wtorek, 28 stycznia 2014

[253] LifePack

Niektórzy wiedzą, co jest w tytule.
Sprytne urządzenie, które mierzy parametry życiowe oraz jest zintegrowane z defibrylatorem.
Ale do rzeczy.

Horror w trzech aktach (co najmniej)

Akt pierwszy.
Osoby: Kudata i ja.
Czas: start gdzieś koło 16:30
Miejsce: droga do bankomatu, na pocztę i po zakupy.
Pogoda: zimno, wilgotno, w sam raz na rześkie spacery. Nieistotne dla sprawy.

Kudłata zakomunikowała, że ją boli. Pod mostkiem. Znam ten ból, czasem też mnie tak chwyta. Więc rzekłam: minie.

Czas: od 20 wzwyż.

Boli. Ale dopada nas gupawka. (ja tak piszę, i tak mówię, nie poprawiać). Nie wiem dlaczego, im bardziej ktoś nie może się śmiać, tym bardziej żarty się mnie trzymają. Zresztą genetycznie przekazana skłonność dopadła i Kudłatej, gdyż zwijając się z bólu, chichrała się sama z siebie i ze mnie i w ogóle.

Godzina 23

Kumulacja bólu i śmiechu jednocześnie. Dzwoniąc po pogotowie bałam się, że zaśmieję się pani w słuchawkę. Ale starałam się wytrzymać.
Szybkie ogarnięcie terenu i dzwonek. Przyjechali ratownicy medyczni, z tytułowym lifepack'iem, z czego jeden potwierdził moje podejrzenia, a drugi jednak że może by zabrać. Zmierzyli ciśnienie i saturację. Defibrylator nie był potrzebny, ale mnie przypomniały się chyba wszystkie komedie, gdzie był wykorzystany. Obiekt rozważań ratowników, z czego jeden był przystojny, drugi niepewnie dociekliwy, siedział na kanapie, z miną zbolałą i dawał oczami sygnały, żebym się nie roześmiała, co powodowało, że jeszcze bardziej śmiać mi się chciało.
W końcu zapadła decyzja, że jedziemy do szpitala. Ja wiem, że ona chciała się przejechać karetką.

Akt drugi.
Miejsce: Karetka i szpital.

W karetce panowie mieli Hawaje. Nie żebym im żałowała. Na dworze było -5, wewnątrz 25, amplituda 30. Odczyt bezpośrednio z wyświetlacza panelu, gdyż ponieważ nie jechaliśmy na sygnale, więc nie było wzruszeń, za to rozglądałam się po okolicy, próbując jednocześnie zapamiętać drogę i ocenić gdzie nas wiozą. Nigdy nic nie wiadomo. Oglądało się horrory szpitalne i takie tam, gdzie karetka porywała ludzi. Rozumiecie zatem mą zapobiegliwość. Podróż minęła bez większych problemów poza jękami Kudłatej na wybojach.
No i dojechaliśmy. Drugi koniec miasta, żeby było śmiesznie. podjeżdżamy pod szpital i...zamknięte. Ratownik wali w drzwi. Nic. A my stoimy na mrozie, oczywiście półgębkiem nabijając się z sytuacji, po czym zauważam, że karetka ma łódzką rejestrację (starsi Rzymianie pamiętają pewnie aferę łowców skór). Dobrze, że miałam szalik, zasłoniłam się, niby to z zimna, ale skojarzenie pozostało. W końcu panowie połączyli się z centralą przez radio, bo telefon wykonywał tylko...POŁĄCZENIA ALARMOWE (się coś zepsuło - słyszałam później przez radio jak się tłumaczyli centrali). I panie nas wpuściły. Badania pominę, wszyscy mówią, że to niestrawność może, przy czym wszystko w porządku, natomiast ja obstawiam nerwoból międzyżebrowy. W każdym razie badania trwały, a ja wysłuchałam rozmowy pań z dyżurki z panami od karetki. Wyszło na to, że panie doskonale widziały na monitoringu (duży panel), że przez bramę wjechałam karetka. Przy okazji miały nasłuch na radio. Czemu więc nie wpuściły? Nie wiadomo.
Nic to. Kudłata dostała paracetamol, nie chciała zostać w szpitalu, rozpoczęła się nasza wędrówka...

Akt trzeci.

Godzina: przed 1 w nocy

Wyszłyśmy ze szpitala, humor Kudłatej się podniósł. Trzeba było znaleźć drogę do autobusu. Trochę pomyliłyśmy kierunki, ale w sumie, po odpytaniu pani w okienku nocnego, trafiłyśmy na odpowiedni szlak. Czyli wracałyśmy ze dwa kilometry.  Nie sposób opisać śmiechów i chichów, które po drodze były. Gdyby nie było tak zimno miałabym włączony dyktafon. W każdym razie przeszłyśmy kilka kilometrów, ucieszyłam się z oświetlonych kolorowo mostów jak nigdy.
Na przystanku postałyśmy pół godziny. Oczywiście nie było nudno. Poskakałyśmy trochę, poopowiadałam jak to bywało, odjechała jedna partia autobusów, prawie wyglądało to jak taniec synchroniczny. Przy czym każdy z kierowców tych około ośmiu autobusów patrzył wymownie: ja odjeżdżam. Zaznaczam, że to centrum miasta. Poszłyśmy na stację benzynową, pomyślałam o czymś gorącym, ale nie. Stacja znanej ptasiej marki otwarta tylko od 6 do 22.
W każdym razie odczekałyśmy swoje. A potem do domku. Było po trzeciej..

Kurtyna.

Na dziś:
Avenged Sevenfold - So Far Away

Będą grać w Polsce...






środa, 22 stycznia 2014

[252] Zimową porą

Zimę mamy od jakiegoś czasu, taka enklawa była, bo gdzie nie zapytałam, na południowym wschodzie, albo północnym zachodzie, to nikt nie miał. cieszyłam się, że ona, ta zima, tylko moja jest. Ale ja lubię się dzielić :)
Natomiast obserwuję sobie świat, czasem coś z polityki się zapląta, jakiś wywiad, czy coś, i człowiek oczy ze zdumienia przeciera.
Otóż wszyscy się oburzają na słowa: "sorry, taki klimat.." Nie wiem tylko czy na sorry, czy na klimat. Bo fakt, mnie zaskoczyło w wypowiedzi owo sorry. Bo chyba jednak nie wypada tak niedyplomatycznie się odzywać w publicznym przekazie informacji.
Zupełnie natomiast nie zaskoczyła mnie druga część cytatu. I to wcale nie ze względu na moje wykształcenie. Zastanawiam się czym się tak szczycimy, my, Polacy. Że tacy wszechstronni jesteśmy. Że taką wiedzę mamy. Jaką wiedzę? Bo chyba kłania się u wielu znajomość podstaw geografii. Znienawidzonego przedmiotu (no bo po jaki grzyb wiedzieć, gdzie są Bieszczady, albo te słynne piramidy, nie wspominając o zwykłym Pcimiu, albo czego się spodziewać na wycieczce do Londynu i jakie ciuchy zabrać w lutym do Sydney), na równi z wychowaniem fizycznym (a potem wszyscy ganiają na fitness, do siłowni [Frytki nie dotyczy, przyp. autor], na basen, bo to chyba jest trendy), matematyką (a potem jest problem z obliczeniem reszty/raty kredytu, z rozliczeniem rocznym, etc.), polskim (a potem nie da się czytać nawet głupich komentarzy na facebook'u, i to wcale nie chodzi o nowomowę, a o zwyczajną ortografię), historią (wie ktoś kiedy była Unia Lubelska? Ja wiem, ale dlaczego to Wam kiedyś opowiem), biologią, fizyką, chemią i techniką. Gdzie nie uderzysz - nielubienie.
A ja będę do znudzenia gadać o "takim klimacie". No bo taki klimat mamy. I ani o pół słowa nie pomyliła się tamta pani. Jakie są jego efekty, tego klimatu? Polecam poczytać. I proszę przy mnie nie mówić o globalnym ociepleniu. Ani o innych bzdetach.
Bardzo mnie męczy narzekanie. Tym razem napiszę tylko o zimowym narzekaniu. Do niektórych żadne racjonalne argumenty nie trafiają. Jak grochem o ścianę.
Od jakiegoś czasu już z tym nie walczę. Uśmiecham się tylko do siebie. Bo co mnie obchodzi, że ktoś marnuje swoją energię psychiczną, tak potrzebną w zimowy czas, na bzdety?
Ja się uśmiecham. Biorę Młodego na górkę i jazda.
A malkontentom polecam przeczytać.





niedziela, 12 stycznia 2014

[251] Orkiestra gra

Dzisiaj podzieliliśmy się z WOŚP-em. Daliśmy im trochę tego, czego wiele nie mamy, ale my wiemy, że warto. I wyprzedzam wszystkie przeciw, mam w nosie co myślą wszyscy o Owsiaku i całej akcji, o tym, że wyręcza państwo, że Woodstock, że polityka itd. Mam to wszystko w głębokim poważaniu. Mogłabym przytoczyć przykłady, te które się wydarzyły. Mogę popolemizować w odniesieniu do tego, co nam się należy, a czego nie ma. Ale ja mam to zwyczajnie gdzieś. Nie będę dyskutować. Dałam, bo chciałam. Bo wiem, że to działa. Bo pojadę w końcu na Woodstock, tak jak byłam na Letniej Zadymie w Środku Zimy. Tak, też Owsiakowa, starożytna już, impreza.
A dzisiaj szłam z pełną kieszenią monet, wróciłam z pełną kieszenią serduszek, posłuchaliśmy świetnych zespołów, ale przegnał nas zimny wiatr i zmarznięte ręce. I tak było warto.
Wczoraj natomiast spędziłam cudowny dzień na spotkaniu naszym babskim. Z pysznym jedzeniem, z pogaduchami, z moim urodzinowym tortem i cieszę się, że mimo malkontenckich "komu się będzie chciało" i "wątpię, żeby to znów się rozkręciło" z wiadomego źródła, dzieje się, kręci, rozkręca i nabiera kolorów.
A jutro nowy tydzień.

Dobranoc.





czwartek, 9 stycznia 2014

[250] Dobra rada

Biedny - chwilowo, próbujący ze wszystkich sił przetrwać, nie poddawać się, wybić, odbić, żyć pełnią życia. Taki, który znalazł się w takiej sytuacji z własnej woli, ale uzasadnionej. Taki, który był bogaty, miał wszystko, samochód, mieszkanie, kasę na zagraniczne wyjazdy, nie martwił się zawartością portfela i lodówki. Obecny stan to wybór i splot różnych okoliczności. Ale Biedny nie poddaje się. Walczy. Nie traci nadziei, poczucia humoru, pozytywnie nastawiony jest do świata. Ma pomysły, ma chęci, z realizacją gorzej, bo kto pomoże Biednemu? Ale mimo wszystko on idzie dalej, próbuje, bo kto nie próbuje ten nie wie czy da radę. Myśli. Tworzy swoją przyszłość. Mozolnie, cegiełka po cegiełce, i cieszy się, kiedy to co zbuduje trwa. Przyjmuje pomocną dłoń ze ściśniętym sercem i żołądkiem, ale wie, że dzięki temu ma szansę. Każdy kroczek na przód go cieszy, każdy dobry dzień, każdy dzień bez zmartwień. Stara się. Pcha swój wózek na szczyt, na którym już był i wie do czego dąży. 
Po drodze mija mnóstwo kamieni. Niektóre to te milowe, zaznaczają przebytą trasę. Cieszą oko, duszę i wywołują uśmiech. Inne trzeba omijać, czasem bardzo nadrabiając drogi, ale on dalej idzie w górę. Mozolny marsz ku wolności, którą już zna.   
Bogaty - nigdy nie był na dnie. Zawsze miał ciepło i pełno. Nie doświadczył drogi, którą kroczy Biedny. Nie wie co to strach. Nie wie co to znaczy walka o byt. Nie zna problemów, z którymi boryka się Biedny. 
Ma za to mnóstwo dobrych rad. Szczególnie takich jak żyć. A także wie doskonale dlaczego Biedny jest biedny. Bardzo dobrze zna się na uczuciach, które rządzą innymi. Bardzo dobrze wie, co Biedny myśli. I wie też dlaczego marzenia Biednego się nie spełnią. Ma patent na bogactwo i szczęście. 
Drogi Biednego i Bogatego zbiegły się w jednym punkcie. Biedny został wykorzystany, pokazał co potrafi, ale w swej drodze na szczyt potrzebuje czegoś, co ma Bogaty. Tyle że Bogaty nie chce zapłacić Biednemu za jego wiedzę, pomoc i fachowość. 
Za to ma dobre rady.
Biedny jest zdziwiony radami. Próbuje znaleźć powód, dla którego został tak potraktowany. Bo Biedny, mimo, że był na górze, zawsze miał sporo empatii dla innych. Nigdy nikogo nie odrzucił, nie porzucił i nie karmił dobrymi radami. Nigdy nie mówił nikomu, że ten żyje źle, a raczej opowiadał o sobie i mówił jak to działa u niego.
Dlatego dzisiaj zastanawia się nad wszystkim. 
I nie wie co będzie dalej. 
Ale wie, że będzie dobrze. Bo dzisiaj tego chce. 
Będzie?

Na dziś:




środa, 8 stycznia 2014

[249] Starzy-nowi znajomi

Uczę ludzi co to jest spontan. Spotkaniowy spontan.
To jest to, co ja lubię bardzo. I czego bardzo mi brak. Bo teraz wszyscy z kalendarzem w rękach: dzisiaj nie, bo dentysta/teściowa/obiad/kurs/dzieci...
A może tak czasem zwolnic? I zrobić coś dla siebie?
A może tak czasem zejść z drogi uporządkowanych działań i utartych ścieżek?
Może sobie wyjść, połazić bez celu? Bez względu jaka jest pogoda?
Może zrobić sobie wolne od obowiązków?
Namówiłam koleżankę, żeby wyrwała się wieczorem ze mną na kawę, a może winko. Już widziałam, że goni w piętkę. Praca, dziecko, obowiązki. Powiedziałam: zadzwoń. Godzina i jestem w mieście. Ucieszyła się jak nie wiem co. Więc się spotkamy, jak już się ogarną po szpitalu..
Czasem nawet nie musi to być spotkanie.
Pogadałam ostatnio z moją kumpelą z licealnej ławki. Nie widziałyśmy się z 15 lat. A było tak, jakbym siedziała na przerwie pod ścianą na korytarzu. Cudowne uczucie! Rozmowa, po początkowym ile dzieci i z kim, popłynęła tak jakbyśmy widziały się wczoraj. Wspominałyśmy jajecznicę na wagarach. U mnie w domu.
Przed chwilą skończyłam rozmowę z kumplem z liceum, z którym też nie widziałam się z 15 lat. I co? I to, że nie dość, że dowiedziałam się fajnych rzeczy na mój temat, to jeszcze wymieniliśmy się numerami, a w wakacje będzie wielkie spotkanie. Bo że będzie to nie wątpię. Wspominaliśmy herbatki i ciasta u mnie. I mój wielki optymizm.
W końcu jestem u siebie. Jeśli wiecie co mam na myśli.

Na dziś:
Seether - Country Song



poniedziałek, 6 stycznia 2014

[248] Do dzieła

Nie wytrzymałam wczoraj. Poszłam wymienić kupiony zestaw bitów i wkrętak, bo nie szło za nic na świecie zamocować nasadowych kluczy. Nijak kwadrat nie pasował do sześciokąta. Wymieniłam sobie na inny. Czuję się bezpieczniej z zestawem w moim pudełku na narzędzia. Jeszcze jest kilka innych, które mieć będę, ale to z czasem. Powiem Wam tylko w sekrecie, że niedługo będę kłaść płytki...I mówię całkiem serio.

Bardzo lubię pewien stan. Kiedy myślę o czymś i nie widzę rozwiązania, zapętlam się, wracam znów, zaczynam od nowa, analizuję. W końcu mówię dość. Odsuwam to od siebie, niech dojrzeje. I wracam po jakimś czasie. I nagle pokazuje się rozwiązanie. Jasne drzwi w ścianie. Czasem są malutkie, dlatego trudno je dostrzec. a czasem są wymalowane wielkie, tak wielkie, że też ich nie widać. Ale w końcu znajduję rozwiązanie.
I tak właśnie, leżąc sobie w noc poprzedzającą sylwestrowe szaleństwa, nie mogłam zasnąć. I wróciłam do pytania: co dalej? Co zrobić, żeby zrealizować swój plan.
Nagle rozwiązanie przyszło samo. Chodziłam w kółko w miejscu, a wystarczyło się rozejrzeć. Teraz tylko zrealizować to co wymyśliłam. Od jutra zaczynam. Od jutra nie dlatego, że nie chcę, jak to zwykle jest z różnymi aspektami naszego życia - odchudzaniem, rzucaniem nałogów, itp., ale dlatego, że od jutra pracują osoby potrzebne mi bardzo.
Będzie się działo!

Za chwilę rozbieram choinkę. A potem moje nowe bejce pójdą w ruch. Nie nie, nie na choince. Choinka mi przeszkadza, bo stoi na stole. Poza tym sypie się już. Czas na nią.

No i tyle z pola boju. W międzyczasie czytam sobie, by nie zmarnować ani chwili.

PS: A propos pola boju...
- Nie hałasuj
- Mam haubicę to hałasuję, inaczej się nie da. Ognia!!!!

To tylko Młody.

Całusy :*

Na dziś:
Deep Purple - Soldier Of Fortune









niedziela, 5 stycznia 2014

[247] Paluszek.

Miałam w zanadrzu post. Ale się zdezaktualizował.
Wczoraj byłam w kinie i na kolacji, w ramach zaproszenia mnie na moje własne urodziny, przez wiadomą koleżankę. W sumie wieczór należał do udanych, pomimo tego, że nie znoszę kiedy ktoś siedzi w kinie, rży na całą sale, gdy inni milczą, chociaż z moim wysublimowanym poczuciem humoru zdarza się i mi czasem zrozumieć jako jedyna na sali drugie dno (ja rżę, gdy tekst/scena faktycznie ma to drugie dno), ale nade wszystko nienawidzę, kiedy ktoś komentuje. Na głos. W ciszy sali. No najchętniej zrobiłabym jak mój ojciec, wyszła z sali obrażona. On by wyłączył telewizor, ja miałam ochotę wyjść. Serio. I gdyby nie to, że film był bardzo dobry, że Oprah genialna, że Kravitz, że genialny Forest Whitaker, Cuba Gooding Jr., Jane Fonda, nawet Mariah Carey, John Cusack, Alan Rickman i innych cały ekran, to pewnie bym wyszła. Wyszłabym, gdyby nie to, że kocham kino. Polecam film.
Poza tym dostałam kalendarz super kobiety, Beaty Pawlikowskiej. I potwierdzam. To jest Rok Dobrych Myśli. Mimo, że zaczął się bardzo dramatycznie..Ale o tym nie będę pisać.
A dzisiaj, w końcu, zajęłam się sprawianiem, żeby łóżko Młodego nie skrzypiało i nie zawalało się w dziwnych miejscach. Wymieniłam dwie listwy na których opiera się stelaż, powierciłam, skręciłam i jest.
Wpiszę sobie do cv - prawie profesjonalne usługi stolarskie. Przemilczę "fachowe" rozwiązanie, które zastosował genialny poprzedni właściciel. Mężczyzna. Wyglądał na ogarniętego.
I co jeszcze. Może to, że jest mi bardzo nieswojo, kiedy nie ma poniżej zera, a powinno być.
Ja chcę zimę! I nie obchodzi mnie, że inni mnie zakrzyczą. Ja chcę i już!
A jutro, w ramach sprawiania sobie prezentu urodzinowego, zamiast chochli do zupy i silikonowej łopatki do mieszania ciasta, jak pierwotnie zamierzałam, jadę do castoramy, kupić zestaw śrubokrętów. Naprawdę nie znoszę, kiedy mam płaskim odkręcać krzyżowe. I to niepasującym płaskim. Stąd na moim palcu plasterek z Małą Mi. Troszkę mi się omskło, ale powiedziałam tylko: o kurrrrrrrrrrrczeeeeeeee, jak boli. Naprawdę!
Wierzcie mi, bez sprzętu czuję się jak bez ręki!


Na dziś:
Led Zeppelin - Kashmir







wtorek, 31 grudnia 2013

[247] Już za chwileczkę...

Kolejny raz w sieci, kolejny raz sama, kolejny raz...
Ale szczęśliwa.
Zasłuchana w trójkę.
Nawet poszły moje życzenia.
Za oknem regularna wojna. Ale mi to nie przeszkadza.

Całuję i ściskam. Cieszcie się tak jak ja, z tego, że wszystko jest na swoim miejscu. Albo przynajmniej dąży do celu.


sobota, 28 grudnia 2013

[246] Stuknąć w kalendarz

Tak mi się przypomniało.
Nie będzie podsumowań, planów na przyszły rok, postanowień noworocznych, oceniania i innych tym podobnych.
Jedno do czego się przyznaję to porównanie tego samego momentu rok temu, ale nie w perspektywie kalendarzowej, tylko zmian. Kalendarz służy mi li jedynie za punkt odniesienia.
Wszelkie zmiany, plany i postanowienia, albo wchodzą w życie w momencie podjęcia decyzji, albo wcale. I nic do tego nie ma data w kalendarzu.
Poza tym, postanowiłam przejść na podział czasu na sposób elficki, wymieszany z pogańskim, kiedy to rządziły pory roku, a nie cyferki na tekturce od kominiarza.
Od dzisiaj moje motto brzmi: jak nie teraz to nigdy. Oczywiście z modyfikacjami. Bo nie wszystko jest możliwe tu i teraz. Na przykład nie kupię sobie obiektywu już dzisiaj.
Idę więc zrobić coś, co zaczyna się od jutra, a co tak naprawdę nigdy się realizacji nie doczekuje (no może poza kilkoma światłymi przykładami). Nie ma od jutra. Od teraz.
A propos kalendarza.
Naprawdę żałuję, że nie mam komina. Takiego do czyszczenia. (Sis, ty się nie śmiej, bo ja tu na poważnie).
Bo przychodzą do mnie kominiarze. Mam czasem wrażenie, że te kalendarze roznoszą tak ze cztery razy w roku. Zwykle się wymiguję, albo raczej zdjęta jakimś zabobonnym strachem, bądź też idiotyczną nadzieją, że roznoszą jednak szczęście po świecie, mam te kilka złotych i, no i daję im za ten kawałek tekturki parę złotych.
W tym roku jednak zostałam zaskoczona i wrobiona.
Zaskoczył mnie kominiarz w toalecie. Znaczy, nie do końca, bo se sam sobie nie wszedł do domu, ale dzwonek mam blisko drzwi od toalety. A żeby było śmiesznie, sekund pięć może wcześniej Kudłata wychodziła. Myślałam, że sobie robi z matki jaja, dobrze, że się kompletnie ubrałam. Bo za drzwiami stał pan kominiarz. A ja pierwszy raz nie miałam kasy, Kudłatą właśnie wysłałam z kartą do bankomatu. Ale szybko sobie przypomniałam i mówię, że nie mam kasy, zaledwie jakąś resztę w kieszeni i wyjęłam może z 70 groszy z kurtki. Na co uśmiechnięty kominiarz wygrzebał z mojej dłoni jeden grosik i mówi: na szczęście! I poszedł.
Kalendarz przejął Młody, i dalej sprawdzać daty. Krzyczy: ale tu się nie zgadza! No to pytam: a sprawdziłeś na który to rok kalendarz? No i Młody stuknął w kalendarz i z uśmiechem mówi: no tak! Tego nie sprawdziłem!
Tak więc postanawiam, że od teraz postanowień nie będzie!

PS: Upiekłam murzynka. Przepraszam!!! Afrociasto! Bez przepisu. Wyszedł niebiańsko delikatny, pyszny, słodziutki, mniam.... Chciałam upiec murz..afrociasto takie, jak piekłam z mamą przez całe moje młode lata. Byłam niecnie wykorzystywana do mieszania w garze, żeby się nie zagotowało. Jak ja tego nienawidziłam!!! Ale naszła mnie ochota. Przepis, niestety, zniknął w pomroce dziejów, bo mamunia miała zapisane, owszem, ale jak to mamunia, robiła kiedyś porządki. I nie ma większości fajnych przepisów...
Wymyśliłam więc, że zrobię. Że się tak wyrażę, mechanizm pieczenia takich ciast jest mniej więcej taki sam. Albo przynajmniej bardzo podobny. Albo mniej więcej podobny. W każdym razie wymyśliłam sobie co mi potrzebne, o ile to się nie martwiłam, przygotowałam wszystko jak należy, tak jak lubię. No i zabrałam się za ciasto. W każdym razie, wydawało mi się, że będzie ciężkie i nie wyrośnie. a tu niespodzianka. nie dość, że wyrosło, to jeszcze jest delikatne, nie klei się do zębów (nie znoszę kiedy takie ciasto klei się, szczególnie kiedy nie ma żadnej masy czy kremu).
Wyszło cudowne. Mogę z dumą siebie pochwalić.





piątek, 27 grudnia 2013

[245] Procenty

Jak człowiek chory, to ma czas na przemyślenia. Tak, wiem, już o tym było. Ale teraz będzie o czym innym.
Chciałabym zrozumieć. Poczuć. Pojąć.
Ale do rzeczy.
Kiedy coś robię, staram się tak na 100% dać z siebie wszystko. No dobra, może nie zawsze, bo sprzątam na pół gwizdka, aż mi się znudzi (często mi się nudzi).
Ale o co mi chodzi. O to, że nigdy jeszcze nie poczułam tak do końca, że jestem czegoś 100% częścią, że coś dotyczy mnie na 100%, że mam w coś taki właśnie wkład. Ciągle czuję, że mogłam więcej, lepiej, dalej, mocniej, wyżej, bardziej.
I tak.
Nigdy nie czułam się w całości punkiem, choć tak wyglądałam, i słuchałam tej muzyki.
Nigdy nie byłam do końca fanką The Cure, choć tak wyglądałam, i słuchałam tej muzyki.
Nigdy do końca nie będę metalem, bo słucham punka. I the Cure.
Nigdy do końca nie czułam się dorosła i chyba nigdy się nie poczuję,
Nigdy do końca nie byłam perfekcyjna w jednej dziedzinie, bo w wielu jestem dobra, w wielu słaba, wielu jeszcze nie próbowałam.
Nigdy nie miałam poczucia takiej bezgranicznej przynależności do jakiejś grupy.
Nigdy nie zaznałam uczucia, że wiem już wszystko, co chciałam wiedzieć.
Ale wiem jedno, z tym nie-100% byciem jest mi dobrze.
Bo jestem sobą.
Czy jestem niesamowita, Fryciu? Nie wiem, chyba raczej mogłabym bardziej się postarać. Bo wydaje mi się, że mogę więcej i mam więcej możliwości, niż wykorzystuję.
Czy jestem szalona? Też nie do końca. Bo zawsze rozsądek i lenistwo gdzieś się zjawią i usadzą mnie w miejscu. A przecież co to dla mnie wsiąść do autokaru i wycieczka na południe, prawda Tygrysie?
Mogę to wszystko. Tu i teraz. Nie ma przeszkód. Żadnych. Prawie.
Prawie, którego nienawidzę, zatrzymuje mnie w miejscu. Ale już mnie nie więzi.
Teraz, kiedy rozumiem siebie, kiedy odnalazłam swoje ja, kiedy to ja panuję nad sobą, a nie inni, mogę wszystko.
I nie zawaham się tego robić.

A a propos procentów. Zlałam, z dużym opóźnieniem, żurawinówkę, którą robię według przepisu Dreamu.
Jeszcze przed nią 3 tygodnie. Tym razem już jej nie "przenoszę". Bo spróbowałam i jest już teraz pyszna.
Więc jak widzicie, nawet nalewka nie jest w 100%, bo spirytus miał jedynie coś koło 90:)


środa, 25 grudnia 2013

[244] Jak pokonał mnie katar...

Powinnam wpisać się w schemat i wszystkim życzyć wszystkiego najlepszego. Co też czynię.
Nie znoszę składać życzeń, wymyślać słów, które będą brzmiały wyjątkowo, ale znaczyć będą to samo. Ogólnie nie znoszę składać życzeń. Jeśli już to robię, to zwyczajne wszystkiego najlepszego niesie za sobą cały ładunek moich myśli, wszelkie wibracje na granicy czarów, myślenie pozytywne, tak oklepane, ale tak przeze mnie uwielbiane. Za tymi słowami kryje się wszystko to, czego nie sposób wyrazić. Bo jak życzyć zapierającego dech w piersiach widoku zachodzącego słońca, emocji związanych z czytaną książką, czy zachwytu nad ulubioną muzyką? Jak powiedzieć ciesz się życiem, pogódź się ze sobą samym, znajdź radość w codzienności?
Ja to umiem. Dlatego życzę wszystkiego najlepszego. Wybierzcie sobie z tego to, czego Wam potrzeba.

Ponieważ wszystkie moje plany wzięły w łeb, i to dosłownie, siedzę tu smętna, zamyślona i oswajam się z tym, że nie do końca jest jak być powinno.
A miało być tak pięknie...
Miałam sobie dzisiaj i jutro powędrować ulicami miasta, popałętać się po rynku, usiąść gdzieś nad filiżanką herbaty, poobserwować ludzi, porobić zdjęcia, ponacieszać się tym czasem.
Wszystko to upadło dzisiaj. Nie ustaję w wysiłkach, żeby jednak.
Zaczęło się od mega kataru. Nie miałam go od dwóch lat pewnie. Więc zemściło się w czwórnasób. Nie zatkało mnie, ale zastanawiałam się nad wykorzystaniem jakichś korków, bądź też tamponów, żeby zatamować powódź. Z tego wszystkiego, ciągle się podśmiewując(!!!) i mając nadzieję, że "jutro będzie lepiej" zaczęłam płakać. No dobra, łzawić. A tu w zamierzeniach gotowanie...
Miałam taki plan, że zrobię sobie wszystko w ciągu kilku dni, na spokojnie. Nic z tego. Przepłakałam te dni. Aż nadszedł wtorek. Zwlokłam się z łóżka, założyłam okulary przeciwsłoneczne, gdyż nadwrażliwość na światło nasilała się i stanęłam do boju. Nalepiam ze 150 uszek i pierogów z kapustą i padłam...
Potem jakoś udało nam się usiąść do stołu. Znaczy mi.
W każdym razie nie spodziewałam się dnia dzisiejszego. Walcząc z katarem i tym, żeby nie zawaliło mi zatok, zupełnie nie pomyślałam o tym, żeby zaopatrzyć się w większą ilość czegoś na migrenę, albo przeciwbólowego. Wszystko mi się dzisiaj skończyło. A żeby było weselej dzień zaczął się okropną migreną lewostronną. Apteki na tym zadupiu nie uświadczysz, takiej co by otwarta była w święta, a jechać do miasta z takim bólem nie chciało mi się zupełnie.
Rzutem na taśmę napisałam smsa do znajomej. Okazało się, że ma zapasy, że może mi nawet przynieść, ale poszłam się przewietrzyć. Fakt, jak zadzwoniła, rozpłakałam się w słuchawkę, bo...bo jakoś tak się poczułam bezradna. Ale poszłam, wróciłam, żyję. Nikomu nie życzę.
Tak więc dzisiaj siedzę w okularach przeciwsłonecznych, słucham mojej ukochanej muzyki, czytam książki, przyglądam się choince i rozmyślam.Staram się nie patrzeć w lustro, bo wyglądam jakbym piła z tydzień, takie mam podkrążone oczy i jestem blada jak ściana.
Może jutro uda mi się wyjść?
I jeszcze jedna konkluzja mojego myślenia o życiu. Dzisiaj jestem dużo dalej, niż rok temu. Jest o wiele lepiej niż było rok temu. Bagaż doświadczeń mi się powiększył i mam nadzieję, że zmniejszył poziom naiwności.
Ale zasadniczą, najważniejszą sprawą jest to, że jest lepiej.
Niech zobrazuje to fakt, że w tym roku mam choinkę.
Strzeżeniowiedźmowe drzewko :D


Na dziś:
Shinedown - Breaking Inside
Uwielbiam. Moim wielkim marzeniem jest pojechać na ich koncert....





czwartek, 19 grudnia 2013

[243] Wieści różnej treści

Jakby to ująć. Chciałabym napisać coś niesamowitego i zupełnie nowego. Takiego, że spadły by Wam kapcie z wrażenia.
A ja tylko w zwykłym niedoczasie jestem.
Dzieje się, dzieje. Różne zawirowania. Takie pokłosie Ksawerego, tyle że nie meteorologicznego.
Więc tak.
Się tworzy różne rzeczy. Na szybko, na czas, na już i wczoraj. Bo święta. I każdy coś chce.
Nawet osiemnastka się trafiła. Znaczy kartka na osiemnastkę. Własnie ją robię i nie będzie grzeczna :>
Się gania na spotkania załatwia i jest się ciągle pod telefonem. I fajnie.
Tylko, kurczę, nie ma czasu nawet się wyspać. Ostatnie dwa tygodnie śpię mało, biegam, załatwiam i wymyślam. Mam jednak ogromną satysfakcję.
W między tak zwanym czasie odbyłam kilka kolejnych poważnych rozmów. Z wiadomą osobą i w wiadomym celu.
Dzięki temu wiem, co i jak.
Wiem, że to moje ostatnie chwile z koleżanką.
Wiem, że niektórzy nie potrafią niektórych spraw ogarnąć.
Wiem, że nie każdy nadaje się do prowadzenia firmy.
Wiem, że niektórzy wszystko traktują literalnie.
Zobaczyłam jak można się zmienić w ciągu kilku tygodni. I jak łatwo można skrzywdzić drugiego człowieka słowami, bo się nie umie z nich korzystać. Ciekawa jestem, jak szybko można pozbyć się empatii? Przestać zauważać pewne rzeczy? A najbardziej dziwi mnie jak można jedno mówić, drugie robić. Ja tak nie umiem.
Wobec wszystkiego co się wydarzyło, postanowiłam już dziś:
jak najszybciej zwijam się z tamtego interesu. Będzie mi żal. Bo to fajny pomysł, fajna praca. Ale ja tak nie umiem i nie chcę.
Czas zakasać rękawy i zmienić to, co jest do zmiany.

Ale jedna rzecz uradowała mnie niesamowicie. Popłakałam się. I ze śmiechu i z radości i wzruszenia. Dostałam bez ostrzeżenia paczkę, a w niej prezenty dla dzieciaków i dla mnie.
Bardzo bardzo bardzo chcę podziękować kochanej Frytce i Desperowi, bo to oni zrobili dla mnie HO HO HO :)
Nie wiem jak Wam dziękować.
A selera nie stwierdzono, nawet w ilościach śladowych :)


Na dziś:
Garou - Reviens
Znów się nie linkuje. A poza tym uwielbiam Garou :))



niedziela, 8 grudnia 2013

[242] Last...

Grudzień jest.
Olśniło mnie dzisiaj.
Tak właśnie mogę zobrazować ostatnie czasy. Już śnieg dał mi do myślenia, tyle, że pomyślałam sobie: jeszcze grudnia nie ma, a już śnieg pada...Nawet Mikołaj w piątek nie poruszył mego wewnętrznego kalendarium i nie nastawił mnie na grudniowe życie.
Ale właśnie doznałam olśnienia. Drugi raz w ciągu trzech dni. To zaczyna być niebezpieczne.
Grudzień jak grudzień. Obfituje w kolorowe światełka, choinki, Mikołajów, elfy, sanie i inne akcesoria.
I oczywiście w nieśmiertelny hicior, który wyziera zewsząd.
Zostałam zaproszona gdzieś w połowie listopada na wydarzenie założone na facebook'u, o wdzięcznej nazwie Last Christmas vol.4. Z ciekawości, bo jakże by inaczej, zajrzałam co to. Okazuje się, że to swoiste zawody, kto najpóźniej usłyszy słynny przebój zespołu Wham. Przekalkulowałam swe możliwości (do galerii nie jeżdżę, radia nie słucham, w necie przecież mnie nie zaatakuje. Wygram! O jakże się myliłam.
Obserwowałam, jak odpadają co chwilę kolejni gracze. Śmiałam się pod nosem.
I stało się. Pewna sieć komórkowej telefonii, której od tego wydarzenia już poczwórnie nie lubię, nadała w necie reklamę...
Wyobraźcie sobie to, co zalało mi wzrok. Co zagotowało mi krew. Co spowodowało, że rozpadł się mól plan. Moja wygrana poszła sobie wraz z pierwszym, nomen omen, "Last Christmas I gave you my heart"...
Tak więc mogłam spokojnie, bez nerw, pojechać dzisiaj do galerii po rękawiczki dla Młodego, bo okazało się, że praktycznie wszystkie "gdzieś" się zgubiły. I jak na złość w galerii nie leciała żadna rzucająca się na mózgownicę muzyka.
Jak pech to pech.

Na dziś:
Ha! Pewnie się spodziewacie hitu stulecia!
Figa z makiem.

Lech Janerka - Jezu jak się cieszę


sobota, 7 grudnia 2013

[241] To chyba już

Znaczy chyba już mogę zacząć odpoczywać i nie pędzić. Bo nie że nic nie robić, o nie. Tak dobrze to nawet ci, co nic nie robią nie mają. Teraz sobie spokojnie popracuję.
Ale właściwie to chciałam się poskarżyć.
Z tego całego pędu, i innych okoliczności, o których za chwilę, zupełnie zapomniałam, że...trzeba napisać list do Świętego Mikołaja. A że zapomniałam, to teraz mam.
W piątek rankiem budziłam Młodego. Już, szybko, ubieraj się, wstawaj, zęby, śniadanie, spodnie, to masz lekcje, czy nie, jaki odświętny strój?? kiedy mi o tym mówisz, rano?? chyba żartujesz..
I wychodząc z pokoju, nagle stanęłam w drzwiach jak wryta, zatkało mnie, olśniło, zdębiałam, doznałam paraliżu. Mikołaj!!!
Zatrzasnęłam drzwi. Znaczy zamknęłam, one się trochę blokują, bo jakoś tak kijowo są osadzone. Pędem do szafki, a że prezenty ograniczone, to wcisnęłam w but czekoladę i odetchnęłam z ulgą. Zdążyłam! Znaczy Mikołaj zdążył!
Niestety, o mnie zapomniał. Na amen.
Za to kilka godzin później poszłam na nasz szkolny kiermasz. Z ramienia rady rodziców. Robotę miałam właściwie po kiermaszu. Stałam jednak cały czas przy stoisku naszej klasy. Przyznaję, nie brałam udziału w organizacji i baaaardzo tego żałuję. Obiecałam sobie, że za rok wezmę sprawy w swoje ręce.
Obawiałam się, że kiermasz nie wypali. Bo i Ksawer się rozbujał, i nagonił śniegu, światła zgasły, ale tylko uliczne i na pół godziny może. Ksawery poszedł sobie zanim kiermasz się rozpoczął. Nawet odsłonił na trochę niebo i pozwolił poczuć cudowną zimę - lekki mróz, skrzący śnieg, cudo! Potem jednak ociepliło się lekko, kiedy naszło kłębowisko stalowych chmur i sypnął wielkimi płatami śniegu.
Jak wracaliśmy do domu, znów było fajnie.
Tydzień zakończył się tak jak powinien. Aczkolwiek w międzyczasie zaliczyłam stan podwyższonego napięcia i zdenerwowania i chyba żaden środek w aptece by nie pomógł.
W każdym razie jakoś minęło, jakoś się rozeszło i jakoś jest. Jak, będę wiedziała jutro. Bo prześpię w końcu drugą noc pod rząd. Tak prawdziwie.
Dobranoc.



piątek, 29 listopada 2013

[240] Odpocznę

Kiedyś. Położę się i tak będę leżeć. Nikt mnie nie ruszy, nikt nie będzie miał tyle siły.
Czemu?
Bo tak jakby lekko zmęczona jestem. Fizycznie chyba bardziej niż psychicznie, ale to się okaże na dniach. Na razie w skrócie telegraficznym:
1. burak burakiem zostanie i choćby w towarzystwie schabowego był, nie zmieni swego statusu społecznego.
2. myślę, że po spotkaniu psycholog i pedagog ockną się gdzieś w połowie tygodnia. Bo spowiadałam się i ja i burak (nie że niby ja ten schabowy) i dzieci.
3. Przeszło spokojnie, aczkolwiek z Młodym jeszcze trochę trzeba popracować. Rozłożyć emocje na drobne i poukładać je spokojnie.
4. Upewniłam się, że zrobiłam co należało, zamieniłam 3 zdania z burakiem, który od dwóch lat milczy do mnie, tkwiąc w przeświadczeniu, że i tak nic nie wskóra, co oczywistym jest, bo nie wskóra.
5. W związku z pkt.5 przekonałam się, że 100% obojętności w stosunku do jego osoby, to najlepsze co mogę z siebie wykrzesać. Poza widzeniem powietrza.
6. Dzielna to bym była, gdybym zajechała tam z kałachem i zrobiła porządek.

Ale.
Zamiast spać, zalegać, odpoczywać, ja tu piszę, i już kombinuję jak poukładać jutro.
Chore.
Ale ja się nie chcę leczyć.


Na dziś:
Dawid Podsiadło. Cokolwiek sobie włączycie, ja tam jestem. Znaczy słucham. To miód i balsam na duszę i sennie opadające powieki, kolor w świecie muzyki, akcent na sercu i energia, której dziś mi brak, jednocześnie ukojenie, którego potrzebuję.
Dobranoc..

czwartek, 28 listopada 2013

[239] Ad hoc

Korzystając z okazji, że zaplątałam się w sieci i trafiłam na swój blog, pragnę wyznać co następuje:

1. Kraj ten normalnym zwany być nie może. Zmusza obywatela do krętactwa i matactwa. Uczy jak nalać z pustego, a przelać w pełne.
Tak więc szukam teraz wyjścia i jest mi z tym źle, ale muszę, bo nie mam wyjścia. Otóż przyznano moim dzieciom stypendium socjalne. Ale żeby nie było tak fajnie, to żeby je dostać muszę przedstawić rachunki, że już je wydałam. Bo ono przysługuje co miesiąc, ale wypłacane jest w dwóch transzach, czyli w grudniu i czerwcu następnego roku. Potrzebuję paragony na ciuchy, buty, tonery, co tam jeszcze, komputer może, zeszyty, przybory szkolne... Ma ktoś? Wolne? Na zbyciu? Od sierpnia do grudnia.
Jak mam wydawać pieniądze, których nie mam?????
PA RA NO JA

2. Jutro ten dzień jest. Kiedy zrywamy się przed świtem i pędzimy kilkadziesiąt kilometrów stąd, żeby se pogadać przez 4-5 godzin z psychologiem sądowym biegłym. Żeby mógł ocenić, czy moje dzieci są szczęśliwe i co z tym fantem zrobić. Cóż. Młody zbuntował się okropnie, że nigdzie nie jedzie. Popłakał się łez strumieniami, zaliczył małpie zwyczaje jednego wieczoru wisząc na mnie, dobrze, że nie wyłuskiwał mi pcheł. Po czym stwierdził, że po co go mają pytać czy mu jest dobrze, przecież to oczywiste, że jest mu dobrze. Ale żeby było jasne, pogadaliśmy na luzie, łaskawie zgodził się spotkać z panią Pedagog (powiedziała, że przygotuje go na spotkanie, żeby wiedział jak sprawa wygląda), chociaż miał małe spostrzeżenie, że nie idzie do żadnej pani PEDAGOG, bo co ona ma wspólnego z PSYCHOLOGIEM i w niczym mu nie pomoże, po czym dzisiaj stwierdził, że pani Pedagog jest super, u niej jest super, i umówił się na poniedziałek, żeby opowiedzieć jak było. Bardzo lubię panią Pedagog.

3. Czas pędzi. Jak wrócę to nie będę miała czasu znów. Organizujemy jako Rada Rodziców kiermasz świąteczny i mamy mały za..dużo roboty mamy. Poza tym codziennie jestem w szkole. Bo mi się chce. I chce mi się ganiać z plakatami. I w ogóle mi się chce.

4. Finiszuję z rozwiązywaniem problemów "w pracy", że tak eufemizmem polecę. I będzie to ostre cięcie.
Prawdopodobnie w poniedziałek. Aczkolwiek nigdy nic nie wiadomo. Może już jutro po powrocie.

5. A poza tym idę spać, bo zostało mi 5,5 godziny snu.

Na dziś:
Edie Brickell - Circle
Niezmiennie urzeka mnie płyta z The Bohemians..Od 21 lat....




czwartek, 21 listopada 2013

[238] Kultura

Wczoraj, na zakupach, klasyczny obrazek. Szeroka dość alejka w biedrze, w poprzek stoi wózek, w wózku dziecko, obok pani, która przeglądała coś, jej mąż. Kudłata szła, mąż do żony: przesuń wózek, bo ktoś idzie. Na co pani: mówi się przepraszam. A ja z drugiej alejki: to się nie stoi wózkiem w poprzek, odrobiny kultury brak? Pan się nie odezwał, bo babsko takie wyższe i większe ode mnie, próbowało zmiażdżyć mnie wzrokiem, ciskać gromy, ale się już nie odezwało. Olałam też ten zabójczy wzrok.
Tak, spięłam się.
Tak, przeszkadza mi bezmyślność innych w miejscach publicznych. Przeszkadza mi głupota i chamstwo.
Zawsze staram się jak najmniej przeszkadzać. W autobusie, kiedy stoję w tłumie uważam, żeby plecakiem kogoś nie uderzyć, nie depnąć, nie wpaść na kogoś. W sklepie tak się poruszam, żeby nie wchodzić w drogę nikomu. Tak samo na chodniku, zawsze idę prawą stroną, kiedy widzę kogoś przede mną. Tak samo ustawiam się na światłach. Bo to naturalne, ale chyba tylko dla mnie. Kilka razy zdarzyło mi się, że ludzie wyminęli się na pasach bez kolizji. Najczęściej odbywa się taniec na środku, bo ktoś komuś musi ustąpić drogi.
Dlaczego nie stosujemy się do takich elementarnych zasad?
Naprawdę tak trudno zwyczajnie pomyśleć?

Czas zlewać żurawinówkę. Jutro się tym zajmę.
Ale znalazłam pigwę. I chyba zrobię pigwówkę :)))
Chociaż mój syn, nie mający żadnych traumatycznych i nietraumatycznych przeżyć związanych z piciem alkoholu, mocno angażuje się w wyjaśnianie mi, że on nie chce, żebym piła, nie chce, żeby w domu był alkohol i jest autentycznie poważny w tych dywagacjach.
Nie wiem skąd mu się to wzięło. Nigdy nie widział mnie z kieliszkiem, butelką czy puszką. Nigdy przy nim nie piłam, nie wspominając o upijaniu się. Muszę go podpytać, dlaczego tak mówi i skąd mu się to wzięło.

A na dziś:
Zielone Żabki - Kultura



środa, 20 listopada 2013

[237] Bo ja...

...że tak powiem bez ogródek, urwanie mam, czego to nie powiem chociaż już po 23 jest, a wręcz przed 24. Bądź też 0.00 Moja kuchenka zdecydować się nie umie, więc pokazuje 24.00 a potem 00.01.
W każdym razie, odpada mi to i owo, nie wspomnę już nawet o chwili wolnej na poleniuchowanie.
Książki czytam w locie.
Bo czytam.
Procederu tego nie zaprzestanę i nie ma możliwości, bym z tej recydywy jakoś wyszła.
Ale za to usłyszałam: ty masz czas czytać książki???
Tak. Mam. Zawsze i wszędzie. Czytam choćby chwilkę. Po to, żeby mi umysł odpoczął. Żeby oderwać się od tego, co nie do końca gra.
A nie gra dużo. Ale zagra. Już zaczyna być tak, jak trzeba.
W przyszłym tygodniu być może zacznie się kończyć rozwód. Mam nadzieję. Najbardziej boję się o Młodego, ale będzie dobrze.
A co mnie tak zajmuje?
Praca społeczna w Radzie Rodziców. Bo jak się angażować, to na całego, co nie? Na pytanie, czy nie mam za dużo czasu, odpowiadam, nie mam. Ale dlaczego mam nie robić nic i potem narzekać? Wolę zrobić tyle ile dam radę, a potem spróbować więcej. Więc sobie działam.
Nauczyłam się też, że należy się szanować. Bo ja nie zawsze umiem wypalić ripostę, powiedzieć co myślę, zawalczyć o siebie od razu. Czasu mi trzeba, przemyśleń, bodźców. Rozmów z mądrymi osobami, które zamiast słodzić walą prosto z mostu, co sądzą na dany temat, nie wydając przy tym opinii, a zmuszają do myślenia. Boli czasem, bo prawda zawsze boli. Ale też oczyszcza. Te rozmowy dają mi do myślenia. Czasem drepczę wokół, szukam luk, ucieczki, odwracam uwagę, ale zawsze, zawsze, zawsze wracam. Bo to jak z ospą. Najpierw pojawia się jedna krosta. Można ją ignorować. Potem kilka. Jeszcze nie stawiamy diagnozy. Ale w końcu swędzi tak cholernie, że trzeba się tym zająć.
I za to Tobie dziękuję bardzo, po stokroć. Za każde słowo. Ty wiesz :*
Wracając do tematu, pewne rzeczy zwolniłam. Przestałam wypruwać z siebie flaki, po to, żeby wszystko było na czas. Dlaczego to mnie ma zależeć.
W każdym razie podzielę się kilkoma spostrzeżeniami na swój temat. Wzorem Fryteczki, aczkolwiek nienominowana, ale co tam.
1. Oduczam się naiwności. Wiary w to, że jak ja coś, to inni też. Zaczynam walczyć o siebie i być egoistką w tym względzie. Dlaczego poświęcać się mam tylko ja, kosztem moich dzieci? Koniec.
2. Nie znoszę, pasjami, osób, które nie robią nic, a udają, że są zarobione po kokardy.
3. Nie podoba mi się, kiedy ktoś sam nie robi nic, ale od innych wymaga szybkości i działania. Przykład: podjęte działanie trwa. I trwa. I trwa. Wykonawca upomina się o plik. Nie ma. Potem nagle, godzina po zamknięciu firmy, wysyła się plik, po czym od 8 rano waruje się przy skrzynce mailowej, czy może już ta osoba odpisała, snując dywagacje na temat olewania klienta, opieszałości, niespełnionych obietnic. Nie umiem nie być wyrozumiała. Może dlatego, że współpracowałam z wieloma dostawcami, producentami i klientami i wiem, jak to wszystko działa. I wkurza mnie, że ktoś jest wymagający tylko wtedy, gdy sam czegoś potrzebuje.
4. Nie znoszę, kiedy coś się obiecuje, ba! wychodzi się z propozycją i nie dotrzymuje słowa. Jestem pamiętliwa, wiem. Mam pamięć słonia i pamiętam czasem słowo w słowo jakąś rozmowę sprzed lat, minę, atmosferę. Upierdliwe to jest, wierzcie mi, szczególnie, kiedy ktoś tego nie pamięta, i zmienia fakty. Nauczyłam się nad sobą panować, ale wiem, że w dogodnej sytuacji wyciągnę akta sprawy i przeprowadzę dochodzenie oraz udowodnię, że to ja miałam rację.
5. Nie wiedzieć czemu, ktoś mi podebrał kilka godzin z doby i, delikatnie mówiąc, nie wyrabiam na zakrętach. Jutro mam taki dzień, że szok.
6. Uwielbiam mieć rację, ale wiem, że niektórych to wkurza :))))

A tak dla rozluźnienia sytuacji przytoczę kilka skeczów na temat podłączania komputera telefonicznie.
Otóż moja mamma otrzymała z powrotem swój sprzęt (w szczegóły się nie wdam, powiem tylko, że zepsuła komputer jakiś czas temu).
Otóż kiedy sprzęt dostał się w jej ręce przystąpiła do podłączania peryferiów.
Ale najpierw zadzwoniła do mnie zapytać (cud!).
To mówię: na górze klawiatura - zielona wtyczka, zielone gniazdo, obok mysz, monitor na dole.
Ona: nie, co ty chrzanisz, klawiaturę mam na dole! Mysz mam na to płaskie takie, monitor na górze
Ja: Na dole? Dziwne...Ale ostrożnie, nie na siłę, delikatnie, wszystko do siebie pasuje...
Ona: nie mogę włączyć komputera! Jakaś inna ta obudowa, nie wiem gdzie! Tu cisnę tam cisnę nic!!! !$@$$!^!$^!$^%$&^&#!@@$^^(**** Po cholerę ją zmienili!!!!
Ja: spokojnie, miałaś przycisk na górze. I nie ma?
Ona: nie ma! k****
Ja: zrób zdjęcie i przyślij mmsa..
Ona: no dooobra!
Ja: postawiłaś komputer do góry nogami..Odwróć go.
Ona: JEST!!!!!!!! Działa! Jest przycisk!!! I c*** klawiatura zapaliła się i zgasła, nie mogę pisać, po ch*** to hasło! Ja nie pamiętam hasła, co oni mi tu zrobili!
Ja: spokojnie, przypomnij sobie, może było jak poprzednio..
Ona: Nie pamiętam jak było!!! Zapomniałam!!!! Nie mogę pisać!!!! Klawiatura nie działa!!!!
Ja: to zmień na tą starą.
Ona: działa.
Po konsultacjach wyszło, że klawiatura miała przejściówkę, więc kazałam odłączyć i podłączyć ją do USB.
I usłyszałam: Działa. Ja od początku wiedziałam, że to przez tą przejściówkę...
W końcu znalazło się w pamięci przepastnej hasło, uruchomiło się wszystko...
Ale oczywiście trzeba było poustawiać w programach różne opcje, głośniki, hasła itp.
I dzisiaj nie działał skype...
Ona: ciotka ma spieprzone a mówi, że to ja!!
Ja: to zaraz skonsultujemy..Ustaw tu i tu, na to i na to. Działa?
Ona: działa!!! Ha ha! Ale zaraz zadzwonię do ciotki i powiem, że to ona miała spierniczone!!!
Cała moja mamma.
Cierpliwości mi trzeba. Dużoooo cierpliwości!!!


Na dziś:
Hallelujah - Leonard Cohen cover
Uwielbiam i nienawidzę...Ze skrajności w skrajność.





wtorek, 12 listopada 2013

[236] Skarbonka

Wiecie jak to jest z porządkami?
Potwierdziło się, że:

" Porządek może mieć każdy głupi. Tylko geniusz umie zapanować nad chaosem." Autor nieznany.

Do tej pory byłam geniuszem. Wkładałam rękę w stertę rzeczy i wyciągałam to, co akurat było mi potrzebne.
Od wczoraj szukam pudełka z szydełkami....
Ma ktoś jakiś pomysł? Bo mnie już ręce opadły...

Postanowiłam zrobić sobie skarbonkę.
Powodów jest kilka.
Pierwszy.
Otóż w ten wyjazdowy weekend miałam okazję zostać powiedziona na pokuszenie. Tak tak. Pozwoliłam się podpiąć do mojego body...
Było bosko. Lekko ostro, delikatny nacisk, przesunięcie, wszystko w odpowiednim świetle, ekspozycji.. Zabawa trwała jakiś czas, ale byłam zmęczona. Bardzo żałuję, ze to trwało tylko chwilę...
Tak tak. Kto kudłate myśli miał niech się czerwieni.
Miałam okazję bawić się fajnym, stałoogniskowym obiektywem. Mój aparat stał się mniej tajemniczy i odważniej przekręcam to i owo. No bo jak już się wie co jest do czego, zabawa staje się odważniejsza i wiadomo, gdzie ręce wsadzić.
Zbieram więc na obiektyw. Przydatne urządzenie w mojej pracy.

A to mała próbka zdolności tego cudu.



Drugi.
Moja drukarka, którą jakiś czas temu chciałam wykończyć, zrzucając na podłogę, okazała się mi bardzo potrzebna. Z pewnych względów nie mogę i nie chcę korzystać z druku w pracy. Emocjonalnie nie wyrobię.
Wierzcie mi, wolę iść do punktu ksero i wydrukować sobie za 2 zł kartkę z jednym napisem.
Zbieram więc na tonery.
Trzeci.
Trzecia przegródka będzie na wydatki inne. Wakacje, koncerty, kino. Powodów znajdzie się mnóstwo. Nie wspomnę nawet o tych zwyczajnych..
Wracam do pracy. Trzeba to i owo skleić.


Na dziś:
RUN DMC & Aerosmith - Walk This Way
Mam ochotę, tak od serca, podkręcić głośnik...





sobota, 9 listopada 2013

[235] Szał

Wpadłam weń.
W szał sprzątania.
Powodów jest kilka.
Najistotniejszy, to punkt odniesienia. A nawet dwa. Jeden, to totalny chaos i bałagan połączony z brakiem ergonomii pracy. Drugi to prawie idealny porządek, który mam okazję podziwiać raz w tygodniu.
I tak właśnie w czwartek spojrzałam na moje mieszkanie innym okiem. Widok mi się nie spodobał. Zasłonięte okno, niepościelone łóżko, bo wyszłam wcześniej i nie miałam czasu...Ale przede wszystkim ciężka atmosfera. Nawet może nie chodzi o zewnętrze. Raczej o to jakie emocje i jakie uczucia drgają w przestrzeni. O moje odczucia chodzi.
Postanowiłam posprzątać. Zrobić porządek, taki z prawdziwego zdarzenia.
Zaczęłam wczoraj. Szalałam ze szmatką z mikrofibry, ale to nie było to. Zapragnęłam czegoś więcej.
Zmian, zmian, zmian. Poprzestawiać mebli za bardzo nie mam jak. Ale czemu nie. Zagościło u mnie nowe łóżko. Młody ma w końcu na czym spać. Zobaczymy jak minie pierwsza noc. Spadnie, czy nie spadnie?
Znam ten mój stan. Chcę zmian. Jakichkolwiek. Bo coś uwiera. Bo czegoś nowego się chce. Bo coś trzeba zmienić. To proces bardzo złożony. pokręcony i niejasny. Z totalnego chaosu wyłania się w końcu jakaś spójna całość. I tak właśnie było dzisiaj. Sprzątałam niby bez sensu. Trochę tu, trochę tam, trochę kuchnia, trochę łazienka. Tu coś, tam coś. Ale czułam, że tak muszę.
Zaczynam więc zmiany od tego co najbliżej. Zrobiłam porządeczek. Jutro dokończę na spokojnie. Dzisiaj już pachnie i jest świetnie.
A co będzie w połowie drogi? A na końcu zmian? To się okaże.
Na razie czuję, że to wszystko idzie w dobrym kierunku. I że idę tam, gdzie chcę. A co będzie dalej to zobaczymy. Dzisiaj jest dobrze.
To dobranoc. Zaliczam pad na twarz.


Na dziś:
BillWithers - Ain't no sunshine
Lubię. Lubi Kudłata. Wolimy bardziej, niż cover Budki Suflera.