Wstęp. Pół roku przed godziną zero. Moja mamunia wracała z imprezy. Od koleżanki. Zleciała ze schodów, trzasnęła była głową, krew się polała, ale twardzielka wróciła do domu, ciuchy wrzuciła do pralki i poszła spać. Pech chciał, że była w czerwonym sweterku, to nie widziała. Rano ból głowy, standard, po imprezie, kto by się przejmował. Nic nie dał do myślenia strup u podstawy czachy. Matula poszła do pracy, informując wszystkich wokół na czym świat stoi, a ja przez najbliższe pół roku schodziłam jej z drogi, bo nikt nie znał dnia ani godziny.
No i było tak, że przez te pół roku jakoś funkcjonowała, jakoś żyła, jakoś było. Bolało, ale kto by się przejmował. Znaczy ona się nie przejmowała, zresztą nie tylko sobą.
Rozwinięcie.Trafiło ją dzień przed wigilią. Nie mogła wstać. Nie mogła stać, siedzieć, chodzić, ból taki, że nie widziała na oczy. Oczywiście służbę zdrowia miała w poważaniu. Do czasu. Ale czas przyszedł dużo później.
W każdym razie przygotowanie CAŁEJ kolacji wigilijnej, i dni świątecznych, spadło na mnie. Trudno się nie domyślić, że to był mój chrzest bojowy, bo mimo, że w kuchni dawałam sobie radę, to nie robiłam nigdy pierogów, nie robiłam nigdy ciasta na pierogi, nie gotowałam barszczu, bigosu, nie piekłam mięsa. Musiałam też wystać swoje w kolejkach, załatwić wszystko od A do Z.
Dałam sobie radę. Wszystko było cacy. Pyszne i na czas.
Zakończenie. Myślicie, że dostałam pochwałę? Figa z makiem. Myślę, że nawet nie pamięta o tym, bo niedawno wspomniałam o tamtych świętach, to spojrzała na mnie jak na kosmitkę.
A do lekarza rodzicielka wybrała się dobre 9 miesięcy później...
Mogłabym podobnych historii przytoczyć mnóstwo.
O tym, że święta z domu rodzinnego kojarzą mi się zawsze z wk..nerwową matką. Że każda wizyta u rodziny - dziadków, to impreza, która kończyła się powszechną awanturą i kolejne miesiące pół rodziny knuło, reszta była obrażona. Że Boże Narodzenie kojarzy mi się z flachą na stole. Że kiedy poszłam do liceum, poznałam eksa, zaczęłam uciekać na każde święta w góry.
Dla mnie święta to siedzenie pod choinką i gapienie się na niebieską bombkę w której odbijało się światełko z lampek, wymyślanie historii pod tą choinką. Rozczarowanie, kiedy prawdziwą choinkę zastąpił okropny plastikowy badyl.
Nie tak, że nie mam żadnych fajnych wspomnień. Mam. Mam i ukrywam je gdzieś na dnie serca, żeby nie umknęły. Są tam i są tylko moje. Bardzo ulotne - zapachy, smaki, kolory, zapach choinki...
Marzą mi się święta. Mam ich obraz przed oczami. Może kiedyś..Może za rok...
Zobaczymy.
****
Nie umiem składać życzeń.
Nigdy nic mi do głowy nie przychodzi. Jeśli już to same oklepańce. Dzisiaj się wysilę, bo zależy mi na Was bardzo. Dzięki Wam piszę i dzięki Wam tutaj jestem.
Życzę Wam spełniania marzeń. Zdrowia. Radości, nawet tych drobnych. Uśmiechu codziennie, chociaż troszkę. Miłości. Takiej do świata. Wiary w siebie. W swoje możliwości. Zauważania malutkich znaków, że życie jest piękne. Odkrywania nowych horyzontów i akceptowania tego, co za horyzontem znajdziecie. Bo nikt i nic nie jest z gruntu złe. Jest tylko niepoznane. Łamcie stereotypy, poznajcie zanim ocenicie.
Przeczytania wielu mądrych książek i tych mniej mądrych też. Muzyki Wam życzę, żeby grała w Waszych domach, słuchawkach, głowach, niech niesie Was przez życie.
Życzę Wam zwyczajnie dobrego życia.
Na dziś:
Ceti - Miłość, Nienawiść, Śmierć








