czwartek, 3 maja 2018

[371]. Perypetie w monopolu #3

Dzisiaj będzie zupełnie inaczej.
Zeszłam z dwunastki i już nie śpię, bo obudziła mnie... Miłość w Zakopanem, w mordę kopana jegomać. Moi sąsiedzi są kochani, bo ratują zostawione na gazie czajniki, budzą mi syna i karmią koty jak jestem na Woodstocku, ale kurde, gustu muzycznego za grosz. Jak nie techno i basy kruszą mi ściany, to disco polo. nie wojuję z tym, bo serio są spoko.
Ale ta mała dygresja dotyczy monopola.
Jest tam pudełko magiczne, które gra. Gra pewną stacją, której nazwy nie wymienię, bo szacunku do niej nie mam od kilkunastu lat, ponieważ w kółko leciała Patrycja Markowska, której nie cierpię.
No i zniosłam jedną noc. Jakoś zajęłam się robotą i zeszło.
Drugą  noc poświęciłam na kombinowanie jak to dziadostwo ściszyć. Udało się. Ale no cóż, jestem taką istotą, że muszę mieć coś grane w tle, bo inaczej tradżik.
No i chcąc nie chcąc słuchałam tych piosenek. po drugiej nocy już wiedziałam jaka jest kolejność, bo co noc leci to samo.
I nastało załamanie. Warstwę muzyczną zostawiam bez słowa. Za to słowo mnie wstrząsnęło i zmieszało.
Oto próbka:
- (...) rozumiesz moje ciapy i złote zęby. (...)
- (...) I nawet kiedy ciebie nie chcę i nawet kiedy już nie mogę (...)
- Ona nie ma majtek, ale nie krzycz, na jednej ma dziarę, na drugiej pieprzyk ( to akurat leciało na zmywaku, reszty nawet nie zacytuję, o cyckach i innych - polski rap)
- Na przeciw wyjdę ci, otworzę każde drzwi, wybaczę wszystko ci, nieważne ja czy ty...
Może coś przeinaczyłam, nie wiem, notowałam szybko, żeby nie zapomnieć.
Naprawdę tak nisko upada to pokolenie? Naprawdę ambitniejsze teksty są ponad siły twórców?
To tylko wyrwane kawałki, ale zapewniam, że całość jest tak miałka i jałowa, że aż boli. Nie wymagam rozprawy naukowej i wzniosłych tekstów dwunastozgłoskowcem, ale do cholery jasnej! Jakaś TREŚĆ. PRZEKAZ.
Wczoraj nie wytrzymałam. Leciał od rana Polski Top Wszechczasów na trójce. Słuchałam i cieszyło mnie obcowanie z MUZYKĄ i TEKSTEM. Postanowiłam zabrać ze sobą głośnik do mojego telefonu. Puściłam radio. Tamto pudło wyłączyłam. Błogość nastała.
A najlepsze, że wszyscy nasłuchiwali co leci. Żule skomentowali Republikę i Lombard. A potem już tylko rock do rana. Balsam dla duszy!
Ale nie samą muzyką człowiek żyje.
Kolejny pijak mnie uraczył życiową historią. Płakał chwilami.
Dla mnie nastąpił powrót do przeszłości.
Przypominał mi mojego ojca. Dokładnie tak zachowywał się tata, kiedy pił. I wyglądał podobnie. Oni wszyscy wyglądają podobnie.
To ciężkie wspomnienie. Jeszcze mam ochotę zbawiać świat. Ale wiem, że nie dam rady.






poniedziałek, 30 kwietnia 2018

[370]. Perypetie w monopolu #2

Cały dzień w pracy. Niedziela.
Rano (skoroświt) mało przytomna wparowałam zmienić dziewczę i od razu same kłopoty. Przywitało mnie rozwalone do końca krzesło, więc tyłek mogłam posadzić tylko na skrzynkach (wygodniejsze niż to krzesło, bo nie lubię siedzieć na wysokich stołkach), potem kasa nie chciała ze mną współpracować, wbijając jakieś dziwne rzeczy, których ja na oczy nie widziałam. Resztką przytomności umysłu (bo spałam tylko 3 godziny, po ciężkiej zmianie na zmywaku) wyłapywałam te dziwności i po kilku soczystych kurwach (nie bójmy się tego słowa, bo ono czasem ratuje i prostuje niektóre rzeczy) wszystko się uspokoiło. Mając w tyle głowy poprzednie manko pilnowałam się okrutnie, bo sorki, nie pracuję po to, żeby spłacać jakieś pomyłki. Manko, jak się dzisiejszego ranka okazało, było urojone, to znaczy wsadziłam kasę nie tam gdzie trzeba, znaczy więcej niż trzeba, więc wszystko jest gitarra i gra i trąbi.
Ale do sedna.
- sprzedałam córkę za 4 miliony
- idę na szampana
- idę na obiad do Sowy
- znam historie 1/3 żuli oraz sąsiadów

Córka poszła za 4 bańki, ale pod warunkiem, że Ukrainiec, który wziął zakład lotka wygra te bańki. Wtedy, o ile moja córka jest tak fajna i ładna jak ja, jedziemy wszyscy na Majorkę i do Hiszpanii. Także ten.
Na szampana idę ze starszym panem, który w zeszłym roku miał wygraną piątkę, a ponieważ życzyłam mu wygranej, powiedział, że jak jestem wolna to on mnie zabierze na szampana, jak wygra oczywiście, i będzie częściej przychodził.
Na obiad do Sowy zaprosił mnie Marianek, który sięga ciut głową ponad ladę, czyli mi tak mniej więcej pod ramię. Marianek to taki żul z zasadami, w miarę kulturalny, czysty i bojowy. Pilnuje tam nas jak kogut kurnika. Jest codziennie sprawdzić czy wszystko ok. W Sowie zna menedżera, który go dokarmia i daje mu kasę czasem, za coś co zrobił Marianek, ale nie wiem za co. Także wiecie.
Jeden żul lubi tylko zarośnięte baby, niegolone. Więc odpadam raczej.
Zaczynam rozpoznawać stałych klientów i wiem co który pije.
Dostałam grafik na maj. Poprzeplatałam go ze zmywakiem i powiem Wam, że jak to przeżyję to będę miszcz.
A przeżyję. Bo jak nie ja to kto.
To tyle.

sobota, 28 kwietnia 2018

[369]. Wszystko się może zdarzyć.

Dzisiejszy post zacznę tak:

Nika! Ty wiedźmo!!

Szłam ja sobie z nocki, ciut podłamana, bo wyszło manko. Takie do przeżycia, ale jednak.
Szłam ja se więc i tak sobie pomyślałam. Wszechświecie! Ja chcę już żyć normalnie! Ja chcę pracę normalną. I chcę nie mieć już problemów z kasą!

I tak se poszłam do domu, szybko spać, bo musiałam wstać 3 godziny później, żeby z Młodym podążyć na odczulanie (na ostatnią chwilę zdążyliśmy). A potem szłam do drugiej pracy, żeby wiadomo, mieć ten hajs, co to musi się zgadzać w końcu. (Dorabiam sobie w mało chlubnym a tak potrzebnym zawodzie. W sumie mogłabym jechać na Wyspy jako profesjonalny pracownik sekcji czyszcząco-odkażającej statki, o tym też napiszę, a co. Lubię się dzielić swoją głupawką i doświadczeniem).
No więc wstaję po tych 3 godzinach ( nie uważacie, że robię za długie dygresje?). 
Sprawdzam telefon.
1 połączenie.

I ciąg dalszy nastąpi.

Na dziś:
Linkin Park - Talking to myself


środa, 25 kwietnia 2018

[368]. Perypetie w monopolu #1

Pierwsza nocka, ba! pierwsza samodzielna zmiana za mną. Nocka spokojna, bez ekscesów.
Obraz społeczeństwa z dzielni:
- 1 rozstanie
- nie mogę spać i tak spaceruję - 1
- ja tu pracuję naprzeciwko co noc - 1
- kilkanaście zakupów standard
- kilka zakupów niestandardowych.

Obserwacje poczynione już wcześniej nie napawają optymistycznie. Wycinek ludzkości odwiedzający mój sklep przejawia tendencje do upadku, staczania się po równi pochyłej w tempie przyspieszonym.
Przerażają kobiety, naprute od rana, ledwo stojące na nogach, udające, że to dla koleżanki.
Przerażają starsze panie, które każdą znalezioną butelkę zwrotną myją i przynoszą, bo emerytury nie starcza.
Przerażają robotnicy, którzy na śniadanie kupują flaszkę i popitkę. 
Przerażają wstydliwi panowie, jeszcze eleganccy, ale chowający pośpiesznie w aktówkę mini flaszkę, lub dwie.
Nie żebym tego nie wiedziała wcześniej. Wiedziałam. Ale dopiero styczność z tym osobista daje emocjonalnego kopa.
Na przykład taki pan, który kupuje piwo, żeby zagłuszyć niemiłe uczucie po gastroskopii. "Bo ja mam rozwaloną wątrobę, to się przyczepili i mnie z każdej strony teraz badają". Wyniki gastro mi pokazał. Nie wygląda dobrze, ale ja się nie znam. Pan trafił na SOR i od tego czasu jest badany na wszystkie możliwe sposoby. Prawie na cito. Nie czeka pół roku, czy dwa na rezonans. Bo ten typ nie pamiętałby za tydzień, że ma gdzieś iść na badania. Sprawiedliwość? Hm. Powiedział, że nie powinien pić i zaśmiał się diabelsko.

Rozstanie zaznaczyło się piwem, które dziewczę nosiło w kieszeniach. Przyszło dwa razy, "bo wie pani, koleżanka się rozstała, a ja tylko donoszę". Na pytanie, które chyba było już za trudne, czy na smutno czy na wesoło się rozstała, dostałam odpowiedź, że na pijano. W sumie logiczne. 

Zakupy niestandardowe to kubuś malinowy i czekolada, gdzieś tak o drugiej w nocy.

Ale też żeby nie było tak niefajnie: mam adoratora!
Zrobił zakupy i mówi, że w sumie to chciałby jeszcze coś. Ja, zupełnie nieświadoma, wiecie, już północ minęła, pytam co jeszcze podać. A ten: numer telefonu. Zatkało mnie, zaczęłam się śmiać i mówię, że się zastanowię (sic!). Powiedział, że cierpliwie poczeka, bo on tu przychodzi co noc i pracuje po drugiej stronie. Tak jakby strzał w kolano.
Niestety, zakupy pana nie napawały optymistycznie co do jego przyszłości i zarazem mojej, więc raczej nie stanie w konkury. Poczekam na innego księcia z bajki.

To tyle z pola boju. 
Dzisiaj powtórka z rozrywki.
Trzymajta kciuki.


sobota, 21 kwietnia 2018

[367]. Opowiem Wam bajkę...

O tej ogromnej ilości miejsc do pracy i o tym, że pracodawcy prześcigają się w ofertach dla pracowników.
To wszystko to bajka. Bujda na kółkach.
Wysłałam całe tony cv, na stanowiska różnorakie, zgodne z moim wykształceniem, wiedzą, doświadczeniem, wiekiem, umiejętnościami, poniżej powyższych, a nawet dla beki powyżej. A może nie dla beki, a z rozpaczy.
W końcu rzutem na taśmę, poszłam z żółtą teczką w miasto. Jak nie chcą mnie tam gdzie ja chcę, to pójdę, gdzie mnie zechcą.
I tak spacerowałam ulicami, wypatrując na szybach ogłoszeń. Nie jestem spawaczem, operatorem cnc, koparki, ani walca, nie jestem murarzem, tynkarzem i akrobatą. W końcu trafiłam na monopolowy. I nie żebym z rozpaczy poszła po flaszkę, ja nie zapijam smutków. Było ogłoszenie.
Żeby było śmieszniej, moje cv w tej firmie już leżało od dobrego miesiąca.
Zadzwoniłam pod wskazany numer. Po półgodzinie kobieta oddzwoniła i na drugi dzień już byłam w centrum działań, czyli w mikro monopolu, obsługiwałam towarzystwo i cóż. Mam pracę.
Jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma.
Także na dzielni, od poniedziałku rządzę ja.
A na nocnej zmianie dużo czasu na naukę języków. Taki mam plan.

A to moja ferajna, dzieło własnoręczne, stworzone nie tak dawno na pierwszych ever zajęciach z ceramiki.
To, jak zauważyliście zapewne, kolorystyczna niewiadoma, czyli, szkliwimy, ale właściwie efekt będzie nieznany, bo nawet jak powiedzą, że turkus, to nie wierzcie. Poza tym będą z tego magnesy na lodówkę może, albo nie wiem jeszcze co.
A, i wibrys się zaplątał i też możecie sobie obejrzeć :) Po prostu moje koty mówią: nic o nas bez nas!



wtorek, 17 kwietnia 2018

[366]. How can I speak??

Jak nauczyć się gadać, żeby się nie wstydzić popełnić błędu?
Jak wydukać zdanie, nie półsłówkami, tylko normalnie, nawet jak szyk jest poprzestawiany, ale w końcu Kali zrozumieć?
Co z tego, że we łbie wsio perfekt. Rozumiem, wiem co chcę powiedzieć, a nie wydalam z siebie zdań.
Kiedy mam odpowiedzieć na pytanie - w czaszce pusto. Nawet mózg mi się chowa.
Odpowiadam pojedynczymi słowami, bo mam taką blokadę, że bania mała.
Już było lepiej, ale się skiepściło.
Bo Młody śpiewa po angielsku bez problemu! Bo gada! Bo rozumie! Bo nawet się nie uczy!
Ja go kurna nie widziałam nad słówkami. Nad nauką języka. On go po prostu umie. ma same piątki i czwórki.
Wyśpiewuje mi tu punk-rockowe szlagiery w języku Szekspira i nie ma z tym problemu.
Ja owszem, wyśpiewuję - w myślach.
Ratujcie!
Jak to zmienić?
Zrozpaczona
Dane do wiadomości redakcji.

Fluff it!

PS: Przyszła koza do woza.

Na dziś:
Creed - My sacrifice
A tak mi zagrało.


sobota, 14 kwietnia 2018

[365]. A było tak pięknie..

Było i się zmyło.
Dzisiejszy dzień to porażka na całej linii. Właściwie to jego końcówka jest dla mnie okropna.
Czasem byle drobiazg potrafi doprowadzić do szału. I tak też się stało. Drobiazg.
A właściwie nie. Kurwa mać, nie drobiazg. Własnie, że nie.
Staram się wychować tę bandę gówniarzy na normalnych ludzi. Staram się i zwyczajnie mi nie wychodzi. Opcje są takie: a) nie nadaję się na matkę, b) gówniarze nie nadają się na moje dzieci, c) to nie moje dzieci.
Wszystkie moje pogawędki i ustalenia działają chwilę. Może tydzień. Wtedy jest jak być powinno.
Potem znów jedno wielkie gówno, ja rzucam kur..zaklęciami na prawo i lewo, robię czego nie powinnam, aż znów wybucham.
I właśnie jest znów.
Ale ja już mam serdecznie dość. Naprawdę. Mam ochotę spakować towarzystwo i wysłać w pakiecie ojcu. Niestety, jedno jest pełnoletnie i ma to w dupie, a drugie nie chce.

Niech mnie ktoś przytuli!!

środa, 11 kwietnia 2018

[364]. Popierdółki

Jako widnieje na pasku po prawej, tako mnie ogarnęło. Już mówię jak to było.
Jestem chomikiem. Albo nie. Jestem oszczędna i przewidująca. Albo nie. Jestem gromadzącą graty, bo się przyda się.
Mam tego .. dużo. Teraz stanowczo mniej, niż nie tak dawno, ale jeszcze sporo.
Kiedyś w ferworze zmian, chęci ogarnięcia chaosu oraz odstresowania po pracy, zakupiłam zestaw dwóch książek. Jedna to Magia sprzątania, a druga Tokimeki. Zapewne ta druga jest o układaniu, ale jeszcze nie wiem, bo nie dotarłam jeszcze do końca tej pierwszej.
Zabrałam się za lekturę ochoczo, oczekując niejako, że z kart książki wyjdzie sama autorka i mi zrobi porządek. No może nie do końca tak było, ale spodziewałam się piorunującego efektu, blasku zwycięstwa i wieńca laurowego.
Nic z tych rzeczy.
Po pierwsze, najpierw książka mnie znużyła.
Po drugie przestałam się z nią zgadzać natychmiast.
Po trzecie obraziłam się za brak efektów.
Odkładałam i wracałam. Czytałam po kilka stron i znów rzucałam w kąt.
Zrobiłam porządek w ciuchach. Fakt. I w schowku, w którym czort by nogi połamał, bo nie dość, że tam są schody (nie tak monumentalne jak splagiatowany pomnik, ale zawsze), to jeszcze sufit jest prawie na wysokości kolan. Schowek służył do tego, żeby chować tam wszystko, co akurat zalega, niepotrzebne i nie ma na to miejsca w domu. Jest tam też okropny, toporny regał na przetwory, i z niego jestem zadowolona. Schowek ma też tę zaletę, że zimą tam zimno, i wadę, że w lato tam gorąco. Bo jest tuż pod dachem. Zupełnie jak pokój Kopciuszka.
Ostatnio jednak dojrzałam ciut. Przeczytałam książkę prawie do końca. I zaczęłam sukcesywne żegnanie się z przyda-się-kiedyś. Jest to proces długotrwały i bolesny. Bo ja się boję, że będzie jak zwykle: wyrzucę, a potem się okaże, że potrzebuję.
W każdym razie walka z materią idzie mi nieźle. Ze schowka wytrzaskałam dwa wory słoików.
Z moich skarbów kilka worów różności.
I postanowiłam, że pozbędę się wszystkich popierdółek, które mi zalegają, a ja nawet nie wiem gdzie. Ba! ja nawet czasem nie wiem, że je mam!
I żadna czekolada więcej mi się nie przeterminuje na półce!



czwartek, 5 kwietnia 2018

[363]. Walczę

Nie nie, zbroja wisi na kołku, miecz leży w schowku i rdzewieje.
Wróciła ta zaraza, która już sobie poszła i dała mi spokój. Nie wiem kto mi tak źle życzył, ale po tygodniu swobodnego oddychania, spania i życia musiałam odwiedzić mojego ulubionego lekarza w celu uzyskania recepty, osłuchania i określenia co to za menda nie daje mi spokoju.
Więc. Jak leżę na lewym (!) boku, to mi bulgocze. W oskrzelach. Myślałam, że to dziura po sercu, bo przecież nie mam serca, albo może dziura w płucach, ale nie. Kaszel od poniedziałku jest taki, że umarlaka by obudził, dlatego nie udzielam się na cmentarzach, bo byłby Świt Zombie. Jak nic.
Umarlaka, jak umarlaka. Ja zasnąć nie mogłam! Dopiero wczoraj, jak wytargałam wszystkie poduszki wolnego stanu i ułożyłam w stos, wypróbowałam różne pozycje. Z poduszkami łatwiej, tu podłożysz, tam niżej. No i wyszło: jedynie na wznak. Na boku lewym bulgocze i nie można złapać tchu, na prawym lepiej, ale po minucie jest już tyle do odkaszlnięcia, że najpierw lecą ...rwy, a potem kaszlę. I tak przespałam prawie całą noc. Ja myslę sobie, że poduszki to jedno, ale mleko z czosnkiem i miodem to drugie. A trzecie to sinupret, o którym za chwilę.
Poszłam się poskarżyć panu doktorowi. Bo tak naprawdę to tym razem to co innego. Leciało mi z zatok takie żrące coś. Podrażniało gardło. I kaszel. No i tak się baktery zagnieździły w oskrzelach, gdzie słychać coś na wydechu. nie wiem jak on to słyszał, ten mój doktor, bo wdech - kaszel, wydech - kaszel.  Żeby nie było: głowa nie boała mnie nawet przez chwilę, nie wspominając o uciskach, zatkanym nosie i innych objawach. Jak wyczułam to lecące wczoraj, to wygrzebałam z czeluści reklamówki przeznaczonej do zwrotu w aptece ten sinupret. Sprawdziłam datę i powiem szczerze, że albo jeszcze rok jest ważny, albo od 3 miesięcy już nie. Pomógł, bo mi się nic nie klei do gardła, a zażyłam na własną odpowiedzialność. Nie krzyczeć.
Diagnoza: atypowe zapalenie oskrzeli.
Antybiotyk. 
No to dogorywam w domu, ale już mnie nosić zaczyna.
Na to wszystko Kudłata:
- Ty nie możesz normalnie jak każdy?? Nawet zapalenie oskrzeli musisz mieć nienormalne??
Także ten.

A wędlinka wyszła taka pyszna, że mamy dzisiaj czwartek, w poniedziałek zdjęłam ją z haka i...jest mały ogarek. Zeżarli. A miałam taką nadzieję, że nie lubią.
Poprawka: nie ma. To własnie prawie wydarłam dziecku z gardła, żeby strzelić fotkę..




niedziela, 25 marca 2018

[362]. Telefon

Nawet nie wiecie jak bardzo ucieszył mnie jeden telefon w piątkowe przedpołudnie. Zadzwonił pan komornik z informacją, że już poszedł przelew.
Także wracamy do gry, przestajemy trząść portkami, spłacamy zaległości i...ostrożnie idziemy do przodu.
Na razie ustalenia są takie, że jadę do Sis w czwartek, wracam w poniedziałek, układam sobie życie na nowo i staję się niezależna. Tak postanowiłam. Co prawda jak ostatnio stałam się niezależna (po podwyżce), to szybko los sprowadził mnie do parteru. Teraz się nie dam i już.

Z innych dziedzin to własnie jestem w trakcie produkcji własnej wędliny, znaczy schabu dojrzewającego, lub suszonego, nie mogę się zdecydować. Przejście do drugiego z czterech etapów produkcji zaskoczyło mnie pozytywnie, jestem zachwycona, zobaczymy jak będzie we wtorek, kiedy to osiągniemy etap trzeci.
Jeśli nic się nie zaśmiardnie, nie zzielenieje to od teraz będę sama robić takie cuda. Poinformuję słownie i obrazowo jak wyszło.

Na tematy polityczne i okołopolityczne nie będę się wypowiadać, bo wystarczy mi, że krew mi się gotuje, a adrenalina wycieka uszami.


Na dziś:
Jonathan Davis - What it is





niedziela, 18 marca 2018

[361]. Zabobony

Choróbsko już prawie prawie przepędzone. Jeszcze trochę kaszlu, ale niegroźne, mam nadzieję, resztki.
Po kilku dniach nieprzytomności i spania w dzień, wyleżany i wygrzany wirus odpuścił. 
Oby skutecznie.
I tu muszę ukłon w stronę moich sierściuchów, które nie dość, że dzielnie mnie wspierały, to jeszcze oszczędzały gonitw i dopominania się o żarcie w okolicach 3.30. Robiły to szeptem. Serio serio.
Muszę zatem przedstawić dzielną trójcę.
Tak sobie sypiają, tuż przy mojej głowie. Zwykle rozciągnięte są wzdłuż mnie, ale tu zjednoczyły siły w mruczeniu.

 

Najczęściej jeden, a czasem dwa, o ile się dogadają w kwestii miejsca, śpią na szafie.


Przedstawiam największego łobuza i herszta bandy, jednocześnie najmniejszego, a raczej najmniejszą. Bo to kotka. Gryzie, drapie i jest mega indywidualistką. Tylko ja mogę prawie wszystko. To od niej wszystko się zaczęło.



Jeszcze niedawno nie rozróżniałam czarnych. Od niedawna wiem już który to który. Ale to nie ma za dużego znaczenia jak się przychodzą przytulać i grzać kolana.




A w kwestii zabobonów.
Moja opinia odnośnie wielu aspektów życia.





poniedziałek, 12 marca 2018

[360]. Sprostowanie

Jedynym moim grzechem było zdjęcie jednego polaru spod kurtki. Ja się nie rozbieram na widok słoneczka, zaraz po mrozach. Nie zrozumieliśmy się.
I to jest najbardziej wkurzające, że nie, nie wyletniłam się, nie przegrzałam (zdjęty polarek), dupa ubrana.
Ot co.
A temperatura mi skoczyła do nieprzytomności. 36,4 i przespałam cały dzień.
Aczkolwiek już jest jakby ciut lepiej. tak mini mini.
Nie dajcie się!

niedziela, 11 marca 2018

[359]. Ciepło-zimno

To jest ten czas, którego nienawidzę.
Już nie zimno, ale jeszcze nie tak ciepło.
Słońce napieprza od kilku dni. Ale wiało. Ale było chłodno. Ale było gorąco.
No i kurna mam.
Nagle, bez ostrzeżenia, bolą oskrzela, kaszlę jakimś glutem ch.j wie skąd, duszę się się średnio z 3 razy na dobę. Leże pod kocem - chwilkę jest ok. Zaraz robi się mega gorąco i mam dreszcze (!). Odkryję się, dreszcze. I zimno.
Siedzę w koszuli - gorąco. Zdejmę koszulę - zimno.
Do tego łeb nawala, gorąco mi od szyi w górę, ale gorączka? Zapomnijcie: 35,7.
Oszaleję do tego wszystkiego.
Mam dość.

środa, 7 marca 2018

[358]. Rocznica.

Nie obchodzę, ale niech będzie. Mimo wszystko. 20 lat temu wyszłam za mąż. Nie wróciłam zaraz, ale wróciłam. I to była bardzo dobra decyzja.
Bardziej zajmują mnie sprawy codzienne. Na przykład gimnastyka finansowa - jestem bardzo fit w tej dyscyplinie. Coś z niczego i inne sztuki survivalowe. Moja specjalność.
Albo powodzie. Dzisiaj nawiedziła mnie taka. Nie ona pierwsza, ale mam nadzieję, że ostatnia. A przynajmniej jestem zaopatrzona w oręż, czyli komplet uszczelek. Bo poprzednia miała alergię na środki przeczyszczające i puściła.
Ale jak!
Spektakularnie!
Powodzie kuchenne mają to do siebie, że najpierw wyczuwam je stopami. Nic nie słychać, nie spodziewasz się nawet. Bo kosz na śmieci w miejscu, w którym trzymają go miliony rodaków brał do siebie całą treść.
Powodzie kuchenne spowodowały, że polubiłam nierówne podłogi. Bo całość zlewa mi się na środku kuchni i mam nadzieję, że ta przypadłość powierzchni, która powinna być płaska, spowoduje, że pod szafkami nie zatrzymuje się woda.
Wściekła zbierałam szmatami co mi kran dał. Klęłam pod nosem i na głos. A potem..chciałam wypłukać ścierkę i..domyślcie się. Apiać od nowa.
Trudno. To była trzecia, więc do trzech razy sztuka. Naprawiłam, ale będę obserwować gada.
Poza tym:
- Młoda stłukła szklankę - słoik, jej ulubioną. A raczej rozpękła jej się od wrzątku.
- Pojechałam do sklepu po zakupy, z listą. Zgadnijcie, której pozycji z listy zapomniałam?
- Jutro Młody idzie do szkoły. Zgadnijcie o której dowiedział się, że ma na jutro mieć kwiatka i czekoladę? Podpowiem, po tej, od której w telewizorni lecą programy dla dorosłych.

To by było na tyle. Muszę stworzyć kwiatka..Na czekoladę nie ma co liczyć. Trudno.

Na dzisiaj:
Despacito
Moja ulubiona wersja. Ja tego gościa uwielbiam.



wtorek, 6 marca 2018

[357]. Do brzegu

Czuje się po części tak, jakbym wróciła na stare śmieci. albo może nie, raczej tak, jakbym wróciła z dalekiej podróży.
Odzyskuję chęci do działania. Jakaś tajemna energia mnie dopadła. Może to za sprawą rozmowy telefonicznej, którą niedawno odbyłam? Kiedyś ta osoba pokazała mi mały tunelik, w którym było światło i wiele spraw się wyprostowało. Bo jak nazwiesz, to rozumiesz. Może to to?
A gdybym tak zaczęła dzwonić? I gadać? Ciekawe czy odbierzecie :)
Ale ale.
Dzisiaj była kontrolna wizyta u chirurga. Sympatyczny człowiek, pałętał się po oddziale, jak sam stwierdził, kiedy powiedziałam, że chyba się widzieliśmy, wygonił Młodego do szkoły. A raczej przekonał matkę, że jest wszystko dobrze i że nie musi już siedzieć w chacie i udawać obłożnie chorego. No to po krótkich negocjacjach, bo musi uważać, a ja chciałam, żeby poszedł dopiero w poniedziałek, Młody wywalczył czwartek, czyli tak jak było pierwotnie. Trudno. Idź i się ucz!
Będę mogła spokojnie zająć się przeczesywaniem rynku pracy w poszukiwaniu rzeczonej.
Odmeldowuję się chwilowo, gdyż uprawiam sprzątanie i wyrzucanie, od jakiegoś czasu, i mam ku temu ciągoty niemożebne. Marzy mi się średni minimalizm, ale raczej będzie to coś pomiędzy.
Oraz idę nastawić swój pierwszy zakwas.

Na dziś:
Guns'n'Roses - Paradise City
BO TAK!


czwartek, 1 marca 2018

[356]. I po szpitalu.

Wypisali nas 3 godziny po zabiegu.
Obsługa lekarska i pielęgniarska 5+. Zresztą salowe, jedzeniowe i świetliczanka też. Anestezjolog to chłop do rany przyłóż. Pogadał sobie z Młodym, opowiedział o rodzajach znieczulenia i dlaczego lepiej spać. Wytłumaczył w bardzo fajny sposób. Prawie się poryczałam z wrażenia.
Młody poryczał się tuz przed głupim jasiem, a zaraz potem wystawił mi język. Oczywiście próbował kombinować, podnosić ręce, wstawać, ale nie mógł.
Wrócił po godzinie. W tym czasie układałam rozpoczęte przez chłopaków (kolegę z sali) puzzle. Niestety, nie zdążyłam do końca, bo..nas wypisali. został kawałeczek nieba.
Jesteśmy od wczoraj w domu, trochę boli, ale Młody dzielnie znosi wszystko bez wspomagania.
Za tydzień kontrola.
No i jeszcze mam się z nim zgłosić do rodzinnego, bo ma za niskie BMI. Co ja na to poradzę, że je za dwóch, a chudy jak nasza szkapa? Taki jego urok. Trudno. Będzie trzeba się wytłumaczyć.
Cieszę się, że mamy to za sobą. Teraz tydzień rekonwalescencji i zmian opatrunków.

piątek, 23 lutego 2018

[355]. Szpital

No to czeka nas w przyszłym tygodniu. Młody kładzie się na dwa, trzy może dni. Taki mały problem, który mógłby być wielkim w przyszłości.
Jestem zaskoczona: konsultacja w czwartek, zapis do szpitala w czwartek, badania dzisiaj, termin - przyszły wtorek. szybciorem! Jak nie z tej planety. Inna sprawa, że nie mieli, po kolei na każdej ścieżce, zielonego pojęcia co zrobić z faktem odczulania, które niedawno rozpoczęliśmy. Sprawdziłam u naszej alergolog i wyszło, że luzik. No to luzik. Oby ten luzik miał też anestezjolog.
Ale Młody mnie zaskoczył. Na wieść o znieczuleniu ogólnym i usypianiu do zabiegu, w domu przeprowadził ze mną rozmowę z serii: a co będzie jak się nie obudzę i czy nie lepiej znieczulenie miejscowe. Wiecie jak ciężko dyskutować z dzieciakiem, który za dużo wie? No i się poryczał z emocji i nie mógł spać. Bo przeżywał, że dzisiaj musi być na czczo.
Na EKG dzisiaj leżał grzecznie, ale oczywiście wdał się w dyskusję z panią doktor.
Poza tym chyba głupi ma wielkie szczęście. Udało mi się zapłacić kolejny zaległy czynsz. Teraz będę na bieżąco i to bez alimentów. Których jeszcze nie ma.
Trzymajcie kciuki za pracę. Niech też się znajdzie odpowiednia.


Na dziś:
Coma - Spadam


wtorek, 20 lutego 2018

[354]. A tak jakoś

Żeby nie było.
Nie mam depresji. Ani smutku.
Jest we mnie mega złość. I już wyjaśniam na co.
Zła jestem na płatnika. Alimenty trzeci miesiąc bujają gdzieś tam. Komornika zmusiłam do działania strasząc, że zmienię kancelarię na bardziej skuteczną. Zobaczymy czy to podziała.  Ja, jak to ja, staram się nie utonąć i daję radę, bo przecież jak nie ja, to kto. Skończyłam co prawda dorywczą pracę, bo to nie na moje nerwy i siły, ale nie jest tak źle. Ogólnie mówiąc aż się dziwię, że jest jak jest, bo porównując teraz i okres przed poprzednią pracą, to przepaść jest jak rów. Może nie Mariański, ale taki, którego przeskoczyć na raz się nie da. I mam wrażenie, że pracy jest mnóstwo. Dla Ukraińców, którym można płacić mało. Dla tych z orzeczeniem, bo dostanie się dotację. A dla takich "normalsów" jak ja, z doświadczeniem, ale bez papierów - ni chu chu.
Czyli żyję.
Moja IO mnie wkurza. I hashimoto. Wkurzają mnie altmedy. I ludzie piszący w internetach bzdury. A najbardziej wkurzają mnie ci, co piszą bzdury w książkach.
Wkurza mnie brak korzystania z elementarnej wiedzy przez ludzi, zdobytej w szkole podstawowej i ogólna tendencja do czerpania wiedzy z podejrzanych źródeł.
Wkurza mnie niski poziom energii. Najśmieszniejsze jest to, że chce mi się dużo, ale jak przyjdzie co do czego.. ręce mi opadają.
No ale.
W styczniu, w swoje urodziny, obcięłam włosy. Było ich tyle, że poszły do fundacji Rak'n'roll.
Schudłam 5 kg.
Dałam się namówić na krewetki*
Wiem, że nie przepadam za sushi**
Nauczyłam kilka osób jeździć na nartach (a raczej wytłumaczyłam co i jak), czym zyskałam szerokie uśmiechy w podzięce oraz złowrogie błyskawice od instruktora na stoku. Zupełnie nie wiem dlaczego.
Naraziłam się rodzicom jednego gieroja na lodowisku. W kolejce do wejścia sprawiał wrażenie, że jest takim łyżwiarzem, że mógłby zdobyć złoto na mistrzostwach, po czym po lodzie jeździł z pingwinem. I nie to jest najgorsze. Ale jeździł w niezawiązanych łyżwach. Dzieciak lat około 10. Dojechał do nas jego tatuś i mówię mu, że on sobie zaraz nogi połamie. Na co usłyszałam, że on mu nie zawiąże, bo chłopaka bolą nogi! Masakra.

A poza tym mam plany!

I cieszę się bardzo, że tu zaglądacie. Postaram się więcej nie smęcić, bo przecież jest naprawdę fajnie.
No poza kilkoma cieniami.

* krewetki kojarzą mi się ze smrodem w sklepie rybnym w Szczecinie, do jakiego zabrała mnie ciotka i widziałam tam pierwszy raz w życiu krewetki, to było gdzieś tak w 1978 roku. I wtedy też pierwszy raz jadłam tosty z pieczarkami i serem, ale to tylko dygresja :)
** jadłam, ale wiem, że to nie moja bajka. Tak samo jak zupy azjatyckie.



sobota, 3 lutego 2018

[353]. Jeszcze nie początek.

Zwolnienie, jak zwolnienie, skończyło się wszystko. Znaczy skończyła się praca.
Jak jest? Tak sobie. Nie jest najgorzej, ale jestem w punkcie wyjścia.
Szukam swojego miejsca, na razie dorabiając w pewnym miejscu, żeby mieć za co żyć.
Bo alimentów nie ma już dwa miesiące. Komornika opierdzieliłam z góry na dół, zresztą nie tylko jego. Rozmowa smsowa z płatnikiem alimentów, bo były maż nie przechodzi mi przez usta, przyniosła mi dodatkową wiedzę: jestem pazerna, bo chcę alimenty na dzieci. I pies ogrodnika. I jestem głupia i zawistna. Także ten. Jeśli ktoś się dziwi, że jestem sama i nie śpieszy mi się szukać faceta, to już wiadomo dlaczego.
Co jeszcze. 
W grudniu byłam u endokrynologa. Nowość taka, że nie mam już tarczycy. Leczymy insulinooporność. No to z czytania o hashimoto (jedna książka tak mnie zdrzaźniła, że miałam ją ochotę wywalić) i prób ułożenia wszystkiego w głowie przeskoczyłam na IO i rozjaśniło mi się wszystko. Na urodziny od przyjaciółki dostałam książkę, która z jednej strony naprowadziła mnie na dobry tor, a z drugiej wkurzyła nieziemsko. Tak, zakipiałam. Bo gdyby ktoś mi te 8 lat temu powiedział o co chodzi i co z czym i dlaczego, dzisiaj pewnie miałabym wszystko jak należy. A tak sama, metodami prób i błędów musiałam dojść do sedna. Dzisiaj odebrałam jej uzupełnienie o dietę. Teraz przede mną zmiany przyzwyczajeń, nawyków, sposobu żywienia. Już widzę efekty po kilkunastu dniach, ale na spektakularne widoczne gołym okiem zmiany będzie trzeba poczekać. Cóż, poczekam. Straconego czasu nie nadrobię w tydzień. Ani miesiąc. Ale wszystko w swoim czasie.
Inna sprawa, że endokrynolog, który też rzucił kilka haseł, ale już wiedziałam o co chodzi, był nieziemsko przystojny. Dla takiego gościa warto się leczyć ;)
Co jeszcze? 
Porządki, wszędzie porządki. W życiu, w gratach, w głowie.
Dużo muzyki. I książek. 

Shinedown - How did you love



 

czwartek, 7 grudnia 2017

[352]. Koniec.

Należy się ciąg dalszy zmian. A raczej ich zakończenie.
Musiałam nieco przetrawić, przemyśleć, poukładać sobie.
I teraz mogę opowieść snuć dalej.
Na czym to ja skończyłam.. a! na podwyżce, którą dostałam, po długiej walce.
Podwyżkę miałam przez jeden miesiąc. Potem przyszło zwolnienie.
A teraz po kolei.
Kiedy znalazłam pracę i dostałam się na staż, też po wielu bojach, nie opuszczało mnie ani na chwilę uczucie zagrożenia. Byłam na tyle sprytna i szybko nauczyłam się kluczowych rzeczy, które ciut pomogły mi w utrzymaniu pracy. Miałam dwa znaczące zachwiania: kiedy zatrudniono żonę, a potem kuzynkę. Żona zaciążyła, więc nie zdążyła mnie wygryźć, a kuzynka okazała się, przepraszam za określenie - tępą dzidą, która nie ogarnia niczego, łącznie z obsługą przeglądarki.
Moja pozycja rosła, wiedza rosła, obowiązki rosły. Aż wszystko pękło.
Podwyżka była pretekstem do szukania nowego pracownika. No i znalazła się jakaś tam znajoma. Faktycznie ogarnięta. Fajna dziewczyna, liczyłam na wsparcie, podział obowiązków, działanie w teamie. Z pomocą góry. Tak zresztą miało być.
Niestety.
Od chwili podwyżki zaczęło się kumulowanie mojej pracy, wrzucanie mi więcej i więcej zadań, zero wsparcia, traktowanie jak powietrze. Nietrudno w takim stresie i natłoku zapomnieć o jakiejś pierdółce, o drobiazgu. Zapomniałam. Przyznaję. Nie mając wsparcia w postaci magazyniera, który gdyby był, dałby znać czego brakuje, przeoczyłam kilka drobnych rzeczy.
I przyszedł moment gdy po 2 tygodniach wróciły siły robocze. Miałam 3 dni na ogarnięcie całości, czyli czterech nadchodzących montażów, cały czas robiąc wyceny następnych projektów, robiąc zamówienia na kolejne trzy, na teraz zaraz już. Oczywiście latanie do magazynu zaowocowało przeziębieniem. Potężnym. Ale przecież trzeba ogarnąć. Dwa dni. I wiadomość najgorsza - pogrzeb. To tym bardziej musiałam przed wyjazdem ogarnąć całość. Prawie się udało.
We wtorek przed wolną środą (wyjazd na pogrzeb) było zebranie. Zabrano mi wszystkie kluczowe wyceny. Dostałam jasny przekaz, że sorki, teraz mamy kogoś, kto ogarnia i już nie jesteś potrzebna. Oczywiście miałam pomagać, uczyć, służyć wiedzą. Zaskoczyło mnie to bardzo.
Pojechałam w środę i zaczęła się masakra. Wyszły dwa drobiazgi. W czwartek nie dałam rady, ledwo zwlokłam się z łóżka do lekarza. Usłyszałam, że mam se ze sobą zrobić co tam chcę, bo w firmie problemy. Po czym zabrano wszystkie inne moje tematy.
Od tej pory jestem na wypowiedzeniu.
Odebrałam kilka zaskakujących telefonów od handlowców, których obsługiwałam.
I myślę, że nie ma tego złego..
A co teraz? A próbuję przeżyć.