Zawsze byłam nocnym markiem. Lubiłam siedzieć w cichym domu, kiedy wszyscy spali, a ja siedziałam do nadrania, pisałam listy, czytałam coś, słuchałam muzyki. To był czas, kiedy wszystkie zmartwienia spały, kłopoty znikały w ciemności, a szczęście oświetlała lampka na biurku. Nawet teraz czuję ten klimat, chociaż nie muszę siedzieć cichutko, żeby nikogo nie obudzić.
Korzystam więc z tej obecnej bezsenności.
Moje sercowe perypetie są bardzo ograniczone.
Dzisiaj już wiem z czego to wynika. Z braku pewności, że mogę się podobać, że jestem wartościowa, że zasługuję na miłość.
Wszystko co czułam poddawałam ocenie. Umniejszając sobie na każdym kroku. Bo nie wypada walczyć o swoje szczęście. Bo inni zasługują bardziej. Bo moje uczucia, myśli potrzeby są nieważne.
To straszne, co wychowanie w tych "wspaniałych czasach trzepaków i kluczy na szyjach" robiły z naszą, dziecięcą, nastoletnią, budzącą się miłością. Nikt nas jej nie nauczył. Tak samo z poczuciem własnej wartości. Nikt mi nie powie, że to były piękne czasy. Nie były. Ale to akurat temat na inną opowieść. Zostaliśmy wypaczeni, na dzieńdobry.
Aż chciałoby się krzyczeć z żalu i wściekłości.
Mi się chce. Zabrano mi najcudowniejsze lata młodości. Nie nauczono stawiać siebie na pierwszym miejscu. Nie umiałam być z siebie dumna. Musiałam radzić sobie sama z całym swoim życiem. Tak, jestem samodzielna, mam wiedzę, jakiej wielu nie ma, mam siłę, by ciągle iść do przodu.
Ale czasem sama siła nie wystarczy. Szczególnie jak obrazek w układance życia nie jest piękny. Kiedy nagle pokazuje gdzie są braki. Których nijak nie można zakopać, ani ukryć.
To z czym najbardziej się ostatnio mierzę, to akceptacja mojego AuDHD, poukładanie, poskładanie, magazynowanie i archiwizacja uczuć, emocji i wiedzy.
Im więcej wiem na ten temat, tym łatwiej zrozumieć siebie samą.
Im lepsze zrozumienie, tym łatwiejsze wyrażanie siebie.
Szkoda, że dopiero teraz mam na tyle jasną sytuację ze sobą samą. Strata czasu jest bolesna, ale to coś, czego nie da się już zmienić. Można za to żyć dalej bardziej świadomie.
I tak oto...
Przyszedł moment, w którym jestem gotowa na związek. Ta gotowość polega na tym, że przestałam analizować i ustawiać poprzeczki porównawcze. Nie szukam, żeby było jasne. Ale wiem, że gdyby teraz mnie trafiło, to idę jak dzik w żołędzie.
Uwielbiam uczucie zakochania. Nawet takie tylko do aktorów.
Ale to konkretne uczucie, które wykiełkowało ostatnio jest takie świeże, nowe, podszyte solidnym poczuciem siebie i wiedzą o tym, czego chcę i nie chcę. Daje mi taki luz i jasność, jest osadzone jak idealny element układanki, pasujący z każdej strony. Wiem czego się już nie wstydzę i co mogę powiedzieć. I co chciałabym powiedzieć. Zrozumiałam tak wiele, znów zaczęłam czuć motyle w brzuchu i płuca pełne powietrza.
Tylko..
Wdzierają się myśli o tym, że sobie za dużo wyobrażam, że to tylko jednostronne może i że nic z tego nie będzie. Że jestem stara, że się nie nadaję, że to i tamto.
Zabijam te myśli w zarodku, nie pozwalam się rozgościć w głowie. A przynajmniej staram się.
Czy coś z tego wyjdzie? Nie wiem. Ale daję sobie pełne prawo do przeżycia tej przygody.
Niech moc będzie z Tobą, choć wydaje mi się że cały czas jest - powodzenia!
OdpowiedzUsuńDziękuję!
UsuńDawaj! Co przeżyjesz to Twoje!
OdpowiedzUsuńWiem :) Chociaż to nie takie proste...
UsuńSuper! Niech się dzieje,powodzenia❤️
OdpowiedzUsuńTo trochę skomplikowane, ale dziękuję. Spróbuję :)
UsuńStara?! No litości! 🤦♀️😂 Moja babcia została wdową po kilku latach małżeństwa, jeszcze przed 40., z dwójką małych dzieci. Drugi raz stanęła na ślubnym kobiercu po 60. i przeżyła z drugim mężem ponad ćwierć wieku. Więc do boju, kobito! 😃👍
OdpowiedzUsuńAle ja się nie poddaję! Tylko włącza mi się to gówniane niskie poczucie wartości.
UsuńNatt, w pierwszej młodości (podstawówka-liceum-studia) robiłam dokładnie to, co Ty. Żyłam w nocy.
OdpowiedzUsuńNie mogę jednak zgodzić się z tym, co napisałaś o wychowaniu. Jesteśmy mniej więcej rówieśnicami z epoki trzepaków i kluczy na szyi. Od małego byłam otaczana miłością i dowartościowywana na każdy możliwy sposób. Moje sukcesy, świadectwa z paskiem, listy pochwalne, ubrania - wszystko było chwalone, opowiadane i pokazywane sąsiadom, koleżeństwu w pracy (u mamy, taty, babci, dziadka), Krewnym i Znajomym Królika. Każdy mój chłopak był akceptowany. Na każdym poziomie edukacji byłam lubiana w towarzystwie. Dziś nie mam kompleksów, w razie czego trzymam do siebie zdrowy dystans, potrafię śmiać się z samej siebie bez przykrości. Znam swoją wartość, wygrywam w konkursach literackich (przeważnie ogólnopolskich, a czasem międzynarodowych), wydałam trzy tomiki poezji, dostałam zaproszenie do wstąpienia do Regionalnego Stowarzyszenia Twórców Kultury. Jestem ciężka, ale kiedy facet bierze mnie na ręce, cieszę się, zamiast myśleć, że odpadną mu ręce i więcej się do mnie nie odezwie. Lubię swoje odbicie w lustrze. W moim dzieciństwie i dalej nie było niczego okropnego wręcz przeciwnie. To były najszczęśliwsze czasy w moim życiu.
A co do miłości - byłam kochliwa i miałam zawsze jakiegoś chłopaka czy partnera. Napisałam, że "byłam" kochliwa, bo już nie jestem. Moje całe serce szczelnie wypełnia BMŻ i nie ma w nim miejsca na ani ćwierć innego faceta. Patrzę teraz na mężczyzn jak na osobniki ludzkie płci nijakiej. Po prostu są i tyle. Zero zainteresowania. Po tym uwierzyłam w obiegowe powiedzenie, że miłość życia jest tylko jedna. Raz na zawsze. W moim wypadku to prawda.
Miałaś to szczęście, że rodzina, bliscy wspierali, kochali i byłaś doceniana. Ja nie byłam. Wręcz odwrotnie. Byłam ciągle sprowadzana do parteru. Na wszystko nie byłam za dobra. Dobrze się uczyłam? Inni uczyli się lepiej. Miałam plany na życie? A takiego wała. Wsparcie? Żadne. Rodzicielska miłość, czy choćby tylko dbanie o dziecko - nie zaznałam. Za to zaznałam przemocy. Psychicznej i fizycznej. Wstydu, z którym musiałam się mierzyć nawet nie zmierzę. Mając 6 lat chodziłam do zerówki do szkoły. Nikt mi nie przygotowywał kanapek, herbaty, śniadania. Nie dbał o czyste ciuchy. Nie interesował się czy wstałam do szkoły. Nie miałam żadnych chłopaków. Jedyny, pierwszy został moim mężem, co okupiłam traumą. I długoletnią depresją. Lubię siebie. Kompleksy - jakieś są. Poczucie wartości - w końcu umiem się docenić. Ale ciągle pokutuje to zimno, chłód, niemiłość z dzieciństwa. I nie, nie jestem pesymistką. Jestem duszą towarzystwa, ale coraz mniej mi się chce kontaktów z ludźmi. Teraz dopiero umiem nazwać rzeczy po imieniu. Dałam i daję moim dzieciom to, czego mi najbardziej brakowało. I tym wygrałam wszystko. Chcę też miłości pełnej, takiej świadomej, która nie każe tylko dawać, ale daje też. Jest na to szansa. Więc skorzystam! A Ciebie ściskam i cieszę się, że nie przeżyłaś tego co ja.
UsuńJa jestem wstrząśnięta tym, co napisałaś. To dla mnie jest jak odkrywanie istnienia jakichś mitycznych światów. Bardzo mi przykro i tulę Cię mimo upału 😊. Wykąpana w miłości, cholernie się nacięłam na okropnego ch***, za którego wyszłam za mąż. I to był początek mojego końca. Tak że nie przez całe życie stąpałam po płatkach róż. Od 25 roku życia idę przez cały czas po kolcach. Na depresję choruję od 2003 roku bez przerwy. Ale intensywnie ćwiczę hasło "mam wy***ane" i staram się, aby było moim mottem życiowym. To dobry kierunek, Nattuniu. Ty też powinnaś znaleźć coś dla siebie. Całusy! 😘
UsuńJa od 1998, też 25 lat miałam. Zobacz jak się zgadza. Ja trenuję wyjebanto od dawna. Teraz już mam kompletnie. Ciągle zmagam się z deprechą, ciągle muszę sobie przypominać o sobie, ale już nie mam wiecznego poczucia winy. Za to żyję jak chcę, gdzie chcę i nie muszę się nikim przejmować. Oprócz dzieci, które karmię i o które staram się dbać. Ściskam Kochana!
UsuńOdściskuję! 😘 💞 💕 💓 💖
UsuńTeż mam spore wąptliwości co do miłości. Oczywiście mam bliskich i ich kocham, ale brakuje kobiety. Czy faktycznie brakuje? To też można się spierać. Choroba i lekarstwa odebrały mi prawie całkowicie radość z seksu. No nie bójmy się tego słowa. Jestem ponad 10 lat sam - dokładnie nie powiem, bo aż mi czasem wstyd. Może kiedyś kogoś znajdę, ale często mi się wydaję, że po prostu nikogo dla mnie nie będzie. Na szczęście mam przyjaciół i w sumie mi to starcza...
OdpowiedzUsuńNie ma co się licytować ile kto sam. Ja już 15 lat. Ale czy mi brak faceta? Tak, do rozmowy, wsparcia, przytulenia. Życzę Ci znalezienia bratniej duszy.
UsuńA ja Ci powiem, żebyś tego krytyka, negocjatora, podpowiadacza nazwała. Jakoś tak… wiesz, Jadwiga, albo Żaneta. I za każdym razem, kiedy przylezie i zacznie pier…, że to bez sensu i że nie zasługujesz i inne takie, powiedz: ‚Żaneta! Morda w kubeł’. Nie wiem, czy pomoże, ale chociaż będzie śmiesznie. A tak poważnie, niesiemy wory pełne braków i niedoborów, a jednocześnie ciężkie, jak cholera. Podobne nieśli nasi rodzice. Traumy rodowe to niezły bałagan. Nie ma opcji, żeby ich nie dźwigać, ale można ten cykl przerwać. Nasza Młoda przerwała. Teraz, za nią, idziemy my. Nie musimy nic. Możemy wszystko Nattu. Trzymam kciuki, bo zasługujesz, jak nikt ❤️
OdpowiedzUsuńJa już nie niosę. Nie powielam. Nie chcę. Zostawiłam za sobą. Pamiętam, bo i owszem. Czasem boli. Ale tylko chwilę.
UsuńBARDZO dobry pomysł! Nadam jej imię, tej zdzirze. Tylko muszę przemyśleć które. Bo jest kilka takich, że od razu widzę te ryje.
I tak, możemy wszystko. Więc sięgajmy po to, czego chcemy. Ściskam przez La Manche.
Przeżywaj i idź na całość :*
OdpowiedzUsuńA pójdę! :*
UsuńPoznałam mojego męża pod koniec października, w styczniu podjęliśmy decyzję, że się pobieramy, w kwietniu byliśmy po ślubie, wiem, że są ludzie szybsi od nas, ale serio, nie trzeba latami się docierać by być szczęśliwymi. Ślub też nie jest koniecznością. hehe
UsuńŚwięta prawda!
Usuń