czwartek, 17 lipca 2014

[294] Domek

Od środy jestem kursantką.
Tworzę, a raczej odtwarzam różne obrazki i loga znanych firm. I tak mam na swym koncie znaczek Volvo, BMW, PZU i kilku innych. Bawimy się Corelem i bardzo mi się to nie podoba. Ale zaczęło się tak.
Był telefon, czy jestem dalej zainteresowana. No jak nie, jak tak. No to skierowanie. Pojechałam do urzędu. Nalatałam się jak głupia po kilku działach, odpowiedziałam na mnóstwo pytań i po raz kolejny upewniono się, że mam kwalifikacje i że się nadaję na kurs. Jakoś cudem przeżyłam.
No to w środę udałam się na miejsce, czyli, tradycyjnie, drugi koniec miasta. Bo przecież nic w centrum, gdzie jest trochę bliżej nie można zorganizować. Bo po co. Trudno. Jedyny plus, że jadę jednym autobusem z jednego końca (u mnie jest pętla), na drugi (na drugą pętlę). Wstaję więc jakby o świcie. Nawet sieciówkę kupiłam, bo bardziej mi się opłaca.
Udałam się na miejsce, znalazłam je na wyczucie i trochę wspomogłam się GPS-em. Bo wiedziałam gdzie, ale trochę zagmatwana sieć ścieżek była. Dzisiaj znalazłam proste dojście bez krążenia.
Usiadłam sobie w ławce. Poczekałam, aż dostanę sprzęt, czyli laptopa. Po czym okazało się, że, hm...
Najpierw zaczęliśmy od painta. Rysowaliśmy domek. Rozumiem, że to było pokazanie różnicy między paintem a zaawansowanym bardziej corelem. Tylko....nie wszyscy ogarniali painta. Załamałam się ździebko, bo po cholerę mi w takim razie KWALIFIKACJE, o które pytano na każdym kroku???
W każdym razie domek powstał.
Potem to samo w corelu. To już się zrobiła masakracja. Z nudów zaczęłam sobie grzebać w kompie i okazało się, że tylko ja mam net. No to bosssssko, zalogowałam się tu i ówdzie, i w czasie, kiedy współtowarzysz niedoli (równie obcykany i szybki jak ja) tłukł pasjansa pająka, ja mogłam sobie pograć w 2048. Świetny relaksik.
Potem powstawały różne rzeczy inne niż domki, a szybko okazało się, że nie działają różne funkcje w programie, gdyż nie można kopiować obiektów, nie można zapisać pliku, wgrać pliku i inne takie przydatne drobiazgi.
Dzisiaj był dzień drugi tego cyrku, ale net, po zamianie komputerów miały dwie osoby, ja i obcykany kolega. Bo on dostał mój komputer. Czyli jak się tak pozamieniamy to do końca kursu wyczaruję internet każdemu i zagramy wspólnie w jakąś strzelankę.
W każdym razie jestem zła, bo w opisie kursu był photoshop, a okazuje się, że nie będzie. A przynajmniej nie w takim zakresie jak powinien. Chyba zabawię się w donosiciela, bo dlaczego ktoś ma brać kasę za niewywiązanie się z zadania?


Na dziś:
Shinedown - Save Me


czwartek, 10 lipca 2014

[293] Ogrodnictwa dalszy ciąg

No dobrze. W obronie majeranku szykuje się protest, a może nawet głodówka, więc aby zapobiec katastroficznym wydarzeniom, prezentuję:


A tu, gdyby ktoś twierdził, że nie kwitnie. Ostrości nie złapałam, bo wieje, ale to białe to kwiatki:


A tu już chwalę się moimi fiołkami, które kiedyś pokazywałam, jeszcze jako malutkie szczepki:





A także odpowiedź na pytanie: Dlaczego ogórek nie śpiewa?
Bo w słonej wodzie i takim ścisku trudno złapać oddech...







środa, 9 lipca 2014

[292] Okoliczności przyrody

Z braku tlenu w powietrzu, w którym zawieszona jest moja okolica, dzisiaj mało słów, więcej zdjęć.

I tak, przedwczoraj. Zdjęcia "z ręki":




To był początek burzy nad miastem, a potem przyszło do nas. Widać jak bardzo przydałoby się czyszczenie mojemu aparatowi...

A to dzisiaj. Moje ogrodnicze zapędy:


pod ścianą widać paletę, o której kiedyś wspominałam, ale nie miałam czasu i innych przyległości. Poczeka. Albo na zagospodarowanie, albo na wyprowadzkę.


Pietruszka


moje własne osobiste truskawki. Oraz pokazuję tu kolejną recyklingową doniczkę. Obcięta pięciolitrowa butla. 


Kolejna.


I dzisiaj rozkwitły kwiatki, więc może będzie ich więcej niż dwie :)


A to rzodkiewka. Już się różowi korzeń, może będzie własna pyszna, biało - różowa.
Jest jeszcze majeranek, ale nie załapał się na własną fotkę.


niedziela, 6 lipca 2014

[291] Podróż

Mogę napisać post. Bo w końcu przestałam się pocić.
Nie nie, żadne środki przeciw potowi, ani nic. Zwyczajny prysznic, brak tego cholerstwa na niebie, co to daje czadu od kilku dni i lekka, zwiewna szmatka na mnie.
Skąd ta radość?
Wiecie, rozumiecie. Nie znoszę tej pory roku, której nazwy nie wymienię z czystej nienawiści do takich niespodzianek, jakie zgotowała nam - dosłownie!-od piątku.
A że nastąpiła kumulacja różnych takich, to i ja się zagotowałam. Dosłownie. Wiecie w jakiej temperaturze zaczyna wrzeć woda w komórkach? Ja nie wiem, ale na pewno osiągnęłam tę granicę.
W piątek wyjechałam. W samochodzie popsuła się klima, ale nie będzie naprawiana, bo po co. Może kupi się nowy samochód. Ok, mi to wisi, ja tam tylko prowadzę.
Ale po pół godziny jazdy wymiękłam i dzięki temu dwa dni przeżyłam na prochach od bólu głowy.
Samochód to pikuś, się okazało. Zawsze można stanąć, wejść do takiej biedry, pokręcić się przy mrożonkach i wyjść. I tak od miasta do miasta, aż na południowy zachód. Ale kiedy dotarłyśmy na miejsce okazało się, że sala, w której egzystować nam przyszło przez dwa dni (całe szczęście tylko po kilka godzin) jest równie paskudna jak zjawiska pogodowe na zewnątrz, a nawet bardziej, bo po wyjściu na chwilę w celu przewietrzenia/wysikania/spłukania potu z twarzy, powrót na salę okazywał się ... trudny. Tak samo jak przejście przez mój niegdysiejszy przedpokój, kiedy to odwiedzało mnie kilku kolegów, a zdjęcie przez nich butów oznaczało w tym przypadku....niesamowite wrażenia zmysłu powonienia. Że tak delikatnie to ujmę.
A propos, na ten temat zmówiłam się z moją kumpelą, u której spałam, a z którą łączy mnie wspólny prawie facet. Obgadałyśmy go właśnie pod kątem tychże śmierdzących, nazwijmy to po imieniu, skarpetek i obuwia. Pół drogi śmiałyśmy się z tamtych czasów. A właśnie. Nie wiem czemu chłopaki nie zwracali uwagi na taki drobny szczegół, jak zmienianie skarpetek. Na czyste. Po wcześniejszym umyciu nóg.
Ale do brzegu.
Taki właśnie cap, z kilkudziesięciu ciał, bo ludzi przewijało się tam sporo, witał w progu. Więc zaczerpnij powietrza i się zanurz, albo nie wchodź. Niejako służbowo musiałam wejść, więc wyjścia nie było. (Znaczy wyjście było jednocześnie wejściem, z technicznego punktu widzenia, ale to chyba nie o to mi chodzi w tej chwili). Ale co jakiś czas, różne dobre dusze mówiły: idź stąd, wyjdź, bo wyglądasz jakbyś miała zemdleć.
W każdym razie spędziłam, summa summarum, bardzo fajny, twórczy, poznawczy, świetny weekend.
No i trzeba było dzisiaj wrócić. Ten sam samochód, bez klimy. Ta sama droga. Masakra. Duchota, otwarte okno nie pomagało. Dwa razy ratowałam się postojami, jeden z kimaniem w lesie i pożeraniem jagód z krzaczków. Drugim, w celu pokręcenia się przy rzeczonych mrożonkach.
Ugotowałam się wielokrotnie. Prawie czułam, że mi gwiżdże czacha, zupełnie jak czajnik.
Wieści z trasy: punki już idą do Jarocina. Jednego takiego, bardzo zmęczonego i zmaltretowanego widziałam pod Jarocinem. Piękny widok. Myślę, że jak się spręży, to dojdzie na czas.

Plany wakacyjne na razie idą w odstawkę. Czekam na info CZY zostałam zakwalifikowana na kurs ( tak tak, jeszcze nie wiem!). Mają czas do 15.07, żeby mnie poinformować. Żeby było śmiesznie, kurs zaczyna się 16.07. Pierwsza tura. Szlag mnie trafia. Ale trudno. Widocznie ułożenie sobie planów wakacyjnych, sobie względem małego dziecka, nie przysługuje osobie bezrobotnej.
Ale i tak pojadę na wakacje. Nie ma bata.

Na dziś:
KSU - Za mgłą
Raz, że lubię. KSU to moja młodość.
Dwa, że Kudłata wróciła dzisiaj z koncertu z okrzykiem: Siczka na mnie patrzył!!!!
Trzy. Chcę tam pojechać. Połazić. I zostawić za sobą to co niepotrzebne...



poniedziałek, 30 czerwca 2014

[290] Lubię poniedziałki

Tak tak. Nie pomyliłam się ani o jeden dzień.
Zresztą.
Ja lubię cały tydzień bez wyjątku. To z powodu nadmiaru optymizmu i ten nadmiar jest bardzo pożądany i witany z uśmiechem.
Dlaczego poniedziałki, ktoś zapyta. A no bo tydzień wziął się do galopu. Rano urzędy. Nuda. Potem wiadomo. A po południu dwa spotkania. Taka mi się ustrzeliła kumulacja.
Pierwsze spotkanie było, że tak powiem, zatwierdzone i ustalone, legalnie umówione na konkretny dzień i godzinę.
Spędziłam niesamowity, ale stanowczo za krótki czas z Gają z Plantacji Pozytywnych Myśli. Bardzo, ale to bardzo bardzo lubię spotykać takie zakręcone, pozytywne osoby. Szybko znalazłyśmy punkty wspólne, nie było niewygodnego milczenia i mam nadzieję na niejedno jeszcze spotkanie. A że było tak swojsko niech potwierdzi jeden szczegół. Z tego wszystkiego Gaja pomyliła drogę :))
Potem poszłam na kolejne spotkanie, które miało mieć miejsce jutro. Trochę pokrzyżowało mi to plany, bo zrobiło się mniej czasu na pogaduchy z Gaja, ale cóż. Drugie spotkanie było jakby zagraniczne, trochę czasowo niezależne ode mnie i nie mogłam go przełożyć. Za to bardzo treściwe, wyściskane, wycałowane i słodkie. Tylu tematów w ciągu 2 godzin nie udało mi się chyba z nikim poruszyć. Ale to, po latach, okazuje się być taka konstelacja, której nie oddałabym za nic. Śmiało mogę powiedzieć o przyjaźni sprzed lat. A dokładnie z podstawówki. I ta przyjaźń rozwija się, a nie zwija z powodu odległości.
A jutro dalszy ciąg szaleństw.
Spotkanie, które zwykle odbywa się w weekendy. Do tego mnóstwo pracy.
Jak ja to lubię!!!
I na jutro planuję Kariokowego śmietanowca. Ciekawa jestem efektu.


Na dziś:
Sabaton - Primo Victoria
A to dlatego, że lubię chłopców ze Szwecji. Oraz dlatego, że mój Młody chodzi i spiewa wszystkie ich piosenki.


sobota, 28 czerwca 2014

[289] Wakacje

Rozmowa z wychowawczynią odbyła się tuż przed apelem. Wyjaśnienia padły z dwóch stron. Może zbyt emocjonalnie podchodzę do uwag w dzienniczku, bo jest ich trochę, i są o pierdoły, moim zdaniem. Ale po moim jednym wpisie, pod głupią uwagą....dostałam na koniec od wychowawczyni dyplom za całokształt pracy na rzecz klasy... Trochę to dziwne, ale no cóż. Dodatkowo naświetliłam jej sprawę z nauczycielem, o którym pisałam. Niestety, potwierdziły się moje obawy. Z dyrektorką nie miałam możliwości porozmawiać, bo mimo, że przez dwa apele siedziała obok niej, nie było okazji. Ale porozmawiam, bo będzie spotkanie z dyrekcją w lipcu.
Co do innych decyzji, odłożyłam je w czasie, po głębszym przemyśleniu. Nie będę działać pochopnie. Rozsądek wziął górę nad chęciami. Możliwości też muszę brać pod uwagę. Tak więc na wszystko przyjdzie pora.
Odetchnęłam z ulgą po tym końcu roku. Wkopali mnie w dwa przemówionka, pierwsze wyszło lekko spięte, w drugim się rozkręciłam, pod koniec dnia wkręciłabym pewnie całą widownię do wspólnego klaskania. A tak naprawdę, ulżyło mi, że na trzecie zjawił się już sam przewodniczący, więc zdjął ze mnie ten obowiązek. Strasznie nie lubię oficjalnych przemówień, chociaż przez dwa lata podstawówki prowadziłam apele w szkole.
Teraz dwa miesiące laby. Czas wymienić dętki w moim rowerze, podokręcać różne części w rowerze Młodego (a propos, muszę pomyśleć o większym wehikule dla niego, bo ten się zrobił ciut przymały, nie ma ktoś do odsprzedania?...) i będzie można śmigać.
Wszystko będziemy ustalać na bieżąco. Taki wakacyjny spontan.

Na dziś:
Metallica - Unforgiven II






czwartek, 26 czerwca 2014

[288] Czas

Doszłam do punktu, w którym zbiegają się różne rzeczy. Muszę podjąć decyzje, które wpłyną na moje życie, ale nie za bardzo. W każdym razie jest to czas na ich podjęcie.
Będę musiała poinformować o nich kilka osób i tego obawiam się najbardziej. Reakcji.
Z drugiej strony wiem, że prędzej czy później, będę zmuszona i tak to zrobić. Teraz chcę, bo sprzyja temu czas i zebrane w jedno sprawy, które rozwiązać i poukładać muszę.
Zastanowię się jeszcze nad wszystkim.
A jutro koniec szkoły.
Dzisiaj dowiedziałam się, że jeden z nauczycieli (opiekował się dziećmi w świetlicy) nie zareagował, kiedy kilku chłopaków uwzięło się na mojego syna. kiedy miało to miejsce, Młody powiedział tylko o szturchaniu. Że pan grał sobie w piłkę i kiedy Młody próbował mu powiedzieć o tym co się dzieje to go odganiał.
Dzisiaj dopowiedział co próbowali zrobić wtedy tamci "koledzy".
Zagotowałam się.
Idę z tym jutro do dyrektorki.
Nie odpuszczę. Tym razem będę tym szurniętym rodzicem, który stanie murem za dzieckiem i będzie wymagał. I będę się kłócić z każdym, kto stanie mi na drodze. A jesli to nie pomoże, pójdę z tym do kuratorium.
Koniec.

Dzisiaj muzy nie ma. Dzisiaj jest wk..rw.

sobota, 21 czerwca 2014

[287] Tak to tak, nie to nie

Mówi się, że to kobiety nie wiedzą czego chcą, że stosują niedopowiedzenia w stylu 'bo tak'.
A co, jeśli spotka się faceta, który zaczyna temat, a potem wykręca się od odpowiedzi?
Zastanawiam się po cholerę jaką zaczyna.
Jestem z tych, co albo mówią, albo nie. Jeśli nie mam ochoty o czymś mówić, myśleć, szukać pomocy, to zwyczajnie nie otwieram buzi i nie gadam. Czasy 'domyśl się' zostawiłam za sobą dawno temu, kiedy zrozumiałam, że nikt w moje głowie nie siedzi. I że nie domyśli się, kiedy nie powiem jasno o co chodzi. Nie ma czytania z ruchu brwi, z błysku w oku (no może w niektórych sytuacjach), ze zmarszczonego czoła, westchnienia i innych oznak, że coś nas gnębi, albo czegoś chcemy. Oduczyłam się tego skutecznie, bo tak samo ja nie siedzę w czyjejś głowie. Nie chcę już więcej rozkminiać o co chodzi, nie chcę wyskakiwać przed szereg z próbą czytania w myślach, nie chcę tego, bo zwyczajnie mnie to męczy. Lubię jasne i klarowne sytuacje. Lubię wiedzieć, że tak to tak, a nie to nie. I taki sam jest przekaz z mojej strony.
I pewnie dlatego nie znajdę faceta, bo który - mimo całego tego problemu ze zrozumieniem kobiety - nie lubi tajemnic, niedopowiedzeń..

Ale tak naprawdę wierzę, że może jednak, kiedyś, ktoś w końcu nie powie mi: wiesz, jesteś fajna laska, ale wolę inną.


Na dziś:
Godsmack - One Rainy Day
Niezmiennie uwielbiam. Czekam na jakieś urodziny czy coś. Może sobie zrobię prezent :)




środa, 18 czerwca 2014

[286] Procenty

Dzisiaj doznałam wielokrotnego zaskoczenia. Całkiem przyjemnego. Wręcz bardzo pozytywnego.
I wszystko za sprawą Kudłatej.
Były kiedyśtam testy gimnazjalne. Patrzyłam jak się nie uczy. Zwyczajnie nie zaglądała do książek, no ok, przed fizyką i chemia coś tam zajrzała, ale to było raz, czy dwa. Stoicki mój spokój wynikał z tego, że zmusić jej nie mogłam, co miałam powiedzieć, to powiedziałam. Zresztą to jej testy, nie moje.
I zdała te testy.
Bardzo dobrze zdała. Za przykład podam ino polski i angielski, gdzie zdobyła najwyższą krajową z polskiego - 97% - nikt nie miał więcej, 98% z angielskiego, bo zrobiła jeden błąd.
No jak mam nie być dumna?
Jestem, i to jak!
Inna rzecz, której w życiu się nie spodziewałam, to taka, że w ciągu trzech lat uciułała niezłą sumkę z kieszonkowych. Bardzo niezłą. Domu za to nie kupimy, ale będzie to niezły zastrzyk finansowy. Dziecko dodatkowo postanowiło podzielić się ze mną po połowie.
Zaliczyłam totalny szczękoopad. Pierwszy raz w życiu nie wiedziałam co powiedzieć.
A Młody nie przyniósł dzisiaj uwagi i też jestem dumna, bo ostatnio szkoła działa mi na nerwy, a szczególnie jego wychowawczyni, popularyzująca donosicielstwo. Jeszcze sobie z nią porozmawiam.
Ale żeby tak nieprzyjemnie nie kończyć to powiem Wam, że moja Sis dzisiaj ma urodziny. Ale toaścik wypijemy jak już stanie na rodzinnej ziemi.

Grattis på födelsedagen

zdjęcie z sieci.

niedziela, 15 czerwca 2014

[285] Truskawkowy

Własnie kończę pasteryzowanie ostatnich słoików z dżemem truskawkowym.
Wyszło mi ich 27.
To duży postęp, patrząc z perspektywy na zeszły rok, kiedy to truskawki kupiłam raz i to chyba 2 kilogramy. Na więcej nie było mnie stać. A dzisiaj truskawki wychodzą nam bokiem. Wczoraj miałam w repertuarze jabłecznik z...truskawkami (tak tak, tamten mój jabłecznik, ale z truskawkami zamiast jabłek), ciasto drożdżowe z truskawkami (wypiek koleżanki), truskawki ze śmietaną, i nawet druga koleżanka przyniosła sałatę z serem pleśniowym z...truskawkami.
Na co mój kochany syn, obżerając się ciastem i truskawkami z bananem rzekł:
- Co za kompozycja smaków!
A dzisiaj chciałam zrobić pierogi. W ostatniej chwili opanowałam się i zrobiłam ruskie. I to był dobry ruch, bo przyszła Kudłata i mówi (ze strachem w oczach):
- co jest do jedzenia?
- pierogi
- tylko nie mów, że z truskawkami.....

Nie no, aż taką sadystką nie jestem.
Z truskawkami będą jutro.



piątek, 13 czerwca 2014

[284] Powrót

No więc wróciłam.
Na rynek wtórny.
Nie wiem dlaczego, ale kiedy oznajmiłam mojej mamie, że jestem rozwódką i wracam na rynek wtórny, to zaczęła się śmiać i powiedziała: - wariatka.
W każdym razie.
Wyrok jest, ale do uprawomocnienia daleka droga.
Pewnie były małżonek odwoła się, a że się odwoła to przypuszczam, że wiem na pewno. Już samą nieobecnością na odczycie wyroku gra na zwłokę. Ale cóż. Cierpliwie poczekam.
Jak się czuję? Bo pewnie niektórzy chcieliby wiedzieć.
Czuję się... zwyczajnie.
Dzień był fajny, spotkałam się w dwiema osobami. Z obiema wyściskałam się i nagadałam. Chyba częściej będę robiła takie wypady. Przejechałam się poznańskim metrem. Pochodziłam po Ikea (o matko! jak ja to lubię!!), dostałam rozwodowy wazon (kiedyś taki mi stłukła Kudłata) i kupiłam sobie latarnię. Też z okazji.
No i wróciłam.

Na dziś:
Nelly Furtado - I'm like a bird
Podoba mi się klimat tej piosenki.



środa, 11 czerwca 2014

[283] A jutro...

To już jutro.
Długo oczekiwany dzień.
Jak wrócę to napiszę.
A dzisiaj okazało się, że czary się dzieją.. Jestem zdruzgotana.
Bo albo mam mega sklerozę, albo... o tej opcji wolę nie myśleć. Przynajmniej na razie.
Muszę się pozbierać i coś wymyślić.
Kasa to tylko kasa.

Na dziś:
Okash - Caged
Kawałek świetnej muzy. To oni natchnęli mnie do machania dynią :)


poniedziałek, 9 czerwca 2014

[282] Piekło

Wróciłam. Ale wcale się nie cieszcie, albo właśnie cieszcie się bardzo, bo lada moment znów wybywam.
Jadę na zakończenie.
Życie przyśpiesza (musiałam przyzwyczaić się do tego ś, po rozmowie z dwojgiem polonistów).
Czasem całkiem nie rozumiem ludzi. I coraz częściej cieszę się z bycia w pewnych dziedzinach mego życia na uboczu. Przyglądam się z boku całemu cyrkowi i zastanawiam się, jak można być takim głupkiem i tak marnować potrzebną do życia energię. Nie rozumiem gierek, podchodów, przeinaczania i wzajemnego szczucia. Nie rozumiem słowa zemsta, bo ja raczej pomijam milczeniem zaistniałą sytuację, albo mówię jasno i wyraźnie, co mi leży na sercu. Tym razem to refleksje z życia wzięte. Z realnych relacji. Obserwuję je z boku i dziękuję sobie samej, że nie dobiegłam do czołówki, tylko wlokę się za peletonem, na szarym końcu. Dobrze mi z tym. Bo ostatni są pierwszymi.
A a propos przyśpieszania. Obiecywałam sobie nie wyznaczać terminów - punktów milowych. Nie da się. Żyję od terminu do terminu. A pomiędzy czas przemija niepostrzeżenie. Obiecuję sobie, że już, zaraz. Że to ostatni taki, a tu nagle wyskakuje oczekiwanie na.
Więc oczekuję.
Mam w domu dodatkową córkę. Nie jest łatwo. Przed nami rozmowa. Ustalenia. Muszę wykonać kilka telefonów. Popytać. I pomyśleć co dalej. Mam nadzieję, że minie nerwowość, że wyżali się ten żal, który ma w sobie, a który wycieka z każdego słowa.
Damy radę.
A teraz idę jeszcze poczytać.
Oderwać się od tego piekła, które niepostrzeżenie wdarło się w moje lubiące zimno jestestwo.
Ledwiezipię. Walczę z przeziębieniem, migrenowym napadem bólu i zatokami. Pogoda nie sprzyja w żadnym wypadku.
Dziś usłyszałam jedną mądrą i krzepiącą informację. Od koleżanki, która mogłaby być moją mamą. Że lada moment dni już będą coraz krótsze. Może nie ma to nic wspólnego z upałem, ale jednak.
Znów jest na co czekać.
Na jesień.
I zimę.



poniedziałek, 2 czerwca 2014

[281] Miłość matczyna

Każda matka ponoć kocha swoje dziecko. Prawda, czy fałsz?
Miałam nie pisać na ten temat. Ale przeczytałam u Malawiarta o przemocy domowej. O bierności kobiety, na którą on się wkurza.
Nie będę pisać o mechanizmach współuzależnienia, całej psychicznej więzi i wszystkich związanych z tym aspektów, także obyczajowych. Kto chce, poczyta fachowe pisma, sprawdzi co jest co, nie będzie pieprzył farmazonów o winie ofiary. (i nie mówię o Malawiarcie).
A co zrobić, kiedy bite jest dziecko? Wyzywane, niszczone psychicznie i fizycznie?
Czy wiecie jak działa mechanizm w tym przypadku?
Przecież to matka. Matka jest najważniejsza i jedyna.
Piszę o matce, bo mam na myśli konkretny przypadek. Taki, w który zostałam zamieszana. W który zaingerowałam. Poprzez Kudłatą.
Dziewczyna, już pełnoletnia, została pobita, nie pierwszy raz, przez matkę. Siniaki, rozcięta warga. Za moją namową poszła na policję, mając za obstawę moją córkę i znajomego. Chodziło o obronę, niebieską kartę, cokolwiek, jakiś ślad. Bo w domu została mała siostra. Policja olała sprawę, bo powinna była zadzwonić w trakcie (!!!) zdarzenia. Raczej ciężko zadzwonić, kiedy na klatce piersiowej siedzi dorosła osoba i poddusza. Nie skierowano jej na obdukcję, a dziewczyna ma szyny w kręgosłupie. Po takiej porażce nie chciała iść na obdukcję do szpitala. Kolejne telefony i udało się. Ale długa walka, żeby powiedziała KTO jej to zrobił.
Matka zgłosiła zaginięcie córki. Więc córka wzięła obdukcję i poszła na policję ponownie.
Dopiero teraz jest niebieska karta.
Co dalej? Zrobiła pierwszy krok. W stronę walki o siebie. Teraz trzeba ją wesprzeć.
Wobec tego moje pytanie brzmi: kto daje nam prawo poniewierać drugim człowiekiem?
Nie ma mowy o wartościowaniu, które jest gorsze, a które nie. Każda przemoc jest zła. Bez najmniejszego wyjątku.

Chciałabym umieć pomóc wszystkim, którzy tego potrzebują. Wszystkim, których ścieżki krzyżują się z moimi. Ja już wiem więcej o życiu, ale jak nauczyć innych innego myślenia? Jak przekonać, że stereotypy trzeba łamać? Że nie wszystko jest warte uwagi, że niektórych rzeczy nie zmienimy, a inne jak najbardziej?
Jak to zrobić?
Może będę gadać, gadać, gadać..
Może ktoś usłyszy i będzie chciał zrozumieć...




sobota, 31 maja 2014

[280] Finisz

No to jestem.
Prawie już.
Jeszcze tylko pojadę za dwa tygodnie wysłuchać najważniejszych słów, na które czekam od trzech lat.
Mogę nie jechać, przymusu nie ma, ale jestem z tych co muszą na własne uszy.
Dobra, przyznaję się, chcę sobie pojeździć polskim busem.
A teraz idę kichać. Na wszystko. W chusteczki najbardziej.


Na dziś:
George Michael - Freedom
:)





środa, 28 maja 2014

[279] ...

Wyjeżdżam. Dzisiaj. Za chwilę.
Wracam jutro.
Nie wiem w jakim stanie.
Jeszcze pewnie małżeńskim. Mam jednak nadzieję na rozwiązanie problemu w tym roku.
Cóż.


Na dziś.
Nie mam słuchawek i bardzo wkurza mnie ten stan. Wizja podróży bez muzyki....
Ma ktoś niepotrzebne?
Przygarnę.

piątek, 23 maja 2014

[278] Post malkontencki

Zaczęło się.
To, czego nie lubię najbardziej.
To, co będzie mnie wkurzało przez kilka miesięcy.
Gorąco. Słońce. I komary. O poceniu się nie wspomnę.
Epitety pominę.
W temperaturze powyżej 20 stopni przestaję funkcjonować.
Znaczy działam na podtrzymaniu, ale ogólnie jest do chrzanu.
I niech nikt nie próbuje mnie przekonywać, że się mylę!
Zmieniam tryb życia na nocny. W dzień postanowiłam spać. I budzić się około 20.00
Ale teraz idę spać.
Jutro mam spotkanie twórcze i nie mogę sobie pozwolić na ziewanie.

Oby do zimy! A przynajmniej do jesieni.
Dobranoc.



wtorek, 20 maja 2014

[277] A na co mi przepis

Wiem, że normalna to ja nie jestem.
Wiem, że to lubicie. PRAWDA??
No to macie.

Z wyprawy na południe, przywiozłam sobie w słoiczku zakwas. Od Emki. Bo jadłam u niej pyszny chlebek, który uparłam się upiec. No bo przecież jak nie potrafię, jak potrafię!
Przecież dostałam przepis. Pff!
No i nadeszła wiekopomna chwila.
Najpierw zbierałam produkty. Dwa dni kupowałam wodę gazowaną. Znaczy kudłata przyniosła mi ze sklepu..małą buteleczkę. Jakby nie mogła zapytać. Potem kupiłam keksówki.
Miała być mąka pszenna typ 550. Ale że jak? Ja chcę razowy! Więc w misce wylądowała pszenna razowa typ 1850.
Miała być woda gazowana 4,5 szklanki. Ale nie doczytałam tego ,5 i dałam 4.
Zamiast otrębów dałam szklankę ziaren orkiszowych.
Miała być sól i cukier, ale... No co! Jak się lata od kompa do kuchni (daleko nie mam, ale zawsze) to można zapomnieć? Nie przepisałam na kartkę, bo...nie chciało mi się.
Więc jak już wymieszałam wszystko z zakwasem to przypomniałam sobie o tej soli i dosypałam, po czym zagniotłam ciasto.
Resztę zrobiłam według przepisu.
Dzisiaj upiekłam.
Jest..... PYSZNY!
Co prawda dzieci nie tkną, więc cały mój, ale nic to.
Dam radę :)))

A oto i on, a nawet dwa :)






Dobra, solennie obiecuję następny zrobić dokładnie według przepisu. Żeby nie było.

Na dziś:
Hetman - Czarny chleb i czarna kawa



niedziela, 18 maja 2014

[276] Hello! Wróciłam!

Ale nie cieszcie się za bardzo, bo niebawem znów zniknę kilka razy.
W każdym razie teraz już wróciłam z Koszalina i okolic.
Było jak zwykle świetnie i z...przygodami. Czasem się zastanawiam, dlaczego ja nie potrafię tak jak hobbici (hobbitowy) ród. siedzieć w domu i nie wychodzić za próg, żeby te przygody mnie nie dopadały. Ale to chyba dlatego, że ja tak bardzo lubię przygody.
Ale od początku.
Wyruszyłam (i bardzo dobrze) z odpowiednim wyprzedzeniem czasowym (też bardzo dobrze), po wcześniejszym sprawdzeniu, gdzie ten piekielny (bo pośpieszny) autobus się zatrzymuje.
Dojechawszy na miejsce, a daleko to było od mojej gawry (co nie jest bez znaczenia, ale o tym za chwilę), okazało się, że y-y to nie tu. Podjechałam więc dalej. Tam również okazało się, że to nie to. W końcu trafiłam na odpowiedni przystanek. Ale coś mi nie grało. Rozpoczęłam więc akcję sprawdzającą gdzie, co i jak.
Dygresja:
- miałam kasy ciut więcej niż na bilety w jedną stronę. Ciut, to jest ciut i nic ponadto.
- Kudłatej nie było przy kompie, więc nie mogła sprawdzić.
- skończyło mi się doładowanie. Mogłam jeszcze po całej akcji wykonać kilka smsów. Dokładnie dwa.
- jechałam z Młodym.
- pamięć wzrokowa zgrzytała z rzeczywistością
- tak samo zgrzytało rozeznanie geograficzne, strony świata, kierunki tras wylotowych i inne.
Koniec dygresji.
Mama mi pomogła. Oddzwoniła po sygnale, wyjaśniłam o co kaman, z niejakimi trudnościami, ale się udało i uzyskałam taka oto odpowiedź: "to ten przystanek, po którym następny to Kaliskiego". o.O (to zdziwienie na maska, bo nie znam wszystkich przystanków, szczególnie w tamtej części miasta). Zapytałam tambylców i też nie wiedzieli. Nic to. W końcu minęła godzina przyjazdu autobusu, a ja trochę zła, bo czas skurczył się jak, nie przymierzając, dżinsy, które ustawi się na pranie w 90 stopniach.
W końcu wsiadłam do autobusu, wygarniając ostatnie klepaki z portfela na bilety komunikacji miejskiej, z solennym cichym zapewnieniem siebie, że jak się będę miała przesiadać, to mam w nosie kontrolerów. Okazało się jednak, że po przesiadce mogę jechać na ten sam bilet i ...to był pierwszy cud.
Przesiadłam się na tramwaj, jadę, a godzina odjazdu autobusu mijała z minuty na minutę. Tak sobie pomyślałam, bo nagle spadł na mnie spokój ogromny i stwierdziłam, że ...mógłby się spóźnić ten autobus.
Poszłam sobie z Młodym na peron i słyszę: "autobus z Warszawy opóźniony jest 30 minut".
Gdyby nie te tłumy ludzi, pewnie odtańczyłabym taniec radości.
Chwilę później podjechał wypasiony autobus, pachnący nowością, kupiłam bilety i zostało mi 30 groszy.
Nawet nie wiecie jaka to ulga.
W każdym razie, siedząc w autobusie przed odjazdem, mój wewnętrzny kompas z żyroskopem, na siłę skłaniali się do smutnej prawdy. Że. Tym autobusem. Będę jechała całkiem blisko mojej stałej trasy do miasta. Kilka przystanków od mojego domu. Wyśmiałam się sama, wyszydziłam, mało brakowało, a napisałabym sobie samokrytyczny post na facebook'u, ale postanowiłam nie tykać komputera w gościach. Zresztą czasu nie było nawet.
Tak więc po raz kolejny udało mi się przechytrzyć przeciwności losu. Zdążyć. I wszystko wyszło jak należy.
I tym optymistycznym akcentem kończę na dziś i idę spać, bo jutro zrywam się o 5 rano, żeby dojechać odpowiednio wcześnie do urzędu pracy i zapisać się na kurs. Jest tylko 30 miejsc na 3 tury kursu. Po 10 miejsc na jeden kurs.
Dam radę, prawda?

Na dziś:
Godsmack - I stand alone
No bo jakżeby inaczej.



czwartek, 15 maja 2014

[275] Pogłos

Miało być o najważniejszym, ostatnio, temacie. Mianowicie o Eurowizji. O facecie w sukience i z brodą. I o tym, że ja mam to w nosie. I że nie przeszkadza mi ŻADEN, powtarzam jasno i wyraźnie ŻADEN sceniczny wizerunek. Ani malowane Kiss, ani chłopcy z pudel-rocka, ani Army of Lovers, ani Conchita. Mam to zwyczajnie w nosie, kto jak wygląda na scenie i poza nią też. Dopóki nie robi krzywdy innym.
Chciałam nadmienić, że to żadna nowość tak poza tym i we Wrocławiu jest wykładowca akademicki języka angielskiego----> link, który na co dzień, a nie tylko na scenie, chodzi w sukienkach i w butach na obcasach oraz pończochach. Czy mi to przeszkadza? NIE.
Inną sprawą jest kwestia zarzutów o brak patriotyzmu, bo się nie głosowało. Otóż. Nigdy w życiu nie głosowałam i nie zagłosuję na żadnego wykonawcę w tak żenującym jarmarku, obciachowym i siłą rozpędu chyba organizowanym, jak Eurowizja. Nie jestem więc patriotką. Sorry Polsko.
Ale nie chce mi się o tym pisać.
I nie mam czasu!
A w ogóle to sobie jadę jutro do Koszalina!
Do widzenia.


Na dziś:
Northern Kings - Hello

Panowie też występowali na Eurowizji w 2009 roku :)