sobota, 8 sierpnia 2026

[547]. Więc opowiem Wam o miłości.

Bezsenne noce senne dnie...
Zawsze byłam nocnym markiem. Lubiłam siedzieć w cichym domu, kiedy wszyscy spali, a ja siedziałam do nadrania, pisałam listy, czytałam coś, słuchałam muzyki. To był czas, kiedy wszystkie zmartwienia spały, kłopoty znikały w ciemności, a szczęście oświetlała lampka na biurku. Nawet teraz czuję ten klimat, chociaż nie muszę siedzieć cichutko, żeby nikogo nie obudzić. 
Korzystam więc z tej obecnej bezsenności. 

Moje sercowe perypetie są bardzo ograniczone. 
Dzisiaj już wiem z czego to wynika. Z braku pewności, że mogę się podobać, że jestem wartościowa, że zasługuję na miłość. 
Wszystko co czułam poddawałam ocenie. Umniejszając sobie na każdym kroku. Bo nie wypada walczyć o swoje szczęście. Bo inni zasługują bardziej. Bo moje uczucia, myśli potrzeby są nieważne. 
To straszne, co wychowanie w tych "wspaniałych czasach trzepaków i kluczy na szyjach" robiły z naszą, dziecięcą, nastoletnią, budzącą się miłością. Nikt nas jej nie nauczył. Tak samo z poczuciem własnej wartości. Nikt mi nie powie, że to były piękne czasy. Nie były. Ale to akurat temat na inną opowieść. Zostaliśmy wypaczeni, na dzieńdobry.
Aż chciałoby się krzyczeć z żalu i wściekłości. 
Mi się chce. Zabrano mi najcudowniejsze lata młodości. Nie nauczono stawiać siebie na pierwszym miejscu. Nie umiałam być z siebie dumna. Musiałam radzić sobie sama z całym swoim życiem. Tak, jestem samodzielna, mam wiedzę, jakiej wielu nie ma, mam siłę, by ciągle iść do przodu.
Ale czasem sama siła nie wystarczy. Szczególnie jak obrazek w układance życia nie jest piękny. Kiedy nagle pokazuje gdzie są braki. Których nijak nie można zakopać, ani ukryć.
To z czym najbardziej się ostatnio mierzę, to akceptacja mojego AuDHD, poukładanie, poskładanie, magazynowanie i archiwizacja uczuć, emocji i wiedzy.
Im więcej wiem na ten temat, tym łatwiej zrozumieć siebie samą.
Im lepsze zrozumienie, tym łatwiejsze wyrażanie siebie.
Szkoda, że dopiero teraz mam na tyle jasną sytuację ze sobą samą. Strata czasu jest bolesna, ale to coś, czego nie da się już zmienić. Można za to żyć dalej bardziej świadomie. 
I tak oto...
Przyszedł moment, w którym jestem gotowa na związek. Ta gotowość polega na tym, że przestałam analizować i ustawiać poprzeczki porównawcze. Nie szukam, żeby było jasne. Ale wiem, że gdyby teraz mnie trafiło, to idę jak dzik w żołędzie.
Uwielbiam uczucie zakochania. Nawet takie tylko do aktorów. 

Ale to konkretne uczucie, które wykiełkowało ostatnio jest takie świeże, nowe, podszyte solidnym poczuciem siebie i wiedzą o tym, czego chcę i nie chcę. Daje mi taki luz i jasność, jest osadzone jak idealny element układanki, pasujący z każdej strony. Wiem czego się już nie wstydzę i co mogę powiedzieć. I co chciałabym powiedzieć. Zrozumiałam tak wiele, znów zaczęłam czuć motyle w brzuchu i płuca pełne powietrza.
Tylko..
Wdzierają się myśli o tym, że sobie za dużo wyobrażam, że to tylko jednostronne może i że nic z tego nie będzie. Że jestem stara, że się nie nadaję, że to i tamto. 
Zabijam te myśli w zarodku, nie pozwalam się rozgościć w głowie. A przynajmniej staram się.
Czy coś z tego wyjdzie? Nie wiem. Ale daję sobie pełne prawo do przeżycia tej przygody.

3 komentarze:

Jeśli zechcesz podzielić się swoim zdaniem - będę wdzięczna. Nie obrażaj nikogo, a Ciebie również nikt nie obrazi.