No to jestem.
Prawie już.
Jeszcze tylko pojadę za dwa tygodnie wysłuchać najważniejszych słów, na które czekam od trzech lat.
Mogę nie jechać, przymusu nie ma, ale jestem z tych co muszą na własne uszy.
Dobra, przyznaję się, chcę sobie pojeździć polskim busem.
A teraz idę kichać. Na wszystko. W chusteczki najbardziej.
Wyjeżdżam. Dzisiaj. Za chwilę.
Wracam jutro.
Nie wiem w jakim stanie.
Jeszcze pewnie małżeńskim. Mam jednak nadzieję na rozwiązanie problemu w tym roku.
Cóż.
Na dziś.
Nie mam słuchawek i bardzo wkurza mnie ten stan. Wizja podróży bez muzyki....
Ma ktoś niepotrzebne?
Przygarnę.
Zaczęło się.
To, czego nie lubię najbardziej.
To, co będzie mnie wkurzało przez kilka miesięcy.
Gorąco. Słońce. I komary. O poceniu się nie wspomnę.
Epitety pominę.
W temperaturze powyżej 20 stopni przestaję funkcjonować.
Znaczy działam na podtrzymaniu, ale ogólnie jest do chrzanu.
I niech nikt nie próbuje mnie przekonywać, że się mylę!
Zmieniam tryb życia na nocny. W dzień postanowiłam spać. I budzić się około 20.00
Ale teraz idę spać.
Jutro mam spotkanie twórcze i nie mogę sobie pozwolić na ziewanie.
Wiem, że normalna to ja nie jestem.
Wiem, że to lubicie. PRAWDA??
No to macie.
Z wyprawy na południe, przywiozłam sobie w słoiczku zakwas. Od Emki. Bo jadłam u niej pyszny chlebek, który uparłam się upiec. No bo przecież jak nie potrafię, jak potrafię!
Przecież dostałam przepis. Pff!
No i nadeszła wiekopomna chwila.
Najpierw zbierałam produkty. Dwa dni kupowałam wodę gazowaną. Znaczy kudłata przyniosła mi ze sklepu..małą buteleczkę. Jakby nie mogła zapytać. Potem kupiłam keksówki.
Miała być mąka pszenna typ 550. Ale że jak? Ja chcę razowy! Więc w misce wylądowała pszenna razowa typ 1850.
Miała być woda gazowana 4,5 szklanki. Ale nie doczytałam tego ,5 i dałam 4.
Zamiast otrębów dałam szklankę ziaren orkiszowych.
Miała być sól i cukier, ale... No co! Jak się lata od kompa do kuchni (daleko nie mam, ale zawsze) to można zapomnieć? Nie przepisałam na kartkę, bo...nie chciało mi się.
Więc jak już wymieszałam wszystko z zakwasem to przypomniałam sobie o tej soli i dosypałam, po czym zagniotłam ciasto.
Resztę zrobiłam według przepisu.
Dzisiaj upiekłam.
Jest..... PYSZNY!
Co prawda dzieci nie tkną, więc cały mój, ale nic to.
Dam radę :)))
A oto i on, a nawet dwa :)
Dobra, solennie obiecuję następny zrobić dokładnie według przepisu. Żeby nie było.
Ale nie cieszcie się za bardzo, bo niebawem znów zniknę kilka razy.
W każdym razie teraz już wróciłam z Koszalina i okolic.
Było jak zwykle świetnie i z...przygodami. Czasem się zastanawiam, dlaczego ja nie potrafię tak jak hobbici (hobbitowy) ród. siedzieć w domu i nie wychodzić za próg, żeby te przygody mnie nie dopadały. Ale to chyba dlatego, że ja tak bardzo lubię przygody.
Ale od początku.
Wyruszyłam (i bardzo dobrze) z odpowiednim wyprzedzeniem czasowym (też bardzo dobrze), po wcześniejszym sprawdzeniu, gdzie ten piekielny (bo pośpieszny) autobus się zatrzymuje.
Dojechawszy na miejsce, a daleko to było od mojej gawry (co nie jest bez znaczenia, ale o tym za chwilę), okazało się, że y-y to nie tu. Podjechałam więc dalej. Tam również okazało się, że to nie to. W końcu trafiłam na odpowiedni przystanek. Ale coś mi nie grało. Rozpoczęłam więc akcję sprawdzającą gdzie, co i jak.
Dygresja:
- miałam kasy ciut więcej niż na bilety w jedną stronę. Ciut, to jest ciut i nic ponadto.
- Kudłatej nie było przy kompie, więc nie mogła sprawdzić.
- skończyło mi się doładowanie. Mogłam jeszcze po całej akcji wykonać kilka smsów. Dokładnie dwa.
- jechałam z Młodym.
- pamięć wzrokowa zgrzytała z rzeczywistością
- tak samo zgrzytało rozeznanie geograficzne, strony świata, kierunki tras wylotowych i inne.
Koniec dygresji.
Mama mi pomogła. Oddzwoniła po sygnale, wyjaśniłam o co kaman, z niejakimi trudnościami, ale się udało i uzyskałam taka oto odpowiedź: "to ten przystanek, po którym następny to Kaliskiego". o.O (to zdziwienie na maska, bo nie znam wszystkich przystanków, szczególnie w tamtej części miasta). Zapytałam tambylców i też nie wiedzieli. Nic to. W końcu minęła godzina przyjazdu autobusu, a ja trochę zła, bo czas skurczył się jak, nie przymierzając, dżinsy, które ustawi się na pranie w 90 stopniach.
W końcu wsiadłam do autobusu, wygarniając ostatnie klepaki z portfela na bilety komunikacji miejskiej, z solennym cichym zapewnieniem siebie, że jak się będę miała przesiadać, to mam w nosie kontrolerów. Okazało się jednak, że po przesiadce mogę jechać na ten sam bilet i ...to był pierwszy cud.
Przesiadłam się na tramwaj, jadę, a godzina odjazdu autobusu mijała z minuty na minutę. Tak sobie pomyślałam, bo nagle spadł na mnie spokój ogromny i stwierdziłam, że ...mógłby się spóźnić ten autobus.
Poszłam sobie z Młodym na peron i słyszę: "autobus z Warszawy opóźniony jest 30 minut".
Gdyby nie te tłumy ludzi, pewnie odtańczyłabym taniec radości.
Chwilę później podjechał wypasiony autobus, pachnący nowością, kupiłam bilety i zostało mi 30 groszy.
Nawet nie wiecie jaka to ulga.
W każdym razie, siedząc w autobusie przed odjazdem, mój wewnętrzny kompas z żyroskopem, na siłę skłaniali się do smutnej prawdy. Że. Tym autobusem. Będę jechała całkiem blisko mojej stałej trasy do miasta. Kilka przystanków od mojego domu. Wyśmiałam się sama, wyszydziłam, mało brakowało, a napisałabym sobie samokrytyczny post na facebook'u, ale postanowiłam nie tykać komputera w gościach. Zresztą czasu nie było nawet.
Tak więc po raz kolejny udało mi się przechytrzyć przeciwności losu. Zdążyć. I wszystko wyszło jak należy.
I tym optymistycznym akcentem kończę na dziś i idę spać, bo jutro zrywam się o 5 rano, żeby dojechać odpowiednio wcześnie do urzędu pracy i zapisać się na kurs. Jest tylko 30 miejsc na 3 tury kursu. Po 10 miejsc na jeden kurs.
Dam radę, prawda?
Na dziś:
Godsmack - I stand alone
No bo jakżeby inaczej.
Miało być o najważniejszym, ostatnio, temacie. Mianowicie o Eurowizji. O facecie w sukience i z brodą. I o tym, że ja mam to w nosie. I że nie przeszkadza mi ŻADEN, powtarzam jasno i wyraźnie ŻADEN sceniczny wizerunek. Ani malowane Kiss, ani chłopcy z pudel-rocka, ani Army of Lovers, ani Conchita. Mam to zwyczajnie w nosie, kto jak wygląda na scenie i poza nią też. Dopóki nie robi krzywdy innym.
Chciałam nadmienić, że to żadna nowość tak poza tym i we Wrocławiu jest wykładowca akademicki języka angielskiego----> link, który na co dzień, a nie tylko na scenie, chodzi w sukienkach i w butach na obcasach oraz pończochach. Czy mi to przeszkadza? NIE.
Inną sprawą jest kwestia zarzutów o brak patriotyzmu, bo się nie głosowało. Otóż. Nigdy w życiu nie głosowałam i nie zagłosuję na żadnego wykonawcę w tak żenującym jarmarku, obciachowym i siłą rozpędu chyba organizowanym, jak Eurowizja. Nie jestem więc patriotką. Sorry Polsko.
Ale nie chce mi się o tym pisać.
I nie mam czasu!
A w ogóle to sobie jadę jutro do Koszalina!
Do widzenia.
Na dziś:
Northern Kings - Hello
Panowie też występowali na Eurowizji w 2009 roku :)
Ostatni tydzień to było wariactwo. A tam tydzień, ostatnie dwa.
Najpierw miała być praca. Wszystko było zgrane od miesiąca, szykowałam się na godzinę zero. Próbowałam, testowałam, czytałam, jednym słowem, przygotowałam się na tyle, na ile na sucho można się przygotować. Bo praca, którą miałam wykonywać była bardzo ograniczona czasowo. Wręcz na już, na czas, z zegarkiem w ręku, bo trzeba byłoby się zgrać. Gdyby wszystko się udało. Minuta przed godziną zero przyszła do mnie informacja, że sory memory, będzie pracował ktoś inszy. Znajomy królika, tak zwany. Cóż, nie straciłam, bo nie miałam, ale mogłam mieć. I pozostał taki trudny do opisania stan. Zawieszenie między dam radę, bo jestem dobra, bardzo dobra, a może jednak nie. Nie zadawałam sobie pytań dlaczego. Bo nie miały sensu. Kopać się z nikim też nie miałam zamiaru, bo i o co. Ale. O ale napiszę za chwilę.
Potem nastał czas wyjazdu. Wpadłam w wir przygotowań, ale dałam radę załatwić wszystko. Pojechałyśmy sobie znów na południe. Do Emki. Nie chciałabym być patetyczna. Ale powiem Wam, że uwielbiam Ją. Jest jak moja kolejna siostra. Stanowczo za daleko mieszka i za krótko się widziałyśmy. Wrócę tam niebawem, na dłużej.
Powiem jeszcze tyle, że jazda po Śląsku to jest pikuś. Nawet rozkopane Katowice nie robią na mnie wrażenia i są przyjazne dla ludzia. Za to nastawiam się psychicznie na kolejne warszawskie przygody, już niebawem. Dlatego nie wybijam się z rytmu przygotowawczego.
Z wieści inszych, zaczyna być normalnie. Ktoś mnie docenił. Ktoś chce mojej pomocy i pomysłów. Zobaczymy.
W każdym razie w ramach nurtującego mnie problemu pracy, opisanego wyżej, zachciało mi się sprawdzić, czy słusznie odpadłam w przedbiegach. Namacalnie. Praca moja miała być niewidoczna. To znaczy, że kiedy jest wykonywana jak należy, to nic nie ma. Sprawdziłam. Nie jest wykonywana jak należy. Wręcz zapłakałam nad efektem. I z dziką satysfakcją poczułam ulgę, aczkolwiek pustą kieszeń mam i satysfakcją to ja se rachunków przysłowiowych nie popłacę i dziatwy nie nakarmię. Przyjdzie jeszcze kiedyś koza do woza.
A co do tytułowych melodii...
Jadąc samochodem lubię sobie słuchać muzyki. Mojej muzyki. Z naciskiem na mojej. Co prawda dostępny mi samochód ma okropne nagłośnienie, bo właściciel ma to w nosie, ale zawsze coś tam brzęczy. Postanowiłam więc, że tym razem nie dam sobie puścić Piaska (jeśli na sali są wielbicielki/le to przepraszam - nie trawię), albo innych smętów, typu Lipnicka/Porter (bo jak jego głos lubię, tak jej organicznie nie trawię), bo mimo, że jestem tolerancyjna, to jednak nie zniosę 7-9 godzin, zależy od porywów, z czymś, co mi uszy maltretuje. Zniosę godzinę. no góra dwie. Wobec tego wrzuciłam na pendrive'a 252 utwory, w miarę znośne i bez przegięcia w żadną stronę. Przemyciłam tam i przeboje młodości, jak i teraźniejsze dźwięki, wrzuciłam Irka Dudka i Krystynę Prońko, miejsce znalazł Godsmack i Abba, Metallica, G'n'R, Rezerwat, Sztywny Pal Azji, i Bob Marley, i Santana, i Kiss. I wiele, wiele innych. Nawet Czwarta nad ranem nam zagrała. Powiem tak. Do Katowic wystarczy mi 162 utwory.
Z tym optymistycznym akcentem kładę się za chwilę spać, a jutro będę zadawać niewygodne pytania doradcy zawodowemu w Urzędzie Pracy. W końcu mnie zaprosili na rozmowę.
Na dziś:
Godsmack - Whatever
No wkręciłam się. Koncert, koncert mi się marzy.
Z wiekiem i bagażem doświadczeń człowiek rozumie więcej.
Wydawałoby się. A czasem mam wrażenie, że niektórzy zatrzymali się na etapie piaskownicy, gdzie w kupie siła i można skopać dupę Jasiowi, bo jest obsmarkany, albo obrobić tę samą część ciała Zośce, bo ma inne zdanie, niż ogół. Bo chciała robić babki-kwiatki, a inni woleli budować zamek. Tylko ogół nie wydaje się być zaznajomiony z jedną taką prawdą (choć prawda jest jak dupa - każdy ma swoją), a mianowicie:
Jeśli większość jest o czymś przekonana, to wcale nie znaczy, iż ma rację.
Wracając do przedszkola. Dzieci na ogół nie bardzo wiedzą co to empatia. Na ogół, bo znajdą się i takie, które mają ją wpisaną w DNA. Ale tych nieposiadających jest więcej. Empatii uczą się od innych, ale są osobniki, które nigdy, przenigdy nie pochylą się nad problemem, nie przemyślą swego bezsensownego kłapania gębą, tudzież klepania po klawiaturze. A że są w kupie, a wiadomo, w kupie raźniej i cieplej, i miliony much mylić się nie mogą (taka mała dygresja do owczego pędu za przewodnikiem stada), kłapią dalej i kłapać będą. Bo myślenie trochę jednak boli, a i przyznać komuś rację, ponieść porażkę trudno bardzo jest.
Dlatego pozostają w przedszkolu. Mimo wszystko.
Róbmy swoje.
Głupie, nie? Róbta co chceta, róbmy swoje. Totalny odlot. Można sobie poegzystować bez myślenia o innych. Można robić co się chce. Obrażać innych.
Zastanawia mnie, dlaczego ludzie nie myślą. Dlaczego tak literalnie traktują słowa. Dlaczego kontekst jest nieosiągalny dla niektórych. Czyżby tytuły magisterskie, dyplomy doktorskie, a nawet zwykła matura, nie upoważniały do myślenia? Ba! Nie zmuszają nawet!
Ale to kolejna prawda - wykształcenie nie idzie w parze z inteligencją.
Krycha ma gruby tyłek.
Dochodzimy do wyśmiewania.
Dlaczego obrabia się dupę komuś za plecami? Dlaczego nie powie się prosto w twarz co się myśli?
Ze strachu. Lepiej pośmiać się w wyżej wymienionej kupie. Przyklasnąć sobie nawzajem i dostać rozgrzeszenie.
Strach. Bardzo brzydkie uczucie. Bo mówi nam o nieczystym sumieniu. O tym, że jednak przyznajemy rację osobie obrabianej, ale boimy się przyznać, że jednak robimy to z zemsty. Za to, że się boimy.
Cóż, bardzo niska pobudka, ale czasem trzeba podnieść swoją wartość, a jak nie w kupie, to gdzie? Kupa przyzna nam rację, bo przecież w kupie wszyscy jednakowo umazani są. Niczym się nie różnią. Nie ma miejsca na
Indywidualność i własne zdanie
Bo te dwie cechy dane są tylko wojownikom. Osobom odważnym. Choć może wcale tego nie widać.
Własne zdanie jest szczególnie niewskazane. Szczególnie w kupie.
Wyglądam dziś jak...zmora.
Ciemne smugi pod oczami. Rozczochrane włosy. I do tego wszystko mnie boli.
Ale po kolei.
Od kilku dni czułam się fatalnie. Wiadomo, choróbsko, antybiotyk (jeszcze przez 2 dni), wszystko to spowodowało spadek formy. Dodatkowo rozjechana tarczyca, i inne dolegliwości. Ale cóż. Jedyne co pozostaje to wziąć się w garść. I nie poddawać.
Lekko nie było, bo zwykłe przejście z domu na przykład po zakupy sprawiało, że czułam się jak po maratonie. Zdyszana, spocona i marząca tylko o tym, żeby usiąść, albo najlepiej położyć się i spać.
Na tarczycę dostałam inne dawki leków, na cukier też, wściekłam się na wszystkie efekty uboczne i...
No i tak zastała mnie sobota.
Najpierw spotkanie z dziewczynami, na które jechałam z dziatwą. Wykruszyło się towarzystwo, ale to nie przeszkadzało zrobić grilla i trochę popracować. Młody zrobił się na bóstwo, bo akurat trwały prace podwórkowo-ogrodowe, polegające na rozsypywaniu ziemi, więc dzieci...tarzały się z górki czarnej ziemi. Możecie sobie wyobrazić co to było... Nie wspomnę nawet o nowych butach. Po takim chrzcie, to one długo będą mu służyć. O ile nie rozkleją się po praniu.
W każdym razie, zmęczona na maksa siedziałam i tworzyłam i powiem Wam, że to pierwszorzędna terapia. Pogaduchy, ploteczki i jedzonko świetnie się udało i nastał czas powrotu. Czas ograniczony, bo przecież czekał mnie jeszcze dojazd na koncert.
Idąc z przystanku do mnie czułam, jak opadam ze wszystkich sił. Przed oczami miałam tłum i młyn na koncercie, hałas w uszach i już na samą myśl męczyłam się bardziej. Ale jak to zwykle bywa, szybka mobilizacja, ocena tuszu do rzęs (tragedia!), ograbienie Kudłatej z ciuchów i...pojechałyśmy. Bo Kudłata znów mnie odwiozła. Tym razem nie dałam się prowadzać jej ścieżkami. Szłyśmy z koleżanką jak dwie staruszki, powolutku, bo ona też zaliczyła jakąś niemoc, był nawet strach, że nie da rady iść na koncert. Ale cóż. Dochodząc do klubu stwierdziłyśmy jednogłośnie, że jesteśmy najmłodsze z całego towarzystwa, co bardzo podniosło nas na duchu. Kudłata udzieliła mi kilka stanowczych rad (zupełnie jakby była moja matką!): "zdejmij kolczyki, bo zerwą ci uszy! Natychmiast!" oraz chciała zaryzykować i powiedziała: "załóż się, której z nas odmówią sprzedaży piwa". Poprawiła mi humor nieziemsko. I tak naprawdę nie wiem kto by przegrał, a przy niepewnym wyniku to ja się nie zakładam :)
Sam koncert trudny do opisania. Ogromne emocje w drugim rzędzie pod sceną. Bliskość muzyków, cała ta atmosfera. Dudnienie w piersi, bo dźwięk odbiera się całym ciałem. Uwielbiam. Jednocześnie obrona przed bardziej rozhulaną publicznością, co skutkuje dzisiaj ogólnym bólem wszystkich mięśni, siniakami i fajnymi wspomnieniami. Wiem, że to paradoks, ale ja nigdy nie byłam konwencjonalna. Nawet, powiem Wam szczerze, miałam ochotę wdrapać się na scenę i skoczyć w tłum. Wiem, że nic by się nie stało, jednak wspomnienie jednego koncertu Illusion z 1992 roku, kiedy to jeden gość skakał ze sceny i tłum się rozstąpił, a skaczący wylądował na podłodze jakoś mnie ostudził w zapędach. Ale kto wie, kto wie :)
W każdym razie taka dawka adrenaliny, hałasu, emocji wyzwoliła siły. I o to mi chodziło.
Dzisiaj co prawda trochę wszystko boli, ale znaczy, że żyję.
Polowałyśmy nawet na autografy, ale z braku sprzętu (długopisu) i z powodu kąpieli muzyków nie udało się.
W każdym razie widziałam jak wygląda catering dla gwiazd :)
No dobrze, a teraz wracam do dnia dzisiejszego i idę polować na rabarbar. Bo wczoraj na spotkaniu jadłam rabarbarowe crumble i chcę jeszcze!!!
A wyglądam jak zmora, bo...tusz mi się posypał i niczym nie schodzi. Trzeba zainwestować w lepszy :) Włosy natomiast mam uroczo rozczochrane i nie mam zamiaru ich czesać. Żeby zawsze mi się tak układały!
Na dziś:
Biohazard - Tales From The Hard Side
No bo cóż innego mogłoby być. Panowie są w niesamowitej formie.
Dzisiaj będzie o Kudłatej.
Trochę jej obrobię ...tyły. A co, niech ma.
Dzień dzisiejszy odbił się szerokim stresem wśród rodziców i młodzieży. Nie echem, stresem właśnie. Drżą ludzie i się martwią. Trochę im tego zazdroszczę. A może raczej: chciałabym wiedzieć jak to jest.
Bo mnie brakuje genu stresu przedegzaminacyjnego. Nie mam. Nigdy nie miałam. I tę właściwość odziedziczyła po mnie Kudłata.
Że dziecko jest łapiące wiedzę w lot, to wiem. Że inteligentne - również. Ale nie sądziłam, że nie zajrzy do żadnej książki przed egzaminami. Ja tam zaglądałam, doczytywałam. Robiłam notatki. Ona nic.
Wczoraj miałyśmy głupawkowy wieczór, gdzieś tak do 2 w nocy.
Odgrzewane melodie, wspomnienia i rekordy w odprężającą grę 2048.
Po czym moje dziecię wstało, zrobiło sobie herbaty w termos, bo "przecież będzie przerwa, a ja nie będę pić..." czegośtam. Nie pamiętam, co ich wychowawczyni dla nich ma.
Zjadła śniadanie, odpicowała się i poszła.
Minęło trochę czasu i wróciła.
Od progu uśmiechnięta od ucha do ucha, z okrzykiem na ustach, że "prościzna!". Opowiedziała co było, jak napisała i...poszła sobie.
A, i wspomniała coś o tym, że mało nie spowodowała dwóch wypadków, bo...kierowcy się na nią gapili.
No bo kto na egzaminy idzie w ganach i krótkiej spódniczce?
Wyglądała trochę jak japońska uczennica, brakowało jej tylko kolanówek.
Na dziś:
Azyl P. - Mała Maggie
Na wspomnienie wczorajszych wariacji.
Lubicie dreszczyk emocji?
Takie mrowienie, zamęt w głowie, nieopisane uczucie, które towarzyszy ważnemu wydarzeniu.
Takiemu, na które czekacie z niecierpliwością.
To ja tak mam. Czekam na sobotę.
Ale po kolei.
Pamiętacie moje przygody z szukaniem klubu, glanami i machaniem dynią.
No to teraz będzie powtórka. Z przytupem.
W sobotę gra zespół z mojej młodości. Znaczki wymalowywało się na piórnikach i okładkach. Na plecakach. Na spodniach, trampkach i nawet na kalendarzu ściennym, mówiącym o ... zdrowiu.
Panie i panowie, w ramach serii koncertów po Europie, pt.: REBELLION TOUR, zagrają Madball, BIOHAZARD, Wisdom In Chains, Devil In Me, Final Prayer.
I ja tam będę.
Zgodnie z dewizą Kudłatej: "Trzeba iść na koncert ***, bo to już stare dziadki są i nie wiadomo, czy będzie druga okazja".
O ile dziecko pożyczy mi glany ;) Bo opowiedziała mi scenkę:
znajomi pytają kto idzie na Biohazard. Na co Kudłata odpowiada: ja pilnuję brata, a mama kazała mi wyczyścić glany..
*** wstawiamy nazwę jakiegoś zespołu z młodości
Ale żeby nie było tak różowo, walczę właśnie z zatokami. Ja się nie poddaję, a one puszczają. W sumie wyjęta z życia byłam od środy do dzisiaj. Jutro idę po antybiotyk.
W międzyczasie straciłam głos dwa razy, miał być katar, ale sobie poszedł, bo też się nie poddałam. Dreszczyki też miałam.
Tak więc wychodzi na to, że mam alergię na święta. W grudniu też zdychałam.
Czas płynie szybko, ale to nic nie szkodzi. Bo to zawsze bliżej do następnego spotkania.
Taka sprytna jestem. Uknułam plan. Przejadę wszystkie trasy polskim busem. Jak dobrze pójdzie zwiedzę i Berlin i Bratysławę. I Pragę, o której marzę, a którą widziałam z góry, wracając samochodem spod Pilzna.
Tydzień minął. A mnie tak jakoś tęskno. Bo lubię takie zamieszanie, poznawanie, rozmowy.
I nieważne ile wersji opowieści o spotkaniu było.
***
Zaraz będą dwa.
A ja piszę i piszę i skończyć nie mogę, rozwinąć tematów, opisać tego co mi chodzi po głowie. Taki jakiś zamęt.
Do tego stopnia, że..
Ale od początku.
Zapisałam się do endokrynologa w listopadzie. Wizyta umówiona na 8.04. Teraz już wiem, że na 8.
Ale od tego nieszczęsnego listopada po głowie mi chodziło, że 9.04.
Wiedząc, że już kiedyś miałam problem z datą, niejeden nawet, zadzwoniłam w zeszłym tygodniu upewnić się, czy aby na pewno dobrze pamiętam. Nawet sporządziłam notatkę klasyczną z tej rozmowy. Tak, 9.04.
No to jadę sobie dzisiaj. Oczywiście zwiał mi jeden tramwaj, a ja pełna rozpaczy, że się spóźnię (czytaj: miałam spory zapas i nawet ze zwianym tramwajem byłam pół godziny przed czasem...). Dojechawszy na miejsce, zostałam zaskoczona (ironia) przez kwiecień-plecień. A to dlatego, że wczoraj pozalewało piwnice, sypnęło gradem i śniegiem i były dwie burze, a dzisiaj ścigało się ze słońcem. Więc jadąc autobusem oglądałam promienny, słoneczny krajobraz, a wysiadając zostałam przywitana ulewą i czułam jak mi przemaka wszystko, oprócz butów, bo przezornie założyłam odpowiedni obuw. Doszłam do przychodni i znów wyszło słońce...
Ale wracając do tematu.
Podeszłam do pani w rejestracji. Z daleka słyszałam i widziałam ją w akcji. Strach w oczach normalnie. Ale jak to ja, promiennie i z uśmiechem..
- dzieńdobryjadoendokrynologa na 15.15
-...nie mam pani
- jak to?? (w oczach musiało mi się pojawić coś na kształt zgrozy, rozpaczy i przerażenia, bo pani poszła coś przeczytać)
- pani była na wczoraj. Proszę, była pani tu, pierwsza.
Ale ponieważ oprócz mnie nie przyszły dwie osoby po mnie, można było wywnioskować, że coś nie tak.
No to wytłumaczyłam, że dzwoniłam tydzień temu i dostałam potwierdzenie, że 9.04 i co ja mam teraz???
O dziwo. Pani założyła kartotekę, powiedziała, że widzi, że ktoś tu nie przyjdzie, po czym dała mi numer....1.
Chyba mam więcej szczęścia niż rozumu.
Powiem Wam niewiele. Nie zdradzę wszystkiego, nie pokażę zdjęć.
Ale najważniejsze z tego co mi się przytrafiło to to, że spotkałam cztery cudowne osoby, spędziłam z Nimi czas, którego było za mało, mało mało. Czuję ogromny niedosyt.
Ewo, Frytko, Adamie i Desperku - to był dla mnie zaszczyt i ogromna frajda śmiać się z Wami, rozmawiać i poznać Was przede wszystkim.
Dziękuję za wszystko.
A teraz trochę jak się wszystko odbyło.
Ledwo przybyłam, a tu dzwoni Tygrys na kontrolę.
Potem szybkie grabienie ogródka. Wiecie, obowiązki to obowiązki. Oczywiście nie ja, co to to nie. To Młody. Jeśli chcecie mieć wiosenne porządki z głowy, to czekam na zaproszenia, wiecie, wpadamy, jemy śniadanie i ogródek zagrabiony.
A potem zrobiłam sobie siniaka na prawym boku, bo jestem delikatna dziewczynka, a wgniotło mnie w prawą barierkę. Chciałam znaczy być pierwszą, która przejdzie tunel śmierci bez zataczania, ale nie udało mi się. Błędnik nie współpracował i już. I nie byłam pijana. Ani zmęczona. Niepojęte.
Potem wytropili nas agenci 007 i 008. a raczej Dempsey i Makepeace (na tropie) [pamiętacie ten serial? Uwielbiałam]. No i skończyły się szaleństwa, bo Frytka na obcasach. Ale Młody wspinał się na żyrafę. Frytka nie chciała, bo po przymiarkach wyszło, że uprząż pogniecie jej spódniczkę. Na upartego weszłaby bez chwytów, wbijając tylko szpilki tam gdzie trzeba i przewieszkę też by zaliczyła.
W każdym razie Młody w połowie pierwszego wejścia obraził się na pana i krzyczał, że nie da rady, spada i takie tam, po czym pan wydał rozkaz: lewa noga, prawa ręka i młody wbiegł na samą górę. Potem drugi raz. Próbował z panią podobnego numeru z fochem i łamiącym się głosem, ale też się nie udało. No bo jak stoi pięć osób i wykrzykuje różne: ty nie dasz rady? nie pękaj! dalej do góry i tym podobne, to jak miał nie wejść. Rozochocił się nawet.
A potem czekoladaaaaaa...z bagietkami i łososiem... A zastanawiajcie się co to było. Hehe.
Był strach, że drzwi zabierzemy ze sobą, ale nie było takiej potrzeby. Siniaka na czole Młody też nie ma.
Później był krótki spacer i powiem Wam, że takie czasy nastały, że trzeba łapać pracę pierwszą lepszą. Naczelny Bramkarz Tego Kraju W Stanie Spoczynku jest chyba ochroniarzem w Ogromnym Centrum Handlowym Centralnej Polski. Tak mi się wydaje, bo jeśli spotyka się faceta w garniturze kilka razy, bez żadnych zakupów to co sobie można pomyśleć? Żałuję, że nie miałam jakiegoś notesu na autografy.
A potem zostałam wywieziona w siną dal. I cieszę się bardzo, bo przywiozłam sobie coś takiego, czego szukałam od jakiegoś czasu. a mianowicie...nie nie, nie kartki pocztowe. Nie. Chociaż pierwsze pytanie Kudłatej to jakie kartki przywiozłam. Nie było czasu, no.
No więc przywiozłam......
........................................... 2 KILOGRAMY SOLI KAMIENNEJ!!!!!
Jestem dumna i normalnie zostawię sobie na pamiątkę opakowanie!
I tym optymistycznym akcentem chyba kończę i udaję się na spoczynek.
Dobranoc.
PS:
Tygrys - woda w polskim busie spuszcza się sama. Po wyjściu z przybytku zwalnia się rzeczony obiekt po jakimś czasie.
No i polski bus jest od teraz moim najukochańszym środkiem lokomocji. PKP - zrywam nasz związek!
Dobranoc.
Dzisiaj mam do Was ogromną prośbę.
W imieniu mojego przyjaciela, z którym miałam okazję spotkać się dzisiaj.
Kupcie książkę w szczytnym celu.
Dochód zostanie przeznaczony na wyjazd jego córki do Tajlandi, w ramach międzynarodowej wymiany AFS.
Koszt książki, wraz z wysyłką i autografem to tylko 35 zł.
Zuza i jej tato bardzo proszą i będą wdzięczni za pomoc.
Ja również.
Dodam, że książka nie jest o bankowości, ale o pracy w banku, trochę ironiczna, oparta na doświadczeniach autora, dająca do myślenia.
Liczę na Was. Wszelkie pytania poproszę na e-mail: natthimlen@gmail.com
Pędy rozróżniamy różnorakie.
Pędy roślinek, usilnie szukające dobrych warunków do życia, jak na przykład Stefan, który jest trochę wysoko i jak mnie pędem przez łeb, albo suchym liściem nie potraktuje, to zapominam dostarczyć mu życiodajnej wody. Staram się. On też się stara. Przeżyć.
Albo taki gąszcz czosnkowego szczypioru. Świetna sprawa. Wsadziłam do doniczek w sumie 4 główki czosnku, podzielone na ząbki i mam mnóstwo pysznego szczypioru o smaku czosnkowym. Polecam.
Ale generalnie mam na myśli pęd innego rodzaju. A mianowicie pęd ku przyszłości. A raczej pęd ku czemuś. Albo raczej zwykłe szybkie biegnięcie czasu, skrócony dzień, noc zresztą też.
Zaczęło się. Ten tydzień mi się wykluwa w takim właśnie pędzeniu.
No bo tak. Wczoraj jakoś znośnie było, ale z wizją dzisiejszego bladego świtu. Więc już tak miło i sympatycznie nie było, bo od niedzieli padało. Skończyło całkiem niedawno.
No i zerwawszy się dzisiejszego ranka o 5.00 ruszyłam z miejsca. Czyli o 6 autobus. Circaabout o 6:45 na miejscu. I czekanie.
Jako że Kudłata wybiera się do technikum, trzeba było załatwić w medycynie pracy zaświadczenia. Byłyśmy pierwsze. I zaowocowało to jedynie 1,5 godzinną motaniną między gabinetami neurologa, okulisty, pielęgniarki i lekarza ostatecznego, który przyjmuje od 7, miał być na 8, a zjawił się o 8.15.
Neurologa wprawiłyśmy w osłupienie wyborem kierunku (jednego z dwóch, ale oba wprawiają w osłupienie), po czym lekarz ostateczny przeprowadził wywiad z Kudłatą, a mianowicie dialog wyglądał mniej więcej tak:
- o, KSU na koszulce
- .... (jakieś mruknięcie młodej połączone z uśmiechem - nie zarejestrowałam, bo ciężko dzisiaj łapię)
- a glany gdzie kupiłaś?
- w Poznaniu
- a, bo myślałem, że gdzieś tutaj. Jest taki sklep...siódemka, ósemka?
- trzynastka
- a, no właśnie, ale co? Tam nie było? Jakość nie odpowiada?
- no nie
Koniec wywiadu.
Zaświadczenie jest.
No a jutro. Jutro spotykam się z kolegą z czasów liceum. Będzie ciekawie, mam nadzieję.
A czwartek i piątek będą wyjęte z życiorysu, bo mam roboty po kokardki. Na dodatek w piątek już się ukierunkowuję na południe i wybywam w kierunku dworca autobusowego.
A potem to już same przyjemności :)))
Na dziś:
30 Seconds To Mars - A Beautiful Lie
Tak mi gra od kilku dni...
Tygrys żyje i ma się dobrze, więc i Wy przeżyjecie.
Poza tym, właśnie słucham przebojów lat 80 i leci Duran Duran, a przed chwilą leciało Last Christmas, więc proszę mi nie imputować, że zaraz będę się żywić nietoperzami.
No więc jestem jak kameleon.
Słucham:
- metalu
- punka
- reggae
- jazzu
- rapu
- popu
- poezji śpiewanej
a nawet muzyki poważnej.
Fryciu, Bednarek się łapie. Zresztą, zabieram ze sobą naleweczkę, więc cokolwiek puścisz, damy radę.
Emko kochana, byś się wstydziła! Instrukcję obsługi! Phi!
Pozbierałam się już. Od środy trochę mi zeszło, zanim tempo poruszania się wróciło do normy.
Jak wspominałam, w środę ćwiczyłam pierwszy raz. Ale to nie ćwiczenia były przyczyną mej niemocy.
Przyczyną był koncert. Mały, kameralny...głośny...metalowy. Coś, co misie lubią najbardziej. Miodzio, jednym słowem.
Miałam tam chyba najkrótsze włosy. A nie, basista był lepszy. I perkusista też. Ale powiedzmy, że poza zespołem to ja. No i to ja pierwsza zaczęłam się udzielać. Nawet kumpela metalówa - niegdyś, na początku się czaiła. W każdym razie mimo krótkich harów dynia latała i ... zaraziłam ich wszystkich! Sobie wyobraźcie, że nadworny fotograf zespołu strzelał nam fotki. A potem wskoczyłyśmy w pogo. Trochę boli mnie ramię, ale siniaki już schodzą.
No i nie od ćwiczeń, a od machania dynią, boli mnie kark!
No bo jak nie machać, kiedy chłopcy tak ładnie zapodawali nuty. Tak w kierunku Sepultury, a nawet wysłyszeć było można Illusion z pierwszej płyty. Ach! To już wiecie gdzie będę spędzać wieczory.
Ale.
Jest mi strasznie wstyd.
Musiałam zajumać córce koszulkę, glany i skórę! No żeby jak człowiek wyglądać.
No i zemściło się na mnie, oj! zemściło.
Ale od początku.
Zapytałam Kudłatą (tak, to kolejny wstyd!!!!) jak dojechać do klubu. Zadeklarowała, że mnie odwiezie. Mój pierwotny plan - podjechania pod sam klub! - storpedowała, bo ona wie lepiej. Se pomyślałam, to ja nie będę się kłócić, bo skoro tam była, to chyba wie...O naiwności!!!!!! Nie dość, że pomyliła kierunki, to jeszcze przegoniła mnie po górkach i dolinach jednego parku.
No i niestety, obtarłam sobie pięty. Dzielnie szalałam na parkiecie, trzymałam się nawet całą drogę do domu, ale kiedy wysiadłam na przystanku, zatoczyłam się jak klasyczny żul. I tak już szłam do domu. Dobrze, że była noc i jedna pani z pieskiem szła po drugiej stronie. Pies nie szczekał, więc może nie zauważyła, że ledwo idę, zatrzymując się co chwilę.
W domu oczywiście ani centymetra plastra, więc pozostało mi posmarować rozwalone bąble tribiotikiem i pożyczyć sobie plasterki z małą Mi.
Klęłam na czym świat stoi.
Na drugi dzień wywiad: o której wróciłaś, ile piw wypiłaś i kto ci pozwolił trzy??
Strasznie ciężko być metalówą w moim wieku. Ale kupię sobie swoje osobiste glany. I wtedy zobaczymy!
Chciałam napisać o wewnętrznym spokoju, jaki osiągnęłam. Nie żałuję, nie męczy mnie już rozstanie z moją przyjaciółką, dwa lata temu. Co prawda wczoraj przypadek sprawił, że natknęłam się na jej komentarz, a potem, już nieprzypadkowo obejrzałam jej profil. Powróciły wspomnienia i zaczęłam się zastanawiać, dlaczego stało się tak, jak się stało. Potem jednak porozmawiałam z jedną bardzo ważną osobą i doszłam do wniosku, że nie, nie żałuję, nie boli. Mam spokój. Ja zrobiłam wszystko, co mogłam. To nie jest bierne poddanie się, to własnie ten spokój. Spokój, którego ludziom brakuje. Rozpamiętują i drążą, rozdrapują i rozkopują to, co powinno dawno już odejść. Zastanawiam się po co. Teraz jest teraz. To najbardziej realny czas i miejsce. Tym tutaj i teraz trzeba się zajmować, nie tym co było - niech pozostanie w dziale było minęło i jest niezmienialne, i nie tym co będzie - bo będzie to, co sobie teraz i tutaj wypracujemy. Czekałam na takie będzie. Czekałam na kiedyś. Zmarnowałam mnóstwo czasu. Próbowałam zaczarować przeszłość. Nikomu się to nie udało. Mi też nie. Aż w końcu pojęłam, że jestem tu, w tym miejscu, dzisiaj, teraz, nie od jutra i nie od za tydzień.
Ulga. Odeszło mnóstwo problemów, które już, albo jeszcze nie istnieją.
Owszem, mam marzenia. Mam ogromne marzenia. Do spełnienia. Ale zaczęłam iść do nich teraz. Nie jutro. To wielka różnica. Nie czekam na nie. Idę do nich, torując sobie drogę. Bo marzenia nie spełniają się same. Jeśli nie zrobi się nic w kierunku ich spełnienia, to się nie spełnią. To takie oczywiste, ale często o tym zapominamy, czekając.
I tak, kupiłam bilety do Łodzi. Tak, jadę spotkać się z dwiema, a może trzema osobami, którym zawdzięczam tak dużo. Wróć! Spotkam się z czterema osobami! A może pięcioma. To się jeszcze okaże.
Frytka już wygadała, to co będę ukrywać. (Tak naprawdę to chodzi o to, żeby się przejechać Polskim Busem :) ). Więc spełni się moje marzenie.
Właśnie skończyłam ćwiczyć. Tak, przyznaję, odkładałam to z dnia na dzień, znajdowałam milion wymówek, bo przecież od jutra będzie lepiej. Nie. Dzisiaj po prostu zabrałam się za to. Było ciężko, ale w końcu było. Uważam to za ogromny mój sukces i początek ścieżki do realizacji marzenia.
Żeby nie było łatwo, zostałam nakryta przez Kudłatą. W pozycji niezbyt reprezentacyjnej. Otóż z wypiętym tyłkiem na zachód (nie nie, nie jestem po złej stronie mocy, tak wyszło akurat). Nie zraziło mnie to.
Kolejny krok naprzód to szukanie rozwiązania dla realizacji mojego pomysłu na własny biznes, aczkolwiek to będzie najtrudniejsze ze wszystkiego. Ale nie znaczy, że niemożliwe. Nie będę jednak o tym pisać, bo to zbyt skomplikowane sprawy.
Tak więc tu i teraz dzieje się sporo. Tu i teraz w mojej głowie.
Poza tym powiedz życzenie, a świat je spełni. Wczoraj pomyślałam o wyjściu z domu, wieczorem, gdzieś posiedzieć. I może dwie minuty po pomyśleniu o tym, odezwała się kumpela z propozycją wyjścia na koncert do klubu. Nawet przez sekundę się nie wahałam.
No to: witaj świecie!
Na dziś:
Alison Moyet - Is this love?
Oglądałam teledyski z nowymi kawałkami. Może i Alison wygląda teraz jak szprycha, ale...głos już nie ten. Może brzydko powiem, ale zabrakło pudła rezonansowego. Zmieniła się barwa i charakterystyczne to coś.
To zaś niezmiennie kocham :)))
Pogoda się zmieniła, niż nadciągnął. Niektórych załamał, inni, jak na ten przykład ja, mają to w nosie. Nawet bym się nie bała użyć zwrotu: lubią to!
Lubię. No tak mam i już.
Wczoraj dokonałam odkrycia. Statystycznego też, ale o dalszym ciągu za chwilę. Jednak jeszcze innego.
Zawsze robiłam jabłecznik, jak mama przykazała, na kruchym spodzie o w ogóle. Nuda.
Ale zerknęłam, jak co dzień, na główną onetu, szybko sprawdziłam co na przednówku w lodówce jest i upiekłam. Taki, co się go z lodami i bitą śmietaną w kawiarni je. Normalnie oniemiałam z wrażenia, że też taki umiem i że wyszedł pyszny.
Za to dziś, zamiast pochwały, same pretensje! Wyobrażacie sobie?
- Bo ja tylko dwa kawałki zjadłam!! (to Kudłata. Ale kto wychodzi, ten se szkodzi, nie?)
- Czemu nie ma ciasta? Ja tylko dwa trzy kawałki zjadłem!!! (to Młody. Ale kto go tam wie, ile tych kawałków wpędzlował, zanim me oczy ostrość widzenia uzyskały, po podniesieniu powiek.)
No ja też zjadłam dwa. Podzielcie sobie koło na 6. Mniej więcej.
A czemuż powieki takie ciężkie miałam?
Z powodu tańcowania z miotłą o 3 nad ranem.
A czemuż to z miotłą się zabawiałam?
A bo sąsiadka z góry, co prawda nie odkurzała, ale ma krzesło, które z częstotliwością co jakieś 15 minut suwa po gołej podłodze i możecie sobie wyobrazić, jak to działa na kogoś, kto właśnie zapada w sen.
Albo coś spadało. I tak o 2.58 chwyciłam za miotłę, bo nie chciało mi się dresów szukać (dresy o tej porze zwykle śpią, pozdrawiam osiedlowych dresów, tych palących z mojej klatki nie pozdrawiam. I tak mają mnie za dyktatora. Oraz kultury im brak.) i przebierać piżamy, żeby iść i zrobić awanturę. Miotłą zaś potraktowałam sufit, trochę się bojąc, żeby mi tynk nie spadł.
Wpadłam na dwa pomysły.
Pierwszy, zaniosę im filcowe podkładki. Dam jej mamuni z zapewnieniem solennym, że jeszcze raz i będę dzwonić po policję.
Drugi, przejdę się jutro do pana Dzielnicowego i zapytam co z tym fantem zrobić.
Trzeciego pomysłu nie wdrożę, gdyż o 3 nad ranem umysł podpowiada pomysły raczej rodem z książek, po których człowiek boi się spać.
Wracając jednak do statystyki.
Otóż stało się. Nie tylko chciał przelecieć.. Zobaczcie sami...
Na dziś:
Sophie B. Hawkins - Damn I Wish I Was Your Lover
Nie dość, że mnie wsysła dziura zwana Greatest Hits 80' to jeszcze sobie przypominam takie hiciory.
Że kłamie to wiadomo. Bezduszna jest, nie uwzględnia uczuć, nie ma wątpliwości. Statystycznie rzecz biorąc, jeśli jedna na dwie kobiety jest bita, to po połowie obie dostają łomot. Znam statystykę od podszewki, miałam piąteczkę, umiem wyliczać mediany i inne wyważone. Ale nie o tym w sumie chciałam.
Zachciało mi się sprawdzić słowa kluczowe, po których trafiają tutaj ludzie nie z linków, czy swych ulubionych.
I opadła mi kopara.
Klasyczny szczękozwis.
Bo...
..ktoś tu trafił po słowach wpisanych w wyszukiwarkę:
chciałbym przelecieć szwagierkę
Czy ja kiedyś pisałam o lataniu i szwagierce? niejako w jednym kontekście? Nie przypominam sobie i chyba nie.
Ale chyba częściej będę sprawdzać te słowa kluczowe.