środa, 27 marca 2013

[145] Generalizowanie jest do dupy!

Tu miał być post odnoszący się do mojej filozofii życiowej, oraz do postu Iw. Ale afirmacja życia nastąpi w terminie późniejszym. Jak mi minie.
A dlatego, że chciałam się odnieść do postu Malawiarta. I wcale nie będę miła.
Obsmarowany tam Justin B., absolutnie nie mój ulubieniec, oraz jego fanki, chcę wybronić. A tak! ja słuchająca metalu, punka, alternatywy. Dlaczego?
Już wyjaśniam.
Generalizujemy, kochani moi, a każda generalizacja jest ZŁA, że nasza młodzież, wychowywana przez nas to pokolenie płytkie jak akwen wodny o małym znaczeniu strategicznym. Debile, analfabeci, kretyni, którzy rosną i co oni nam za przyszłość szykują. Pokolenie facebooka, gg i internetu. Książek na oczy nie widzą, nie myślą i jedyne co robią to łykają papkę z netu, amerykanizują się i myślą tylko o swoim wyglądzie, lansie i o tym jak przebrnąć przez budę po najmniejszej linii oporu . No debile!
Nie zgadzam się!
Nie spotkałam na żadnym z Waszych blogów tekstu: moja córka/syn to debil! Nie czyta książek, nie myśli i jedyne co to wpierdala hamburgery!
Za to znajduję mnóstwo opisów świetnych relacji rodzic-dziecko, przeżywamy różne rozterki i problemy naszych dzieci, nie ze wszystkim się zgadzamy, ale żadne z nas nie uzna naszych dzieciaków za pustaki.
A dlaczego?
Skoro ja mam określony gust muzyczny, a moje dziecko swą edukację zaczynało od Ich Troje, to mam nazwać ją debilką? Przecież to szajs nad szajsy! Ale nie! Ja przemogłam swój odruch wymiotny i zawiozłam ją na koncert! Dlaczego? Żeby mogła dzisiaj śmiać się ze mną z tego i mieć swoje wspomnienia. Czy wyśmiałam ją w następnym etapie, kiedy z Ich Troje przerzuciła się na Tokio Hotel? Słuchając tego w samochodzie, bo zawsze grało na życzenie Kudłatej, również czułam, delikatnie mówiąc, niesmak. I gdyby nie to, że jej przeszło, pojechałabym z nią do Łodzi na koncert.
Dlaczego jej nie wyśmiewam? Dlaczego pozwalam jej, i milionom dzieciaków w tym kraju słuchać tego co lubią? Dlaczego nie krzywię się na widok jej koleżanek w różowych ciuchach, mimo, że różowego nie znoszę? Dlaczego pozwalam moim dzieciom szukać swojej drogi?
Bo je kocham.
Bo wychowuję je tak, jak potrafię najlepiej i kiedyś postanowiłam, wyśmiewana przez mojego ojca, że nigdy nie zakwestionuje gustu mojego dziecka, choćby uwielbiało disco polo. Bo ma do tego prawo. Ma prawo żyć tak jak chce. Ja jestem po to, żeby jej to ułatwiać, bądź pokazywać inne możliwości, ale nigdy wyśmiewać.
PONIEWAŻ TOLERUJĘ GUST INNYCH. Nie muszę się z nim zgadzać, nie muszę tego lubić, ale nie zamierzam nikogo wyśmiewać. Ani psioczyć na showbiznes. Ani też twierdzić, że jestem lepsza.

Wracając do koncertu i szaleństwa związanego z J.B.
Wystarczy sięgnąć pamięcią, jak pokolenie naszych rodziców reagowało na koncerty The Beatles i Rolling Stones. Powiecie, że to ambitniejsza muzyka? Ale jakim prawem? Na jakiej podstawie? Kto przyznaje kategorię: to jest ambitne, tamto to gówno?
Nie pokuszę się nigdy o ocenę. Może mi się coś podobać, lub nie. Mam do tego prawo, jak każdy.
I zamiast psioczyć na półgołego Bibera, cieszę się, że te rzesze fanek maja od wczoraj swoje wspomnienia.
Mi nie było dane być na koncercie moich ukochanych zespołów. I tak jak napisałam u Malawiarta - gdybym miała taką możliwość, żeby być na koncertach moich ulubieńców, dzisiaj wspominałabym to z łezką w oku i miałabym to wspomnienie w sercu, głęboko, jak pierwszą miłość.
To, że WYDAJE nam się, że dzisiejsza młodzież to dno i bąbelki, to mamy rację, WYDAJE nam się. Wcale tak nie jest. Dzieciaki, a znam mnóstwo kolegów i koleżanek mojej córki, są świetnymi ludźmi, jeśli z nimi porozmawiać jak równy z równym. Czytają, mają swoje poglądy, wiedzą więcej, niż nam się wydaje. To, że maja komputery i net, a my nie mieliśmy, to stawia ich na z góry straconej pozycji? Bo my musieliśmy więcej wysiłku włożyć w naukę? To co mają powiedzieć ci, którzy nie mieli samochodów i maszyny parowej? Czy to sprawia, że byli mądrzejsi, lepsi? Figa z makiem! Rozmawiam z nimi swobodnie. I nie muszę udawać idiotki! Co za niespodzianka! A to, że nie grają w filharmonii, albo nie są mistrzami w jakiejś dziedzinie? Mają swoje pasje i marzenia. I wiecie co? Te dzieciaki mnie lubią.
Dlaczego?
Bo ich nie oceniam.

Na dziś:
Pet Shop Boys - It's a Sin
To jedni z moich ówczesnych ulubieńców.









wtorek, 26 marca 2013

[144] Grawitacja

Właściwie to nic mi się nie chce. Tak bym sobie poleniuchowała. Ze dwa dni. Albo tydzień. Książka, lampka wina, kocyk. Mozzarella i pomidory. O.
A nie, nie mogę alkoholu. Ani kropli. No cóż. To herbata zamiast. Mówiłam już, że jestem ogromną wielbicielką herbaty? Ogromną w sensie, że bardzo lubię, a nie że jestem ogromna.
Mam herbaty całą szafkę. Różne mieszanki, i torebki, ale żadnych aromatyzowanych. Nie lubię aromatyzowanych. Najlepsza jest dla mnie yunnan, ale tylko taka jedna, w brązowym pudełku. Liściasta.
Nie znajdziesz u mnie za to, Czytelniku, ani ziarenka kawy. Ani łyżeczki rozpuszczalnych granulek. Dlaczego? Bo nie lubię kawy. Chociaż to nie tak. Piję, owszem, ale taką pół na pół z mlekiem. Od czasu do czasu, jak jestem u kogoś. W domu pijam inkę. Ale to nie kawa w pojęciu kawa :) Zwykła kawa nie jest mi potrzebna do szczęścia, nie miewam kiepskich startów, nie muszę się pobudzać kawą, nie potrzebuję tego rodzaju kopa. Kawa na mnie nie działa. Nie uzależniłam się też od niej, bo był czas, że piłam ją codziennie, dla towarzystwa w pracy. Parzyliśmy ją w takim włoskim ekspresie kuchenkowym.
Tak więc herbat mamy milion rodzajów. Zastanawiałyśmy się z Kudłatą, kiedy uda nam się to wypić. Nawet był plan, że nie kupujemy nowej żadnej, dopóki te nie znikną. Ale zawsze, kiedy jesteśmy w sklepie i widzimy jakąś ciekawą herbatkę, zgodnie twierdzimy, że herbata się kończy, skończyła, albo, że ciekawe jak ta smakuje. Dodatkowo Kudłata oznajmiła, że na każdą okazję - urodziny, imieniny - dostanę puszkę herbaty, za każdym razem inną. I to jest bardzo fajny prezent.
Tak przeczytałam co napisałam i muszę się przyznać do kłamstwa. Pomniejszego i właściwie nieistotnego. Bo mam ziarenka kawy. A jakże. Zrobiłam sobie kiedyś, jak byłam w liceum, korale z kawy. Uchowało się to i nosi je Kudłata. Trochę ich obgryzła, Trochę się wykruszyło, ale są.
Z kawy to ja lubię jedynie zapach takiej świeżo mielonej. Ciepły zapach. Uwielbiałam mielić kawę moim rodzicom. Nawet mam po tym blizny. Tak tak. Załatwiłam się młynkiem.
Młynek była to samoróbka. Z kubka do mycia zębów, silniczka od golarki, i słoiczka z przykrywką. nawet śmigiełka były własnoręcznie zrobione. W kubeczku mieścił się silniczek, do kubka przyklejona plastrem była przykrywka z zamontowanymi śmigiełkami, do tego przykręcało się słoiczek z kawą. Jedynym mankamentem było to, że na przewodzie nie było włącznika. Działał od razu jak się podłączyło do prądu. Trzeba było więc najpierw zamontować słoiczek z kawą. I ja to wszystko wiedziałam, bo robiłam to tysiące razy.
Ale pewnego dnia, miałam może z 8-9 lat, zostałam wywołana z podwórka. Sąsiad (bo młynków za dużo nie było) poprosił, żebym zmieliła mu kawę. Rodziców nie było, więc zawołał mnie. Rozkojarzona wróciłam do domu, wszystko przygotowałam, tyle, że pomyliłam kolejność. Włączyłam ustrojstwo przez przykręceniem słoiczka. Z racji lekkości zaczęło toto się wić i...wkręciło mi się w koszulkę i w brzuch. Sąsiad uciekł zostawiając mnie z rozwalonym brzuchem.. A ja najbardziej się wkurzyłam, że zniszczyła mi się moja ukochana koszulka, taka sama jaką miał mój kumpel z podwórka. Oczywiście nawet nie zmieniłam koszulki tylko poleciałam się bawić dalej. Nikomu nic nie powiedziałam, ale blizny mam do dzisiaj.
To ja idę zrobić sobie herbatę.

A jeszcze z mądrości mojego syna:
- Mamo, ta grawitacja jest okrutna!
- Czemu?
- Bo najpierw stłukła talerz, a teraz twoją ulubioną miseczkę.

Poległam. A dobiła mnie Kudłata, która chyba na drugie ma Grawitacja, gdyż stłukła wieczorem mój ulubiony szklany wazon....

Na dziś:
Take That - Patience
Nie to, żebym była miłośniczką boysbandów, ale wczoraj miałyśmy wieczór głupawki (pomijając stłuczenie wazonu, kiedy to rzucałam...piorunami ), podczas której prezentowałam Kudłatej wszystkie, które mi się przypomniały, od New Kids On The Block po najnowsze, One Direction, które pokazała mi ona. Właściwie zaczęło się od tego ostatniego, przy którym zaczęłam tańczyć, a ona powiedziała, że mnie nagra i będę miała więcej wejść na youtube niż oni.



poniedziałek, 25 marca 2013

[143] Przegląd techniczny

Wyniki odebrane. Żyć będę. I nawet nadaję się do użytku.
Potwierdziło się moje przypuszczenie, że nie posiadam wypadających dysków, zwyrodnień i innych strasznych rzeczy. Jedynie lewostronną rotację kręgów. I w końcu wiem skąd moje problemy w skręcaniu w prawo.
Reszta wyników w porządku.
Poza cukrem. Wiedziałam, że należy się temu przyjrzeć. Przeglądałam poprzednie, stare, przyznaję bez bicia, badania cukru, spojrzałam na daty, przemyślałam wszystko i doszłam do wniosku, że to własnie to. Miałam podejrzenie o insulinooporność. Wtedy trochę zaniedbałam sprawę. Ale poszłam z moimi wnioskami do lekarza, ten zlecił te wszystkie badania i wyszło na moje. Cukier podwyższony. Dostałam tabletki i będzie dobrze.
Z tego wszystkiego śmieszy mnie moja mama. Kiedy dowiedziała się co mi jest i że mam skierowanie na RTG, zakrzyknęła w słuchawkę: załatw sobie grupę inwalidzką! Oczywiście pomyślałam sobie: pogięło cię kobieto. Kiedy dzisiaj zadzwoniłam z jakże radosną informacją, potwierdzającą moje przypuszczenia, od razu dowiedziałam się, że to na pewno od kręgów szyjnych. I że te bóle głowy też od tego. Zatrzymałam się z wrażenia i zapytałam jakie bóle głowy, bo poza sporadycznymi bólami zatok, albo wstępniakami do migreny - naprawdę rzadko, to mnie głowa nie boli. Na co usłyszałam, że to i tak wszystko od szyi. Starsza jest, to się nie będę kłócić. Jeszcze na ulicy.
A teraz oddalę się, szczęśliwa, w celu ogarnięcia bałaganu, gdyż sam się ogarnąć nie chce. A potem ugotuję im pomidorówkę. Na ten mróz jak znalazł. Świeci pięknie słońce, szczypie w nos mrozik. Cudnie jest, no!
Dzięki temu cały lód i śnieg zniknie bez roztopów. Żeby było śmiesznie musiałam tłumaczyć Młodemu zjawisko sublimacji dzisiaj rano.

Na dziś:
Nneka & Ziggy Marley & Eeday - Express yourself
Uwielbiam takie bujanie :)


piątek, 22 marca 2013

[142] Po polskiemu

Do napisania tego postu zainspirowała mnie Mamma Mia.

Niektórym z nas wstyd jest wyjechać za granicę. Obraz Polaka, pijaka, chama i ignoranta, szeroko na świecie rozpowszechniony jest. Nie wspomnę o Polaku - złodzieju, czy to samochodów, czy ręczników z hotelu. W związku z tym własnie obrazem, za każdym razem, kiedy jadę za granicę, mam nadzieje, że zostawię po sobie dobre wrażenie. A przynajmniej nie dołożę niczego do zbioru niechlubnych opinii.
Pamiętam jak odwiedziła nas znienacka rodzina, z Francji, o której nikt nie pamiętał, że ją ma, wszyscy myśleli, że pomarli, a tu niespodzianka. Okazało się, że seniorzy rodziny w odłamie francuskim, zrobili sobie polskie wakacje i przyjechali z przyjaciółką, która coś tam rozumiała, umiała i na migi tłumaczyła. Gdyż oni ani w ząb po polsku, a my po francusku. W każdym razie po ochach i achach, znaleźli nas poprzez instytucję państwową, w której moja mama pracowała, a całe miasto ją znało, więc podano nasz adres.
Spacer po mieście, próby dogadania się, bo oni po angielsku tez nie bardzo, pominę. Istotą są dwa fakty. Wujek najchętniej spacerowałby wokół swojego audi. Bo on słyszał, że tu kradną. Nie było to miłe. Przed oczami jako żywo stanął mi jeden gówniarz, z którym się wychowywałam i byłam dla niego jak starsza siostra, ale niestety, wpadł w towarzystwo i jeździł jumać. Był dumny jak paw, kiedy przyjeżdżał po kolejnej akcji w Niemczech. A mnie szlag trafiał.
Drugie było "przyjęcie" sklecone naprędce przez mojego dziadka, wujka wujka, z iście polskim rozmachem. Wujek i ciocia, wiekowe państwo, no dobra, może nie wiekowe, po 50-ce, ograniczyło się do ogórków kiszonych, tłumacząc, że już jedli i że wujek prowadzi. Wcale mu się nie dziwię, sama nie tknęłabym dziadkowego bigosu i innych tłustych rzeczy, które serwował. Reszta rodziny obecna, gdyż zwołana w trybie pilnym, urżnęła się porządnie i impreza trwała nadal, mimo, że my ewakuowaliśmy się wymawiając się samochodem. Jaki obraz został w ich pamięci, nie wiem.
To były miejscowe występy naszych rodaków.
Natomiast nigdy nie zapomnę mojego pierwszego razu we Włoszech. Wstyd mi do dziś. I to wcale nie za siebie.
Mieliśmy w hotelu do obsługi gości Polkę. Miła, sympatyczna pani, wyjaśniła nam wiele rzeczy, pomogła się ogarnąć, w sensie tras zjazdowych i innych atrakcji. Ale oczywiście eks nie byłby sobą, gdyby nie pokazał pani kto jest mądrzejszy i ma prawo wymagać i żądać, oraz gdzie jest miejsce pani. Dodam tylko, że pani znielubiła nasz stolik, gdyż musicie wiedzieć, że poczucie humoru, bo to przecież na żarty było, eks miał bardzo specyficzne i gdyby nie wysiłki reszty znajomych, codziennie jedlibyśmy zimną jajecznicę i mielibyśmy naplute do wina.
Następnego dnia po incydencie w jadalni znaleźliśmy się na stoku w Marilevie. To jeszcze nie poezja, ten ośrodek, ale już niezły dwuwiersz. Może się podobać i mnie się podoba. W każdym razie po całym dniu śmigania siedzę sobie na dole, pod samym stokiem na ławce, piję jakiegoś grzańca, uśmiecham się do wszystkich, nie odzywam się, zjeżdża do mnie Kudłata, i nagle podskoczyłam z wrażenia. Tuż nad moim uchem, jakiś gość w kombinezonie pamiętającym Gierka, jak nie huknie: kurwa mać, co się przypierdalasz?? To byłą rozmowa ojca z synem. Przy czym syna słychać nie było, zaś ojciec grzmiał podobnie z pięć minut, myśląc, że nikt go nie rozumie, po czym ze śmiechem zakrzyknął do reszty towarzystwa: a co, niech się, kurwa, uczy!
Nie zdzierżyłam, powiem Wam, moje jestestwo nie wytrzymało i to był jeden z niewielu razy, kiedy szybko  zareagowałam. Rzekłam ściszonym głosem, ale tak, żeby mnie słyszeli tylko oni: Zajebiście, że wszędzie można, kurwa, spotkać rodaków. Wstyd!
Towarzystwo zamilkło. Wyrazy ich twarzy były bezcenne.
Było mi wstyd. Tym bardziej, że ludzi było dużo, Polaków jak mrówków, w tym dzieciaków, bo czas ferii, a i Włosi trochę rozumieją.
Cóż, pozostaje mieć nadzieję, że jednak nie wszystkich nas postrzegają jak te buraki, co tylko chleją i kradną. Przynajmniej ja mam taką nadzieję. Jeszcze.

Na dziś:
Kabanos - Buraki
Trochę na temat, ale Kudłata mówi, że ta piosenka kojarzy jej się z ojcem... ciekawe, mam podobne odczucie...



czwartek, 21 marca 2013

[141] Faza

Glukozę wypiłam. Ledwo przeżyłam. Musiałam powtarzać jak mantrę, że nic mi nie jest, jest mi dobrze, wcale nie jest mi słodko, na pączki nie spojrzę nigdy więcej i naprawdę następnym razem glukozę rozpuszczę w cytrynie. Dwie godziny musiałam siedzieć w przychodni. Skończyłam czytać książkę. Nudziłam się jak mops. W końcu mnie wypuszczono. I to był zasadniczy błąd...
Wróciłam do domu. Okazało się, że Młody zostawił w domu różne potrzebne mu utensylia, do lekcji było jeszcze 20 minut, więc matka wzięła i pognała.. Podziękował mi bardzo, ulga w oczach niewyobrażalna. Zdążyłam zahaczyć o wychowawczynię Kudłatej, która zapytała mnie podstępnie, czy córa nie była od rana w szkole, na co odpowiedziałam, że nie nie było jej. Nie udało jej się mnie zaskoczyć, ale to bardzo fajna kobieta jest, więc problemów nie będzie.
Do szkoły pędziłam jak zwykle, 5 minut, natomiast powrót zajął mi dziesięć razy więcej czasu...Musiałam przystawać, bo nie dość, że nogi mi się plątały, to zwyczajnie nie chciały iść. Raz, że śniegu mnóstwo, gdyż tu się odśnieża tylko parkingi, zaś coś takiego jak chodnik jest pomijane, doprowadza mnie to do szału, nie powiem co o tym myślę. Dwa czułam się jak pijana. Normalnie na fazie. Naprawdę modliłam się, żeby nikt mnie nie zobaczył. Trudno byłoby mi zdać test u amerykańskiego policjanta. ani po prostej, a ni palcem w nos. Prędzej w oko. I od krawężnika do krawężnika. W każdym razie szłam. Albo raczej usiłowałam. Dotarłam do domu i powiedziałam pass. Muszę dojść do siebie, bo ta droga czeka mnie jeszcze raz. I tak nie pojechałam na zdjęcie.
Po kolejnych dwóch godzinach byłam zdolna do życia. Glukoza stwierdziła, że da sobie spokój. Pierwszy raz w życiu tak się czułam. i pierwszy raz w życiu, przepraszam za dalsze stwierdzenie, próbowałam pozytywnym myśleniem zwalczyć, a przynajmniej opóźnić porzyganie się na samą myśl o słodkim.
Potem już było w porządku.

Na dziś:
Shakespears Sister - Hello
Ogromny sentyment..




środa, 20 marca 2013

[140] Przyszła baba do lekarza

Staram się nie być hipochondryczką. Nie wynajduję sobie schorzeń, bólów, ani żadnych dolegliwości. Nie latam z pierwszym lepszym problemem do lekarza, chociaż właściwie czasu mam sporo, może by wziąć przykład z emerytów? Jakieś kolejkowe znajomości? Dobra przyznam się, lekarz jest niczego sobie. (taki żarcik!!!)
Ale tak serio, jest jak napisałam. Nie lubię lekarzy i unikam, jeśli tylko mogę.
Tylko, że czasem trzeba zadbać i o przyjemne i o pożyteczne. Dzisiaj rozpoczęła się moja krucjata. Poszłam do lekarza z czymś co mi się nie podobało, a jutro muszę jechać na prześwietlenie kręgosłupa. I potem okaże się, czy ortopeda, czy neurolog. Dodatkowo jutro glukoza z samego rana, czego nie znoszę, ale cóż. Wolę to sprawdzić. Na sam widok ilości glukozy, co to mam sobie sama ją rozpuścić i zabrać ze sobą do przychodni robi mi się nie halo. Wolałabym zjeść ze trzy czekolady mlecznej Goplany, tudzież ze dwa pudełka Rondnoir, też by mnie zemdliło, ale przynajmniej przyjemnie. Pamiętam moje poprzednie badanie. Jak się jej, tej glukozy, napiłam to zachciało mi się dwóch rzeczy na raz: spać i oddać śniadanie, którego nie jadłam. Z opresji wyratował mnie samochód, którym dotarłam do domu, po to, żeby walnąć się na chwilę spać i zaraz wracać na kolejne pobranie krwi. Do dzisiaj nie wiem po co wracałam. Nic to. Jutro zobaczymy jak będzie. Na wszelki wypadek wezmę książkę, bo nie wiem ile będę siedzieć, godzinę, czy dwie.
W każdym razie po czterdziestu latach i perpetum mobile zaczęłoby się psuć. Mam nadzieję, że to tylko chwilówka, jakiś bzdet, coś co pokonam szybko i skutecznie. 
Żeby było śmiesznie Kudłata idzie jutro na wagary. Może gdzieś się spotkamy w mieście. 

Na dziś:
podoba mi się ta wersja. Wokalista przypomina mojego kumpla z podwórka. 


wtorek, 19 marca 2013

[139] Do tablicy

Dziękuję wszystkim za wyróżnienia. To miłe wiedzieć, że komuś podoba się moja pisanina. Aczkolwiek, żeby tradycji stało się zadość, nie puszczę dalej, zatrzymam u siebie.
Oczywiście wszystkich chętnych zapraszam do częstowania się :)



Teraz muszę sobie przypomnieć siedem faktów z mojego życia, o których nie wiecie...będzie trudno, bo nie pamiętam, czy czasem nie pisałam o niektórych:

- zabrałam kiedyś moją Sis na spacer, który trwał cały dzień, bez jedzenia i picia, ona miała ze 2 lata i woziłam ją w wózku. Wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to, że spacer był na terenie....poligonu :D Nie! Nie chciałam się pozbyć siostry!  Wtedy pierwszy raz smażyłam po powrocie kanie, które znalazłyśmy z moją przyjaciółką. Nikt też nie zwrócił uwagi na naszą nieobecność od rana do zmierzchu o 21...

- własnie odkryłam, że od września odsądzam od czci i wiary mój telefon, gdyż nie chce działać w nim wifirifi. Ale tak to jest, jak jest się święcie przekonanym o tym, że doskonale zapamiętało się hasło...dziś szukając zaczepki, bo mnie Kudłata letko podnerwiła, zerknęłam na walającą się na biurku kartkę i oniemiałam, gdyż okazało się, że nie zapamiętałam jednej cyferki na końcu hasła. Miało prawo nie działać, teraz śmiga i hula. Oczywiście powietrze zeszło ze mnie i sama się z siebie śmiałam. Co nie znaczy, że jutro Kudłatej nie oberwie się za zagrabienie mojej linijki!

- za rok planuję zjechać czarną trasą Paradiso w Tonale (w ramach walki w lękiem wysokości)

- nie trawię żeńskich końcówek, które na siłę są wciskane wszędzie w ramach nie wiadomo właściwie czego. Tak więc nie chodzę do ginekolożki, psycholozki i inych lożek  (o, nawet kontrola pisowni nie przyjmuje tych bzdurnych wyrazów), nie wiem kim jest ministra, a sędzina to żona sędziego.

- uwielbiam marcepany, a nie znoszę curry.

- ślizgałam się dzisiaj na butach :) Nie powiem, zimy wciąż nie mam dość.

- na obiad zrobiłam spagetti :))))

Na dziś:
Metallica - One
Uwielbiam niezmiennie, bezapelacyjnie, bardzo.






poniedziałek, 18 marca 2013

[138] Apokalipsa

Natchnął mnie sms od mojej ukochanej przyjaciółki. Która na wieść o kolejnym niefajnym zdarzeniu na moim koncie napisała miedzy innymi: Apokalipsa.
Bo oto, moi kochani, lista tego co padło, powiększyła się o kolejny zasilacz. Najpierw jeden od laptopa, potem drugi od laptopa, a teraz od monitora. Można by rzec czarna seria, prawo serii, albo rzeczona apokalipsa. Ale ja, jako ten stoik, który oczywiście swe zdanie wyraził w trzech siarczystych słowach, przyjęłam na klatę kolejny przypadek i twierdzę, że miał prawo się zdarzyć. Lata takiego zasilacza nie są policzone na nieskończoność, jak, porównując starej dobrej frani, w której silnik trza było przewinąć i działała, łącznie z odwirowywaniem (a jakże, uwielbiałam wykręcać pranie), tylko na kilka, względnie dziesięć, a potem na złom. Ja to rozumiem i przyjmuję do wiadomości.
A żeby nie było tak smutno, bo w końcu to całe 17 cali, powiem Wam, że wręcz uśmiechnęłam się na  wspomnienie paczki od Ewy, która zapewniła tym samym ciągłość mego istnienia w cyberprzestrzeni. Za co dozgonnie wdzięczna jestem i dziękuję kolejny raz.
Tak więc jestem, i na pohybel zasilaczom!

Na dziś:
Shinedown - 45
zastanawiam się, jak można tak emocjonalnie podchodzić do muzyki. Tak jak ja.





niedziela, 17 marca 2013

[137] Zanim się stanie

Tak sobie myślę, że wszystko w życiu jest ważne. Każde nasze doświadczenie, złe czy dobre, ma jakiś oddźwięk w przyszłości. Uczymy się czegoś i zapamiętujemy. Nie zawsze unikamy złych rzeczy, o nie.
Za pierwszym razem popełniamy błąd, albo robimy coś dobrego i jest to przypadek, zbieg okoliczności, ale za każdym kolejnym działamy w recydywie, z premedytacją.
Ostatnio rozmyślam na temat miłości. Zakochania. Stanu, przed którym chyba nie uda się uciec. I którego, choćbyśmy chcieli, nie jesteśmy w stanie zdusić. Bo musi się zadziać, żebyśmy zaczęli odmawiać sobie tej przyjemności. Bo to jest przyjemność, prawda? Motyle, myśli, uśmiech na twarzy, permanentny, niezmazywalny, mówiący wszystko, bez słów. Maślane oczy, nieprzespane noce i tęsknotę pomijam, jako oczywistości, aksjomaty. Tyle tytułem wstępu o recydywie.
Rozmyślam o tej miłości w kontekście swoich przeżyć. Potoczyło się jak się potoczyło, nie żałuję, nie jęczę i nie płaczę nad swoim losem. Wręcz przeciwnie. Zostawiłam za sobą wszystko, bo nie warto rozdrapywać ran, chociaż blizny seksowne są, bez dwóch zdań. Tylko tych na duszy nie widać. A przynajmniej nie każdy je zauważy. Zostawiłam za sobą, otrzepałam się z tamtego, jak pies po kąpieli w jeziorze. I mimo, że jest mokry, wlezie do wody ponownie. Bo woda, czy też w tym przypadku miłość, to przecież nic złego.
Pytanie, które mnie dręczy jest takie: czy umiem pokochać kolejny raz? Czy umiem zaufać, tak jak już raz zaufałam? Czy tamto doświadczenie nie rzuca zbyt długiego cienia na moje odczucia teraz? 
Na pewno nowe uczucie nie będzie zemstą. Bo na kim? Na sobie mścić się nie będę. Nie będzie też próbą zakrycia czegoś co się jeszcze tli, bo nic się nie tli, wygasło, rozwiane przez czas, myśli i doświadczenia. Odcięłam się. Nie będzie też rozpaczliwym rzutem na taśmę, bo przecież lata lecą. 
Chciałabym, żeby było pełne zrozumienia, rozmów, niekończących się gier, podchodów, zdobywania i wspólnego śmiechu. 
Inna kwestią jest naturalność. Zastanawiam się, jak pogodzić bycie sobą z wrażeniem, które chcemy wywrzeć na drugiej osobie. Nie lubię udawać kogoś, kim nie jestem. Jeśli się nie maluję, bo chronicznie tego nie lubię, to nie wyskoczę nagle w pełnym makijażu. Jeśli nie noszę spódnic i obcasów, to nie wbiję się w mini i nie założę szpilek. Bo zwyczajnie zabiłabym się na samą myśl. Ale przecież to chyba naturalne, że się zastanawiam, prawda?
No cóż. Pozostaje mi grać intelektem i mieć nadzieję, że nie palnę jakiegoś głupstwa. 
A na razie...na razie permanentny uśmiech nie schodzi mi w twarzy..


Na dziś: 
Skillet - Monster
Nie nie, nie jest to podkład do tematu. Po prostu zasłuchana jestem, oraz ciągle śmiejemy się z Kudłatą z refrenu, który w naszym wykonaniu brzmi: feel like a hamster..... To jeden z przejawów głupawki :))




piątek, 15 marca 2013

[136] Duchy

Jak pięknie jest dzisiaj na dworze! Słońce, zimno, mróz, poprószyło. Chmury i błękit.
Ale mi nie do śmiechu. To znaczy nie tak. Jak najbardziej do śmiechu. Do uśmiechu rzekłabym nawet. Śmiechy to ja odstawiam z Kudłatą wieczorami. Że też można z takich bzdur mieć ubaw. Ale nic to. Na razie wydaje się, że to stan constans.
Ten rodzaj głupawki to mam po moim tacie. Przypomina mi się jak lubił żartować. Może na połowę naszych tekstów obraziłby się, bo jednak był dość zasadniczy, ale myślę, że dałby radę. Szkoda, że moje dzieciaki go nie poznały. Szkoda, że go nie ma. Czasu cofnąć się nie da, niestety.
Dzisiaj zaczęło się tak sobie. Po nieprzespanej, tylko trochę przedrzemanej nocy, wstałam nie bardzo wiedząc czy mam się ustawić do pionu, cy tez zagrzebać w pościel jeszcze na pięć minut. Usiadłam jednak i coś burczałam, bo Młody do mnie w te słowa:
- co, kiepsko zaczyna się ten dzień, nie? Widzę, że masz humor jak ja wczoraj.
Taaaa... minęło mi burczenie, chociaż jeszcze obijałam się bezładnie i łaziłam z kąta w kąt.
Teraz jednak mobilizuję siły do ogarnięcia mojego warsztatu. Bo zajmuje on sporą część pokoju, a jutro będzie potrzebny. Mam zlot czarownic i będziemy działać. Może. Bo może się okazać, że będziemy tylko plotkować.
Tak więc za chwilę się zabiorę. Tak myślę. Wypije tylko inkę do końca.
Przed chwilką skończyłam rozmawiać z duchem z zaświatów. Z poprzedniego życia mojego. Uradowała mnie ta rozmowa. Od razu humor mam lepszy. Oby więcej takich rozmów. Życzę sobie. Bo i nadzieja jest większa. I miło, że ktoś pamięta o mnie jeszcze. Telefonicznie rozmawiałam, żeby nie było. Nie wywołuję duchów. Już nie wywołuję. Bo kiedyś jak miałam sześć lat to tak.
Miałam na podwórku starsze koleżanki. Jak się z nimi trzymałam, bo wolałam chłopaków, to dowiadywałam się różnych rzeczy. One w większości były starsze o dwa-trzy lata. Więc wolałam z chłopakami, bo wiek nie grał roli, a po drzewach łaziło się tak samo, grało w kapsle i nikt nie patrzył na mnie krzywo jak byłam podrapana, czy też umorusana po kokardy. Bo tak, miałam wtedy jeszcze kokardy i włosy do pasa. I wodziłam rej w bandzie. Rozumiecie, czterej pancerni, Kloss i inne Tolki Banany.
Więc kiedy się przyczepiałam do dziewczyn, żeby za chwilę się odczepić, bywały takie zabawy jak wywoływanie duchów, przepowiadanie końca świata i inne podobne. Tam zabawy! One wszystkie poważnie do tego podchodziły. No i raz rąbnęłam z domu książeczkę do nabożeństwa, bo takie mi przydzielono zadanie. Poszłyśmy do piwnicy, gdzie stało lusterko, inna miała klucz. I się zaczęło. W pewnym momencie z drugiej części piwnicy wylecieli z wrzaskiem chłopacy, bo oczywiście wielka tajemnica nie została zachowana i dowiedzieli się o naszych zamiarach. I tak skończyło się podwórkowe wywoływanie, aczkolwiek wszystkie oprócz mnie twierdziły, że lustro się zamgliło i już już przyszedłby czyjś dziadek. W każdym razie wieczorem słońce zachodziło krwawo, chmury wyglądały jak opalone na brzegach i jedna z dziewczyn wieszczyła koniec świata, bo otworzyłyśmy piekło. Całą noc spałam z rodzicami. Bo wydawało mi się, że zaraz przyjdzie dziadek Antoś i zastanawiałam się czy zdążę się obudzić przed końcem świata.
Minęły dwa lata. Pojechałam po mojej pierwszej klasie na kolonię w góry, do Bystrej Podhalańskiej. Było cudnie. Ale. Nikt nie chciał mnie czesać. Moje długie blond włosy były skołtunione i w ogóle tamta kolonia nie przeszłaby żadnych testów i nie miałaby żadnych certyfikatów. Opiekunom zabrano by wszelkie uprawnienia. Ale to i tak najfajniejsza kolonia na jakiej byłam. Bo byłam tylko na tej jednej.
W każdym razie, poza tym, że wszyscy olewali takiego szczyla jak ja, bo ja miałam 7 lat a reszta od 10 do 15 - tu, nudziło mi się któregoś wieczoru. Przyszły do nas dziewczyny z innych domów i wpadłam na pomysł, że wywołujemy duchy, do czego zapaliły się wszystkie. Powiem Wam, że takiej paniki to nie znałam. Laski spały po dwie w łóżku, o powrocie na kwaterę przez sad nie było mowy. Ale zyskałam szacun. I ktoś mnie jednak rozczesał po tym.
Tak więc moje kontakty z zaświatami miały szerszy zakres.
A teraz jednak posprzątam. Bo żadne duchy za mnie tego nie zrobią.

Na dziś:
Farben Lehre - Spodnie z GS-u
Uwielbiam tą piosenkę. W ogóle to na nowo odkrywam punka. :)))




poniedziałek, 11 marca 2013

[135] O smokach

Jak dobrze, że nie umyłam okien! Sypie od dwóch dni i co by mi było po czystych oknach? Fakt, może lepiej widać by było śnieg. O tym nie pomyślałam. Ale wyjdę na dwór i zobaczę, bez obaw. Nawet się w nim zakopię, okopię, ulepię bałwana, jakby w tym kraju mało ich było, wliczając w to byłego. Nie wspomnę nawet o jego próbie przekupstwa wobec Kudłatej, która mu nie wyszła. Bardzo mu nie wyszła, a my wczoraj przez cały wieczór miałyśmy ubaw.
Cieszę się, że mogę z nią rozmawiać o wszystkim. Dobra, wiem, ma swoje tajemnice, ale niech ma. Nie zabraniam. W każdym razie wczoraj powymyślałyśmy i negocjowałyśmy takie rzeczy, że już się boję. I zadziwia mnie fakt, że z moją matką tak nie mogłam. I skąd się wzięło, że ja mogę z moją córką. Cieszy mnie to.
Negocjacje dotyczyły mojego tatuażu. Wyobrażacie sobie? ONA stawiała mi warunki! Otóż takie: jak schudniesz, zaczniesz nosić glany i koszulki zespołów...wtedy możesz sobie zrobić tatoo.
Prawda, że niewygórowane żądania?
A żeby wiedziała. Zamelduję wykonanie zadania!
Ktoś ważny i wyjątkowy dla mnie powiedział, że tatuaż musi mieć jakiś głębszy sens.
Dla mnie ma. Ogromne znaczenie. Jest dla mnie przemianą, która nastąpiła w moim życiu. Wiąże się z siłą, zmianą, walką, odnalezieniem siebie i dążeniem do celu.
A tak o znaczeniu mojego wymarzonego tatuażu, choć wzoru jeszcze nie mam, napisano:

"Są dwa różne wizerunki smoków: Smoki ze Wschodu (Smoki Orientalne) i Smoki z Zachodu (wywodzące się z kultur europejskich). Smoki wywodzące się z kultur azjatyckich symbolizują dobroczynność i jawią się jako stworzenia chroniące życie, wspierające płodność i przynoszące pomyślność. Smoki Zachodu natomiast, są zazwyczaj przedstawiane jako złe stworzenia siejące grozę i postrach, chroniące góry złupionych skarbów. Jak pokazuje historia, dobroczynność opłaciła się smokom azjatyckim, bo do dziś dzień można je spotkać na ulicach Pekinu podczas chińskiego Nowego Roku, natomiast ich europejscy odpowiednicy wyginęli (prawdopodobnie z głodu: zabrakło dziewic)."

Teraz wypada mi spełnić warunki Kudłatej. A potem...potem będzie tylko ciekawiej.



Na dziś:

Siedem - O smokach
Uwielbiam głos wokalistki i ciekawa jestem, czy gdzieś śpiewa.
Ta piosenka przypomina mi o ciężkim okresie w moim życiu. To jedna z nielicznych pozycji, którą pamiętam z tamtego okresu. Ogromny sentyment. Często gości w moich słuchawkach.









piątek, 8 marca 2013

[134] Z nurtem

Jako że jestem kobietą, co nie ulega wątpliwości, zdefiniowaną przez siebie samą jako samodzielna, myśląca, ckliwa (ryczę na wszystkim i przy książkach i przy muzyce, w kinie, czytając gazetę, ...to już chyba choroba), tęskniąca za ... czekająca na..., gotowa na swój wymyślony tatuaż i dążąca do spełnienia wszystkich warunków, żeby go mieć, kochająca niespodzianki, idąca na żywioł, pakująca się w plecak, nieprasująca (no chyba, że siła wyższa zmusza), i tak dalej, chcę
wszystkim moim wirtualnym (na razie tylko mam nadzieję) kochanym przyjaciółkom (tak myślę, że się nie obrazicie) złożyć hołd tego dnia, obdarzyć uśmiechem, dobrą myślą i poprzytulać wszystkie serdecznie.
No ja po prostu Was kocham, no.

Na dziś:
Kabanos - Chmurki
A to dlatego, że Kudłata mnie zaraziła, była wczoraj na koncercie i wróciła z autografami.
Poza tym, podoba mi się tekst i muza i całokształt




czwartek, 7 marca 2013

[133] Literaturka

Czytam książki.
Tak się zastanawiam, czy to aby nie odruch obronny. Zatapiam się w tym, może po to, żeby nie myśleć. A mam o czym ostatnio. Robię to chyba ze strachu. Zajmuję umysł i wyobraźnię słowami napisanymi przez innych, żeby moje własne myśli nie wchodziły na zbyt wysokie obroty.
Mam taki nienazwany rytuał. Kiedy jakiś autor zauroczy mnie słowami, wyczytuję wszystko, co napisał. Tak wpadłam po uszy z Jodi Picoult. Z Pattersonem. Z Lackberg. Ze spółką Preston/Child. I z wieloma innymi. Lubię się zaczytać, do bólu. Niestety, za szybko czytam. a może oni za wolno piszą. Potem z tęsknotą, godną miłości do tego jedynego, czekam na następną książkę.
Czasem w bibliotece czuję się jak łowca. Naprawdę, wchodzę tam i nie wiem, co upoluję. Przechodzę po alfabecie i patrzę. Zwykle w takim momencie nie pamiętam, co ktoś mi polecał. To musi być impuls. Sięgam po książkę i zaczynam żyć jej życiem.

Często zastanawiałam się, czy dałabym radę napisać książkę. Pamiętam jak w liceum mój kolega z klasy pisał. Nie było wtedy komputerów, więc pisał ręcznie, a pismo miał okropne, bo zmusili go, żeby nie pisał lewą ręką. Nauczył się prawą, ale to było straszne dla wszystkich. I ja ten jego rękopis, w dosłownym znaczeniu tego słowa, musiałam czytać. Chciałam, nie musiałam. Zazdrościłam mu, że umiał uknuć intrygę, zagmatwać wątki i ułożyć je w sensowną całość. Później napisał kilka książek, zostały wydane, ale nie czytałam ich, bo to raczej pozycje polityczno-historyczne, a mnie to jakoś nie ciągnie.
Kilka lat temu powiedziałam mu, że kiedyś napiszę książkę. Zapytałam, czy będzie moim recenzentem. Zgodził się i powiedział, że bardzo na nią czeka. Znamy się jak łyse konie i wiem, że rzetelnie mnie zjedzie, jeśli przyjdzie mi kiedyś dać mu do przeczytania coś, co napisałam. Nawet dyskutowaliśmy nad pseudonimem artystycznym i w sumie na niczym nie stanęło. On chciał moje panieńskie nazwisko, ja nie bardzo, obecne też się nie nadaje, więc był impas.
Myśl jednak pozostała. Skoro inni mogą, dlaczego mam nie spróbować?
Tylko jak zaczynam myśleć o tym co mi kiedyś wpadło do głowy, to boję się ruszyć z miejsca.
Ale może warto?

Na dziś:
Coma - Daleka droga do domu
Tekst jak najbardziej na czasie



wtorek, 5 marca 2013

[132] Strach się bać

Idzie. Nowe. Oswajam od soboty, a właściwie od poniedziałku. I niesamowicie się z tym czuję. Powiem Wam, że ta wiosna będzie miała zupełnie inne znaczenie niż dotychczas.
Wszędzie wiosna. Gdzie nie spojrzę. Czy przez okno, czy w niebo, do skrzynki, w maile, smsy, na inne blogi. Wszędzie. Normalnie się boję. Bo wszędzie sugestia, że idzie nowe.
Sąsiedzi od rana odkurzali te swoje dwa pokoje nade mną i nie wiem czemu trwało to kilka godzin. Rozumiem, że można wyjść z domu i zapomnieć wyłączyć żelazko, ale taki odkurzacz?
Tak, wiem, okna wołają o pomstę, ale w sumie jakby się zastanowić, to może zostawić taką naturalną blokadę przed promieniami słonecznymi, które bezczelnie i nieodwołalnie świecą mi prosto w twarz od rana i nie dają spać, jak tylko słońce wzniesie się nad horyzont i doczłapie do drugiego piętra. Dlatego lubię jak od rana się chmurzy, a od 11 jest słońce. Taka mała prywata.
Młody dzisiaj robił inspekcję zakamarków. Dorwał latarkę i świecił wszędzie, gdzie czasem dostępu nie ma. Żmija. Podlec. Inspektor zakichany. I jeszcze mnie poucza!
Teraz nie mam wymówki, skoro już wiem, że mam koty, to muszę coś z nimi zrobić. Wspiąć się na drabinę i pościerać na wyżynach też. A miałam nadzieję, że jeszcze trochę odwlekę. Niestety.
Odwiedziłam dzisiaj bibliotekę w ramach tematów zastępczych. Oddałam książki, wzięłam nowe. Jedną już przeczytałam. Zaczęłam drugą. Nie sądzicie, że to kolejne działania prewencyjne w kierunku odwlekania wiosennych porządków? Bo mam takie nieodparte wrażenie.
Boję się wchodzić do Was i komentować. Co bym nie przeczytała to mi wychodzi impreza. Najpierw byłam u Niki, potem u Dreamu i stwierdziłam, że chyba coś jest na rzeczy, ciągle wychodzi spod warstwy powinności i obowiązków. Ale taka impreza to mi się marzy...Tym bardziej, że dzisiaj rządzi u nas w głośnikach KSU, a niejedną imprezę na tym spędziłam. W ogóle wiosna jakoś zainicjowała wspomnienia. Kudłata pytała po raz kolejny o moich znajomych, kiedy jak z kim się poznałam. Przy niektórych opowiadaniach wytknęła mi niekompetencję, naiwność i głupotę, po czym zreflektowała się, gdyż gdyby nie to, nie miałby mnie kto pytać o to wszystko. Opowiadałam, zapaliłam się do wspomnień. Już prawie rwałam się do albumów pokazać, wyjaśnić, ale jedynie odpaliłyśmy KSU i sobie leci. Pomyślałam, że tyle nieistotnych szczegółów się przypomina. Ale tak naprawdę one są bardzo istotne. Budują mnie od podstaw. Składam się z samych takich szczegółów.
Najfajniejsze jest to, że dochodzą ciągle kolejne. Że to nie koniec. Że może właśnie do teraz było trzęsienie ziemi, a teraz dopiero napięcie będzie rosło. Tyle, że w tym dobrym kierunku. Mam wrażenie, że poprzednie życie zostało za przepaścią powstałą w wyniku tego trzęsienia. Nie ma do niego powrotu. Wręcz przeciwnie, oddalam się od tego coraz bardziej. Ta strona jest ciekawsza.


Na dziś:
KSU - WRB
Odwiedzę w tym roku.




środa, 27 lutego 2013

[131] Telefony telefony

Najsampierw chcę Wam bardzo podziękować za wsparcie, dobre słowo, za maile i telefony.
Nie jestem z tych, co się poddają i załamują, ale każdego czasem przygniecie do ziemi coś niespodziewanego. Bo to było niespodziewane.
Przechodzę nad tym do porządku dziennego, trochę to potrwa i w końcu przejdę, ale na razie muszę się polansować pod kocem, w swetrze, dresach, z kubkiem inki, nad książką,  ze smutną miną, płaczem nad bohaterami, rozmyślając jak podejść do swego życia dalej i co zrobić, żeby wszystko wyszło na prostą.
Tak więc jeszcze jestem zagrzebana w rozpaczy, ale wczoraj na obiad zrobiłam najlepszą pizzę na świecie, więc chyba idzie ku dobremu.
Właściwie z tego leża poderwała mnie moja mama. Telefonem. Skargą. Na właściciela ajencji pewnego banku, z którym mi się współpracuje bardzo dobrze, natomiast ajent jak ajent, kultury w bankowości nie ma, melonik mu się nie należy i zamierzam wyładować swą złość na owym panu, donosząc na niego w banku, że jest cham, oraz żądając satysfakcji. Już zresztą poczyniłam pewne kroki, a dokończę lada moment. Koniec z milczeniem na temat chamstwa. Zapłaci za to.

Natomiast chciałam oczywiście napisać o czym innym zupełnie. Wstąpiłam do Frytki, poczytać o niedostępności, bo się przeraziłam, że kobieta mi ucieknie, nie będzie jej, zniknie, a ja tu pogrążona w użalaniu się nad sobą nie zauważę, nie zarejestruję i co??
I sobie czytam beztrosko. I oczy mi się otwierają. Bo doświadczyłam tego samego. Znaczy prawie, bo oczekiwać na smsy od ukochanego to niestety nie mogę w związku z nieposiadaniem. Ale nadenerwowałam się brakiem zasięgu nie raz i nie dwa. A to takie proste! Kartę wymienić trzeba! I powiem szczerze, że jest mi wstyd, bo technicznie obcykana jestem, znam się i wogle, a tu nie poradziłam sobie.
Trochę wiem dlaczego. Bo tegoż smartfona, który w mym posiadaniu jest, dostałam od cioci, która zlitowawszy się nade mną wzięła go za złotych 1, sobie zostawiając ulubione wielkie klawisze emeryckie. Bo mnie się mój telefon zalał kiedyś herbatką i co jakiś czas głuchnie obustronnie, czyli w opcjach: nie działa głośnik, nie działa mikrofon, nie działają oba. Doprowadzało mnie to do szewskiej pasji. A moja ulubiona, dotychczas i pomimo, firma odmówiła wsparcia, za naprawę zażądała kwotę tak wysoką, że stwierdziłam, że se kwiatki w nim posadzę, a nie naprawię i wtedy własnie ciocia poratowała.
Ale ja, nie mająca tej konkretnej marki nigdy wcześniej, nie wiedziałam, że android i całe to ustrojstwo lubi sobie się uaktualniać, synchronizować i nie wiem co jeszcze. Nie wspomnę o tej utracie zasięgu gdzieś 400 m od wieży. I w centrum miasta też. Wywaliłam wszystko co mogło się aktualizować, pobierać, ściągać i łączyć. Na razie jest ok.
Ale z telefonami miałam różne ciekawe przypadki. Znaczy jeden, za to seryjny. Otóż z wielką namiętnością, co pół roku, gubiłam telefon z Kudłatą na zmianę. Raz ona, raz ja. Gdyby nokia chciała testera, to chyba sprawdziłam najwięcej modeli, bez klapek, rozsuwane, z klapkami i inne.
Najciekawszy przypadek miałam we Włoszech.
Jadę sobie z Kudłatą wyciągiem, oglądamy świat pod nami:
- o! ktoś zgubił rękawiczki
- haha! czyjeś kijki!!!
- Zobacz! narta!
- hehe ktoś jeździ zasmarkany, chusteczki tam leżą
Dojeżdżam na górę, sięgam do kieszeni, przekopuję się, przez swoje chusteczki i nic. Kieszeń była otwarta, bo przecież tylko chusteczki wyciągałam.....
Przez kolejny tydzień jeździłam i mówiłam: o, tam gdzieś leży mój telefon....
Postanowiłam więcej nie śmiać się z innych.
Innym razem zgubiłam telefon wyrzucając śmieci. Kiedy wróciłam na miejsce już go nie było.
Więcej nie pamiętam, ale nie ma się czym chwalić.
A teraz lada moment będę przedłużać umowę, nie zrezygnuję jednak z moich 15 lat w jednej firmie i zastanawiam się: wierność marce, czy też zdrada....

Na dziś:
Republika - Telefony



wtorek, 26 lutego 2013

[130] Coś pękło.

Jestem.
Żyję.
Nie dam się.
Jest mi zwyczajnie źle.
Samej.
Dzisiaj.
Jeszcze do tego komputer odmówił posłuszeństwa, znaczy ta syrenka z mercedesem, o której pisałam, bo dalej jestem bez laptopa. Ale już jest ok.
Prawie.
Jak się pozbieram, to będę.
Jest mi zwyczajnie źle.
I nic tego nie zmieni.
Nawet moje imieniny...

Wniosek:
nie planować, nie planować, nie dzielić skóry na niedźwiedziu, nawet jak powiedzą tak, usłysz nie, bo tak nie zawsze znaczy tak, czasem znaczy nie. I to nie zabiera wszystko.
Mi zabrało.
Na chwilę.


Na dziś:
Zabili Mi Żółwia - Emigrant



poniedziałek, 25 lutego 2013

[129] Pierwsza naiwna

Po raz kolejny przekonałam się, że aby coś uzyskać trzeba kłamać do bólu. Łgać i nie interesować się skutkami. Udawać na całego i pieprzyć konwenanse. Schować honor do piwnicy i mieć w dupie wszystko.
Tak wiem. Wiem to, ale nie potrafię zmienić swojego charakteru na tyle, żeby być wyrachowaną, zimną suką, nie umiem kłamać i nie umiem działać wyłącznie na swoją korzyść.
Mam w dupie, to co pewnie usłyszę, że ludziom wierzyć nie warto i inne tego typu rzeczy. Wierzę i będę wierzyć, że nie wszyscy są źli i nie wszyscy zasługują na kopa w dupę.
Wierzę i tego nie zmienię.
Natomiast przestałam wierzyć, definitywnie, w pomoc ze strony państwa i instytucji, które jakoby powstały po to, żeby pomagać.
Dzisiaj bez skrupułów rzucałam kurwami w słuchawkę, klęłam jak szewc i płakałam ze złości. Gdyby ktoś mi podszedł pod rękę odgryzłabym mu łeb. I nie powiem co dalej. Skopałam cały śnieg wokół przystanku i gdyby nie tramwaj i opadające emocje stałabym tam do teraz. Albo dalej ryła w tej brei.
Otóż, moi mili, okazało się co następuje (to moje wnioski):
- jestem za silna psychicznie,
- radzę sobie świetnie z tymi groszami, które mam i ponieważ jeszcze żyjemy, a ja się uśmiecham, to znaczy, że nie jest źle,
- mam marzenia i plany,
A teraz co usłyszałam:
- niech pani do czerwca zajmuje się dziećmi, bo ma pani obowiązek zaprowadzać i odbierać dziecko (6 lat),
potem proszę się zgłosić, jeśli nie znajdzie pani w dalszym ciągu pracy. Poza tym sprawa rozwodowa trwa, nie wiadomo ile będzie tych spraw, nie wiadomo kiedy, wie pani, nie możemy tak zwalniać.
ODRZUCAMY PANI UDZIAŁ W PROJEKCIE.

Japierdolekurwamac, GDZIE JA ŻYJĘ??????? Ja nie chcę ciągnąć zasiłków!!! Ja chcę tylko pomocy w znalezieniu pracy!!!!!

Wnioski dalsze:
powinnam siedzieć w gabinecie pani psycholog i nie chełpić się, że tak sobie świetnie daję radę, odeszłam z toksycznego związku, ze dzieci są czyste zadbane, ja uśmiechnięta i myślę, że za półtora roku będę miała problemy z głowy, pracę i święty spokój, tylko siedzieć i ryczeć, że nie umiem, nie wierzę w siebie i nie mam najmniejszego pojęcia co zrobię jutro, a co dopiero za rok!!! Smarkać w chusteczkę, załamywać ręce i udawać, że co??
Nie umiem. Nie umiem oszukiwać. Nie umiem kłamać. Nie umiem tego.
Panu dyrektorowi powinnam powiedzieć co sobie pomyślałam później, ale niestety, moje reakcje są opóźnione. Po raz kolejny przekonuję się, że dobre wychowanie, to porażka!
I w ten sposób wszystko co miało się ułożyć...echhh, szkoda słów....
Ryczeć mi się chce.

Na dziś:
Farben Lehre - Mam w dupie




piątek, 22 lutego 2013

[128] Siedemdziesiąt do trzydziestu

Już kiedyś pisałam, że mam awersję do polecanych książek, bestsellerów i innych. Ja muszę sama dojrzeć do sięgnięcia po daną pozycję. Albo zwyczajnie musi nastać odpowiednia pora do przyjęcia tego, co książka zawiera.
Z wielu stron słyszałam zachwyty nad książkami Jodi Picoult. Ale  jak to ze mną jest, obchodziłam je jak pies jeża. Zresztą kojarzyła mi się (nie pytajcie dlaczego, bo sama nie wiem!!!) z Daniele Steel. Jednak moje ogromne zamiłowanie do biblioteki, w której czuję się jak moja Sis pierwszy raz nad morzem (zobaczyła wodę, zatchnęło ją, po czym rzuciła się na piach i zgarniała go do siebie krzycząc: moje! moje!), jest przeogromne i latałam po regałach szukając takich mrugających do mnie, czy czekających na mnie tytułów.
Znalazłam P i trafiłam na Picoult. Szczerze mówiąc najpierw oczarowała mnie grubość tomów. Od razu sięgnęłam po pierwszy z brzegu.
Przeczytałam jednym tchem. No dobrze, z przerwami na jedzenie i obowiązki.
Odniosłam jedne, wzięłam następne. Można 5, ja mam 8 - dobre wrażenie musiałam zrobić.
W każdym razie trafiła mi się Deszczowa noc. O miłości i poświęceniu siebie drugiej osobie. O zdradzie i zbrodni, która jednakowoż zbrodnią nie jest. O przebudzeniu w jałowym związku, w którym żona, niczym kobieta z reklamy, uchyla mężowi nieba, a on bez skrupułów ją zdradza. Opamiętanie przychodzi później. Generalnie o tym, jak bardzo pogmatwany jest świat miłości, codzienności, jak trudne jest życie we dwoje.
Czy coś mi się kojarzy? Tak, motyw zapomnienia o sobie na rzecz drugiego człowieka. Poświęcenie swoich marzeń i zdradzenie siebie samego.
Jeden z bohaterów mówi, że "(...) miłość nigdy nie rozkłada się równo w związku. Nigdy nie jest pół na pół. To zawsze siedemdziesiąt do trzydziestu. Lub sześćdziesiąt do czterdziestu. Ktoś zakochuje się pierwszy. Ktoś stawia drugą osobę na piedestale. Ktoś staje na głowie, żeby życie toczyło się gładko i przyjemnie, a partner po prostu załapuje się na ten wózek "
To dużo wyjaśnia.
Płakałam jak głupia.
Ale co tam, czytam teraz kryminał Camilli Lackberg i też ryczę.

poniedziałek, 18 lutego 2013

[127] Językoznawca

To, że stawia język pionowo w poprzek, to inna sprawa.
Ale rośnie mi Miodek. Poliglota na dodatek.
Znalazł na moim roboczym stole, który miał być stołem rodzinnym, obiadowym (no nie wyszło, no)...maseczkę. Odżywiająco-nawilżająco-odmładzająco-cudowną. Dostałam, nie kupiłam. Żeby było jasne, nie potrzebuję (cichooo).
Przeczytał sobie co to, jakie to i że na dekolt.
- Co to jest dekolt?
Tu nastąpiło wyjaśnienie, łącznie z pokazaniem. Nie nie, bez przesady, mówimy o normalnym dekolcie, nie po pępek.
Po chwili milczenia słyszę rozważania (pomyliło mu się):
- the to i colt to zimno." I zimno" po angielsku.
Mało przytomnie spojrzałam na Młodego.
- Nie, i po angielsku to and. The to rodzajnik określony. Mówisz przed jakimś wyrazem jak wiesz o czym mówisz. (proszę o powstrzymanie linczu znawców języka :D)
- No dobrze, ale colt to zimno.
- Ale jak chcesz zgodnie z pisownią to powiesz colt - a to jest rodzaj rewolweru (na co mi było wdawać się w dyskusję!!!)
- Taaaaak? Wpisz w google!!! Pokaż!!!
Musiałam pokazać. Zaśmiał się jak zobaczył w obrazach samochód. Tu musiałam wytłumaczyć, że jest takie auto mitsubishi colt.
Po czym przeszliśmy do oglądania broni, znalazł nawet schemat.
Następnie dywagacje na temat pochwy. Nie nie, jest na etapie mieczów, szpad i sztyletów, oraz pochew na nie, więc wymyślił, że colt też ma pochwę. Mówię
- Nie, colt ma kaburę.
Tu klasyczne pokaż.
Pokazałam. - o taką miał mój tato. Był żołnierzem
- Tak? Zginął na wojnie?
- Nie. Miał broń, ale wtedy nie było wojny.
Musiałam wyjaśnić o co kaman.
I nagle znalazłam w obrazach do kabury...mazdę kabura. Zdziwienie Młodego było spore.
Nagle pyta mnie:
- a jest jakiś samochód, który nazywa się pochwa?
Odjechałam....


Na dziś:
Bob Marley - I shot the sheriff



niedziela, 17 lutego 2013

[126] No kocham, no

Dzisiaj nie będę się wyzewnętrzniać. Jestem nieco wk...urzona.
Delikatnie mówiąc.
Żmiję na własnej piersi wyhodowałam.
I żeby to jeszcze ta starsza. Nie! Ten mały słodziak, co milion razy na dzień mówi, że kocha!
Ten mały chudy wypierdek, co ledwo do pasa mi sięga.
Wierzcie mi, dzisiaj mój stoicyzm poszedł sobie w długą. Gdyby nie resztki rozsądku chyba bym rozszarpała gówniarza.
Nic to.
Wdech-wydech i jakoś minęło.
Przed chwilą się obudził i słyszę: mama, kochasz mnie?
No żesz... jakżeby inaczej...




Na dziś:
Zabili Mi Żółwia - Goembe
Siedzę w tym klimacie od jakiegoś czasu. Za sprawą Kudłatej. No i nucę pod nosem od kilku dni...





czwartek, 14 lutego 2013

[125] Dlaczego?

No i nastał ten dzień.
Dzień jak co dzień. Nic szczególnego, kolejna data w kalendarzu. A jednak.
Wymyślono sobie różne okazje do świętowania. Na niektóre leje się jad, złość, i jakoś strasznie się męczymy.
Tylko po co?
Jeżeli kogoś nie obchodzi to święto, niech nie zwraca na nie uwagi. Nie ma obowiązku dawania serduszek, czekoladek, cmokania, nawet nie trzeba się uśmiechać. Nikt nie każe nam obligatoryjnie iść do łóżka, bo jest to święto. Fajnie, kiedy cały trok celebrujemy naszą miłość. Codziennie. Drobny gest, uśmiech, całus, przytulenie. Ale sami wiecie, że nie zawsze jest czas, życie koryguje plany, stawia nam przeszkody, humor nie zawsze dopisuje i nie zawsze jest fajnie. Owszem. Walentynki codziennie. Jak najbardziej jestem za. Celebrujmy miłość codziennie!
I Dzień Kobiet też. Bo za chwilę będą posty o nienawiści do kwiatów tego dnia. Niejedna z nas strzeli focha.
Trochę nawiążę do posta Iw i innych, które przeczytałam.
Pytania typu: kiedy znajdziesz faceta, kiedy z kimś się zwiążesz i inne, były, są i będą. Nie tylko 14 lutego. Nadmiar czerwieni? Mam to w nosie. Mam też gdzieś te wszystkie pytania. Zwyczajnie olewam i zupełnie się nie przejmuję.
Jak będę chciała to znajdę sobie adoratora, jak nie to nie. I zawsze padała taka odpowiedź z mojej strony. Nigdy nie przejmowałam się tym, co pomyśl pytający. I tak było ze wszystkim: kiedy dziecko, kiedy drugie, kiedy, kiedy, kiedy....Jak mi przyjdzie ochota.
Dlaczego wszyscy tak uciekają od stawienia czoła temu, czego nie lubimy? Dlaczego robimy dobrą minę do złej gry, kiedy wystarczy powiedzieć: nie zjem tego, bo zwyczajnie nie lubię. Nie chcemy kogoś urazić? Ale dlaczego nie myślimy o sobie? Dlaczego sobie nie robimy przyjemności?
Nauczyłam się jednego: Mam prawo podejmować takie decyzje, które będą dla mnie dobre. Nie po trupach, nie na siłę. Ale z myślą o sobie. Mam jedno życie i chcę móc powiedzieć kiedyś: szkoda, że odchodzę, ale robiłam tyle fajnych rzeczy, tyle przeżyłam, cieszę się z tego!
Życie pełne jest sytuacji, w których nie czujemy się komfortowo. Trzeba je niwelować. Wykluczać. Albo tak je obrócić, żeby nie powodowały frustracji i męki.  Ważne jest też, by nie zatracić siebie i swojej osobowości.
Czy wkurzanie się na Walentynki cokolwiek zmieni? Na Halloween? Nie.
Może lepiej zwyczajnie żyć po swojemu.
Mnie jakoś nie atakowały z wystaw serduszka i inne słodkości. A szłam główną ulicą miasta. Owszem, były tam, było ich mnóstwo. Ale...ja zwyczajnie ich nie widziałam.
Dlaczego?
Bo nie chciałam ich widzieć. I mam święty spokój.
Czego również życzę wszystkim cierpiącym z powodu dzisiejszego święta.

Na dziś:
Zabili Mi Żółwia - Kwiatek



środa, 13 lutego 2013

[124] Zaloty

Nie wspomnę, że mam dzień świstaka od dwóch dni, i że jutro znów obudzę się we wtorek.
Że dla mnie ciągle jest 12.02. Nic to, poradzę sobie jakoś. Wtorek może być.
Dzień jak co dzień, naśnieżyło (z czego się niezmiernie cieszę!!!!).
Pani z sieci książkowej, która kursy językowe też ma w ofercie (uczęszczałam byłam) od jakiegoś czasu namawia mnie na wizytę, bo oferta atrakcyjna, bo prezent na mnie czeka, miesiąc gratis i bla, bla, bla. Zapytała mnie jakiego języka chciałabym się uczyć. Powiedziałam, zgodnie z prawdą zresztą, że szwedzkiego (wiem, że w takim Poznaniu nie udało im się zebrać grupy:, co dopiero tutaj). Wyczuwalna konsternacja , mikrosekundowe zawieszenie pani po drugiej stronie słuchawki, ale dzielnie radośnie oznajmiła, że tak! jak najbardziej mają w swojej ofercie szwedzki. Oczywiście, że mają. Indywidualne lekcje. Takie to sobie sama przeprowadzę.
Waham się czy jechać na spotkanie, czy odpuścić. Szczerze mówiąc nie chce mi się.
Poza tym dzisiaj już ganiałam po mieście i stwierdzam, że mam szczęście. Jak zawsze zresztą.
Wysiadłam z autobusu i idę po zdjęcie rentgenowskie dłoni, wąziutki chodnik, na jezdni kałuże, nie ma gdzie uciec, ściana ochlapana cała aż po okna. A samochody jeżdżą tam szybko. Pomyślałam sobie: tylko niech mnie który ochlapie....Żaden się nie skusił. O suchych spodniach doszłam do celu. Mniejsza o to, że mogłam iść drugą stroną, gdzie trakt szeroki i żaden by mnie nie sięgnął. Wpadłam na to własnie przed chwilą, jak napisałam o tym chodniku...Ach te klapy na oczach, no.
A. Bo nie wiecie. Kudłata w siatkę gra. Jako matka wspierająca rozwój sportowy swych dzieci i namawiająca je mocno do aktywności, nie napiszę nic o tym jak gra. Był mecz. Dziewczę grało. Chwilkę. Po czym wybiło sobie kciuk. Kiedy wróciła do domu, a powiadomiła mnie telefonicznie o wydarzeniu (nie wiem czemu się śmiała), poleciłam jej: od dzisiaj trenujesz szachy.
Zresztą w szachy to ona też gra. Jak ją znam, też może sobie coś zrobić.
No więc odebrałam to zdjęcie i idę. Szukam papierniczego, bo potrzebne mi coś było.
Idzie sobie dziewczynka. Lat na oko 9-10. Uśmiechnięta od ucha do ucha. Za nią, jakieś dwa metry, po skosie idzie chłopak. Nagle leci śnieżka, rozbija się tuż przed dziewczyną. Na co ona, ciągle z tym uśmiechem na twarzy mówi:
- kurwa

Znaczy zaloty przyjęte?

Na dziś:
Oddział Zamknięty - Obudź się
Kawał dobrej muzyki. Mam jeszcze czarne krążki. Wielki podziw dla Jaryczewskiego, za szczerość i za podniesienie się z dna, oraz cieszę się, że nie dołączył jednak do klubu 27.
Wywiad dla chętnych: Krzysztof Jaryczewski




wtorek, 12 lutego 2013

[123] Błędna konstrukcja

Moim zdaniem świat jest skonstruowany od dupy strony. A raczej życie. I to, co po czym następuje. 
Oczywiście możecie się ze mną nie zgodzić, przedstawiam swoje osobiste zdanie, i prowadzi do niego wieloletnia obserwacja. Oraz wiadomości z kraju i ze świata.
Może będzie trochę zawiłe to co opiszę.
Na obiad dzisiaj zrobiłam spagetti. Nie żadne tam bolognese, napoli, czy inne wymyślne. Jest moje. Dlaczego? Bo robię je po wielu latach eksperymentów, prób, błędów też. Stworzyłam je z kilkunastu przepisów. A tak naprawdę zwyczajnie dojrzałam do tego, żeby nie mieć żadnego przepisu i ugotować coś, co lubią moje dzieciaki. I za każdym razem (chyba, że przesolę, przepieprzę, przepapryczę, niepotrzebne skreślić) słyszę głosy zachwytu. 
A droga do dnia dzisiejszego wyglądała mniej więcej tak.
Najpierw szukałam przepisów. Wrrrrróć. Zacznę od jeszcze wcześniejszych doświadczeń.
Najpierw byłam towarzyszką działań kuchennych. Od najmłodszych lat patrzyłam jak gotuje moja babcia (z babcia kojarzy mi się zapach lubczyku, który uwielbiam dodawać do wszystkiego), potem mama, ta to mnie wykorzystywała do najgorszych rzeczy -obierania warzyw, mieszania w garach i robienia zakupów, oraz sprzątania. Nie mam żalu, bo nauczyło mnie to pokory, planowania, oraz zmywania garów w trakcie gotowania, co w końcowym efekcie jest rewelacyjne, gdyż ponieważ nigdy nie mam sterty garów w zlewie, czasem zdarzy się ostatnia łyżeczka. 
Tak więc Towarzyszyłam w kuchni, ale nikt mi nie mówił o przyprawach, o tym dlaczego coś się dodaje, dlaczego się podgrzewa, miesza, żeby nie zagotowało, dlaczego ciasto rośnie, kasza pęcznieje, a mleko kipi. 
Potem zostałam zostawiona ze składnikami na zupę, mama wyjechała, Sis miała z 5 lat, i miałam ugotować...grochówkę. Ja, taką zupę, kiedy nie miałam zielonego pojęcia jak to jest, kiedy do wody wrzuca się to wszystko i z tego robi się zupa. Naprawdę moja wyobraźnia nie podsuwała mi nic. Jakim cudem z kawałka koci warzyw i wszystkiego co tam potrzebne wyjdzie zupa??
Wyszła. Najpyszniejsza w świecie grochówka. Ojciec zjadł ją i brał dokładki. Od tamtej pory kuchnia przestała mieć przede mną tajemnice, a to dlatego, że przestałam się bać gotować. Biorę przepis i często z lenistwa, albo z już nabytej wiedzy potrafię zrobić coś po swojemu. 
Teraz gotuję, nie muszę mieć przepisu tylko wystarczą mi składniki, a ja zrobię coś z nich.
I to moje spagetti też takie jest. Zawsze smakuje podobnie, ale trochę inaczej. a to więcej cebuli, a to jest na oliwie, a to mięso jest inne, przyprawy mi się "sypną", albo jest ich mniej. To jest już jako takie doświadczenie. To jest zapas wiedzy, która na przestrzeni lat utrwalała mi się. Taka wypadkowa wszystkich kulinarnych doświadczeń. Teraz mogę bez strachu wziąć się za gotowanie trudniejszych potraw, do których przygotowania brakłoby mi wiedzy i doświadczenia lata temu.
Tak samo jest w życiu.
Zaczynamy od zera. Terminujemy. Zbieramy do kieszeni różne doświadczenia i wiedzę. Uczymy się żyć i rozumieć świat. Tylko konstrukcja jest do niczego. Zakładamy rodziny, łączymy się w pary, idziemy na studia, idziemy do pracy, często bez konkretnej wiedzy na swój temat. Nie do końca wiemy czego chcemy, co umiemy, czy nam się to podoba, czy też nie, nie znamy ludzi, nie umiemy rozpoznać dobra i zła, mamy dzieci sami często potrzebując opieki. Nie jesteśmy gotowi na to wszystko. 
Wydaje mi się, że przyczyną frustracji bywa najczęściej fakt znalezienia odpowiedzi na pytania, które z czasem sobie zaczynamy zadawać. Zaczynamy otwierać oczy na męczącą nas rzeczywistość, ale najczęściej boimy się zmienić coś w niej. Jak w przepisie. Nie zmienimy składnika, bo nie wiemy, czy potrawa będzie smakowała dobrze, albo czy w ogóle wyjdzie. Dopiero doświadczenie nas czegoś uczy. I kiedy wiemy czego chcemy, najczęściej pozostaje machnąć ręką i powiedzieć: echhhh, jakie to teraz ma znaczenie...
Dlatego konstrukcja naszego życia jest do chrzanu. Może powinno być tak, że najpierw zdobywamy doświadczenie, uczymy się życia, poznajemy siebie i świat, idziemy do pracy - w okolicach 20 lat, dopiero potem idziemy na studia, wiedząc już co nas interesuje i w czym się spełniamy - około 30-40. W tym czasie zwiedzamy świat, bawimy się, spełniamy marzenia, a dopiero potem rodzimy dzieci, żeby móc im przekazać swoje doświadczenie - w okolicach 50. Jesteśmy świadomi siebie, świata, możemy zająć się rodziną i jeszcze z nią pobyć. Możemy używać naszej wiedzy i doświadczenia, żeby kolejni ludzie mogli wystartować w życie. 
A tak? Rzucamy się w związki, męczymy w nich, narzekamy, pracodawcy narzekają na to, że mamy dzieci, my, że mamy dzieci i się nie spełniamy, potem nas olśniewa, że trzeba było się uczyć czego innego, bo akurat  nie interesuje nas tak naprawdę prawo, a astronomia, nie zwiedziliśmy jeszcze południa Europy, nie mówiąc o Ameryce i Biegunie Południowym, na którym mamy marzenie stanąć, ale przecież dzieci są, chciałoby się zrobić coś ze sobą, ale nie ma czasu. I tak wszystko od dupy strony. 
A ja dalej eksperymentuję ze swoim spagetti. Dzisiaj jest mocno bazyliowe...

Na dziś:
One Republic - Apologize



poniedziałek, 11 lutego 2013

[122] Wynik konkursu

Ogłaszam wszem i wobec, co następuje:
Konkurs na złapanie licznika wygrała (tadam, werble, fanfary!!!!):

Tygrys !!!

Zwyciężczyni gratuluję i czekam na wytyczne.

A konkurs ma się dobrze i działa dalej :) Wszystkie szczegóły na pasku po prawej.
Zapraszam :))

Na dziś:
Queen - We are the Champions
Ze specjalną dedykacją :)))


niedziela, 10 lutego 2013

[121] Idealne

Własnie wyjęłam je z piekarnika. Zdążyły przestygnąć. Chrupiące, pachnące, lekko brązowe. To co z tego, że wyszły płaskie. Co z tego, że nie są kwadracikami. Mają...rozwiniętą osobowość geometryczną.
Smakują wybornie. Bo moje własne.
A oto i one. Bohaterki dnia.


Moje pierwsze panini.
Z szynką, twarożkiem, dżemem. Pycha!
Następne zrobię z kminkiem.

Na dziś:
Van Halen - Jump






sobota, 9 lutego 2013

[120] Sponsoring

Przesadziłam. Nie będzie o żadnych niecnych czynach.
Ale dzisiejszy post sponsoruje literka M i literka F. Nie będę rozszyfrowywać. Skojarzenia pozostawię Wam.
Literki dopingowały mię bardzo, jedna żądała dowodów. Druga usiłowała sprowadzić do parteru, aczkolwiek żadnej się to nie udało. To znaczy dowód był, parter nie. I zapewne w wątpliwość ten dowód poddał mój stan. Chociaż inna literka, o której nie wspomnę, pewnie czytając, co pisałam, mogłaby ponad wszelką wątpliwość dowieść, że jednak.
Ale o dowodach za chwilę.
Kiedyś wpadłam na pomysł, zrobienia sobie zimowej ramki na zdjęcie. Mam trochę zdjęć z moją Sis, takich różnych, z gór, zimowych, na przykład wypięte tyłki na stacji, bo zachciało nam się wyglądać przez okno. Tyłki wypinałyśmy do wewnątrz przedziału, nie żeby odwrotnie. Może to jakiś Kluczbork był, albo inne Katowice. W każdym razie to było w zamierzchłych czasach, kiedy jeszcze mogłam uciec i wszystkie znaki na niebie i ziemi próbowały mnie pokierować inaczej, ale się nie dałam.
Zostały nam zdjęcia, z pięknych gór naszych, z samiuśkich Tater, grudniowych, zasypanych po czubek Giewontu (na którym to nigdy w życiu nie byłam i nigdy w życiu nie będę). Wolę w mniej cywilizowane miejsca jeździć, chociaż Tatry zadeptane są, niestety.
Ale wracamy do tematu głównego.
Wczoraj, pod wpływem...impulsu, a także innym wpływem, chciałam sprawdzić, czy aby dam radę tę ramkę sobie wykonać. Ubrać ją znaczy w dzianinkę. Wzięłam więc druty i włóczkę no i poczyniłam takie cudo...


Równo nie jest, ale trudność niejaka była przy dzierganiu, gdyż włóczki miałam DOKŁADNIE tyle, żeby zrobić to co tu widać. Ledwo mi się udało, bo końcówka uciekała. Jeszcze zrobię śnieżynkę i wstawię w ramkę któreś zdjęcie. Muszę się pospieszyć, Bo wróci Kudłata i znów zostanę bez ramki...

Dziękuję literce F za skuteczny doping, oraz oficjalnie potwierdzam, to co wczoraj powiedziałam. Ty już wiesz o co chodzi :D

Na dziś:
Edie Brickell - Circle
Uwielbiam jej głos...




piątek, 8 lutego 2013

[119] Inicjatywa społeczna

Wiele jest teorii i znaczeń słów. Każdy może rozumieć każdą sprawę inaczej. I kolejny raz widzę, jak punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Niestety po raz setny, a może więcej nawet. Czego nie da się przeskoczyć to nie da. Ale są takie sprawy, że chce się krzyczeć wyzywać i kopać. A mnie się zbiera jad.
A oto sytuacja, która wczoraj mnie zirytowała. I jeszcze nie wiem co zrobię. Ale na pewno nie zostawię tego tak.
W radzie rodziców jest dziewczyna. Miała plan, bardzo fajny i bardzo chciałam się w niego zaangażować. Przeprowadziłyśmy kilka rozmów, przedstawiłam jej moje oddanie sprawie, miałam czekać na ciąg dalszy.
Powiedzmy, że Marta, chciała zorganizować świetlicę dla dzieciaków. Taką z psychologiem, pomocą, z zajęciami, we współpracy z policją, pedagogami (sama jest nauczycielką). Praktycznie wszędzie dostała zapewnienie o wsparciu, praca miałaby charakter wolontariatu, może jakiegoś stowarzyszenia. I wszystko szło dobrze. Pani psycholog zgodziła się wesprzeć inicjatywę i popracować za darmo, inni też. O moim rękodzielniczym zajęciu dzieci wspomnę tylko tyle, że chciałam zająć się tą działką. Wszystko się budowało, nadzieja była, ale na drodze stanął brak lokalu. W spółdzielni, która zawiaduje tym osiedlem, w statucie zapisana jest działalność społeczna i nawet pierwsze rozmowy zostały przeprowadzone, lokal prawie był, wszystko szło gładko i sprawnie. Przed wyborami do rady osiedla. Wszyscy byli na tak. Po wyborach, przestano rozmawiać, odbierać maile i telefony, w końcu przyparta do muru osoba, która tak entuzjastycznie wypowiadała się o pomyśle, stwierdziła, że "w tamtym pomieszczeniu jest sporo rzeczy, których nie mamy gdzie ulokować...szczotki, odkurzacz....". Rozumiecie? Kilka starych gratów, których nie ma gdzie przenieść, bo spółdzielnia ma kilka osiedli pod sobą w tym mieście. 
Ręce mi opadły do samej ziemi. 
Co mamy zrobić?
Uwaga? TVN24? Wyborcza? 
Dodam jeszcze, że rada rodziców zupełnie zlała temat, a w szkole jest domek po cieciu. Stoi. Jest. Dyrektor coś napomknął, ale zamknął się jak ślimak w skorupie. 
Jestem pod wrażeniem inicjatywy, oraz pod ogromnym wrażeniem krótkowzroczności decydentów. 
Doskonale zdaję sobie sprawę z tego jak to wszystko działa. Wiem, że ten kto ma władzę, rozdaje karty. Kto ma kasę jest decydującym głosem w każdej sprawie. Kto ma siłę przebicia i jest obojętny - wygrywa. 
Ale to tylko jedno pomieszczenie. Pomoc tym najsłabszym. 
A potem mówi się, że rośnie przestępczość, strach wyjść na ulicę, a przemoc domowa ma się doskonale..

Na dziś: 
Sztywny Pal Azji - Nie gniewaj się na mnie Polsko


środa, 6 lutego 2013

[118] Czwarta nad ranem

Byłam dzisiaj na spotkaniu. Kwalifikacyjnym.
Byłam na miejscu 40 minut przed czasem. Pojechał ze mną Terry Pratchett, więc nie nudziłabym się. Ale poproszono mnie pół godziny wcześniej.
Zakwalifikowałam się w trzy minuty. Od razu słońce jaśniejsze się zrobiło. A autobus powrotny na mnie czekał.
Na pytanie czy mam jakieś nałogi powiedziałam, że nie. Po namyśle dodałam jednak, że tak, jeden. Nałogowo czytam książki. Głównodowodzący w komisji czteroosobowej uśmiechnął się i powiedział, że to bardzo wskazany nałóg.
Z tej radości, kupiłam czajnik, bo miałam już dość gotowania wody w garnku. Mam więc ładny zgrabny czajniczek z gwizdkiem, w kolorze turkusowym, który świruje na gazie, myślałby kto, że rodem z Manhattanu...Moja ulubiona piosenka. Ciekawe kto wie czyja.
Tak więc idę zaparzyć herbatę czarną, co myśli rozjaśni, gdyż antybiotyk zadziałał odwrotnie do zamierzenia i chyba będę musiała powiedzieć panu doktorowi, że doustnie to na mnie działa tylko wino, zaś wszelkie antybiotyki muszę mieć w zastrzykach...
Heh.

Na dziś:
Bob Marley - One Love
Wszystkiego na urodziny:)))









wtorek, 5 lutego 2013

[117] Jednostka chorobowa

Nie nalezę do grona hipochondryków. Nie wyszukuję sobie chorób, nie łykam garściami lekarstw, witamin (nie daję ich też dzieciom) i innych specyfików (no może poza aspiryną, kiedy czuję, że nie dam rady dobrym myśleniem zabić przeziębienia), nie chadzam do lekarzy kiedy nie trzeba, ale staram się o siebie dbać i kiedy coś się dzieje nie tak, wiem, że muszę szukać. I drążyć. I gnębić. I sprawdzać.
Tak było 8 lat temu, kiedy mogłam spać na stojąco, pora nie robiła mi różnicy, długość snu również, a nigdy nie spałam w dzień! Wynalazłam sobie wtedy niedoczynność tarczycy. Ale chodziłam i szukałam. Przebadałam się cała. Łącznie z genetycznym badaniem krwi na okoliczność nowotworów, przy czym zostałam nawyzywana przez panią doktor, potraktowana jak idiotka, bo babcia, ani jedna, ani druga, które zmarły na różne odmiany nowotworu NIE SĄ BLISKIMI KREWNYMI. Gdyby matka, to tak. Ale skąd mogę wiedzieć, czy matka nie zachoruje? W każdym razie czysto.
Rozpoczęłam walkę z tarczycą, a raczej łagodzenie jej skutków.
Po jakimś czasie, mniej więcej 4-5 lat temu pojawiła się u mnie jednostka chorobowa "durny kaszelek". Objawia się tym, że niezależnie od pory roku zjawia się nieoczekiwanie i upierdliwie sobie trwa. Leczę to aspiryną gdyż. Nikt nie umie nic na to poradzić. Upierdliwe to jest niesamowicie, bo łaskocze mnie gardło i sobie kaszlę, albo i nie, nie objawia się przy wysiłku, ale przy zmianie temperatury, nie zawsze, czasem, trwa dwa dni, albo miesiąc. Odwiedziłam na tę okoliczność laryngologa, i innych specjalistów. Na koniec trafiłam do alergologa, zrobiłam serię testów alergicznych z surowicy krwi i usłyszałam wyrok. Na dwa dni przed wyjazdem na narty. "Ma pani szerokie alergiczne spektrum śmiertelne", bo uczulona jestem według tego testu na wszystko prawie. Cud, że żyję.  Po czym dowiedziałam się, że to nadwrażliwość astmatyczna pnia oskrzelowego i dostałam torbę inhalatorów. I że prowadzi to prostą drogą do astmy.
Moje całe jestestwo zatrzęsło się ze złości. Ja? Astma? Takiego wała!
Psikadeł miałam używać w momencie napadu kaszlu, i obserwować. Nic nie pomagały. Pojechałam więc sobie na narty, na cały tydzień, powyżej 2000 m n.p.m., NIC mi nie było. Kaszel minął jak ręką odjął, a pociłam się, jeździłam w samym polarku, nie oszczędzałam się, bo skoro mam zemrzeć...
Odstawiłam leki, stwierdziłam autorytatywnie, że nic mi nie jest, testy so gupie, a ja jestem zdrowa jak rydz.
Potem zrobiłam kolejne testy i wyszło w nich tylko uczulenie na nikiel i kobalt, co wiem już od kiedy przebiłam sobie uszy. Żadna nowość.
Ale kaszelek wraca. Wrócił znów. Poszłam dzisiaj do lekarza, bo nie chciał ustąpić, a ile można aspirynę łykać. Dostałam antybiotyk. i zalecenie, że jeśli wróci, mam wrócić na szczegółowe badania.
Co ja na to?
NIC MI NIE JEST! I kropka.

****
Ćwiczycie? To już bardzo niedługo :)))

Na dziś:
Linkin Park - In The End

niedziela, 3 lutego 2013

[116] Masz babo placek

Wczoraj w okolicy godziny 22.30 moje dziecię wpadło na pomysł, z nudów, że upiecze ciastka.
Na stole znalazły się składniki, a ja zbladłam. Mówię do niej: przejrzyj ten mój nielubiany (tak tak, mam zeszyt od 25 około lat, z przepisami, ale strasznie nie lubię go i noszę się z zamiarem od jakichś 3 lat, żeby zrobić sobie swój przepiśnik. Nie mogę się jednak zdecydować i szewc bez butów. Tak w skrócie) zeszyt, który czasem służy za miejsce wpisywania przepisów, ale częściej biorę pierwszą lepszą karteczkę, wpisuję składniki, zapominam napisać co to i mam takich kartek pudełko. Ale o tym za chwilę.
Więc Kudłata wzięła okropny zeszyt w kratkę z marginesami i przegląda. Po czym krzyczy (nie wiem czemu, bo kuchnia jest wespół-zespół z pokojem w którym siedzę), że ona zrobi babkę.
I zadowolona bierze się do roboty.
Ja w jej wieku obligatoryjnie musiałam sterczeć w kuchni, kiedy moja matka coś piekła, bo potrzebny był chłop pańszczyźniany, który mieszał coś w garze, na ten przykład polewę, czego serdecznie nie znosił, ale co zaowocowało umiejętnościami w kierunku kucharzenia. Może jednak chłopka pańszczyźniana.
Więc patrzę zza zakrętu co Kudłata wyciąga. Miska jedna, druga, mikser. Pytam czemu nie weźmie miski samobieżnej. Nie chce się jej. To mówię, że lepiej niech weźmie. Po chwili zwyciężyły argumenty przeciwko wysiłkowi (a mogłam jej kazać wziąć kulę...).
Na początek popłakałam się ze śmiechu, bo nie mogła rozbić jajka. Nie dziwota, brzeg pierwszej miski z miękkiego plastiku, jeśli wiecie, o czym mówię. Nie omieszkałam zrelacjonować sytuacji w sieci, hihihi.
Kudłata ledwo trzymała się na nogach ze śmiechu. Nic to.
W końcu zrobiła ciasto, po spróbowaniu masy stwierdziłam, że dobrze wyszło. Nie ingerowałam w składniki, dodawanie ich po kolei, ani ilość. Miała miarkę i czasem pytała. Ale chyba dziecię za dużo smakowało po drodze, gdyż babka mikrej wysokości dość.
Potem przyszedł czas na polewę. W smaku dobra, natomiast konsystencja raczej nieodpowiednia, co poskutkowało tym, że kawałki ciasta można maczać w tym co spłynęło na talerz.
W każdym razie żyjemy.
W międzyczasie, kiedy piekarnik robił co mógł, żeby to ciasto wyrosło, Kudłata zaczęła przepisywać przepisy do swojego notesu. Odnalazła w moim zeszycie swój przepis na naleśniki i bardzo się zdziwiła.
Wypytała jak gotować ryż, jak robić gofry i inne ciekawostki. Oraz zrobiła sobie miejsce na sześć zup.
I mówi: muszę nauczyć się gotować rosół, krem z pieczarek, grzybową i nie pamiętam jakie tam wymyśliła. Na moje pytanie w oczach mówi: noc o! Muszę umieć, żeby jakoś przeżyć, nie?
W każdym razie instynkt samozachowawczy się w niej obudził. Jeszcze tylko musi nauczyć się myć naczynia.
A co do pudełka przepisów. Używam zwykle kwadratowych karteczek Czasem wiem, że gdzieś tam na coś przepis był i wiem jak wyglądał. Nauczyłam się dzięki temu rozpoznawać ze składników co to. I, analizując te moje świstki, doszłam do wniosku, że tak jak w muzyce bazuje się na tych samych nutach, tak w kuchni na tych samych składnikach. Czasem tak nieznacznie się różnią, a jaka różnorodność.

***
Przypominam o konkursie, ani się obejrzycie, a licznik stuknie:)))))

Na dziś:
3 Doors Down - When I'm Gone