wtorek, 27 stycznia 2015

[335] Wolność. Kocham i rozumiem.

Czasem zastanawiam się, kim jestem. Intro- czy ekstrawertykiem. Mam cechy z obu przypadków. Mieszają się ze sobą i powodują, że raz jestem intro, a raz ekstra.
Nie przeszkadza mi to. Bardzo mi to pasuje. Szczególnie dlatego, że mogę być taka, jaka jestem, bez udawania.
Kiedyś było inaczej. Wiązały mnie konwenanse, powinności, muszenie i trzebowanie. Dzisiaj, jeśli czegoś nie chcę, mogę o tym jasno powiedzieć. Bez strachu, że kogoś skrzywdzę. Zresztą, jeśli chcę to również mogę.
Uczę się tego. Ktoś powie, że to egoizm. Liczenie się tylko ze swoim chceniem. Owszem. Zdrowy egoizm, który nie robi nic złego innym. Ale to zrozumieją tylko ci, którzy są świadomi wolności.
Myślenie o sobie i swoich uczuciach nie jest niczym złym. Nie będę rozwodzić się nad tym, że nie wszyscy rozumieją poprawnie słowo wolność. Czym innym jest, błędnie interpretowane moim zdaniem, bezstresowe wychowanie, a co za tym idzie posiadanie w głębokim poważaniu innych, a czym innym uczucie wolności i dokonywanie wyborów w perspektywie siebie samego.
O bezstresowym wychowaniu jeszcze napiszę, niebawem.
Dokonywanie wyborów, świadomość swego ja (nie mylić z egocentryzmem), szanowanie swoich uczuć prowadzi do wyznaczania granic. Oraz do pilnowania swojej strefy prywatności.
Nie zdawałam sobie sprawy, jaka ważna dla mnie, czasem przecież introwertyczki, jest moja przestrzeń prywatna. Dopiero świadomość siebie, zadawane sobie pytania o to, co mi zgrzyta w kontaktach z niektórymi ludźmi, dały mi odpowiedź: zadbaj o swoją przestrzeń.
Szczególnie dała mi do myślenia moja znajomość z opisywaną już tu kiedyś osobą.
Osoba ta ma zwyczaj rzucania się na szyję przy powitaniu, tulenia się na pożegnanie, dotykania, łapania za rękę, ramię. Bardzo mnie to drażniło. Odsuwałam się za każdym razem, bądź pilnowałam dystansu. Często słyszałam, że jest ona kinestetykiem i musi mieć kontakt cielesny, dotykać, przytulać. W wielu opowiadaniach o jakichś zdarzeniach, z oburzeniem mówiła o tym, że ktoś miał jej za złe, że dotyka i tuli na powitanie różne osoby, w tym duchownych. Słowo kinestetyk powinno, jej zdaniem, załatwiać wszystko.
Nie załatwia. Nie przekonuje mnie, że ktoś musi naruszyć moją przestrzeń, bo tak i już. Rozumiem jej potrzebę, ale dlaczego ona nie chce zrozumieć mojej niechęci do tego? Nie tylko zresztą mojej.
I tak zaczęłam zmieniać swoje podejście do siebie.
Wyznaczam granice.
Zaznaczam swoją strefę. Moje terytorium.
Dlatego nie wszystkim rzucę się na szyję, choć w wielu przypadkach oczywiście, że tak.
Nie z każdym będę rozmawiać otwarcie. A niektórzy z Was wiedzą, że lubię paplać na jednym wdechu długo i treściwie. Czasem może się zdarzyć, że będę milczeć i pomrukiwać, albo zwyczajnie się nie odezwę (do nowo poznanych). Zaczęłam ufać instynktowi. Zawsze wyczuwałam ludzi, ale nie zawsze tego słuchałam.
Ciągle się uczę. Ciągle ktoś narusza moją przestrzeń, albo musi mnie całować na powitanie i pożegnanie. Ale przestaję odczuwać dyskomfort, kiedy rozmowa zawiśnie na kołku, bo nie mam o czym mówić. Przyjmuję to jako głos instynktu. Dzisiaj nie muszę podtrzymywać każdej rozmowy, bo tak wypada. Dzisiaj gadam z tymi, z którymi chcę. I o czym chcę. Często w towarzystwie siedzę i nic nie mówię. Nie znaczy to, że się nudzę, albo że jestem obrażona.
Czasem lubię posłuchać. I powyciągać wnioski.


Na dziś:
Chłopcy z Placu Broni - Kocham Wolność




  

piątek, 23 stycznia 2015

[334] Ale jaja.

Ja nie mogę normalnie. Ja nic nie mogę normalnie. 
No bo...
Kupiłam odblaski. Nie takie jak były kiedyś, ale takie, jak to teraz są. No bo nasza droga do szkoły prowadzi przez las. Praktycznie bez pobocza.
Kupiłam więc odblaski, trochę nie takie jak chciałam, bo do naklejenia.
Leżały sobie dwa dni. I dzisiaj otwieram, ale że ciekawa jestem zawsze co napisano o tym, co mam w opakowaniu, dowiedziałam się, że...są tylko do użytku wewnętrznego i...na baterie AA.
Parsknęłam śmiechem i tak się zaczęło. Na moje pytanie o pomysł gdzie te baterie, posypały się różne odpowiedzi, a ja siedziałam i kwiczałam ze śmiechu. 
Potem przyszła pora na zadawanie trudnych pytań. 
Zapytałam taką jedną...
Ale nie! Najpierw zrobiłam gofry. Pyszne były. Nie obyło się jednak bez maleńkich przeszkód.
Rozbiłam jajko. Miałam oddzielić żółtko od białka, ale coś poszło nie tak i żółtko uciekło. Nie chciało się rozstawać ze swoim białym bratem i chlup. Już miałam wziąć łyżkę i wyłowić niesfornego uciekiniera, ale przypomniał mi się jeden filmik. I to, że miałam spróbować, czy naprawdę ten patent działa. --->klik
Przeleciałam po domu w poszukiwaniu butelki. Bo od kiedy nie kupuję mineralki, butelek deficyt. Znalazłam małą butelkę u młodego i.....przeprowadziłam eksperyment. No bo mała dziurka, a takie duże miało tam wejść. Niby widziałam, niby ok, ale wiadomo, trzeba sprawdzić, czy wejdzie.
WESZŁO!!! Do tego stopnia mi się spodobało, że se tą butelką wsysałam i wysysałam. Żółtko oczywiście.
I tak, w dużym skrócie, powstały gofry. 
Potem zaś nadeszła chwila zadania pytania. A brzmiało ono tak:
Czy nie zmarzną mi za bardzo jajka przez kilka godzin na dworze? 
Osoba zdębiała. Chciałabym to widzieć, bo zwykle ma gadane, że hej! Szczególnie wyraz twarzy próbowałam sobie wyobrazić, ale jedyne co mogłam to rżeć ze śmiechu jeszcze bardziej.
Reszta niech będzie milczeniem, gdyż otarło się o procesy fizjologiczne.
Dostałam natomiast totalnej głupawki.
Która trwa.
I obawiam się o swoją noc.
Z jajkami w tle...


A to dzisiejszy motyw przewodni. Podesłany przez jedną znajoma, odnośnie baterii i stosowania wewnętrznego. Dla ludzi o mocnych nerwach...






poniedziałek, 19 stycznia 2015

[333] Mój osobisty blue monday

Czyli najbardziej depresyjny dzień w roku.
To jeśli tak mają wyglądać najgorsze dni w roku, to ja poproszę takie codziennie.
Zaczęłam od...wylania przygotowanej wody. Rano muszę na czczo, czyli przed jedzeniem połknąć takie jedno coś na tarczycę, więc najlepiej mieć szklankę z wodą na wyciągnięcie ręki. Ja mam na zrobienie pierwszego brzuszka tego dnia. Mam tam też radio, które nie gra, ale wyświetla godzinę, i telefon. Oraz mnóstwo innych, mniej lub bardziej przydatnych rzeczy. No i tę szklankę z odrobiną wody. Więc dzisiaj sobie tę wodę wylałam na kołdrę i nogi.
Potem, budząc się drugi raz, bo mam kilka budzików ustawionych, sięgnęłam po termometr dla Kudłatej, bo miała zawrotną temperaturę 36 i 6. Tak, to już jest stopień więcej niż nasza norma przewiduje. Przy okazji wygrzebania termometru zrzuciłam radio. I sama z siebie zaczęłam się śmiać, bo powiedziałam w pół śnie: ups, chyba zleciałam radio.
Potem już było jak zwykle, czyli pobudka i inne, jazda do szkoły i droga ze szkoły do urzędu. Po drodze sms proszalny, o kciuki. Bo jechałam załatwić staż. Nie wiem czemu dostałam smsa zwrotnego, żebym nie załatwiała straży, bo się za to idzie do więzienia. Oraz deklarację przysyłania cytryn. Mam tylko nadzieję, że nogi całe.*
A potem już urząd, w którym spędziłam całe 4 minuty od wejścia do wyjścia. Z załatwionym, proszę ja Was, stażem. Tak więc do połowy lutego spijam rum z cytryn*, załatwiając wszelkie ważne i ważniejsze sprawy, żeby potem nic nie zaprzątało mi głowy.
Dodatkowo, w ten jakże obrzydliwy inaczej poniedziałek, z brakiem śladów jakiejkolwiek depresji, poszłam do pani optyczki, umówić Młodego na wykonanie patrzałek. Pani optyczka jest mi znana z zamierzchłych czasów, ale o tym w następnym poście. W każdym razie nie rozpoznała mnie, a enigmatyczne: jestem siostrzenicą siostry cioci, lekko wprowadziło panią w zakłopotanie i usilne procesy myślowe. Ale w czwartek się wyjaśni. Mam panieńskie nazwisko i nie zawaham się go użyć, aczkolwiek na żadną zniżkę liczyć nie mogę, niestety. Może tylko na lepsze traktowanie, przez samą szefową zakładu. Dobre i to.
Tak więc jaki tam blue monday. Dla mnie bardzo fajny, wesoły i dość mroźny, ale z tego cieszę się bardzo.

* bo po trzy stopnie popierdzielała i cytryny nasączone rumem :)

Na dziś:
Bob Geldof & The Boomtown Rats - I don't like mondays
Trochę przewrotnie.




czwartek, 15 stycznia 2015

[332] Siatkówka

Od zawsze uwielbiałam piłkę ręczną, żeby było jasne. Kontaktowy, brutalny sport. Ale miałam swoją strefę komfortu. Stałam na bramce. Nikt na mnie nie wpadał i nikt mnie nie kontuzjował. a przynajmniej nie bezpośrednio. Ale nie o tym, bo tytuł zupełnie niesportowy.
Pojechaliśmy do okulistki. Z całej naszej trójki najbardziej bałam się o Młodego. Szybko pogorszył mu się wzrok, a nie tak dawno jeszcze cieszyłam się, że ma dobry po mnie. Niestety, okazało się, że w ciągu kilku miesięcy zaledwie, przestał widzieć jaki autobus podjeżdża. Przeraziło mnie to, bo nie umiem sobie wyobrazić, jak to jest nie widzieć daleko. Małe sprostowanie - nie umiałam.
Ale wracając do tematu.
Kudłata wylądowała bez okularów. To duża ulga.
Młody dostał 1,25 w minusie. Ale brak "udziwnień", których tak się bałam.
Natomiast ja..
Przecież widzę dobrze. Tylko trochę mi się rozmazuje z bliska i przy małych literkach na opakowaniach. Uupierdliwia to troszkę życie, szczególnie przy precyzyjnej robocie, ale ogólnie jest dobrze, bo reszta działa i śmiga. Nie mam problemu z czytaniem i widzeniem. Ale wracamy do mojego badania.
Wszystko szło dobrze. Aż do czasu poświecenia mi w oko światełkiem. Usłyszałam tylko "pani ma poważne zmiany w siatkówce! Zakropimy i jeszcze raz zbadam oczy".
Atropina pogłębiła ból głowy. Dodatkowo zaczęłam czuć rozkładanie na czynniki pierwsze, spowodowane zmianami temperatur, ponieważ poprzedniego dnia siedziałam w dusznej poczekalni u neurologa, a potem wyszłam na zimne powietrze. I nagle zaczęła się jazda. Przestałam widzieć ostro. Atropina zadziałała, a ja się załamałam. Młody podstawiał mi ulotki, bo jemu po atropinie nic się nie rozjechało, za to źrenice były wielkości tęczówki. A ja zdębiałam. Nieprzyjemne uczucie.
No i po drugim badaniu okazało się, że prawe oko gorzej widzi, przez siatkówkę właśnie, lewe odrabia robotę prawego i mimo, że siatkówka ma się lepiej, to też nie jest za dobrze, a może się nagle pogorszyć. Dostałam więc skierowania (tak, na sam dźwięk słowa skierowanie robi mi się słabo) na SOCT i AF. Czyli tomografię siatkówki i angiografię. Jestem zachwycona terminami. Kwiecień w najlepszym przypadku. Albo luty. Ale lutego nie wytrzyma mój budżet. więc rozumie się samo przez się, że do kwietnia chodzę bez okularów.  
No to trudno.

Na dziś:
Shinedown - Second Chance
Teraz czaruję, żeby i oni zagrali w Polsce...



wtorek, 13 stycznia 2015

[331] Trzaski

Czas mija, dzieją się różne sprawy, jest fajnie.
Ale dzisiejszy dzień przebił wszystko. A raczej ja przeskoczyłam samą siebie.
Od początku.
Umówiona w grudniu konsultacja neurologiczna Młodego. Na dzisiaj.
Przy wypisie usłyszałam, że mam już umówioną wizytę i mam tylko przyjść. Moje jestestwo zarejestrowało jedynie skierowanie na rehabilitację oraz zajęło się tym problemem, konsultację z dnia dzisiejszego zostawiając sobie na kiedyś.
I tak sobie dotrwałam w błogiej nieświadomości do dnia dzisiejszego.
Poszłam do przychodni, wcześniej już się zastanawiając nad brakiem skierowania. Ale ponieważ zarejestrowałam słowa "wizyta umówiona", stwierdziłam, że widocznie tak już jest i koniec.
doczekaliśmy terminu i stawiliśmy się na miejscu. A tu niespodzianka! No bo jakże inaczej: "skierowanie proszę". Nie mam. No nie mam. I cholerka, daleko mam, żeby to skierowanie sobie załatwić.
Od słowa do słowa, pani mnie zarejestrowała bez skierowania, ale nakazała mi je dostarczyć. Odezwała się druga pani z rejestracji (trzecia wyglądała jak Danny Devito skrzyżowany z Maliniakiem, tyle, że rudy i z cyckami,), która powiedziała, że mieszka dwie ulice dalej i że mogę jej przynieść do domu, bo po co mam jeździć. No to wszystko ok.
Wizyta u pani doktor, znanej nam ze szpitala, trochę żartów, miło i sympatycznie.
No to pojechałam po skierowanie. Wyjaśniłam mojemu doktorowi co i jak, wypisał i luz.
I tu się zaczyna...
Wychodzę z gabinetu z kartką w dłoni. Wyciągam książeczkę zdrowia, otwieram, a tam....SKIEROWANIE ZE SZPITALA.
Tak. Oplułam się ze śmiechu. Po prostu geniusz!
A grzebałam tam milion razy...
Ale to nie koniec, o nie. W końcu dzień się jeszcze nie skończył.
Jutro idziemy wszyscy do okulisty. Namiary dostałam od znajomej. O umówieniu już pisałam.
No i dzisiaj się zreflektowałam, że mniej więcej wiem gdzie to. Ale może tak dokładnie się dowiedzieć. No to najpierw napisałam smsa, ale koleżanka nie odpisała. No to moja ulubiona deska ratunku: mapy wujka googla z cudownym street view.
Znalazłam. Dla pewności sprawdziłam numer ze zdjęcia z numerem w komórce i....
W komórce, pod ogólnym 'Okulista' mam imię, nazwisko i...adres.
Mam trzaski, jak mówi Sis.
Tak.
Można się już śmiać.



niedziela, 4 stycznia 2015

[330] Jak być dobrym

Od razu uspokoję emocje. Nie będę pisać jaka jestem dobra. Ani nie napiszę co jest dobre, a co nie.
Do napisania posta skłonił mnie post Erraty. Nie będę polemizować z Jej poglądem, bo nie o to mi chodzi. Chcę tylko przedstawić swój osobisty, subiektywny punkt widzenia.
Czym jest więc dobro?
Moim zdaniem jest wszystkim.
Każdy z nas ma jakieś oczekiwania, czegoś potrzebuje od innych. Wsparcia, potwierdzenia, radości, rozmowy. Mamy też wokół siebie konkretnych ludzi. Zbiór ograniczony znajomych, rodziny, kolegów, przyjaciół, sąsiadów. Każdy z nich jest osobnym człowiekiem ze swoim mikroświatem i on również czegoś od swojego otoczenia potrzebuje. Jeśli potrzeby i zasoby, czyli to co możemy komuś dać - słowo, uśmiech, gest, pomoc, wsparcie, jest zgodne z tym, czego ktoś oczekuje, jesteśmy dobrzy. Jeśli dostajemy to , czego oczekujemy, tak samo - gest, uśmiech, słowo, wsparcie, to dla nas nasze otoczenie, konkretna osoba jest dobra. Jeśli nie jesteśmy zgrani na linii potrzeba - zasób, nie widzimy dobra. Ale przecież dla kogoś innego mrukliwy pan z kiosku z pietruszką może być dobry. A uśmiechnięta sąsiadka z pierwszego może być okropną, wredną zołzą dla innych.
Chciałam tylko powiedzieć, że w ocenach jesteśmy subiektywni, bo odnosimy wszystko do siebie. Do tego co dostajemy od świata.
Czy warto więc wartościować? Nie wiem. Staram się nie oceniać. Dostaję dużo dobra. Mam nadzieję, że co najmniej tyle samo oddaję go innym.
Ale wcale nie twierdzę, że jestem dobra.
Czasem myślę, że wręcz przeciwnie.
Ale jak to już wyjaśniłam, każdy widzi to, co chce widzieć.

Na dziś:

Shinedown - What a Shame



sobota, 3 stycznia 2015

[329] Powitanie

Witam serdecznie w następnym roku. W nowej rzeczywistości. Nowym, świeżym dniem. Pierwszym dniem reszty roku.
Wszystko jest jak było. No może ciut mniej rumu w butelce i prawie bezsenna noc, ale trudno było mi zasnąć. Czasem dostajemy wiadomości, które kończą definitywnie plany, które gdzieś tam odkładaliśmy na kiedyś. Owszem, jest mi smutno. Zostały wspomnienia. Kilka zdjęć.
Pierwszy dzień roku sponsorowała cyferka 3 i całodniowy Trójkowy Top Wszechczasów.
Uwielbiam tak spędzać ten dzień.
Nie zrobiłam żadnych postanowień. Niepotrzebna mi lista życzeń, których nie spełnię.
Za to zrobiłam plan. Plan działania. Tydzień po tygodniu. Z wyznaczoną datą zakończenia działań.
Nie jest jeszcze skończony. Brakuje mu dwóch dodatkowych rozpisanych elementów. Ale dzisiaj nad tym popracuję i będzie komplet. To jeden z planów. Jest jeszcze kilka innych. Żaden się nie wyklucza i żaden nie przeszkadza drugiemu.
Bardzo się z tego cieszę.
Poza tym dzisiaj znów miałam 17 urodziny.
Dlaczego 17?
Mówi się, że ma się tyle lat na ile się człowiek czuje. Ja czuję się na 17. Wolna tak samo jak wtedy. Szczęśliwa tak samo jak wtedy. Tak samo uśmiechnięta. Tylko trochę bardziej świadoma siebie i życia. I to jest najpiękniejsze.


wtorek, 30 grudnia 2014

[328] O szczęściu.

Tak się złożyło, że od kilku lat idę ścieżką, którą wybrałam sobie trochę z tęsknoty, trochę z niepewności, trochę z żalu, a trochę z ciekawości.
Kiedy zapominasz kim tak naprawdę jesteś, tracisz siebie co dnia. Znika Twoje poczucie bezpieczeństwa, przestajesz myśleć o sobie, zaczynasz zwyczajnie cierpieć.
Kiedy cierpisz, skupiasz się najczęściej na tym, co jest złe. Nawet wspomnienie dobra powoduje żal, boli aż do kości.
Nie umiesz wtedy myśleć o innym życiu, o tym, że jeśli tylko zechcesz możesz wszystko zmienić.
Wystarczy poprzestawiać sobie w głowie priorytety. Przestać rozdrapywać, rozpamiętywać, złorzeczyć. Przestać mieszać w bagnie, bo ono wciąga.
Znajdź kawałek drewna. Drewno pływa po powierzchni. Drewno, czyli dobrą myśl, która pozwoli Ci dojrzeć dobro w Tobie. Bo od tego trzeba zacząć zmiany. Od zajrzenia sobie do serca. Do swojej duszy. Od zmiany własnego sposobu myślenia o sobie samym. Potem można zmianami objąć coraz dalsze kręgi. Z tym, że kiedy pokochasz siebie i naprawisz swoje myślenie, obojętne będzie co robi ze sobą reszta świata.
Mi już jest obojętne.
Dzisiaj umiem śmiać się na głos w autobusie, kiedy jadę do miasta. Potrafię znajdować szczęście w każdym drobiazgu, malutkim, najmniejszym. Znajduję na swojej drodze znaki. Drogowskazy, które prowadzą mnie dalej. Czasem to przeczytane gdzieś zdanie. Czasem człowiek, który nieświadomie zupełnie pchnie mnie dalej. Innym razem to cały system zmian.
Z każdego takiego zetknięcia się ze znakiem, tak to nazwijmy, wyciągam to co dla mnie dobre. Ale najczęściej jest tak, że każdy kolejny znak potwierdza tylko to, co dzieje się w mojej głowie.
Kiedyś wydawało mi się, że szczęście to mieć. Najczęściej posiadanie odnosi się do bogactwa, czyli kasy, domu, samochodu. Doskonale wiem, jakie to złudne i nieprawdziwe. Oczywiście w posiadaniu tego czy tamtego nie ma nic złego, pod jednym warunkiem. Jednym, najważniejszym. Najpierw trzeba znaleźć szczęście w sobie, dopiero potem można być bogatym.
Żeby znaleźć szczęście w sobie, trzeba być z kolei świadomym czego się szuka.
Ja już wiem.
Jestem szczęśliwa.
A teraz będę bogata.

Czego życzę Wam na najbliższy rok? Znajdźcie w sobie szczęście. Pozbądźcie się spięcia, powinności, nie oceniajcie i nie sądźcie. Kochajcie.


A dzisiaj to nie wiem co wybrać. Może coś do śmiechu :))
Oraz do potwierdzenia, że muzyka łączy :))








wtorek, 23 grudnia 2014

[327] No to już

Najpierw, żeby nie było nudno, opowiem Wam opowieść przed-przed-wigilijną. Bo z wczoraj.
Otóż.
Jak to zwyczaje stare mówią, w domu choinka ma być. Może być znaczy. Ja lubię bardzo, ale żywą. Znaczy prawdziwą, bo obawiam się, że po odcięciu tuż przy samej d...ziemi, to ona już nie dycha.
W każdym razie wysłałam dziecię do sklepu, po choinkę, w cenie nie urywającej tyłka, ale wiadomo.
Przywiozła Kudłata to to, postawiła, mruknęła coś tam i poszła se. Truchcikiem, ledwo wyrabiając zakręty poleciałam cudo obejrzeć i.....
Zamarłam....
Na długo.
Klapłam se ja na kanapę i siedzę. A pod choinką...
Usiana podłoga igłami. Zapytałam więc Kudłatą, czy aby wszystko mi dała, bo chyba zapomniała o puszce kleju. (swojej fotki niestety nie posiadam).


Nie wyglądało aż TAK tragicznie. Do pierwszego odkurzenia. I przesunięcia całości ciut w lewo...
Pośmiałam się, wystawiłam to stworzenie na balkon, na ten deszcz i wiatr. I prawie sobie odpuściłam.
Ale...nie byłabym sobą. Zadzwoniłam więc do tego marketu, co to sprzedał badyla i mówię w czym rzecz. Pan opowiedział historię drzewek, pośmialiśmy się z puszki kleju, po czym sprzedawca kazał zgłosić się bez towaru z samym paragonem. Po pieniądze.
Tak więc mówiłam, że cuda to od ręki:) Reklamowaliście kiedyś CHOINKĘ ?
Ha!

A teraz życzę Wam wszystkim dobrej energii na co dzień, sił, dobrych myśli, spokojnego czekania, znajdowania swoich ścieżek, jak najmniej zakrętów, uśmiechu od ucha do ucha, mądrości, szaleństwa, dobrych wyborów, jasnych planów i wykonania wszystkich zadań, które sobie zaplanujecie.

Natthimlen

Nie mogło, no nie mogło zabraknąć hiciora!


poniedziałek, 22 grudnia 2014

[326] Życzeniowo

Nie nie, życzeń jeszcze nie składam.
Życzenia to ja mam.
Na przykład wymyśliłam sobie, że
po pierwsze
nie będzie planów na przyszły rok, za to będą marzenia do spełnienia i zadania do wykonania. Żadna lista z chciałabym na początku.
po drugie
będzie lista zakupowa na przyszły rok, żebym się, na przykład przed świętami lub innym napadem aktywności, na przykład kuchennej, nie obudziła, że marzyłam o tym czy tamtym, a przydałoby się przy gotowaniu/pieczeniu tego a tego. Lista z kwadracikiem do odhaczenia.
po trzecie
lista książek do przeczytania. zbieram różne takie tytuły, które gdzieś ktoś polecił, zarekomendował, albo wręcz odwrotnie. Często zapominam i mija kilka lat zanim wezmę się do czytania, bo akurat sobie przypomniałam łaskawie.
po czwarte
lista koncertów, na których zakładam, że będę.

A teraz oddalam się, gdyż od siedzenia na krześle mam płaskodupie oraz boli mnie ta część ciała.
---------------------

Byłam na Jego koncercie.
Żegnaj...

Na dziś:
Joe Cocker - With a Little Help From My Friends



piątek, 19 grudnia 2014

[325] Walk(a)

Jako że narzekać nie lubię, nie będę więc. Opowiem Wam za to historię rodem z komedii Barei. Znaczy wyciętą scenę, bo nie była za śmieszna do filmu.
Udałam się do urzędu pracy. Śmieszne, prawda? Możecie otrzeć łzy.
Wyznaczony termin, wizyta, dzień świstaka normalnie. Na głowie milion terminowych spraw, trzeba to pogodzić. Więc zerwałam się rano, żeby dojechać na drugi koniec świata i być zaraz po otwarciu tego przybytku dobroci. Potem czekała mnie wycieczka na rehabilitację, a jeszcze potem inne sprawy, które nie mogły czekać.
A teraz dygresyjka, prowadząca do owego dnia wczorajszego.
W lipcu byłam na szkoleniu. Znamiennym w wiele skutków, jak się później okazało i bardzo znaczącym dla wczorajszych informacji. W sierpniu pisałam jak to fajnie, bo była szansa na staż.
We wrześniu okazało się, że jednak nie, bo wydawało się w tej firmie, że potrzebują faceta, który obskoczy trzy stanowiska, mianowicie handlowca, biurowca i montera. No kopać się z koniem nie będę, ale absurdalne mi się to wydało. W każdym razie pozostałam otwarta na ową pracę. Bo daje mi duże możliwości. Bo się nadaję. Bo mam fajny głos przez telefon (tak powiedział jeden taki i tego się trzymam. A dzisiaj to mam niski, seksowny, pociągający nawet...). Ale nie. No to nie.
W listopadzie natomiast zadzwoniła do mnie przyszła szefowa i powiedziała, że ona przemyślała, nie wyrabia, potrzebuje. Że chce mnie i jedzie załatwić staż. Super. Ucieszyłam się niezmiernie.
Po kilku dniach zadzwoniła, że jednak po złożeniu wniosku i wskazaniu mnie, okazało się, że się nie kwalifikuję. Szlag mnie trafił. Ale nie zdążyłam sprawdzić dlaczego. Bo pojechałam z Młodym do szpitala. A jak wiadomo miałam wtedy raczej na głowie pilnowanie mimiki jego twarzy i walkę z nudą oraz zjadanie jego obiadów szpitalnych, niż sprawdzanie, dlaczego coś nie wyszło. Tym bardziej, że kiedy jechałam do szpitala, owa szefowa zadzwoniła poinformować mnie, że przysłali jej kogoś, kto ma 50 lat i to na pewno nie kryterium wiekowe, na które stawiałam, bo w stażach było do 25 roku życia, albo powyżej 50. Odłożyłam sprawdzenie przyczyny na później, tym bardziej, że miałam wizytę na wczoraj.
No to poszłam. Zarejestrowałam zaspanym wzrokiem reformę UP. Teraz nie ma pośrednika I, II, III itd. Teraz pośrednicy są podzieleni według literek w nazwiskach bezrobotnych. Tym sposobem trafiłam do tego samego stanowiska. I zanim pan zadał mi standardowe pytanie: a stronę pani sprawdza? walnęłam prosto z mostu: dlaczego nie zostałam skierowana na staż, który załatwiam sobie, wydeptuję od sierpnia, walczę o pracę, a wy co? Pan konsternacja, gdyż trochę udramatyzowałam całą wypowiedź, poinformował mnie, że on nie wie, bo on nie z tego działu. Ale może pani z czegoś korzystała, jakieś szkolenia? No tak, mówię, szkolenie w lipcu. Pan triumfalnie: NO TO PRZEZ ROK NIE PRZYSŁUGUJE PANI ŻADNA INNA POMOC ZE STRONY UP!
Opadły mi ręce, nogi, szczęka, majtki nie, bo siedziałam, ale chyba nawet skarpetki się zsunęły kawalątek.
Zadzwoniłam więc do niedoszłej szefowej i powiedziałam co było powodem. I mówię, że teraz to i tak pozamiatane, bo przecież kogoś już ma. Ale gdzie tam! Samych debili jej przysłali, żaden się nie nadał. Ona chce mnie. No to w styczniu idziemy razem, ja na kolanach do naczelnika, żeby się zgodził mnie wspomóc. Bo taką opcję podpowiedział mi pan pośrednik.

Welcome to Poland......


Na dziś:
Pantera - Walk


czwartek, 18 grudnia 2014

[324] Zastanawiam się

Jestem naiwna. Wierzcie mi, łatwo mnie wrobić. Łatwym celem jestem od zawsze. Z tym, że od kilku lat bardziej świadomym.
Nie rozpaczam nad tym, że ktoś mnie wykorzystał. Że coś straciłam, albo że wyszłam na idiotkę. To są rzeczy do ominięcia. Ale ponieważ jestem świadoma siebie i swojego życia, jego jakości i zależności jakie panują między ciałem, umysłem i duchem, wiem, że największą krzywdę zrobiłabym sobie sama, ubolewając nad zaistniałą sytuacją.
Zaczęłam swoją osobistą analizę. Najpierw dlaczego ten konkretny ktoś postąpił tak, jak postąpił. Czy to, że nie potrafi inaczej jest wynikiem jego wychowania? A może inaczej nie potrafi? Geny? A może zwyczajna maska.Ukryć coś jest łatwo. Ale ja widzę czasem więcej, niż się wydaje.
Potem zastanowiłam się, co przez to osiągnął. Nic.
A co stracił? Twarz. Mnie. Kogoś, z kim wymienił blisko tysiąc smsów, przeprowadził mnóstwo rozmów, rozmawiał o życiu, śmiał się i...pokazywał czasem wrażliwość. Odkrywał maskę.
A potem nagle. Bez ostrzeżenia. Ciach. I po sprawie.
Ciach spowodowało, że zatrzymałam się na krawędzi przepaści nie wiedząc co dalej. Oparcie zniknęło, a ja nie bardzo wiedziałam co zrobić. To takie uczucie kiedy się czegoś spodziewamy, jakiegoś oporu, blokady, a tego nie ma, nie znajdujemy. Jest pustka. I ja znalazłam się w takiej pustce właśnie.
Zostałam na polu boju z mieczem w dłoni. Przeciwnik zwiał.
A miał mieć taki zajebisty dystans.

Jak to kobieta, albo może przynajmniej jak to ja, puszczona w ruch analiza toczy się dalej. Rozpatruję zbiegi okoliczności, sygnały i znaki. Stawiam pytania, ale nie mam na nie odpowiedzi. Może kiedyś przyjdą, ale to chyba nie ten czas jeszcze.
Zastanawiam się, co się mogło stać, ale nie co ja takiego zrobiłam/powiedziałam. Nie szukam usprawiedliwienia, ale racjonalnego, namacalnego wytłumaczenia.
Nie jest mi z tym wszystkim źle. Może poza utratą interlokutora.
Było mi smutno, ale mi przeszło.
Teraz planuję zemstę.
Tak to jest jak szukasz i znajdujesz.


Na dziś:

Godsmack - Cryin' like a bitch



poniedziałek, 8 grudnia 2014

[323] Niemożliwe

Rzeczy niemożliwe robię od ręki. Na cuda trzeba poczekać.
Parafrazując wszelkie memy i inne tego typu hasła.
Cała ja. Czasem się zastanawiam dlaczego, ale chyba już wiem.
Tak jest bardzo często. Na przykład kiedy idę do urzędu coś załatwić. Wredne, przecież, urzędniczki są miłe, urzędnicy też. Jeszcze tylko zaczaruję panie w urzędzie pracy, bo ostatnio odrzucono mnie ze stażu. Dogadałam się na staż. I super, pasowało i mnie i przyszłej szefowej. Znajomej, z która miałam pracować od sierpnia. Poszła do urzędu ze wskazaniem mnie na stażystkę. I co? I psinco. Odrzucono mnie, bo nie spełniam kryterium wiekowego. Jestem w czarnej dziurze, bo po 30 i przed 50. Totalna paranoja. Ale mam to gdzieś.
Tak samo mam z miejscami parkingowymi. zdarzyło mi się może dwa razy, że długo szukałam miejsca. Możecie wierzyć lub nie, ale nawet mam świadka, że miejsce, pod prawie samym wejściem, na zatłoczonym parkingu, jak mówię, że jest, to jest. I tak właśnie mam.
Ale dzisiaj to przeszłam samą siebie. Do teraz jestem w lekkim szoku.
Otóż w szpitalu Młody rozpoczął rehabilitację. Paraliż nerwu twarzowego to dość poważna rzecz. No i w piątek przy wypisie pani doktor mnie pyta, czy mam już miejsce, gdzie będziemy chodzić na rehabilitację. Zgodnie z prawdą i rozbrajającą szczerością powiedziałam, że nie. Spojrzenia, jakie mi posłała, nie chcielibyście widzieć. Coś między niedowierzaniem, wypisanym w oczach zarzutem "to ty nie wiesz jak to z enefzetem jest?", po "co za kretynka".
Wygonili nas z tego szpitala 5 minut przed obiadem. Szczerze mówiąc to czaiłam się na tę rybę, bo trzeba im przyznać w miarę dobre jedzenie tam mają. Niestety, wparowała salowa, bo ona umyć łóżko musi. No to poszliśmy sobie. Nawet nie wiedząc, że na oddziale w gościach był Rzecznik Praw Dziecka. Szkoda, bo uścisnęłabym mu rękę, mówiąc: "Cześć, znamy się z FB. Mam Cię w znajomych".
Wracając do niemożliwych spraw.
W piątek, na luzie zadzwoniłam sobie do najbliższego centrum rehabilitacji. Powiedziałam, że na skierowaniu mam pilne, że Młody, że paraliż, że co mam zrobić. Pani coś mruknęła, powiedziała, że mam przyjść dzisiaj, tak do 11.00, bo wtedy jeszcze masażysta jest. No mi dwa razy nie trzeba mówić. Wparowałam więc dzisiaj z latoroślem, a tam niespodzianka. Rejestracja nieczynna. To poszłam do takich drzwi co za okienko robiły i mówię w czym rzecz. Pani sroga, warcząca, "pilne to na luty". No to mówię: w lutym to będzie pozamiatane, a mi kazała pani z rejestracji przyjść dzisiaj. Pani wzięła skierowanie i poszła. Przyszła odmieniona. Z uśmiechem. " Pani pamięta, żeby miał obuwie na zmianę, proszę tu podpisać i od dzisiaj zaczynamy". Kopara mi lekko opadła. Ale jak dają to biorę. Młody polatał na bosaka od pokoju do pokoju, ćwiczenia w domu mamy robić jak robimy, a tam tylko lasery, lampy i masaż. I git. Dwa tygodnie. Więc szkoła dopiero w styczniu. Cóż. Pobawię się w nauczycielkę. Mam nawet taką długą linijkę, niestety nie drewnianą.
Tak więc da się? Da.
Mam tylko nadzieję, że nie pomylili nazwiska i nie zabrałam miejsca jakiemuś VIP-owi. Bo ja odmawiam zeznań :)


Na dziś:
Sully Erna - Broken Road


[322] Czasami.

Czasami wolę nie być taka sprytna. Nie wykorzystywać zdolności znajdowania. nie szukać, nie wiedzieć, nie myśleć.
Ale z drugiej strony to bardzo fajna umiejętność. Nic się przede mną nie ukryje. a przynajmniej niewiele.
No więc znalazłam to, czego nie chciałam. Przemieliłam. I chyba wiem, co z tym zrobię. Albo nie wiem. Jeszcze się zastanawiam.

Mikołaj natomiast, jakiś taki nie teges w ostatnich czasach. Omija mnie szerokim łukiem, ale myślę, że to z tego powodu, że grzeczna to ja nie byłam. Ani bardzo, ani trochę. W takim razie olałam gościa i poszłam sobie kupić patelnie. Dwie. Bo moje objedzone z teflonu już były. Tak, wiem, niezdrowo, szkodliwie i inne takie. Niestety, taki lajf. Odeszły więc dwie na zasłużony odpoczynek, a na ich miejsce przyszły dwa nowe wynalazki, z ceramiczną powłoką. Przetestujemy co to. Ale tak serio to chyba jedyna słuszna opcja, to patelnia żeliwna.
Do patelni w kolorze zielonym dokupiłam łopatkę do przewracania kotletów i w porywie szału zakupowego łyżkę w takim samym kolorze, do nabierania sosów i mieszania w garze. Oraz deskę do krojenia. Patelnia czerwona jest do naleśników między innymi. Wszystko razem za niewielką kwotę i z tego jestem dumna.
Wczoraj natomiast obdarzono mnie robotą. Jako że z przyczyn technicznych nie byłam obecna na kiermaszu świątecznym, dostałam za karę do policzenia kasę.
Przywieziono mi "kasetkę". No niewielka. Ale mało się nie złamałam pod jej ciężarem. 14,2 kg złomu! Policzyłam to. prawie 4,5 tys w drobniakach. Współczujcie mi!




wtorek, 2 grudnia 2014

[321] Ech, życie...

Na początek emocjonujące rozwiązanie zagadki. Nie, Dreamu, nie trafiłaś, ale byłaś blisko. Pomyliłaś się tylko o 1!


Reszta emocji, zupełnie jak w kinie akcji. Żartowałam.
Wybrałam się na pocztę. Przypisaną temu adresu. Pierwszy raz, dodam na swe usprawiedliwienie.
Oczywiście co pierwsze robi Natt, jak ma gdzieś dojść / dojechać?
Sprawdza wszystko na mapie, jak na geografa przystało. A że leniwy geograf ze mnie i nie posiadam papierzastej mapy, nad czym ubolewam, ale szkoda mi kasy szczerze mówiąc, skoro wszystko w internetach jest, to korzystam z map google. Bo lubię. 
No to zobaczyłam.
Potem skorzystałam z jak dojadę, bo też lubię. No i tu zaczęły się schody. Bo jakoś krzywo spojrzałam i ...jak wysiadłam z autobusu to poszłam sobie w ... siną dal. Jakieś 3 km musiałam sobie przejść, bez pobocza, terenem fabrycznym, więc tiry i inne pojazdy na mnie dziwnie patrzały. Ale szłam, w cichości klnąc, bo o ile w głowę nie marzłam, w nogi nie marzłam, w cyc...w plecy i przód też nie marzłam, to zmarzłam niemożebnie w ręce. W rękawiczkach były! Chyba mi się zużył windstoper w moich ukochanych czarnych narciarskich. Bardzo cierpię z tego powodu.
No i doszłam do tej poczty, zrobiwszy ogromne kółko po bezchodnikach. W połowie drogi przyznałam sama sobie nagrodę w kategorii survival. Jednak prawdziwa natura wychodzi. Znaczy ten wczesnodziecięcy blond. Przeżył.
I tak, pokonana, nie tylko przez drogę na pocztę, ale także przez randkę, która nie doszła do skutku, bo facet to świnia, pojechałam do szpitala, pograć w genialną grę, którą zakupię, jak tylko znajdę na nią fundusze. 
Oraz poszukam puzzli, tak około 10 tys. elementów. Podobno to uspokaja.
A propos puzzli.
W szpitalu są panie, które przychodzą i smęcą. Takie KO. Przynoszą gry, układanki, a także znęcają się nad dziećmi, każąc im robić ozdoby. No to te dzieci na początku niechętnie, ale potem z wielką radością robią: aniołki, choinki, gwiazdki, grają w rewelacyjne gry planszowe, dają się wciągać w rywalizację. Tablety idą na bok. A taka pani to skarb. Musi być upierdliwa i marudząca. nie odpuszcza, zupełnie jak Tommy Lee Jones w Ściganym. Jak bulterier, jak złapie, to nie puści. I bardzo jestem pani KO wdzięczna. 
Ale. Pani, zobaczywszy Młodego, przyniosła mu puzzle. Taka żenada, że Młody mało pani wzrokiem nie zabił. To tłumaczę pani, że motylka to on układał nie będzie, bo ten etap rozwoju ma za sobą już od jakichś 5-6 lat. To pani przyniosła, tadam!, 100 elementów. Już nic nie powiedziałam, ale pani widząc jak na nią patrzę mruknęła pod nosem: to też za łatwe..Więcej nie próbowała, ale przyniosła kilka świetnych gier i jutro zamierzam je przetestować, a potem się zobaczy. 
Taka zaleta szpitala.


poniedziałek, 1 grudnia 2014

[320] Matka wyrodna

Leżymy w szpitalu dalej. To znaczy właściwie nie leżymy, bo leżeniem to tego nazwać nie można.
Młody dzisiaj miał focha, ale mu minęło i skończyło się na całusach i wyznawaniu miłości.
Ja też nie siedzę tam ciągle. Na noc nie zostaję, w dzień też wychodzę. Młody jest na tyle samodzielny, że nie ma obaw. To dziecko jest inne.
Obok leży chłopak starszy o 4 lata i to jest tragedia. Jestem zniesmaczona i niesamowicie szczęśliwa, że udało mi się, przynajmniej do teraz, wychować moje dzieciaki na takie, jakimi są.
Nie będę opisywać, ale Młody zawstydził gościa wielokrotnie. Co odniosło skutek pozytywny, więc może przynajmniej przyłoży się ów gość do rehabilitacji. Bo dolega mu to samo co Młodemu.
Co u mnie? Latawica jestem. Znaczy z racji uziemienia, jednak, szpitalnego, ograniczony łańcuch mam, ale załatwiam milion spraw. A kto mi zabroni. Przestałam już składać rano łóżko, i bardzo mi się nie podoba bałagan na stole, ale trudno. Jutro muszę odebrać trzy polecone, od piątku czekają na mnie. A potem mam randkę. Tak dla rozrywki. A potem oczywiście wracam do szpitala.
Niestety, jutro ominie mnie obiad. Obiady są całkiem niezłe. Młody je różnie, nie wszystko mu pasuje, ale zawsze czymś się podzieli. Najczęściej zupą. I ziemniakami. Tak więc nie chodzę głodna. Co mnie zadziwiło, nie ma przydziałowych kanapek na śniadanie i kolację, tylko tyle, ile ktoś chce. I zawsze jest wybór z czym te kanapki mają być. To był dla mnie szok. Ale dzięki temu wychodzę stamtąd najedzona. Bo panie same proponują wszystkim. Zupełnie jak nie w Polsce.
Kolejny plus szpitala: Młody ma wszelakie badania. Jutro okulista. Boreliozę wykluczono. Słuch ma dobry. Kręgosłup w porządku. Co mnie dziwi, bo kto go widział to wie, jaka to chuda szkapa jest. Nie zmógł go tornister.
A jeszcze o oczach. Młodemu pogorszył się wzrok. Wiem, że to rodzinne, więc postanowiłam go zapisać. Zapisy na przyszły rok były od piątku. Siedziałam więc w sali i klikałam.
Zgadnijcie, ile razy próbowałam się połączyć, zanim udało mi się zapisać nas wszystkich do okulisty? Ciekawa jestem kto trafi. A jutro pokażę Wam zrzut z ekranu.







piątek, 28 listopada 2014

[319] Dzisiaj będzie twarzowo

Zanim Młody rozpracuje oddział neurologiczny, zdążę napisać post o tym, co nam się, a właściwie jemu przydarzyło.
Przewiało mi go po basenie w poniedziałek. Wracając ze szkoły powiedział, że powieka mu tak dziwnie się nie domyka. Ja tam nic nie zobaczyłam, swym fachowym okiem, postanowiłam poczekać. We wtorek wieczorem oko zaczerwieniało, łzawiło, ot, może dostała mu się woda, pomyślałam. Chciałam go w środę zabrać do lekarza, ale niestety, numerków już nie było, więc zapisano nas na czwartek. Gdybym wiedziała, że to co przypuszczam, jest trafną diagnozą, to w środę bym im nie popuściła. Poszliśmy więc w czwartek. Po kilku śmiesznych testach (wiecie jak to jest szczerzyć zęby ze sparaliżowaną połową twarzy?) i stwierdzeniu, że szkoda, że to nie halloween (bo Młody przypominał twór dra Frankensteina) dostaliśmy skierowanie do szpitala, bo lekarze w przychodni tego nie leczą. No to pojechaliśmy do domu, spakowaliśmy na wszelki wypadek jakieś utensylia w postaci szczoteczki, pasty, ręcznika, kubka i innych, udaliśmy się do dziecięcego SPA (nazwa zapożyczona od cioci Frytki). Tam, według lekarza z przychodni, nota bene przystojniaka jakich mało, miało być leczenie sterydami, ale na razie ze sterydów mamy witaminę b12 i żel do oka, żeby rogówka nie wyschła. Może i ten tydzień co najmniej też okaże się bujdą na resorach.
Ja, jako ta wyrodna matka, nie sypiam z dzieckiem na jednym łóżku, bez kołdry i poduszki, tak więc latam z Młodym po konsultacjach w dzień, po rehabilitacjach, kardiologach, laryngologach i innych, a na noc wracam do swego łóżka, zastanawiając się, dlaczego jestem tak ograniczona umysłowo i składam wszystko rano, skoro wiem, że wrócę dopiero wieczorem, padnięta i na pewno nie marzę o rozkładaniu wszystkiego od nowa.
Tak więc teraz idę spać, bo rano pobudka.
Trzymajcie się.

PS: Nieskromnie powiem, że grono wielbicielek Młodego poszerzyło się o: pielęgniarki, lekarki, tabun rehabilitantek, które go sobie wyrywały dzisiaj z rąk. Wszystko przez te długie włosy.
Za chwilę Młody będzie ekspertem w regulacji szpitalnego łóżka, będzie umiał to robić z przymkniętym lewym okiem, albo przez sen. O wszystkich innych możliwych przyciskach nie wspomnę.
Dobranoc.

niedziela, 23 listopada 2014

[318] Fantazja ułańska

Poniosło mnie. Na razie tylko i wyłącznie w planowaniu. Ale obawiam się, że jutro nawiedzę duży sklep z ciastem w nazwie. Dział Szaf Z Drzwiami Suwanymi.
Do nadania nowego imidżu mojej szafie potrzebuję kilka rzeczy. Tak się nawet zastanawiam, czy nie łatwiej będzie zwyczajnie zrobić sobie szafę od podstaw, zupełnie nową. Ale na razie wymyśliłam, że potrenuję na tej co ją mam. (Bo szafę zrobię, to bardziej niż pewne. Narożną. Do pokoju Kudłatej).
Potrzebuję więc prowadnice, wózki, trochę śrubek. Płytę HDF. Kilka desek. Papier ścierny. Pędzle. I farby. Potem tylko jeszcze nie wiem czy wosk, czy jednak lakier.
Oraz mam zagwozdkę, bo muszę up...odciąć kawał płyty z mebla. To paździerz pewnie. Teraz muszę się dowiedzieć czym.
Ot, takie mam zajęcie przy niedzieli.


sobota, 22 listopada 2014

[317] Pierwsza!

Szybko napiszę, zanim reszta dopadnie do komputerów.
 - G4, aczkolwiek w okrojonym składzie, odbyło się.
 - Mamy nadzieję, że to początek tradycji.
 - FILODENDRON i FIOŁEK mają wiele wspólnego z PTAKIEM.
 - Wściekłe psy leczą schorowany żołądek i są całkiem całkiem. Szczególnie, jeśli ktoś nie umie liczyć:
" - raz.......dwa.....ups!"
To było tobasco, które uwielbiam od wczoraj. Szczególnie w połączeniu z sokiem malinowym.
 - To, że Tygrys w ogóle żyje, tak mi się wydaje, bo ziemistej cery, poza jednym wyjątkiem, nie miała, to CUD. Wierzcie mi, to co wyprawiała przez swe życie, całkiem krótkie, jak się okazało, bo to młode płoche dziewczę jest, no dobra, może nie płoche, ale młode tak, wystarczyłoby do obdzielenia połowy ludzkości. A ta wszystko sama.
 - Opowieści o laktacji zostawię za zasłoną milczenia.
 - Wydało się, że Tygrys jest Nietoperzem. Słowo mówione prawie szeptem w pokoju, słyszała w łazience i w kuchni. A moje dzieci nie słyszą!
 - Tygrys smaży mega idealnie symetryczne naleśniki, a Frytka idealnie równiutko rozsmarowuje masę serową, o idealnej grudkowatości i słodyczy, po onych.
 - Wiedzą już, gdzie kawa i herbata.
 - Nie zawsze to co miękkie jest miękkie, a twarde twarde.

A teraz czekajcie na relację pozostałych.


Na dziś:
KSU - Ustrzyki

Specjalna dedykacja :))


czwartek, 20 listopada 2014

[316] Heroina

Spokojnie mogę przyznać sobie osobiście tytuł bohatera w swoim domu.
Złożyłam szafę, co to ją dostałam dzień po regałach. Sama.
I tu zaczęły się schody. Albo może raczej przygoda miesiąca.
Otóż.
Pan, który mi ją pomagał pakować, nie dał mi śrub, bo "bo nie wiem gdzie one są i czy w ogóle były". Kij z tym, pomyślałam sobie, śruby sobie znajdę.
Przytargałam wszystko do domu i tak sobie leżało. Do dzisiaj. Wczoraj znalazłam śruby sztuk cztery. A potrzebowałam dwanaście. Nie byłabym sobą, gdybym nie wyczarowała tych brakujących. Zwyczajnie wykręciłam je z ...resztki segmentu, która nie wiem do czego mi posłuży. Znaczy już wiem. I do tego co będzie robiła ta resztka, zupełnie wystarczą te, które zostały.
Więc skręciłam szafę. Nawet ją postawiłam.
I....
Okazało się, że trzydrzwiowa szafa ma tychże tylko dwie sztuki. Taki mały szczególik. Wobec tego mam już zajęcie na najbliższe wieczory. Ponieważ potrzebuję koszyki. A te mogę sobie sama wypleść. Z papierowej wikliny oczywiście. Będą ładnie wyglądały zza nieistniejących drzwi.
Poza tym, chyba zrobię jej metamorfozę. Prawdopodobnie ładnie jej będzie w wintydżu. Nie omieszkam się pochwalić.
A teraz idę odpocząć.

Następny wpis dopiero po weekendzie. Szczyt G4 od jutra i nie będzie okazji.
Ciał!