych okoliczności. Ale Biedny nie poddaje się. Walczy. Nie traci nadziei, poczucia humoru, pozytywnie nastawiony jest do świata. Ma pomysły, ma chęci, z realizacją gorzej, bo kto pomoże Biednemu? Ale mimo wszystko on idzie dalej, próbuje, bo kto nie próbuje ten nie wie czy da radę. Myśli. Tworzy swoją przyszłość. Mozolnie, cegiełka po cegiełce, i cieszy się, kiedy to co zbuduje trwa. Przyjmuje pomocną dłoń ze ściśniętym sercem i żołądkiem, ale wie, że dzięki temu ma szansę. Każdy kroczek na przód go cieszy, każdy dobry dzień, każdy dzień bez zmartwień. Stara się. Pcha swój wózek na szczyt, na którym już był i wie do czego dąży.
Po drodze mija mnóstwo kamieni. Niektóre to te milowe, zaznaczają przebytą trasę. Cieszą oko, duszę i wywołują uśmiech. Inne trzeba omijać, czasem bardzo nadrabiając drogi, ale on dalej idzie w górę. Mozolny marsz ku wolności, którą już zna.
Bogaty - nigdy nie był na dnie. Zawsze miał ciepło i pełno. Nie doświadczył drogi, którą kroczy Biedny. Nie wie co to strach. Nie wie co to znaczy walka o byt. Nie zna problemów, z którymi boryka się Biedny.
Ma za to mnóstwo dobrych rad. Szczególnie takich jak żyć. A także wie doskonale dlaczego Biedny jest biedny. Bardzo dobrze zna się na uczuciach, które rządzą innymi. Bardzo dobrze wie, co Biedny myśli. I wie też dlaczego marzenia Biednego się nie spełnią. Ma patent na bogactwo i szczęście.
Drogi Biednego i Bogatego zbiegły się w jednym punkcie. Biedny został wykorzystany, pokazał co potrafi, ale w swej drodze na szczyt potrzebuje czegoś, co ma Bogaty. Tyle że Bogaty nie chce zapłacić Biednemu za jego wiedzę, pomoc i fachowość.
Za to ma dobre rady.
Biedny jest zdziwiony radami. Próbuje znaleźć powód, dla którego został tak potraktowany. Bo Biedny, mimo, że był na górze, zawsze miał sporo empatii dla innych. Nigdy nikogo nie odrzucił, nie porzucił i nie karmił dobrymi radami. Nigdy nie mówił nikomu, że ten żyje źle, a raczej opowiadał o sobie i mówił jak to działa u niego.
Uczę ludzi co to jest spontan. Spotkaniowy spontan.
To jest to, co ja lubię bardzo. I czego bardzo mi brak. Bo teraz wszyscy z kalendarzem w rękach: dzisiaj nie, bo dentysta/teściowa/obiad/kurs/dzieci...
A może tak czasem zwolnic? I zrobić coś dla siebie?
A może tak czasem zejść z drogi uporządkowanych działań i utartych ścieżek?
Może sobie wyjść, połazić bez celu? Bez względu jaka jest pogoda?
Może zrobić sobie wolne od obowiązków?
Namówiłam koleżankę, żeby wyrwała się wieczorem ze mną na kawę, a może winko. Już widziałam, że goni w piętkę. Praca, dziecko, obowiązki. Powiedziałam: zadzwoń. Godzina i jestem w mieście. Ucieszyła się jak nie wiem co. Więc się spotkamy, jak już się ogarną po szpitalu..
Czasem nawet nie musi to być spotkanie.
Pogadałam ostatnio z moją kumpelą z licealnej ławki. Nie widziałyśmy się z 15 lat. A było tak, jakbym siedziała na przerwie pod ścianą na korytarzu. Cudowne uczucie! Rozmowa, po początkowym ile dzieci i z kim, popłynęła tak jakbyśmy widziały się wczoraj. Wspominałyśmy jajecznicę na wagarach. U mnie w domu.
Przed chwilą skończyłam rozmowę z kumplem z liceum, z którym też nie widziałam się z 15 lat. I co? I to, że nie dość, że dowiedziałam się fajnych rzeczy na mój temat, to jeszcze wymieniliśmy się numerami, a w wakacje będzie wielkie spotkanie. Bo że będzie to nie wątpię. Wspominaliśmy herbatki i ciasta u mnie. I mój wielki optymizm.
W końcu jestem u siebie. Jeśli wiecie co mam na myśli.
Nie wytrzymałam wczoraj. Poszłam wymienić kupiony zestaw bitów i wkrętak, bo nie szło za nic na świecie zamocować nasadowych kluczy. Nijak kwadrat nie pasował do sześciokąta. Wymieniłam sobie na inny. Czuję się bezpieczniej z zestawem w moim pudełku na narzędzia. Jeszcze jest kilka innych, które mieć będę, ale to z czasem. Powiem Wam tylko w sekrecie, że niedługo będę kłaść płytki...I mówię całkiem serio.
Bardzo lubię pewien stan. Kiedy myślę o czymś i nie widzę rozwiązania, zapętlam się, wracam znów, zaczynam od nowa, analizuję. W końcu mówię dość. Odsuwam to od siebie, niech dojrzeje. I wracam po jakimś czasie. I nagle pokazuje się rozwiązanie. Jasne drzwi w ścianie. Czasem są malutkie, dlatego trudno je dostrzec. a czasem są wymalowane wielkie, tak wielkie, że też ich nie widać. Ale w końcu znajduję rozwiązanie.
I tak właśnie, leżąc sobie w noc poprzedzającą sylwestrowe szaleństwa, nie mogłam zasnąć. I wróciłam do pytania: co dalej? Co zrobić, żeby zrealizować swój plan.
Nagle rozwiązanie przyszło samo. Chodziłam w kółko w miejscu, a wystarczyło się rozejrzeć. Teraz tylko zrealizować to co wymyśliłam. Od jutra zaczynam. Od jutra nie dlatego, że nie chcę, jak to zwykle jest z różnymi aspektami naszego życia - odchudzaniem, rzucaniem nałogów, itp., ale dlatego, że od jutra pracują osoby potrzebne mi bardzo.
Będzie się działo!
Za chwilę rozbieram choinkę. A potem moje nowe bejce pójdą w ruch. Nie nie, nie na choince. Choinka mi przeszkadza, bo stoi na stole. Poza tym sypie się już. Czas na nią.
No i tyle z pola boju. W międzyczasie czytam sobie, by nie zmarnować ani chwili.
PS: A propos pola boju...
- Nie hałasuj
- Mam haubicę to hałasuję, inaczej się nie da. Ognia!!!!
Miałam w zanadrzu post. Ale się zdezaktualizował.
Wczoraj byłam w kinie i na kolacji, w ramach zaproszenia mnie na moje własne urodziny, przez wiadomą koleżankę. W sumie wieczór należał do udanych, pomimo tego, że nie znoszę kiedy ktoś siedzi w kinie, rży na całą sale, gdy inni milczą, chociaż z moim wysublimowanym poczuciem humoru zdarza się i mi czasem zrozumieć jako jedyna na sali drugie dno (ja rżę, gdy tekst/scena faktycznie ma to drugie dno), ale nade wszystko nienawidzę, kiedy ktoś komentuje. Na głos. W ciszy sali. No najchętniej zrobiłabym jak mój ojciec, wyszła z sali obrażona. On by wyłączył telewizor, ja miałam ochotę wyjść. Serio. I gdyby nie to, że film był bardzo dobry, że Oprah genialna, że Kravitz, że genialny Forest Whitaker, Cuba Gooding Jr., Jane Fonda, nawet Mariah Carey, John Cusack, Alan Rickman i innych cały ekran, to pewnie bym wyszła. Wyszłabym, gdyby nie to, że kocham kino. Polecam film.
Poza tym dostałam kalendarz super kobiety, Beaty Pawlikowskiej. I potwierdzam. To jest Rok Dobrych Myśli. Mimo, że zaczął się bardzo dramatycznie..Ale o tym nie będę pisać.
A dzisiaj, w końcu, zajęłam się sprawianiem, żeby łóżko Młodego nie skrzypiało i nie zawalało się w dziwnych miejscach. Wymieniłam dwie listwy na których opiera się stelaż, powierciłam, skręciłam i jest.
Wpiszę sobie do cv - prawie profesjonalne usługi stolarskie. Przemilczę "fachowe" rozwiązanie, które zastosował genialny poprzedni właściciel. Mężczyzna. Wyglądał na ogarniętego.
I co jeszcze. Może to, że jest mi bardzo nieswojo, kiedy nie ma poniżej zera, a powinno być.
Ja chcę zimę! I nie obchodzi mnie, że inni mnie zakrzyczą. Ja chcę i już!
A jutro, w ramach sprawiania sobie prezentu urodzinowego, zamiast chochli do zupy i silikonowej łopatki do mieszania ciasta, jak pierwotnie zamierzałam, jadę do castoramy, kupić zestaw śrubokrętów. Naprawdę nie znoszę, kiedy mam płaskim odkręcać krzyżowe. I to niepasującym płaskim. Stąd na moim palcu plasterek z Małą Mi. Troszkę mi się omskło, ale powiedziałam tylko: o kurrrrrrrrrrrczeeeeeeee, jak boli. Naprawdę!
Wierzcie mi, bez sprzętu czuję się jak bez ręki!
Kolejny raz w sieci, kolejny raz sama, kolejny raz...
Ale szczęśliwa.
Zasłuchana w trójkę.
Nawet poszły moje życzenia.
Za oknem regularna wojna. Ale mi to nie przeszkadza.
Całuję i ściskam. Cieszcie się tak jak ja, z tego, że wszystko jest na swoim miejscu. Albo przynajmniej dąży do celu.
Tak mi się przypomniało.
Nie będzie podsumowań, planów na przyszły rok, postanowień noworocznych, oceniania i innych tym podobnych.
Jedno do czego się przyznaję to porównanie tego samego momentu rok temu, ale nie w perspektywie kalendarzowej, tylko zmian. Kalendarz służy mi li jedynie za punkt odniesienia.
Wszelkie zmiany, plany i postanowienia, albo wchodzą w życie w momencie podjęcia decyzji, albo wcale. I nic do tego nie ma data w kalendarzu.
Poza tym, postanowiłam przejść na podział czasu na sposób elficki, wymieszany z pogańskim, kiedy to rządziły pory roku, a nie cyferki na tekturce od kominiarza.
Od dzisiaj moje motto brzmi: jak nie teraz to nigdy. Oczywiście z modyfikacjami. Bo nie wszystko jest możliwe tu i teraz. Na przykład nie kupię sobie obiektywu już dzisiaj.
Idę więc zrobić coś, co zaczyna się od jutra, a co tak naprawdę nigdy się realizacji nie doczekuje (no może poza kilkoma światłymi przykładami). Nie ma od jutra. Od teraz.
A propos kalendarza.
Naprawdę żałuję, że nie mam komina. Takiego do czyszczenia. (Sis, ty się nie śmiej, bo ja tu na poważnie).
Bo przychodzą do mnie kominiarze. Mam czasem wrażenie, że te kalendarze roznoszą tak ze cztery razy w roku. Zwykle się wymiguję, albo raczej zdjęta jakimś zabobonnym strachem, bądź też idiotyczną nadzieją, że roznoszą jednak szczęście po świecie, mam te kilka złotych i, no i daję im za ten kawałek tekturki parę złotych.
W tym roku jednak zostałam zaskoczona i wrobiona.
Zaskoczył mnie kominiarz w toalecie. Znaczy, nie do końca, bo se sam sobie nie wszedł do domu, ale dzwonek mam blisko drzwi od toalety. A żeby było śmiesznie, sekund pięć może wcześniej Kudłata wychodziła. Myślałam, że sobie robi z matki jaja, dobrze, że się kompletnie ubrałam. Bo za drzwiami stał pan kominiarz. A ja pierwszy raz nie miałam kasy, Kudłatą właśnie wysłałam z kartą do bankomatu. Ale szybko sobie przypomniałam i mówię, że nie mam kasy, zaledwie jakąś resztę w kieszeni i wyjęłam może z 70 groszy z kurtki. Na co uśmiechnięty kominiarz wygrzebał z mojej dłoni jeden grosik i mówi: na szczęście! I poszedł.
Kalendarz przejął Młody, i dalej sprawdzać daty. Krzyczy: ale tu się nie zgadza! No to pytam: a sprawdziłeś na który to rok kalendarz? No i Młody stuknął w kalendarz i z uśmiechem mówi: no tak! Tego nie sprawdziłem!
Tak więc postanawiam, że od teraz postanowień nie będzie!
PS: Upiekłam murzynka. Przepraszam!!! Afrociasto! Bez przepisu. Wyszedł niebiańsko delikatny, pyszny, słodziutki, mniam.... Chciałam upiec murz..afrociasto takie, jak piekłam z mamą przez całe moje młode lata. Byłam niecnie wykorzystywana do mieszania w garze, żeby się nie zagotowało. Jak ja tego nienawidziłam!!! Ale naszła mnie ochota. Przepis, niestety, zniknął w pomroce dziejów, bo mamunia miała zapisane, owszem, ale jak to mamunia, robiła kiedyś porządki. I nie ma większości fajnych przepisów...
Wymyśliłam więc, że zrobię. Że się tak wyrażę, mechanizm pieczenia takich ciast jest mniej więcej taki sam. Albo przynajmniej bardzo podobny. Albo mniej więcej podobny. W każdym razie wymyśliłam sobie co mi potrzebne, o ile to się nie martwiłam, przygotowałam wszystko jak należy, tak jak lubię. No i zabrałam się za ciasto. W każdym razie, wydawało mi się, że będzie ciężkie i nie wyrośnie. a tu niespodzianka. nie dość, że wyrosło, to jeszcze jest delikatne, nie klei się do zębów (nie znoszę kiedy takie ciasto klei się, szczególnie kiedy nie ma żadnej masy czy kremu).
Wyszło cudowne. Mogę z dumą siebie pochwalić.
Jak człowiek chory, to ma czas na przemyślenia. Tak, wiem, już o tym było. Ale teraz będzie o czym innym.
Chciałabym zrozumieć. Poczuć. Pojąć.
Ale do rzeczy.
Kiedy coś robię, staram się tak na 100% dać z siebie wszystko. No dobra, może nie zawsze, bo sprzątam na pół gwizdka, aż mi się znudzi (często mi się nudzi).
Ale o co mi chodzi. O to, że nigdy jeszcze nie poczułam tak do końca, że jestem czegoś 100% częścią, że coś dotyczy mnie na 100%, że mam w coś taki właśnie wkład. Ciągle czuję, że mogłam więcej, lepiej, dalej, mocniej, wyżej, bardziej.
I tak.
Nigdy nie czułam się w całości punkiem, choć tak wyglądałam, i słuchałam tej muzyki.
Nigdy nie byłam do końca fanką The Cure, choć tak wyglądałam, i słuchałam tej muzyki.
Nigdy do końca nie będę metalem, bo słucham punka. I the Cure.
Nigdy do końca nie czułam się dorosła i chyba nigdy się nie poczuję,
Nigdy do końca nie byłam perfekcyjna w jednej dziedzinie, bo w wielu jestem dobra, w wielu słaba, wielu jeszcze nie próbowałam.
Nigdy nie miałam poczucia takiej bezgranicznej przynależności do jakiejś grupy.
Nigdy nie zaznałam uczucia, że wiem już wszystko, co chciałam wiedzieć.
Ale wiem jedno, z tym nie-100% byciem jest mi dobrze.
Bo jestem sobą.
Czy jestem niesamowita, Fryciu? Nie wiem, chyba raczej mogłabym bardziej się postarać. Bo wydaje mi się, że mogę więcej i mam więcej możliwości, niż wykorzystuję.
Czy jestem szalona? Też nie do końca. Bo zawsze rozsądek i lenistwo gdzieś się zjawią i usadzą mnie w miejscu. A przecież co to dla mnie wsiąść do autokaru i wycieczka na południe, prawda Tygrysie?
Mogę to wszystko. Tu i teraz. Nie ma przeszkód. Żadnych. Prawie.
Prawie, którego nienawidzę, zatrzymuje mnie w miejscu. Ale już mnie nie więzi.
Teraz, kiedy rozumiem siebie, kiedy odnalazłam swoje ja, kiedy to ja panuję nad sobą, a nie inni, mogę wszystko.
I nie zawaham się tego robić.
A a propos procentów. Zlałam, z dużym opóźnieniem, żurawinówkę, którą robię według przepisu Dreamu.
Jeszcze przed nią 3 tygodnie. Tym razem już jej nie "przenoszę". Bo spróbowałam i jest już teraz pyszna.
Więc jak widzicie, nawet nalewka nie jest w 100%, bo spirytus miał jedynie coś koło 90:)
Powinnam wpisać się w schemat i wszystkim życzyć wszystkiego najlepszego. Co też czynię.
Nie znoszę składać życzeń, wymyślać słów, które będą brzmiały wyjątkowo, ale znaczyć będą to samo. Ogólnie nie znoszę składać życzeń. Jeśli już to robię, to zwyczajne wszystkiego najlepszego niesie za sobą cały ładunek moich myśli, wszelkie wibracje na granicy czarów, myślenie pozytywne, tak oklepane, ale tak przeze mnie uwielbiane. Za tymi słowami kryje się wszystko to, czego nie sposób wyrazić. Bo jak życzyć zapierającego dech w piersiach widoku zachodzącego słońca, emocji związanych z czytaną książką, czy zachwytu nad ulubioną muzyką? Jak powiedzieć ciesz się życiem, pogódź się ze sobą samym, znajdź radość w codzienności?
Ja to umiem. Dlatego życzę wszystkiego najlepszego. Wybierzcie sobie z tego to, czego Wam potrzeba.
Ponieważ wszystkie moje plany wzięły w łeb, i to dosłownie, siedzę tu smętna, zamyślona i oswajam się z tym, że nie do końca jest jak być powinno.
A miało być tak pięknie...
Miałam sobie dzisiaj i jutro powędrować ulicami miasta, popałętać się po rynku, usiąść gdzieś nad filiżanką herbaty, poobserwować ludzi, porobić zdjęcia, ponacieszać się tym czasem.
Wszystko to upadło dzisiaj. Nie ustaję w wysiłkach, żeby jednak.
Zaczęło się od mega kataru. Nie miałam go od dwóch lat pewnie. Więc zemściło się w czwórnasób. Nie zatkało mnie, ale zastanawiałam się nad wykorzystaniem jakichś korków, bądź też tamponów, żeby zatamować powódź. Z tego wszystkiego, ciągle się podśmiewując(!!!) i mając nadzieję, że "jutro będzie lepiej" zaczęłam płakać. No dobra, łzawić. A tu w zamierzeniach gotowanie...
Miałam taki plan, że zrobię sobie wszystko w ciągu kilku dni, na spokojnie. Nic z tego. Przepłakałam te dni. Aż nadszedł wtorek. Zwlokłam się z łóżka, założyłam okulary przeciwsłoneczne, gdyż nadwrażliwość na światło nasilała się i stanęłam do boju. Nalepiam ze 150 uszek i pierogów z kapustą i padłam...
Potem jakoś udało nam się usiąść do stołu. Znaczy mi.
W każdym razie nie spodziewałam się dnia dzisiejszego. Walcząc z katarem i tym, żeby nie zawaliło mi zatok, zupełnie nie pomyślałam o tym, żeby zaopatrzyć się w większą ilość czegoś na migrenę, albo przeciwbólowego. Wszystko mi się dzisiaj skończyło. A żeby było weselej dzień zaczął się okropną migreną lewostronną. Apteki na tym zadupiu nie uświadczysz, takiej co by otwarta była w święta, a jechać do miasta z takim bólem nie chciało mi się zupełnie.
Rzutem na taśmę napisałam smsa do znajomej. Okazało się, że ma zapasy, że może mi nawet przynieść, ale poszłam się przewietrzyć. Fakt, jak zadzwoniła, rozpłakałam się w słuchawkę, bo...bo jakoś tak się poczułam bezradna. Ale poszłam, wróciłam, żyję. Nikomu nie życzę.
Tak więc dzisiaj siedzę w okularach przeciwsłonecznych, słucham mojej ukochanej muzyki, czytam książki, przyglądam się choince i rozmyślam.Staram się nie patrzeć w lustro, bo wyglądam jakbym piła z tydzień, takie mam podkrążone oczy i jestem blada jak ściana.
Może jutro uda mi się wyjść?
I jeszcze jedna konkluzja mojego myślenia o życiu. Dzisiaj jestem dużo dalej, niż rok temu. Jest o wiele lepiej niż było rok temu. Bagaż doświadczeń mi się powiększył i mam nadzieję, że zmniejszył poziom naiwności.
Ale zasadniczą, najważniejszą sprawą jest to, że jest lepiej.
Niech zobrazuje to fakt, że w tym roku mam choinkę.
Strzeżeniowiedźmowe drzewko :D
Na dziś:
Shinedown - Breaking Inside
Uwielbiam. Moim wielkim marzeniem jest pojechać na ich koncert....
Jakby to ująć. Chciałabym napisać coś niesamowitego i zupełnie nowego. Takiego, że spadły by Wam kapcie z wrażenia.
A ja tylko w zwykłym niedoczasie jestem.
Dzieje się, dzieje. Różne zawirowania. Takie pokłosie Ksawerego, tyle że nie meteorologicznego.
Więc tak.
Się tworzy różne rzeczy. Na szybko, na czas, na już i wczoraj. Bo święta. I każdy coś chce.
Nawet osiemnastka się trafiła. Znaczy kartka na osiemnastkę. Własnie ją robię i nie będzie grzeczna :>
Się gania na spotkania załatwia i jest się ciągle pod telefonem. I fajnie.
Tylko, kurczę, nie ma czasu nawet się wyspać. Ostatnie dwa tygodnie śpię mało, biegam, załatwiam i wymyślam. Mam jednak ogromną satysfakcję.
W między tak zwanym czasie odbyłam kilka kolejnych poważnych rozmów. Z wiadomą osobą i w wiadomym celu.
Dzięki temu wiem, co i jak.
Wiem, że to moje ostatnie chwile z koleżanką.
Wiem, że niektórzy nie potrafią niektórych spraw ogarnąć.
Wiem, że nie każdy nadaje się do prowadzenia firmy.
Wiem, że niektórzy wszystko traktują literalnie.
Zobaczyłam jak można się zmienić w ciągu kilku tygodni. I jak łatwo można skrzywdzić drugiego człowieka słowami, bo się nie umie z nich korzystać. Ciekawa jestem, jak szybko można pozbyć się empatii? Przestać zauważać pewne rzeczy? A najbardziej dziwi mnie jak można jedno mówić, drugie robić. Ja tak nie umiem.
Wobec wszystkiego co się wydarzyło, postanowiłam już dziś:
jak najszybciej zwijam się z tamtego interesu. Będzie mi żal. Bo to fajny pomysł, fajna praca. Ale ja tak nie umiem i nie chcę.
Czas zakasać rękawy i zmienić to, co jest do zmiany.
Ale jedna rzecz uradowała mnie niesamowicie. Popłakałam się. I ze śmiechu i z radości i wzruszenia. Dostałam bez ostrzeżenia paczkę, a w niej prezenty dla dzieciaków i dla mnie.
Bardzo bardzo bardzo chcę podziękować kochanej Frytce i Desperowi, bo to oni zrobili dla mnie HO HO HO :)
Nie wiem jak Wam dziękować.
A selera nie stwierdzono, nawet w ilościach śladowych :)
Na dziś: Garou - Reviens
Znów się nie linkuje. A poza tym uwielbiam Garou :))
Grudzień jest.
Olśniło mnie dzisiaj.
Tak właśnie mogę zobrazować ostatnie czasy. Już śnieg dał mi do myślenia, tyle, że pomyślałam sobie: jeszcze grudnia nie ma, a już śnieg pada...Nawet Mikołaj w piątek nie poruszył mego wewnętrznego kalendarium i nie nastawił mnie na grudniowe życie.
Ale właśnie doznałam olśnienia. Drugi raz w ciągu trzech dni. To zaczyna być niebezpieczne.
Grudzień jak grudzień. Obfituje w kolorowe światełka, choinki, Mikołajów, elfy, sanie i inne akcesoria.
I oczywiście w nieśmiertelny hicior, który wyziera zewsząd.
Zostałam zaproszona gdzieś w połowie listopada na wydarzenie założone na facebook'u, o wdzięcznej nazwie Last Christmas vol.4. Z ciekawości, bo jakże by inaczej, zajrzałam co to. Okazuje się, że to swoiste zawody, kto najpóźniej usłyszy słynny przebój zespołu Wham. Przekalkulowałam swe możliwości (do galerii nie jeżdżę, radia nie słucham, w necie przecież mnie nie zaatakuje. Wygram! O jakże się myliłam.
Obserwowałam, jak odpadają co chwilę kolejni gracze. Śmiałam się pod nosem.
I stało się. Pewna sieć komórkowej telefonii, której od tego wydarzenia już poczwórnie nie lubię, nadała w necie reklamę...
Wyobraźcie sobie to, co zalało mi wzrok. Co zagotowało mi krew. Co spowodowało, że rozpadł się mól plan. Moja wygrana poszła sobie wraz z pierwszym, nomen omen, "Last Christmas I gave you my heart"...
Tak więc mogłam spokojnie, bez nerw, pojechać dzisiaj do galerii po rękawiczki dla Młodego, bo okazało się, że praktycznie wszystkie "gdzieś" się zgubiły. I jak na złość w galerii nie leciała żadna rzucająca się na mózgownicę muzyka.
Jak pech to pech.
Na dziś:
Ha! Pewnie się spodziewacie hitu stulecia!
Figa z makiem.
Znaczy chyba już mogę zacząć odpoczywać i nie pędzić. Bo nie że nic nie robić, o nie. Tak dobrze to nawet ci, co nic nie robią nie mają. Teraz sobie spokojnie popracuję.
Ale właściwie to chciałam się poskarżyć.
Z tego całego pędu, i innych okoliczności, o których za chwilę, zupełnie zapomniałam, że...trzeba napisać list do Świętego Mikołaja. A że zapomniałam, to teraz mam.
W piątek rankiem budziłam Młodego. Już, szybko, ubieraj się, wstawaj, zęby, śniadanie, spodnie, to masz lekcje, czy nie, jaki odświętny strój?? kiedy mi o tym mówisz, rano?? chyba żartujesz..
I wychodząc z pokoju, nagle stanęłam w drzwiach jak wryta, zatkało mnie, olśniło, zdębiałam, doznałam paraliżu. Mikołaj!!!
Zatrzasnęłam drzwi. Znaczy zamknęłam, one się trochę blokują, bo jakoś tak kijowo są osadzone. Pędem do szafki, a że prezenty ograniczone, to wcisnęłam w but czekoladę i odetchnęłam z ulgą. Zdążyłam! Znaczy Mikołaj zdążył!
Niestety, o mnie zapomniał. Na amen.
Za to kilka godzin później poszłam na nasz szkolny kiermasz. Z ramienia rady rodziców. Robotę miałam właściwie po kiermaszu. Stałam jednak cały czas przy stoisku naszej klasy. Przyznaję, nie brałam udziału w organizacji i baaaardzo tego żałuję. Obiecałam sobie, że za rok wezmę sprawy w swoje ręce.
Obawiałam się, że kiermasz nie wypali. Bo i Ksawer się rozbujał, i nagonił śniegu, światła zgasły, ale tylko uliczne i na pół godziny może. Ksawery poszedł sobie zanim kiermasz się rozpoczął. Nawet odsłonił na trochę niebo i pozwolił poczuć cudowną zimę - lekki mróz, skrzący śnieg, cudo! Potem jednak ociepliło się lekko, kiedy naszło kłębowisko stalowych chmur i sypnął wielkimi płatami śniegu.
Jak wracaliśmy do domu, znów było fajnie.
Tydzień zakończył się tak jak powinien. Aczkolwiek w międzyczasie zaliczyłam stan podwyższonego napięcia i zdenerwowania i chyba żaden środek w aptece by nie pomógł.
W każdym razie jakoś minęło, jakoś się rozeszło i jakoś jest. Jak, będę wiedziała jutro. Bo prześpię w końcu drugą noc pod rząd. Tak prawdziwie.
Dobranoc.
Kiedyś. Położę się i tak będę leżeć. Nikt mnie nie ruszy, nikt nie będzie miał tyle siły.
Czemu?
Bo tak jakby lekko zmęczona jestem. Fizycznie chyba bardziej niż psychicznie, ale to się okaże na dniach. Na razie w skrócie telegraficznym:
1. burak burakiem zostanie i choćby w towarzystwie schabowego był, nie zmieni swego statusu społecznego.
2. myślę, że po spotkaniu psycholog i pedagog ockną się gdzieś w połowie tygodnia. Bo spowiadałam się i ja i burak (nie że niby ja ten schabowy) i dzieci.
3. Przeszło spokojnie, aczkolwiek z Młodym jeszcze trochę trzeba popracować. Rozłożyć emocje na drobne i poukładać je spokojnie.
4. Upewniłam się, że zrobiłam co należało, zamieniłam 3 zdania z burakiem, który od dwóch lat milczy do mnie, tkwiąc w przeświadczeniu, że i tak nic nie wskóra, co oczywistym jest, bo nie wskóra.
5. W związku z pkt.5 przekonałam się, że 100% obojętności w stosunku do jego osoby, to najlepsze co mogę z siebie wykrzesać. Poza widzeniem powietrza.
6. Dzielna to bym była, gdybym zajechała tam z kałachem i zrobiła porządek.
Ale.
Zamiast spać, zalegać, odpoczywać, ja tu piszę, i już kombinuję jak poukładać jutro.
Chore.
Ale ja się nie chcę leczyć.
Na dziś:
Dawid Podsiadło. Cokolwiek sobie włączycie, ja tam jestem. Znaczy słucham. To miód i balsam na duszę i sennie opadające powieki, kolor w świecie muzyki, akcent na sercu i energia, której dziś mi brak, jednocześnie ukojenie, którego potrzebuję.
Dobranoc..
Korzystając z okazji, że zaplątałam się w sieci i trafiłam na swój blog, pragnę wyznać co następuje:
1. Kraj ten normalnym zwany być nie może. Zmusza obywatela do krętactwa i matactwa. Uczy jak nalać z pustego, a przelać w pełne.
Tak więc szukam teraz wyjścia i jest mi z tym źle, ale muszę, bo nie mam wyjścia. Otóż przyznano moim dzieciom stypendium socjalne. Ale żeby nie było tak fajnie, to żeby je dostać muszę przedstawić rachunki, że już je wydałam. Bo ono przysługuje co miesiąc, ale wypłacane jest w dwóch transzach, czyli w grudniu i czerwcu następnego roku. Potrzebuję paragony na ciuchy, buty, tonery, co tam jeszcze, komputer może, zeszyty, przybory szkolne... Ma ktoś? Wolne? Na zbyciu? Od sierpnia do grudnia.
Jak mam wydawać pieniądze, których nie mam?????
PA RA NO JA
2. Jutro ten dzień jest. Kiedy zrywamy się przed świtem i pędzimy kilkadziesiąt kilometrów stąd, żeby se pogadać przez 4-5 godzin z psychologiem sądowym biegłym. Żeby mógł ocenić, czy moje dzieci są szczęśliwe i co z tym fantem zrobić. Cóż. Młody zbuntował się okropnie, że nigdzie nie jedzie. Popłakał się łez strumieniami, zaliczył małpie zwyczaje jednego wieczoru wisząc na mnie, dobrze, że nie wyłuskiwał mi pcheł. Po czym stwierdził, że po co go mają pytać czy mu jest dobrze, przecież to oczywiste, że jest mu dobrze. Ale żeby było jasne, pogadaliśmy na luzie, łaskawie zgodził się spotkać z panią Pedagog (powiedziała, że przygotuje go na spotkanie, żeby wiedział jak sprawa wygląda), chociaż miał małe spostrzeżenie, że nie idzie do żadnej pani PEDAGOG, bo co ona ma wspólnego z PSYCHOLOGIEM i w niczym mu nie pomoże, po czym dzisiaj stwierdził, że pani Pedagog jest super, u niej jest super, i umówił się na poniedziałek, żeby opowiedzieć jak było. Bardzo lubię panią Pedagog.
3. Czas pędzi. Jak wrócę to nie będę miała czasu znów. Organizujemy jako Rada Rodziców kiermasz świąteczny i mamy mały za..dużo roboty mamy. Poza tym codziennie jestem w szkole. Bo mi się chce. I chce mi się ganiać z plakatami. I w ogóle mi się chce.
4. Finiszuję z rozwiązywaniem problemów "w pracy", że tak eufemizmem polecę. I będzie to ostre cięcie.
Prawdopodobnie w poniedziałek. Aczkolwiek nigdy nic nie wiadomo. Może już jutro po powrocie.
5. A poza tym idę spać, bo zostało mi 5,5 godziny snu.
Na dziś:
Edie Brickell - Circle
Niezmiennie urzeka mnie płyta z The Bohemians..Od 21 lat....
Wczoraj, na zakupach, klasyczny obrazek. Szeroka dość alejka w biedrze, w poprzek stoi wózek, w wózku dziecko, obok pani, która przeglądała coś, jej mąż. Kudłata szła, mąż do żony: przesuń wózek, bo ktoś idzie. Na co pani: mówi się przepraszam. A ja z drugiej alejki: to się nie stoi wózkiem w poprzek, odrobiny kultury brak? Pan się nie odezwał, bo babsko takie wyższe i większe ode mnie, próbowało zmiażdżyć mnie wzrokiem, ciskać gromy, ale się już nie odezwało. Olałam też ten zabójczy wzrok.
Tak, spięłam się.
Tak, przeszkadza mi bezmyślność innych w miejscach publicznych. Przeszkadza mi głupota i chamstwo.
Zawsze staram się jak najmniej przeszkadzać. W autobusie, kiedy stoję w tłumie uważam, żeby plecakiem kogoś nie uderzyć, nie depnąć, nie wpaść na kogoś. W sklepie tak się poruszam, żeby nie wchodzić w drogę nikomu. Tak samo na chodniku, zawsze idę prawą stroną, kiedy widzę kogoś przede mną. Tak samo ustawiam się na światłach. Bo to naturalne, ale chyba tylko dla mnie. Kilka razy zdarzyło mi się, że ludzie wyminęli się na pasach bez kolizji. Najczęściej odbywa się taniec na środku, bo ktoś komuś musi ustąpić drogi.
Dlaczego nie stosujemy się do takich elementarnych zasad?
Naprawdę tak trudno zwyczajnie pomyśleć?
Czas zlewać żurawinówkę. Jutro się tym zajmę.
Ale znalazłam pigwę. I chyba zrobię pigwówkę :)))
Chociaż mój syn, nie mający żadnych traumatycznych i nietraumatycznych przeżyć związanych z piciem alkoholu, mocno angażuje się w wyjaśnianie mi, że on nie chce, żebym piła, nie chce, żeby w domu był alkohol i jest autentycznie poważny w tych dywagacjach.
Nie wiem skąd mu się to wzięło. Nigdy nie widział mnie z kieliszkiem, butelką czy puszką. Nigdy przy nim nie piłam, nie wspominając o upijaniu się. Muszę go podpytać, dlaczego tak mówi i skąd mu się to wzięło.
...że tak powiem bez ogródek, urwanie mam, czego to nie powiem chociaż już po 23 jest, a wręcz przed 24. Bądź też 0.00 Moja kuchenka zdecydować się nie umie, więc pokazuje 24.00 a potem 00.01.
W każdym razie, odpada mi to i owo, nie wspomnę już nawet o chwili wolnej na poleniuchowanie.
Książki czytam w locie.
Bo czytam.
Procederu tego nie zaprzestanę i nie ma możliwości, bym z tej recydywy jakoś wyszła.
Ale za to usłyszałam: ty masz czas czytać książki???
Tak. Mam. Zawsze i wszędzie. Czytam choćby chwilkę. Po to, żeby mi umysł odpoczął. Żeby oderwać się od tego, co nie do końca gra.
A nie gra dużo. Ale zagra. Już zaczyna być tak, jak trzeba.
W przyszłym tygodniu być może zacznie się kończyć rozwód. Mam nadzieję. Najbardziej boję się o Młodego, ale będzie dobrze.
A co mnie tak zajmuje?
Praca społeczna w Radzie Rodziców. Bo jak się angażować, to na całego, co nie? Na pytanie, czy nie mam za dużo czasu, odpowiadam, nie mam. Ale dlaczego mam nie robić nic i potem narzekać? Wolę zrobić tyle ile dam radę, a potem spróbować więcej. Więc sobie działam.
Nauczyłam się też, że należy się szanować. Bo ja nie zawsze umiem wypalić ripostę, powiedzieć co myślę, zawalczyć o siebie od razu. Czasu mi trzeba, przemyśleń, bodźców. Rozmów z mądrymi osobami, które zamiast słodzić walą prosto z mostu, co sądzą na dany temat, nie wydając przy tym opinii, a zmuszają do myślenia. Boli czasem, bo prawda zawsze boli. Ale też oczyszcza. Te rozmowy dają mi do myślenia. Czasem drepczę wokół, szukam luk, ucieczki, odwracam uwagę, ale zawsze, zawsze, zawsze wracam. Bo to jak z ospą. Najpierw pojawia się jedna krosta. Można ją ignorować. Potem kilka. Jeszcze nie stawiamy diagnozy. Ale w końcu swędzi tak cholernie, że trzeba się tym zająć.
I za to Tobie dziękuję bardzo, po stokroć. Za każde słowo. Ty wiesz :*
Wracając do tematu, pewne rzeczy zwolniłam. Przestałam wypruwać z siebie flaki, po to, żeby wszystko było na czas. Dlaczego to mnie ma zależeć.
W każdym razie podzielę się kilkoma spostrzeżeniami na swój temat. Wzorem Fryteczki, aczkolwiek nienominowana, ale co tam.
1. Oduczam się naiwności. Wiary w to, że jak ja coś, to inni też. Zaczynam walczyć o siebie i być egoistką w tym względzie. Dlaczego poświęcać się mam tylko ja, kosztem moich dzieci? Koniec.
2. Nie znoszę, pasjami, osób, które nie robią nic, a udają, że są zarobione po kokardy.
3. Nie podoba mi się, kiedy ktoś sam nie robi nic, ale od innych wymaga szybkości i działania. Przykład: podjęte działanie trwa. I trwa. I trwa. Wykonawca upomina się o plik. Nie ma. Potem nagle, godzina po zamknięciu firmy, wysyła się plik, po czym od 8 rano waruje się przy skrzynce mailowej, czy może już ta osoba odpisała, snując dywagacje na temat olewania klienta, opieszałości, niespełnionych obietnic. Nie umiem nie być wyrozumiała. Może dlatego, że współpracowałam z wieloma dostawcami, producentami i klientami i wiem, jak to wszystko działa. I wkurza mnie, że ktoś jest wymagający tylko wtedy, gdy sam czegoś potrzebuje.
4. Nie znoszę, kiedy coś się obiecuje, ba! wychodzi się z propozycją i nie dotrzymuje słowa. Jestem pamiętliwa, wiem. Mam pamięć słonia i pamiętam czasem słowo w słowo jakąś rozmowę sprzed lat, minę, atmosferę. Upierdliwe to jest, wierzcie mi, szczególnie, kiedy ktoś tego nie pamięta, i zmienia fakty. Nauczyłam się nad sobą panować, ale wiem, że w dogodnej sytuacji wyciągnę akta sprawy i przeprowadzę dochodzenie oraz udowodnię, że to ja miałam rację.
5. Nie wiedzieć czemu, ktoś mi podebrał kilka godzin z doby i, delikatnie mówiąc, nie wyrabiam na zakrętach. Jutro mam taki dzień, że szok.
6. Uwielbiam mieć rację, ale wiem, że niektórych to wkurza :))))
A tak dla rozluźnienia sytuacji przytoczę kilka skeczów na temat podłączania komputera telefonicznie.
Otóż moja mamma otrzymała z powrotem swój sprzęt (w szczegóły się nie wdam, powiem tylko, że zepsuła komputer jakiś czas temu).
Otóż kiedy sprzęt dostał się w jej ręce przystąpiła do podłączania peryferiów.
Ale najpierw zadzwoniła do mnie zapytać (cud!).
To mówię: na górze klawiatura - zielona wtyczka, zielone gniazdo, obok mysz, monitor na dole.
Ona: nie, co ty chrzanisz, klawiaturę mam na dole! Mysz mam na to płaskie takie, monitor na górze
Ja: Na dole? Dziwne...Ale ostrożnie, nie na siłę, delikatnie, wszystko do siebie pasuje...
Ona: nie mogę włączyć komputera! Jakaś inna ta obudowa, nie wiem gdzie! Tu cisnę tam cisnę nic!!! !$@$$!^!$^!$^%$&^&#!@@$^^(**** Po cholerę ją zmienili!!!!
Ja: spokojnie, miałaś przycisk na górze. I nie ma?
Ona: nie ma! k****
Ja: zrób zdjęcie i przyślij mmsa..
Ona: no dooobra!
Ja: postawiłaś komputer do góry nogami..Odwróć go.
Ona: JEST!!!!!!!! Działa! Jest przycisk!!! I c*** klawiatura zapaliła się i zgasła, nie mogę pisać, po ch*** to hasło! Ja nie pamiętam hasła, co oni mi tu zrobili!
Ja: spokojnie, przypomnij sobie, może było jak poprzednio..
Ona: Nie pamiętam jak było!!! Zapomniałam!!!! Nie mogę pisać!!!! Klawiatura nie działa!!!!
Ja: to zmień na tą starą.
Ona: działa.
Po konsultacjach wyszło, że klawiatura miała przejściówkę, więc kazałam odłączyć i podłączyć ją do USB.
I usłyszałam: Działa. Ja od początku wiedziałam, że to przez tą przejściówkę...
W końcu znalazło się w pamięci przepastnej hasło, uruchomiło się wszystko...
Ale oczywiście trzeba było poustawiać w programach różne opcje, głośniki, hasła itp.
I dzisiaj nie działał skype...
Ona: ciotka ma spieprzone a mówi, że to ja!!
Ja: to zaraz skonsultujemy..Ustaw tu i tu, na to i na to. Działa?
Ona: działa!!! Ha ha! Ale zaraz zadzwonię do ciotki i powiem, że to ona miała spierniczone!!!
Cała moja mamma.
Cierpliwości mi trzeba. Dużoooo cierpliwości!!!
Na dziś:
Hallelujah - Leonard Cohen cover
Uwielbiam i nienawidzę...Ze skrajności w skrajność.
Wiecie jak to jest z porządkami?
Potwierdziło się, że:
" Porządek może mieć każdy głupi. Tylko geniusz umie zapanować nad chaosem." Autor nieznany.
Do tej pory byłam geniuszem. Wkładałam rękę w stertę rzeczy i wyciągałam to, co akurat było mi potrzebne.
Od wczoraj szukam pudełka z szydełkami....
Ma ktoś jakiś pomysł? Bo mnie już ręce opadły...
Postanowiłam zrobić sobie skarbonkę.
Powodów jest kilka.
Pierwszy.
Otóż w ten wyjazdowy weekend miałam okazję zostać powiedziona na pokuszenie. Tak tak. Pozwoliłam się podpiąć do mojego body...
Było bosko. Lekko ostro, delikatny nacisk, przesunięcie, wszystko w odpowiednim świetle, ekspozycji.. Zabawa trwała jakiś czas, ale byłam zmęczona. Bardzo żałuję, ze to trwało tylko chwilę...
Tak tak. Kto kudłate myśli miał niech się czerwieni.
Miałam okazję bawić się fajnym, stałoogniskowym obiektywem. Mój aparat stał się mniej tajemniczy i odważniej przekręcam to i owo. No bo jak już się wie co jest do czego, zabawa staje się odważniejsza i wiadomo, gdzie ręce wsadzić.
Zbieram więc na obiektyw. Przydatne urządzenie w mojej pracy.
A to mała próbka zdolności tego cudu.
Drugi.
Moja drukarka, którą jakiś czas temu chciałam wykończyć, zrzucając na podłogę, okazała się mi bardzo potrzebna. Z pewnych względów nie mogę i nie chcę korzystać z druku w pracy. Emocjonalnie nie wyrobię.
Wierzcie mi, wolę iść do punktu ksero i wydrukować sobie za 2 zł kartkę z jednym napisem.
Zbieram więc na tonery.
Trzeci.
Trzecia przegródka będzie na wydatki inne. Wakacje, koncerty, kino. Powodów znajdzie się mnóstwo. Nie wspomnę nawet o tych zwyczajnych..
Wracam do pracy. Trzeba to i owo skleić.
Na dziś:
RUN DMC & Aerosmith - Walk This Way
Mam ochotę, tak od serca, podkręcić głośnik...
Wpadłam weń.
W szał sprzątania.
Powodów jest kilka.
Najistotniejszy, to punkt odniesienia. A nawet dwa. Jeden, to totalny chaos i bałagan połączony z brakiem ergonomii pracy. Drugi to prawie idealny porządek, który mam okazję podziwiać raz w tygodniu.
I tak właśnie w czwartek spojrzałam na moje mieszkanie innym okiem. Widok mi się nie spodobał. Zasłonięte okno, niepościelone łóżko, bo wyszłam wcześniej i nie miałam czasu...Ale przede wszystkim ciężka atmosfera. Nawet może nie chodzi o zewnętrze. Raczej o to jakie emocje i jakie uczucia drgają w przestrzeni. O moje odczucia chodzi.
Postanowiłam posprzątać. Zrobić porządek, taki z prawdziwego zdarzenia.
Zaczęłam wczoraj. Szalałam ze szmatką z mikrofibry, ale to nie było to. Zapragnęłam czegoś więcej.
Zmian, zmian, zmian. Poprzestawiać mebli za bardzo nie mam jak. Ale czemu nie. Zagościło u mnie nowe łóżko. Młody ma w końcu na czym spać. Zobaczymy jak minie pierwsza noc. Spadnie, czy nie spadnie?
Znam ten mój stan. Chcę zmian. Jakichkolwiek. Bo coś uwiera. Bo czegoś nowego się chce. Bo coś trzeba zmienić. To proces bardzo złożony. pokręcony i niejasny. Z totalnego chaosu wyłania się w końcu jakaś spójna całość. I tak właśnie było dzisiaj. Sprzątałam niby bez sensu. Trochę tu, trochę tam, trochę kuchnia, trochę łazienka. Tu coś, tam coś. Ale czułam, że tak muszę.
Zaczynam więc zmiany od tego co najbliżej. Zrobiłam porządeczek. Jutro dokończę na spokojnie. Dzisiaj już pachnie i jest świetnie.
A co będzie w połowie drogi? A na końcu zmian? To się okaże.
Na razie czuję, że to wszystko idzie w dobrym kierunku. I że idę tam, gdzie chcę. A co będzie dalej to zobaczymy. Dzisiaj jest dobrze.
To dobranoc. Zaliczam pad na twarz.
Na dziś:
BillWithers - Ain't no sunshine
Lubię. Lubi Kudłata. Wolimy bardziej, niż cover Budki Suflera.
No może nie tak.
Raczej z klepiska, na którym potyczka jakaś się toczy. Tylko, że mam wrażenie, że na tymże klepisku kopię się z koniem. Jakie szanse na wygranie? Chyba jakieś są.
Jestem jednym słowem lekko na wku..podniesionym ciśnieniu i z zainstalowanym niecenzuralnym słownikiem. Klnę, wyzywam i najchętniej to wyniosłabym się stąd.
Tak, naiwność, że inni mają w sobie wystarczającą ilość empatii, sięga u mnie bardzo wysoko. Topię się w niej. Tej naiwności. Ale już mi się odsłoniły oczy, uszy i za chwilę ręce się odsłonią, a wraz z tym pieprznę to co robię i przestanę się przejmować zupełnie. I nie, nie chodzi nawet o kasę, której nie dostaję tyle, ile powinnam. Chodzi mi o zaangażowanie i wykorzystywanie.
Odczułam to bardzo dokładnie wczoraj i dzisiaj. Jestem wyładowana. Totalnie. Nie mam ochoty o tym już nawet myśleć. Nie wspomnę nawet o zmęczeniu fizycznym.
Ale postanowiłam zwolnić. Tak zwolnić, żeby nie robić wszystkiego samej. Tak, żeby w końcu dupsko się podniosło i zaczęło robić we własnej firmie chociaż część rzeczy. Poza posiadaniem firmy.
A jak się ruszy, ja znikam. Bo mam alternatywę. I o tę alternatywę będę walczyć.
A z przyjemnych rzeczy.
Weekend za kółkiem - kocham dolnośląskie. Czuje się tam jak u siebie.
Mam paletę! Pamiętacie, jak pisałam, że na balkon chcę? Gdzieś wcześniej pisałam. Więc mam. Piękną, wielką paletę. Mam całą zimę na obrobienie jej. Będzie cudowna, już to widzę.
No i mam milion planów, tysiąc zebrań, trylion maili, telefonów i ogólnie jestem w biegu. Ale ja tak lubię.
Nic to, że padam na pysk.
Duży PS:
Żurawinówka z przepisu Dreamu stoi i się robi. To też dobra rzecz. Bardzo dobra. :)))