Jako widnieje na pasku po prawej, tako mnie ogarnęło. Już mówię jak to było.
Jestem chomikiem. Albo nie. Jestem oszczędna i przewidująca. Albo nie. Jestem gromadzącą graty, bo się przyda się.
Mam tego .. dużo. Teraz stanowczo mniej, niż nie tak dawno, ale jeszcze sporo.
Kiedyś w ferworze zmian, chęci ogarnięcia chaosu oraz odstresowania po pracy, zakupiłam zestaw dwóch książek. Jedna to Magia sprzątania, a druga Tokimeki. Zapewne ta druga jest o układaniu, ale jeszcze nie wiem, bo nie dotarłam jeszcze do końca tej pierwszej.
Zabrałam się za lekturę ochoczo, oczekując niejako, że z kart książki wyjdzie sama autorka i mi zrobi porządek. No może nie do końca tak było, ale spodziewałam się piorunującego efektu, blasku zwycięstwa i wieńca laurowego.
Nic z tych rzeczy.
Po pierwsze, najpierw książka mnie znużyła.
Po drugie przestałam się z nią zgadzać natychmiast.
Po trzecie obraziłam się za brak efektów.
Odkładałam i wracałam. Czytałam po kilka stron i znów rzucałam w kąt.
Zrobiłam porządek w ciuchach. Fakt. I w schowku, w którym czort by nogi połamał, bo nie dość, że tam są schody (nie tak monumentalne jak splagiatowany pomnik, ale zawsze), to jeszcze sufit jest prawie na wysokości kolan. Schowek służył do tego, żeby chować tam wszystko, co akurat zalega, niepotrzebne i nie ma na to miejsca w domu. Jest tam też okropny, toporny regał na przetwory, i z niego jestem zadowolona. Schowek ma też tę zaletę, że zimą tam zimno, i wadę, że w lato tam gorąco. Bo jest tuż pod dachem. Zupełnie jak pokój Kopciuszka.
Ostatnio jednak dojrzałam ciut. Przeczytałam książkę prawie do końca. I zaczęłam sukcesywne żegnanie się z przyda-się-kiedyś. Jest to proces długotrwały i bolesny. Bo ja się boję, że będzie jak zwykle: wyrzucę, a potem się okaże, że potrzebuję.
W każdym razie walka z materią idzie mi nieźle. Ze schowka wytrzaskałam dwa wory słoików.
Z moich skarbów kilka worów różności.
I postanowiłam, że pozbędę się wszystkich popierdółek, które mi zalegają, a ja nawet nie wiem gdzie. Ba! ja nawet czasem nie wiem, że je mam!
I żadna czekolada więcej mi się nie przeterminuje na półce!
środa, 11 kwietnia 2018
czwartek, 5 kwietnia 2018
[363]. Walczę
Nie nie, zbroja wisi na kołku, miecz leży w schowku i rdzewieje.
Wróciła ta zaraza, która już sobie poszła i dała mi spokój. Nie wiem kto mi tak źle życzył, ale po tygodniu swobodnego oddychania, spania i życia musiałam odwiedzić mojego ulubionego lekarza w celu uzyskania recepty, osłuchania i określenia co to za menda nie daje mi spokoju.
Więc. Jak leżę na lewym (!) boku, to mi bulgocze. W oskrzelach. Myślałam, że to dziura po sercu, bo przecież nie mam serca, albo może dziura w płucach, ale nie. Kaszel od poniedziałku jest taki, że umarlaka by obudził, dlatego nie udzielam się na cmentarzach, bo byłby Świt Zombie. Jak nic.
Umarlaka, jak umarlaka. Ja zasnąć nie mogłam! Dopiero wczoraj, jak wytargałam wszystkie poduszki wolnego stanu i ułożyłam w stos, wypróbowałam różne pozycje. Z poduszkami łatwiej, tu podłożysz, tam niżej. No i wyszło: jedynie na wznak. Na boku lewym bulgocze i nie można złapać tchu, na prawym lepiej, ale po minucie jest już tyle do odkaszlnięcia, że najpierw lecą ...rwy, a potem kaszlę. I tak przespałam prawie całą noc. Ja myslę sobie, że poduszki to jedno, ale mleko z czosnkiem i miodem to drugie. A trzecie to sinupret, o którym za chwilę.
Poszłam się poskarżyć panu doktorowi. Bo tak naprawdę to tym razem to co innego. Leciało mi z zatok takie żrące coś. Podrażniało gardło. I kaszel. No i tak się baktery zagnieździły w oskrzelach, gdzie słychać coś na wydechu. nie wiem jak on to słyszał, ten mój doktor, bo wdech - kaszel, wydech - kaszel. Żeby nie było: głowa nie boała mnie nawet przez chwilę, nie wspominając o uciskach, zatkanym nosie i innych objawach. Jak wyczułam to lecące wczoraj, to wygrzebałam z czeluści reklamówki przeznaczonej do zwrotu w aptece ten sinupret. Sprawdziłam datę i powiem szczerze, że albo jeszcze rok jest ważny, albo od 3 miesięcy już nie. Pomógł, bo mi się nic nie klei do gardła, a zażyłam na własną odpowiedzialność. Nie krzyczeć.
Diagnoza: atypowe zapalenie oskrzeli.
Antybiotyk.
No to dogorywam w domu, ale już mnie nosić zaczyna.
Na to wszystko Kudłata:
- Ty nie możesz normalnie jak każdy?? Nawet zapalenie oskrzeli musisz mieć nienormalne??
Także ten.
A wędlinka wyszła taka pyszna, że mamy dzisiaj czwartek, w poniedziałek zdjęłam ją z haka i...jest mały ogarek. Zeżarli. A miałam taką nadzieję, że nie lubią.
Poprawka: nie ma. To własnie prawie wydarłam dziecku z gardła, żeby strzelić fotkę..
Wróciła ta zaraza, która już sobie poszła i dała mi spokój. Nie wiem kto mi tak źle życzył, ale po tygodniu swobodnego oddychania, spania i życia musiałam odwiedzić mojego ulubionego lekarza w celu uzyskania recepty, osłuchania i określenia co to za menda nie daje mi spokoju.
Więc. Jak leżę na lewym (!) boku, to mi bulgocze. W oskrzelach. Myślałam, że to dziura po sercu, bo przecież nie mam serca, albo może dziura w płucach, ale nie. Kaszel od poniedziałku jest taki, że umarlaka by obudził, dlatego nie udzielam się na cmentarzach, bo byłby Świt Zombie. Jak nic.
Umarlaka, jak umarlaka. Ja zasnąć nie mogłam! Dopiero wczoraj, jak wytargałam wszystkie poduszki wolnego stanu i ułożyłam w stos, wypróbowałam różne pozycje. Z poduszkami łatwiej, tu podłożysz, tam niżej. No i wyszło: jedynie na wznak. Na boku lewym bulgocze i nie można złapać tchu, na prawym lepiej, ale po minucie jest już tyle do odkaszlnięcia, że najpierw lecą ...rwy, a potem kaszlę. I tak przespałam prawie całą noc. Ja myslę sobie, że poduszki to jedno, ale mleko z czosnkiem i miodem to drugie. A trzecie to sinupret, o którym za chwilę.
Poszłam się poskarżyć panu doktorowi. Bo tak naprawdę to tym razem to co innego. Leciało mi z zatok takie żrące coś. Podrażniało gardło. I kaszel. No i tak się baktery zagnieździły w oskrzelach, gdzie słychać coś na wydechu. nie wiem jak on to słyszał, ten mój doktor, bo wdech - kaszel, wydech - kaszel. Żeby nie było: głowa nie boała mnie nawet przez chwilę, nie wspominając o uciskach, zatkanym nosie i innych objawach. Jak wyczułam to lecące wczoraj, to wygrzebałam z czeluści reklamówki przeznaczonej do zwrotu w aptece ten sinupret. Sprawdziłam datę i powiem szczerze, że albo jeszcze rok jest ważny, albo od 3 miesięcy już nie. Pomógł, bo mi się nic nie klei do gardła, a zażyłam na własną odpowiedzialność. Nie krzyczeć.
Diagnoza: atypowe zapalenie oskrzeli.
Antybiotyk.
No to dogorywam w domu, ale już mnie nosić zaczyna.
Na to wszystko Kudłata:
- Ty nie możesz normalnie jak każdy?? Nawet zapalenie oskrzeli musisz mieć nienormalne??
Także ten.
A wędlinka wyszła taka pyszna, że mamy dzisiaj czwartek, w poniedziałek zdjęłam ją z haka i...jest mały ogarek. Zeżarli. A miałam taką nadzieję, że nie lubią.
Poprawka: nie ma. To własnie prawie wydarłam dziecku z gardła, żeby strzelić fotkę..
niedziela, 25 marca 2018
[362]. Telefon
Nawet nie wiecie jak bardzo ucieszył mnie jeden telefon w piątkowe przedpołudnie. Zadzwonił pan komornik z informacją, że już poszedł przelew.
Także wracamy do gry, przestajemy trząść portkami, spłacamy zaległości i...ostrożnie idziemy do przodu.
Na razie ustalenia są takie, że jadę do Sis w czwartek, wracam w poniedziałek, układam sobie życie na nowo i staję się niezależna. Tak postanowiłam. Co prawda jak ostatnio stałam się niezależna (po podwyżce), to szybko los sprowadził mnie do parteru. Teraz się nie dam i już.
Z innych dziedzin to własnie jestem w trakcie produkcji własnej wędliny, znaczy schabu dojrzewającego, lub suszonego, nie mogę się zdecydować. Przejście do drugiego z czterech etapów produkcji zaskoczyło mnie pozytywnie, jestem zachwycona, zobaczymy jak będzie we wtorek, kiedy to osiągniemy etap trzeci.
Jeśli nic się nie zaśmiardnie, nie zzielenieje to od teraz będę sama robić takie cuda. Poinformuję słownie i obrazowo jak wyszło.
Na tematy polityczne i okołopolityczne nie będę się wypowiadać, bo wystarczy mi, że krew mi się gotuje, a adrenalina wycieka uszami.
Na dziś:
Jonathan Davis - What it is
Także wracamy do gry, przestajemy trząść portkami, spłacamy zaległości i...ostrożnie idziemy do przodu.
Na razie ustalenia są takie, że jadę do Sis w czwartek, wracam w poniedziałek, układam sobie życie na nowo i staję się niezależna. Tak postanowiłam. Co prawda jak ostatnio stałam się niezależna (po podwyżce), to szybko los sprowadził mnie do parteru. Teraz się nie dam i już.
Z innych dziedzin to własnie jestem w trakcie produkcji własnej wędliny, znaczy schabu dojrzewającego, lub suszonego, nie mogę się zdecydować. Przejście do drugiego z czterech etapów produkcji zaskoczyło mnie pozytywnie, jestem zachwycona, zobaczymy jak będzie we wtorek, kiedy to osiągniemy etap trzeci.
Jeśli nic się nie zaśmiardnie, nie zzielenieje to od teraz będę sama robić takie cuda. Poinformuję słownie i obrazowo jak wyszło.
Na tematy polityczne i okołopolityczne nie będę się wypowiadać, bo wystarczy mi, że krew mi się gotuje, a adrenalina wycieka uszami.
Na dziś:
Jonathan Davis - What it is
niedziela, 18 marca 2018
[361]. Zabobony
Choróbsko już prawie prawie przepędzone. Jeszcze trochę kaszlu, ale niegroźne, mam nadzieję, resztki.
Po kilku dniach nieprzytomności i spania w dzień, wyleżany i wygrzany wirus odpuścił.
Oby skutecznie.
I tu muszę ukłon w stronę moich sierściuchów, które nie dość, że dzielnie mnie wspierały, to jeszcze oszczędzały gonitw i dopominania się o żarcie w okolicach 3.30. Robiły to szeptem. Serio serio.
Muszę zatem przedstawić dzielną trójcę.
Tak sobie sypiają, tuż przy mojej głowie. Zwykle rozciągnięte są wzdłuż mnie, ale tu zjednoczyły siły w mruczeniu.
Najczęściej jeden, a czasem dwa, o ile się dogadają w kwestii miejsca, śpią na szafie.
Przedstawiam największego łobuza i herszta bandy, jednocześnie najmniejszego, a raczej najmniejszą. Bo to kotka. Gryzie, drapie i jest mega indywidualistką. Tylko ja mogę prawie wszystko. To od niej wszystko się zaczęło.
Jeszcze niedawno nie rozróżniałam czarnych. Od niedawna wiem już który to który. Ale to nie ma za dużego znaczenia jak się przychodzą przytulać i grzać kolana.
A w kwestii zabobonów.
Moja opinia odnośnie wielu aspektów życia.
poniedziałek, 12 marca 2018
[360]. Sprostowanie
Jedynym moim grzechem było zdjęcie jednego polaru spod kurtki. Ja się nie rozbieram na widok słoneczka, zaraz po mrozach. Nie zrozumieliśmy się.
I to jest najbardziej wkurzające, że nie, nie wyletniłam się, nie przegrzałam (zdjęty polarek), dupa ubrana.
Ot co.
A temperatura mi skoczyła do nieprzytomności. 36,4 i przespałam cały dzień.
Aczkolwiek już jest jakby ciut lepiej. tak mini mini.
Nie dajcie się!
I to jest najbardziej wkurzające, że nie, nie wyletniłam się, nie przegrzałam (zdjęty polarek), dupa ubrana.
Ot co.
A temperatura mi skoczyła do nieprzytomności. 36,4 i przespałam cały dzień.
Aczkolwiek już jest jakby ciut lepiej. tak mini mini.
Nie dajcie się!
niedziela, 11 marca 2018
[359]. Ciepło-zimno
To jest ten czas, którego nienawidzę.
Już nie zimno, ale jeszcze nie tak ciepło.
Słońce napieprza od kilku dni. Ale wiało. Ale było chłodno. Ale było gorąco.
No i kurna mam.
Nagle, bez ostrzeżenia, bolą oskrzela, kaszlę jakimś glutem ch.j wie skąd, duszę się się średnio z 3 razy na dobę. Leże pod kocem - chwilkę jest ok. Zaraz robi się mega gorąco i mam dreszcze (!). Odkryję się, dreszcze. I zimno.
Siedzę w koszuli - gorąco. Zdejmę koszulę - zimno.
Do tego łeb nawala, gorąco mi od szyi w górę, ale gorączka? Zapomnijcie: 35,7.
Oszaleję do tego wszystkiego.
Mam dość.
Już nie zimno, ale jeszcze nie tak ciepło.
Słońce napieprza od kilku dni. Ale wiało. Ale było chłodno. Ale było gorąco.
No i kurna mam.
Nagle, bez ostrzeżenia, bolą oskrzela, kaszlę jakimś glutem ch.j wie skąd, duszę się się średnio z 3 razy na dobę. Leże pod kocem - chwilkę jest ok. Zaraz robi się mega gorąco i mam dreszcze (!). Odkryję się, dreszcze. I zimno.
Siedzę w koszuli - gorąco. Zdejmę koszulę - zimno.
Do tego łeb nawala, gorąco mi od szyi w górę, ale gorączka? Zapomnijcie: 35,7.
Oszaleję do tego wszystkiego.
Mam dość.
środa, 7 marca 2018
[358]. Rocznica.
Nie obchodzę, ale niech będzie. Mimo wszystko. 20 lat temu wyszłam za mąż. Nie wróciłam zaraz, ale wróciłam. I to była bardzo dobra decyzja.
Bardziej zajmują mnie sprawy codzienne. Na przykład gimnastyka finansowa - jestem bardzo fit w tej dyscyplinie. Coś z niczego i inne sztuki survivalowe. Moja specjalność.
Albo powodzie. Dzisiaj nawiedziła mnie taka. Nie ona pierwsza, ale mam nadzieję, że ostatnia. A przynajmniej jestem zaopatrzona w oręż, czyli komplet uszczelek. Bo poprzednia miała alergię na środki przeczyszczające i puściła.
Ale jak!
Spektakularnie!
Powodzie kuchenne mają to do siebie, że najpierw wyczuwam je stopami. Nic nie słychać, nie spodziewasz się nawet. Bo kosz na śmieci w miejscu, w którym trzymają go miliony rodaków brał do siebie całą treść.
Powodzie kuchenne spowodowały, że polubiłam nierówne podłogi. Bo całość zlewa mi się na środku kuchni i mam nadzieję, że ta przypadłość powierzchni, która powinna być płaska, spowoduje, że pod szafkami nie zatrzymuje się woda.
Wściekła zbierałam szmatami co mi kran dał. Klęłam pod nosem i na głos. A potem..chciałam wypłukać ścierkę i..domyślcie się. Apiać od nowa.
Trudno. To była trzecia, więc do trzech razy sztuka. Naprawiłam, ale będę obserwować gada.
Poza tym:
- Młoda stłukła szklankę - słoik, jej ulubioną. A raczej rozpękła jej się od wrzątku.
- Pojechałam do sklepu po zakupy, z listą. Zgadnijcie, której pozycji z listy zapomniałam?
- Jutro Młody idzie do szkoły. Zgadnijcie o której dowiedział się, że ma na jutro mieć kwiatka i czekoladę? Podpowiem, po tej, od której w telewizorni lecą programy dla dorosłych.
To by było na tyle. Muszę stworzyć kwiatka..Na czekoladę nie ma co liczyć. Trudno.
Na dzisiaj:
Despacito
Moja ulubiona wersja. Ja tego gościa uwielbiam.
Bardziej zajmują mnie sprawy codzienne. Na przykład gimnastyka finansowa - jestem bardzo fit w tej dyscyplinie. Coś z niczego i inne sztuki survivalowe. Moja specjalność.
Albo powodzie. Dzisiaj nawiedziła mnie taka. Nie ona pierwsza, ale mam nadzieję, że ostatnia. A przynajmniej jestem zaopatrzona w oręż, czyli komplet uszczelek. Bo poprzednia miała alergię na środki przeczyszczające i puściła.
Ale jak!
Spektakularnie!
Powodzie kuchenne mają to do siebie, że najpierw wyczuwam je stopami. Nic nie słychać, nie spodziewasz się nawet. Bo kosz na śmieci w miejscu, w którym trzymają go miliony rodaków brał do siebie całą treść.
Powodzie kuchenne spowodowały, że polubiłam nierówne podłogi. Bo całość zlewa mi się na środku kuchni i mam nadzieję, że ta przypadłość powierzchni, która powinna być płaska, spowoduje, że pod szafkami nie zatrzymuje się woda.
Wściekła zbierałam szmatami co mi kran dał. Klęłam pod nosem i na głos. A potem..chciałam wypłukać ścierkę i..domyślcie się. Apiać od nowa.
Trudno. To była trzecia, więc do trzech razy sztuka. Naprawiłam, ale będę obserwować gada.
Poza tym:
- Młoda stłukła szklankę - słoik, jej ulubioną. A raczej rozpękła jej się od wrzątku.
- Pojechałam do sklepu po zakupy, z listą. Zgadnijcie, której pozycji z listy zapomniałam?
- Jutro Młody idzie do szkoły. Zgadnijcie o której dowiedział się, że ma na jutro mieć kwiatka i czekoladę? Podpowiem, po tej, od której w telewizorni lecą programy dla dorosłych.
To by było na tyle. Muszę stworzyć kwiatka..Na czekoladę nie ma co liczyć. Trudno.
Na dzisiaj:
Despacito
Moja ulubiona wersja. Ja tego gościa uwielbiam.
wtorek, 6 marca 2018
[357]. Do brzegu
Czuje się po części tak, jakbym wróciła na stare śmieci. albo może nie, raczej tak, jakbym wróciła z dalekiej podróży.
Odzyskuję chęci do działania. Jakaś tajemna energia mnie dopadła. Może to za sprawą rozmowy telefonicznej, którą niedawno odbyłam? Kiedyś ta osoba pokazała mi mały tunelik, w którym było światło i wiele spraw się wyprostowało. Bo jak nazwiesz, to rozumiesz. Może to to?
A gdybym tak zaczęła dzwonić? I gadać? Ciekawe czy odbierzecie :)
Ale ale.
Dzisiaj była kontrolna wizyta u chirurga. Sympatyczny człowiek, pałętał się po oddziale, jak sam stwierdził, kiedy powiedziałam, że chyba się widzieliśmy, wygonił Młodego do szkoły. A raczej przekonał matkę, że jest wszystko dobrze i że nie musi już siedzieć w chacie i udawać obłożnie chorego. No to po krótkich negocjacjach, bo musi uważać, a ja chciałam, żeby poszedł dopiero w poniedziałek, Młody wywalczył czwartek, czyli tak jak było pierwotnie. Trudno. Idź i się ucz!
Będę mogła spokojnie zająć się przeczesywaniem rynku pracy w poszukiwaniu rzeczonej.
Odmeldowuję się chwilowo, gdyż uprawiam sprzątanie i wyrzucanie, od jakiegoś czasu, i mam ku temu ciągoty niemożebne. Marzy mi się średni minimalizm, ale raczej będzie to coś pomiędzy.
Oraz idę nastawić swój pierwszy zakwas.
Na dziś:
Guns'n'Roses - Paradise City
BO TAK!
Odzyskuję chęci do działania. Jakaś tajemna energia mnie dopadła. Może to za sprawą rozmowy telefonicznej, którą niedawno odbyłam? Kiedyś ta osoba pokazała mi mały tunelik, w którym było światło i wiele spraw się wyprostowało. Bo jak nazwiesz, to rozumiesz. Może to to?
A gdybym tak zaczęła dzwonić? I gadać? Ciekawe czy odbierzecie :)
Ale ale.
Dzisiaj była kontrolna wizyta u chirurga. Sympatyczny człowiek, pałętał się po oddziale, jak sam stwierdził, kiedy powiedziałam, że chyba się widzieliśmy, wygonił Młodego do szkoły. A raczej przekonał matkę, że jest wszystko dobrze i że nie musi już siedzieć w chacie i udawać obłożnie chorego. No to po krótkich negocjacjach, bo musi uważać, a ja chciałam, żeby poszedł dopiero w poniedziałek, Młody wywalczył czwartek, czyli tak jak było pierwotnie. Trudno. Idź i się ucz!
Będę mogła spokojnie zająć się przeczesywaniem rynku pracy w poszukiwaniu rzeczonej.
Odmeldowuję się chwilowo, gdyż uprawiam sprzątanie i wyrzucanie, od jakiegoś czasu, i mam ku temu ciągoty niemożebne. Marzy mi się średni minimalizm, ale raczej będzie to coś pomiędzy.
Oraz idę nastawić swój pierwszy zakwas.
Na dziś:
Guns'n'Roses - Paradise City
BO TAK!
czwartek, 1 marca 2018
[356]. I po szpitalu.
Wypisali nas 3 godziny po zabiegu.
Obsługa lekarska i pielęgniarska 5+. Zresztą salowe, jedzeniowe i świetliczanka też. Anestezjolog to chłop do rany przyłóż. Pogadał sobie z Młodym, opowiedział o rodzajach znieczulenia i dlaczego lepiej spać. Wytłumaczył w bardzo fajny sposób. Prawie się poryczałam z wrażenia.
Młody poryczał się tuz przed głupim jasiem, a zaraz potem wystawił mi język. Oczywiście próbował kombinować, podnosić ręce, wstawać, ale nie mógł.
Wrócił po godzinie. W tym czasie układałam rozpoczęte przez chłopaków (kolegę z sali) puzzle. Niestety, nie zdążyłam do końca, bo..nas wypisali. został kawałeczek nieba.
Jesteśmy od wczoraj w domu, trochę boli, ale Młody dzielnie znosi wszystko bez wspomagania.
Za tydzień kontrola.
No i jeszcze mam się z nim zgłosić do rodzinnego, bo ma za niskie BMI. Co ja na to poradzę, że je za dwóch, a chudy jak nasza szkapa? Taki jego urok. Trudno. Będzie trzeba się wytłumaczyć.
Cieszę się, że mamy to za sobą. Teraz tydzień rekonwalescencji i zmian opatrunków.
Obsługa lekarska i pielęgniarska 5+. Zresztą salowe, jedzeniowe i świetliczanka też. Anestezjolog to chłop do rany przyłóż. Pogadał sobie z Młodym, opowiedział o rodzajach znieczulenia i dlaczego lepiej spać. Wytłumaczył w bardzo fajny sposób. Prawie się poryczałam z wrażenia.
Młody poryczał się tuz przed głupim jasiem, a zaraz potem wystawił mi język. Oczywiście próbował kombinować, podnosić ręce, wstawać, ale nie mógł.
Wrócił po godzinie. W tym czasie układałam rozpoczęte przez chłopaków (kolegę z sali) puzzle. Niestety, nie zdążyłam do końca, bo..nas wypisali. został kawałeczek nieba.
Jesteśmy od wczoraj w domu, trochę boli, ale Młody dzielnie znosi wszystko bez wspomagania.
Za tydzień kontrola.
No i jeszcze mam się z nim zgłosić do rodzinnego, bo ma za niskie BMI. Co ja na to poradzę, że je za dwóch, a chudy jak nasza szkapa? Taki jego urok. Trudno. Będzie trzeba się wytłumaczyć.
Cieszę się, że mamy to za sobą. Teraz tydzień rekonwalescencji i zmian opatrunków.
piątek, 23 lutego 2018
[355]. Szpital
No to czeka nas w przyszłym tygodniu. Młody kładzie się na dwa, trzy może dni. Taki mały problem, który mógłby być wielkim w przyszłości.
Jestem zaskoczona: konsultacja w czwartek, zapis do szpitala w czwartek, badania dzisiaj, termin - przyszły wtorek. szybciorem! Jak nie z tej planety. Inna sprawa, że nie mieli, po kolei na każdej ścieżce, zielonego pojęcia co zrobić z faktem odczulania, które niedawno rozpoczęliśmy. Sprawdziłam u naszej alergolog i wyszło, że luzik. No to luzik. Oby ten luzik miał też anestezjolog.
Ale Młody mnie zaskoczył. Na wieść o znieczuleniu ogólnym i usypianiu do zabiegu, w domu przeprowadził ze mną rozmowę z serii: a co będzie jak się nie obudzę i czy nie lepiej znieczulenie miejscowe. Wiecie jak ciężko dyskutować z dzieciakiem, który za dużo wie? No i się poryczał z emocji i nie mógł spać. Bo przeżywał, że dzisiaj musi być na czczo.
Na EKG dzisiaj leżał grzecznie, ale oczywiście wdał się w dyskusję z panią doktor.
Poza tym chyba głupi ma wielkie szczęście. Udało mi się zapłacić kolejny zaległy czynsz. Teraz będę na bieżąco i to bez alimentów. Których jeszcze nie ma.
Trzymajcie kciuki za pracę. Niech też się znajdzie odpowiednia.
Na dziś:
Coma - Spadam
Jestem zaskoczona: konsultacja w czwartek, zapis do szpitala w czwartek, badania dzisiaj, termin - przyszły wtorek. szybciorem! Jak nie z tej planety. Inna sprawa, że nie mieli, po kolei na każdej ścieżce, zielonego pojęcia co zrobić z faktem odczulania, które niedawno rozpoczęliśmy. Sprawdziłam u naszej alergolog i wyszło, że luzik. No to luzik. Oby ten luzik miał też anestezjolog.
Ale Młody mnie zaskoczył. Na wieść o znieczuleniu ogólnym i usypianiu do zabiegu, w domu przeprowadził ze mną rozmowę z serii: a co będzie jak się nie obudzę i czy nie lepiej znieczulenie miejscowe. Wiecie jak ciężko dyskutować z dzieciakiem, który za dużo wie? No i się poryczał z emocji i nie mógł spać. Bo przeżywał, że dzisiaj musi być na czczo.
Na EKG dzisiaj leżał grzecznie, ale oczywiście wdał się w dyskusję z panią doktor.
Poza tym chyba głupi ma wielkie szczęście. Udało mi się zapłacić kolejny zaległy czynsz. Teraz będę na bieżąco i to bez alimentów. Których jeszcze nie ma.
Trzymajcie kciuki za pracę. Niech też się znajdzie odpowiednia.
Na dziś:
Coma - Spadam
wtorek, 20 lutego 2018
[354]. A tak jakoś
Żeby nie było.
Nie mam depresji. Ani smutku.
Jest we mnie mega złość. I już wyjaśniam na co.
Zła jestem na płatnika. Alimenty trzeci miesiąc bujają gdzieś tam. Komornika zmusiłam do działania strasząc, że zmienię kancelarię na bardziej skuteczną. Zobaczymy czy to podziała. Ja, jak to ja, staram się nie utonąć i daję radę, bo przecież jak nie ja, to kto. Skończyłam co prawda dorywczą pracę, bo to nie na moje nerwy i siły, ale nie jest tak źle. Ogólnie mówiąc aż się dziwię, że jest jak jest, bo porównując teraz i okres przed poprzednią pracą, to przepaść jest jak rów. Może nie Mariański, ale taki, którego przeskoczyć na raz się nie da. I mam wrażenie, że pracy jest mnóstwo. Dla Ukraińców, którym można płacić mało. Dla tych z orzeczeniem, bo dostanie się dotację. A dla takich "normalsów" jak ja, z doświadczeniem, ale bez papierów - ni chu chu.
Czyli żyję.
Moja IO mnie wkurza. I hashimoto. Wkurzają mnie altmedy. I ludzie piszący w internetach bzdury. A najbardziej wkurzają mnie ci, co piszą bzdury w książkach.
Wkurza mnie brak korzystania z elementarnej wiedzy przez ludzi, zdobytej w szkole podstawowej i ogólna tendencja do czerpania wiedzy z podejrzanych źródeł.
Wkurza mnie niski poziom energii. Najśmieszniejsze jest to, że chce mi się dużo, ale jak przyjdzie co do czego.. ręce mi opadają.
No ale.
W styczniu, w swoje urodziny, obcięłam włosy. Było ich tyle, że poszły do fundacji Rak'n'roll.
Schudłam 5 kg.
Dałam się namówić na krewetki*
Wiem, że nie przepadam za sushi**
Nauczyłam kilka osób jeździć na nartach (a raczej wytłumaczyłam co i jak), czym zyskałam szerokie uśmiechy w podzięce oraz złowrogie błyskawice od instruktora na stoku. Zupełnie nie wiem dlaczego.
Naraziłam się rodzicom jednego gieroja na lodowisku. W kolejce do wejścia sprawiał wrażenie, że jest takim łyżwiarzem, że mógłby zdobyć złoto na mistrzostwach, po czym po lodzie jeździł z pingwinem. I nie to jest najgorsze. Ale jeździł w niezawiązanych łyżwach. Dzieciak lat około 10. Dojechał do nas jego tatuś i mówię mu, że on sobie zaraz nogi połamie. Na co usłyszałam, że on mu nie zawiąże, bo chłopaka bolą nogi! Masakra.
A poza tym mam plany!
I cieszę się bardzo, że tu zaglądacie. Postaram się więcej nie smęcić, bo przecież jest naprawdę fajnie.
No poza kilkoma cieniami.
* krewetki kojarzą mi się ze smrodem w sklepie rybnym w Szczecinie, do jakiego zabrała mnie ciotka i widziałam tam pierwszy raz w życiu krewetki, to było gdzieś tak w 1978 roku. I wtedy też pierwszy raz jadłam tosty z pieczarkami i serem, ale to tylko dygresja :)
** jadłam, ale wiem, że to nie moja bajka. Tak samo jak zupy azjatyckie.
Nie mam depresji. Ani smutku.
Jest we mnie mega złość. I już wyjaśniam na co.
Zła jestem na płatnika. Alimenty trzeci miesiąc bujają gdzieś tam. Komornika zmusiłam do działania strasząc, że zmienię kancelarię na bardziej skuteczną. Zobaczymy czy to podziała. Ja, jak to ja, staram się nie utonąć i daję radę, bo przecież jak nie ja, to kto. Skończyłam co prawda dorywczą pracę, bo to nie na moje nerwy i siły, ale nie jest tak źle. Ogólnie mówiąc aż się dziwię, że jest jak jest, bo porównując teraz i okres przed poprzednią pracą, to przepaść jest jak rów. Może nie Mariański, ale taki, którego przeskoczyć na raz się nie da. I mam wrażenie, że pracy jest mnóstwo. Dla Ukraińców, którym można płacić mało. Dla tych z orzeczeniem, bo dostanie się dotację. A dla takich "normalsów" jak ja, z doświadczeniem, ale bez papierów - ni chu chu.
Czyli żyję.
Moja IO mnie wkurza. I hashimoto. Wkurzają mnie altmedy. I ludzie piszący w internetach bzdury. A najbardziej wkurzają mnie ci, co piszą bzdury w książkach.
Wkurza mnie brak korzystania z elementarnej wiedzy przez ludzi, zdobytej w szkole podstawowej i ogólna tendencja do czerpania wiedzy z podejrzanych źródeł.
Wkurza mnie niski poziom energii. Najśmieszniejsze jest to, że chce mi się dużo, ale jak przyjdzie co do czego.. ręce mi opadają.
No ale.
W styczniu, w swoje urodziny, obcięłam włosy. Było ich tyle, że poszły do fundacji Rak'n'roll.
Schudłam 5 kg.
Dałam się namówić na krewetki*
Wiem, że nie przepadam za sushi**
Nauczyłam kilka osób jeździć na nartach (a raczej wytłumaczyłam co i jak), czym zyskałam szerokie uśmiechy w podzięce oraz złowrogie błyskawice od instruktora na stoku. Zupełnie nie wiem dlaczego.
Naraziłam się rodzicom jednego gieroja na lodowisku. W kolejce do wejścia sprawiał wrażenie, że jest takim łyżwiarzem, że mógłby zdobyć złoto na mistrzostwach, po czym po lodzie jeździł z pingwinem. I nie to jest najgorsze. Ale jeździł w niezawiązanych łyżwach. Dzieciak lat około 10. Dojechał do nas jego tatuś i mówię mu, że on sobie zaraz nogi połamie. Na co usłyszałam, że on mu nie zawiąże, bo chłopaka bolą nogi! Masakra.
A poza tym mam plany!
I cieszę się bardzo, że tu zaglądacie. Postaram się więcej nie smęcić, bo przecież jest naprawdę fajnie.
No poza kilkoma cieniami.
* krewetki kojarzą mi się ze smrodem w sklepie rybnym w Szczecinie, do jakiego zabrała mnie ciotka i widziałam tam pierwszy raz w życiu krewetki, to było gdzieś tak w 1978 roku. I wtedy też pierwszy raz jadłam tosty z pieczarkami i serem, ale to tylko dygresja :)
** jadłam, ale wiem, że to nie moja bajka. Tak samo jak zupy azjatyckie.
sobota, 3 lutego 2018
[353]. Jeszcze nie początek.
Zwolnienie, jak zwolnienie, skończyło się wszystko. Znaczy skończyła się praca.
Jak jest? Tak sobie. Nie jest najgorzej, ale jestem w punkcie wyjścia.
Szukam swojego miejsca, na razie dorabiając w pewnym miejscu, żeby mieć za co żyć.
Bo alimentów nie ma już dwa miesiące. Komornika opierdzieliłam z góry na dół, zresztą nie tylko jego. Rozmowa smsowa z płatnikiem alimentów, bo były maż nie przechodzi mi przez usta, przyniosła mi dodatkową wiedzę: jestem pazerna, bo chcę alimenty na dzieci. I pies ogrodnika. I jestem głupia i zawistna. Także ten. Jeśli ktoś się dziwi, że jestem sama i nie śpieszy mi się szukać faceta, to już wiadomo dlaczego.
Co jeszcze.
W grudniu byłam u endokrynologa. Nowość taka, że nie mam już tarczycy. Leczymy insulinooporność. No to z czytania o hashimoto (jedna książka tak mnie zdrzaźniła, że miałam ją ochotę wywalić) i prób ułożenia wszystkiego w głowie przeskoczyłam na IO i rozjaśniło mi się wszystko. Na urodziny od przyjaciółki dostałam książkę, która z jednej strony naprowadziła mnie na dobry tor, a z drugiej wkurzyła nieziemsko. Tak, zakipiałam. Bo gdyby ktoś mi te 8 lat temu powiedział o co chodzi i co z czym i dlaczego, dzisiaj pewnie miałabym wszystko jak należy. A tak sama, metodami prób i błędów musiałam dojść do sedna. Dzisiaj odebrałam jej uzupełnienie o dietę. Teraz przede mną zmiany przyzwyczajeń, nawyków, sposobu żywienia. Już widzę efekty po kilkunastu dniach, ale na spektakularne widoczne gołym okiem zmiany będzie trzeba poczekać. Cóż, poczekam. Straconego czasu nie nadrobię w tydzień. Ani miesiąc. Ale wszystko w swoim czasie.
Inna sprawa, że endokrynolog, który też rzucił kilka haseł, ale już wiedziałam o co chodzi, był nieziemsko przystojny. Dla takiego gościa warto się leczyć ;)
Co jeszcze?
Porządki, wszędzie porządki. W życiu, w gratach, w głowie.
Dużo muzyki. I książek.
Shinedown - How did you love
czwartek, 7 grudnia 2017
[352]. Koniec.
Należy się ciąg dalszy zmian. A raczej ich zakończenie.
Musiałam nieco przetrawić, przemyśleć, poukładać sobie.
I teraz mogę opowieść snuć dalej.
Na czym to ja skończyłam.. a! na podwyżce, którą dostałam, po długiej walce.
Podwyżkę miałam przez jeden miesiąc. Potem przyszło zwolnienie.
A teraz po kolei.
Kiedy znalazłam pracę i dostałam się na staż, też po wielu bojach, nie opuszczało mnie ani na chwilę uczucie zagrożenia. Byłam na tyle sprytna i szybko nauczyłam się kluczowych rzeczy, które ciut pomogły mi w utrzymaniu pracy. Miałam dwa znaczące zachwiania: kiedy zatrudniono żonę, a potem kuzynkę. Żona zaciążyła, więc nie zdążyła mnie wygryźć, a kuzynka okazała się, przepraszam za określenie - tępą dzidą, która nie ogarnia niczego, łącznie z obsługą przeglądarki.
Moja pozycja rosła, wiedza rosła, obowiązki rosły. Aż wszystko pękło.
Podwyżka była pretekstem do szukania nowego pracownika. No i znalazła się jakaś tam znajoma. Faktycznie ogarnięta. Fajna dziewczyna, liczyłam na wsparcie, podział obowiązków, działanie w teamie. Z pomocą góry. Tak zresztą miało być.
Niestety.
Od chwili podwyżki zaczęło się kumulowanie mojej pracy, wrzucanie mi więcej i więcej zadań, zero wsparcia, traktowanie jak powietrze. Nietrudno w takim stresie i natłoku zapomnieć o jakiejś pierdółce, o drobiazgu. Zapomniałam. Przyznaję. Nie mając wsparcia w postaci magazyniera, który gdyby był, dałby znać czego brakuje, przeoczyłam kilka drobnych rzeczy.
I przyszedł moment gdy po 2 tygodniach wróciły siły robocze. Miałam 3 dni na ogarnięcie całości, czyli czterech nadchodzących montażów, cały czas robiąc wyceny następnych projektów, robiąc zamówienia na kolejne trzy, na teraz zaraz już. Oczywiście latanie do magazynu zaowocowało przeziębieniem. Potężnym. Ale przecież trzeba ogarnąć. Dwa dni. I wiadomość najgorsza - pogrzeb. To tym bardziej musiałam przed wyjazdem ogarnąć całość. Prawie się udało.
We wtorek przed wolną środą (wyjazd na pogrzeb) było zebranie. Zabrano mi wszystkie kluczowe wyceny. Dostałam jasny przekaz, że sorki, teraz mamy kogoś, kto ogarnia i już nie jesteś potrzebna. Oczywiście miałam pomagać, uczyć, służyć wiedzą. Zaskoczyło mnie to bardzo.
Pojechałam w środę i zaczęła się masakra. Wyszły dwa drobiazgi. W czwartek nie dałam rady, ledwo zwlokłam się z łóżka do lekarza. Usłyszałam, że mam se ze sobą zrobić co tam chcę, bo w firmie problemy. Po czym zabrano wszystkie inne moje tematy.
Od tej pory jestem na wypowiedzeniu.
Odebrałam kilka zaskakujących telefonów od handlowców, których obsługiwałam.
I myślę, że nie ma tego złego..
A co teraz? A próbuję przeżyć.
Musiałam nieco przetrawić, przemyśleć, poukładać sobie.
I teraz mogę opowieść snuć dalej.
Na czym to ja skończyłam.. a! na podwyżce, którą dostałam, po długiej walce.
Podwyżkę miałam przez jeden miesiąc. Potem przyszło zwolnienie.
A teraz po kolei.
Kiedy znalazłam pracę i dostałam się na staż, też po wielu bojach, nie opuszczało mnie ani na chwilę uczucie zagrożenia. Byłam na tyle sprytna i szybko nauczyłam się kluczowych rzeczy, które ciut pomogły mi w utrzymaniu pracy. Miałam dwa znaczące zachwiania: kiedy zatrudniono żonę, a potem kuzynkę. Żona zaciążyła, więc nie zdążyła mnie wygryźć, a kuzynka okazała się, przepraszam za określenie - tępą dzidą, która nie ogarnia niczego, łącznie z obsługą przeglądarki.
Moja pozycja rosła, wiedza rosła, obowiązki rosły. Aż wszystko pękło.
Podwyżka była pretekstem do szukania nowego pracownika. No i znalazła się jakaś tam znajoma. Faktycznie ogarnięta. Fajna dziewczyna, liczyłam na wsparcie, podział obowiązków, działanie w teamie. Z pomocą góry. Tak zresztą miało być.
Niestety.
Od chwili podwyżki zaczęło się kumulowanie mojej pracy, wrzucanie mi więcej i więcej zadań, zero wsparcia, traktowanie jak powietrze. Nietrudno w takim stresie i natłoku zapomnieć o jakiejś pierdółce, o drobiazgu. Zapomniałam. Przyznaję. Nie mając wsparcia w postaci magazyniera, który gdyby był, dałby znać czego brakuje, przeoczyłam kilka drobnych rzeczy.
I przyszedł moment gdy po 2 tygodniach wróciły siły robocze. Miałam 3 dni na ogarnięcie całości, czyli czterech nadchodzących montażów, cały czas robiąc wyceny następnych projektów, robiąc zamówienia na kolejne trzy, na teraz zaraz już. Oczywiście latanie do magazynu zaowocowało przeziębieniem. Potężnym. Ale przecież trzeba ogarnąć. Dwa dni. I wiadomość najgorsza - pogrzeb. To tym bardziej musiałam przed wyjazdem ogarnąć całość. Prawie się udało.
We wtorek przed wolną środą (wyjazd na pogrzeb) było zebranie. Zabrano mi wszystkie kluczowe wyceny. Dostałam jasny przekaz, że sorki, teraz mamy kogoś, kto ogarnia i już nie jesteś potrzebna. Oczywiście miałam pomagać, uczyć, służyć wiedzą. Zaskoczyło mnie to bardzo.
Pojechałam w środę i zaczęła się masakra. Wyszły dwa drobiazgi. W czwartek nie dałam rady, ledwo zwlokłam się z łóżka do lekarza. Usłyszałam, że mam se ze sobą zrobić co tam chcę, bo w firmie problemy. Po czym zabrano wszystkie inne moje tematy.
Od tej pory jestem na wypowiedzeniu.
Odebrałam kilka zaskakujących telefonów od handlowców, których obsługiwałam.
I myślę, że nie ma tego złego..
A co teraz? A próbuję przeżyć.
czwartek, 19 października 2017
[351]. De łol
Tak przewrotnie nazwałam wieści z frontu.
Otóż.
Zostałam kierownikiem działu handlowego. Ale po kolei.
Walczyłam o podwyżkę. Tak od kwietnia. Uczyłam się w tym czasie asertywności, narastał we mnie wqrw i bunt, oraz przekonanie, że beze mnie ten burdel nie pojedzie dalej. Pewnie by pojechał, bo co tam ja. Ale na jedynce, a nawet na wstecznym przez długi czas.
I tak sobie artykułowałam swoje marzenia co do wysokości pensji, i tak zaniżone według ludzi z branży, ale coś tam działo się w mojej głowie.
Przy okazji odpowiedzialność rosła, obowiązki kumulowały się w zawrotnym tempie i tak naprawdę kierownikiem to ja jestem od stycznia. Tylko teraz oficjalnie mogę komuś wydać polecenie służbowe. Oraz tupnąć nogą.
No i nastały dni (!), kiedy to rozmowy nasiliły się, a ja uskuteczniłam ofensywę. Ja przeciwko trzem osobom. Szefom znaczy.
No i wyglądało to tak, mniej więcej, żeby nie nudzić:
- dowiedziałam się, że co z tego, że mam 5 razy więcej obowiązków, skoro dalej pracuję 8 godzin,
- popełniam błędy, ale jesteśmy ludźmi. chciałam się już poprzepychać na to kto, ile i jak kosztownych popełnił, ale odpuściłam, po rejteradzie jednego z szefów z pola dyskusji,
- a poza tym o co mi chodzi, bo przecież oni starają się, żeby była dobra atmosfera w pracy.
To była jedna rozmowa. Bo w końcu udało mi się dorwać całą trójcę razem i posadzić w konferencyjnej.
Kolejne dwie to było: myśleliśmy, że się ucieszysz z propozycji (byłoby na waciki, ale jestem niewdzięczna i wybredna), oraz: nie, nasza propozycja jest ostateczna.
Na to dictum powiedziałam, że moja także, więc przyniosę jutro wypowiedzenie.
I przyniosłam.
Dodam tylko, że to wszystko działo się w normalnym zwyczajnym trybie mojej pracy. Wszystko toczyło się jak gdyby nigdy nic.
Po złożeniu wypowiedzenia wróciłam do pracy, ale nastąpiła rozmowa. Pierwszy raz tupnęła nogą jedna z trójcy, której klonem zawodowym jestem, że się tak wyrażę. chyba zadziałała wyobraźnia i dotarło, że to co ja robię, jedynie ona będzie w stanie ogarnąć. Ale doba musiałaby mieć jakieś 72 godziny. Powiedziała jednak swoje i usłyszałam, że nikt nie lubi być stawiany pod ścianą. Przyznałam jej rację mówiąc, że owszem, byś olewanym i niedocenianym też nie.
I tak. Dostałam podwyżkę. Czyli zaczęłam zarabiać normalnie. Kolejny krok ku stabilizacji.
I jeszcze Wam powiem, że bez żalu widziałam się na kasie w lidlu, albo biedrze.
Ale żeby nie było, na drugi dzień stała się katastrofa..
O tym jednak w następnym odcinku.
Na dziś:
Theory - RX
Otóż.
Zostałam kierownikiem działu handlowego. Ale po kolei.
Walczyłam o podwyżkę. Tak od kwietnia. Uczyłam się w tym czasie asertywności, narastał we mnie wqrw i bunt, oraz przekonanie, że beze mnie ten burdel nie pojedzie dalej. Pewnie by pojechał, bo co tam ja. Ale na jedynce, a nawet na wstecznym przez długi czas.
I tak sobie artykułowałam swoje marzenia co do wysokości pensji, i tak zaniżone według ludzi z branży, ale coś tam działo się w mojej głowie.
Przy okazji odpowiedzialność rosła, obowiązki kumulowały się w zawrotnym tempie i tak naprawdę kierownikiem to ja jestem od stycznia. Tylko teraz oficjalnie mogę komuś wydać polecenie służbowe. Oraz tupnąć nogą.
No i nastały dni (!), kiedy to rozmowy nasiliły się, a ja uskuteczniłam ofensywę. Ja przeciwko trzem osobom. Szefom znaczy.
No i wyglądało to tak, mniej więcej, żeby nie nudzić:
- dowiedziałam się, że co z tego, że mam 5 razy więcej obowiązków, skoro dalej pracuję 8 godzin,
- popełniam błędy, ale jesteśmy ludźmi. chciałam się już poprzepychać na to kto, ile i jak kosztownych popełnił, ale odpuściłam, po rejteradzie jednego z szefów z pola dyskusji,
- a poza tym o co mi chodzi, bo przecież oni starają się, żeby była dobra atmosfera w pracy.
To była jedna rozmowa. Bo w końcu udało mi się dorwać całą trójcę razem i posadzić w konferencyjnej.
Kolejne dwie to było: myśleliśmy, że się ucieszysz z propozycji (byłoby na waciki, ale jestem niewdzięczna i wybredna), oraz: nie, nasza propozycja jest ostateczna.
Na to dictum powiedziałam, że moja także, więc przyniosę jutro wypowiedzenie.
I przyniosłam.
Dodam tylko, że to wszystko działo się w normalnym zwyczajnym trybie mojej pracy. Wszystko toczyło się jak gdyby nigdy nic.
Po złożeniu wypowiedzenia wróciłam do pracy, ale nastąpiła rozmowa. Pierwszy raz tupnęła nogą jedna z trójcy, której klonem zawodowym jestem, że się tak wyrażę. chyba zadziałała wyobraźnia i dotarło, że to co ja robię, jedynie ona będzie w stanie ogarnąć. Ale doba musiałaby mieć jakieś 72 godziny. Powiedziała jednak swoje i usłyszałam, że nikt nie lubi być stawiany pod ścianą. Przyznałam jej rację mówiąc, że owszem, byś olewanym i niedocenianym też nie.
I tak. Dostałam podwyżkę. Czyli zaczęłam zarabiać normalnie. Kolejny krok ku stabilizacji.
I jeszcze Wam powiem, że bez żalu widziałam się na kasie w lidlu, albo biedrze.
Ale żeby nie było, na drugi dzień stała się katastrofa..
O tym jednak w następnym odcinku.
Na dziś:
Theory - RX
niedziela, 17 września 2017
[350]. AGD
Żeby nie było, że tylko narzekam. Mam w końcu pracę, mam co jeść, jakoś daję radę. Nie jest źle.
Grzybków suszonych już troszkę mam. Kani ciut się najadłam. Jeszcze czuję niedosyt, ale mam nadzieję, że jeszcze nie koniec sezonu. Bo znalazłam genialną radę i przepis na kanie. Schabowe to swoją drogą, ale jeszcze jako dodatek do sosów. Właśnie obczaiłam młynek do kawy, bo potrzebny do tego.
A jeśli już o AGD chodzi, to mam z tym ostatnio dużo zamieszania.
Bo najpierw padła pralka. Urwały się sworznie, coś się zmieliło i koniec. Kupiłam używaną, od koleżanki. Jestem nią zachwycona, tą pralką.
Teraz padł odkurzacz. W sumie jego czas już był, bo miał jakieś 25 lat. Swoje fanaberie też miał, ale dzielnie straszył koty, a i na końcu ulicy wiedzieli, że odkurzam. Trudno, nastała cisza. I miotła. Co nie jest dobrym rozwiązaniem na dłuższą metę, bo rozpoczynamy odczulanie Młodego na roztocza. Także ten. Więc zanabyłam w necie kolejnego zelmera. Elfa tą razą, może ciut cichszy będzie.
Po odkurzaczu zaczyna odwalać suszarce. Mutację przechodzi i ma jakąś niestrawność. Znaczy coś się jej pali, ale jeszcze nie wiem co.
No i na koniec trzeba dodać, że komputer zaczyna żyć własnym życiem, a raczej nie żyć czasami.
I wiecie co?
Wcale mnie to nie skłania do lamentów: co jeszcze? czemu ja?
Ot, zwykła wytrzymałość rzeczy. I tak długo służyły.
I teraz po jednym szalonym tygodniu zaczynają się następne. Wywiadówki, spotkania organizacyjne, zebrania. Muszę w to wsadzić jeszcze siłownię i basen. I czas na odpoczynek. I rozrywkę.
Tak więc idę robić gołąbki, a Was zostawiam z moim ulubieńcem, który zagra mi za tydzień w Łodzi.
Na dziś:
Sully Erna - Don't comfort me
Grzybków suszonych już troszkę mam. Kani ciut się najadłam. Jeszcze czuję niedosyt, ale mam nadzieję, że jeszcze nie koniec sezonu. Bo znalazłam genialną radę i przepis na kanie. Schabowe to swoją drogą, ale jeszcze jako dodatek do sosów. Właśnie obczaiłam młynek do kawy, bo potrzebny do tego.
A jeśli już o AGD chodzi, to mam z tym ostatnio dużo zamieszania.
Bo najpierw padła pralka. Urwały się sworznie, coś się zmieliło i koniec. Kupiłam używaną, od koleżanki. Jestem nią zachwycona, tą pralką.
Teraz padł odkurzacz. W sumie jego czas już był, bo miał jakieś 25 lat. Swoje fanaberie też miał, ale dzielnie straszył koty, a i na końcu ulicy wiedzieli, że odkurzam. Trudno, nastała cisza. I miotła. Co nie jest dobrym rozwiązaniem na dłuższą metę, bo rozpoczynamy odczulanie Młodego na roztocza. Także ten. Więc zanabyłam w necie kolejnego zelmera. Elfa tą razą, może ciut cichszy będzie.
Po odkurzaczu zaczyna odwalać suszarce. Mutację przechodzi i ma jakąś niestrawność. Znaczy coś się jej pali, ale jeszcze nie wiem co.
No i na koniec trzeba dodać, że komputer zaczyna żyć własnym życiem, a raczej nie żyć czasami.
I wiecie co?
Wcale mnie to nie skłania do lamentów: co jeszcze? czemu ja?
Ot, zwykła wytrzymałość rzeczy. I tak długo służyły.
I teraz po jednym szalonym tygodniu zaczynają się następne. Wywiadówki, spotkania organizacyjne, zebrania. Muszę w to wsadzić jeszcze siłownię i basen. I czas na odpoczynek. I rozrywkę.
Tak więc idę robić gołąbki, a Was zostawiam z moim ulubieńcem, który zagra mi za tydzień w Łodzi.
Na dziś:
Sully Erna - Don't comfort me
sobota, 9 września 2017
[349]. Plany
Zawsze sobie powtarzam, że jak coś planuję i chcę, żeby się udało, to nie mogę nikomu zdradzić czego chcę.
No i roztrąbiłam te Bieszczady, już witałam się z gąską i...doopa.
Na Bieszczady, po skrupulatnym przeliczeniu budżetu nie starczyło kasy. A to temu, że alimenty wpływają jak chcą, a w sierpniu tak bardzo nie chciały, że nie mam ich do teraz. Obeszłam się więc smakiem, wmawiając sobie, że nawet jak posiedzę w domu to będzie fajnie. Pojechałam jednak do Sis, tam se posiedziałam. I było fajnie.
Mebli ciąg dalszy nastąpił.
Zostałam zrobiona w jajo, żeby nie powiedzieć dosadniej, i jest to trzeci raz w do trzech razy sztuka.
Podjęłam dość karkołomną decyzję w związku z tym, ale o tym za chwilę.
Kolega nie wywiązał się, więc zrobiłam co mogłam: rozpisałam sobie mebelki na czynniki pierwsze, gdyż mój młody bez biurka został. Chciałam całość zrealizować z tak zwanych odpadów, choć to są ogromne kawały płyty meblowej, które są wywalane.
Szef, który już dwa razy zrobił mnie na szaro, nie zgodził się na te odpady tymi słowy: nie będziesz rzeźbić z resztek, prześlij mi to, zrobię ci te meble.
Jak rzekł tak zrobiłam.
Po czym dwa dni temu dowiedziałam się, że on myślał (miał rozpiskę i rysunki!), że tego jest mniej i że...muszę zapłacić za materiał. Bagatelka. 4 cyfry. Na raty, premią, chooj wie jak, dowiem się 29 września.
Ale ponieważ mało mnie szlag nie trafił z okazji swojej naiwności, postanowiłam zagrać vabank. I tego 29 będzie jatka.
Dołożył się do tego drugi szef, który mnie załamał kompletnie wczoraj. Zadał mi pytanie czy umiem dobierać urządzenia. Spojrzałam na niego z miną, która mówiła: co ty do mnie mówisz?? I zapytałam: Serio? Pan mnie pyta czy ja to umiem? Mnie? Niech mnie pan nie załamuje... A co ja robię od dwóch lat?? To jakiś żart jest???
Mina jego bezcenna. Wydaje mi się, że on nie miał zielonego pojęcia co ja w tej firmie robię...
Coś we mnie pękło. To skłoniło mnie do przemyślenia sprawy i podjęłam decyzję, że na 29 będę miała już propozycje pracy gdzie indziej. I postawię im ultimatum. Może to bezczelne, ale nie ryzykuję niczym. I mam w końcu nadzieję, że spełnią się kilka miesięcy temu złożone obietnice. A jak nie, to cóż, zmienię branżę.
Bo nie chcę się martwić, że alimenty mi znowu nie wpłynęły...
Na dzisiaj:
Amnezja i Natalia Sikora - Stany
No i roztrąbiłam te Bieszczady, już witałam się z gąską i...doopa.
Na Bieszczady, po skrupulatnym przeliczeniu budżetu nie starczyło kasy. A to temu, że alimenty wpływają jak chcą, a w sierpniu tak bardzo nie chciały, że nie mam ich do teraz. Obeszłam się więc smakiem, wmawiając sobie, że nawet jak posiedzę w domu to będzie fajnie. Pojechałam jednak do Sis, tam se posiedziałam. I było fajnie.
Mebli ciąg dalszy nastąpił.
Zostałam zrobiona w jajo, żeby nie powiedzieć dosadniej, i jest to trzeci raz w do trzech razy sztuka.
Podjęłam dość karkołomną decyzję w związku z tym, ale o tym za chwilę.
Kolega nie wywiązał się, więc zrobiłam co mogłam: rozpisałam sobie mebelki na czynniki pierwsze, gdyż mój młody bez biurka został. Chciałam całość zrealizować z tak zwanych odpadów, choć to są ogromne kawały płyty meblowej, które są wywalane.
Szef, który już dwa razy zrobił mnie na szaro, nie zgodził się na te odpady tymi słowy: nie będziesz rzeźbić z resztek, prześlij mi to, zrobię ci te meble.
Jak rzekł tak zrobiłam.
Po czym dwa dni temu dowiedziałam się, że on myślał (miał rozpiskę i rysunki!), że tego jest mniej i że...muszę zapłacić za materiał. Bagatelka. 4 cyfry. Na raty, premią, chooj wie jak, dowiem się 29 września.
Ale ponieważ mało mnie szlag nie trafił z okazji swojej naiwności, postanowiłam zagrać vabank. I tego 29 będzie jatka.
Dołożył się do tego drugi szef, który mnie załamał kompletnie wczoraj. Zadał mi pytanie czy umiem dobierać urządzenia. Spojrzałam na niego z miną, która mówiła: co ty do mnie mówisz?? I zapytałam: Serio? Pan mnie pyta czy ja to umiem? Mnie? Niech mnie pan nie załamuje... A co ja robię od dwóch lat?? To jakiś żart jest???
Mina jego bezcenna. Wydaje mi się, że on nie miał zielonego pojęcia co ja w tej firmie robię...
Coś we mnie pękło. To skłoniło mnie do przemyślenia sprawy i podjęłam decyzję, że na 29 będę miała już propozycje pracy gdzie indziej. I postawię im ultimatum. Może to bezczelne, ale nie ryzykuję niczym. I mam w końcu nadzieję, że spełnią się kilka miesięcy temu złożone obietnice. A jak nie, to cóż, zmienię branżę.
Bo nie chcę się martwić, że alimenty mi znowu nie wpłynęły...
Na dzisiaj:
Amnezja i Natalia Sikora - Stany
wtorek, 8 sierpnia 2017
[348]. Urlop
Nadszedł ten czas. Jutro ostatni przedurlopowy dzień w pracy. Trochę się boję, bo zostawiam wszystko na długie osiem dni roboczych. Tylko i aż tyle.
Jeśli ktoś jeszcze pamięta, zdobyłam pracę mozolnym wydeptywaniem ścieżki. Były momenty, kiedy bałam się, że ją stracę. Ale po kolei.
Ostatnie moje posty były z początków stażu.
Firma maleńka, trzy osoby. Plus ja.
Szybko ogarnęłam o co chodzi, nauczyłam się sporo, ale nie spełniałam oczekiwań: nie chciałam być telemarketerem, bo w tej branży to bezsens. A jeździć do klientów nie miałam odwagi ze względu na zbyt małą wiedzę. Dopiero dzisiaj mogłabym to robić.
No więc działałam, robiłam, wprowadzałam nowe rozwiązania, ułatwienia i skróty. Staż powoli się kończył i tu zawisła pierwsza groźba. Okazało się jednak, że firma kupiła firmę i ja się do tej drugiej idealnie nadawałam. Ale i tak nie było różowo. Dwa razy zostałam, można powiedzieć, oszukana. Nie dostałam należnej, obiecanej premii. Świat się zachwiał, ale kto jak nie ja.
Firma rosła w siłę, zmieniła siedzibę, mój dział również się wzmocnił. Ale wystawałam poza. Zatrudniono kuzynkę-ciotki-wujka-brata stryjecznego-matki-po kądzieli i znów się bałam.
To było rok temu.
W styczniu zostałam przeniesiona. Zostawiłam mój sklep, pracę bezproblemową i prostą, na rzecz dużych projektów. Fajnie. Skoro dawałam radę to dowalono mi etat fakturzystki-księgowej. No i? Dałam radę. Ale że projekty to duża sprawa, wiele się rozjechało w czasie, nerwach i moim ogólnym stresie z powodu niewiedzy o realizacji, zaczęłam ubiegać się o..koordynatora. Miałam wizję, że ktoś, kto wie, czyli ja, będzie miał pieczę nad całością. Prosiłam się o to pół roku. Aż projekt wagi ciężkiej rozjechał się bardziej, bo szczerze mówiąc, skoro wszyscy mieli na to wywalone, to czemu ja mam się denerwować.. W międzyczasie prowadziłam rozmowy o podwyżkę, które były i...były.
W końcu w lipcu zaczęłam być dodatkowo koordynatorem projektów. Oraz magazynierem, ponieważ jedyna równa mi wiedzą i umiejętnością racjonalnego myślenia osoba, tak samo jak ja ogarniająca ten burdel zwany moją pracą, nieważne, że w wieku mojej córki, zwolniła się po kilku numerach "góry". Zostałam więc na czterech stanowiskach. Bo zapomniałam dodać, że kuzynka-ciotki-wujka-brata stryjecznego-matki-po kądzieli po roku pracy na moim wcześniejszym stanowisku, gdzie rzetelnej, solidnej roboty, przy naprawdę mocnym postanowieniu, że slow, zajmowała mi pół godziny dziennie, w porywach do godziny, nawet przy największym sezonie zamówieniowym...nie ogarnia. Nie umie. Nie rozumie. Ciągle przychodzi i pyta co ma zrobić. Lubię babkę, jest świetnym opowiadaczem anegdot, ma gadane, jest spoko. Ale jest tępa dzida. No jest. Mówię do niej, ona na mnie patrzy i..nie wiem czy mnie w ogóle słyszy. Doszło do tego, że macham jej przed oczami ręką sprawdzając kontakt z rzeczywistością. I serio, nigdy w życiu bym nie przypuszczała, że tak można. Bo nawet moje koty, jak do nich gadam to patrzą na mnie z jakimś uczuciem, choćby olewatorsko, ale jednak. Tu nie ma nic. Jest pustka.
Ponieważ moja osoba tak naprawdę potrafi poprowadzić tę firmę sama, i wiem, że jeśli się zwolnię to będą mieli duży problem i oni też o tym wiedzą, rozmowy o podwyżce trwały i trwają.
W końcu zatrudniono ..kołcza. Pani przychodzi, daje ankiety, zgarnia kasę, a ja dostałam obietnicę, że zostanę kierownikiem, na dniach. I podwyżkę, bo tak im wyszło z rozmów z panią kołcz.
Czekam więc niecierpliwie.
Na razie na mój zasłużony urlop. Nawet jeśli będę po nim sprzątać przez miesiąc...
Tak więc jutro rzucam wszystko i wyjeżdżam w Bieszczady.
Na dziś:
Sully Erna - My light
Czekam niecierpliwie na koncert. Będzie we wrześniu, ale nie wiem, nie wiem...
Jeśli ktoś jeszcze pamięta, zdobyłam pracę mozolnym wydeptywaniem ścieżki. Były momenty, kiedy bałam się, że ją stracę. Ale po kolei.
Ostatnie moje posty były z początków stażu.
Firma maleńka, trzy osoby. Plus ja.
Szybko ogarnęłam o co chodzi, nauczyłam się sporo, ale nie spełniałam oczekiwań: nie chciałam być telemarketerem, bo w tej branży to bezsens. A jeździć do klientów nie miałam odwagi ze względu na zbyt małą wiedzę. Dopiero dzisiaj mogłabym to robić.
No więc działałam, robiłam, wprowadzałam nowe rozwiązania, ułatwienia i skróty. Staż powoli się kończył i tu zawisła pierwsza groźba. Okazało się jednak, że firma kupiła firmę i ja się do tej drugiej idealnie nadawałam. Ale i tak nie było różowo. Dwa razy zostałam, można powiedzieć, oszukana. Nie dostałam należnej, obiecanej premii. Świat się zachwiał, ale kto jak nie ja.
Firma rosła w siłę, zmieniła siedzibę, mój dział również się wzmocnił. Ale wystawałam poza. Zatrudniono kuzynkę-ciotki-wujka-brata stryjecznego-matki-po kądzieli i znów się bałam.
To było rok temu.
W styczniu zostałam przeniesiona. Zostawiłam mój sklep, pracę bezproblemową i prostą, na rzecz dużych projektów. Fajnie. Skoro dawałam radę to dowalono mi etat fakturzystki-księgowej. No i? Dałam radę. Ale że projekty to duża sprawa, wiele się rozjechało w czasie, nerwach i moim ogólnym stresie z powodu niewiedzy o realizacji, zaczęłam ubiegać się o..koordynatora. Miałam wizję, że ktoś, kto wie, czyli ja, będzie miał pieczę nad całością. Prosiłam się o to pół roku. Aż projekt wagi ciężkiej rozjechał się bardziej, bo szczerze mówiąc, skoro wszyscy mieli na to wywalone, to czemu ja mam się denerwować.. W międzyczasie prowadziłam rozmowy o podwyżkę, które były i...były.
W końcu w lipcu zaczęłam być dodatkowo koordynatorem projektów. Oraz magazynierem, ponieważ jedyna równa mi wiedzą i umiejętnością racjonalnego myślenia osoba, tak samo jak ja ogarniająca ten burdel zwany moją pracą, nieważne, że w wieku mojej córki, zwolniła się po kilku numerach "góry". Zostałam więc na czterech stanowiskach. Bo zapomniałam dodać, że kuzynka-ciotki-wujka-brata stryjecznego-matki-po kądzieli po roku pracy na moim wcześniejszym stanowisku, gdzie rzetelnej, solidnej roboty, przy naprawdę mocnym postanowieniu, że slow, zajmowała mi pół godziny dziennie, w porywach do godziny, nawet przy największym sezonie zamówieniowym...nie ogarnia. Nie umie. Nie rozumie. Ciągle przychodzi i pyta co ma zrobić. Lubię babkę, jest świetnym opowiadaczem anegdot, ma gadane, jest spoko. Ale jest tępa dzida. No jest. Mówię do niej, ona na mnie patrzy i..nie wiem czy mnie w ogóle słyszy. Doszło do tego, że macham jej przed oczami ręką sprawdzając kontakt z rzeczywistością. I serio, nigdy w życiu bym nie przypuszczała, że tak można. Bo nawet moje koty, jak do nich gadam to patrzą na mnie z jakimś uczuciem, choćby olewatorsko, ale jednak. Tu nie ma nic. Jest pustka.
Ponieważ moja osoba tak naprawdę potrafi poprowadzić tę firmę sama, i wiem, że jeśli się zwolnię to będą mieli duży problem i oni też o tym wiedzą, rozmowy o podwyżce trwały i trwają.
W końcu zatrudniono ..kołcza. Pani przychodzi, daje ankiety, zgarnia kasę, a ja dostałam obietnicę, że zostanę kierownikiem, na dniach. I podwyżkę, bo tak im wyszło z rozmów z panią kołcz.
Czekam więc niecierpliwie.
Na razie na mój zasłużony urlop. Nawet jeśli będę po nim sprzątać przez miesiąc...
Tak więc jutro rzucam wszystko i wyjeżdżam w Bieszczady.
Na dziś:
Sully Erna - My light
Czekam niecierpliwie na koncert. Będzie we wrześniu, ale nie wiem, nie wiem...
wtorek, 1 sierpnia 2017
[347]. Inaczej się nie da
Gorąco jest jak diabli. Ktoś ma długi ogon i nie zamknął bramy.
Do piekła.
Będę po stokroć powtarzać, że nienawidzę gorąca! Że zima górą! Że może napitalać lodem!
I nawet nie wiecie jak bardzo tęsknię za śniegiem i zimnem.
Ale niech Wam będzie! Cieszcie się! Zima już niedługo!
A mnie taka naszła refleksja. Niejedna oczywiście, ale chyba najważniejsza.
Wściekłam się ostatnio tak, że nie pytajcie. Tak, że para z uszu, błyskawice z oczu i w ogóle.
Bujam się z kolegą, który zadeklarował zrobić mi meble. U Młodego w pokoju trzeba było trochę zmienić, a i mi potrzeba stołu. Sam się zadeklarował, sam obiecał i...wiezie mi te meble codziennie, od trzech tygodni. Ja się obawiam, że on wcale ich nie zrobił. Że komody, biurko, dwa stoły to abstrakcja jest. Nie wspomnę o moim zakupionym realnie blacie do kuchni, który miał przy okazji przywieźć...I o butach, które też zabrał do samochodu, bo przecież nie będę wieźć przez całe miasto...
A refleksja jest następująca: karma wraca. Sama zrobiłam podobnie, prawda? Jest mi wstyd i przykro, bo nie wywiązałam się z obietnicy. Nie chcę się tłumaczyć i wyjaśniać, bo to będą tylko tłumaczenia. Nie wywiązałam się i już. Co przeszłam to moje. Nikomu nie życzę.
Nie mam siły wściekać się już więcej na gościa. Mam nauczkę.
I wielkie postanowienie, żeby nigdy więcej nie być takim chujem.
A nawet największy upał nie zmusi mnie do zmiany planów.
Jutro jadę się wytaplać w błocie, napić piwa ze strefy Lecha, ogłuchnąć od głośnej muzyki i spotkać z ludźmi. I bawić się najlepiej na najfajniejszym festiwalu świata.
Woodstock!!! Nadciągam!!!
To teraz trzeba się spakować. Nie wiecie gdzie jest mój śpiwór?
Na dziś: Linkin Park - From The Inside
Niestety, nie mogłam być na ich niedawnym koncercie w Polsce.
Żałuję, bo już nigdy nie usłyszę na żywo tego i innych utworów. Żegnaj..
Do piekła.
Będę po stokroć powtarzać, że nienawidzę gorąca! Że zima górą! Że może napitalać lodem!
I nawet nie wiecie jak bardzo tęsknię za śniegiem i zimnem.
Ale niech Wam będzie! Cieszcie się! Zima już niedługo!
A mnie taka naszła refleksja. Niejedna oczywiście, ale chyba najważniejsza.
Wściekłam się ostatnio tak, że nie pytajcie. Tak, że para z uszu, błyskawice z oczu i w ogóle.
Bujam się z kolegą, który zadeklarował zrobić mi meble. U Młodego w pokoju trzeba było trochę zmienić, a i mi potrzeba stołu. Sam się zadeklarował, sam obiecał i...wiezie mi te meble codziennie, od trzech tygodni. Ja się obawiam, że on wcale ich nie zrobił. Że komody, biurko, dwa stoły to abstrakcja jest. Nie wspomnę o moim zakupionym realnie blacie do kuchni, który miał przy okazji przywieźć...I o butach, które też zabrał do samochodu, bo przecież nie będę wieźć przez całe miasto...
A refleksja jest następująca: karma wraca. Sama zrobiłam podobnie, prawda? Jest mi wstyd i przykro, bo nie wywiązałam się z obietnicy. Nie chcę się tłumaczyć i wyjaśniać, bo to będą tylko tłumaczenia. Nie wywiązałam się i już. Co przeszłam to moje. Nikomu nie życzę.
Nie mam siły wściekać się już więcej na gościa. Mam nauczkę.
I wielkie postanowienie, żeby nigdy więcej nie być takim chujem.
A nawet największy upał nie zmusi mnie do zmiany planów.
Jutro jadę się wytaplać w błocie, napić piwa ze strefy Lecha, ogłuchnąć od głośnej muzyki i spotkać z ludźmi. I bawić się najlepiej na najfajniejszym festiwalu świata.
Woodstock!!! Nadciągam!!!
To teraz trzeba się spakować. Nie wiecie gdzie jest mój śpiwór?
Na dziś: Linkin Park - From The Inside
Niestety, nie mogłam być na ich niedawnym koncercie w Polsce.
Żałuję, bo już nigdy nie usłyszę na żywo tego i innych utworów. Żegnaj..
wtorek, 18 lipca 2017
[346.2] Krótko
Gdzie to ja skończyłam...
A. Dwa lata temu z haczykiem.
Zmieniło się od tego czasu sporo. I niewiele.
Ze stażystki stałam się pracownikiem multi-kompetentnym, ale o tym kiedy indziej. Bo to bynajmniej nie jest powód do dumy.
Dzieci urosły.
Przybyły mi trzy koty. Tak. Mi. Trzy. Też w to nie wierzyłam. A teraz nie mogę bez nich żyć.
Urosły mi włosy. Mogę jeździć na koncerty metalowe i machać grzywą. Co zresztą czynię, kiedy mogę.
Walczę z tym i owym. Lekko nie jest, bo hashimoto ma swoje zdanie na niektóre aspekty mego życia.
I tak mija dzień za dniem.
Odliczam czas do pierwszego urlopu od dawna. Rzucę wtedy to wszystko i wyjadę w Bieszczady.
To będzie mega budżetowy wyjazd. Coś jak promocja z Biedronki.
Namiot, plecak, góry i ja. Potrzebuję tego.
No to witam się z Wami znów. Zmieniona-niezmieniona.
Na dziś:
Shinedown - Beyond the Sun
A. Dwa lata temu z haczykiem.
Zmieniło się od tego czasu sporo. I niewiele.
Ze stażystki stałam się pracownikiem multi-kompetentnym, ale o tym kiedy indziej. Bo to bynajmniej nie jest powód do dumy.
Dzieci urosły.
Przybyły mi trzy koty. Tak. Mi. Trzy. Też w to nie wierzyłam. A teraz nie mogę bez nich żyć.
Urosły mi włosy. Mogę jeździć na koncerty metalowe i machać grzywą. Co zresztą czynię, kiedy mogę.
Walczę z tym i owym. Lekko nie jest, bo hashimoto ma swoje zdanie na niektóre aspekty mego życia.
I tak mija dzień za dniem.
Odliczam czas do pierwszego urlopu od dawna. Rzucę wtedy to wszystko i wyjadę w Bieszczady.
To będzie mega budżetowy wyjazd. Coś jak promocja z Biedronki.
Namiot, plecak, góry i ja. Potrzebuję tego.
No to witam się z Wami znów. Zmieniona-niezmieniona.
Na dziś:
Shinedown - Beyond the Sun
poniedziałek, 3 lipca 2017
Subskrybuj:
Posty (Atom)





