piątek, 23 lutego 2018

[355]. Szpital

No to czeka nas w przyszłym tygodniu. Młody kładzie się na dwa, trzy może dni. Taki mały problem, który mógłby być wielkim w przyszłości.
Jestem zaskoczona: konsultacja w czwartek, zapis do szpitala w czwartek, badania dzisiaj, termin - przyszły wtorek. szybciorem! Jak nie z tej planety. Inna sprawa, że nie mieli, po kolei na każdej ścieżce, zielonego pojęcia co zrobić z faktem odczulania, które niedawno rozpoczęliśmy. Sprawdziłam u naszej alergolog i wyszło, że luzik. No to luzik. Oby ten luzik miał też anestezjolog.
Ale Młody mnie zaskoczył. Na wieść o znieczuleniu ogólnym i usypianiu do zabiegu, w domu przeprowadził ze mną rozmowę z serii: a co będzie jak się nie obudzę i czy nie lepiej znieczulenie miejscowe. Wiecie jak ciężko dyskutować z dzieciakiem, który za dużo wie? No i się poryczał z emocji i nie mógł spać. Bo przeżywał, że dzisiaj musi być na czczo.
Na EKG dzisiaj leżał grzecznie, ale oczywiście wdał się w dyskusję z panią doktor.
Poza tym chyba głupi ma wielkie szczęście. Udało mi się zapłacić kolejny zaległy czynsz. Teraz będę na bieżąco i to bez alimentów. Których jeszcze nie ma.
Trzymajcie kciuki za pracę. Niech też się znajdzie odpowiednia.


Na dziś:
Coma - Spadam


wtorek, 20 lutego 2018

[354]. A tak jakoś

Żeby nie było.
Nie mam depresji. Ani smutku.
Jest we mnie mega złość. I już wyjaśniam na co.
Zła jestem na płatnika. Alimenty trzeci miesiąc bujają gdzieś tam. Komornika zmusiłam do działania strasząc, że zmienię kancelarię na bardziej skuteczną. Zobaczymy czy to podziała.  Ja, jak to ja, staram się nie utonąć i daję radę, bo przecież jak nie ja, to kto. Skończyłam co prawda dorywczą pracę, bo to nie na moje nerwy i siły, ale nie jest tak źle. Ogólnie mówiąc aż się dziwię, że jest jak jest, bo porównując teraz i okres przed poprzednią pracą, to przepaść jest jak rów. Może nie Mariański, ale taki, którego przeskoczyć na raz się nie da. I mam wrażenie, że pracy jest mnóstwo. Dla Ukraińców, którym można płacić mało. Dla tych z orzeczeniem, bo dostanie się dotację. A dla takich "normalsów" jak ja, z doświadczeniem, ale bez papierów - ni chu chu.
Czyli żyję.
Moja IO mnie wkurza. I hashimoto. Wkurzają mnie altmedy. I ludzie piszący w internetach bzdury. A najbardziej wkurzają mnie ci, co piszą bzdury w książkach.
Wkurza mnie brak korzystania z elementarnej wiedzy przez ludzi, zdobytej w szkole podstawowej i ogólna tendencja do czerpania wiedzy z podejrzanych źródeł.
Wkurza mnie niski poziom energii. Najśmieszniejsze jest to, że chce mi się dużo, ale jak przyjdzie co do czego.. ręce mi opadają.
No ale.
W styczniu, w swoje urodziny, obcięłam włosy. Było ich tyle, że poszły do fundacji Rak'n'roll.
Schudłam 5 kg.
Dałam się namówić na krewetki*
Wiem, że nie przepadam za sushi**
Nauczyłam kilka osób jeździć na nartach (a raczej wytłumaczyłam co i jak), czym zyskałam szerokie uśmiechy w podzięce oraz złowrogie błyskawice od instruktora na stoku. Zupełnie nie wiem dlaczego.
Naraziłam się rodzicom jednego gieroja na lodowisku. W kolejce do wejścia sprawiał wrażenie, że jest takim łyżwiarzem, że mógłby zdobyć złoto na mistrzostwach, po czym po lodzie jeździł z pingwinem. I nie to jest najgorsze. Ale jeździł w niezawiązanych łyżwach. Dzieciak lat około 10. Dojechał do nas jego tatuś i mówię mu, że on sobie zaraz nogi połamie. Na co usłyszałam, że on mu nie zawiąże, bo chłopaka bolą nogi! Masakra.

A poza tym mam plany!

I cieszę się bardzo, że tu zaglądacie. Postaram się więcej nie smęcić, bo przecież jest naprawdę fajnie.
No poza kilkoma cieniami.

* krewetki kojarzą mi się ze smrodem w sklepie rybnym w Szczecinie, do jakiego zabrała mnie ciotka i widziałam tam pierwszy raz w życiu krewetki, to było gdzieś tak w 1978 roku. I wtedy też pierwszy raz jadłam tosty z pieczarkami i serem, ale to tylko dygresja :)
** jadłam, ale wiem, że to nie moja bajka. Tak samo jak zupy azjatyckie.



sobota, 3 lutego 2018

[353]. Jeszcze nie początek.

Zwolnienie, jak zwolnienie, skończyło się wszystko. Znaczy skończyła się praca.
Jak jest? Tak sobie. Nie jest najgorzej, ale jestem w punkcie wyjścia.
Szukam swojego miejsca, na razie dorabiając w pewnym miejscu, żeby mieć za co żyć.
Bo alimentów nie ma już dwa miesiące. Komornika opierdzieliłam z góry na dół, zresztą nie tylko jego. Rozmowa smsowa z płatnikiem alimentów, bo były maż nie przechodzi mi przez usta, przyniosła mi dodatkową wiedzę: jestem pazerna, bo chcę alimenty na dzieci. I pies ogrodnika. I jestem głupia i zawistna. Także ten. Jeśli ktoś się dziwi, że jestem sama i nie śpieszy mi się szukać faceta, to już wiadomo dlaczego.
Co jeszcze. 
W grudniu byłam u endokrynologa. Nowość taka, że nie mam już tarczycy. Leczymy insulinooporność. No to z czytania o hashimoto (jedna książka tak mnie zdrzaźniła, że miałam ją ochotę wywalić) i prób ułożenia wszystkiego w głowie przeskoczyłam na IO i rozjaśniło mi się wszystko. Na urodziny od przyjaciółki dostałam książkę, która z jednej strony naprowadziła mnie na dobry tor, a z drugiej wkurzyła nieziemsko. Tak, zakipiałam. Bo gdyby ktoś mi te 8 lat temu powiedział o co chodzi i co z czym i dlaczego, dzisiaj pewnie miałabym wszystko jak należy. A tak sama, metodami prób i błędów musiałam dojść do sedna. Dzisiaj odebrałam jej uzupełnienie o dietę. Teraz przede mną zmiany przyzwyczajeń, nawyków, sposobu żywienia. Już widzę efekty po kilkunastu dniach, ale na spektakularne widoczne gołym okiem zmiany będzie trzeba poczekać. Cóż, poczekam. Straconego czasu nie nadrobię w tydzień. Ani miesiąc. Ale wszystko w swoim czasie.
Inna sprawa, że endokrynolog, który też rzucił kilka haseł, ale już wiedziałam o co chodzi, był nieziemsko przystojny. Dla takiego gościa warto się leczyć ;)
Co jeszcze? 
Porządki, wszędzie porządki. W życiu, w gratach, w głowie.
Dużo muzyki. I książek. 

Shinedown - How did you love



 

czwartek, 7 grudnia 2017

[352]. Koniec.

Należy się ciąg dalszy zmian. A raczej ich zakończenie.
Musiałam nieco przetrawić, przemyśleć, poukładać sobie.
I teraz mogę opowieść snuć dalej.
Na czym to ja skończyłam.. a! na podwyżce, którą dostałam, po długiej walce.
Podwyżkę miałam przez jeden miesiąc. Potem przyszło zwolnienie.
A teraz po kolei.
Kiedy znalazłam pracę i dostałam się na staż, też po wielu bojach, nie opuszczało mnie ani na chwilę uczucie zagrożenia. Byłam na tyle sprytna i szybko nauczyłam się kluczowych rzeczy, które ciut pomogły mi w utrzymaniu pracy. Miałam dwa znaczące zachwiania: kiedy zatrudniono żonę, a potem kuzynkę. Żona zaciążyła, więc nie zdążyła mnie wygryźć, a kuzynka okazała się, przepraszam za określenie - tępą dzidą, która nie ogarnia niczego, łącznie z obsługą przeglądarki.
Moja pozycja rosła, wiedza rosła, obowiązki rosły. Aż wszystko pękło.
Podwyżka była pretekstem do szukania nowego pracownika. No i znalazła się jakaś tam znajoma. Faktycznie ogarnięta. Fajna dziewczyna, liczyłam na wsparcie, podział obowiązków, działanie w teamie. Z pomocą góry. Tak zresztą miało być.
Niestety.
Od chwili podwyżki zaczęło się kumulowanie mojej pracy, wrzucanie mi więcej i więcej zadań, zero wsparcia, traktowanie jak powietrze. Nietrudno w takim stresie i natłoku zapomnieć o jakiejś pierdółce, o drobiazgu. Zapomniałam. Przyznaję. Nie mając wsparcia w postaci magazyniera, który gdyby był, dałby znać czego brakuje, przeoczyłam kilka drobnych rzeczy.
I przyszedł moment gdy po 2 tygodniach wróciły siły robocze. Miałam 3 dni na ogarnięcie całości, czyli czterech nadchodzących montażów, cały czas robiąc wyceny następnych projektów, robiąc zamówienia na kolejne trzy, na teraz zaraz już. Oczywiście latanie do magazynu zaowocowało przeziębieniem. Potężnym. Ale przecież trzeba ogarnąć. Dwa dni. I wiadomość najgorsza - pogrzeb. To tym bardziej musiałam przed wyjazdem ogarnąć całość. Prawie się udało.
We wtorek przed wolną środą (wyjazd na pogrzeb) było zebranie. Zabrano mi wszystkie kluczowe wyceny. Dostałam jasny przekaz, że sorki, teraz mamy kogoś, kto ogarnia i już nie jesteś potrzebna. Oczywiście miałam pomagać, uczyć, służyć wiedzą. Zaskoczyło mnie to bardzo.
Pojechałam w środę i zaczęła się masakra. Wyszły dwa drobiazgi. W czwartek nie dałam rady, ledwo zwlokłam się z łóżka do lekarza. Usłyszałam, że mam se ze sobą zrobić co tam chcę, bo w firmie problemy. Po czym zabrano wszystkie inne moje tematy.
Od tej pory jestem na wypowiedzeniu.
Odebrałam kilka zaskakujących telefonów od handlowców, których obsługiwałam.
I myślę, że nie ma tego złego..
A co teraz? A próbuję przeżyć.



czwartek, 19 października 2017

[351]. De łol

Tak przewrotnie nazwałam wieści z frontu.
Otóż.
Zostałam kierownikiem działu handlowego. Ale po kolei.
Walczyłam o podwyżkę. Tak od kwietnia. Uczyłam się w tym czasie asertywności, narastał we mnie wqrw i bunt, oraz przekonanie, że beze mnie ten burdel nie pojedzie dalej. Pewnie by pojechał, bo co tam ja. Ale na jedynce, a nawet na wstecznym przez długi czas.
I tak sobie artykułowałam swoje marzenia co do wysokości pensji, i tak zaniżone według ludzi z branży, ale coś tam działo się w mojej głowie.
Przy okazji odpowiedzialność rosła, obowiązki kumulowały się w zawrotnym tempie i tak naprawdę kierownikiem to ja jestem od stycznia. Tylko teraz oficjalnie mogę komuś wydać polecenie służbowe. Oraz tupnąć nogą.
No i nastały dni (!), kiedy to rozmowy nasiliły się, a ja uskuteczniłam ofensywę. Ja przeciwko trzem osobom. Szefom znaczy.
No i wyglądało to tak, mniej więcej, żeby nie nudzić:
- dowiedziałam się, że co z tego, że mam 5 razy więcej obowiązków, skoro dalej pracuję 8 godzin,
- popełniam błędy, ale jesteśmy ludźmi. chciałam się już poprzepychać na to kto, ile i jak kosztownych popełnił, ale odpuściłam, po rejteradzie jednego z szefów z pola dyskusji,
- a poza tym o co mi chodzi, bo przecież oni starają się, żeby była dobra atmosfera w pracy.
To była jedna rozmowa. Bo w końcu udało mi się dorwać całą trójcę razem i posadzić w konferencyjnej.
Kolejne dwie to było: myśleliśmy, że się ucieszysz z propozycji (byłoby na waciki, ale jestem niewdzięczna i wybredna), oraz: nie, nasza propozycja jest ostateczna.
Na to dictum powiedziałam, że moja także, więc przyniosę jutro wypowiedzenie.
I przyniosłam.
Dodam tylko, że to wszystko działo się w normalnym zwyczajnym trybie mojej pracy. Wszystko toczyło się jak gdyby nigdy nic.
Po złożeniu wypowiedzenia wróciłam do pracy, ale nastąpiła rozmowa. Pierwszy raz tupnęła nogą jedna z trójcy, której klonem zawodowym jestem, że się tak wyrażę. chyba zadziałała wyobraźnia i dotarło, że to co ja robię, jedynie ona będzie w stanie ogarnąć. Ale doba musiałaby mieć jakieś 72 godziny. Powiedziała jednak swoje i usłyszałam, że nikt nie lubi być stawiany pod ścianą. Przyznałam jej rację mówiąc, że owszem, byś olewanym i niedocenianym też nie.
I tak. Dostałam podwyżkę. Czyli zaczęłam zarabiać normalnie. Kolejny krok ku stabilizacji.
I jeszcze Wam powiem, że bez żalu widziałam się na kasie w lidlu, albo biedrze.
Ale żeby nie było, na drugi dzień stała się katastrofa..
O tym jednak w następnym odcinku.


Na dziś:
Theory - RX



niedziela, 17 września 2017

[350]. AGD

Żeby nie było, że tylko narzekam. Mam w końcu pracę, mam co jeść, jakoś daję radę. Nie jest źle.
Grzybków suszonych już troszkę mam. Kani ciut się najadłam. Jeszcze czuję niedosyt, ale mam nadzieję, że jeszcze nie koniec sezonu. Bo znalazłam genialną radę i przepis na kanie. Schabowe to swoją drogą, ale jeszcze jako dodatek do sosów. Właśnie obczaiłam młynek do kawy, bo potrzebny do tego.
A jeśli już o AGD chodzi, to mam z tym ostatnio dużo zamieszania.
Bo najpierw padła pralka. Urwały się sworznie, coś się zmieliło i koniec. Kupiłam używaną, od koleżanki. Jestem nią zachwycona, tą pralką.
Teraz padł odkurzacz. W sumie jego czas już był, bo miał jakieś 25 lat. Swoje fanaberie też miał, ale dzielnie straszył koty, a i na końcu ulicy wiedzieli, że odkurzam. Trudno, nastała cisza. I miotła. Co nie jest dobrym rozwiązaniem na dłuższą metę, bo rozpoczynamy odczulanie Młodego na roztocza. Także ten. Więc zanabyłam w necie kolejnego zelmera. Elfa tą razą, może ciut cichszy będzie.
Po odkurzaczu zaczyna odwalać suszarce. Mutację przechodzi i ma jakąś niestrawność. Znaczy coś się jej pali, ale jeszcze nie wiem co.
No i na koniec trzeba dodać, że komputer zaczyna żyć własnym życiem, a raczej nie żyć czasami.
I wiecie co?
Wcale mnie to nie skłania do lamentów: co jeszcze? czemu ja?
Ot, zwykła wytrzymałość rzeczy. I tak długo służyły.
I teraz po jednym szalonym tygodniu zaczynają się następne. Wywiadówki, spotkania organizacyjne, zebrania. Muszę w to wsadzić jeszcze siłownię i basen. I czas na odpoczynek. I rozrywkę.

Tak więc idę robić gołąbki, a Was zostawiam z moim ulubieńcem, który zagra mi za tydzień w Łodzi.

Na dziś:
Sully Erna - Don't comfort me


sobota, 9 września 2017

[349]. Plany

Zawsze sobie powtarzam, że jak coś planuję i chcę, żeby się udało, to nie mogę nikomu zdradzić czego chcę.
No i roztrąbiłam te Bieszczady, już witałam się z gąską i...doopa.
Na Bieszczady, po skrupulatnym przeliczeniu budżetu nie starczyło kasy. A to temu, że alimenty wpływają jak chcą, a w sierpniu tak bardzo nie chciały, że nie mam ich do teraz. Obeszłam się więc smakiem, wmawiając sobie, że nawet jak posiedzę w domu to będzie fajnie. Pojechałam jednak do Sis, tam se posiedziałam. I było fajnie.

Mebli ciąg dalszy nastąpił.
Zostałam zrobiona w jajo, żeby nie powiedzieć dosadniej, i jest to trzeci raz w do trzech razy sztuka.
Podjęłam dość karkołomną decyzję w związku z tym, ale o tym za chwilę.
Kolega nie wywiązał się, więc zrobiłam co mogłam: rozpisałam sobie mebelki na czynniki pierwsze, gdyż mój młody bez biurka został. Chciałam całość zrealizować z tak zwanych odpadów, choć to są ogromne kawały płyty meblowej, które są wywalane.
Szef, który już dwa razy zrobił mnie na szaro, nie zgodził się na te odpady tymi słowy: nie będziesz rzeźbić z resztek, prześlij mi to, zrobię ci te meble.
Jak rzekł tak zrobiłam.
Po czym dwa dni temu dowiedziałam się, że on myślał (miał rozpiskę i rysunki!), że tego jest mniej i że...muszę zapłacić za materiał. Bagatelka. 4 cyfry. Na raty, premią, chooj wie jak, dowiem się 29 września.
Ale ponieważ mało mnie szlag nie trafił z okazji swojej naiwności, postanowiłam zagrać vabank. I tego 29 będzie jatka.
Dołożył się do tego drugi szef, który mnie załamał kompletnie wczoraj. Zadał mi pytanie czy umiem dobierać urządzenia. Spojrzałam na niego z miną, która mówiła: co ty do mnie mówisz?? I zapytałam: Serio? Pan mnie pyta czy ja to umiem? Mnie? Niech mnie pan nie załamuje... A co ja robię od dwóch lat?? To jakiś żart jest???
Mina jego bezcenna. Wydaje mi się, że on nie miał zielonego pojęcia co ja w tej firmie robię...
Coś we mnie pękło. To skłoniło mnie do przemyślenia sprawy i podjęłam decyzję, że na 29 będę miała już propozycje pracy gdzie indziej. I postawię im ultimatum. Może to bezczelne, ale nie ryzykuję niczym. I mam w końcu nadzieję, że spełnią się kilka miesięcy temu złożone obietnice. A jak nie, to cóż, zmienię branżę.
Bo nie chcę się martwić, że alimenty mi znowu nie wpłynęły...


Na dzisiaj:
Amnezja i Natalia Sikora - Stany



wtorek, 8 sierpnia 2017

[348]. Urlop

Nadszedł ten czas. Jutro ostatni przedurlopowy dzień w pracy. Trochę się boję, bo zostawiam wszystko na długie osiem dni roboczych. Tylko i aż tyle.

Jeśli ktoś jeszcze pamięta, zdobyłam pracę mozolnym wydeptywaniem ścieżki. Były momenty, kiedy bałam się, że ją stracę. Ale po kolei.
Ostatnie moje posty były z początków stażu.
Firma maleńka, trzy osoby. Plus ja.
Szybko ogarnęłam o co chodzi, nauczyłam się sporo, ale nie spełniałam oczekiwań: nie chciałam być telemarketerem, bo w tej branży to bezsens. A jeździć do klientów nie miałam odwagi ze względu na zbyt małą wiedzę. Dopiero dzisiaj mogłabym to robić.
No więc działałam, robiłam, wprowadzałam nowe rozwiązania, ułatwienia i skróty. Staż powoli się kończył i tu zawisła pierwsza groźba. Okazało się jednak, że firma kupiła firmę i ja się do tej drugiej idealnie nadawałam. Ale i tak nie było różowo. Dwa razy zostałam, można powiedzieć, oszukana. Nie dostałam należnej, obiecanej premii. Świat się zachwiał, ale kto jak nie ja.
Firma rosła w siłę, zmieniła siedzibę, mój dział również się wzmocnił. Ale wystawałam poza. Zatrudniono kuzynkę-ciotki-wujka-brata stryjecznego-matki-po kądzieli i znów się bałam.
To było rok temu.
W styczniu zostałam przeniesiona. Zostawiłam mój sklep, pracę bezproblemową i prostą, na rzecz dużych projektów. Fajnie. Skoro dawałam radę to dowalono mi etat fakturzystki-księgowej. No i? Dałam radę. Ale że projekty to duża sprawa, wiele się rozjechało w czasie, nerwach i moim ogólnym stresie z powodu niewiedzy o realizacji, zaczęłam ubiegać się o..koordynatora. Miałam wizję, że ktoś, kto wie, czyli ja, będzie miał pieczę nad całością. Prosiłam się o to pół roku. Aż projekt wagi ciężkiej rozjechał się bardziej, bo szczerze mówiąc, skoro wszyscy mieli na to wywalone, to czemu ja mam się denerwować.. W międzyczasie prowadziłam rozmowy o podwyżkę, które były i...były.
W końcu w lipcu zaczęłam być dodatkowo koordynatorem projektów. Oraz magazynierem, ponieważ jedyna równa mi wiedzą i umiejętnością racjonalnego myślenia osoba, tak samo jak ja ogarniająca ten burdel zwany moją pracą, nieważne, że w wieku mojej córki, zwolniła się po kilku numerach "góry". Zostałam więc na czterech stanowiskach. Bo zapomniałam dodać, że kuzynka-ciotki-wujka-brata stryjecznego-matki-po kądzieli po roku pracy na moim wcześniejszym stanowisku, gdzie rzetelnej, solidnej roboty, przy naprawdę mocnym postanowieniu, że slow, zajmowała mi pół godziny dziennie, w porywach do godziny, nawet przy największym sezonie zamówieniowym...nie ogarnia. Nie umie. Nie rozumie. Ciągle przychodzi i pyta co ma zrobić. Lubię babkę, jest świetnym opowiadaczem anegdot, ma gadane, jest spoko. Ale jest tępa dzida. No jest. Mówię do niej, ona na mnie patrzy i..nie wiem czy mnie w ogóle słyszy. Doszło do tego, że macham jej przed oczami ręką sprawdzając kontakt z rzeczywistością. I serio, nigdy w życiu bym nie przypuszczała, że tak można. Bo nawet moje koty, jak do nich gadam to patrzą na mnie z jakimś uczuciem, choćby olewatorsko, ale jednak. Tu nie ma nic. Jest pustka.
Ponieważ moja osoba tak naprawdę potrafi poprowadzić tę firmę sama, i wiem, że jeśli się zwolnię to będą mieli duży problem i oni też o tym wiedzą, rozmowy o podwyżce trwały i trwają.
W końcu zatrudniono ..kołcza. Pani przychodzi, daje ankiety, zgarnia kasę, a ja dostałam obietnicę, że zostanę kierownikiem, na dniach. I podwyżkę, bo tak im wyszło z rozmów z panią kołcz.
Czekam więc niecierpliwie.
Na razie na mój zasłużony urlop. Nawet jeśli będę po nim sprzątać przez miesiąc...
Tak więc jutro rzucam wszystko i wyjeżdżam w Bieszczady.

Na dziś:
Sully Erna - My light

Czekam niecierpliwie na koncert. Będzie we wrześniu, ale nie wiem, nie wiem...





wtorek, 1 sierpnia 2017

[347]. Inaczej się nie da

Gorąco jest jak diabli. Ktoś ma długi ogon i nie zamknął bramy.
Do piekła.
Będę po stokroć powtarzać, że nienawidzę gorąca! Że zima górą! Że może napitalać lodem!
I nawet nie wiecie jak bardzo tęsknię za śniegiem i zimnem.
Ale niech Wam będzie! Cieszcie się! Zima już niedługo!

A mnie taka naszła refleksja. Niejedna oczywiście, ale chyba najważniejsza.
Wściekłam się ostatnio tak, że nie pytajcie. Tak, że para z uszu, błyskawice z oczu i w ogóle.
Bujam się z kolegą, który zadeklarował zrobić mi meble. U Młodego w pokoju trzeba było trochę zmienić, a i mi potrzeba stołu. Sam się zadeklarował, sam obiecał i...wiezie mi te meble codziennie, od trzech tygodni. Ja się obawiam, że on wcale ich nie zrobił. Że komody, biurko, dwa stoły to abstrakcja jest. Nie wspomnę o moim zakupionym realnie blacie do kuchni, który miał przy okazji przywieźć...I o butach, które też zabrał do samochodu, bo przecież nie będę wieźć przez całe miasto...
A refleksja jest następująca: karma wraca. Sama zrobiłam podobnie, prawda? Jest mi wstyd i przykro, bo nie wywiązałam się z obietnicy. Nie chcę się tłumaczyć i wyjaśniać, bo to będą tylko tłumaczenia. Nie wywiązałam się i już. Co przeszłam to moje. Nikomu nie życzę.
Nie mam siły wściekać się już więcej na gościa. Mam nauczkę.
I wielkie postanowienie, żeby nigdy więcej nie być takim chujem.

A nawet największy upał nie zmusi mnie do zmiany planów.
Jutro jadę się wytaplać w błocie, napić piwa ze strefy Lecha, ogłuchnąć od głośnej muzyki i spotkać z ludźmi. I bawić się najlepiej na najfajniejszym festiwalu świata.
Woodstock!!! Nadciągam!!!

To teraz trzeba się spakować. Nie wiecie gdzie jest mój śpiwór?

Na dziś: Linkin Park - From The Inside

Niestety, nie mogłam być na ich niedawnym koncercie w Polsce.
Żałuję, bo już nigdy nie usłyszę na żywo tego i innych utworów. Żegnaj..



wtorek, 18 lipca 2017

[346.2] Krótko

Gdzie to ja skończyłam...
A. Dwa lata temu z haczykiem.
Zmieniło się od tego czasu sporo. I niewiele.
Ze stażystki stałam się pracownikiem multi-kompetentnym, ale o tym kiedy indziej. Bo to bynajmniej nie jest powód do dumy.
Dzieci urosły.
Przybyły mi trzy koty. Tak. Mi. Trzy. Też w to nie wierzyłam. A teraz nie mogę bez nich żyć.
Urosły mi włosy. Mogę jeździć na koncerty metalowe i machać grzywą. Co zresztą czynię, kiedy mogę.
Walczę z tym i owym. Lekko nie jest, bo hashimoto ma swoje zdanie na niektóre aspekty mego życia.
I tak mija dzień za dniem.
Odliczam czas do pierwszego urlopu od dawna. Rzucę wtedy to wszystko i wyjadę w Bieszczady.
To będzie mega budżetowy wyjazd. Coś jak promocja z Biedronki.
Namiot, plecak, góry i ja. Potrzebuję tego.

No to witam się z Wami znów. Zmieniona-niezmieniona.

Na dziś:
Shinedown - Beyond the Sun









środa, 22 kwietnia 2015

[345] Dawnoooo...

...mnie tu nie było.
Nie wiem czy to się zmieni, zobaczymy.
W każdym razie życie się toczy,
Pracuję. Coraz bardziej samodzielnie. Nabieram tupetu, wiedzy i mogę się wykazać kreatywnością.
Aczkolwiek jeszcze trochę.
Nie wszystko idealnie się ułożyło. Trochę się pozbiegało, trochę muszę stanąć na głowie, trochę mnie szlag trafia, a trochę ogarnia śmiech, zdarza się, że przez łzy.
Tak, zryczałam się jak głupia, kiedy Młody się wywrócił. Rozwalił czoło, uderzył w palec, a najgorsze w tym wszystkim, że spadły mu okulary. I tak zwana czara się przelała. Jak mniemam, była to raczej wanna, albo nawet średniej wielkości basen. Taki do skoków.
W każdym razie opadły mi ręce. Poryczałam się z niemocy, z tego, że kolejne oprawki, że wszystko się akurat musiało skumulować, że mam dość, że wszystko jest do dupy, a ja już nie mam pomysłu co zrobić, żeby wyjść z tego ze spokojną głową.
Płakałam pół dnia. W drodze do domu, w domu, w autobusie do pracy, w pracy...
Wisiało mi, że ktoś patrzy, że oczy puchną, że łykam łzy, e tam.
Dalej nie wiem co zrobić. Nie mam pomysłu. Ale nic nie poradzę. Przynajmniej na razie.
W każdym razie, jak to bywa, plan uległ restrukturyzacji, telefonu używam jak muszę, bo nie naprawiłam go jednak. Nie stać mnie. W obecnej chwili. Tak jak to Leslie napisał - to tylko telefon, można bez niego żyć. Można. Kij z tym, że kontakt mam ograniczony. Trudno.
W sumie można bez niczego żyć.
Kogo to obchodzi.


 

wtorek, 7 kwietnia 2015

[344] Oczywiście

No już Wam wierzę. Niech będzie.
Trochę pochłania mnie to wszystko.
Ale trochę jest tak, że jestem na odwyku. Na chwilowym detoksie. W izolacji.
I wcale nie jestem zadowolona.
Bo.
Nie mogę do Was zadzwonić, gdyż ponieważ mój telefon nie umie latać. W pakiecie nie mieli opcji. W zetknięciu z kafelkami niestety zabił się, aczkolwiek nie na śmierć. Działał jeszcze przez dwa dni, po czym kiedy znalazłam szkło w zębach i w staniku, oraz na policzku, stwierdziłam, że nie, dość, muszę o niego zadbać.
Najpierw chciałam jak nasz czołowy Profesor z Brodą. Jakiś plasterek, pokój chorych sprzętów i wiecie, odczekać. Ale gdybym zakleiła to co się zepsuło to....chyba nie widziałabym co robię.
Ponieważ to moje nieszczęście wyglądało tak...




I stąd milczenie. I jeśli ktoś dzwonił, to sorki, kontakty zostały w serwisie razem z aparatem, przełożenie karty na święta do telefonu służbowego nic nie dało.
Także tego.
Wesołych Świąt!

PS: jutro odbieram go po reanimacji. Bójta się!

poniedziałek, 6 kwietnia 2015

[343] No żyję

Bo jakżeby inaczej.
Trochę trzeba rozjeździć nowe tory, obmacać nowe możliwości, sprawdzić to i owo.
No i tak obmacuję, sprawdzam i jeżdżę.
I tak ciągle.
To idę spać.
Jutro do pracy.
Pa.

PS: ja tu jeszcze wrócę. Oczywiście jeśli ktoś za mną tęskni.

wtorek, 17 marca 2015

[342] Życie

Pochłania mnie bez reszty.
Nowa rzeczywistość. Zmiany. Przystosowania. Regularność. Samodzielność. I bardzo to lubię.
Praca, jak to praca. Najpierw nauka. W sumie to bardzo sobie pomogłam grzebiąc na stronie firmowej. Uaktualniając ją i poprawiając drobne literówki.
Potem samoistnie wzięłam się za korektę i uzupełnianie katalogu, przygotowywanego do druku. Zajęło mi to dwa dni, mimo, że mogłam zrobić to w jeden. Ale pomna przestróg spowolniłam ciut proces. Nic to nie dało, powiem Wam. W międzyczasie wstawiałam na stronę produkty, robiłam wyceny i słuchałam. O czym gadają. Znaczy uczyłam się slangu.
Jestem szczęśliwa.
Teraz będę walczyć z niedowiarkami o AutoCada. Ale to już inna historia.

A z takich bardzo przyziemnych spraw. Młody właśnie sam sobie wyrwał zęba, który zaczął mu się ruszać sam dzisiaj w szkole. Szybko poszło.
Mam do spacyfikowania ogródek. Znaczy przekopania. I zorganizowania sobie grządek. I postawienia płotu, żeby pies mi nie zadeptał pola uprawnego.
Do spacyfikowania nadaje się też sąsiadka, gdyż wkurza mnie niesamowicie, czepiając się Młodego bez najmniejszej przyczyny. Ale to w przyszłości.
Poza tym odkryliśmy w sobie odkrywców (ja to już dawno, ale nie było bodźca) i szukamy ukrytych skarbów. Bawimy się w geocaching. Chętni mogą wygooglać sobie z czym się to je.
I tak mija nam dzień za dniem, Młody jeździ po mieście sam, spotykamy się czasem po drodze, czasem przyjeżdża do mnie.
Jest świetnie.

Na dziś:
Hozier - Take me to church
Gra mi ostatnio cała płyta. Bardzo mi gra.


niedziela, 8 marca 2015

[341] Nocne rozmowy

Mogą dać bardzo do myślenia.
Mogą zmienić perspektywę.
Budować i burzyć.
Zawsze są twórcze.
Ale skutek uboczny to niewyspanie.
Trudno.
Podeprę się jutro ołówkiem.


poniedziałek, 2 marca 2015

[340] Co mi tam!

Niby nic. A jednak.
Wiedziałam od..nie śmiejcie się..obejrzenia jednego odcinka Na dobre i na złe. Tak, kiedyś oglądałam i Żmijewski miał tam powikłania po przebytej bodajże anginie. Zapalenie mięśnia sercowego.
Nie jestem nawiedzoną lekomanką, hipochondryczką i nie latam bez potrzeby po lekarzach. Ale doceniam swoje zdrowie, staram się przynajmniej. Nie używam suplementów, nie pochłaniam "przeciwgrypowych" mieszanek, bo. Mogłabym na ten temat dużo i dosadnie, ale kto mnie tam posłucha.
Za to dzisiaj, mój przyjaciel, któremu nakopię do dupy, jak go spotkam, a spotkam, bo postanowiłam, powitał mnie w słuchawce beztroskim: właśnie wyszedłem ze szpitala....
Nosz urwał nać!
Wywiad doniósł, że niewyleżane przeziębienie, ot, takie tam, trochę gardło, trochę kaszelek, nic wielkiego. Aż tu nagle ból w piersiach, osłabienie, to zawlókł się do lekarza. A tam...
EKG.
- O borze szumiący....!!!!!!! Pan tu siedzi, się nie rusza, nie denerwuje, proszę to wypić (rozpuszczona aspiryna), KARETKA JUŻ PO PANA JEDZIE.
W karetce morfina, kolejne EKG z wysyłką do szpitala, do którego jechał, morfina po raz drugi. OIOM. Monitoring.
Myśleli, że zawał, ale po wszystkich badaniach wyszło, że zapalenie osierdzia. Może godzina i byłoby pozamiatane.
Wyjdzie z tego. Ale docenił swoje zdrowie. Zrozumiał, że 3 dni bez niego w pracy nie spowoduje, że świat się zawali. Teraz świat będzie musiał sobie poradzić miesiąc co najmniej.
Ponieważ nie umarł, zabiję go osobiście. A potem z nim pogadam.
Postanowiłam każde przeziębienie przeleżeć w łóżku.
Czy mi się uda?
Nie zamierzam chorować.
Ale zobaczymy.

niedziela, 1 marca 2015

[339] Takie tam wojaże

Dzieje się trochu w życiu mym.
Jutro zaczynam pracę.
Przedwczoraj wróciłam z ferii. Pierwszych od lat. Kilka dni na Dolnym Pięknym Śląsku. Takie ferie połączone z ..pracą i opieką.
Ostatnio w ogóle zajmuję się gaszeniem pożarów.
Miałam jechać do stolicy, jak zwykle, kierowca i sprzedawca. Wiadomo, kilka groszy do kieszeni to dobra motywacja, no i ta przejażdżka samochodem. Ale...
Dowiedziałam się, kilka dni przed planowanym wyjazdem, na kiedy to ułożyłam cały misterny plan, co, jak, gdzie i o której, bo musiałam połączyć to z pracą, Młodym i feriami, że nie jedziemy. I żeby to bezpośrednio. Figa! Napisała do mnie kumpela, że na facebooku jest napisane, że nie jedziemy. Fajnie. Zadzwoniłam więc, bo jednak informacja, że z powodu nagłej choroby, nie jest zbyt wesoła. Ale nie dodzwoniłam się. To napisałam smsa. Cisza trwała dobę. W końcu dostąpiłam zaszczytu i zostałam poinformowana bardzo ogólnie, że nie jedziemy, bo chora. Trafiło mnie. Ale kij. Przeżyję, se pomyślałam. Miałam tylko żal, że dowiedziałam się o tym na końcu. Żal szybko minął, bo to nie mój problem. To nie ja zachowałam się nie w porządku do kogoś.
Potem kolejna wiadomość, dwa dni później, że zapalenie płuc i w ogóle do chrzanu. No to zaproponowałam pomoc, bo wiadomo, wyjazd wyjazdem, ale jednak nagromadziło się tam spraw.
I tak wylądowałam w niedzielę i poniedziałek na wypomóżkach. Zrobiłam ponad 50 zamówień. Z zaznaczeniem, że zrobię tyle ile dam radę, bo we wtorek wyjeżdżam. No i, jak to ja, zrobiłam wszystkie. Całe stado. Urobiłam się po pachy. I wcale nie żałuję. Nie czuję się poszkodowana, wykorzystana, czy coś. Sama chciałam, to sama zrobiłam. Ale musiałam najpierw se posprzątać, bo nie szło poruszać się pomiędzy wszystkim. Masakra. Jest gorzej, niż sądziłam, że będzie. I jedną naukę z tego wyciągnęłam: cieszę się, niezmiernie, ogromnie i do wypęku, że nie muszę tam pracować. Że to się skończyło wtedy, kiedy się skończyło. Że mam spokój. Owszem, lubię to. Proste, odmóżdżające pakowanie, składanie, mierzenie, ale cieszę się, że nie muszę. Naprawdę.
A we wtorek ruszyłam w podróż. Nie wiem dlaczego niektórzy, na wieść o tym, ile czasu jechałam, pukali się w czółka. Nie rozumiem. Dla mnie liczy się cel. Droga do niego to tylko droga. Jeśli nie mam innej możliwości, to co zmieni wzdychanie i jęczenie, że tak długo? To tylko 8 godzin. Wracałam dłużej, bo 11 godzin, ale to też trochę naciągane, bo jakieś dwie godziny przesiedziałam w KFC na dworcu we Wrocławiu. A godzinę stałam na peronie III dworca PKS i czekałam na swoją czerwoną strzałę.
Na Dolnym Pięknym za to zastałam pomór. Grypa wszystkich rozłożyła. Wpadłam więc na wycieranie nosów, gotowanie obiadków, i ogarnianie domostwa. I też nie narzekam, bo spędziłam wspaniały czas, pomogłam, bo chciałam, pogadałam sobie, poodkrywałam trochę siebie i odetchnęłam. Jeszcze tam wrócę.
I tak właśnie. A teraz wracam do swojego domu, życia, do kolejnych wyzwań, działań i podziwu, jaki ten świat jest złożony i prosty, piękny i nieskomplikowanie skomplikowany.
Czuję się wyśmienicie i tego samego wszystkim życzę.


Na dziś:
Linkin Park - Numb


     

czwartek, 12 lutego 2015

[338] W końcu

Powiedziałam sobie wczoraj: koniec.
No i koniec.
Do końca załatwiłam papierologię.
Buty się znalazły. Kolega pomylił i poszedł w nich do domu, bo jego brat ma takie same...
Usmażyłam pierwsze w życiu własne pączki.
[dowód]

A teraz idę dalej brać udział w wyzwaniu książkowym, czyli robić to, co lubię najbardziej. Pochłaniać kolejne tomiszcza. Mniej lub bardziej ambitne.
Dobranoc.

środa, 11 lutego 2015

[337] Zima w trampkach

Zdążyłam już zwątpić, pogodzić się z myślą na nie, wkurzyć kilka razy.
Ale w końcu jest! Dzisiaj ostatecznie dostałam papiery, wszelkie zaświadczenia i podpisy. Mam staż. Od marca.
Afera medialna odwołana, szmatławce też, nie będę bulwersowała opinii publicznej. Bo po co, zrobią to inni.
Na przykład pani na izbie przyjęć w szpitalu dziecięcym.
Tak. W szpitalu. Długa historia. Kudłata zrobiła sobie spa. A ja z premedytacją ją tam zostawiłam. Co prawda te trzy, zaledwie, dni obecnego tygodnia dały mi do wiwatu tak, że klękajcie narody.
Stres, nerwy, czas, wszystko się skumulowało. Mam nadzieję, że jutro ostatecznie zakończę całą lataninę i będę mogła posiedzieć trzy dni w domu, zaszyta pod kocem, z książkami, bez kontaktu ze światem. Oczywiście nie da się, zaprosiłam dziewczyny na pączki, więc będą pączki. Jutro i w sobotę.
Jeśli o Kudłatą chodzi, to symulowała (jak to przeczyta, to strzeli focha, ale trudno), a ja z premedytacją i ogromną radością przyjęłam wiadomość, że gastroskopię jej zrobią bez ogólnego znieczulenia. Niech ma coś z życia. Mało brakowało, a miałaby darmową lewatywę, ale w porę pielęgniarka się zorientowała, że to nie ta pacjentka..
W każdym razie jest ok.
Ale żeby nie było tak różowo, to musiałam latać między Młodym w domu a szpitalem, szkołą a medycyną pracy, urzędem i wypisami.
Kulminacja opadniętych skrzydeł nastąpiła dzisiaj, kiedy to czekając na Młodego zmarzłam, po czym zadzwonił telefon i szkoła mnie poinformowała, że...zginęły Młodego buty. Do domu wrócił w tenisówkach. Nie miałam już siły i prawie się poryczałam.

Tym optymistycznym, bo nie zgadzam się na więcej takich, akcentem kończę na dziś, bo padam na twarz i czuję się tak, jakbym od niedzieli nie zmrużyła oka.

O lekarzu na jednej z odwiedzonych izb przyjęć i zastępstwie w medialnym szumie napiszę, jak tylko ogarnę się psychicznie. I fizycznie.