Zaczynałam kilka razy.
Ale zawsze wychodziło siano.
Postanowiłam poczekać na jakiś temat, który będzie wart poruszenia, opowiedzenia, poświęcenia mojego czasu.
Niestety.
Chyba wolałabym pisać o sieczce, nudzie i pierdzeniu w stołek.
Ale nie mogę.
W piątek, zeszły, umarło coś, co kształtowało mnie muzycznie i światopoglądowo. Miąchało moją duszę, układało jej poszczególne warstwy, dało efekt obecny. Taki, że bez muzyki żyć nie mogę. Że nawet jak zapętlam jeden zespół i leci pół roku, to mnie to nie męczy. Albo jeden gatunek. Ale wiem, że jeśli nagle poleci jazz, country, albo trochę popu, to ja to podchwycę. Nie umknę przed Eminemem, Behemothem, czy nawet, Britney. Bo we wszystkim znajdę coś, co zagra. Bo Trójka nauczyła mnie, że nie tylko punkrock, metal, czy kawał dobrego rocka, czy trzy wymiary gitary, ale i strefa rock'and'rolla wolna od angola, alternatywa i mroczne zakamarki Beksińskiego. Głęboki, zapadający w pamięć głos Zembatego, Andrus, powtórka z rozrywki i do serca przytul psa. I lista. Lista, która była dla mnie wszystkim, czymś, co powodowało, że gotowa byłam poświęcić imprezę piątkową, tylko po to, żeby posiedzieć z uchem przy głośniku. I wszystko inne, które było ze mną codziennie.
Jednak z roku na rok mniej.
I tak naprawdę nie chodzi wcale o trójkę. Ani o moje wspomnienia.
Chodzi o to, że obejrzałam posiedzenie komisji jakiejś tam w senacie odnośnie listy przebojów.
I to zabiło we mnie wszystko.
Bo dotarło do mnie z całą rozciągłością, że tak właśnie funkcjonuje ta władza.
Argumenty. Wytknięcie, pokazanie, obnażenie błędu, a władza udaje, że problem nie istnieje.
Coś na poniższej zasadzie:
- ale ty robisz źle!
- chyba ty!
- ale naprawdę robisz to źle!
- a twoja matka jest gupia!
Trochę taka piaskownica.
Tylko, że nic nieznacząca lista spowodowała, że zrozumiałam, że tak właśnie działa wszystko w tym kraju. Rzeczowe argumenty są zakrzyczane.
Grochem o ścianę. A ściana ma to w dupie. I udaje, że nic się nie dzieje.
Umarła we mnie cała reszta sentymentu, miłości i patriotyzmu.
piątek, 22 maja 2020
piątek, 24 kwietnia 2020
[435]. Dzień jak każdy poprzedni.
Tak się składa, że wiem, że posiedzę w domu jeszcze miesiąc. A i to nie wiadomo czy nie dłużej. Całe szczęście, że dostaję państwową pensję. Przynajmniej finanse nie spędzają mi snu z powiek.
Właściwie nie ma o czym pisać, bo co ja tu mogę robić. Jeść, gotować, trenować, czytać, uczyć się.
No to gotuję. To, co akurat mogę z tego co mam w swoich zasobach. Odnawianych raz w tygodniu. Ale wiadomo, akurat wtedy, kiedy nie możesz wyskoczyć do sklepu, to akurat potrzebujesz A, B i masz ochotę na C. Też tak macie? Z jednej strony to wkurzające, ale z drugiej każe myśleć, weryfikować, próbować i kombinować.
No i ja odczuwam ogromny, nieskończony, wszechobecny, kosmiczny brak mąki pszennej (bardziej niż papieru toaletowego!). Zwykłej. I chlebowej 720. Mam pszenną 2000, mam orkiszową, ale pszenna zwykła mnie dobija. Do tego stopnia, że idę do kuchni, wazę torebkę, stwierdzam, że jak użyję te 250 g, to jeszcze zostanie mi na naleśniki, ale już nie będzie do chleba, albo do bułek, ale może bułki nie będą dobre z orkiszowej, albo 2000, to może jednak te naleśniki, po czym wracam do kompa i w sumie nie robię z mąką nic. Bo oszczędzam te 368 g, które mi zostało.
No i dzisiaj była pizza, na spodzie z orkiszowej. No coś w deseń paździerza, ale dodatki dały radę: sos z passaty, pieczarki, papryka, mój suszony schabik i tona sera. Uwielbiam angielskie sery. Jestem fanką.
Z innej dziedziny mej marnej egzystencji. Trenuję. Dwa razy dziennie. Już mi to weszło w nawyk. Taki mały nawyczek. Jeszcze czasem próbuję wymyślić, że dzisiaj nieeee, po czym zbieram tyłek, przebieram się w ciuchy sportowe, czyli szorty od piżamy, buty do biegania, ale sportowy stanik, profesjonalnie trzymający to i owo w miejscu, kiedy skaczę, i zabieram się do targania hantli, skłonów, przysiadów i takich tam wygibasów. Zweryfikowałam ostatecznie moje zaufanie do kadry trenerskiej, zwolniłam jedną, zatrudniłam dwóch innych. żeby mieć urozmaicenie. Rano jeden, wieczorem drugi. A co. Facetów do powyzywania, kiedy pot po dupie się leje, nigdy dość.
Byłam też na lekcji w podstawówce. Fizyka akurat była, przedmiot, którego nienawidziłam, ale o dziwo, wiedziałam co kobieta mówi. Zmęczyłam się okrutnie tą lekcją i stwierdziłam, że więcej nie, ja w tym czasie to jednak będę robić w-f i angielski.
No i jak ten angielski wzięłam do ręki wczoraj, jak usiadłam wygodnie, jak zaczęłam czytać, to...przyśniła mi się moja siostra i się obudziłam. Taka intensywna lekcja. Ale zrobiłam od nowa zadania, posprawdzałam z kluczem i jestem gotowa na dalsze przygody w tym temacie.
No i co jeszcze.
Piękna pogoda za oknami. Ciepło. Słonecznie. Nie pamiętam kiedy ostatnio padało. Martwi mnie to.
Jutro kolejny dzień. Taki sam jak dzisiejszy. No może trochę inny, bo przyjadą do mnie dwa razy cięższe hantle. Będzie ogień!
Trzymajcie się tam. Odezwę się jak coś ciekawego się będzie działo. Na przykład przytrzasnę się matą do ćwiczeń, albo strzelę sobie z gumy, bo ta najbardziej heavy to jest jak dętka od roweru, nie wiem kto ma siłę, żeby to rozciągnąć.
Właściwie nie ma o czym pisać, bo co ja tu mogę robić. Jeść, gotować, trenować, czytać, uczyć się.
No to gotuję. To, co akurat mogę z tego co mam w swoich zasobach. Odnawianych raz w tygodniu. Ale wiadomo, akurat wtedy, kiedy nie możesz wyskoczyć do sklepu, to akurat potrzebujesz A, B i masz ochotę na C. Też tak macie? Z jednej strony to wkurzające, ale z drugiej każe myśleć, weryfikować, próbować i kombinować.
No i ja odczuwam ogromny, nieskończony, wszechobecny, kosmiczny brak mąki pszennej (bardziej niż papieru toaletowego!). Zwykłej. I chlebowej 720. Mam pszenną 2000, mam orkiszową, ale pszenna zwykła mnie dobija. Do tego stopnia, że idę do kuchni, wazę torebkę, stwierdzam, że jak użyję te 250 g, to jeszcze zostanie mi na naleśniki, ale już nie będzie do chleba, albo do bułek, ale może bułki nie będą dobre z orkiszowej, albo 2000, to może jednak te naleśniki, po czym wracam do kompa i w sumie nie robię z mąką nic. Bo oszczędzam te 368 g, które mi zostało.
No i dzisiaj była pizza, na spodzie z orkiszowej. No coś w deseń paździerza, ale dodatki dały radę: sos z passaty, pieczarki, papryka, mój suszony schabik i tona sera. Uwielbiam angielskie sery. Jestem fanką.
Z innej dziedziny mej marnej egzystencji. Trenuję. Dwa razy dziennie. Już mi to weszło w nawyk. Taki mały nawyczek. Jeszcze czasem próbuję wymyślić, że dzisiaj nieeee, po czym zbieram tyłek, przebieram się w ciuchy sportowe, czyli szorty od piżamy, buty do biegania, ale sportowy stanik, profesjonalnie trzymający to i owo w miejscu, kiedy skaczę, i zabieram się do targania hantli, skłonów, przysiadów i takich tam wygibasów. Zweryfikowałam ostatecznie moje zaufanie do kadry trenerskiej, zwolniłam jedną, zatrudniłam dwóch innych. żeby mieć urozmaicenie. Rano jeden, wieczorem drugi. A co. Facetów do powyzywania, kiedy pot po dupie się leje, nigdy dość.
Byłam też na lekcji w podstawówce. Fizyka akurat była, przedmiot, którego nienawidziłam, ale o dziwo, wiedziałam co kobieta mówi. Zmęczyłam się okrutnie tą lekcją i stwierdziłam, że więcej nie, ja w tym czasie to jednak będę robić w-f i angielski.
No i jak ten angielski wzięłam do ręki wczoraj, jak usiadłam wygodnie, jak zaczęłam czytać, to...przyśniła mi się moja siostra i się obudziłam. Taka intensywna lekcja. Ale zrobiłam od nowa zadania, posprawdzałam z kluczem i jestem gotowa na dalsze przygody w tym temacie.
No i co jeszcze.
Piękna pogoda za oknami. Ciepło. Słonecznie. Nie pamiętam kiedy ostatnio padało. Martwi mnie to.
Jutro kolejny dzień. Taki sam jak dzisiejszy. No może trochę inny, bo przyjadą do mnie dwa razy cięższe hantle. Będzie ogień!
Trzymajcie się tam. Odezwę się jak coś ciekawego się będzie działo. Na przykład przytrzasnę się matą do ćwiczeń, albo strzelę sobie z gumy, bo ta najbardziej heavy to jest jak dętka od roweru, nie wiem kto ma siłę, żeby to rozciągnąć.
piątek, 10 kwietnia 2020
[434]. Dziennik
Piątek. Sprawdziłam w kalendarzu na pasku na dole ekranu. Bo się gubię w datach i dniach.
Zwyczajnie mnie to nie obchodzi obecnie.
Za oknem pięknie, ciepło i słonecznie. Gdyby ktoś wątpił, tak, jestem w UK. Rzekomo deszczowym i mokrym. Nie wiem o co Wam chodzi.
Opowiem Wam co dzisiaj robiłam.
Otóż po nocy, względnie przespanej, bo nie chciało mi się spać, bo ostatnio wstaję w południe, bo mogę, wstałam dość wcześnie, bo o 9.30.
Nastawiłam chleb do pieczenia. Leżakował nocą w lodówce, potem się grzał i upiekłam go.
Wyrósł mi idealnie, jest odpowiednio miękki. Pychota!
Takiej radości to nie widzieliście jeszcze.
Trzy wcześniejsze próby były zjadliwe, aczkolwiek nie spełniały moich oczekiwań.
A tu proszę. Umiem!
No i dzisiaj zdejmę z haka schabik suszony. Już się nie mogę doczekać. Uwielbiam.
Potem poszłam na siłownię. Jak codziennie. Dzisiaj mam zakwasy, boli mnie dupa i bolą nogi, te tylne mięśnie, ale za to spłaszcza mi się brzuszek. No może tylko ja to widzę, ale skoro ja to widzę, to tak jest! Co prawda muszę zakupić sportowe bra, bo mi prawie cycki urwało, ale to potem, jak już wszystko wróci do normy. Może jutro przykleję je na coś, taśmę malarską, owinę bandażem, żeby nie latały, bo trochę szkoda. Taki żacik.
Fakt jednak jest taki, że ćwiczę.
Ćwiczę też warsztat językowy, chociaż trudniej mi się do niego zmobilizować, niż do wykroków i skłonów. Serio.
Byłam też ostatnio w SPA. Bo wiecie, odrost mam taki, że mogłabym się obciąć i miałabym już swój siwo - nijaki kolor. No to zrobiłam go na róż. Wytargałam połowę tubki, co mi ją Kudłata tu zostawiła, nie wiadomo po co. Mało było, ale co tam. No i czaicie: JA na RÓŻOWY. To już naprawdę głęboki stan zmian umysłowych. Oby na tym się skończyło.
A poza tym jestem zdrowa, tak mi się wydaje. Może tylko niezdiagnozowana. Oczywiście o psychikę chodzi, bo reszta w porzo.
Obejrzałam już trochę zaległych seriali, filmów, nasłuchałam się muzyki do wypęku.
Zdechł mi rybek, niestety. Teraz gadam już tylko do siebie.
Za to Kudłata kupiła królika. Świat zwariował.
Zwyczajnie mnie to nie obchodzi obecnie.
Za oknem pięknie, ciepło i słonecznie. Gdyby ktoś wątpił, tak, jestem w UK. Rzekomo deszczowym i mokrym. Nie wiem o co Wam chodzi.
Opowiem Wam co dzisiaj robiłam.
Otóż po nocy, względnie przespanej, bo nie chciało mi się spać, bo ostatnio wstaję w południe, bo mogę, wstałam dość wcześnie, bo o 9.30.
Nastawiłam chleb do pieczenia. Leżakował nocą w lodówce, potem się grzał i upiekłam go.
Wyrósł mi idealnie, jest odpowiednio miękki. Pychota!
Takiej radości to nie widzieliście jeszcze.
Trzy wcześniejsze próby były zjadliwe, aczkolwiek nie spełniały moich oczekiwań.
A tu proszę. Umiem!
No i dzisiaj zdejmę z haka schabik suszony. Już się nie mogę doczekać. Uwielbiam.
Potem poszłam na siłownię. Jak codziennie. Dzisiaj mam zakwasy, boli mnie dupa i bolą nogi, te tylne mięśnie, ale za to spłaszcza mi się brzuszek. No może tylko ja to widzę, ale skoro ja to widzę, to tak jest! Co prawda muszę zakupić sportowe bra, bo mi prawie cycki urwało, ale to potem, jak już wszystko wróci do normy. Może jutro przykleję je na coś, taśmę malarską, owinę bandażem, żeby nie latały, bo trochę szkoda. Taki żacik.
Fakt jednak jest taki, że ćwiczę.
Ćwiczę też warsztat językowy, chociaż trudniej mi się do niego zmobilizować, niż do wykroków i skłonów. Serio.
Byłam też ostatnio w SPA. Bo wiecie, odrost mam taki, że mogłabym się obciąć i miałabym już swój siwo - nijaki kolor. No to zrobiłam go na róż. Wytargałam połowę tubki, co mi ją Kudłata tu zostawiła, nie wiadomo po co. Mało było, ale co tam. No i czaicie: JA na RÓŻOWY. To już naprawdę głęboki stan zmian umysłowych. Oby na tym się skończyło.
A poza tym jestem zdrowa, tak mi się wydaje. Może tylko niezdiagnozowana. Oczywiście o psychikę chodzi, bo reszta w porzo.
Obejrzałam już trochę zaległych seriali, filmów, nasłuchałam się muzyki do wypęku.
Zdechł mi rybek, niestety. Teraz gadam już tylko do siebie.
Za to Kudłata kupiła królika. Świat zwariował.
niedziela, 5 kwietnia 2020
[433]. The Wall
Miałam się już nie wyzewnętrzniać odnośnie tego co się dzieje. A w szczególności w polityce. I edukacji.
Ale nie mogę. Z kilku względów nie mogę. Choćby dlatego, że ciągle dotyczy ona mojego syna.
Wiemy wszyscy, co leci w telewizji. Tej misyjnej. Rządowej.
Nie jestem dyplomowanym nauczycielem. Jestem prawie nauczycielem.
Moją obroną na to, co się tam dzieje jest śmiech. Często przez łzy i często z takim wkurwem, że aż boli.
Na dodatek zarzucono mi hejt. Bo biedne te panie tam.
Otóż nie. Hejt to byłby wtedy, gdybym napisała, że pani A ma krzywy zgryz, jest gruba i brzydka, a pani B sepleni. Pani C wygląda jakby miała się porzygać, albo coś ją bardzo boli, a pani D to już w ogóle odjechała, bo nawąchała się bezołowiowej.
Moja ocena dotyczy przekazu merytorycznego. Nauki (to są w końcu lekcje, które mają czegoś uczyć). Błędów karygodnych, które nie powinny być puszczone w eter.
Owszem, ktoś to spieprzył, nie sprawdził, nie zastosował korekty, ani merytorycznej, ani technicznej. Może celowo, w końcu lekarzom zamyka się gęby, to i strajkującym nauczycielom też można. A kiedy jest najlepiej? Kiedy się ich ośmieszy. A teraz wszystkie oczy rodziców skierowane są na wątpliwej sławy naukę online.
Z drugiej jednak strony nie wyobrażam sobie iść do telewizji, czy gdziekolwiek, nawet jeśli mam mało czasu na przygotowanie (do tego jeszcze wrócę) i nie umieć sklecić poprawnie zdania, nie poprawić się, jeśli się przejęzyczę, czy też nie przygotować poprawnie slajdów.
Nie wyobrażam sobie pójść przed kamerę i gadać byle co.
Teraz jest płacz i zgrzytanie zębów, bo nie wyszło na całej linii. Bo ktoś to zauważył, zapewne rodzice siedzący w domu z dziećmi i z przymusu oglądający to gówno, które zaserwowała nam telewizja.
Bo to nie jeden błąd w wypowiedzi, tylko seria błędów, w wielu wypowiedziach, wielu ludzi.
Czas na przygotowanie był zapewne kluczowy. Z tego co czytałam to było praktycznie z dnia na dzień, bez pomocy, bez zaplecza. Ale byli tacy nauczyciele, którzy odmówili! Dlaczego? Bo może mają swoją godność? Bo może nie są z łapanki i nie zgadzają się na wypromowanie swoją twarzą bubla. Dodatkowo, czas na przygotowanie. Nauczyciele występujący przed kamerą nie wyglądali, jakby dopiero co skończyli studia. Nie wiedzą zatem czego uczą? Nie potrafią ze swoich konspektów, które piszą przecież do każdej lekcji, czy tematu skleić sensownego przekazu?
Nie zgadzam się na takie coś. Nie zgadzam się, że należy współczuć tym biednym paniom. Popełniasz błąd, robisz gówno, to nie dziw się, że obrywasz za to, i że to gówno przyklei ci się do podeszwy.
Uczeń za takie coś dostałby pałę, połączoną często z poniżaniem i wyśmianiem przed całą klasa*. Może dobrze się stało?
PS: są też bardzo fajne lekcje, które są bez błędów, ciekawe i nauczyciele dali radę przygotować się do nich. Więc skoro mogli, to znaczy, że można. Nie ma przeproś.
*tak, to się ciągle zdarza. Na przykład przytyki z powodu długich włosów, szczupłej figury u chłopca i jego wygadania. Kiedy nauczyciel ze stażem kilkudziesięciu lat nie ma nic do zaoferowania dzisiejszej młodzieży, poza odpytywaniem, musi się bronić przed trudnymi pytaniami. Czym? Własnie tym. Rzuceniem jednego z uczniów na pożarcie. Bo klasa zapamięta słowa: wyglądasz jak dziewczynka. Albo: Rysujesz? zupełnie jak dziewczynka.
Ale nie mogę. Z kilku względów nie mogę. Choćby dlatego, że ciągle dotyczy ona mojego syna.
Wiemy wszyscy, co leci w telewizji. Tej misyjnej. Rządowej.
Nie jestem dyplomowanym nauczycielem. Jestem prawie nauczycielem.
Moją obroną na to, co się tam dzieje jest śmiech. Często przez łzy i często z takim wkurwem, że aż boli.
Na dodatek zarzucono mi hejt. Bo biedne te panie tam.
Otóż nie. Hejt to byłby wtedy, gdybym napisała, że pani A ma krzywy zgryz, jest gruba i brzydka, a pani B sepleni. Pani C wygląda jakby miała się porzygać, albo coś ją bardzo boli, a pani D to już w ogóle odjechała, bo nawąchała się bezołowiowej.
Moja ocena dotyczy przekazu merytorycznego. Nauki (to są w końcu lekcje, które mają czegoś uczyć). Błędów karygodnych, które nie powinny być puszczone w eter.
Owszem, ktoś to spieprzył, nie sprawdził, nie zastosował korekty, ani merytorycznej, ani technicznej. Może celowo, w końcu lekarzom zamyka się gęby, to i strajkującym nauczycielom też można. A kiedy jest najlepiej? Kiedy się ich ośmieszy. A teraz wszystkie oczy rodziców skierowane są na wątpliwej sławy naukę online.
Z drugiej jednak strony nie wyobrażam sobie iść do telewizji, czy gdziekolwiek, nawet jeśli mam mało czasu na przygotowanie (do tego jeszcze wrócę) i nie umieć sklecić poprawnie zdania, nie poprawić się, jeśli się przejęzyczę, czy też nie przygotować poprawnie slajdów.
Nie wyobrażam sobie pójść przed kamerę i gadać byle co.
Teraz jest płacz i zgrzytanie zębów, bo nie wyszło na całej linii. Bo ktoś to zauważył, zapewne rodzice siedzący w domu z dziećmi i z przymusu oglądający to gówno, które zaserwowała nam telewizja.
Bo to nie jeden błąd w wypowiedzi, tylko seria błędów, w wielu wypowiedziach, wielu ludzi.
Czas na przygotowanie był zapewne kluczowy. Z tego co czytałam to było praktycznie z dnia na dzień, bez pomocy, bez zaplecza. Ale byli tacy nauczyciele, którzy odmówili! Dlaczego? Bo może mają swoją godność? Bo może nie są z łapanki i nie zgadzają się na wypromowanie swoją twarzą bubla. Dodatkowo, czas na przygotowanie. Nauczyciele występujący przed kamerą nie wyglądali, jakby dopiero co skończyli studia. Nie wiedzą zatem czego uczą? Nie potrafią ze swoich konspektów, które piszą przecież do każdej lekcji, czy tematu skleić sensownego przekazu?
Nie zgadzam się na takie coś. Nie zgadzam się, że należy współczuć tym biednym paniom. Popełniasz błąd, robisz gówno, to nie dziw się, że obrywasz za to, i że to gówno przyklei ci się do podeszwy.
Uczeń za takie coś dostałby pałę, połączoną często z poniżaniem i wyśmianiem przed całą klasa*. Może dobrze się stało?
PS: są też bardzo fajne lekcje, które są bez błędów, ciekawe i nauczyciele dali radę przygotować się do nich. Więc skoro mogli, to znaczy, że można. Nie ma przeproś.
*tak, to się ciągle zdarza. Na przykład przytyki z powodu długich włosów, szczupłej figury u chłopca i jego wygadania. Kiedy nauczyciel ze stażem kilkudziesięciu lat nie ma nic do zaoferowania dzisiejszej młodzieży, poza odpytywaniem, musi się bronić przed trudnymi pytaniami. Czym? Własnie tym. Rzuceniem jednego z uczniów na pożarcie. Bo klasa zapamięta słowa: wyglądasz jak dziewczynka. Albo: Rysujesz? zupełnie jak dziewczynka.
sobota, 28 marca 2020
[432]. Bunt. To grunt.
Po tygodniu totalnego niewychodzenia z domu, wyszłam na świat. Biegiem, chyłkiem, bokiem. Musiałam. Prąd mi się kończy, więc wzięłam wiaderko i pognałam. Mam prąd na doładowanie, a nie można tego zrobić online, więc mus był. Kudłata nie wiadomo kiedy przyjedzie, więc nie mogę zostać bez kilowatów. Tym bardziej, że zaraz będzie piekł się trzeci w mojej karierze kwarantannowej chleb na zakwasie. (a propos, czy odkładany do lodówki zakwas mam wkładać do czystego słoika, czy zostawiać w tym używanym? Dajcie znaka w komentarzu, bo na razie w czystym wyparzonym wstawiałam, ale ...).
Więc poleciałam. Stres i trauma niebywała. Otworzyć se drzwi przez kurtkę (przycisk) czy łapą? A w drugą stronę? Dałam radę, ręce umyłam potem, jest spoko.
W sklepie pusto. I na półkach i w ludziach. Maksymalnie 2-3 osoby, reszta, jakieś trzy, na zewnątrz w odstępach co dwa metry. Mijany autobus wiózł jedną osobę.
Ulice puste.
Nie będę pisać tu o samej epidemii. Mamy tego w codziennych wiadomościach pełno.
Przeraża mnie tylko, jak się wszystko rozgrywa. Nocne zmiany w prawie. Ignorancja. Kretynizm. Ludzie znani wypisują bzdury na temat tego, że trzeba pracować, nie można się zamykać, bo gospodarka padnie.
Szczerze?
JEBAĆ GOSPODARKĘ.
Ekonomia to ostatnia rzecz, na którą powinniśmy w tym czasie zwracać uwagę.
Gospodarka się podniesie, przejdzie swoje, wszyscy przejdziemy, ale podniesiemy się z tego.
E-szkoła? O kant dupy to rozbić. Co z tego, że dzieciaki nie podeszłyby do egzaminów i matury? Gówno z tego. Nikomu nic by się nie stało. Wiecie co się dzieje w domach, gdzie jest dwoje, troje dzieci w różnym wieku? Np. jedno przedszkole, dwoje w szkole, jeden komputer. Każde ma zajęcia na 8:00. Które jest ważniejsze? A co jeśli zerwie się net w trakcie egzaminu? Zepsuł się nam komputer. Całe szczęście tylko systemowo i serwis to ogarnął, ale wyobraźmy sobie, że pierdolnie coś konkretnie. Nie masz kasy na nowy, bo skąd. Co powiesz w szkole? Kto to uzna za usprawiedliwienie?
Dlatego szczerze mówię, że mam w dupie egzamin próbny, mam w dupie egzaminy, lekcje i wszystko inne. Świat się nie zawali.
Rośnie we mnie bunt. Miałam się nie przejmować tym, co się dzieje w Polsce. Nie mogę. Bo coraz bardziej mnie to wkurza.
Więc poleciałam. Stres i trauma niebywała. Otworzyć se drzwi przez kurtkę (przycisk) czy łapą? A w drugą stronę? Dałam radę, ręce umyłam potem, jest spoko.
W sklepie pusto. I na półkach i w ludziach. Maksymalnie 2-3 osoby, reszta, jakieś trzy, na zewnątrz w odstępach co dwa metry. Mijany autobus wiózł jedną osobę.
Ulice puste.
Nie będę pisać tu o samej epidemii. Mamy tego w codziennych wiadomościach pełno.
Przeraża mnie tylko, jak się wszystko rozgrywa. Nocne zmiany w prawie. Ignorancja. Kretynizm. Ludzie znani wypisują bzdury na temat tego, że trzeba pracować, nie można się zamykać, bo gospodarka padnie.
Szczerze?
JEBAĆ GOSPODARKĘ.
Ekonomia to ostatnia rzecz, na którą powinniśmy w tym czasie zwracać uwagę.
Gospodarka się podniesie, przejdzie swoje, wszyscy przejdziemy, ale podniesiemy się z tego.
E-szkoła? O kant dupy to rozbić. Co z tego, że dzieciaki nie podeszłyby do egzaminów i matury? Gówno z tego. Nikomu nic by się nie stało. Wiecie co się dzieje w domach, gdzie jest dwoje, troje dzieci w różnym wieku? Np. jedno przedszkole, dwoje w szkole, jeden komputer. Każde ma zajęcia na 8:00. Które jest ważniejsze? A co jeśli zerwie się net w trakcie egzaminu? Zepsuł się nam komputer. Całe szczęście tylko systemowo i serwis to ogarnął, ale wyobraźmy sobie, że pierdolnie coś konkretnie. Nie masz kasy na nowy, bo skąd. Co powiesz w szkole? Kto to uzna za usprawiedliwienie?
Dlatego szczerze mówię, że mam w dupie egzamin próbny, mam w dupie egzaminy, lekcje i wszystko inne. Świat się nie zawali.
Rośnie we mnie bunt. Miałam się nie przejmować tym, co się dzieje w Polsce. Nie mogę. Bo coraz bardziej mnie to wkurza.
czwartek, 26 marca 2020
[431]. I zwolnienie.
Bo boli mnie gardło.
Bo boli mnie głowa.
Bo mam gorączkę.
36,9 w najwyższym punkcie, a to dla mnie jak 38,9.
Tak to jest, jak świeci słońce, ale jest zimno n dworze, a w chacie gorąco, a dziecko podjeżdża pod dom nową furą, a ty nie możesz zejść i pooglądać, ani się przejechać, tylko leziesz na balkon, jak ten dureń, w koszulce na ramiączkach i bez kapci.
A potem pół dnia jeszcze wietrzysz chatę, bo grzeją ciągle i nie ma czym oddychać.
To teraz cierp.
No to cierpię.
Ale drugi chleb wyszedł rewelacyjnie!
Zakwas się starzeje. Znaczy już raz był dokarmiany. Za kilka dni znów go uruchomię, bo chleb mi się skończy.
PS: Gardło mnie boli jak przy anginie. Ten ból rozpoznam zawsze, bo żyłam z nim kilkadziesiąt lat.
Także nie ma strachu :)
Bo boli mnie głowa.
Bo mam gorączkę.
36,9 w najwyższym punkcie, a to dla mnie jak 38,9.
Tak to jest, jak świeci słońce, ale jest zimno n dworze, a w chacie gorąco, a dziecko podjeżdża pod dom nową furą, a ty nie możesz zejść i pooglądać, ani się przejechać, tylko leziesz na balkon, jak ten dureń, w koszulce na ramiączkach i bez kapci.
A potem pół dnia jeszcze wietrzysz chatę, bo grzeją ciągle i nie ma czym oddychać.
To teraz cierp.
No to cierpię.
Ale drugi chleb wyszedł rewelacyjnie!
Zakwas się starzeje. Znaczy już raz był dokarmiany. Za kilka dni znów go uruchomię, bo chleb mi się skończy.
PS: Gardło mnie boli jak przy anginie. Ten ból rozpoznam zawsze, bo żyłam z nim kilkadziesiąt lat.
Także nie ma strachu :)
wtorek, 24 marca 2020
[430]. Przyśpieszenie
Wszystko nabrało tempa.
Jeszcze tydzień temu społeczeństwo miało się uodparniać poprzez zachorowania, dzisiaj nastąpił zakaz wychodzenia z domu. Tylko po zakupy pierwszej potrzeby, do apteki i ewentualnie do pracy jak trzeba. Niby na spacer w odosobnieniu też można, ale to bez sensu. I zakaz spotkań powyżej 2 osób.
Co za zmiana!
A ja dzisiaj musiałam wyjść. Do urzędu po papiery.
Pojechałam rano.
Papiery mam.
Ale rozwaliło mnie totalnie dwóch staruszków, którzy przyjechali na swoich wózeczkach, żeby gotówką zapłacić podatek. Gotówka to słowo kluczowe. Wywołała ona panikę u pań w okienkach. Bo nigdzie obecnie nie przyjmuje się gotówki, może poza sklepami.
Powiem Wam, że ta podróż, przy okazji dokupiłam mąkę i makaron oraz wędlinę, wykończyła mnie bardzo. Chyba psychicznie. To straszne.
Wieczorem napisała Kudłata. Weszłam na BBC i tak, zamknęli ludzi w domach. W końcu.
Nadszedł sprawdzian dla mojej silnej woli.
Dla mojej systematyczności.
Dla prokrastynacji.
Dla lenistwa.
Zobaczymy.
Jeszcze tydzień temu społeczeństwo miało się uodparniać poprzez zachorowania, dzisiaj nastąpił zakaz wychodzenia z domu. Tylko po zakupy pierwszej potrzeby, do apteki i ewentualnie do pracy jak trzeba. Niby na spacer w odosobnieniu też można, ale to bez sensu. I zakaz spotkań powyżej 2 osób.
Co za zmiana!
A ja dzisiaj musiałam wyjść. Do urzędu po papiery.
Pojechałam rano.
Papiery mam.
Ale rozwaliło mnie totalnie dwóch staruszków, którzy przyjechali na swoich wózeczkach, żeby gotówką zapłacić podatek. Gotówka to słowo kluczowe. Wywołała ona panikę u pań w okienkach. Bo nigdzie obecnie nie przyjmuje się gotówki, może poza sklepami.
Powiem Wam, że ta podróż, przy okazji dokupiłam mąkę i makaron oraz wędlinę, wykończyła mnie bardzo. Chyba psychicznie. To straszne.
Wieczorem napisała Kudłata. Weszłam na BBC i tak, zamknęli ludzi w domach. W końcu.
Nadszedł sprawdzian dla mojej silnej woli.
Dla mojej systematyczności.
Dla prokrastynacji.
Dla lenistwa.
Zobaczymy.
niedziela, 22 marca 2020
[429]. Apdejt
Ot, mała zmiana.
Fabryka zamknięta na cztery tygodnie. Bo odbiorca stoi.
Na razie 4 tygodnie.
Więc.
Siedzę w domu.
Robię plany.
Ćwiczę.
Próbowałam upiec chleb, ale coś nie pykło, jakoś słabo rośnie, więc podejście drugie będzie zaraz.
Co jeszcze.
Seriale.
Filmy.
Porządki.
Książki.
Muzyka, duuużooooo muzyki. Alexa pomaga. Mówię: Alexa, graj, cyganie jednooki! I ona gra. Na przykład leci właśnie Wodecki Zbigniew - Zabiorę Cię dziś na bal..
Za oknem słońce.
Ale siedzę. Nie wychodzę.
I nie, nie zwariuję. Przeczekam. Nie będę ryzykować.
Co robi reszta UK? Z tego co widzę staruszkowie szlajają się po sklepach i autobusach, po ulicach, wszędzie pełno. Nie wiem jak w galerii, bo nie chodzę. Nigdzie nie chodzę. No chyba że skończy mi się zapas jedzenia, albo to co mam nie da się już ze sobą pożenić w jednym garnku, to pójdę.
Trzymajcie się.
Zostańcie w domach. Serio.
Fabryka zamknięta na cztery tygodnie. Bo odbiorca stoi.
Na razie 4 tygodnie.
Więc.
Siedzę w domu.
Robię plany.
Ćwiczę.
Próbowałam upiec chleb, ale coś nie pykło, jakoś słabo rośnie, więc podejście drugie będzie zaraz.
Co jeszcze.
Seriale.
Filmy.
Porządki.
Książki.
Muzyka, duuużooooo muzyki. Alexa pomaga. Mówię: Alexa, graj, cyganie jednooki! I ona gra. Na przykład leci właśnie Wodecki Zbigniew - Zabiorę Cię dziś na bal..
Za oknem słońce.
Ale siedzę. Nie wychodzę.
I nie, nie zwariuję. Przeczekam. Nie będę ryzykować.
Co robi reszta UK? Z tego co widzę staruszkowie szlajają się po sklepach i autobusach, po ulicach, wszędzie pełno. Nie wiem jak w galerii, bo nie chodzę. Nigdzie nie chodzę. No chyba że skończy mi się zapas jedzenia, albo to co mam nie da się już ze sobą pożenić w jednym garnku, to pójdę.
Trzymajcie się.
Zostańcie w domach. Serio.
wtorek, 17 marca 2020
[428]. Bez paniki
Nie panikuję.
Nie imaginuję sobie apokalipsy.
Nie ważę lekce jednakże pandemii.
Myję ręce i nie łażę nigdzie.
Oprócz pracy.
Bo praca ciągle jest i no cóż.
Zmiany widoczne są. Na przykład przychodnie pozamykane. Nikogo nie przyjmują, chyba, że to jakieś umówione i ważne. Mnie na przykład odwołali pobranie krwi i nie wiadomo kiedy będzie.
W pracy wywalili wszystkich: ciężarne i przewlekle chorych na domową posiadówkę. I dobrze.
Dużo osób też skorzystało z tego, że skoro za siedzenie w domu płacą to oni na dobrowolną kwarantannę poszli. Z reguły Polacy, dla ścisłości..
Poprzesuwali nam godziny tak, żeby zmiany się nie kontaktowały. Czyli wracam do domu po 23 i to nie jest fajne. Ale ogólnie nie narzekam.
Ostatni tydzień dałam sobie w kość. Nieświadomie. Zostałam na dodatkowych godzinach w niedzielę, 12 godzin. A potem cały tydzień na rano. Z sobotą włącznie. Zajechałam się jak koń na westernie, w sobotę liczyłam minuty do końca i wcale nie odpoczęłam w 1,5 dnia.
Głupia ja.
Dbajcie tam o siebie, zachowujcie rozsądek, nie czytajcie fejków i głupot, przesiewajcie informacje przez sito wiedzy, bo jak widzę co ludzie publikują i co się dzieje, to mnie szlag trafia.
A tu wyjaśnienie, dlaczego ludzie rzucili się na papier toaletowy.
Nie imaginuję sobie apokalipsy.
Nie ważę lekce jednakże pandemii.
Myję ręce i nie łażę nigdzie.
Oprócz pracy.
Bo praca ciągle jest i no cóż.
Zmiany widoczne są. Na przykład przychodnie pozamykane. Nikogo nie przyjmują, chyba, że to jakieś umówione i ważne. Mnie na przykład odwołali pobranie krwi i nie wiadomo kiedy będzie.
W pracy wywalili wszystkich: ciężarne i przewlekle chorych na domową posiadówkę. I dobrze.
Dużo osób też skorzystało z tego, że skoro za siedzenie w domu płacą to oni na dobrowolną kwarantannę poszli. Z reguły Polacy, dla ścisłości..
Poprzesuwali nam godziny tak, żeby zmiany się nie kontaktowały. Czyli wracam do domu po 23 i to nie jest fajne. Ale ogólnie nie narzekam.
Ostatni tydzień dałam sobie w kość. Nieświadomie. Zostałam na dodatkowych godzinach w niedzielę, 12 godzin. A potem cały tydzień na rano. Z sobotą włącznie. Zajechałam się jak koń na westernie, w sobotę liczyłam minuty do końca i wcale nie odpoczęłam w 1,5 dnia.
Głupia ja.
Dbajcie tam o siebie, zachowujcie rozsądek, nie czytajcie fejków i głupot, przesiewajcie informacje przez sito wiedzy, bo jak widzę co ludzie publikują i co się dzieje, to mnie szlag trafia.
A tu wyjaśnienie, dlaczego ludzie rzucili się na papier toaletowy.
środa, 4 marca 2020
[427]. Dobry dzień
No i wczoraj to ja miałam dzień zakręcony jak kawałek sznurka w kieszeni.
Fryzjerki szukałam z google maps. W końcu zdesperowana napisałam, że ni chu chu nie znajdę, i...stanęłam przed jej drzwiami.
Obcięła mnie tak, jak jeszcze nikt. Jestem bardzo zadowolona. A nagadałyśmy się, jakbyśmy się znały sto lat. Coś czuję, że to będzie miłość. Do kunsztu fryzjerskiego.
Sprzedawca od nieszczęsnej paczki na werandzie oddał mi pieniądze. znaczy czekam, aż wpłyną na konto. W ogóle to smieszny gostek, bo mi napisał, że odda jak wystawię mu pozytywny komentarz. To mu napisałam, że jedyny jaki mogę teraz wystawić to negatyw za brak dostawy. I jak odda, to mu wystawię. Oddał. Dostałam info, że w ciągu kilku dni. To ja poczekam.
A żeby było śmiesznie, to nie pamiętałam jakie dokładnie buty kupiłam i zamawiając na amazonie, bo te pierwsze na ebay, wybrałam dokładnie takie same. Przypadek? Nie sądzę. Za to amazon dostarczył paczkę w niedzielę (tak, ubolewam, że ten biedny kurier musi o 8 wieczorem w niedzielę zapierniczać do mnie z paczkami), bo mam opcję dostawy natentychmiast. Ale nikt mi nic na werandzie w nibylandii nie zostawia. A i moja głowa spokojna. Niestety, nie ma w tym mieście paczkomatu.
I tak się kręci.
Co prawda, paczka do mnie z Polski nie dotrze w tym tygodniu, ale nic nie mogę poradzić. Chociaż zła jestem jak osa.
Fryzjerki szukałam z google maps. W końcu zdesperowana napisałam, że ni chu chu nie znajdę, i...stanęłam przed jej drzwiami.
Obcięła mnie tak, jak jeszcze nikt. Jestem bardzo zadowolona. A nagadałyśmy się, jakbyśmy się znały sto lat. Coś czuję, że to będzie miłość. Do kunsztu fryzjerskiego.
Sprzedawca od nieszczęsnej paczki na werandzie oddał mi pieniądze. znaczy czekam, aż wpłyną na konto. W ogóle to smieszny gostek, bo mi napisał, że odda jak wystawię mu pozytywny komentarz. To mu napisałam, że jedyny jaki mogę teraz wystawić to negatyw za brak dostawy. I jak odda, to mu wystawię. Oddał. Dostałam info, że w ciągu kilku dni. To ja poczekam.
A żeby było śmiesznie, to nie pamiętałam jakie dokładnie buty kupiłam i zamawiając na amazonie, bo te pierwsze na ebay, wybrałam dokładnie takie same. Przypadek? Nie sądzę. Za to amazon dostarczył paczkę w niedzielę (tak, ubolewam, że ten biedny kurier musi o 8 wieczorem w niedzielę zapierniczać do mnie z paczkami), bo mam opcję dostawy natentychmiast. Ale nikt mi nic na werandzie w nibylandii nie zostawia. A i moja głowa spokojna. Niestety, nie ma w tym mieście paczkomatu.
I tak się kręci.
Co prawda, paczka do mnie z Polski nie dotrze w tym tygodniu, ale nic nie mogę poradzić. Chociaż zła jestem jak osa.
wtorek, 3 marca 2020
[426]. Lista spraw
Czas był zapisać sobie to i owo.
Na ten przykład ile i za co, komu, kiedy.
A także gdzie i kiedy. No i z kim i jak.
I tak dzisiaj poszłam se zrobić brew, żeby już nie mieć kawałka krzaka bez ładu i składu i bez koloru.
Jutro idę do fryzjera, żeby na łbie też był bałagan kontrolowany, bo w głowie to nie wiem, czy kiedykolwiek się uporządkuje.
W sobotę tradycyjnie na pazurki.
A także może paczka z dobrem wszelkim. O ile kurier zabierze z punktu A do punktu B. Bo w zeszłym tygodniu nie zabrał i cierpiałam z tego powodu.
Jutro jeszcze do urzędu, spróbować załatwić coś ważnego. Za dwa tygodnie na pobranie krwi drugie. Oraz na screening, czyli przegląd, cytologię i wywiad.
Z okazji dzisiejszych brwi odwiedziłam stare kąty i stwierdzam, że ja chcę tam mieszkać. Wrócę tam, choćbym miała se namiot rozbić nad stawikiem.
Z rzeczy mniej przyjemnych, jakiś sku.wesyn za.ebał mi paczkę spod drzwi. No cóż. Inne troszkę zwyczaje, kurier zostawił na werandzie, której nie posiadam i nie zamierzam mu tego odpuścić. A kto sobie przywłaszczył moje buty robocze to ja się domyślam. I jak się wkurzę, to pogonię polską meliniarnię.
Niestety, taki obraz i podobieństwo. Wstyd się przyznać skąd się jest.
Na ten przykład ile i za co, komu, kiedy.
A także gdzie i kiedy. No i z kim i jak.
I tak dzisiaj poszłam se zrobić brew, żeby już nie mieć kawałka krzaka bez ładu i składu i bez koloru.
Jutro idę do fryzjera, żeby na łbie też był bałagan kontrolowany, bo w głowie to nie wiem, czy kiedykolwiek się uporządkuje.
W sobotę tradycyjnie na pazurki.
A także może paczka z dobrem wszelkim. O ile kurier zabierze z punktu A do punktu B. Bo w zeszłym tygodniu nie zabrał i cierpiałam z tego powodu.
Jutro jeszcze do urzędu, spróbować załatwić coś ważnego. Za dwa tygodnie na pobranie krwi drugie. Oraz na screening, czyli przegląd, cytologię i wywiad.
Z okazji dzisiejszych brwi odwiedziłam stare kąty i stwierdzam, że ja chcę tam mieszkać. Wrócę tam, choćbym miała se namiot rozbić nad stawikiem.
Z rzeczy mniej przyjemnych, jakiś sku.wesyn za.ebał mi paczkę spod drzwi. No cóż. Inne troszkę zwyczaje, kurier zostawił na werandzie, której nie posiadam i nie zamierzam mu tego odpuścić. A kto sobie przywłaszczył moje buty robocze to ja się domyślam. I jak się wkurzę, to pogonię polską meliniarnię.
Niestety, taki obraz i podobieństwo. Wstyd się przyznać skąd się jest.
poniedziałek, 24 lutego 2020
[425]. A
Chciałam powiedzieć, że nie mieszkam już sama.
Czuję się dziwnie, bo wiem, że ktoś ze mną jest, słucha mnie i opowiada kawały.
Robi co każę.
Co prawda nie gotuje i nie sprząta, ale ma inne zalety.
I lubi tę samą muzykę, co ja.
I ma imię na A. Jak wszyscy w tej rodzinie.
Wita się z państwem Alexa.
Tak, wiem, inwigilacja i inne takie. Ale szczerze mówiąc mam to gdzieś. I przynajmniej mogę bez strachu pogadać po angielsku, bo ona mnie rozumie :)
Czuję się dziwnie, bo wiem, że ktoś ze mną jest, słucha mnie i opowiada kawały.
Robi co każę.
Co prawda nie gotuje i nie sprząta, ale ma inne zalety.
I lubi tę samą muzykę, co ja.
I ma imię na A. Jak wszyscy w tej rodzinie.
Wita się z państwem Alexa.
Tak, wiem, inwigilacja i inne takie. Ale szczerze mówiąc mam to gdzieś. I przynajmniej mogę bez strachu pogadać po angielsku, bo ona mnie rozumie :)
sobota, 8 lutego 2020
[424]. Staram się
Nie wypowiadam się na tematy polityczne. Staram się unikać wygłaszania kwestii na ten temat, bo jakkolwiek uważam, że polityka ma ogromny wpływ na nasze życie, tak jestem przekonana, że i tak nikt mnie nie posłucha.
Ale ponieważ mam to miejsce, mogę dać jednorazowo upust mojej frustracji i wypuścić swoje poglądy na wolność.
Nie jestem zwolenniczką władzy. Jest dla mnie jasne jak słońce, jak wiele złego się dzieje i jak bardzo pogrąża się nasz kraj w biedzie i zamęcie. Jeszcze tego dobrze nie widać, ale za chwilę wybuchnie z całą pewnością.
Rośnie w zastraszającym tempie zadłużenie, już tak bardzo zniwelowane. Znów urosło niebotycznie i stale się pogłębia.
Zniszczona edukacja, służba zdrowia - za chwilę wszystko się sypnie jak domek z kart. Darmowe leki dla seniorów? Dobre sobie.
Jestem przerażona gierkami typu pokażemy listy, nie pokażemy, nasi sędziowie, wasi sędziowie, zły lekarz, nauczyciel... Przykładów można mnożyć i klonować na pęczki. Tu zwolnili ordynatora, tam zamknęli oddział psychiatrii i onkologii dziecięcej, tu otwarto nowy kościół, dano rydzykowi, a zabrano z refundacji leków.
Obiecuje się ludziom gówno i to gówno rozdaje. 500 plus, które zabiera się wszystkim pracującym w tym kraju i zadłuża państwo na kolejne miliardy. Niszczy do końca OFE, po cichu, bo rozgłos już był wcześniej.
Wystawia się niekompetentnych buraków na stanowiska, po to, żeby mieć swoje barany do rządzenia. Bez wiedzy fachowej, bez szkół, bez znajomości tematu, bo przecież można się douczyć.
Niszczy się to, co działa bardzo dobrze, bo...to relikt przeszłości, perełka przeciwników. Po co nam konie w Janowie, światowej sławy hodowle, po co nam to?
IPN, który nie pilnuje prawdy historycznej.
Traktowanie opozycji, jaka by ona nie była, bo to też dłuższy temat, z pogardą.
Nie mogę zrozumieć, jak można niszczyć swój kraj.
Do niedawna myślałam, że to taki trend światowy. Bo gdzie nie spojrzysz, do władzy dokopali się demagodzy, populiści, obiecanki-cacanki. Ludzie grający na niskich pobudkach, bo tych, którzy to łykną jest najwięcej. Stany mają Trumpa, Wyspy mają Johnsona. My mamy, piszę jeszcze my, choć może już nie powinnam, małego człowieczka, zatrutego nienawiścią i niespełnionymi marzeniami.
Małego nie wzrostem, bo uważam, że nie należy wyśmiewać się z wyglądu, czy postury, rzeczy, na które wpływu wielkiego nie mamy. Małego rozumkiem i intencjami. Człowieka skażonego nienawiścią za odsunięcie go kiedyś od najważniejszych wydarzeń i zmieniającego ich historię według własnej bajki. Jaka musi być jego siła, że nikt nie jest w stanie go ruszyć? Zwykłego posła, który nawet jeśli dojdzie do Trybunału Stanu, nie odpowiada za nic. ZA NIC. Wystawia swoje pionki i gra nimi jak mu się podoba. Tego dzisiaj nie lubi, tamtego jutro pokocha. A potem rzuci na pożarcie.
Kiedy obserwuję wypowiedzi tak zwanej opozycji, niejednokrotnie widzę taką spychologię. Musimy, trzeba, potrzeba, ktoś musi. Zadaję zawsze pytanie kto? Wskażcie kogoś, kto porwie tłum, kto pokaże którędy droga. Nikt mi jeszcze nie odpisał. Nikt nie zechciał odparować moich słów, że nie ma opozycji, bo opozycja siedzi w sejmie i bierze za to kasę, więc ma w dupie dobro wspólne. Opozycja nie jest represjonowana, poza oszczerstwami i przepychankami słownymi w telewizjach. Nikt ich nie internuje, nie nęka i nie zagraża. Obraża, kłamie na temat opozycji - tak. Ale opozycji nie ma.
Pytałam Shramma, Jażdżewskiego, prof. Środę... Nie ma odpowiedzi. Nikt nie napisał słowa.
Bodajże Zbigniew Hołdys napisał kiedyś właśnie o tym, że wszyscy działacze czekają na kogoś, kto poprowadzi, że ktoś musi, ktoś niech zrobi, ktoś. Słowo klucz.
Nie ma nikogo takiego.
Strefa komfortu jest w dzisiejszych czasach zbyt wielka. Nikt niczego nie zabrania, nie zabiera, jest tv, internet, pełne półki, kasa, praca. Można jeździć za granicę, można wszystko. Dopóki to wszystko będzie, nikt nie kiwnie palcem.
Nie ma opozycji.
I powoli zaczyna znikać nasz kraj.
A historia kołem się toczy. Właśnie wzięło się za powrót do punktu wyjścia.
Oby nic nie spadło nam na głowę z nieba.
Ale ponieważ mam to miejsce, mogę dać jednorazowo upust mojej frustracji i wypuścić swoje poglądy na wolność.
Nie jestem zwolenniczką władzy. Jest dla mnie jasne jak słońce, jak wiele złego się dzieje i jak bardzo pogrąża się nasz kraj w biedzie i zamęcie. Jeszcze tego dobrze nie widać, ale za chwilę wybuchnie z całą pewnością.
Rośnie w zastraszającym tempie zadłużenie, już tak bardzo zniwelowane. Znów urosło niebotycznie i stale się pogłębia.
Zniszczona edukacja, służba zdrowia - za chwilę wszystko się sypnie jak domek z kart. Darmowe leki dla seniorów? Dobre sobie.
Jestem przerażona gierkami typu pokażemy listy, nie pokażemy, nasi sędziowie, wasi sędziowie, zły lekarz, nauczyciel... Przykładów można mnożyć i klonować na pęczki. Tu zwolnili ordynatora, tam zamknęli oddział psychiatrii i onkologii dziecięcej, tu otwarto nowy kościół, dano rydzykowi, a zabrano z refundacji leków.
Obiecuje się ludziom gówno i to gówno rozdaje. 500 plus, które zabiera się wszystkim pracującym w tym kraju i zadłuża państwo na kolejne miliardy. Niszczy do końca OFE, po cichu, bo rozgłos już był wcześniej.
Wystawia się niekompetentnych buraków na stanowiska, po to, żeby mieć swoje barany do rządzenia. Bez wiedzy fachowej, bez szkół, bez znajomości tematu, bo przecież można się douczyć.
Niszczy się to, co działa bardzo dobrze, bo...to relikt przeszłości, perełka przeciwników. Po co nam konie w Janowie, światowej sławy hodowle, po co nam to?
IPN, który nie pilnuje prawdy historycznej.
Traktowanie opozycji, jaka by ona nie była, bo to też dłuższy temat, z pogardą.
Nie mogę zrozumieć, jak można niszczyć swój kraj.
Do niedawna myślałam, że to taki trend światowy. Bo gdzie nie spojrzysz, do władzy dokopali się demagodzy, populiści, obiecanki-cacanki. Ludzie grający na niskich pobudkach, bo tych, którzy to łykną jest najwięcej. Stany mają Trumpa, Wyspy mają Johnsona. My mamy, piszę jeszcze my, choć może już nie powinnam, małego człowieczka, zatrutego nienawiścią i niespełnionymi marzeniami.
Małego nie wzrostem, bo uważam, że nie należy wyśmiewać się z wyglądu, czy postury, rzeczy, na które wpływu wielkiego nie mamy. Małego rozumkiem i intencjami. Człowieka skażonego nienawiścią za odsunięcie go kiedyś od najważniejszych wydarzeń i zmieniającego ich historię według własnej bajki. Jaka musi być jego siła, że nikt nie jest w stanie go ruszyć? Zwykłego posła, który nawet jeśli dojdzie do Trybunału Stanu, nie odpowiada za nic. ZA NIC. Wystawia swoje pionki i gra nimi jak mu się podoba. Tego dzisiaj nie lubi, tamtego jutro pokocha. A potem rzuci na pożarcie.
Kiedy obserwuję wypowiedzi tak zwanej opozycji, niejednokrotnie widzę taką spychologię. Musimy, trzeba, potrzeba, ktoś musi. Zadaję zawsze pytanie kto? Wskażcie kogoś, kto porwie tłum, kto pokaże którędy droga. Nikt mi jeszcze nie odpisał. Nikt nie zechciał odparować moich słów, że nie ma opozycji, bo opozycja siedzi w sejmie i bierze za to kasę, więc ma w dupie dobro wspólne. Opozycja nie jest represjonowana, poza oszczerstwami i przepychankami słownymi w telewizjach. Nikt ich nie internuje, nie nęka i nie zagraża. Obraża, kłamie na temat opozycji - tak. Ale opozycji nie ma.
Pytałam Shramma, Jażdżewskiego, prof. Środę... Nie ma odpowiedzi. Nikt nie napisał słowa.
Bodajże Zbigniew Hołdys napisał kiedyś właśnie o tym, że wszyscy działacze czekają na kogoś, kto poprowadzi, że ktoś musi, ktoś niech zrobi, ktoś. Słowo klucz.
Nie ma nikogo takiego.
Strefa komfortu jest w dzisiejszych czasach zbyt wielka. Nikt niczego nie zabrania, nie zabiera, jest tv, internet, pełne półki, kasa, praca. Można jeździć za granicę, można wszystko. Dopóki to wszystko będzie, nikt nie kiwnie palcem.
Nie ma opozycji.
I powoli zaczyna znikać nasz kraj.
A historia kołem się toczy. Właśnie wzięło się za powrót do punktu wyjścia.
Oby nic nie spadło nam na głowę z nieba.
środa, 29 stycznia 2020
[423]. Prawdopodobnie
Co ja chciałam.
A. Chciałam rzec, że prawdopodobnie w maju odbędzie się apelacja. Tak sąd napisał, że prawdopodobnie. Czaicie? Nowy termin: PRAWDOPODOBNIE. Poczułam się zajebiście poinformowana i kilka dni zwlekałam z przekazaniem wieści dalej, bo niczego tak bardzo nie lubię, jeśli o ramy czasowe chodzi, jak niedługo, prawdopodobnie i zaraz.
No. Już mi przeszło, bo co zrobisz, jak nic nie zrobisz. Tylko mam o to straszny żal do systemu sądownictwa. Wiem, że to nie tylko ja i bla bla bla. Ale w sprawach dzieci sprawy powinny odbywać się szybko. A to będzie półtora roku od momentu złożenia papierów w sądzie...
Z innych wieści to stałam się szczęśliwą posiadaczką statusu przedosiedleńczego, a to oznacza, że piątkowy wymarsz z UE mi nie straszny. Załatwiłam to jednym kliknięciem i wysłaniem paszportu pocztą w celu weryfikacji (!).
Ale właściwie to mam duchy w domu. Przenoszą mi pumeks i mydło. I za cholerkę nie wiem jak to się stało. Bo to nie ja. A ja jestem tu sama. Nikogo u mnie nie było. Kudłata wyprowadzona i nawet w odwiedzinach nie była. Zresztą oni w tym czasie łapali wirusa na przynętę, czyli Brodacza (Kudłatej facet. Nazwałabym go inaczej, ale tamto słowo zostało użyte gdzie indziej, a z tamtym gdzie indziej to ja nie chcę mieć nic wspólnego). Brodacz się zawirusował wziął. Z relacji Kudłatej jechał do lekarza już umierać. Normalnie jak to facet, trochę gorączki i wiadomo. Ale karetki nie chciał. W każdym razie muszę mu powiedzieć, żeby spisał testament i że biorę telewizor.
Ale wracając do życia nadprzyrodzonego, to serio nie mam zielonego pojęcia jak przemieścił się pumeks z mydłem na nim z wysokości 180 cm na 0. Gdyby spadło, co jest niemożliwe, na bank mydło poleciałoby gdzieś w cholerę. Przeprowadziłam próby balistyczne, to wiem.
Nikt się nie mył tymi utensyliami, bo były suche.
Mam zagadkę normalnie.
A teraz pokażę Wam o co chodziło mi z wyłażeniem z krzaków i włażeniem w.
A. Chciałam rzec, że prawdopodobnie w maju odbędzie się apelacja. Tak sąd napisał, że prawdopodobnie. Czaicie? Nowy termin: PRAWDOPODOBNIE. Poczułam się zajebiście poinformowana i kilka dni zwlekałam z przekazaniem wieści dalej, bo niczego tak bardzo nie lubię, jeśli o ramy czasowe chodzi, jak niedługo, prawdopodobnie i zaraz.
No. Już mi przeszło, bo co zrobisz, jak nic nie zrobisz. Tylko mam o to straszny żal do systemu sądownictwa. Wiem, że to nie tylko ja i bla bla bla. Ale w sprawach dzieci sprawy powinny odbywać się szybko. A to będzie półtora roku od momentu złożenia papierów w sądzie...
Z innych wieści to stałam się szczęśliwą posiadaczką statusu przedosiedleńczego, a to oznacza, że piątkowy wymarsz z UE mi nie straszny. Załatwiłam to jednym kliknięciem i wysłaniem paszportu pocztą w celu weryfikacji (!).
Ale właściwie to mam duchy w domu. Przenoszą mi pumeks i mydło. I za cholerkę nie wiem jak to się stało. Bo to nie ja. A ja jestem tu sama. Nikogo u mnie nie było. Kudłata wyprowadzona i nawet w odwiedzinach nie była. Zresztą oni w tym czasie łapali wirusa na przynętę, czyli Brodacza (Kudłatej facet. Nazwałabym go inaczej, ale tamto słowo zostało użyte gdzie indziej, a z tamtym gdzie indziej to ja nie chcę mieć nic wspólnego). Brodacz się zawirusował wziął. Z relacji Kudłatej jechał do lekarza już umierać. Normalnie jak to facet, trochę gorączki i wiadomo. Ale karetki nie chciał. W każdym razie muszę mu powiedzieć, żeby spisał testament i że biorę telewizor.
Ale wracając do życia nadprzyrodzonego, to serio nie mam zielonego pojęcia jak przemieścił się pumeks z mydłem na nim z wysokości 180 cm na 0. Gdyby spadło, co jest niemożliwe, na bank mydło poleciałoby gdzieś w cholerę. Przeprowadziłam próby balistyczne, to wiem.
Nikt się nie mył tymi utensyliami, bo były suche.
Mam zagadkę normalnie.
A teraz pokażę Wam o co chodziło mi z wyłażeniem z krzaków i włażeniem w.
Tak, tu prawie wszyscy chodzą w odblaskowych kurtkach. A przynajmniej dużo ludzi. Tak, droga nie ma pobocza i jest to droga tylko dla autobusów i rowerów. Autobusy nie trąbią jak się nią łazi, tylko grzecznie omijają. Trąbią tylko na wiewiórki i gołębie, a nawet się zatrzymują, żeby nie rozjechać któregoś. Taki kraj.
niedziela, 12 stycznia 2020
[422]. Tytuł
[wczoraj]
Zacznę od końca.
Czyli od tego, że zdałam dzisiaj egzamin zawodowy. Drugą część, praktyczną. Przy tokarce, a nawet dwóch. Wczoraj zdałam pierwszą część, pisemną.
Jestem więc już technikiem mechanikiem - operatorem urządzeń skrawających.
Oficjalne wyniki będą gdzieś tak za miesiąc, dwa? Któż to wie. Ale wiem już dzisiaj, że zdane jest.
To nie koniec drogi, gdyż w czerwcu, mam taką nadzieję, dojdzie do tego jeszcze programista.
Poza tym odwiozłam młodego, wygłaskałam moje sierście, no i złapałam katar.
To chyba najgorsze, co mogłam przywieźć sobie w prezencie. Szczególnie przy lądowaniu, kiedy uszy zaczęły mnie boleć aż po gardło, przyrostowo, z każdym centymetrem traconej wysokości.
Teraz zamiast spać, siedzę w necie, jeszcze czytam, jeszcze patrzę. Oczy łzawią, nos łaskocze, ale nie, przecież nie pójdę spać!
[dzisiaj]
Siedzę cały dzień pod kołdrą. Dorabiam sobie tylko herbatę z miodem, smarkam i psikam krople, bo nic tak mnie nie wkurza, jak zatkany i lejący się nos. Po serduszka wysłałam Kudłatą. Nie ma siły, nie pójdę nigdzie.
A, bo nie wiecie. Kudłata wprowadziła się do mnie. Po perypetiach z wynajmującą babą, Polką, żeby była jasność, wzywaniu policji, musiała dla własnego bezpieczeństwa zabrać graty i..no właśnie, wylądowali u mnie.
I tak trwa ten stan już jakiś czas. dokładnie od dnia przed sylwestrem.
[wcześniej]
Jako że świąt to ja nie robię, spędziliśmy ten czas z Młodym zwyczajnie. Z barszczem i pierogami z grzybami i struclami makowymi, bo wyszły dwie (obawiałam się, że nie zjemy ich, a one zniknęły migiem). Tak się nażarliśmy, że nie smażyłam nawet ryby. Została na następny dzień.
Postanowiłam, że w przyszłym roku będzie choinka, bo lubię choinki, lampki i bombki.
Ale jedzenie zostanie w takim zakresie, jak w tym. Plusów mnóstwo:
- kupiłam tylko to, co chciałam,
- zrobiliśmy do jedzenia tylko to, na co mieliśmy ochotę,
- nic się nie zmarnowało, niczego nie wyrzuciłam,
- nie musiałam myśleć, że trzeba to zjeść, bo się zepsuje.
Minusów nie widzę żadnych.
W długiej przerwie w pracy w mojej firmie, poszłam do pracy na tydzień do ...telezakupów.
Dokładnie to do pakowania zamówień. Praca lekka, spokojna, nawet ok. Pakowanie w bibułki i takie tam. Podobało mi się.
Ale nie obyło się bez rozmyślań o tym, dlaczego ludzie kupują w telewizji biżuterię, czasem nawet bardzo drogą, widząc tylko na ekranie jak to wygląda. Gdybym chciała kupić sobie wypasiony pierścień z drogim kamieniem, z białego złota, albo coś innego, to poszłabym do jubilera. Do fachowca. Ale. Przyszła też myśl, że nie moje pieniądze, nie moja bajka, nie mnie oceniać, ja tylko pakuję.
A teraz się kuruję dalej. Jutro do pracy.
Zacznę od końca.
Czyli od tego, że zdałam dzisiaj egzamin zawodowy. Drugą część, praktyczną. Przy tokarce, a nawet dwóch. Wczoraj zdałam pierwszą część, pisemną.
Jestem więc już technikiem mechanikiem - operatorem urządzeń skrawających.
Oficjalne wyniki będą gdzieś tak za miesiąc, dwa? Któż to wie. Ale wiem już dzisiaj, że zdane jest.
To nie koniec drogi, gdyż w czerwcu, mam taką nadzieję, dojdzie do tego jeszcze programista.
Poza tym odwiozłam młodego, wygłaskałam moje sierście, no i złapałam katar.
To chyba najgorsze, co mogłam przywieźć sobie w prezencie. Szczególnie przy lądowaniu, kiedy uszy zaczęły mnie boleć aż po gardło, przyrostowo, z każdym centymetrem traconej wysokości.
Teraz zamiast spać, siedzę w necie, jeszcze czytam, jeszcze patrzę. Oczy łzawią, nos łaskocze, ale nie, przecież nie pójdę spać!
[dzisiaj]
Siedzę cały dzień pod kołdrą. Dorabiam sobie tylko herbatę z miodem, smarkam i psikam krople, bo nic tak mnie nie wkurza, jak zatkany i lejący się nos. Po serduszka wysłałam Kudłatą. Nie ma siły, nie pójdę nigdzie.
A, bo nie wiecie. Kudłata wprowadziła się do mnie. Po perypetiach z wynajmującą babą, Polką, żeby była jasność, wzywaniu policji, musiała dla własnego bezpieczeństwa zabrać graty i..no właśnie, wylądowali u mnie.
I tak trwa ten stan już jakiś czas. dokładnie od dnia przed sylwestrem.
[wcześniej]
Jako że świąt to ja nie robię, spędziliśmy ten czas z Młodym zwyczajnie. Z barszczem i pierogami z grzybami i struclami makowymi, bo wyszły dwie (obawiałam się, że nie zjemy ich, a one zniknęły migiem). Tak się nażarliśmy, że nie smażyłam nawet ryby. Została na następny dzień.
Postanowiłam, że w przyszłym roku będzie choinka, bo lubię choinki, lampki i bombki.
Ale jedzenie zostanie w takim zakresie, jak w tym. Plusów mnóstwo:
- kupiłam tylko to, co chciałam,
- zrobiliśmy do jedzenia tylko to, na co mieliśmy ochotę,
- nic się nie zmarnowało, niczego nie wyrzuciłam,
- nie musiałam myśleć, że trzeba to zjeść, bo się zepsuje.
Minusów nie widzę żadnych.
W długiej przerwie w pracy w mojej firmie, poszłam do pracy na tydzień do ...telezakupów.
Dokładnie to do pakowania zamówień. Praca lekka, spokojna, nawet ok. Pakowanie w bibułki i takie tam. Podobało mi się.
Ale nie obyło się bez rozmyślań o tym, dlaczego ludzie kupują w telewizji biżuterię, czasem nawet bardzo drogą, widząc tylko na ekranie jak to wygląda. Gdybym chciała kupić sobie wypasiony pierścień z drogim kamieniem, z białego złota, albo coś innego, to poszłabym do jubilera. Do fachowca. Ale. Przyszła też myśl, że nie moje pieniądze, nie moja bajka, nie mnie oceniać, ja tylko pakuję.
A teraz się kuruję dalej. Jutro do pracy.
czwartek, 26 grudnia 2019
[421]. Co tu się wyprawia?
Tyle czasu mnie tu nie było! Wstyd!
W takim razie, zapewne, między barszczem a rybą, macie chwilkę na me zwierzenia.
No to tak.
Praca jak praca. Długa przerwa, prawie 3 tygodnie. Ale w międzyczasie poszłam do innej na ten czas. A właściwie na część. Bo na tydzień.
Pakuję zamówienia w telezakupach. Co ciekawe biżuterię. Którą ludzie kupują za grubą kasę czasami. Nadziwić się nie mogę. Chociaż, w Polsce pewnie to samo.
Pakowanie, fajna sprawa. Tu też widzę mnóstwo leserów i udawaczy. Wkurza mnie to, ale cóż poradzić. Ja uchodzę za naiwniaczkę, bo pracuję szybko i bez kombinowania.
Mam też u siebie Młodego. Na razie ciągle tylko w odwiedzinach, ale grzecznie czekam na termin apelacji..Nie wspomnę co mi się ciśnie na usta, kiedy mowa o sądach i sędziach. Tam naprawdę trzeba zmiany. Nie takiej, jaką szykuje władza, ale prawdziwej zmiany funkcjonowania tego systemu. Bo to jest masakra.
Ale najlepsze co chciałam opowiedzieć, to moja wyprawa po Młodego
No to wymyśliłam...
Przelot tam i z powrotem. W jeden dzień. A było to tak...
Wstałam w piątek o 4.45, bo praca.
O 14.00 koniec, do domu. Coś zjadłam, posprzątałam i wyjazd pociągiem do dużego miasta.
Z tego miasta pociągiem miałam dostać się na Luton. Bilet kupiony wcześniej, ale dopiero dzień przed wyjazdem zerknęłam co jest. A były dwie przesiadki. Myślałam w swej naiwności, że z pociągu na pociąg. Jakże się zdziwiłam.
Wysiadam w Londyn Euston i...
Pierwszy szok. Za chwilę zamykają dworzec. Jest blisko północy, więc trybiki zapieprzają, bo co ja mam zrobić. Szukam tego pociągu, jak opętana, a tu nic. No to pytam.
- Windą na dół, bo po co schodami, a tam metro.
Jakie kurna metro?? Ale jadę. Wysiadam w tunelu, z którego jest mnóstwo przejść. Czytam tablice, ale z lotnisk znalazłam tylko Heathrow, a to nie ten kierunek.
Pytam pań z walizkami. Dowiaduję się, że jeden przystanek, na Pankraca, a potem przesiadka na pociąg.
Dobra, szukam tunelu z opisem, że tam dojadę, ale nie ma.
Znowu obsługa.
- schodami na drugi poziom.
Jadę, nie oglądam się za siebie, bo schody jadą na jakieś drugie piętro, a ja mam lęk wysokości.
Znalazłam tunel, ale najpierw znalazłam myszki. Pewnie się ludzie, wracający z imprez, podchmieleni, na gołe nogi, krótkie rękawy i bez czapek, bardzo zdziwili, jak usłyszeli:
- oooo, a co ty tu robisz?
Do myszy.
Nic to, czas leci, ale do odlotu mam 1/4 doby, więc luzik.
Wysiadam na tym Pankracu. I znów niespodzianka. Zero opisów. Ale brnę. Idę. Znów obsługa. Pokazuję już tylko bilet i idę za machnięciem ręki.
Na końcu dwa terminale. B jest mój.
Odetchnęłam z ulgą. Czekania godzina.
Zimno mi, z niewyspania, chłodu, bo jest tak ze 3 stopnie ogólnie. Boję się, że się rozłożę, ale stwierdziłam, że mogę dopiero po powrocie.
Czytam. Obserwuję ukradkiem kolejne tłumy imprezowiczów. Podziwiam za negliż, bo mi na sam widok zimniej.
W końcu jadę na Luton, przekonana, że wysiądę przy samym lotnisku. O naiwności!
Wysiadam na dworcu Luton Airport, ale do lotniska jeszcze jakaś mila trzydzieści. Niby, z podsłuchanej rozmowy, jeżdżą autobusy, ale nocą rzadziej. Widok zaparkowanych jak w zajezdni nie nastraja mnie optymistycznie i rozważam piechotę. Powstrzymują mnie dwie rzeczy: zimno, bo nie śpię już prawie dobę i te 3,5 godziny do lotu.
Czekam, bijąc się z myślami, bo niepotrzebnie obejrzałam schemat autobusowy i wyszło mi, że tylko jeden z nich jeździ na lotnisko.
Przyjechał jednak. Upewniam się, że nim dojadę. Patrzę za okno jadąc te 5 minut i dziękuję sobie, że jednak nie wybrałam się w podróż na nogach. Na lotnisku śpię i czytam na zmianę, potem lecę i podsypiam ciut.
W Poznaniu niespodzianka. Nie przyjechał autobus. Próbuję złapać taksówkę, a tu się okazało, że nie istnieją już korporacje taksówkowe, których numery mam. Że w tak dużym mieście są może trzy, a reszta zniknęła. Jadę w końcu autobusem. Cały dzień coś robię. Po południu przejmuję Młodego i uberem wracamy na lotnisko i lecimy. W domu jesteśmy po północy.
Nie rozłożyłam się. Byłam nieziemsko zmęczona, ale wszystko się udało.
No i jesteśmy sobie do stycznia razem.
W takim razie, zapewne, między barszczem a rybą, macie chwilkę na me zwierzenia.
No to tak.
Praca jak praca. Długa przerwa, prawie 3 tygodnie. Ale w międzyczasie poszłam do innej na ten czas. A właściwie na część. Bo na tydzień.
Pakuję zamówienia w telezakupach. Co ciekawe biżuterię. Którą ludzie kupują za grubą kasę czasami. Nadziwić się nie mogę. Chociaż, w Polsce pewnie to samo.
Pakowanie, fajna sprawa. Tu też widzę mnóstwo leserów i udawaczy. Wkurza mnie to, ale cóż poradzić. Ja uchodzę za naiwniaczkę, bo pracuję szybko i bez kombinowania.
Mam też u siebie Młodego. Na razie ciągle tylko w odwiedzinach, ale grzecznie czekam na termin apelacji..Nie wspomnę co mi się ciśnie na usta, kiedy mowa o sądach i sędziach. Tam naprawdę trzeba zmiany. Nie takiej, jaką szykuje władza, ale prawdziwej zmiany funkcjonowania tego systemu. Bo to jest masakra.
Ale najlepsze co chciałam opowiedzieć, to moja wyprawa po Młodego
No to wymyśliłam...
Przelot tam i z powrotem. W jeden dzień. A było to tak...
Wstałam w piątek o 4.45, bo praca.
O 14.00 koniec, do domu. Coś zjadłam, posprzątałam i wyjazd pociągiem do dużego miasta.
Z tego miasta pociągiem miałam dostać się na Luton. Bilet kupiony wcześniej, ale dopiero dzień przed wyjazdem zerknęłam co jest. A były dwie przesiadki. Myślałam w swej naiwności, że z pociągu na pociąg. Jakże się zdziwiłam.
Wysiadam w Londyn Euston i...
Pierwszy szok. Za chwilę zamykają dworzec. Jest blisko północy, więc trybiki zapieprzają, bo co ja mam zrobić. Szukam tego pociągu, jak opętana, a tu nic. No to pytam.
- Windą na dół, bo po co schodami, a tam metro.
Jakie kurna metro?? Ale jadę. Wysiadam w tunelu, z którego jest mnóstwo przejść. Czytam tablice, ale z lotnisk znalazłam tylko Heathrow, a to nie ten kierunek.
Pytam pań z walizkami. Dowiaduję się, że jeden przystanek, na Pankraca, a potem przesiadka na pociąg.
Dobra, szukam tunelu z opisem, że tam dojadę, ale nie ma.
Znowu obsługa.
- schodami na drugi poziom.
Jadę, nie oglądam się za siebie, bo schody jadą na jakieś drugie piętro, a ja mam lęk wysokości.
Znalazłam tunel, ale najpierw znalazłam myszki. Pewnie się ludzie, wracający z imprez, podchmieleni, na gołe nogi, krótkie rękawy i bez czapek, bardzo zdziwili, jak usłyszeli:
- oooo, a co ty tu robisz?
Do myszy.
Nic to, czas leci, ale do odlotu mam 1/4 doby, więc luzik.
Wysiadam na tym Pankracu. I znów niespodzianka. Zero opisów. Ale brnę. Idę. Znów obsługa. Pokazuję już tylko bilet i idę za machnięciem ręki.
Na końcu dwa terminale. B jest mój.
Odetchnęłam z ulgą. Czekania godzina.
Zimno mi, z niewyspania, chłodu, bo jest tak ze 3 stopnie ogólnie. Boję się, że się rozłożę, ale stwierdziłam, że mogę dopiero po powrocie.
Czytam. Obserwuję ukradkiem kolejne tłumy imprezowiczów. Podziwiam za negliż, bo mi na sam widok zimniej.
W końcu jadę na Luton, przekonana, że wysiądę przy samym lotnisku. O naiwności!
Wysiadam na dworcu Luton Airport, ale do lotniska jeszcze jakaś mila trzydzieści. Niby, z podsłuchanej rozmowy, jeżdżą autobusy, ale nocą rzadziej. Widok zaparkowanych jak w zajezdni nie nastraja mnie optymistycznie i rozważam piechotę. Powstrzymują mnie dwie rzeczy: zimno, bo nie śpię już prawie dobę i te 3,5 godziny do lotu.
Czekam, bijąc się z myślami, bo niepotrzebnie obejrzałam schemat autobusowy i wyszło mi, że tylko jeden z nich jeździ na lotnisko.
Przyjechał jednak. Upewniam się, że nim dojadę. Patrzę za okno jadąc te 5 minut i dziękuję sobie, że jednak nie wybrałam się w podróż na nogach. Na lotnisku śpię i czytam na zmianę, potem lecę i podsypiam ciut.
W Poznaniu niespodzianka. Nie przyjechał autobus. Próbuję złapać taksówkę, a tu się okazało, że nie istnieją już korporacje taksówkowe, których numery mam. Że w tak dużym mieście są może trzy, a reszta zniknęła. Jadę w końcu autobusem. Cały dzień coś robię. Po południu przejmuję Młodego i uberem wracamy na lotnisko i lecimy. W domu jesteśmy po północy.
Nie rozłożyłam się. Byłam nieziemsko zmęczona, ale wszystko się udało.
No i jesteśmy sobie do stycznia razem.
środa, 23 października 2019
[420].Lecz się, a jakże!
Powiem Wam, że te deszcze i wszechobecna wilgoć to jakieś mity są. Nie pada, a jak już, to bardzo rzadko. W domu mam sucho i nie muszę łazić do pralni, żeby w suszarce wysuszyć pranie.
Gdzie ta angielska pogoda??? Ja się pytam!!!
A tak na poważnie, to poważnie deszczu jak na lekarstwo.
A propos lekarstw.
Moja rejestracja w przychodni i tutejszym enefzecie, czyli NHS już prawie na mecie. Mam numery, mam wszystko, ale jeszcze spotkanie z moim GP czyli, jak mniemam, lekarzem pierwszego kontaktu.
Jutro się umówię. I dostanę karteczkę z informacjami kiedy, gdzie, z kim, o której i numerami telefonów, emailami i wszystkim co potrzebne. A potem dostanę takiego samego smsa z przypomnieniem.
No i oczywiście w tak zwanym międzyczasie, w równoległej rzeczywistości, dopadł mnie mój głupi kaszelek. I wysypało mi twarz, jak to się dzieje zwykle co któryś cykl. Norma. Ale pokończyły mi się medykamenty odpowiedzialne za podtrzymywanie w jako takim stanie. Udałam się więc do apteki. Ale, żeby nie ładować się tak jakoś z buta samej, najpierw wysłałam kolegę, który leczy się już miesiąc i wyleczyć nie może. Bo tak naprawdę to się nie leczy, tylko leży w domu w cyklu: tydzień z chorobą w pracy, tydzień w domu, podleczony do pracy, dwa tygodnie i znów chory.
Kazałam mu kupić aspirynę. Bajerancką. 500mg.
Okazało się, że y-y, nie ma 500, bo nie jest taka dawka dopuszczona do sprzedaży w tym pięknym kraju. Jest bajer, ale 100, ale nie mają, więc mają inną, największa dawka 300.
Kolega leży się leczy, ale mnie też była potrzebna, więc poszłam. Dostałam tę 300 (bardziej jak polopiryna c, czyli aspiryna z dodatkami), ale na syfki jakiejś maści cynkowej, czy czegoś, to absolutnie nie. Mam se iść do lekarza on mi zleci. Powiem szczerze, że mnie zatkało, przyzwyczajona jestem, że farmaceuta doradzi, zamieni i że przede wszystkim sprzeda.
A tu taki dziki kraj.
Przygód mych z urzędami dalszy ciąg nastąpi, aczkolwiek na razie się oswajam.
A tu macie wiewióry.
Gdzie ta angielska pogoda??? Ja się pytam!!!
A tak na poważnie, to poważnie deszczu jak na lekarstwo.
A propos lekarstw.
Moja rejestracja w przychodni i tutejszym enefzecie, czyli NHS już prawie na mecie. Mam numery, mam wszystko, ale jeszcze spotkanie z moim GP czyli, jak mniemam, lekarzem pierwszego kontaktu.
Jutro się umówię. I dostanę karteczkę z informacjami kiedy, gdzie, z kim, o której i numerami telefonów, emailami i wszystkim co potrzebne. A potem dostanę takiego samego smsa z przypomnieniem.
No i oczywiście w tak zwanym międzyczasie, w równoległej rzeczywistości, dopadł mnie mój głupi kaszelek. I wysypało mi twarz, jak to się dzieje zwykle co któryś cykl. Norma. Ale pokończyły mi się medykamenty odpowiedzialne za podtrzymywanie w jako takim stanie. Udałam się więc do apteki. Ale, żeby nie ładować się tak jakoś z buta samej, najpierw wysłałam kolegę, który leczy się już miesiąc i wyleczyć nie może. Bo tak naprawdę to się nie leczy, tylko leży w domu w cyklu: tydzień z chorobą w pracy, tydzień w domu, podleczony do pracy, dwa tygodnie i znów chory.
Kazałam mu kupić aspirynę. Bajerancką. 500mg.
Okazało się, że y-y, nie ma 500, bo nie jest taka dawka dopuszczona do sprzedaży w tym pięknym kraju. Jest bajer, ale 100, ale nie mają, więc mają inną, największa dawka 300.
Kolega leży się leczy, ale mnie też była potrzebna, więc poszłam. Dostałam tę 300 (bardziej jak polopiryna c, czyli aspiryna z dodatkami), ale na syfki jakiejś maści cynkowej, czy czegoś, to absolutnie nie. Mam se iść do lekarza on mi zleci. Powiem szczerze, że mnie zatkało, przyzwyczajona jestem, że farmaceuta doradzi, zamieni i że przede wszystkim sprzeda.
A tu taki dziki kraj.
Przygód mych z urzędami dalszy ciąg nastąpi, aczkolwiek na razie się oswajam.
A tu macie wiewióry.
czwartek, 10 października 2019
[419]. Turbo urlop
Mega-hiper-turbo. Tylu kilometrów to ja nie zrobiłam już dawno w trzy dni.
Natt tam i z powrotem.
Zaliczyłam wszystko co chciałam, prawie. Załatwiłam urząd, szkołę, dwa miasta, remonty na torach i korki. Spotkałam się tak szybko, że aż nie wiem, czy naprawdę.
W urzędzie dostałam zaświadczenie, które załatwiłam...online. Czaicie? ON-kurna-LINE.
Z poprawkami w międzyczasie. Byłam w szoku, ale Pani Urzędniczka to kolejna dobra dusza na mojej drodze. Załatwiłam z nią mniej więcej tak:
- bo ja ląduję we wtorek o 16.50, macie do 18 to może zdążę.
- to ja wyślę pani wniosek, pani mi prześle skan, a ja zrobię zaświadczenie, a pani mi oryginał przywiezie.
-wysłałam
-ale wie pani, ta data, to ją przesuńmy o miesiąc, bo będzie dla pani korzystniej.
- to ja poprawię wniosek i wyślę jeszcze raz.
I wszystko układało się najlepiej pod słońcem, chociaż padało.
Samolot przyleciał PÓŁ GODZINY WCZEŚNIEJ.
Pan taksówkarz z lotniska zawiózł mnie w 10 minut do urzędu, a jechał takimi uliczkami, że martwiłam się o rachunek, a tu...20 zł.
Pani do mnie wyszła, więc nie czekałam w kolejce.
Wyszłam szczęśliwa i...
I się popsuło.
Wymyśliłam, mając przed sobą puste ulice, że zdążę w godzinę na dworzec i pojadę dzień wcześniej do dziecka. Ale zapomniałam, że to miasto jest rozkopane do poziomu minus trzy. I tak zakwitłam w korku, zmokłam, zmarzłam i w końcu nie pojechałam.
Ale pojechałam do mojej przyjaciółki, na noc, odebrałam paczkę z portkami z paczkomatu, a w domu czekał na mnie ON:
Ukoiło to ciut moje nerwy i smutek, naładowałam to cudo i zaczęliśmy się przyzwyczajać do siebie.
Na drugi dzień o świcie zrywka i gnanie na pociąg i zaczęły się schody. Bo opóźnienia pociągów, bo jeden tor, bo czekają, a ja z przesiadkami. Ale dałam radę.
W międzyczasie załatwiłam kolejną gównianą sprawę. Bo moja Adwokacina wkurzyła mnie na maksa. Zagotowałam się tydzień temu. Zadzwoniłam sobie do sądu, bo od niej zero informacji. W sądzie mi powiedziano, że mają pół roku na wyznaczenie terminu, ale mam pisać prośbę o przyspieszenie. I tu się zagotowałam po raz pierwszy, bo o takie pismo już prosiłam tę dzidę w lipcu.
Napisałam do niej, bo już nie odbiera ode mnie, że ma to pismo wysłać.
I tu stan wrzenia taki, że ciśnienie mi skoczyło. Potrzebne jest moje pełnomocnictwo!!!
Mimo, że jedno było na prowadzenie sprawy.
Więc poprosiłam w piątek o pismo na maila, bo muszę wydrukować, podpisać i wysłać. I piszę kiedy będę i że potrzebuję. Od piątku do środy prosiłam się o to pismo. W środę napisałam, że to jest niepoważne, bo od trzech miesięcy pytam ciągle o apelację i ani słowa o pełnomocnictwie, a tu nagle strzał, że potrzebne. I że ma mi wysłać. Bo mam godzinę na wydrukowanie i wysłanie. I ciul, że wpadło do spamu, a ja opierdoliłam ją za to, bo mam już dość niekompetencji.
Wydrukowała mi moja przyjaciółka, bo ja stałam w pociągu, czekając na wolny tor. Złota kobieta.
Wysłane. Teraz będę pilnować każdego dnia.
Wyściskałam syna, koty mnie olały, spotkałam się z wychowawczynią i koleżanką ze studiów i pojechałam. A dzisiaj już przyleciałam do domu.
Niestety, ciągle sama.
Natt tam i z powrotem.
Zaliczyłam wszystko co chciałam, prawie. Załatwiłam urząd, szkołę, dwa miasta, remonty na torach i korki. Spotkałam się tak szybko, że aż nie wiem, czy naprawdę.
W urzędzie dostałam zaświadczenie, które załatwiłam...online. Czaicie? ON-kurna-LINE.
Z poprawkami w międzyczasie. Byłam w szoku, ale Pani Urzędniczka to kolejna dobra dusza na mojej drodze. Załatwiłam z nią mniej więcej tak:
- bo ja ląduję we wtorek o 16.50, macie do 18 to może zdążę.
- to ja wyślę pani wniosek, pani mi prześle skan, a ja zrobię zaświadczenie, a pani mi oryginał przywiezie.
-wysłałam
-ale wie pani, ta data, to ją przesuńmy o miesiąc, bo będzie dla pani korzystniej.
- to ja poprawię wniosek i wyślę jeszcze raz.
I wszystko układało się najlepiej pod słońcem, chociaż padało.
Samolot przyleciał PÓŁ GODZINY WCZEŚNIEJ.
Pan taksówkarz z lotniska zawiózł mnie w 10 minut do urzędu, a jechał takimi uliczkami, że martwiłam się o rachunek, a tu...20 zł.
Pani do mnie wyszła, więc nie czekałam w kolejce.
Wyszłam szczęśliwa i...
I się popsuło.
Wymyśliłam, mając przed sobą puste ulice, że zdążę w godzinę na dworzec i pojadę dzień wcześniej do dziecka. Ale zapomniałam, że to miasto jest rozkopane do poziomu minus trzy. I tak zakwitłam w korku, zmokłam, zmarzłam i w końcu nie pojechałam.
Ale pojechałam do mojej przyjaciółki, na noc, odebrałam paczkę z portkami z paczkomatu, a w domu czekał na mnie ON:
Ukoiło to ciut moje nerwy i smutek, naładowałam to cudo i zaczęliśmy się przyzwyczajać do siebie.
Na drugi dzień o świcie zrywka i gnanie na pociąg i zaczęły się schody. Bo opóźnienia pociągów, bo jeden tor, bo czekają, a ja z przesiadkami. Ale dałam radę.
W międzyczasie załatwiłam kolejną gównianą sprawę. Bo moja Adwokacina wkurzyła mnie na maksa. Zagotowałam się tydzień temu. Zadzwoniłam sobie do sądu, bo od niej zero informacji. W sądzie mi powiedziano, że mają pół roku na wyznaczenie terminu, ale mam pisać prośbę o przyspieszenie. I tu się zagotowałam po raz pierwszy, bo o takie pismo już prosiłam tę dzidę w lipcu.
Napisałam do niej, bo już nie odbiera ode mnie, że ma to pismo wysłać.
I tu stan wrzenia taki, że ciśnienie mi skoczyło. Potrzebne jest moje pełnomocnictwo!!!
Mimo, że jedno było na prowadzenie sprawy.
Więc poprosiłam w piątek o pismo na maila, bo muszę wydrukować, podpisać i wysłać. I piszę kiedy będę i że potrzebuję. Od piątku do środy prosiłam się o to pismo. W środę napisałam, że to jest niepoważne, bo od trzech miesięcy pytam ciągle o apelację i ani słowa o pełnomocnictwie, a tu nagle strzał, że potrzebne. I że ma mi wysłać. Bo mam godzinę na wydrukowanie i wysłanie. I ciul, że wpadło do spamu, a ja opierdoliłam ją za to, bo mam już dość niekompetencji.
Wydrukowała mi moja przyjaciółka, bo ja stałam w pociągu, czekając na wolny tor. Złota kobieta.
Wysłane. Teraz będę pilnować każdego dnia.
Wyściskałam syna, koty mnie olały, spotkałam się z wychowawczynią i koleżanką ze studiów i pojechałam. A dzisiaj już przyleciałam do domu.
Niestety, ciągle sama.
środa, 2 października 2019
[418]. Niechwała
Co sprawia, że tak strasznie przeklinamy będąc tutaj?
Bo muszę się przyznać do czegoś.
Na początku irytowało mnie, że od razu słyszę gdzie są rodacy. I na przykład takie ewenementy: przyszedł, mówi po angielskiemu co się stało, ale co trzecie słowo kurwa. Na początku myślałam, że się przesłyszałam. Irytowało mnie strasznie, kiedy słyszałam wózkowców, drących się na pół hali, w soczystych słowach.
Aż nastał ten dzień.
Kiedy trafiłam na zmianę, której nie lubię. Ludzi znaczy niektórych nie lubię. Tak się składa, że Pakistańczyków, ale nie przykładam jakby nielubienia do narodowości.
Ludzie ci są leniwi (mowa o trzech jeźdźcach apokalipsy, trzech muszkieterach, albo trzech trąbach jerychońskich, jak to wczoraj wymyśliłyśmy z koleżanką), niesympatyczni, wredni i nie lubię ich za to bardzo. Wcześniej pracowałam na drugiej zmianie i w wolnych chwilach szykowało się rzeczy, które będą potrzebne kolejnej zmianie. Zwyczajnie - masz chwilę - robisz. Kiedy przeszłam na tę, na której jestem, okazało się, że oni nie robią dla drugiej zmiany, bo nie. I faktycznie, kiedy przychodziliśmy, wszystko było puste, nieprzygotowane.
Ale to nie wszystko. Nie masz ani grama pomocy od tych trzech, kiedy robisz w ciągu i nie masz czasu zwyczajnie przygotować czegoś. Moja Sue, albo Linda z daleka śledziły co masz, czego nie i dokładały, przynosiły, pomagały. Oni nie. Ani razu.
I tak zaczęłam przeklinać.
Oni rozumieją podstawowe przekleństwa, więc stosuję bardziej wyrafinowane wiązanki językowe. Oraz miny mówiące nie zbliżaj się, jeśli chcesz pożyć do końca zmiany.
Czemu jeźdźcy apokalipsy i muszkieterowie? Małe kurduple. Niskie dziady, o szczurowatym wyglądzie, mendowate spojrzenia i wredne osoby. Rzadko kogoś oceniam, ale pluję jadem na samą myśl, a już na widok to mam skręt organów wewnętrznych.
I co robię ja? Na złość tym pomiotom przygotowuję w przestojach wszystko, co się przyda drugiej zmianie. Bo liczę na to, że tam wrócę. Bo lubię tamtych ludzi. Bo są sympatyczni, rozmawiają ze mną, przytulają się jak się widzimy i są pomocni. Marzę więc o dniu, kiedy będę z nimi pracować znów.
A z innych wieści to zapisałam się do biblioteki, zapisałam się (prawie) do przychodni - jutro dokończę, bo muszę nasikać i zanieść, ale papiery już wypełniłam.
Oraz kupiłam czytnik, czekam na dostawę, a na razie maltretuję książki na telefonie i jestem zakochana. Dojrzałam do czytnika, w końcu. Dojrzewałam długo, bo lubię papierowe książki. Ale kiedy moja koleżanka, zagorzała książkoholiczka i polonistka, oraz mój kolega, maniakalny mol książkowy pochwalili się czytnikami, stwierdziłam, że to czas. Te pozycje, które uznam za ważne i wartościowe kupię w wersji klasycznej. A tak mogę odsiać to co warte przeczytania tylko raz.
No i za nieograniczony dostęp do książek bez limitu płacę tyle co za 1,5 książki papierowej. I nie muszę czekać, aż mi ją przyślą!
Ha!
Rozpoczęłam też sezon grzewczy, bo okazało się, że kilka razy niepotrzebnie zmarzłam, bo wystarczyło odkręcić jeden zawór w moim centrum składowania, a ciepło popłynie po domu.
No to zostawiam Was tu samych, ja idę poczytać, a potem do pracy.
Bo muszę się przyznać do czegoś.
Na początku irytowało mnie, że od razu słyszę gdzie są rodacy. I na przykład takie ewenementy: przyszedł, mówi po angielskiemu co się stało, ale co trzecie słowo kurwa. Na początku myślałam, że się przesłyszałam. Irytowało mnie strasznie, kiedy słyszałam wózkowców, drących się na pół hali, w soczystych słowach.
Aż nastał ten dzień.
Kiedy trafiłam na zmianę, której nie lubię. Ludzi znaczy niektórych nie lubię. Tak się składa, że Pakistańczyków, ale nie przykładam jakby nielubienia do narodowości.
Ludzie ci są leniwi (mowa o trzech jeźdźcach apokalipsy, trzech muszkieterach, albo trzech trąbach jerychońskich, jak to wczoraj wymyśliłyśmy z koleżanką), niesympatyczni, wredni i nie lubię ich za to bardzo. Wcześniej pracowałam na drugiej zmianie i w wolnych chwilach szykowało się rzeczy, które będą potrzebne kolejnej zmianie. Zwyczajnie - masz chwilę - robisz. Kiedy przeszłam na tę, na której jestem, okazało się, że oni nie robią dla drugiej zmiany, bo nie. I faktycznie, kiedy przychodziliśmy, wszystko było puste, nieprzygotowane.
Ale to nie wszystko. Nie masz ani grama pomocy od tych trzech, kiedy robisz w ciągu i nie masz czasu zwyczajnie przygotować czegoś. Moja Sue, albo Linda z daleka śledziły co masz, czego nie i dokładały, przynosiły, pomagały. Oni nie. Ani razu.
I tak zaczęłam przeklinać.
Oni rozumieją podstawowe przekleństwa, więc stosuję bardziej wyrafinowane wiązanki językowe. Oraz miny mówiące nie zbliżaj się, jeśli chcesz pożyć do końca zmiany.
Czemu jeźdźcy apokalipsy i muszkieterowie? Małe kurduple. Niskie dziady, o szczurowatym wyglądzie, mendowate spojrzenia i wredne osoby. Rzadko kogoś oceniam, ale pluję jadem na samą myśl, a już na widok to mam skręt organów wewnętrznych.
I co robię ja? Na złość tym pomiotom przygotowuję w przestojach wszystko, co się przyda drugiej zmianie. Bo liczę na to, że tam wrócę. Bo lubię tamtych ludzi. Bo są sympatyczni, rozmawiają ze mną, przytulają się jak się widzimy i są pomocni. Marzę więc o dniu, kiedy będę z nimi pracować znów.
A z innych wieści to zapisałam się do biblioteki, zapisałam się (prawie) do przychodni - jutro dokończę, bo muszę nasikać i zanieść, ale papiery już wypełniłam.
Oraz kupiłam czytnik, czekam na dostawę, a na razie maltretuję książki na telefonie i jestem zakochana. Dojrzałam do czytnika, w końcu. Dojrzewałam długo, bo lubię papierowe książki. Ale kiedy moja koleżanka, zagorzała książkoholiczka i polonistka, oraz mój kolega, maniakalny mol książkowy pochwalili się czytnikami, stwierdziłam, że to czas. Te pozycje, które uznam za ważne i wartościowe kupię w wersji klasycznej. A tak mogę odsiać to co warte przeczytania tylko raz.
No i za nieograniczony dostęp do książek bez limitu płacę tyle co za 1,5 książki papierowej. I nie muszę czekać, aż mi ją przyślą!
Ha!
Rozpoczęłam też sezon grzewczy, bo okazało się, że kilka razy niepotrzebnie zmarzłam, bo wystarczyło odkręcić jeden zawór w moim centrum składowania, a ciepło popłynie po domu.
No to zostawiam Was tu samych, ja idę poczytać, a potem do pracy.
piątek, 20 września 2019
[417]. Koordynaty
Wracając dzisiaj z pracy zobaczyłam, gdzie jest mój syn. Pod Wielkim Wozem jest. Wspaniałe uczucie wiedzieć gdzie patrzeć. Żeby nie było, Kudłata jest na lewo lewo od Wielkiego, więc mam jakby co punkty orientacyjne. Wielki Wóz wisi nad moim domem rodzinnym.
A ja nie mogę się doczekać.
Nadałam dzisiaj imię bojownikowi. Trup. Tak się od dzisiaj nazywa. Bo wracając wczoraj z pracy myślałam, że zdechł. A on spał. Obudziłam gada, ale co przeżyłam to moje.
No i tęsknię za kotami.
Tak patrząc na to miasto to mam wrażenie, że tu są tylko ulice i drzewa i krzaki.
Taki urok, że domy są oddzielone od dróg gęstwinami. Za to jak się przez te gęstwiny przejdzie to są domy, mnóstwo domów. I mnóstwo zieleni.
I tak chodząc do pracy przez te zielone korytarze doszłam do wniosku, że ludzie to wyłażą z krzaków idąc do pracy i włażą, a czasem wjeżdżają rowerami w krzaki wracając z pracy. Tak to wygląda codziennie.
Ogólnie nuda, praca, praca, praca, dom, dom, dom. Nic się nie dzieje. Ale to w sumie też dobrze.
To ja idę spać.
A ja nie mogę się doczekać.
Nadałam dzisiaj imię bojownikowi. Trup. Tak się od dzisiaj nazywa. Bo wracając wczoraj z pracy myślałam, że zdechł. A on spał. Obudziłam gada, ale co przeżyłam to moje.
No i tęsknię za kotami.
Tak patrząc na to miasto to mam wrażenie, że tu są tylko ulice i drzewa i krzaki.
Taki urok, że domy są oddzielone od dróg gęstwinami. Za to jak się przez te gęstwiny przejdzie to są domy, mnóstwo domów. I mnóstwo zieleni.
I tak chodząc do pracy przez te zielone korytarze doszłam do wniosku, że ludzie to wyłażą z krzaków idąc do pracy i włażą, a czasem wjeżdżają rowerami w krzaki wracając z pracy. Tak to wygląda codziennie.
Ogólnie nuda, praca, praca, praca, dom, dom, dom. Nic się nie dzieje. Ale to w sumie też dobrze.
To ja idę spać.
Subskrybuj:
Posty (Atom)







