czwartek, 26 lipca 2018

[381]. Piszę.

Kiedyś, w 2011 roku, poznałam Kogoś.
Wtedy byłam na pograniczu, bo wyprowadziłam się z domu, zostawiłam, co zostawiłam, rozpoczął się nowy etap.
Skasował mi się blog onetowy, który prowadziłam od 2007 roku. Potem miałam inny na blogerze i to było miejsce wylewania żalu i smutku, bardzo mi potrzebny. Nie mogę się tam już dostać, nie pamiętam hasła, a gmail mnie nie chce wpuścić. Niestety.
Kilka miesięcy po rozpoczęciu naszej znajomości namówiła mnie, żebym pisała.
I wtedy mniej więcej zaczęłam Was poznawać, czytać, a z niektórymi rozmawiać.
A właściwie z jedną osobą. Do której dzisiaj piszę.
Piszę do Ciebie.
Jesteś taką latarnią, która wskazywała drogę, choć nie zawsze się z Tobą zgadzałam.
Ale ta niezgoda zmuszała do weryfikacji, sprawdzenia innych ścieżek, przemyśleń i, co tu dużo mówić, kształtowała, wyjaśniała i pomagała radzić sobie. Ze wszystkim. Emocjami, życiem, przeszłością, teraźniejszością i przyszłością. 
Ogrom pracy nad sobą wykonałam wcześniej, ale szlifowanie załatwiłaś Ty.
To Ty nazwałaś rzeczy po imieniu. To od Ciebie wiem, że jestem DDA. To rozmowy z Tobą pomogły pozbyć się żalu o przeszłość, dzieciństwo i późniejsze życie.
Nie zabieraj mi tych chwil, kiedy mogę przycupnąć na Twojej sofie i popatrzeć. I posłuchać. I kiedy czuję się częścią tego świata, mimo, że daleko.
Nie mów, że to koniec.
Może, tak samo jak mi, wydaje się Tobie, że to nie ma sensu, ale zobacz. Jestem ja, na pewno nie tylko, ale jestem. Czy potrzebuję tego, co piszesz? Tak. Nie po to, żeby wiedzieć, śledzić, grzebać w Twoim życiu. Po to, żeby wyczytywać między wierszami to, co istotne. Przesłanie. Znak. Sygnał.

Całym sercem:




wtorek, 24 lipca 2018

[380]. Strefa (nie)komfortu

Tak się składa, że nie mogę pogodzić się z moją obecną sytuacją. Nie mogę i, przede wszystkim, nie chcę.
Nie zamierzam trwać w pracy, bo o niej mowa, która mnie męczy.
I nie chodzi o zmęczenie fizyczne, bo to nie jest dla mnie problem. Nie chodzi o niewyspanie, kiedy zdarzy mi się maratonik na dwa etaty. chodzi mi o ludzi. I nie, tym razem nie o klientów, a może raczej nie tylko o klientów.
Otóż przyszło mi pracować z idiotkami.
Jest nas cztery. Proporcje idiotyzmu są dwa na dwa.
Bo oczywiście siebie nie uważam za idiotkę, co nie znaczy, że one nie myślą tak o mnie.
Idiotyzm objawia się tym, że mamy własny smrodek, po co go zmieniać.
Tak było i tak jest, to po co ułatwiać sobie życie.
Ale na nieszczęście przyszła do nas, nazwijmy ją dla niepoznaki Sabiną, dziewczyna, która jest mym alter ego. I z wyglądu (mogę na nią zganiać, że to ona nie ja) i z charakteru. Zresztą klienci nas mylą :)
Rozumiemy się bez słów.
Chociaż ja uwielbiam jej słuchać. Jest osobą, której słowa płyną potokiem, a ja ubaw mam przedni.
Będzie mi żal ja zostawić, ale ten związek zostanie na długo.
Ale wróćmy do idiotek.
Idiotki nie mogą pojąć, że można ułatwić sobie życie. Nie kumają, że można mniej niepotrzebnego wręcz wysiłku włożyć w pracę, a i tak będzie grać i trąbić.
Nie chce mi się rozpisywać, w każdym razie ręce opadają.
I w tym wszystkim podjęłam decyzję, że wychodzę z tej strefy (nie)komfortu, a jednak jakiegoś ustabilizowania, na rzecz nowego.
Jeśli nowe będzie do dupy, to poszukam nowszego.
I tak aż do osiągnięcia celu.
I tego od dzisiaj się trzymam.
Bo się już nie boję.

niedziela, 15 lipca 2018

[379]. Waż(o)ne sprawy.

Tak sobie siedzę w tę piękną niedzielę, chociaż już nie pada i nie jest tak jak lubię.
Piękna, bo wolna. Jutro też wolne. Aż nie wiem co z tym wolnym czasem zrobić.
Znaczy wiem, ale nie wiem, czy mi się chce.
Chata wolna, Młody wyjechał, a ja postanowiłam zrobić porządki. I właśnie mi się nie chce.
Pochwalę się troszkę, a co.
Od stycznia jest już 13 kg na minusie.
Duma mnie rozpiera nieziemska. Jeszcze trochę. Jeszcze jakieś 20 i będę najszczęśliwsza na świecie.

Co poza tym?
Zrobiłam przepyszny dżem. Z czarnej porzeczki. No cud miód.
I ... spalił się. Bo poszłam szukać słoików. Bo chciałam go tylko podgrzać. No i poszłoooo.
A wszystko przez to, że wywaliłam wszystkie nagromadzone słoiki, bo...
Właśnie.
Miałam się wyprowadzić. Zmienić miasto. Bo miałam mieć pracę w branży, którą znam. Z ludźmi, których znam. Ale jak zwykle poszło o pieniądze. Ich jeszcze nie stać, a ja nie pójdę na układ z przeprowadzką w nieznane, bez zabezpieczenia finansowego.
Może kiedyś.
Może.
Ale układam sobie wszystko na nowo. Szukam i węszę tutaj. Bo dlaczego nie.
Może już niebawem porzucę moich meneli, chociaż powiem Wam, że chyba będę tęsknić.

To może jednak zrobię sobie ten obiad i zabiorę się za porządki...
A potem zrobię sobie SPA.
I będę leniuchować.
Z książką.
To pa!

poniedziałek, 9 lipca 2018

[378]. Monopol jeszcze raz.

Jakoś to motyw przewodni tego czasu, więc chyba nie ostatni to był raz.
Ale teraz ciut inaczej.

Pisałam o gościu, w którego obronie stanęłam.
Żulernia z samego dna. Brudny, zniszczony, śmierdzący. Nie będę ukrywać i owijać w piękne słowa.
Taki gość ze spuszczonym wzrokiem. Niewyraźnie mówiący. Mówią na niego zombie, bo ciężko mu się chodzi. Osoba, którą na ulicy mijasz odwracając głowę. Być może nawet nie podejdzie po kasę. Nigdy nie widziałam, żeby nagabywał ludzi.
To jedyny klient, przy którym nie mam ochoty warczeć.
Po tamtej akcji zawsze mówi dzień dobry, proszę i dziękuję, mimo że każde słowo sprawia mu trudność. Stara się mówić wyraźnie.
Zastanawiam się czasem, czy tak mógłby wyglądać teraz mój ojciec, gdyby żył.
To przerażające, bo szedł na samo dno.
A jednak bardzo mi go brakuje.

piątek, 6 lipca 2018

[377]. Perypetie w monopolu # część ostatnia.

Dzisiaj nie będzie o klientach.
Dzisiaj będzie ostatnia część o monopolu, bo mam już dość pisania o tym.
Nuda i już.
Dzisiaj napiszę o monopolu od wewnątrz. Bo to ciekawa lekcja interakcji społecznej, naszej polskości, nieczytania ze zrozumieniem, nierozumienia, obłudy i dwulicowości w jednym. Na 20m2.
No to tak.
Zmieniła się kierowniczka. Jedna przeszła gdzie indziej, drugą została taka co pracuje już jakiś czas. Reszta ekipy, w tym ja, od niedawna.
Dygresja:
Lubię sobie życie ułatwiać. Obserwuję i kombinuję, żeby było dobrze.
No więc nowa miotła zarządziła: jak macie sugestie, pomysły, to mówcie. Więc co zrobiła Natt?
Powiedziała.
Raz, drugi, trzeci.
Co się okazało?
Nic mi się nie podoba i się ciągle czepiam.
Zepsuło się to i owo. Poważne to i owo.
Pytam, czy zgłoszone. Bo jedno miesiąc, drugie co najmniej rok, trzecie 2 tygodnie.
Okazało się że się czepiam i sprawdzam kierownicę.
Kolejna rzecz.
Robi się różne rzeczy. Niektóre trzeba robić systematycznie. Zwróciłam uwagę kierownicy, że ta a ta nie robi i że jest problem. Powiedziała: powiedz jej. Powiedziałam raz, drugi, trzeci. W końcu napisałam na naszej grupie.
Co się okazało?
Wprowadzam niemiłą atmosferę, czepiam się i krytykuję.
Do jasnej cholery.
Kudłata mówi, że mam wyluzować i mieć wywalone.
Moja przyjaciółka mówi to samo.
Ja postanowiłam robić co do mnie należy i jednak mieć wywalone. Nie potrafię, bo jak coś może być lepsze, to czemu tego nie zmienić. Ale spróbuję.
Będę próbować, aż się porzygam.
Inna sprawa, że szukam pracy. I jak znajdę to niech spadają.
Klienci się zasmutają, bo ciągle mi mówią, że ta i tamta to są niefajne i oni przychodzą tylko jak ja jestem :)
Dzika satysfakcja.

poniedziałek, 2 lipca 2018

[376]. Nie-obecna

Nie to, że zapomniałam o Was. Nie. Ani nie obrażonam.
Czasu nie mam zwyczajnie.
Napierniczam całymi dniami, bywa, że 17 godzin na dobę, a zdarzyło się i prawie 19.
Oczywiście nie zawsze. Mam też czas na spanie, chociaż szybkie, żeby zdążyć.
Ale i na kino z młodym. I na lody. I na koncerty. I wycieczki do Krakowa, a propos koncertów.
I spotkania, choć też w biegu i niewyspaniu.
No ale co tam. Przyjdzie ten czas, że nic mnie nie będzie gonić.
No to teraz szybkie wieści:
- grono adoratorów rozszerzyło się.
... O Pana Arystokratę, który mnie dokarmia w środku nocy, czyli kupuje dwa wafelki, i jeden mi zostawia. Albo czekoladę. Albo mówi, że mi coś ugotuje. Ale Pana Arystokraty nie przedstawiałam jeszcze. To facet w moim wieku. Nie stoczony, aczkolwiek popijający. Z takich co to "moje włości, spadek, kupa kasy i jestem światowcem". Od początku go nie lubiłam. Za drugim razem dostał zjebkę ale taką, że wióry leciały. Bo kupił zapalniczkę, mimo że "ma setki zippo". I po 3 godzinach, czy nawet pięciu przynosi mi ją rozwaloną, że niby mu taką sprzedałam. Ożesztygnojuwmordękopany. Podziałało to na mnie jak płachta na byka. Wymiana zdań była mega ostra, ale tu mnie zastanawia jedno, bo najgorszym słowem, którego użyłam było "chamski", a z jego strony "impertynencka". Że niby ja. Ale następna wizyta jegomościa była całkowitym zaskoczeniem, gdyż zostałam przeproszona, ucałowana w rękę i dowiedziałam się, że tamta wymiana uprzejmości postawiła gościa na nogi oraz ukazała moją inteligencję. Oraz że mam w sobie coś. I że być może jest zakochany.
... O hydraulika Janusza "przyjmie pani buteleczki?". Powiedział, że się we mnie zakochał. I był trzeźwy. Ma mieszkanie własnościowe. Od tamtej chwili wszystkim mówię, że jestem zajęta. Żeby nikomu nie wpadło do głowy wyznawać mi miłość.
... O ..właściwie nie wiem jak ma na imię, ale powiedział, że jak wyjdzie z szoku, że jestem taka inteligentna, to po mnie przyjdzie i mnie zabierze i nie będę musiała w monopolu pracować. Tylko że następnym razem już tego nie pamiętał.
- Ludzie mi pokazują swoje grafiki. Jeden nawet pracuje 25 godzin na dobę. Nie pytałam co brał.
- Mam posłuch u żulerni. Szczególnie jeden stara się teraz mówić wyraźnie i zaczyna poproszę i dziękuję. A to dlatego, że stanęłam w jego obronie. Stał przy okienku, a ja liczyłam jego drobniaki, bo coś tam kupił. Przyszedł jakiś młody, nabuzowany, naćpany chyba, bo bardzo pobudzony, i drze się na gościa. Nie powiem jak, bo możecie to sobie wyobrazić. Więc wychylam się z okienka i niegrzecznie podnoszę głos w te słowa: czy mógłbyś się uspokoić, gdyż ten pan robi zakupy, a ja liczę pieniądze? Kolejka jest. Gdziekolwiek wstawicie brzydkie słowo będzie dobrze. Po drugim razie chłopak zamknął dziób, bo słyszeli mnie chyba po drugiej stronie ulicy.
- Praca w monopolu wyczuliła moje zmysły i mam alergię na podchmielonych ludzi. Agresor mi się włącza jak się na nich natykam poza pracą.

Lecę spać.
Jeszcze tu wrócę!


piątek, 18 maja 2018

[375]. -

To miał być spokojny dzień.
Wyspałam się do bólu. Takie mam skurcze w łydkach, że nie pytajcie. Na własne życzenie oczywiście, więc nie narzekam.
Wszystko było dobrze. Do czasu. Teraz muszę przemeblować sobie wszystko.
Czasem dostaje się kopa z kierunku, który klika dni wcześniej wydawał się raczej tym stabilnym i wspierającym. Bo wydawało się, że się zrozumienie, że wsparcie, zaufanie i takie tam. I że jakoś się do kupy wszystko składa, mimo, że nie jest i tak różowo, ale jednak jakoś jest.
Chciałoby się lepiej, bardziej, ale nie można. I wtedy ciach. No trudno. Nie takie rzeczy przetrwałam. Potraktuję to jako nauczkę, ale mam też nadzieję, że ktoś zrozumie, co to spalony most.
Że nie zawsze można lecieć z pyskiem i rzygać gównem. Nie zawsze to się opłaca.
I że emocje to sobie można wyładowywać gdzie indziej. Ja nie jestem dziewczynką do bicia.
Może nie zawsze mi się układało i nie wszystko zrobiłam tak jak powinnam. Może popełniłam milion błędów. Konsekwencje odczuwam i będę odczuwać, pewnie do samej śmierci.
Ale to nie powód, żeby tak mnie traktować.


wtorek, 15 maja 2018

[374]. Podryw

Właśnie wtryniam trufle.
Przypomniał mi się smak z dzieciństwa, kiedy to przyjeżdżała z wielkiego miasta (tej wsi, w której mieszkam, nie bójmy się użyć tego słowa, i nie o wieś wsiową, porządną mi chodzi) moja ciotka, chrzestna, i przywoziła trufle. Nie wiem czemu, ale pociągał mnie alkoholowy posmak rzeczonych. Może to jaki omen, skoro pracuję w monopolu. Dobrze, że nie wylądowałam jako degustator. Moja wątroba powiedziałaby stanowcze nie.
I tak sobie truflowo rozmyślam, co napisać.
Poza tym, że wczoraj byłam w pracy jakieś 16 godzin, a na nogach jakieś 20. I nawet nie było tak źle. Ale jakoś o pracy pisać mi się nie chce, bo tam nuda. Ciągle jakieś propozycje matrymonialne. Od coraz młodszych facetów. Ja myślę, że to jest zależne od stopnia nawalenia. Nie mojego, rzecz jasna.
Dzisiaj za to napiszę o Kudłatej.
Kudłata stara już jest. Nie bójmy się nazwać rzeczy po imieniu. Przeżyłam kilku jej facetów, co jeden to lepszy, ale ogólnie nuda.
Za to teraz trafił się egzemplarz bardzo nietypowy. Wręcz anomalia.
Otóż.
Człowiek ten odwiedza miejsce, w którym spotykają się same pomioty szatana (w tym czasem ja, o Kudłatej nie wspomnę i nie opowiem, bo to jest już cała anegdota i w mieście gadają), gdyż leci tam muzyka iście nieanielska, przeważa czerń koszulek, dżinsy, rozwiany włos, ale ludziska miłe i sympatyczne. Za to wyróżnia się z tłumu jako ten ostatni przyjazny dom w Rivendell. Widać go z daleka w tej masie ogrów, choć nie napiszę dlaczego.
No i ten gość zaczął się uśmiechać. Znaczy pewnie to robił wcześniej, choć zmarszczek chyba nie ma, ale to rozpoczęcie uśmiechania ma o tyle znaczenie, że oznacza zainteresowanie moją córką.
Na co po kilku spotkaniach Kudłata dała mu lekkiego kosza typu: poznajmy się lepiej.
Więc nastąpiło wycofanie.
Znaczy właściwie, jakby to ująć..nie poszło do przodu.
I tak, na przykład, Kudłata dostała kocyk, jak na pytanie o to czy jej ciepło odpowiedziała, że zimno.
Film oglądali, tak z metr od siebie.
Kudłatą nosi. Facet zagadka. Ostoja spokoju. Zero spontanu. Powaga prezesa jednoosobowej spółki.
Przy takim nie przeklniesz, nie napyskujesz, nie zrobisz z siebie idiotki, nie będziesz go cisnąć dla beki.
Jak żyć?
Na początek Kudłata odgraża się, że weźmie ze sobą miarkę i będzie przeprowadzać badania na temat zmniejszania dystansu.
Może poskutkuje.
Zupełnie nie mam pomysłu jak rozruszać faceta. Znaczy jak Kudłata ma to zrobić. Podpowiecie coś?



środa, 9 maja 2018

[373]. Koncertowa idiotka

Mam ja w domu piec dwufunkcyjny, który obecnie służy jedynie do grzania wody bieżącej.
Ten piec grzał wodę tak, że nie można było włożyć pod strumień ręki, bo parzyło, a ciśnienie było takie, że wow, łeb mogło urwać. Całkiem serio to mówię.
Ale nadszedł czas, po kilku latach, że ustawienie go na 3 (to wystarczająco gorące, ale w miarę oszczędne) przestało wystarczać. Dziad jeden przestał grzać wodę, nawet piątka nie gwarantowała, że łeb mi nie zamarznie przy myciu. Od razu przypomniało mi się schronisko w Dolinie Pięciu Stawów, kiedy to wskoczyłam pod prysznic, a on kryształkami lodu prawie dawał.
No więc piec nie grzał mi wody, męczyłam się jakiś miesiąc.
Postanowiłam więc wezwać fachowca.
No i przyjeżdża panów dwóch.
Wykładam problem najbardziej zrozumiale, jak potrafię. Było - nie ma. Chcę, żeby było.
Odkręcam wodę.
I co?
Leci gorąca. Na trójce.
Po kilku próbach nie chce być inaczej.
Już mi się odechciało tłumaczyć, bo pan powiedział, że gorętsza być nie mogła, mimo że ja wiem, że była.Minę miał przy tym mówiącą wiele o tytule tego posta.
Piec działa.
Pan pojechał.
Złotówki nie wziął.
Jestem wkurzona.
Idę spać.

PS: Normalnie wzrokiem go chyba naprawił.

poniedziałek, 7 maja 2018

[372]. Perypetie i talerze

No dobrze już dobrze. Mieszkam w domu dwurodzinnym. Na dole sąsiedzi, ja na górze. Całe szczęście muza u nich leci rzadko i właściwie tylko w weekendy. Bo tak to oni już o 21 kładą się spać. Już tak nie krzyczcie :)
Gorsze jest to, że wkręciła mi się jedna cholerna piosenka z monopolu i dzisiaj nawet na widok Ukraińców mi się nuciła.
Bo muszę Wam powiedzieć, że pracuje ze mną pięciu. i zawsze na ich widok, albo dźwięk wymowy, włączają mi się Biełyje Rozy. No tak mam. A dzisiaj ni chu chu.
W monopolu ostatnio było ok. Żadnych ekscesów, poza zbitymi dwiema butelkami piwa i koniecznym w tym wypadku myciem podłogi, ale nie takim zwyczajnym. Piwo wlało się pod butelki z wodą ustawione na podłodze, więc każdą musiałam umyć. W moim małym, ciasnym sklepiku to było równoznaczne z ekwilibrystyką.
Sama praca w monopolu nie jest taka zła. Mam głośniczek, podłączam do telefonu i jestem na koncercie.
Najgorsze jest jednak rozpoznawanie na ulicy mojej klienteli i przez klientelę. a praca w śródmieściu i poruszanie się po nim, niestety powoduje, że prawdopodobieństwo spotkania jest wyższe niż wygrana w lotka.
I tak: schodzę z nocki, idę tunelem na tramwaj, a tam Marianek. Dobrze, że są dwie nitki tunelu, więc zwiałam, bo pewnie chciałby mnie do domu odwieźć.
Dzisiaj idę se na zmywak, a tam kolejny dziad. Rozpoznał mnie, a ja udałam, że go nie widzę. Całe szczęście milczał.
Poszłam na pocztę, a tam pan, co puszcza u mnie lotka. Powiedziałam mu dzień dobry, bo nie kupuje alkoholu, no i mnie poznał.
Ale najlepszy był Mietek.
Mietek to ten co mi płakał i przypominał mojego ojca.
Mietek mnie, delikatnie mówiąc wkur...denerwuje. Poruszył coś czego nie chciałam. Z czym się pogodziłam i co wybaczyłam. A teraz po kilku dniach znajduję coraz więcej podobieństw z tatą. I coraz bardziej się na to buntuję.
Ale Mietek sprawił, że chciałam stać się niewidzialna. Wsiadł do mojego autobusu. Siadł na siedzeniach obok. Ja w okularach przeciwsłonecznych, siadłam bokiem i udawałam czytanie w telefonie. Zaczepił panią co siedziała koło niego. Jak ja zaklinałam rzeczywistość, żeby mnie nie rozpoznał!!
Praca w monopolu to straszna praca. Zaczynam podnosić głos.
Szykuję dla Was drugi cykl opowieści. tym razem o talerzach, tylko muszę poskładać go trochę. Będzie przezabawnie, chociaż nie jest tak wesoło. Ale co się będziemy smucić :)

czwartek, 3 maja 2018

[371]. Perypetie w monopolu #3

Dzisiaj będzie zupełnie inaczej.
Zeszłam z dwunastki i już nie śpię, bo obudziła mnie... Miłość w Zakopanem, w mordę kopana jegomać. Moi sąsiedzi są kochani, bo ratują zostawione na gazie czajniki, budzą mi syna i karmią koty jak jestem na Woodstocku, ale kurde, gustu muzycznego za grosz. Jak nie techno i basy kruszą mi ściany, to disco polo. nie wojuję z tym, bo serio są spoko.
Ale ta mała dygresja dotyczy monopola.
Jest tam pudełko magiczne, które gra. Gra pewną stacją, której nazwy nie wymienię, bo szacunku do niej nie mam od kilkunastu lat, ponieważ w kółko leciała Patrycja Markowska, której nie cierpię.
No i zniosłam jedną noc. Jakoś zajęłam się robotą i zeszło.
Drugą  noc poświęciłam na kombinowanie jak to dziadostwo ściszyć. Udało się. Ale no cóż, jestem taką istotą, że muszę mieć coś grane w tle, bo inaczej tradżik.
No i chcąc nie chcąc słuchałam tych piosenek. po drugiej nocy już wiedziałam jaka jest kolejność, bo co noc leci to samo.
I nastało załamanie. Warstwę muzyczną zostawiam bez słowa. Za to słowo mnie wstrząsnęło i zmieszało.
Oto próbka:
- (...) rozumiesz moje ciapy i złote zęby. (...)
- (...) I nawet kiedy ciebie nie chcę i nawet kiedy już nie mogę (...)
- Ona nie ma majtek, ale nie krzycz, na jednej ma dziarę, na drugiej pieprzyk ( to akurat leciało na zmywaku, reszty nawet nie zacytuję, o cyckach i innych - polski rap)
- Na przeciw wyjdę ci, otworzę każde drzwi, wybaczę wszystko ci, nieważne ja czy ty...
Może coś przeinaczyłam, nie wiem, notowałam szybko, żeby nie zapomnieć.
Naprawdę tak nisko upada to pokolenie? Naprawdę ambitniejsze teksty są ponad siły twórców?
To tylko wyrwane kawałki, ale zapewniam, że całość jest tak miałka i jałowa, że aż boli. Nie wymagam rozprawy naukowej i wzniosłych tekstów dwunastozgłoskowcem, ale do cholery jasnej! Jakaś TREŚĆ. PRZEKAZ.
Wczoraj nie wytrzymałam. Leciał od rana Polski Top Wszechczasów na trójce. Słuchałam i cieszyło mnie obcowanie z MUZYKĄ i TEKSTEM. Postanowiłam zabrać ze sobą głośnik do mojego telefonu. Puściłam radio. Tamto pudło wyłączyłam. Błogość nastała.
A najlepsze, że wszyscy nasłuchiwali co leci. Żule skomentowali Republikę i Lombard. A potem już tylko rock do rana. Balsam dla duszy!
Ale nie samą muzyką człowiek żyje.
Kolejny pijak mnie uraczył życiową historią. Płakał chwilami.
Dla mnie nastąpił powrót do przeszłości.
Przypominał mi mojego ojca. Dokładnie tak zachowywał się tata, kiedy pił. I wyglądał podobnie. Oni wszyscy wyglądają podobnie.
To ciężkie wspomnienie. Jeszcze mam ochotę zbawiać świat. Ale wiem, że nie dam rady.






poniedziałek, 30 kwietnia 2018

[370]. Perypetie w monopolu #2

Cały dzień w pracy. Niedziela.
Rano (skoroświt) mało przytomna wparowałam zmienić dziewczę i od razu same kłopoty. Przywitało mnie rozwalone do końca krzesło, więc tyłek mogłam posadzić tylko na skrzynkach (wygodniejsze niż to krzesło, bo nie lubię siedzieć na wysokich stołkach), potem kasa nie chciała ze mną współpracować, wbijając jakieś dziwne rzeczy, których ja na oczy nie widziałam. Resztką przytomności umysłu (bo spałam tylko 3 godziny, po ciężkiej zmianie na zmywaku) wyłapywałam te dziwności i po kilku soczystych kurwach (nie bójmy się tego słowa, bo ono czasem ratuje i prostuje niektóre rzeczy) wszystko się uspokoiło. Mając w tyle głowy poprzednie manko pilnowałam się okrutnie, bo sorki, nie pracuję po to, żeby spłacać jakieś pomyłki. Manko, jak się dzisiejszego ranka okazało, było urojone, to znaczy wsadziłam kasę nie tam gdzie trzeba, znaczy więcej niż trzeba, więc wszystko jest gitarra i gra i trąbi.
Ale do sedna.
- sprzedałam córkę za 4 miliony
- idę na szampana
- idę na obiad do Sowy
- znam historie 1/3 żuli oraz sąsiadów

Córka poszła za 4 bańki, ale pod warunkiem, że Ukrainiec, który wziął zakład lotka wygra te bańki. Wtedy, o ile moja córka jest tak fajna i ładna jak ja, jedziemy wszyscy na Majorkę i do Hiszpanii. Także ten.
Na szampana idę ze starszym panem, który w zeszłym roku miał wygraną piątkę, a ponieważ życzyłam mu wygranej, powiedział, że jak jestem wolna to on mnie zabierze na szampana, jak wygra oczywiście, i będzie częściej przychodził.
Na obiad do Sowy zaprosił mnie Marianek, który sięga ciut głową ponad ladę, czyli mi tak mniej więcej pod ramię. Marianek to taki żul z zasadami, w miarę kulturalny, czysty i bojowy. Pilnuje tam nas jak kogut kurnika. Jest codziennie sprawdzić czy wszystko ok. W Sowie zna menedżera, który go dokarmia i daje mu kasę czasem, za coś co zrobił Marianek, ale nie wiem za co. Także wiecie.
Jeden żul lubi tylko zarośnięte baby, niegolone. Więc odpadam raczej.
Zaczynam rozpoznawać stałych klientów i wiem co który pije.
Dostałam grafik na maj. Poprzeplatałam go ze zmywakiem i powiem Wam, że jak to przeżyję to będę miszcz.
A przeżyję. Bo jak nie ja to kto.
To tyle.

sobota, 28 kwietnia 2018

[369]. Wszystko się może zdarzyć.

Dzisiejszy post zacznę tak:

Nika! Ty wiedźmo!!

Szłam ja sobie z nocki, ciut podłamana, bo wyszło manko. Takie do przeżycia, ale jednak.
Szłam ja se więc i tak sobie pomyślałam. Wszechświecie! Ja chcę już żyć normalnie! Ja chcę pracę normalną. I chcę nie mieć już problemów z kasą!

I tak se poszłam do domu, szybko spać, bo musiałam wstać 3 godziny później, żeby z Młodym podążyć na odczulanie (na ostatnią chwilę zdążyliśmy). A potem szłam do drugiej pracy, żeby wiadomo, mieć ten hajs, co to musi się zgadzać w końcu. (Dorabiam sobie w mało chlubnym a tak potrzebnym zawodzie. W sumie mogłabym jechać na Wyspy jako profesjonalny pracownik sekcji czyszcząco-odkażającej statki, o tym też napiszę, a co. Lubię się dzielić swoją głupawką i doświadczeniem).
No więc wstaję po tych 3 godzinach ( nie uważacie, że robię za długie dygresje?). 
Sprawdzam telefon.
1 połączenie.

I ciąg dalszy nastąpi.

Na dziś:
Linkin Park - Talking to myself


środa, 25 kwietnia 2018

[368]. Perypetie w monopolu #1

Pierwsza nocka, ba! pierwsza samodzielna zmiana za mną. Nocka spokojna, bez ekscesów.
Obraz społeczeństwa z dzielni:
- 1 rozstanie
- nie mogę spać i tak spaceruję - 1
- ja tu pracuję naprzeciwko co noc - 1
- kilkanaście zakupów standard
- kilka zakupów niestandardowych.

Obserwacje poczynione już wcześniej nie napawają optymistycznie. Wycinek ludzkości odwiedzający mój sklep przejawia tendencje do upadku, staczania się po równi pochyłej w tempie przyspieszonym.
Przerażają kobiety, naprute od rana, ledwo stojące na nogach, udające, że to dla koleżanki.
Przerażają starsze panie, które każdą znalezioną butelkę zwrotną myją i przynoszą, bo emerytury nie starcza.
Przerażają robotnicy, którzy na śniadanie kupują flaszkę i popitkę. 
Przerażają wstydliwi panowie, jeszcze eleganccy, ale chowający pośpiesznie w aktówkę mini flaszkę, lub dwie.
Nie żebym tego nie wiedziała wcześniej. Wiedziałam. Ale dopiero styczność z tym osobista daje emocjonalnego kopa.
Na przykład taki pan, który kupuje piwo, żeby zagłuszyć niemiłe uczucie po gastroskopii. "Bo ja mam rozwaloną wątrobę, to się przyczepili i mnie z każdej strony teraz badają". Wyniki gastro mi pokazał. Nie wygląda dobrze, ale ja się nie znam. Pan trafił na SOR i od tego czasu jest badany na wszystkie możliwe sposoby. Prawie na cito. Nie czeka pół roku, czy dwa na rezonans. Bo ten typ nie pamiętałby za tydzień, że ma gdzieś iść na badania. Sprawiedliwość? Hm. Powiedział, że nie powinien pić i zaśmiał się diabelsko.

Rozstanie zaznaczyło się piwem, które dziewczę nosiło w kieszeniach. Przyszło dwa razy, "bo wie pani, koleżanka się rozstała, a ja tylko donoszę". Na pytanie, które chyba było już za trudne, czy na smutno czy na wesoło się rozstała, dostałam odpowiedź, że na pijano. W sumie logiczne. 

Zakupy niestandardowe to kubuś malinowy i czekolada, gdzieś tak o drugiej w nocy.

Ale też żeby nie było tak niefajnie: mam adoratora!
Zrobił zakupy i mówi, że w sumie to chciałby jeszcze coś. Ja, zupełnie nieświadoma, wiecie, już północ minęła, pytam co jeszcze podać. A ten: numer telefonu. Zatkało mnie, zaczęłam się śmiać i mówię, że się zastanowię (sic!). Powiedział, że cierpliwie poczeka, bo on tu przychodzi co noc i pracuje po drugiej stronie. Tak jakby strzał w kolano.
Niestety, zakupy pana nie napawały optymistycznie co do jego przyszłości i zarazem mojej, więc raczej nie stanie w konkury. Poczekam na innego księcia z bajki.

To tyle z pola boju. 
Dzisiaj powtórka z rozrywki.
Trzymajta kciuki.


sobota, 21 kwietnia 2018

[367]. Opowiem Wam bajkę...

O tej ogromnej ilości miejsc do pracy i o tym, że pracodawcy prześcigają się w ofertach dla pracowników.
To wszystko to bajka. Bujda na kółkach.
Wysłałam całe tony cv, na stanowiska różnorakie, zgodne z moim wykształceniem, wiedzą, doświadczeniem, wiekiem, umiejętnościami, poniżej powyższych, a nawet dla beki powyżej. A może nie dla beki, a z rozpaczy.
W końcu rzutem na taśmę, poszłam z żółtą teczką w miasto. Jak nie chcą mnie tam gdzie ja chcę, to pójdę, gdzie mnie zechcą.
I tak spacerowałam ulicami, wypatrując na szybach ogłoszeń. Nie jestem spawaczem, operatorem cnc, koparki, ani walca, nie jestem murarzem, tynkarzem i akrobatą. W końcu trafiłam na monopolowy. I nie żebym z rozpaczy poszła po flaszkę, ja nie zapijam smutków. Było ogłoszenie.
Żeby było śmieszniej, moje cv w tej firmie już leżało od dobrego miesiąca.
Zadzwoniłam pod wskazany numer. Po półgodzinie kobieta oddzwoniła i na drugi dzień już byłam w centrum działań, czyli w mikro monopolu, obsługiwałam towarzystwo i cóż. Mam pracę.
Jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma.
Także na dzielni, od poniedziałku rządzę ja.
A na nocnej zmianie dużo czasu na naukę języków. Taki mam plan.

A to moja ferajna, dzieło własnoręczne, stworzone nie tak dawno na pierwszych ever zajęciach z ceramiki.
To, jak zauważyliście zapewne, kolorystyczna niewiadoma, czyli, szkliwimy, ale właściwie efekt będzie nieznany, bo nawet jak powiedzą, że turkus, to nie wierzcie. Poza tym będą z tego magnesy na lodówkę może, albo nie wiem jeszcze co.
A, i wibrys się zaplątał i też możecie sobie obejrzeć :) Po prostu moje koty mówią: nic o nas bez nas!



wtorek, 17 kwietnia 2018

[366]. How can I speak??

Jak nauczyć się gadać, żeby się nie wstydzić popełnić błędu?
Jak wydukać zdanie, nie półsłówkami, tylko normalnie, nawet jak szyk jest poprzestawiany, ale w końcu Kali zrozumieć?
Co z tego, że we łbie wsio perfekt. Rozumiem, wiem co chcę powiedzieć, a nie wydalam z siebie zdań.
Kiedy mam odpowiedzieć na pytanie - w czaszce pusto. Nawet mózg mi się chowa.
Odpowiadam pojedynczymi słowami, bo mam taką blokadę, że bania mała.
Już było lepiej, ale się skiepściło.
Bo Młody śpiewa po angielsku bez problemu! Bo gada! Bo rozumie! Bo nawet się nie uczy!
Ja go kurna nie widziałam nad słówkami. Nad nauką języka. On go po prostu umie. ma same piątki i czwórki.
Wyśpiewuje mi tu punk-rockowe szlagiery w języku Szekspira i nie ma z tym problemu.
Ja owszem, wyśpiewuję - w myślach.
Ratujcie!
Jak to zmienić?
Zrozpaczona
Dane do wiadomości redakcji.

Fluff it!

PS: Przyszła koza do woza.

Na dziś:
Creed - My sacrifice
A tak mi zagrało.


sobota, 14 kwietnia 2018

[365]. A było tak pięknie..

Było i się zmyło.
Dzisiejszy dzień to porażka na całej linii. Właściwie to jego końcówka jest dla mnie okropna.
Czasem byle drobiazg potrafi doprowadzić do szału. I tak też się stało. Drobiazg.
A właściwie nie. Kurwa mać, nie drobiazg. Własnie, że nie.
Staram się wychować tę bandę gówniarzy na normalnych ludzi. Staram się i zwyczajnie mi nie wychodzi. Opcje są takie: a) nie nadaję się na matkę, b) gówniarze nie nadają się na moje dzieci, c) to nie moje dzieci.
Wszystkie moje pogawędki i ustalenia działają chwilę. Może tydzień. Wtedy jest jak być powinno.
Potem znów jedno wielkie gówno, ja rzucam kur..zaklęciami na prawo i lewo, robię czego nie powinnam, aż znów wybucham.
I właśnie jest znów.
Ale ja już mam serdecznie dość. Naprawdę. Mam ochotę spakować towarzystwo i wysłać w pakiecie ojcu. Niestety, jedno jest pełnoletnie i ma to w dupie, a drugie nie chce.

Niech mnie ktoś przytuli!!

środa, 11 kwietnia 2018

[364]. Popierdółki

Jako widnieje na pasku po prawej, tako mnie ogarnęło. Już mówię jak to było.
Jestem chomikiem. Albo nie. Jestem oszczędna i przewidująca. Albo nie. Jestem gromadzącą graty, bo się przyda się.
Mam tego .. dużo. Teraz stanowczo mniej, niż nie tak dawno, ale jeszcze sporo.
Kiedyś w ferworze zmian, chęci ogarnięcia chaosu oraz odstresowania po pracy, zakupiłam zestaw dwóch książek. Jedna to Magia sprzątania, a druga Tokimeki. Zapewne ta druga jest o układaniu, ale jeszcze nie wiem, bo nie dotarłam jeszcze do końca tej pierwszej.
Zabrałam się za lekturę ochoczo, oczekując niejako, że z kart książki wyjdzie sama autorka i mi zrobi porządek. No może nie do końca tak było, ale spodziewałam się piorunującego efektu, blasku zwycięstwa i wieńca laurowego.
Nic z tych rzeczy.
Po pierwsze, najpierw książka mnie znużyła.
Po drugie przestałam się z nią zgadzać natychmiast.
Po trzecie obraziłam się za brak efektów.
Odkładałam i wracałam. Czytałam po kilka stron i znów rzucałam w kąt.
Zrobiłam porządek w ciuchach. Fakt. I w schowku, w którym czort by nogi połamał, bo nie dość, że tam są schody (nie tak monumentalne jak splagiatowany pomnik, ale zawsze), to jeszcze sufit jest prawie na wysokości kolan. Schowek służył do tego, żeby chować tam wszystko, co akurat zalega, niepotrzebne i nie ma na to miejsca w domu. Jest tam też okropny, toporny regał na przetwory, i z niego jestem zadowolona. Schowek ma też tę zaletę, że zimą tam zimno, i wadę, że w lato tam gorąco. Bo jest tuż pod dachem. Zupełnie jak pokój Kopciuszka.
Ostatnio jednak dojrzałam ciut. Przeczytałam książkę prawie do końca. I zaczęłam sukcesywne żegnanie się z przyda-się-kiedyś. Jest to proces długotrwały i bolesny. Bo ja się boję, że będzie jak zwykle: wyrzucę, a potem się okaże, że potrzebuję.
W każdym razie walka z materią idzie mi nieźle. Ze schowka wytrzaskałam dwa wory słoików.
Z moich skarbów kilka worów różności.
I postanowiłam, że pozbędę się wszystkich popierdółek, które mi zalegają, a ja nawet nie wiem gdzie. Ba! ja nawet czasem nie wiem, że je mam!
I żadna czekolada więcej mi się nie przeterminuje na półce!



czwartek, 5 kwietnia 2018

[363]. Walczę

Nie nie, zbroja wisi na kołku, miecz leży w schowku i rdzewieje.
Wróciła ta zaraza, która już sobie poszła i dała mi spokój. Nie wiem kto mi tak źle życzył, ale po tygodniu swobodnego oddychania, spania i życia musiałam odwiedzić mojego ulubionego lekarza w celu uzyskania recepty, osłuchania i określenia co to za menda nie daje mi spokoju.
Więc. Jak leżę na lewym (!) boku, to mi bulgocze. W oskrzelach. Myślałam, że to dziura po sercu, bo przecież nie mam serca, albo może dziura w płucach, ale nie. Kaszel od poniedziałku jest taki, że umarlaka by obudził, dlatego nie udzielam się na cmentarzach, bo byłby Świt Zombie. Jak nic.
Umarlaka, jak umarlaka. Ja zasnąć nie mogłam! Dopiero wczoraj, jak wytargałam wszystkie poduszki wolnego stanu i ułożyłam w stos, wypróbowałam różne pozycje. Z poduszkami łatwiej, tu podłożysz, tam niżej. No i wyszło: jedynie na wznak. Na boku lewym bulgocze i nie można złapać tchu, na prawym lepiej, ale po minucie jest już tyle do odkaszlnięcia, że najpierw lecą ...rwy, a potem kaszlę. I tak przespałam prawie całą noc. Ja myslę sobie, że poduszki to jedno, ale mleko z czosnkiem i miodem to drugie. A trzecie to sinupret, o którym za chwilę.
Poszłam się poskarżyć panu doktorowi. Bo tak naprawdę to tym razem to co innego. Leciało mi z zatok takie żrące coś. Podrażniało gardło. I kaszel. No i tak się baktery zagnieździły w oskrzelach, gdzie słychać coś na wydechu. nie wiem jak on to słyszał, ten mój doktor, bo wdech - kaszel, wydech - kaszel.  Żeby nie było: głowa nie boała mnie nawet przez chwilę, nie wspominając o uciskach, zatkanym nosie i innych objawach. Jak wyczułam to lecące wczoraj, to wygrzebałam z czeluści reklamówki przeznaczonej do zwrotu w aptece ten sinupret. Sprawdziłam datę i powiem szczerze, że albo jeszcze rok jest ważny, albo od 3 miesięcy już nie. Pomógł, bo mi się nic nie klei do gardła, a zażyłam na własną odpowiedzialność. Nie krzyczeć.
Diagnoza: atypowe zapalenie oskrzeli.
Antybiotyk. 
No to dogorywam w domu, ale już mnie nosić zaczyna.
Na to wszystko Kudłata:
- Ty nie możesz normalnie jak każdy?? Nawet zapalenie oskrzeli musisz mieć nienormalne??
Także ten.

A wędlinka wyszła taka pyszna, że mamy dzisiaj czwartek, w poniedziałek zdjęłam ją z haka i...jest mały ogarek. Zeżarli. A miałam taką nadzieję, że nie lubią.
Poprawka: nie ma. To własnie prawie wydarłam dziecku z gardła, żeby strzelić fotkę..




niedziela, 25 marca 2018

[362]. Telefon

Nawet nie wiecie jak bardzo ucieszył mnie jeden telefon w piątkowe przedpołudnie. Zadzwonił pan komornik z informacją, że już poszedł przelew.
Także wracamy do gry, przestajemy trząść portkami, spłacamy zaległości i...ostrożnie idziemy do przodu.
Na razie ustalenia są takie, że jadę do Sis w czwartek, wracam w poniedziałek, układam sobie życie na nowo i staję się niezależna. Tak postanowiłam. Co prawda jak ostatnio stałam się niezależna (po podwyżce), to szybko los sprowadził mnie do parteru. Teraz się nie dam i już.

Z innych dziedzin to własnie jestem w trakcie produkcji własnej wędliny, znaczy schabu dojrzewającego, lub suszonego, nie mogę się zdecydować. Przejście do drugiego z czterech etapów produkcji zaskoczyło mnie pozytywnie, jestem zachwycona, zobaczymy jak będzie we wtorek, kiedy to osiągniemy etap trzeci.
Jeśli nic się nie zaśmiardnie, nie zzielenieje to od teraz będę sama robić takie cuda. Poinformuję słownie i obrazowo jak wyszło.

Na tematy polityczne i okołopolityczne nie będę się wypowiadać, bo wystarczy mi, że krew mi się gotuje, a adrenalina wycieka uszami.


Na dziś:
Jonathan Davis - What it is