sobota, 12 września 2026

[550]. Burza w mózgu.

Takie mnie nachodzą czasem rozkminy. Życiowe, egzystencjalne, obyczajowe, rzemieślnicze. Od kiedy prokrastynacja bierze górę, od wtedy trudniej mi się zawziąć i zrobić. Więc se siedzę i se rozmyślam.
I tak na przykład dochodzę do wniosku, że nic nie muszę. Wiem, mało odkrywcze, czy tam rewolucyjne, bo trąbię o tym już od długiego czasu. Jednak teraz zorientowałam się, że to nie jest żadna deklaracja, obwieszczenie, że od teraz to ja nic nie muszę. Od pierwszego pomyślunku o tym i wypowiedzenia na głos to już lata świetlne minęły, a dopiero teraz zrozumiałam. Że nie muszę wielu rzeczy. Nie muszę niczego nikomu udowadniać. Nie muszę szukać żadnych wartości w sobie. Bo przecież jestem, to już jest wartość. Mniejsza o większość, że tylko dla mnie, ale to wystarczające jest. Nie muszę czytać literatury z najwyższej półki. Przecież na niej mogą stać ukochane kryminały, kiepskie romansidła, obyczajówki i Chmielewska. Śmieszne, intrygujące, ale nie żadne ąę. Albo Dukaj. Którego łapię na granicy percepcji. Wchodzę w ten świat cała i czuję go prawie namacalnie. Towarzyszę słowom, które składają się na obrazy. I chłonę. Nie zastanawiam się nad ich sensem. One są tak po prostu. Płyną, jak najlepiej napisany kod i przywołują do życia świat, którego nie ma. 
Nie było mi po drodze z poezją. Ale myślę, że to jak z jazzem - potrzeba czasu, żeby zrozumieć przekaz. I od kiedy zaczytuję się w Małgosi wersach, to trafia do mnie najwspanialsze słowo, emocja, kolor, który za tym stoi. Najlepsze jest utożsamianie się z tym. Czytam jakby swoje myśli, tylko ktoś je poukładał, posortował i nadał im kształtu. Podskórnie czuję, że wiem, ale to takie niewypowiedziane. Na granicy jak u Dukaja. Czuję.
Niewypowiedziane dopada mnie często. W takich chwilach marzy mi się, żeby osoba, która jest adresatem miała zdolność czytania w myślach. Moich. Czułaby wtedy emocje, kształt i wagę, bez słów. Żeby to lepiej zobrazować - kiedy składam życzenia, to w banalnym wszystkiego najlepszego zawiera się cały, niebanalny ładunek pozytywnej energii, którą chciałabym dać w tych słowach. Kiedy to mówię, lub piszę, to czuję się jak.. truskawka, z której wraz z zielonym kołnierzykiem wyciągnięto ten taki biały rdzeń. Czuję tę pustkę po nim, jednocześnie ogromną radość, że mogłam oddać to swoje uczucie. I ta radość wypełnia mój środek. 
Rzemieślnicze rozkminy są ciut trudniejsze. Bo żeby myśl stała się rzeczą, trzeba rozłożyć cały majdan. A to jest trudne w moim przypadku. Chcę. Ale nie mogę. W tej chwili pokonuję dżunglę, wycinając przeciwności. Narasta w mojej głowie wkurw. Na bałagan. Na niemoc. Na wymówki. Na wszelkie przeszkadzajki. 
Bo nie muszę wspominać o tym, że jestem rozkojarzona i nie mogę się skupić na jednym? W połowie odcinka wpadam na pomysł, żeby sprawdzić jakąś informację w necie. Przypominam sobie o tym co miałam sprawdzić dwie godziny później. I jak już tam prawie jestem, to mam myśl, żeby napisać post.  I tak piszę i kasuję i widzę właśnie, że nie napisałam o tym, o czym chciałam. 
To teraz.
Obserwuję sobie na kanałach o dramach azjatyckich komentarze. Szczególnie tam, gdzie ktoś zahacza o serię, bądź film, który u mnie wywołał Niagarę łez, emocji i egzystencjalnego bólu. I wcale nie musi to być ciężka tematyka, bo w wesołej, prześmiewczej formie też można dać do myślenia, ale mam wrażenie, że to myślenie przypada na jakiś promil społeczności. 
Chodzi mi o to, że wyciągam jakiś podświadomy, emocjonalny przekaz, morał, naukę z banalnych by się wydawało rzeczy. I mam tak i w książkach, i na ekranie, i w tekstach piosenek, w obrazie, grafice, pięknym widoku. Wiem, że nie każdy ma taką wrażliwość. 
A ja przeżywam do szpiku kości emocje wraz z bohaterami.
Jestem nienormalna, co nie?

6 komentarzy:

  1. Najpierw chyba musiałabym zrozumieć czym jest normalność, by Ci odpowiedzieć. Przytulam kochana, nosem ryję trochę już w poduszce, ale pomyślałam, że się uśmiechnę do Ciebie siostro.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A tego to ja sama nie wiem. Ale chyba jak jest moje to jest normalne w moim mikro światku. Śpij dobrze i odpoczywaj.

      Usuń
  2. swoim największym wrogiem zawsze byłam ja sama...nigdy nie było dość dobrze i nie byłam dość dobra. byłam bo doszłam do takiego samego wniosku. nic nie muszę a zwłaszcza się tłumaczyć, komukolwiek. Od jakiego czasu odrzucam toksycznych ludzi. ba nawet całkiem normalnych odrzucam. gdy mnie wkurzają, swoimi fobiami. więcej fobii nie zniosę.
    trzymaj się, nadwrażliwość bywa męcząca...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O tak, być swoim wrogiem, jak ja to znam. Mogę się pod tym podpisać.
      Nie tłumaczę się i dlatego mi tak dobrze ze sobą. 15 lat temu rozpoczęłam drogę powrotu do siebie. Z tego powodu nie mam wokół ludzi. Bo przestałam tolerować działanie przeciwko mnie. Albo może raczej przestałam sobie umniejszać i nie być dla siebie ważną. Nadwrażliwość. Muszę z tym żyć. Nie mam wyjścia. Ale radzę sobie.

      Usuń
  3. To się nazywa dojrzewanie, Natt. Mimo wieku, ja dopiero wchodzę w okres dojrzewania. I uwierz mi, bardzo długo czułam się (i jeszcze się czuję) niedojrzała. Zatem dopiero teraz prawdziwe życie przed nami. Takie jak chcemy. Nasze. Jesteśmy na dobrej drodze 😘.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dojrzewanie mówisz. Ciekawa teoria. Ja chyba byłam dojrzała zawsze. Ale też niepoważna i szalona. Z wyznaczonymi granicami rozsądku.

      Usuń

Jeśli zechcesz podzielić się swoim zdaniem - będę wdzięczna. Nie obrażaj nikogo, a Ciebie również nikt nie obrazi.