I tak na przykład dochodzę do wniosku, że nic nie muszę. Wiem, mało odkrywcze, czy tam rewolucyjne, bo trąbię o tym już od długiego czasu. Jednak teraz zorientowałam się, że to nie jest żadna deklaracja, obwieszczenie, że od teraz to ja nic nie muszę. Od pierwszego pomyślunku o tym i wypowiedzenia na głos to już lata świetlne minęły, a dopiero teraz zrozumiałam. Że nie muszę wielu rzeczy. Nie muszę niczego nikomu udowadniać. Nie muszę szukać żadnych wartości w sobie. Bo przecież jestem, to już jest wartość. Mniejsza o większość, że tylko dla mnie, ale to wystarczające jest. Nie muszę czytać literatury z najwyższej półki. Przecież na niej mogą stać ukochane kryminały, kiepskie romansidła, obyczajówki i Chmielewska. Śmieszne, intrygujące, ale nie żadne ąę. Albo Dukaj. Którego łapię na granicy percepcji. Wchodzę w ten świat cała i czuję go prawie namacalnie. Towarzyszę słowom, które składają się na obrazy. I chłonę. Nie zastanawiam się nad ich sensem. One są tak po prostu. Płyną, jak najlepiej napisany kod i przywołują do życia świat, którego nie ma.
Nie było mi po drodze z poezją. Ale myślę, że to jak z jazzem - potrzeba czasu, żeby zrozumieć przekaz. I od kiedy zaczytuję się w Małgosi wersach, to trafia do mnie najwspanialsze słowo, emocja, kolor, który za tym stoi. Najlepsze jest utożsamianie się z tym. Czytam jakby swoje myśli, tylko ktoś je poukładał, posortował i nadał im kształtu. Podskórnie czuję, że wiem, ale to takie niewypowiedziane. Na granicy jak u Dukaja. Czuję.
Niewypowiedziane dopada mnie często. W takich chwilach marzy mi się, żeby osoba, która jest adresatem miała zdolność czytania w myślach. Moich. Czułaby wtedy emocje, kształt i wagę, bez słów. Żeby to lepiej zobrazować - kiedy składam życzenia, to w banalnym wszystkiego najlepszego zawiera się cały, niebanalny ładunek pozytywnej energii, którą chciałabym dać w tych słowach. Kiedy to mówię, lub piszę, to czuję się jak.. truskawka, z której wraz z zielonym kołnierzykiem wyciągnięto ten taki biały rdzeń. Czuję tę pustkę po nim, jednocześnie ogromną radość, że mogłam oddać to swoje uczucie. I ta radość wypełnia mój środek.
Rzemieślnicze rozkminy są ciut trudniejsze. Bo żeby myśl stała się rzeczą, trzeba rozłożyć cały majdan. A to jest trudne w moim przypadku. Chcę. Ale nie mogę. W tej chwili pokonuję dżunglę, wycinając przeciwności. Narasta w mojej głowie wkurw. Na bałagan. Na niemoc. Na wymówki. Na wszelkie przeszkadzajki.
Bo nie muszę wspominać o tym, że jestem rozkojarzona i nie mogę się skupić na jednym? W połowie odcinka wpadam na pomysł, żeby sprawdzić jakąś informację w necie. Przypominam sobie o tym co miałam sprawdzić dwie godziny później. I jak już tam prawie jestem, to mam myśl, żeby napisać post. I tak piszę i kasuję i widzę właśnie, że nie napisałam o tym, o czym chciałam.
To teraz.
Obserwuję sobie na kanałach o dramach azjatyckich komentarze. Szczególnie tam, gdzie ktoś zahacza o serię, bądź film, który u mnie wywołał Niagarę łez, emocji i egzystencjalnego bólu. I wcale nie musi to być ciężka tematyka, bo w wesołej, prześmiewczej formie też można dać do myślenia, ale mam wrażenie, że to myślenie przypada na jakiś promil społeczności.
Chodzi mi o to, że wyciągam jakiś podświadomy, emocjonalny przekaz, morał, naukę z banalnych by się wydawało rzeczy. I mam tak i w książkach, i na ekranie, i w tekstach piosenek, w obrazie, grafice, pięknym widoku. Wiem, że nie każdy ma taką wrażliwość.
A ja przeżywam do szpiku kości emocje wraz z bohaterami.
Jestem nienormalna, co nie?
Najpierw chyba musiałabym zrozumieć czym jest normalność, by Ci odpowiedzieć. Przytulam kochana, nosem ryję trochę już w poduszce, ale pomyślałam, że się uśmiechnę do Ciebie siostro.
OdpowiedzUsuńA tego to ja sama nie wiem. Ale chyba jak jest moje to jest normalne w moim mikro światku. Śpij dobrze i odpoczywaj.
Usuńswoim największym wrogiem zawsze byłam ja sama...nigdy nie było dość dobrze i nie byłam dość dobra. byłam bo doszłam do takiego samego wniosku. nic nie muszę a zwłaszcza się tłumaczyć, komukolwiek. Od jakiego czasu odrzucam toksycznych ludzi. ba nawet całkiem normalnych odrzucam. gdy mnie wkurzają, swoimi fobiami. więcej fobii nie zniosę.
OdpowiedzUsuńtrzymaj się, nadwrażliwość bywa męcząca...
O tak, być swoim wrogiem, jak ja to znam. Mogę się pod tym podpisać.
UsuńNie tłumaczę się i dlatego mi tak dobrze ze sobą. 15 lat temu rozpoczęłam drogę powrotu do siebie. Z tego powodu nie mam wokół ludzi. Bo przestałam tolerować działanie przeciwko mnie. Albo może raczej przestałam sobie umniejszać i nie być dla siebie ważną. Nadwrażliwość. Muszę z tym żyć. Nie mam wyjścia. Ale radzę sobie.
To się nazywa dojrzewanie, Natt. Mimo wieku, ja dopiero wchodzę w okres dojrzewania. I uwierz mi, bardzo długo czułam się (i jeszcze się czuję) niedojrzała. Zatem dopiero teraz prawdziwe życie przed nami. Takie jak chcemy. Nasze. Jesteśmy na dobrej drodze 😘.
OdpowiedzUsuńDojrzewanie mówisz. Ciekawa teoria. Ja chyba byłam dojrzała zawsze. Ale też niepoważna i szalona. Z wyznaczonymi granicami rozsądku.
Usuń