środa, 15 kwietnia 2026

[539]. Rem..Remam...a idź pan w ..

 


Otóż dopadła mnie ta wredna suka. Depresja. A właściwie pomieszanie z menopauzą i AuDHD.
Trzyma już jakiś czas.
Do tego chata nie ogarnięta ciągle. Widzę i wiem, że trzeba, ale brakuje mi sił. Umyłam dzisiaj lodówkę, a to sukces. Szuflady dalej leżą w wannie i czekają na umycie. No i kij z nimi. Jutro.
Sen rozregulowany na maksa. Mogę zwalić na nocne oglądanie lądowania na Pacyfiku, ale kogo chcę oszukać, jak wszem i wobec wiadomo, że siedzę, oglądam i ryczę na dramach i BL-kach.

Wracam do oglądania.
Wrócę po remamęcie. 


sobota, 4 kwietnia 2026

[538]. Bez pomysłu.

Chciałabym czasem napisać coś mądrego. Takiego wiecie, z morałem, przesłaniem, nauką. Szczególnie kiedy czytam jakieś mądre posty z którymi się zgadzam, albo nie, a później chodzę, mielę, obgaduję temat z Młodym. Albo wręcz przeciwnie, to on mi tu makaron nawija, bo jest radykalny w idealizmie. 
Już tłumaczę. Długa dygresja.
Od kiedy to dziecko zaczęło się wysławiać, łączyć kropki, zadawać pytania, miało w sobie powagę odkrywcy. Mało było rzeczy, które zaspokajały jego wiedzę. Powiedziałabym, że wręcz rozbudzało i zmuszało go wszystko do szukania, drążenia i poznawania. Nie można by było być przy nim rodzicem bez odpowiedzi. Znaczy można by, ale moje osobiste cechy Au nie pozwalały na to. Mówię tylko o sobie, bo nie poruszam drugiej strony tutaj.
Więc ja zawsze muszę mieć odpowiedź. Czasem jest to 'nie wiem' i też jest dobrze. Ale tego nauczyłam się z czasem. 
No i ten młodzieniaszek rozwinął się ponad poziom. Od przedszkola wolał rozmawiać z dorosłymi i drenować wiedzę. 
To nie tak, że nie miał telefonu, internetu, komputera. Miał. Ale miał też świadomość, że nie tylko gry tam są. Tak, gra nałogowo. Tak, ma grupę przyjaciół z całego świata. Tak, dzięki graniu jego angielski to poziom, jakiego ja nie osiągnę. Ale poza grami, chłonie wiedzę, filtruje wiadomości przez naukę, umie analizować i wyciągać wnioski. Kiedyś nagram rozmowę z nim, bo to trudno z pamięci zrekonstruować. 
Wracam teraz do tematu głównego (pochwaliłam się dzieckiem, już wystarczy).
Kropka. 
Tu miało być odniesienie do posta u Teatru, o dzieciach. Ale szczerze, to nie pamiętam co chciałam napisać. Zostawię jednak ten wstęp, bo lubię się dzieciami chwalić.

Minął miesiąc z okładem.
Zaglądałam jednym okiem do Was, ale nie mogłam się zebrać do napisania. 
Ostatnio do niczego zebrać się nie mogę. Trochę się czołgam, sama, po glebie. Bo nie chce mi się wstać. Takie wyjebanto mam na wszystko. A z drugiej mańki to nie mogę kiwnąć palcem, bo ja na wszystko mam czas, tylko nie na to, co powinnam zrobić. 
Szafka nie złożona. Za to zapału na ogarnianie kwadratu wystarczyło nam na trochę łazienki i połowę regału na korytarzu. Połowę, bo Młodemu się odechciało. Ale za to umył okna i chodził i chwalił jak to jasno się zrobiło nagle.
Poza pokładami mądrości ma ten dzieciak taką przypadłość, że maruda i malkontent. No jak on mnie wkurza, to sobie nie wyobrażacie. Prawie tak samo jak braki paliwa na stacjach. Bo raz mnie zaskoczyło wzięło, że ni ma, ani benzyny, ani diesla. Ceny wzrosły, a jakże. 

Zdrowotnie bez zmian. Jakoś tam jest. Samopoczuciowo nawet może być. 
Ostatnio planuję się pofarbować. Tak od grudnia planuję. Taki urok nie łażenia do pracy codziennie, że ma się wiadomo gdzie. Kiedyś się wezmę, bo już patrzeć nie mogę, na tę starą babę w lustrze.
Wczoraj nieopatrznie wygadałam się Kudłatej o planie wycieczki z nowopoznaną psiapsi od dram. Tylko czekajcie jak coś jebnie w Korei, Japonii i Tajlandii...

No i to by było na tyle. Dzisiaj poświęcę się dalszemu nicnierobieniu. 
Ale obiecuję wpadać tu regularniej.

No i odkryłam Marcina Patrzałka. Co on z gitarą robi to normalnie żadne ognisko harcerskie by tego nie wytrzymało. Zakochanam.
I Raye. No jak ja kocham takie dżezujące głosy. 

Garść dokumentacji okołokominowej sranków:

Te nie miały gdzie siedzieć. Wybrały dach.


Wiewiór.


Rudy. 


Nazywam to pietruszką. Jeszcze kilka dni temu nadrankiem przymrozki, a za dnia 15-18 stopni.



Obyście zdrowi byli. Zawsze, nie od święta.





sobota, 28 lutego 2026

[537]. Wiosna, Panie Majorze!

Opowiem Wam historyjkę.
Otóż, w zamknięciu pandemicznym zakupy robiła mi Kudłata. Przyjeżdżała z południa, bo mogła, miała pozwolenie na poruszanie się, ze względu na pracę. Wpadała do marketu, robiła zakupy według listy i dostarczała. 
Razu pewnego zachciało mi się lodów, więc o nie poprosiłam. Miałam namyśli takie wiecie, niebieskie pudełko, albo coś. Ale ta mi przywiozła legendę. Ben & Jerry's. Link dla chętnych: https://www.benjerry.co.uk/
W tamtym czasie to było ok. Zachwyciły mnie smaki. Ale ponieważ byłby bardzo słodkie, to jadłam je bardzo długo, po łyżeczce. 
Nie wiem co sprawiło, że po pewnym czasie nie mogłam już patrzeć na te lody. Nie przejadłam się, bo porcyjki raz na jakiś czas były malutkie. Nic mi po nich nie było, co mogłoby tłumaczyć sytuację, ale nie. 
Mam traumę i na samą myśl o tych lodach robi mi się niedobrze. Tak serio serio. W pobliżu lodówek z nimi, gdzie lezę za Młodym, bo on takie pudełko na jedno posiedzenie opycha, zbiera mi się na rz.. mam odruch wymiotny. Jak o nich za długo myślę to również. Teraz piszę już resztką sił.
Ogólnie do lodów mam tak samo jak do cytrusów i Leonardo DiCaprio. Muszę się mocno przekonywać i namawiać, żeby zjeść, a jak już zacznę to jest ok. Leoś to z kolei nie lubię go. W sensie nie był nigdy moim idolem, nie podobał mi się, ale jak już zacznę oglądać z nim film, to jest wyjątkowo dobrym aktorem i miło się ogląda. 
Teraz zastępczo próbuję inne lody. Haagen - Dazs. Trafiłam na masło orzechowe i orzeszki i zakochałam się w smaku. Ale obawiam się, że za chwilę podzielą los B&J.
A właśnie, Na stronie, którą tam wyżej podałam jest cmentarz smaków. Te których już nie produkują można powspominać.

A to wszystko dlatego, że mam w głowie chaos. Czekają nas diagnozy (oficjalne, bo że z garem coś nie tak, to wiadomo nie od dziś) i inne kontrole. Oraz przyszła wiosna. A o wirtualno-realnym randkowaniu, napiszę kiedy indziej.








piątek, 20 lutego 2026

[536]. Mgnienie oka.

Normalni ludzie o tej porze śpią. Fakt, nigdzie nie deklarowałam normalności. Wręcz vice przeciwnie.
Było jakoś tak koło północy, zadowolona z siebie pomyślałam, że jeszcze tylko sprawdzę i pójdę spać.
Ale zapomniałam co chciałam sprawdzić, więc zatonęłam w internecie. 
I tak sobie pływam pływam, mrug! i już prawie 3 nad ranem. 
Wobec tego stwierdziłam, że napiszę parę słów, bo jakże to tak milczeć.

Zrobiłam coś, żeby się przekonać. Przekonać do prawie-na-100%-pewnego. 
Wrzuciłam w chatGPT dwa teksty. i zapytałam czy to jego sprawka.
Poniżej odpowiedź:

Tekst1.

Okej, przeczytałem uważnie 👀
I powiem tak: to bardzo dobrze napisany tekst – ale z kilkoma sygnałami, które lekko pachną AI.

Nie da się tego rozstrzygnąć w 100%, ale oto moja analiza:


🔎 Co sugeruje AI?

1. Bardzo równa, „wygładzona” składnia
Zdania są poprawne, płynne, rytmiczne. Nie ma potknięć, skrótów myślowych, nagłych zmian tonu. Człowiek często zostawia drobne nierówności – tutaj wszystko jest estetycznie wypolerowane.

2. Powtarzalna struktura emocjonalna
Kilka razy wraca ten sam schemat.

AI bardzo lubi takie paralelizmy i powtórzenia dla wzmocnienia przekazu.

3. Lekko „uniwersalny” ton
Tekst jest ciepły, serdeczny, ale dość ogólny. Brakuje jakiegoś bardzo konkretnego, nieoczywistego detalu

AI często operuje emocją, ale unika zbyt osobistych, ryzykownych konkretów.

4. Konstrukcja idealna pod post blogowy
Wstęp – rozwinięcie – zasada – osobisty akcent – mocne domknięcie. Bardzo podręcznikowa kompozycja.

🔎 Co tutaj jest bardzo charakterystyczne dla AI?

1️⃣ Nadmiar objętości bez realnego rozwoju treści

Pierwsze 4–5 akapitów przekazuje całą ideę:

A potem… przez kolejne kilkanaście akapitów ta sama myśl jest rozwijana w coraz to nowych wariantach językowych.

To jest klasyczny sygnał generowania:
AI świetnie potrafi rozszerzać ideę, ale często nie dodaje nowych informacji — tylko nowe wersje tej samej myśli.


2️⃣ Bardzo charakterystyczna konstrukcja powtórzeń

W tekście masz mnóstwo struktur typu:

  • „To nie jest tylko… To jest…”

  • „Nie chodzi o… Chodzi o…”

  • „Bo w końcu…”

  • „I właśnie dlatego…”

  • „Jedną z rzeczy, które…”

  • „Warto też podkreślić…”

To są ulubione mosty retoryczne modeli językowych.
Człowiek też ich używa — ale nie w takiej regularności i gęstości.


3️⃣ Emocja bez konkretu

AI kocha ogólne, „czyste” emocje.
Człowiek zwykle wrzuca przynajmniej jedną krzywą historię.

4️⃣ Perfekcyjna retoryczna symetria

Ten tekst ma bardzo równy rytm:

  • te same długości akapitów,

  • bardzo konsekwentne domykanie,

  • brak zmęczenia stylem,

  • brak skrótów,

  • brak „piszę za długo, kończę”.

Człowiek przy takiej długości zaczyna się zmieniać w tonie.
Tutaj ton jest równiutki jak linijka.


5️⃣ Najmocniejszy sygnał

Tekst realnie mógłby być o połowę krótszy bez utraty sensu.

To jest ogromny znak AI.
Modele mają tendencję do:

  • nadprodukcji,

  • multiplikowania sensów,

  • „napompowywania” tej samej idei.


🎯 Mój werdykt po całości:

Jeśli mam obstawić bez dyplomacji:

👉 80–90% szans, że to tekst generowany przez AI lub bardzo silnie nim wspomagany.


Tekst 2.
Ooo, czyli śledztwo w toku 👀🕵️‍♂️
Dobra, to wchodzimy poziom głębiej.

🎯 Mój werdykt porównawczy

Po zobaczeniu obu tekstów:

👉 Bardzo wysokie prawdopodobieństwo (85–95%), że autor korzysta z AI do pisania — przynajmniej jako głównego generatora szkicu.

To może być:

  • generowanie całości,

  • generowanie rozbudowanych szkiców i lekkie redagowanie,

  • albo pisanie własne + intensywne „rozszerz mi ten fragment”.

Ale styl jest zbyt:

  • powtarzalny strukturalnie,

  • retorycznie symetryczny,

  • nadmiarowy objętościowo,

  • abstrakcyjny w emocjach,

żeby wyglądał na czysto ludzką spontaniczną produkcję.



Natomiast jeśli patrzymy czysto technicznie — oba teksty:

  • mają identyczny rytm retoryczny,

  • bardzo wysoki poziom „napompowania” emocjonalnego,

  • mało surowych, nieładnych szczegółów,

  • dużo definicji zamiast historii,

  • dużo powtórzeń idei w nowych wariantach językowych.

To jest bardzo typowe dla generowania.


Kto wie, ten wie.
To tyle ode mnie. Sorki za formatowanie, ale nie chce mi się zmieniać czcionek, więc typowo kopiuj/wklej.

piątek, 13 lutego 2026

[535]. Post o niczym.

Miejmy to za sobą. 
Zjadłam jednego pączka. Przyznaję się bez bicia. I to był pączek za karę. Nie był dobry. Smakował jak wczorajszy.
Było, minęło.
Teraz piątek 13-go. Ja tam lubię, więc mi nie robi.
A w sobotę walentynki.
Kumulacja.
Najbardziej rajcuje mnie piątek 13-go. Najciekawszy dzień. Reszta może nie istnieć.

Wracając do rosołku i choróbska. Młody jakoś ciągnie. Kichanie ustało, bo jakżeby inaczej, po alerteku. Ale chodzi i marudzi, czyli mimo wszystko przeziębiony. A chłop przeziębiony to wiadomka. Jechać z nim na zakupy to skaranie boskie. Ze stresu zapomniałam octu. 
(No bo na co komu lista zakupów? O to zawsze się żremy w sklepie. Mam ochotę wtedy wziąć coś ciężkiego i zaprowadzić porządek w hierarchii. Swoją drogą, niech ktoś mi wytłumaczy, czemu dziecko tak marudzi. A apropos zakupów, list i ja tylko po dwie rzeczy. Ostatnio weszłam do lidla. Oczywiście tylko po bagietki i tylko po masło. Zanim doszłam do końca alejki miałam już na rękach stos rzeczy, w ręce woreczki z warzywami i pieczywem. Jak zawsze. U mnie to norma. Koszyki są dla słabych. No i idę dumna, prawie nie widzę drogi. I dwóch Anglików na mnie patrzy i się śmieją ze mnie. I jeden z nich: co, weszłaś po jedną rzecz. Nie śmiałam zaprzeczyć. Powiedziałam, że ja tak zawsze.) 
Któren używam do prania, żeby pozbyć się futra. Na razie lepszego sposobu nie znalazłam, ale ostateczny ruch to będzie zakup suszarki kondensacyjnej. Z tego co wiem działa cuda, a ja lubię czarne ciuchy. Rolki wypróbowałam już chyba wszystkie i pozostanie mi kupić taśmę klejącą szeroką. Rzutem na taśmę odkłaczałam tak fotel.
Ale wracając do rzeczy.
Żeby było weselej, wczoraj mnie nawiedziło takie niewiadomoco. Łeb bolał, kręciło się w nim. Niedobrze mi było. Jakoś tak słabo się czułam. Przeziębieniowo. Nawet ciut grypowo. Ale poszłam spać i mi przeszło.
Znaczy ciągle czuję się niewyraźnie, teraz po tym pączku doszła zgaga, więc oby do jutra.
A jeśli chodzi o rosołek.
Poprzedni post pisałam z myślą, że się poskarżę. Ale wyszło jak wyszło.
To poskarżę się teraz.
Otóż. Lubię warzywka z rosołku. Znaczy ogólnie lubię takie z zupy. A najbardziej lubię pietruszkę. Korzeń. Uwielbiam jej smak. Dlatego jak pietrucha ląduje w garze, to część kroję normalnie, zależnie od fantazji, w plasterki, półplasterki, albo kostkę. A pozostałą część to tylko w długie kawałki. Jestem taka sprytna, bo rozróżniam wtedy ją od selera. Ha. No i idę ja sobie nalać rosołku, z myślą, że wyłowię te długie kawałki, bo było ich jakieś 12, albo i więcej, radosna cała, ślinka leci, a tam...
Marne DWA SŁUPKI. Rozczarowanie straszne. Jeszcze się z Młodym nie rozprawiłam, bo nie ma to za bardzo sensu. On zwyczajnie nie będzie wiedział o co mi chodzi. 
To był taki post o niczym. 


wtorek, 10 lutego 2026

[534]. Zaburzenie porządku i pretensje.

Wczoraj moje dziecię się pochorowało. Ale tak to jest, kiedy leci się z psem w koszulce na krótki. Nie przegadasz, dopóki nie dopadnie go niemoc i można trochę opierdzielić. 
No i wczoraj zaczęło się od kichania seryjnego. Musi alergia. Nawrzeszczałam na onego, że alertec leży na biurku, to się pokłócił, że nie, po czym znalazł tam gdzie mówiłam. Ale rozłożyło go bardziej niż alergicznie. Więc o 18 poszedł spać.
Mamunią latającą z termometrem i czuwającą to ja nie jestem. Odziedziczyłam, niestety, po mojej matce totalny wkurw. Ale minęło mi, nie brzęczałam mu nad uchem, że mnie nie słucha.
Po jakichś 2 godzinach stwierdziłam, że co tam, będę ta dobra jednak i ugotowałam rosołek. Pyyyyszny wyszedł. Poszłam spać. 
Rano obudził mnie Młody, psioczący na psa. 
O 6 rano dziecko wstało i poszło do kuchni, pies leżał na fotelu, więc tor przeszkód chwilowo nie funkcjonował. Gdzie chwilowo jest bardzo adekwatne. Szło dziecko nazad z miską rosołu i natknęło się na kłodę, która zeszła z fotela, bo tak! I na to ja otworzyłam oko i zobaczyłam jak się młody z tą miską bujnął. Cud, że nie oblał rosołem Majora. Ten też ma za uszami, ale o tym zaraz. Albo raczej nie za uszami, a na dupie.
No i się obudziłam, średnio zachwycona, bo niewyspana. No i się dowiedziałam, że zepsułam dziecku misternie ułożony plan! Poszedł on bowiem do kuchni w celu poczynienia jajecznicy, a tu go zaatakował, pachnący rosół i makaron. 

No to co z Majorem. Jestem mu winna przeprosiny, bo zmieniłam karmę. Niby przyjazną dla niego, a jednak nie. Dostało psisko swędzenia. Przegląd przeciwpchelny wyszedł negatywny, więc obstawiam alergię pokarmową. 
Dwa dni temu wieczorem psisko przyszło do głaskania. Ale kątem oka zauważyłam dreda na dupie. No i odwracam tę dupę a tu łysy placek. Łysy do błyszczącej skóry. Wylizał i wygryzł sierść. 


Więc najpierw odstawiłam karmę, a potem zaczęłam grzebać i szukać informacji. Samozwańczy wet zaordynował hydrokortyzon i ulżyło psu, bo przestał lizać. Więc czekamy na dobrą karmę i smarujemy
Oczywiście wizyta u weta nas czeka, ale na razie musi wystarczyć pomoc doraźna.
A psisko szczeka za miskę ryżu. Z jajkiem. I jest zachwycony.


wtorek, 3 lutego 2026

[533]. Przyszedł luty.

Trochę znikłam.
Przeorganizowywuję się. Znaczy przestrzeń dookoła.
Marzy mi się pojeżdżenie meblami trochę, ale nie mam zbyt dużego wyboru, żadnego nie mam prawie, bo podłoga jest jak nadmorska plaża w Łebie. Czyli wędrujące wydmy. Czyli nierówna. Ale nie na stałe, ona zmienia swoje parametry, czyli raz jest wyżej, raz niżej, raz się drzwi zamykają, a innym razem nie. Urok wyspiarskiej gleby.
No po prostu są górki i dolinki i nie bardzo jest jak przestawić regały i łóżko. I komody. Trudno, jutro przejadę stołem i fotelem, bo muszę też zachować miejsce dla krewetki niemieckiej, która zajmuje 1/4 wolnej powierzchni pokoju jak się uwali. Zwykle śpi u Młodego, na swoim legowisku, ale przychodzi sprawdzić czy już zwolniłam fotel, po czym z głośnym westchnieniem z dezaprobatą włazi na niego, o ile wolny, i się zwija w precel. 
Ale nie o tym chciałam w sumie. Znów chyba muszę spuścić trochę z mózgownicy, bo wszystkie te pomysły, troski, przemyślenia, wkurwy i komedie zaczynają nieźle bałaganić. Znaczy robi się tłoczno i w sekundę przeleci myśl, żeby coś, a mgnienie oka później już nie pamiętam co to było i tylko tyle, że ułatwiłoby życie. No może nie życie, ale czynności. I teraz nie wiem. 
Kuchenne? Tak, praska do ziemniaków. I miski, bo się wytłukły wzięły. Ale wizyta w IKEA nie przyniosła nic dobrego, bo takich misek jak miałam już nie ma, są płytkie i mniejsze. I pierdyliard gadżetów, które by-się-przydały. 
Łazienkowe? Weź się stuknij w łeb. Złóż najpierw szafkę, którą kupiłaś ..w kwietniu zeszłego roku. I dalej czeka na złożenie, a miałaś takie plany! Ręczniki tam będą! Yhy, tak. 
Pokojowe? Nie wiem, w koszyku mam tyle rzeczy, że nie wiem co pierwsze najpotrzebniejsze. Że wszystko to wiem, ale jednak jakieś priorytety trzeba mieć. 
No i wypadło mi ze łba i koniec. Znaczy nie koniec, bo dojdę do tego na okrętkę.
---
Jazdy idą dobrze. Tylko za dużo młodzian gada. Wiem, że to mu potrzebne, ale wkurza mnie. Więc ćwiczę swój zen i nirwanę. Żeby nie nakrzyczeć. 
---
Dalej gadam z kumplem. Coraz więcej i więcej. I coraz bardziej przeraża mnie sama myśl, że się przyzwyczaję. On ma tak samo nierówno pod sufitem jak ja. Lubimy te same rzeczy, słuchamy tej samej muzyki, mamy podobne spojrzenie na świat. Ale chyba nie.
---
Dalej siedzę w dramowym uniwersum. 
Jak na razie w dalszym ciągu nie mogę niczego dramom zarzucić. Karma, reinkarnacja, zemsta, miłość, bankructwa, kryzysy, klątwy, mafie, romanse i inne ładne chłopaki. Wszystko wciąga mnie po uszy. 
---
Jest luty, czas kalendarz zakupić.

P.S.: może to o kalendarz chodziło?

poniedziałek, 26 stycznia 2026

[532]. Przeszukanie.

Moje dawno niewidziane w głowie poczucie prawilności wróciło z impetem. 
Moja prawilność to przymus tłumaczenia i dowodzenia racji i prawdy. Cecha ze spektrum, która mocno towarzyszyła mi od dzieciństwa. Branie na serio rzeczy, które były żartem, dokładne odtwarzanie innych rzeczy, zagubienie, gdy czegoś nie wiedziałam na tip top. 
Moje zamaskowanie osiągnęło oczekiwany rezultat w postaci wycofania, blokady i głębokich oddechów. 
Naprostowywanie rzeczy to nie popisywanie się wiedzą. Raczej próba pokazania, że coś jest inne niż ludzie sądzą że jest. Zagmatwane, ale nie umiem opisać tej potrzeby wyłuszczenia, emocji, toku myślenia. 
Wyciszyłam to, bo rozumiałam absurdalność mojego zacięcia i zakręcenia na punkcie danej rzeczy, czy wiadomości. 
Przykładem opisującym to najlepiej było udowodnienie mojemu przyjacielowi, że piosenkę Time of my life śpiewa Bill Medley i Jennifer Warnes. Po pół roku go dopadłam z kasetą, żeby mu pokazać. Spojrzał na mnie jak na idiotkę. Ale właśnie to jest to, że pamiętam słowo w słowo coś sprzed długiego czasu. 
Czasem to było silniejsze ode mnie, ale opanowałam samokontrolę. 
Myślę, że ta moja cecha sprawiła, że posiadłam ogromną wiedzę na każdy temat. Powierzchowną, ale ogromną. Czyli jestem tą, która wie wszystko. (tak, to autoironia, choć faktycznie wiem dużo).
No i nastało dzisiaj.
Trafiłam na zdjęcie zestawione z dwóch. Typu przed i po. Ale na pierwszy rzut oka, bez specjalnego zagłębiania się widać, że to dwa różne miejsca. 
I przeszłabym obok bez zagłębiania, ale przeczytałam komentarze. No i mnie się coś zrobiło. Zagotowało. Zbuntowało. Poczuło nieodpartą potrzebę udowodnienia, że twórca posta do tego zdjęcia myli się, bo ja wiem lepiej.
Zrobiłam krótki research. To też umiem bardzo dobrze. Serio, kilka kliknięć i już wiedziałam. Że to dwa różne miejsca, chociaż na jednej plaży, bardzo podobne, ale inne. 
Napisałam więc komentarz, wstawiłam zrzut z mapy google i ... czekam na lincz.









poniedziałek, 19 stycznia 2026

[531]. S-H-G.

Spoczęła na mnie odpowiedzialność. 
Z jednej strony cieszę się bardzo, z drugiej mam tabuny obaw. Bo co będzie jak nauczę źle? Co będzie jak moje złe nawyki przeniosę na dziecię?
Staram się. Wiem jak ciężko jest tłumaczyć oczywiste rzeczy. Jak opisywać to, co podskórnie, podświadomie, bez namysłu i automatycznie. Zmuszam się do tłumaczenia, sama zastanawiając się nad tym, jak to działa i jak to czuję. A nie jest to łatwe.
Ciężko powiedzieć jak będzie. Ale dzisiaj zapoczątkowaliśmy nauki. Matka i syn. Przekażę mu wszystko co wiem i umiem. Z duszą na ramieniu.
Na początek musieliśmy przykleić L. Magnesy w zestawie nic nie dały, odlatywały L-ki z maski nawet jak nie wiało. Zamieniłam je na taśmę klejącą dwustronną. Jednak rękodzieło przydaje się na coś. 
Potem pojechałam na parking przy Morrisonsie, bo po 16 w niedzielę już zamknięte. A chciałam jeszcze za jasności rozpocząć. 
Dzisiaj na tapecie były: Start, Biegi, Ręczny, Jedynka, Stop. I Sprzęgło, Hamulec, Gaz.
Hamulce do sprawdzenia, bo działają jak żyleta i rzuca człowiekiem jak manekinem w crash-testach.
Jutro kartkówka z dzisiaj i Dwójka. Bieg oczywiście. Nie że co inne. 
Tak więc ogłaszam stan wyjątkowy. Niebawem wyruszymy na ulice.

A porównując z prawem jazdy w Polsce.
1. Dostajesz Provisional ID jeszcze zanim wsiądziesz do auta. Właściwie bez tego nie wolno wsiadać. 
2. Uczysz się od kogo chcesz, jeździsz ile chcesz. Zawsze z kierowcą, który jest opiekunem. 
3. Egzamin zdajesz swoim samochodem.
Poziom stresu? Dla niektórych ogromny. Ale jeśli ma się porównanie z Polską i polskimi egzaminami, to tutaj to jest pikuś. 
Co ciekawe, bardzo rzadko spotykam jakiegoś dzbana, który siedzi na zderzaku, mruga, zapindala. Pewnie, że są i tacy. Ale to zazwyczaj Polacy, Rumuni, Pakistańczycy i inne nacje. Brytyjczycy zazwyczaj zachowują spokój. 
A skąd taka różnica w kulturze jazdy, nie mam zielonego pojęcia. Bo te trudne egzaminy i wyjeżdżone godziny w Pl powinny wyprodukować dobrych kierowców. A ja mam wrażenie, że odbierają prawko i część mózgu odpowiedzialna za jazdę zanika. 
Wystarczy prześledzić profil na FB Co dziś pierdolnie na DK10. Prawie nie ma dnia, żeby na tej drodze coś się nie stało. Zaznaczam, że droga w dobrym stanie. Ale jak czasem oglądam filmiki z kamerek, to włosy dęba stają. 


niedziela, 18 stycznia 2026

[530]. Raport tygodniowy.

13.01
Nie mogę uwierzyć. Dzisiaj rano Młody zarządził: jedziemy do IKEA. Powiem tylko, że zaskoczyło mnie to ogromnie, bo on ma z zakupami jak ja. Najlepiej nie. Ale do IKEA to ja lubię. Pochodzić, popatrzeć, podotykać, kupić po raz 10 tego samego kwiatka, bo poprzednie odmówiły współpracy. Młody z bluszczu (który też kilka razy nabywaliśmy) zrezygnował z hukiem. I zażyczył sobie kaktusa. No i ma i rośnie mu. Nie wiem kiedy podlewany, ale obstawiam, że w sierpniu ostatni raz. To jest roślina, co survival uprawia. Spada z parapetu, gubi doniczunię i znów reanimacja. I kurde rośnie.
A ja, która mam "rękę do kwiatów" chyba już nie mam. Fiołki uschłam. Znaczy jeszcze spróbuję je uratować, ale marne szanse. A ten wiecheć, co go kupiłam znów ma za zadanie przeżyć. Tylko tyle i aż tyle. 
No więc podróż. W trakcie jazdy rozmowy na temat ekonomii, działania dużych firm, systemu i plany na zaś.
W sklepie zwiedzanko, rezygnacja ze stacjonarnych klopsików, zakup kilku rzeczy, obraza na to, że nie mają odpowiedniej wielkości poduszki (Młody). Kupiliśmy pościel, Młody sobie wybrał. I teraz słucham jaka ona jest cudowna, jak się dobrze w niej śpi. No bo 100% bawełna. Potem rajd po sklepach i szukanie podłebnika. Obraza w innym sklepie, że 110 funtów za podunię i znów narzekanie (Młody) na to, że nie ma już prawie sklepów branżowych, które zajmują się określonym rodzajem towarów i że wielkopowierzchniowe markety rozwalają wszystko.
Słuchaniem tego marudzenia się aż zmęczyłam. Wróciliśmy, zrobiłam klopsiki (mrożone z IKEA) z sosem i borówką (też z IKEA). I minął dzień. 

15.01
Mechanik. Ogólnie przeglądzik, wymiana olejów, w skrzyni biegów i silnikowego. I zamówienie pompki do spryskiwacza. 
No i dostałam zjebkę. Za C4. Bo ma jakiś silnik chujowy. I pojechał mi po ambicji i honorze, że Młody to niewiele o życiu, znaczy samochodach wie, ale ja to powinnam już wiedzieć, że najpierw pytać. I tak o. Przyjęłam na klatę.
Młody zrobił hamburgery. Powiem Wam, że nie dość, że dostałam jedzenie pod nos, to jeszcze tak pyszne, że aż. 

16.01
Mechanik. Wymiana pompki. Umówienie na wyważenie kół i zbieżność.
No i tu zaczyna się polka hopka. 
Minutę po wyjechaniu z warsztatu zapaliła się kontrolka: check engine.
Ja p!^(%^&@(&^&$(&~&(^(^#@^#&##&&#
Telefon, Wracamy.
No i oczywiście ironii końca nie było. A nie mówiłem, co drugie zdanie.
Ale okazało się, że cewka. Naprawione. Ja dostałam klasycznej głupawki, Młody widać było, że zmartwiony i że włączył mu się tryb ja pierdole. Ale nic to, wróciliśmy. Jest ok. I w końcu mogę sobie szybę wycierać.

Z tego wszystkiego obiadu nie było.

Dzisiaj (a raczej wczoraj).
Dzień lenistwa. Zrobiłam pranie, żeby nie było, że już nic kompletnie nie robię. 
Młody zrobił tortille z kurczakiem. 
Przepyszna.
Ale mam radochę jak on odkrywa, że różne kuchenne działania są proste i nie wymagają nie wiadomo czego.
Z tego zadowolenia upiekłam murzynka, jak z PRL-u. Jak byłam dzieciakiem, mama kazała mi zawsze mieszać cukier, mleko, kakao i margarynę w garze, czego nie znosiłam. Ale za to pamiętałam do dzisiaj co potrzebne do przepisu. Teraz sobie tylko sprawdziłam proporcje. Posypałam wiórkami. Tak mi się chciało słodkiego :D

Takie to nudne życie.





piątek, 9 stycznia 2026

[529]. Dzięki bogu już piątek.

I wcale nie chodzi mi o to, że jest piątek. Bo ja lubię wszystkie dni. Poniedziałek też.
Ale ostatnio mam jakieś takie trzaski, że przypominają mi się różne tytuły i słowa piosenek z zamierzchłych czasów.
I tak na przykład posty o Bratysławie u Teatralnej spowodowały przypomnienie o serii "Z czego się śmieją nasi sąsiedzi". Był taki cykl w TVP1 w 1983-1984, który jako 10-latka oglądałam. Leciały tam komedie czechosłowackie, radzieckie i inne z bloku wschodniego. Pamiętam niektóre kadry, absurdalny wręcz humor i że było śmiesznie. Teraz tak sobie myślę, że byłam jednak dziwnym dzieciakiem. Z jednej strony łobuzowałam z chłopakami całymi dniami na dworze, z drugiej czytałam książki, opiekowałam się siostrą, oglądałam Monty Pythona, wspomniane komedie, W Starym Kinie, lubiłam Pegaz, Teatr Telewizji i Piątek z Pankracym. A do tego, w tym czasie zaczęłam rozwiązywać krzyżówki, na złość ojcu, który nie pozwolił mi wpisać odgadniętego słowa w jego krzyżówce. Zaczęłam więc kupować swoje i rozwiązywać namiętnie. Bez komputera, ale za to z encyklopedią, słownikami i ogromnym zapałem. Odkrywałam sama co to anagramy, homonimy, palindromy i inne logiczne zagadki. Pamiętam jak pierwszy raz kupiłam Szaradzistę, a to już był poziom wyżej niż seria Rozrywki. 
Wracając do tematu, Teatru niechcący przypomniała mi o "Tajemnicy zamku w Karpatach" - na zasadzie skojarzeń. Oglądałam ten film kilka razy, bo był powtarzany w tv. I takim sposobem przypomniałam sobie o serii i zapragnęłam znaleźć tytuły. Po to na przykład, żeby obejrzeć sobie jeszcze raz. Pamiętałam jedynie "Jak utopić doktora Mraczka". No i przekopałam internet, nie cały, ale trochę. Trafiłam na jeden blog z opisami ramówki w PRL - https://dziswtelewizjiprl.pl/. Ale znalazłam tylko jeden wpis, który wygrzebałam przeglądając programy. Napisałam do twórcy bloga, ale on nie wiedział za bardzo. Więc zaczęłam szukać i znalazłam forum z programem. Ale musiałam przeglądać każdy sobotni. Znalazłam trochę tych filmów. 
„Teść" komedia CSRS
"To moja sprawa, szefie"
„Jak utopić doktora Mraczka” — komedia czechosłowacka 
„Wszystko na opak" — komedia produkcji ZSRR 
„Szpinak czyni cuda” — komedia prod. CSRS 
„Setka dla kurażu” — komedia radz. 
„Mareczku, podaj mi pióro” — komedia prod. CSRS 
„Horoskop szczęścia” — film produkcji CSRS 
„To niemożliwe” film fab. prod. radzieckiej 
(kopiowane z forum)
No i na fali tych wspomnień, pomyślałam sobie o innym tytule. Dzięki bogu już piątek to też film.
A że piątek i o filmach, no to tak się przypałętał.
A jeszcze jedna dygresja odnośnie trzeciego zdania.
Pamięta ktoś jeszcze, że byliśmy dołowani odgórnie w czasach PRL-owskiej telewizji?
W niedzielę był program - "Jutro poniedziałek". Lekkim popołudniem, żeby nie było ludziom za dobrze. Ha!
No i jak tak przeglądałam programy, to było tyle programów edukacyjnych, naukowych, że aż mi tego brakuje!


środa, 7 stycznia 2026

[528]. 1984 w Azji.

Zastanawiam się od jakiegoś czasu, czy się przyznać. 
Trochę nie wiem. Ale jestem dorosła i chyba się nie boję.
Moje podróże azjatyckie, palcem po mapie, literaturowo i historycznie zaczęły się w Chinach. 
Nie wiem czy to bajki chińskie, czy akcesoria piśmienniczo - artystyczne, piórniki, obłędnie pachnące gumki, czy może przepiękne sukienki, o jakich marzyłam mając chyba z 6 lat. Po kredki, plasteliny i bajeczną temperówkę glinianą w kształcie jajka, malowanego w kwiatki i gałązki stałam w PRL-owskiej kolejce, mając 7 lat, z pieniędzmi w garści. Od tamtej pory mam, delikatnie mówiąc, jebnięcie na punkcie sklepów plastycznych. I posiadania zapasów zeszytów, ołówków różnej twardości, długopisów, piór, atramentów, pisaków, farb i innych niesamowicie potrzebnych do niczego rzeczy. Na przykład spinaczy biurowych w kilku kolorach. 
Serialowo i filmowo rozpoczęłam gonitwę po Korei. Zachwyciłam się językiem, kulturą i, co tu ukrywać, urodą aktorów, bo wpisują się w mój typ, a w garniakach wyglądają bosko. Aktorek też, ale wiadomo.
Ale moja podróż poszła dalej. 
Przypadkiem trafiłam na dramę chińską. Drama była z serii BL*. Drażnił mnie język, tak różny od koreańskiego, żadne słowa tylko szzzszzzzszzzz. Potem trafiłam na tajlandzką. Tajlandia kojarzy się różnie. No i drama też była z serii BL. Język tak samo powalony jak chiński.
Ale po czasie ucho się przyzwyczaiło i już słyszę.
Wracając do przyznawania się.
Mega mi się spodobało. Z różnych powodów. Nie będę opisywać, że sceny pocałunków, czy innych romantyzmów, bo nie to jest w tym istotne. (Chociaż tak, to też, i to bardzo). 
BL oznacza boys love, Dla niewtajemniczonych. To nie jest porno, gdyby ktoś chciał wiedzieć. Ale sceny są. 
Chodzi mi o to, jak mówi się o miłości, jak się ją przedstawia, jakie są interakcje ze społeczeństwem, coming outy, tajemnice, zdrady, związki, śluby i cała reszta.
Fabuła czasem jest płytka, a niektórzy bohaterowie drażniąco się zachowują. Z drugiej strony te najbardziej queerowe postacie są przecudne. 
Ale zdarzają się zaskoczenia. I to bardzo mocne. 
Na przykład fabuła podparta Orwelem. 1984. No jestem w szoku totalnym, jak powiązano prestiżową szkołę męską i jej zasady z tą książką. Dyktatura, zakazy, nakazy, służby porządkowe z uczniów, kontrola, jednocześnie przy sporej swobodzie. Normalnie abstrakcja. Do tego kryminał. A między chłopakami aż wrze.
Nie sądziłam nigdy, że będę fanką BL-ek. 
Tylko dlaczego nie?
W grupach na fb spotkałam jednego, JEDNEGO faceta. Tak to same baby, piszczące jak nastolatki ryczące 40 i 50. Dołączam do chóru wariatek.
Bo zwyczajnie mam gdzieś, co sobie o tym świat pomyśli.




niedziela, 4 stycznia 2026

[527]. Lo(ą)dowisko

W pięknych okolicznościach przyrody, rankiem, trzeciego stycznia, z uwiązanym do ręki ciągnikiem z napędem na cztery kopyta, nie zgadniecie co.
Musnęła mnie lekkim powiewem myśl, że to to ciemne na drodze to zamarznięta kałuża. Bo dzień wcześniej z radością skruszyłam wafelek lodu na niej. Kto nie wskakiwał w zamarznięte kałuże  niech się lepiej przyzna, bo ja z psychopatami nie gadam. 



Wydawać by się mogło, że oj tam, małe takie. Ominąć można. 
Nie można. 
Znaczy ja nie mogłam. Bo między myślą, a drogą nie było kompatybilności. Klapnęłam na tyłek, krzyknęłam i zaczęłam się tak śmiać, że moja ofca nie za bardzo wiedziała co zrobić z tym fantem. Więc pies mi mordę lizał. A ja rżałam. Zgarnęłam się z ziemi, bo jednak zimno. 
O dziwo, tym razem niczego nie stłukłam, nie boli i poza godnością nie ma żadnych strat.
No i jestem niepocieszona, bo zapowiadali opady śniegu i lód, a tu tylko przymrozek. Śnieg wszędzie naokoło. u mnie tylko zamarznięty deszcz. 

Dalsza wycieczka przebiegała spokojnie, bez emocji i przygód.




A to jeszcze taka mała dygresja królewska z wypadu na Północ. Udało mi się tylko tak pstryknąć, gdyż dojeżdżałam do ronda. Elżbieta i Filip, chyba z pianki montażowej. 













czwartek, 1 stycznia 2026

[526]. Porządek rzeczy.

Numerki wróciły na swoje miejsce. Moja głowa może już przestać o tym myśleć.

No i nastał Nowy, 2026. 
Czy mam oczekiwania? Od roku? Nie. On nic za mnie nie zrobi. Numerki, choć na swoim miejscu, nie sprawią, że coś się zadzieje samo. Jak nie kiwnę palcem, to nie będzie.
Właśnie odkryłam tę magię. Że samo się nie zrobi.
Czy planuję? Nie. nie planuję. 
Dzisiaj zerwałam z moim zwyczajem słuchania Topu Wszechczasów. Kiedyś w Trójce, teraz w 357. Zawsze się spinałam i starałam cisnąć od 9 do 21 cały top, ale jakoś mnie to już nie rajcuje. Moje muzyczne podróże odbywają się z lekka innymi ścieżkami. Nawet playlisty uległy mocnej weryfikacji. 

Jak co roku, od 22 lat, w noc sylwestrową pisałam z przyjacielem. Czasem dzwoniłam przez te lata, czasem pisałam, zależy jak z zasięgiem. To taka nasza tradycja. Poczułam się otulona ciepłem i bezpieczeństwem, bo to znane. Dobrze mieć takie punkty zaczepienia. I wiem, że jak zadzwonię, czy napiszę, to po drugiej stronie mam człowieka, który rozumie. Kiedyś nie zdawałam sobie sprawy, teraz cenię tę przyjaźń.
A inny przypadek, który wywołuje uśmiech zdarzył się kilka tygodni temu. Zrobiłam coś odwrotnego do tego, co zazwyczaj. Czyli zaprosiłam do znajomych znajomego z czasów dawno minionych. Bo normalnie robię co jakiś czas czystkę i wywalam ze znajomych z fejsbuka. W tej zamierzchłej przeszłości, jakieś 35 lat temu, zamieniłam z nim ze dwa zdania, na jakiejś wspólnej imprezie harcersko-szwendanej. Nawet nie wiemy oboje na jakiej i gdzie. Jak go pamiętam z tamtych czasów, to zawsze uśmiechał się na mój widok na ulicy. A mnie ciekawił, bo.. słuchał metalu i był przystojny po mojemu. Mamy mnóstwo punktów stycznych i wspólnych znajomych. Z tamtej wymiany zdań pamiętam, że był mega miły, uprzejmy, uśmiechnięty i .. na dystans. Dzisiaj już wiem dlaczego. To kolejny przypadek faceta z mojej młodości, który wstydził się do mnie zagadać. To strasznie deprymujące, bo pokazuje jak bardzo nieświadomą laską byłam. Okazuje się, że panowie sznurem, ale żaden się nie odważył. A nie, dwóch się odważyło. Jeden został spławiony, dzisiaj by to było wieczne friendzone, mimo mojego zakochania po uszy. A drugi, cóż, no wiadomo jak się skończyła ta bajka. 
No więc piszemy. A ja śmieję się jak dawno nie. Złapaliśmy te same fale od pierwszego zdania. 
I w sumie fajnie. Zobaczymy co z tym wariatem odwalimy. Bo że coś to na pewno. I będzie mega śmiesznie.

Dzisiaj zrobiłam sobie selfie na spacerze. Nie wiem kto wlazł mi w kadr, ale jakaś stara baba, z opadającą powieką i chomikami. Nie znam kobiety, ale się przestraszyłam.
Haha.

No to niech się nam!




poniedziałek, 29 grudnia 2025

[524]. Pomieszanie z poplątaniem.

Bo mi się numery wzięli i pomieszali.
Ale moje cząstkowe spektrum nie pozwala tego olać. Niestety. 
Żeby nie było mi za nudno, to znów nawiedzam Cumbrię (w tomacie) i Szkocję. Kilka dni, może we wtorek, lub środę rano wrócę do domowych pieleszy. Na razie Towarzyszy mi ofczarek Kudłatej, któren to włazi mi na głowę, zupełnie jak wnuczki babciom. Wczoraj uwalił się na mnie i chrapał mi do ucha. Tego dzbana nie przegonisz, choćby nie wiem co. Wrócę do domu i będzie rozpacz, bo moja owca będzie wąchać i robić mi wyrzuty. Znów nie będzie jadł i pił, aż mu minie. Ale przeżyjemy.
Świąt nie było u mnie klasycznie. Była.. wyżerka.
Też nie jakaś spektakularna, bo z roku na rok moje przemyślenia w tej kwestii zmieniają cały schemat.
Więc w wigilię był barszcz z uszkami. Uszka zrobiłam w gotowym cieście z koreańskiego sklepu, czyli gotowe kwadraty do wontonów. No rewelacja. Ugotowałam na parze i wyszły genialnie.
W pierwszy dzień świąt zjedliśmy rybę po grecku i sałatkę warzywną. Chleb upiekłam sama. A wieczorem wstawiłam do pieczenia łopatkę na szarpaną wieprzowinę. Ale nie byłabym sobą, żadne tam soki jabłkowe, czy standardowe marynaty. W misce wylądował ketchup, pasta gojugang, miód, sól, pieprz, papryka słodka. Mięsko wyszło za..przepyszne. Dość powiedzieć, że Młody wtrynił te 1.5kg z sosem w ciągu dnia. 
Tak to sobie spędziliśmy ten czas.
I wyjechałam wczoraj. Tak więc znów na wygnaniu.
Ale wrócę i napiszę więcej :)

sobota, 20 grudnia 2025

[525]. Na wy...gnaniu.

Zostawiłam dziecię me w domu i wyjechałam na Północ. No bo czemu nie.
Tak czy inaczej wylądowałabym tutaj i tak, gdyż wydarzył się szybki lot do kraju i Kudłata z Zięciem wybyli na dwa dni. Posiedzę tu jeszcze kilka dni i wracam 23. do siebie.

Północ jak to Północ, deszczowa, wiejąca, szara, ale jednocześnie przepiękna. Kocham te widoki, owce, górki, deszcz i wiatr i gdybym miała wybierać gdzie, to tu bym chciała mieszkać. Tylko ja to jestem tak potrzaskana, że co ładnego zobaczę, pejzaż znaczy, to ja tam chcę. Musiałabym zakupić kamper i codziennie lądować w innym miejscu. Co nie jest takie głupie, nasyciłabym swoje serce widokami, a co bym się nazwiedzała to moje.

Poza tym nic się nie dzieje. Odezwę się jak już wrócę. 
A. Zapomniałabym. Mam prezencik dla Teatru. Taki maciupki.




Oraz dla takich wariatów jak ja. Kołatek nie było, ale za to bażant owszem.



wtorek, 9 grudnia 2025

[523]. Doom

Nie wiem, co poszło nie tak. 
Ja wiem, że umiem ściągać nieszczęścia i przewidywać, śnić prorocze sny i mieć przeczucia.
Ale muszę się do czegoś przyznać.
Stworzyłam Chodzącą Zagładę.
Kij wie, jakie geny się skumulowały, albo jakie eliksiry zażywałam, że wyszło to to takie.
No to lecimy z tą opowieścią.
Ja, osobiście, doprowadziłam swoją obecnością do upadku ze trzy firmy. Jeśli nie więcej. Po moim odejściu podupadały, aż kończyły żywot. I to wcale bez mojego rzucania zaklęć.
Jedno zaklęcie podziałało i śmieję się z tego do dzisiaj i będę śmiała dalej. Byłam w ciąży z tą Zagładą, z terminem na już, a ten o którym nie lubię wspominać pojechał se na integrację. Wiadomiks, weekendzik zabaw i uciech. To żem się wkurzyła, spięła i wypowiedziałam w głos, brzemienne, nomen-omen, słowa "obyś ty przez cały wyjazd z kibla nie zszedł". No i stało się. Gnojek się struł i rzygał na przemian ze sraczką cały wyjazd. Jaką ja poczułam wtedy moc! I może wtedy uformowała się Zagłada.
Przez lata był spokój. Aż to dziecko wydoroślało.
Jest skuteczniejsza w unicestwianiu pracodawców, niż ja. Ale to pikuś.
Powiedziała, że szykują się na wycieczkę do Ukrainy. Jeb - wybuchła wojna.
Powiedziała, że planuje zwiedzić Europę autem. Włochy. Jeb - zalało to miejsce.
Była ostatnio w delegacji. Jeb - TRZĘSIENIE ZIEMI zaraz po jej wyjeździe.
Ale powiedziałam jej, że lecę do Korei. Wprosiła się i już zaczęłyśmy planować. JEB - najpierw poleciał prezydent. Mobilizacja. Spadł samolot. Potem pożary. Potem zarwana ziemia. Co chwilę jakieś wiadomości.
Powiedziałam, że nie ma bata, lecę SAMA! I niech ona nawet nie myśli o tym, żeby zawitać do Seulu.
Boję się zdradzić jej jakieś plany, bo na bank coś się stanie. 
Tylko jedno nie wyszło. Akurat trafia nie tam, gdzie powinna. A przydałoby się doprecyzować cele...

sobota, 6 grudnia 2025

[522]. Taczka.

No i paczajpan(i) to już grudzień. Kiedy to zleciało, to ja nie wiem. Mrugnęłam i jest. 
A tak serio, to nie mam bladego pojęcia kiedy i jak. No i mam w głowie milion pomysłów i tematów i nie wiem którym Was uraczyć. Czyli jest ich tak dużo, że nie ma kiedy taczki załadować, takam rozedrgana i rozmyślona. 
Czyli znów będzie o pierdołach. W takim rozkojarzeniu to ja nie mogę podejmować poważnych tematów. Bo nic z tego nie wyjdzie, jeno groch z kapustą. 
Co u mnie. Męskie decyzje. 
Jednak poddałam ten trzeci rok. Nie że zupełnie, ale z powodu zamieszania. I to właściwie nie mojego. Czas mijał, dostępu do zajęć niet, za to tylko do jednych i to zupełnie innych niż wcześniej, a tu już dedlajny zaświtały, więc się lekko wkurzyłam. Foch zaowocował rezygnacją czasową. 
Trudno. I tak się cieszę z tego, co już osiągnęłam.
Menomenda nie odpuszcza. Siłujemy się na możliwości. Jak tylko zyskuję kawałeczek pola, to dostaję fpierdol z innej strony. Na przykład znów, po pół roku, okresem, który pewnie jak w kwietniu potrwa miesiąc. Bo już trzeci tydzień mnie szczela wiadomoco.
Z drugiej strony zaczęłam się więcej ruszać, więc moja mobilność w końcu się budzi. Aczkolwiek czasem boleśnie daje o sobie znać ten menoet (nie mylić z menuetem) pierdzielony. Bolą na przykład mięśnie. Albo śmierdzę. Tak, zmienia się zapach. To jest tak wkurzające, że płakać się chce. Albo czuję wokół siebie smród petów. A nikt nie pali w moim pokoju przecież. To też oznaka mendy. 
ADHD ma się dobrze, a nawet lepiej. Korzysta z mojego mózgu, który przerabia na parówki.
I w tym szaleństwie próbuję się ogarnąć. Jest grudzień, więc...zaczęłam używać kalendarza na 2025 rok. Co nie? Rychło w czas. 
Zapisałam się do grupy kobiet z mojego miasta. I odkryłam, że jest tu spory potencjał i w końcu wyjdę do ludzi. Być może. Na razie się wszystkie badamy.
A w związku z tą grupą wpadłam na milion nowych zachciewajek. Aż się boję.
Bo jak zwykle znów coś zacznę i zostawię. 
Wiecie co mi się marzy? Wykorzystać mój słuch muzyczny i zacząć grać. Tylko mam dylemat na czym. Gitara, perkusja, klawisze, saksofon? Najlepiej na wszystkim. Dałabym radę, ale. Czy wytrwam?
Śpiewać się raczej nie odważę, ale kto wie. Koreańskie karaoke 노래방, czyli noraebang czeka. Zamknę się tam sama i będę wyć. I nikt mi nie powie, że nie mogę.
A no i koreański też mnie rajcuje. Książki już mam, czekam na znak-sygnał z centrum dowodzenia (o ile wcześniej nie wyjdą z niego parówki), że się bierzemy. Co prawda trochę hangula opatrzyłam i na przykład niektóre słowa umiem rozpoznać, ale jeszcze nie podejmę się pisania i czytania. 
To na przykład rozpoznaję z daleka. Ono idealnie oddaje mój stan.

(shibal - coś w stylu ja pierdolę).

***
Sytuacja zdaje się być chujowa, ale stabilna. 
Ciąg dalszy nastąpi weźmie wkrótce. 


wtorek, 25 listopada 2025

[521]. Jak nie my to kto.

Mrozy. Pffffffffffff.
Jakie mrozy ja się pytam, skoro na plusie jest 6.
Listopadzik niczego sobie. Tylko rok rocznie w listopadzie wszystko się jebie. Trzeba ogarnąć i przetrwać. Ale moje nielubienie w problemy i zapętlenia powoduje, że stresik trochę mam.
Nic to. Nie taaaaaaki listopad za nami. Przeżyjem.
A że my tu jesteśmy gwardią narodową, OSP i osiedlowym monitoringiem, oraz sześdziesioną, to i teraz nam się weekend trafił społeczny.
Ale po kolei. Wydarzenia rozwleczone w czasie na przestrzeni 3 lat.
Pierwszy raz dzwoniliśmy do straży, bo wróciliśmy z Północy i wył alarm na klatce. Sąsiedzi mieli to w pompce, nawet nie wiem jak długo to trwało. W każdym razie strażacy zjawili się w 3 minuty. Zajrzeli pod dach, w każdą dziurę i okazało się, że to błąd systemu, a może jakiś dzban palił w pobliżu czujnika. 
Drugi raz dzwoniłam na alarmowy, bo. W kuchni przy zlewie mam okno. I jak coś działam, gotuję, myję naczynia to gapię się czasem przez te szyby, konstatując, że może by tak umyć, wezwać myjącego, co z zewnątrz ogarnie,  o! pajączek je biedronkę, a czasem zwyczajnie rozmyślając o milionie rzeczy, kołaczących się po zwojach.
I tak sobie coś wtedy robiłam, a tu widzę, że podjechał van, wysiadło kilku siłaczy, weszli do budynku i zaczął wyć alarm. Wynosili jakieś rzeczy, alarm wył, więc..zadzwoniłam. Przyjechała policja popatrzyli, i pojechali.
Wracałam razu pewnego do domu i jechałam takim zakrętasem. Było lato, sucho jak na Saharze, słońce lampa masakryczna. Przy drodze panowie kosili trawę, ogarniali krzaje i akurat mieli przerwę. Na papieroska. Związek przyczynowo-skutkowy: ze dwa metry od nich, od strony mojego ślimaka słup dymu i ogień. Panowie nie widzieli. Oczami wyobraźni zobaczyłam jak ta sucha, wysoka trawa szybko się zajmuje. A miałam tamtędy wracać! Więc zadzwoniłam do straży. Nigdzie nie było wiadomości o pożarze, więc się udało.
Znów okno kuchenne, gotowałam sobie coś. Mój dom stoi na końcu ulicy, przejazdu nie ma. Więc każde auto, które przyjeżdża, i nie jest autem sąsiadów, wzbudza ciekawość. I tak kątem oka dostrzegłam człowieka, który podchodzi do każdych drzwi garażowych i próbuje je otworzyć. Po czym wchodzi do klatki, do garażu i wynosi jakieś coś. Zrobiłam zdjęcia. Zrobiłam zdjęcie auta, rejestracji i zadzwoniliśmy na policję. Złapali. Cyganie. Tacy z taboru. Bardzo często tu bywają. 




No i dochodzimy do weekendu. Młody z piesełem zapuszcza się w gąszcze naszej przydomowej Amazonii. I trafił raz na miejsce, gdzie kanał przepustem idzie pod drogą. Zapchany ten odpływ był listowiem, gałęziami. No trudno. 



Ale. Nadszedł november rain. Amazonia znów płynie. 
Młody poszedł na wędrówkę nocną i dzwoni. Że zaraz zaleje domy naprzeciwko nas, bo one niżej stoją. A kanał już jest przy samym brzegu. Od razu skojarzyłam, że odpływu nie ma. 
Zrobił kilka zdjęć i wrócił do domu. 


Tu po prawej są domy. niżej niż mostek. Więc ogródki im zalało jak nic.




Dodzwonił się w końcu gdzieś, wyjaśnił, że prognozy są na deszcz, że woda już sięga mostku, i że zaleje domy. Floodline wysyłało do councilu. Council nie odbierał. Straż powiedziała, że nie jest od tego i jak zaleje to mamy dzwonić, wtedy to ich zadanie. W końcu odebrał dyżurny telefon w urzędzie. I pani dyskutowała, że ona ma prognozy z met office i nie będzie padać. No ja mam z Norwegii. I oczywiście padało.
Ale chyba ktoś się przejął. Bo jak wyszłam rano z futrzastą krewetką (jak leży to się zwija jak kreweta) to kanały wyglądały już normalnie. 



W nocy woda sięgała poza kadr.

Tak więc jesteśmy strażnikami z teksasu. Tylko nie jeździmy pickupem, a od dzisiaj cytryną. C4 wita na pokładzie. 

piątek, 21 listopada 2025

[520]. Bez-senność.

Uwielbiam śnić. Raczej nie zdarzają mi się koszmary. Chociaż nie wiem czy mojego ojca z nożem wbitym w serce, który nagle wstał ze stołu można nazwać koszmarem. To było tak irracjonalne, że do dziś pamiętam. I się wcale nie boję, żeby nie było.
Ale ostatnio przytrafiło mi się coś nowego.
Jako że mam zaburzony mocno tryb snu i nocami nie śpię (menopauza jak złoto weszła na pełnej), to zdarza mi się zasnąć z laptopem na kolanach i przespać tak odcinek, albo dwa. 
Ostatnio oglądałam coś na yt. I oko się zamkło wzięło. Zwykle oglądam wszystko w słuchawkach, więc zasnęłam z nimi na łbie, na siedząco. Że mi laptop nie spadł to cud. Ale do brzegu.
Przyśniło mi się, że pojechałam na wycieczkę do Japonii. Busem. Z grupą emerytów. Wysiedliśmy na podwórku jakiegoś gospodarstwa, które wyglądało mniej więcej jak zwykłe polskie, na wsi. Weszliśmy grupą do domu, który w środku okazał się domem kultury z jakąś wystawą. I nasz przewodnik zaczął mówić o ... emeryturach w Japonii. 
Średnio mnie to obchodziło, zaczęłam łazić po tym lokalu. Charakterystycznie skrzypiała podłoga parkietowa. Może niektórzy z was też to kojarzą. Parkiet w jodełkę, rzędy krzeseł, scena, kino i welurowa, bądź aksamitna kurtyna. Ten parkiet był taki jedyny w swoim rodzaju. No ale chodzę znudzona i nagle spotykam gościa, który prowadzi sieć warsztatów samochodowych w Polsce i ma na yt kanał M4K Garage. Lubię go oglądać na serio, mnóstwo wiedzy na temat samochodów, a do tego gościu jest sympatyczny. No i on w tym moim śnie sobie był, gadał z ludźmi o samochodach, opowiadał o tym jak można się naciąć przy kupowaniu auta (temat mi znany dogłębnie), więc chciałam z nim pogadać. No i próbowałam mu opowiedzieć o mojej mazdzie. Ale nie dał mi wejść w słowo. Ignorował mnie, bezczel jeden. A sam ciągle mówił, że jeśli mamy jakieś pytania to on chętnie odpowie. Obudziłam się zaraz po tym jak powiedział że napiszcie w komentarzach i się pożegnał. 
Otworzyłam oczy. W słuchawkach cisza. Na yt właśnie zmieniał się filmik na kolejny, ale ułamek sekundy wystarczył, żebym skojarzyła. 
Tak. Ostatni filmik był o przekrętach w auto handlu. Wszystko co mówił znalazło się w moim śnie.
Śmiałam się sama z siebie. Poszłam do kuchni i przypomniały mi się emerytury.
Poleciałam do laptopa i...wcześniejszy filmik był o emeryturach w Japonii. 
Także no. Dobrze, że to nie był podcast Renaty z Worka Kości. Chociaż to mogłoby być ciekawe.