Na wstępie mojej przemowy bardzo dziękuję wszystkim obecnym duchem, ciałem i IP, bo bez Was nie byłoby tego sukcesu. Wiem, że przy Waszych licznikach to ja jestem pikuś, pani pikuś.
A tak serio, nie spodziewałam się, że tak szybko wynik zostanie osiągnięty.
Wyłonienie zwycięzcy okazało się zagmatwane i bardzo trudne :>
Dostałam jeden e-mail, zdradzę tylko, że od faceta.
I wygrałby w przedbiegach, gdyby nie to, że ...zabrakło zrzutu z ekranu.
Wobec tego, ponieważ wierzę, że miało być dobrze, wyszło jak zwykle, uznałam, że ok.
Ale. Aktualizacja:
Pierwsza nagroda nie została przyznana, ponieważ nadawca maila zrzekł się jej.
A ponieważ nikt nie pokazał zrzutu z ekranu zostają poniższe nagrody pocieszenia:)
Postanowiłam, że właśnie zamykam listę, jest 23.30, i dodatkowe pocieszające nagrody dostaną: Simera, za 10002, Thunderstorm za spóźnienie, Karioka za 10009, Dreamu za musztardę po obiedzie, a raczej zebranie butelek po gościach, Dzieweczka za zaspanie oraz Ewa za zamknięcie peletonu.
Jeśli jesteście chętne do otrzymania niespodzianki, i nie jest to wielkanocna pisanka, ani paczka trotylu, to proszę o podanie adresów do wysyłki na mój adres e-mail.
Tak jak obiecałam, adres posłuży jedynie do wysyłki niespodzianki.
Pouczcie się jak się robi zrzut z ekranu, zapisuje do pliku z rozszerzeniem jpg i wysyła mailem :)
Bo tak sobie myślę, że przy 20002 będzie kolejna okazja.
***
Rozmowy ciśnieniowe, żebyście nie myśleli, że mam taki cud miód i same radości i śmiechy z Młodym i Kudłatą.
Żrą się, jak to rodzeństwo. Mają przebłyski miłości bratersko-siostrzanej, a jak, krótkotrwałe, do momentu znudzenia siostry.
Dzisiaj jednak pioruny trzaskały, nie mogłam uspokoić towarzystwa, użyłam więc mojego ulubionego zwrotu i wrzasnęłam:
- bo mnie zaraz szlag trafi z wami!!!!!!!!
- [Młody, miszczu riposty natychmiastowej] A mały czy duży?
I tak zakończyła się wojna, ciśnienie mi spadło, klapnęłam ze śmiechu na podłogę.
Nie ma to jak luz.
Na dziś:
White Stripes - Seven Nation Army
Dla zwycięzców, jak na Euro za strzelenie gola :)
Słowo się rzekło, kobyłka u płotu...
Lubiłam to powiedzenie, pamiętam jak ojciec tłumaczył mi jego sens oraz opowiadał anegdotkę z nim związaną.
W każdym razie.
Dzieśtam, w komętarzach napisałam o końkursie :)
Dobra, już nie będę. Ale mam głupawkę, jak zwykle o tej porze i jeszcze po szaleństwach parkietowych, więc wybaczcie.
Ogłaszam więc konkurs.
Zasady są takie:
1. Złap 10001 na liczniku.
2. Złap, czyli zrób zrzut z ekranu.
3. Wyślij do mnie na maila: natthimlen(@)gmail.com
3a. Dopisz w mailu jak bardzo mnie lubisz oraz dlaczego chcesz wygrać.
4. Kto pierwszy, dostanie ode mnie prezent, własnoręcznie wykonany notes.
5. Ponieważ może się zdarzyć kilku zwycięzców znaczenie będzie miała data i godzina wysłania maila.
6. Na razie nie przewiduję nagród dodatkowych, ale kto wie :) Może pierwsza trójka..
7. Dane, które dostanę do wysyłki nagrody, tylko do tego posłużą. Nikomu ich nie odsprzedam, ani nie wykorzystam do innych celów.
8. Punkt 3a to żart, napisz po prostu jaką kolorystykę lubisz :)
To tyle.
Dziękuję za uwagę.
Na dziś:
Scorpions - Always somewhere
Tak mi dzisiaj gra i trochę mi żal.....
Chciałam wpisać curiosity, bo lubię to słowo, szczególnie odkąd usłyszałam zespół Curiosity killed the cat. Ale zaraz zakrzyczą mnie albo ci, co angielskiego nie lubią, albo tamci, którzy uwielbiają koty. Ja nie uwielbiam. Wręcz nie lubię. Kotów, bo angielski tak. To może wpiszę nyfikenhet.
Skąd ta moja ciekawość?
Ano stąd, że oglądam sobie skąd jesteście.
I niektórych po lokalizacji rozpoznaję. Chociaż niektórzy ( prawda Sis? ) siedząc w tym samym miejscu pokazują się inaczej.
Ciekawi mnie skąd przybywacie. I kogo do jakiego miejsca przypisać.
Szczególnie zżera mnie Nagoya, Aichi.
Inne też, ale Japonia to jeden z krajów, które odwiedzę w drodze do Australii (kiedyśtam), więc dobrze byłoby mieć sprzymierzeńca :)) Tym bardziej, że uwielbiam Japonię, tak samo zresztą jak stare Chiny, ale o pewnym Chińczyku napiszę przy okazji.
Jeśli mogę prosić, kto chętny oczywiście, wpiszcie w komentarzach lub na e-mail kto, skąd przybywa. Ciekawe na ile trafiam, a ile w moim myśleniu błędów.
Będę wdzięczna :))
***
- Mamo! Dlaczego ten Garfield leży tak wysoko!!!!
(Alfabet Garfielda, raczej nie dla takich maluchów, chociaż już go ukradkiem przeglądał, oglądał, podczytywał i kłócił się z siostrą, która uważa, że nigdy nie była takim dzieciuchem małym oraz, że on nic nie rozumie)
- Bo to jeszcze książka nie dla ciebie.
(Nie chce mi się po prostu tłumaczyć niektórych rzeczy)
- To co ja mam czytać?? Legendy Rocka??
Dzisiaj zbiorczo, między jednym malowaniem a drugim. Czeka mnie sporo roboty. Jak widzicie odwlekam co mogę i jak mogę.
A robię to na różne sposoby. Na przykład czytam książkę (co prawda sama siebie upomniałam i odłożyłam ją na później), albo piszę z ludźmi, albo nagle muszę wyjść, bo przecież trzeba kupić mleko i chleb.
Muszę się przyznać. Wysłałam dzisiaj po chleb Młodego. Sklep jest kilka bloków dalej. Dostał pieniądze, wiedział co i gdzie ma kupić. Jak ma wrócić. Jestem dumna, bo mój sześciolatek wrócił z chlebem, resztą i cały zadowolony z siebie powiedział, że od teraz ma swoje stałe zadanie.
Zobaczymy, czy zacznie podbierać resztę.
Poza tym, z całego tego zamieszania i braku czasu, ugotowałam pyszny obiadek. Jak sobie gotowałam, pomyślałam, że zrobię zdjęcie, bo czasami robię, ale...nie zdążyłam. Pożarliśmy wszystko w oka mgnieniu.
A zrobiłam na talerzu kopczyki z ryżu, takie fajne górki, które robię...podstawką do jajek.
A wczoraj potwierdziła się siła uśmiechu. Po raz kolejny upewniłam się, że optymizm popłaca.
Potrzebowałyśmy hurtowo dużo jednej rzeczy. Wiadomo, po jak najniższej cenie. Ja, znana na całym świecie optymistka Niemarzeczyniemożliwych, powiedziałam, że zapytam. Nie muszę dodawać, że dezaprobata w oczach, niedowierzanie i inne zjawiska towarzyszące, w tym opatulenie się szczelniej swetrem nie wytrąciły mnie z równowagi, bo nie ze mną te numery.
Siadłam więc sobie, złapałam telefon i wszystkiego się dowiedziałam. Pogawędziłam z panią w biurze obsługi, w zamian pani powiedziała, że jak się zjawię mam się powołać na rozmowę z nią i wtedy wejdę i zakupię. Ma się tę siłę. Przebicia znaczy.
No i pojechałyśmy.
Chciałam zauważyć, że ona mieszka tu z 10 lat. Ja od lipca...Jeżdżę po mieście jakby było odwrotnie.
Pomyliłam drogę powrotną, bo rondo bardzo dziwne jest i nie, nie jechałam pod prąd, ale szybko połapałam się gdzie jestem i jak mam jechać, żeby dojechać. Ona spanikowała. Ale to nic. Ja tylko uśmiechałam się pod nosem i zagadywałam ją.
Ale wcześniej weszłyśmy do wielkiej hurtowni. Na wejściu luz, powiedziałam co trzeba, zrobiłyśmy zakupy. Kasjerka okazała się świetną babką, podpowiedziała to i owo, że możemy sobie wyrobić kartę, i wcale nie musimy mieć firmy. Wobec tego zrobiłyśmy rundkę po raz drugi. Podeszła do nas pani. Naburmuszona z daleka ciskała gromy. Na moje: w tajemnicy dowiedziałyśmy się...wypowiedziane półszeptem z szerokim uśmiechem na twarzy, pani...uśmiechnęła się równie szeroko. I wyrobiła nam dwie karty. Oraz pogawędziła z nami bardzo otwarcie. Po czym zrobiłyśmy mini zakupy i wróciłyśmy do naszej kasjerki, której zapowiedziałyśmy, że my tylko do niej będziemy przyjeżdżać. Pani zaproponowała nam, że mamy sobie wziąć jej grafik.
Na koniec dowiedziałam się, że jestem świetnym menedżerem i że wszystko umiem załatwić. No ba.
W międzyczasie załatwiłam prawie obcej osobie jedną część, zdalnie. Ktoś wysłał w moim imieniu paczkę dla tej osoby, najpierw zakupując potrzebną rzecz. Uwielbiam takie akcje, kiedy mogę pomóc, zupełnie bezinteresownie, nawet komuś, kogo nie znam. Cała akcja miała miejsce na facebooku. :)
Takie małe drobne rzeczy dają mi bardzo dużo. Przede wszystkim upewniam się, że ciągle lubię być potrzebna.
A potem jeszcze raz jechałam do miasta z Młodym. I myślę, że stanowiliśmy niezłą parę. Ja tłumacząca mu zawiłości kosmosu i atmosfery, koloru nieba i wody w chmurach (wywołaliśmy tym samym konsternację jednej babci, której wnuczek usłyszał o czym rozmawiamy i zaczął wypytywać babcię o to samo, przy czym mówił to w taki sposób, żebyśmy słyszeli, że on też zna się na rzeczy), a Młody liczący balkony w drodze powrotnej. W pewnym momencie, przy pełnym autobusie powiedział: (...) no tamten balkon, widziałaś? Ten w kolorze ...NIETOPERZOWYM! Cała nasza okolica parsknęła śmiechem.
Jak się w toku zeznań i przesłuchania okazało, nietoperzowy to według niego zielono - szary.
To tyle. Same pierdoły. Ale mam świetny humor i idę dalej do roboty.
Dzisiaj i pewnie przez następne kilka dni gra dla mnie Bon Jovi:
(You Want to) Make a Memory
wcześniejsze:
Wanted Dead or Alive
oraz
Runaway
Ja oczywiście słucham całych płyt. Dla mnie to zanurzenie się we wspomnieniach, w latach 80-tych i marzenie o wielkiej imprezie, na której wszystkie stare fajne kawałki przetańczę, przeskaczę i będą bolały mnie nogi :))))
Mam jedną wielką wadę, wśród innych wad. Oprócz kilku innych wielkich rzeczy, posiadam ogromne zasoby spokoleszcza.
Znaczy niskiego poziomu adrenaliny, który nie powoduje u mnie zrywu do działania.
W tym wszystkim zwyczajnie sobie działam, robię co trzeba, ale nie spinam się, raczę się odległym terminem i nagle...Trzask. To już niedługo! Już, zaraz będzie galopada, zarwane noce, oczy na zapałkach, wymiętolone jestestwo, niedospanie i dzika radość z efektu.
Bo w tym napięciu, adrenalinie w żyłach, z dzwonkami alarmowymi w głowie i kalendarzu, działam na najwyższych obrotach. Jakąś częścią mojej głowy ogarniam nieogarnialne dla innych. Potrafię wtedy robić dziesięć rzeczy na raz, załatwiać wszystkie zaległe i konieczne sprawy, zajmować się domem, dziećmi, mam czas na książkę, spacer, zakupy i....wszystko działa. Wszystko jak w wielkiej maszynie współgra ze sobą i efekty są imponujące.
Czasem zastanawiam się, jak to możliwe, że im więcej mam na głowie, tym lepiej mi wszystko wychodzi. Co powoduje, że ogarniam tyle rzeczy, spraw na raz. Że się nie gubię w tym i nie zawalam. I nie działa żadna systematyczność, rozkładanie w czasie, planowanie, ustalanie szczegółów wcześniej. Nie działa, bo próbowałam. Nie umiem zebrać się w sobie. Najlepiej pracuje mi się pod presją czasu. Uwielbiam zadania od do.
Do tego zauważyłam, że im więcej na mnie spada, tym lepiej. Daje mi to totalnego kopa, który jest lepszą motywacją niż nie zdążysz, nie wyjdzie, nie uda się.
Właśnie jestem w takim okresie. Czas zaczyna mi się kurczyć. Zagęszcza się. Czuję już na plecach oddech terminu. I dlatego uśmiecham się pod nosem: spokoleszcza:)
***
Dzisiaj poczułam to znów. Wewnętrzny niepokój. Takie uczucie, które czasem pojawia się znikąd. Pojawia bez wyraźnego powodu. Czasem to muzyka, czasem film, rozmowa...
Niepokój, trochę obaw, szczypta żalu, wspomnień, czyjaś biografia, los, przeszłość i nadzieja. Słowa piosenki. Informacje.
A raczej nie ruszyła. Popsuła się.
Taka zwyczajna, do szycia, stary Łucznik. No to pojechałam na ratunek, bo jestem technicznie uzdolniona i nie ma dla mnie rzeczy niemożliwych. Koleżanka od kota i mleka (gdzieś tam wstecz było), sceptycznie nastawiona, trzęsła się nade mną co chwilę zadając pytania typu:
- a ty to rozkręcać chcesz?
Nie, nie chciałam. Mam różdżkę, robię tak: szast prast i naprawione...
O, ignorancjo!
Tak, rozkręciłam. Poruszałam, działa. Podłącz prąd - nie działa. Szybka analiza i już wiedziałam.
Mam pytanie, na które być może otrzymam odpowiedź.
A mianowicie.
Kto, w Zakładach Metalowych "Łucznik" robi PLASTIKOWE ZĘBATKI????
Ja wiem, że te maszyny to odpad z produkcji kałachów, ale bez przesady!
No więc taka właśnie zębatka palcowa. Plastik fantastik.
Koleżanka zrobiła oczy jak spodki. Oraz załamała się, bo maszyna nie jej.
Rozpoczęła była poszukiwania naprawiacza. Załamała się ceną za część plus robocizna.
Napomknęłam, że mogę ja osobiście wymienić, gdyż azaliż posiadam umiejętności i chęci oraz ciekawam jak się rozkręca maszynę (nie bezinteresownie, o nie!). Olała mnie. Wobec tego rozpoczęłam poszukiwania ja, bo ona udała się tam gdzie król, a chciała pokazać, że na logistyce i szukaniu dostawców się zna (w pracy była). Dorwałam komputer i telefon. Znalazłam pierwszego dostawcę części, ale nie miał. Za to podał mi tajny przez poufny telefon do serwisu w samej macierzy, czyli w Radomiu. Zadzwoniłam, przy czym zastała mnie przy tej czynności psuja, oraz patrzyła z dezaprobatą. Olawszy niedowiarka pogawędziłam z miłym panem z Radomia, uzyskałam jeszcze bardziej tajemniczy numer telefonu i znalazłam części, za...połowę tego co za części chcą tu na miejscu. I to z kosztami przesyłki. Dowiedziałam się przy tym paru ciekawych i przydatnych rzeczy.
Niestety, nie będzie mi dane wymienić zębatek, ponieważ koleżanka ufa bardziej panom Zdzisiom, którzy może nie wiedzą, ale zrobią.
Dlaczego żałuję?
Otóż dlatego, że posiadam dokładnie taką samą maszynę. I chciałam zobaczyć i wypróbować oraz nauczyć się na żywym organizmie (dobra, poniosło mnie) na zaś, jak to zrobić.
Oraz koło nosa przeszła mi butelka wina!
FOCH forewer na pięć minut z przytupem i melodyjką!
Tym razem Zante obdarowała mnie nagrodą i pytaniami. Mnie między innymi fajnymi ludźmi, więc cieszę się bardzo, aczkolwiek fala wygasa na mnie. Nie podam dalej.
No to jeszcze raz spowiedź.
1) Nadejdzie taki dzień, że …
- będę całkowicie, bezgranicznie szczęśliwa.
2) Gdyby z nieba spadło mi 3000 zł…
- pojechałabym na narty do Włoch. Sama. Egoistycznie.
3) Najcenniejszą moją pamiątką jest…
- wspomnienie z dzieciństwa. Tego bardzo wczesnego, kiedy miałam 3 miesiące.
4) Są filmy, których się nie zapomina. Dla mnie to…
- Wielki Błękit.
5) Taki niby drobiazg, a mnie cieszy. Dla mnie to…
- drobne przyjemności. Nowa książka. Fajna piosenka.
6) Pieniądze szczęścia nie dają, ale…
- za ich pomocą my możemy dać sobie i innym szczęście.
7) Rozśmiesza mnie do łez…
- dzisiaj na przykład Kudłata.
8) Przyjaciel to…
- ktoś, kto sam wie, kiedy należy być, a kiedy zniknąć. I komu mogę zaufać.
9) Jest posiłek i bywa uczta. Dla mnie to…
- nawet zwykła kanapka, ale za to w odpowiednim towarzystwie.
10) Otacza nas mnóstwo sprzętów i gadżetów. Nie wyobrażam sobie życia bez…
- telefonu. I...mojego warsztatu:)
11) Jutro będzie nowy dzień i niech mi przyniesie…
- przynajmniej tyle samo radości co dzisiejszy :)
Oraz własnie naraziłam się gówniarzom w dresach. Już raz mi gość podpadł. Ale zignorowałam, jedynie spojrzałam wymownie. Tym razem zaleciało mi w domu papierochami. Wyszłam więc na klatkę i grzecznie zwróciłam uwagę. Na co usłyszałam: "i?" Powiedziałam więc mniej uprzejmie, że jak chce palić to won z bloku, bo na klatce schodowej jest zakaz palenia. To on, że sporadycznie pali. To ja mu, że mi to sporadycznie przeszkadza, bo leci wszystko do domu. To on..UWAGA!!!!! Będzie najlepsze!!!
To nie moja wina, że ma pani nieszczelne drzwi.
Więc odpowiedziałam, że jeśli nie wie nic o szczelności i nieszczelności - jaka powinna być, to niech się nie odzywa, a palić ma na dworze. Na odchodnym dodałam: radzę się zastosować.
Hm. Szybko wyszli.
Nic tak mnie nie wku....rza jak smród petów. No nie, jeszcze psie kupy na chodnikach i trawnikach, szczególnie w pobliżu placów zabaw. Ale to insza inszość.
Petom mówię stanowcze nie.
Nie będzie dziś o świętach, bo o tym piszą wszyscy, którzy chcą. Ja nie chcę. Nie żebym nie była patriotką, bo w jakimś tam stopniu jestem. Nie uprawiam martyrologii i cieszę się, że nie mam tv. To tyle na temat świąt. Chociaż nie. Będzie o święcie...
Ale najpierw.
Wczoraj zapomniałam zupełnie o czym chciałam napisać. Gadałam z Sis. I tak sobie pomyślałam, że nie napiszę jej czegoś, a opiszę w poście, przeczyta wtedy i ona i cała reszta. I tak się zakręciłam, że po godzinie nie pamiętałam o co mi chodziło. Wiedziałam, że o Młodego chodziło i tyle. Przepadło w sieci neuronów. Zapowiedziałam, że będę myśleć intensywnie, bo musicie wiedzieć, że jestem w tym względzie upierdliwa, szczególnie dla siebie, bo...nie spocznę aż sobie nie przypomnę. Przy czym spocznę jest umowne, gdyż w tak zwanym międzyczasie spałam. A międzyczas może trwać. Nawet pół roku!
Tym razem poszło szybciej. I już wiem.
A przypomniałam sobie dzięki takiej scence:
wydrukowałam kolorowankę robota. Młody do mnie: - mamo, patrz! dymi mu się z zęba! (nie pytajcie) Pali się podkładka, gwint, śrubeczka!
To jest cały Młody - dociekliwy, dokładny, musi wiedzieć wszystko. I tak samo jest ze wszystkim innym. Ma to po mnie, bo ja też lubię wiedzieć. Prawda?
W czwartek odebrałam Młodego ze szkoły. Oczywiście standardowy zestaw pytań, jak poszło, jak tam dzisiaj i inne podobne.
No i wypowiedź Młodego brzmiała tak, mniej więcej:
a dzisiaj na zajęciach robiliśmy tipi. Ale pani kłóciła się ze mną, że to wigwam (tu narastała złość Młodego, twarz mu się skrzywiła do szlochu, brwi zmarszczone, jedna wielka mała rozpacz!). A przecież wigwam i tipi to nie to samo! A pani kazała mi przeczytać polecenie z książki i tam było napisane wigwam. Ale przecież to tipi!!!!!
Wiecie co, uśmiechnęłam się dumna i blada. Ale też zrobiło mi się smutno, bo będzie miał pod górkę. Jak mamusia.
Bo jeśli coś wiem, będę walczyć o to. Jeśli wiem, że jest inaczej, będę udowadniać. Dlatego jestem upierdliwa.
Bo tipi to co innego niż wigwam. Mimo, że to oba namioty.
Czy mam iść do pani i wyjaśnić sprawę? Nie lubię bardzo, kiedy coś jest nieprawidłowe. Nawet jeśli, a może w szczególności wypływa to z systemu edukacji? Dlaczego mam się zgadzać na niedopowiedzenia i nieprawidłowości? Może to tylko szczegół, ale ze szczegółów składa się całe życie i wiedza. Może jest nieistotny, ale jeśli będzie więcej takich "nieistotnych" i do pominięcia, to jak będzie wyglądała nasza wiedza?
A teraz o świętach.
W poniedziałek miałam rozprawę. Ex nie zamienił ze mną nawet słowa. Jak zwykle zresztą. I nie tęsknię za tym, żeby było jasne.
Wiadomo też, że dzisiaj jest święto. Nie tylko Niepodległości. W Poznaniu szaleje po ulicy św. Marcin, sam św. Marcin. Do tego są rogale marcińskie. Czy są pyszne, zostawiam do oceny każdemu z osobna. Jadłam różne, z różnych firm, są fajne, ale...dupy nie urywają, cytując klasykę. Nie o względy kulinarne jednak chodzi. Ale o to, że w czwartek, znienacka, Kudłata została wywołana z domu. Ten, który słowa ze mną nie zamienił przywiózł trzy rogale. I pojechał. Nie miał po drodze, to wiem. Paradoks polega na tym, że kłócił się, że utrudniam, że daleko ma, że to kosztuje. Alimentów nie ma. Rogale były.
Z całym zrozumieniem, dla mnie żenada. Śmiałam się pół godziny. Komu nie opowiedziałam, każdy pytał ze strachem: ale może chce się pogodzić / wkupić w łaski / przeprosić?
Czym???? ROGALAMI????
Hahahahaha!!!!!
Że niby jeszcze raz? No dobrze.
Nie wiem czym sobie zasłużyłam, ale niech będzie :) Tym razem pytania zadała Frytka. Zanim odpowiem na pytania zastanowię się, czy nie zapętlić powyższej zabawy i wtedy przynajmniej do tysiaka zejdzie :>
Ale ok.
Lecimy.
1. Co cenisz u innych?
Szczerość. Dobro. Bezinteresowność. Samodzielność. Otwartość..
Mogłabym wymieniać jeszcze długo, ale przede wszystkim cenię bycie człowiekiem, jeśli wiecie co mam na myśli.
2. Czego nie lubisz w sobie?
Niekonsekwencji. Uległości. Braku stanowczości w niektórych sytuacjach. Tego, że nie umiem czasem odpyskować.
3. Jaki jest Twój ulubiony film?
Lubię wiele filmów..
4. Czego się boisz?
Odpowiedziałam poprzednio, nic się nie zmieniło :)
5. Co zrobiłabyś z główna wygraną w lotto?
Zapewniłabym byt mojej rodzinie. A resztę przehulała: nakupowałabym książek, płyt, pojechałabym na pół roku na narty do Włoch, drugie pół jeździłabym na zmianę po Europie i Skandynawii. Oraz odbyłabym wycieczkę do Australii, o czym marzę od wielu lat.
6. Czy lubisz gotować?
Lubię. Od kiedy zrozumiałam jak powstaje zupa. Jako dziecko "eksperymentowałam" z moją przyjaciółką. Karmiłyśmy tym naszą starszą o 2 lata koleżankę, która za każdym razem dawała się nabrać i za każdy razem ganiała nas po klatce schodowej. Ale robiłyśmy też lizaki, które uwielbiałam i za diabła nie mogę sobie przypomnieć jak! Wiem, że na patelni topiłyśmy cukier, ale z czym nie wiem, i wiem, że potrzebny był talerz z wodą. Jak o wodzie się zapomniało, lizało się talerz przez jakiś tydzień :)
Lubię gotować. Wkurzam się tylko, że coś namodzę, jest pyszne, a ja już nie pamiętam co wsypałam, ile i w jakiej kolejności...
7. Czy posiadasz jakieś zwierzę?
Tak, królicę. Wredną do potęgi, ale to baba jest.
Chciałabym cocker spaniela, ale ogranicza mnie mój tryb życia.
8. Czy lubisz swoją pracę?
Obecnie nie pracuję. Ale w każdą pracę, którą wykonywałam wkładałam serce. Dlatego śmiem twierdzić, że byłabym najlepszą babcią klozetową, gdyby przyszło mi zmierzyć się z tym wyzwaniem :)
9. Jeśli miałabyś wybrać się w daleką podróż to statkiem czy samolotem?
Nie straszne mi morskie i oceaniczne fale (a różnią się, wierzcie mi :), ani też latanie samolotem, mimo posiadania lęku wysokości. Wszystko zależy od tego gdzie, jak, po co, na jak długo.
10. Jak lubisz spędzać urlop, czynnie czy biernie?
Trudno powiedzieć. Dobrze, jeśli jest to mieszanka obu sposobów. Lubię nic nie musieć, ale chcieć. Jeśli mam ochotę się zmęczyć, to się męczę, a kiedy chcę energię zużywać tylko na oddychanie i inne podstawowe czynności podtrzymujące życie to tak robię. Urlop ma być przyjemnością, a nie gonitwą za czasem.
11. Czy jesteś tak po prostu szczęśliwa?
Tak. Jestem tak po prostu szczęśliwa.
Nieee, chyba nie wyznaczę kolejnych osób. Niech będzie, że ktoś musi przerwać tę mega spowiedź :)
No to order ;) Nie wiem za co, ale dostałam od Thundera :*:
Zobligowanam do odpowiedzi na kilka pytań. Dobrze. Zaznaczam jednak, że nie będę typować dalej, ani też zadawać swoich pytań. Co chcę, wyczytuję u Was między wierszami :) 1. Ulubiony film/książka? Trudny wybór. Książki łykam jak młody pelikan ryby. Trudno wybrać tę najulubieńszą, ponieważ każda ma swój klimat, co innego opowiada i czymś innym mnie zaciekawia. Nie mam więc tej jednej. Z filmem jest podobnie. Lubię wiele filmów. 2. Ulubiony deser? Jestem słodyczolubna. Uwielbiam mleczną czekoladę Goplany, drażetki mleczne Jutrzenki, wiśnie w czekoladzie (pasjami). Czy mam najulubieńszy deser? Chyba nie. Wiele lubię, np. owoce w bitej śmietanie. A! Jest! Creme Brulee!!!!!!! 3. Jaką formę relaksu lubisz najbardziej? Hmmmm...to zależy od sytuacji i jak bardzo mam się zrelaksować. Czasem żałuję, że nie mam dla relaksu kawałka pola, tartaku, a przynajmniej drewutni. Mógłby też być warsztat samochodowy, albo produkcja betonu. Czasem relaksem jest totalne wymęczenie. Innym razem zwyczajne lenistwo z książką, laptopem, muzyką w tle albo ciszą. Relaksuje mnie łażenie po lesie w poszukiwaniu grzybów, jazda samochodem na długie dystanse. Wszystko zależne od chwili i potrzeby. 4. Trzy najgorsze wady facetów? Właściwie nie powinnam się wypowiadać, bo będę tendencyjna. Ale co tam. - to, że uważają kobiety za głupsze. Do pasji doprowadza mnie stwierdzenie: "ale możesz tego nie wiedzieć", albo "co ty o tym wiesz". - to, że nie potrafią z nami rozmawiać i boją się silnych kobiet. - oraz to, że nawet nie próbują zmienić żadnej z powyższych wad. 5. Czy lubisz niespodzianki? Uwielbiam. Kto ich nie lubi? Ale lubię niespodzianki wtedy, kiedy sprawiająca je osoba zada sobie odrobinę trudu, żeby były trafione. Żeby nie powodowały uczucia zażenowania, żeby nie ośmieszały jednej i drugiej strony. Bo niespodzianki mają być miłe. Bo o prezentach myślę. Życiowe niespodzianki przyjmuję z pokorą walecznego wojownika. Jeśli jest to coś, czemu muszę stawić czoła, to szykuję się do wojny i staję na polu bitwy. 6. Gdybyś mogła urodzić się raz jeszcze, co byś zmieniła? Nauczyłam się nie żałować wyborów, tego co było, co zrobiłam, co mi się przytrafiło. Śmiem twierdzić, że nie ma gwarancji, że zmiana czegoś w naszym życiu przy takiej okazji nie spowodowałaby czegoś gorszego. Polecam "Efekt motyla". Dlatego niczego bym nie zmieniła. Chociaż nie, jest jedna rzecz. Powiedziałabym ojcu i paru innym osobom, jak bardzo je kocham. Pod warunkiem, że wtedy wiedziałabym to, co wiem teraz o sobie i moim życiu. 7. Marzenie do spełnienia na już? Wygrać mnóstwo kasy, żeby się o nią nie martwić :) A potem to już luz :D 8. Czy lubisz święta? Jakie? Trudno powiedzieć. Boże Narodzenie za sentyment z dzieciństwa. Za choinkę i śnieg. Za tamten nastrój. Wszystkich Świętych za nastrój na cmentarzu. Poza tym nie lubię. 9. Czy łatwo Cię zdenerwować? To zależy od sytuacji. Najczęściej rozbieg mam długi, jak budzący się po setkach lat wulkan. Kto nie odczyta odpowiednio pomruków, ten cierpi. Ale czasem jestem jak chodząca bomba zegarowa. Wystarczy iskra i lecą wióry. 10. Z jakim typem ludzi nie mogłabyś wytrzymać w jednym pomieszczeniu godziny? Z dwoma typami: Z kimś, kto jęczy nad swoim losem dla zasady. Nie chce niczego zmienić. I jest obrażony, że chcesz mu pomóc. Męczą mnie tacy ludzie. Oraz z kimś, kto traktuje mnie jak śmiecia, udowadnia każdym słowem, że jestem nikim, daje wyraz swej niechęci i poniża. Dlatego się rozwodzę. 11. Czego się boisz? Nie pamiętam:) Na dziś: Czerwony Tulipan - Jedyne co mam to złudzenia
Tak tak.. Nie spodziewałam się, ze tak szybko. Że będę musiała zmierzyć się z powagą sytuacji. Tak szybko.
Młody wypada z łazienki, rozebrany do pasa (właśnie miał się myć):
- Mamo, a po co mi są te dwie kuleczki??
(Mama zaliczyła półsekundowe zaskoczenie, pozbierała się była, nabrała powietrza w płuca, ale w międzyczasie zerknęła w stronę kuchni, gdzie Kudłata nalewała sobie czegoś do picia i delikatnie mówiąc jej rozbawienie, tam rozbawienie - rżenie! rozległo się po domu. I weź tu się skup!)
- One są potrzebne, żebyś mógł mieć dzieci. (powstrzymując się ze śmiechu tak mocno, że aż łzy lecą, bo ten stoi w przedpokoju trzymając się za kuleczki, a ta rży. Nie wiem co gorsze. Wiem, że wdech-wydech działa)
- A jak?? (zerknęłam w ekran monitora, co by nie widzieć płaczącej Kudłatej, ani podstępnego uśmieszku na twarzy pytającego, bo widziałam, że się wkręcał w temat, jak dżdżownica w glebę)
- Nie będę ci...(wdech) tłumaczyć teraz (wydech) aspektów technicznych (tak, to dziecko zna trudne słownictwo, a mnie przydała się chwila skupienia na wymowie, żeby wiadomo czego nie zrobić), ale tam będą się kiedyś produkować nasionka. I dzięki nim będziesz mógł mieć dzieci. A teraz sio myć się!
Na co uzyskałam bardzo stanowcze:
- W życiu nie chcę mieć dzieci!
Po czym zniknął w łazience, a ja mogłam otrzeć łzy. Jak się Kudłata pozbierała, nie wiem. Nie zarejestrowałam. Powiedziała tylko, że ciekawa była jak daleko zabrnę.
Oraz niezmiernie się cieszę, że jeszcze nie będę babcią..
A także dzisiaj wymyśliłam, że moja czterdziestka będzie ....
Ale o tym inną razą :)
Na dziś:
Elektryczne Gitary - Człowiek z liściem na głowie
Dochodzę czasem do ściany. Zanim zacznę szukać przejścia, szczeliny, pęknięcia, stoję i jestem bezradna. Trwa to zwykle chwilę. Chwila jest względna. Czasem to dzień, czasem kilka minut.
Dzisiaj rozpadłam się na kawałki. Wracając. Nie, nie wydarzyło się nic złego, nieprzewidzianego, nie było żadnej traumy, spięć, nieoczekiwanych sytuacji. Nawet wręcz przeciwnie. Spodziewałam się tylko końca, ale to było niepewne. Końca nie ma. A raczej jeszcze go nie widać. Jeszcze trochę.
Mój stan trudno mi określić. Nie, nie płakałam, nie załamałam się, nie rozpaczałam, nie analizowałam. Po prostu zaczęłam myśleć o tym, jak bardzo nieprzewidywalne są uczucia. Zobaczyłam jak rozpada mi się świat, roztrzaskuje, jak moje emocje uchodzą, jak schodzi ze mnie powietrze. Musiałam wyglądać okropnie. Bo tak właśnie się czułam.
Najdziwniejsze jest to, że wszystko było tak, jakbym przyglądała się sobie z boku. A raczej swoim myślom. Siedziałam sobie w fajnym miejscu, było mi wygodnie, miło, wielkie okno, cudowny zachód słońca, piękne widoki. Obok tego zachwytu - moje uczucia. I smutek. On przysiadł sobie obok i czekał. Ale tylko razem milczeliśmy. Po dziesięciu minutach zaczęłam składać się na nowo. Stwierdziłam, że jest pięknie. Że jest kilka rzeczy, które muszę natychmiast załatwić i że to całkiem nowe dla mnie, że te dziesięć minut to był ogromny spokój, który mnie ogarnął. Do tej pory ściana oznaczała panikę. Chwilową, ale zawsze panikę. Kołatanie serca i spazmatyczny płacz. Nic z tego. Mnie ogarnął spokój. Taki totalny.
Po tym wszystkim zachciało mi się spać. Nie byłam w stanie nawet wyjąć książki. Ale niestety. Wszystkie dobre dusze, niech je drzwi...., jak tylko zaczynałam śnić, np. o tym, że to bułka nie chleb, dzwoniły do mnie przez całą drogę. A to z żalem, że mogły więcej powiedzieć, a to z prośbą, żebym była w necie wieczorem, a to jak się czuję, a to jeszcze z innym problemem.
Każdy ma swoje pięć minut. Ja miałam dziesięć.
Na dziś:
Coma - Leszek Żukowski
Słowa, słowa, słowa....
Mogę, niestety tylko w swoich wspomnieniach. Mogę opowiadać i zachwycać się tym co było. Nie umiem pokazać nikomu tego co przeżyłam.
Nie ma już tych miejsc, nie ma już ludzi, którzy mi towarzyszyli.
Nie ma podwórka, po którym ganiały kury. Nie ma wozu do zwożenia siana. Ani kurnika, w którym wylegiwałam się z ówczesną przyjaciółką.
Nie ma poddasza z piecami i spadzistym dachem. Nie ma piwnicy pachnącej jabłkami, z pajęczynami, wiekową stęchlizną i zwisającymi z sufitu, zimującymi tam nietoperzami. Nie ma beczek z obłędnie pachnącą kapustą i ogórkami. Ani kopczyka ziemniaków pod ścianą.
Nie ma warsztatu, w którym pachniało smarem. Ani ogródka z grządkami, miejscem na namiot, piaskownicą i stołem roboczym z wielkim imadłem. Nie ma pieśni, śpiewanych przez babcię, białego rondelka z czerwonym serduszkiem, który kojarzy mi się i zawsze będzie kojarzył ze słowami: "(...)bagnet mnie ukłuje, śmierć mnie pocałuje (...)".
Nie ma pól, po których ganiałam z koleżanką, wierzb nad rowem melioracyjnym, takich prawdziwych płaczących, rosochatych.
Nie ma jabłoni rozłożystej tak bardzo, że gałęzie podtrzymywane były drągami, a która dawała przepyszne papierówki.
Ani drogi, która służyła mi za górę do zjeżdżania na sankach i nartach od początku do końca zrobionych przez dziadka.
Nie ma.
Ale to kawałek mojego życia. Kto wie, czy nie najważniejszego. Tam nauczyłam się pisać i czytać. Tam nauczyłam się samodzielności. Tam było moje dzieciństwo.
Na dziś:
To tam śpiewałam do szczotki ten przebój, stojąc przy toaletce z trzema lustrami, pachnącej babcią, jej perfumami, z szafkami i szufladkami. To była najulubieńsza moja piosenka. Pierwsza, którą pamiętam. A toaletka nauczyła mnie patrzeć perspektywicznie i myśleć analitycznie. I klonować się też :)
A więc Panie i Panowie, Ladies and Gentlemen, Damen und Herren oraz Damer och Herrar
George Baker - Una Paloma Blanca
Nie umiem odpowiedzieć na pytanie co sprawiło mi największe szczęście.
Ani kiedy byłam najbardziej szczęśliwa.
Nie potrafię podać mojej definicji szczęścia.
Mam wrażenie, że moje życie to takie wysepki szczęścia, między którymi krążę i do których dopływam.
To rozmowy z innymi. To muzyka, której słucham. Książka, którą czytam. Słowa, zdarzenia, małe kropelki.
Muzyka przywołuje wspomnienia. Ale nie tylko wspominam to co się stało. Pamiętam uczucia, które mi towarzyszyły. Czasem zapach, grę światła, czyjś dotyk, mój zachwyt. Czasem ból, rozpacz, emocje. Kiedy sobie je przypominam, nie niosą za sobą niczego poza uczuciem bezgranicznego szczęścia. Muzyka "rozsadza" mnie od środka. Wyzwala to, co na co dzień jest ukryte. Mam wtedy wrażenie, że mogłabym zmienić świat i przenosić góry. Nazywam to bezgranicznym szczęściem.
Książka przenosi mnie w inny wymiar. Zatapiam się w nim i trudno mi się wyrwać. Czuję i myślę zupełnie inaczej, kiedy czytam. I nie jest ważne, czy to romans, kryminał, czy fantastyka. Dostosowuję się jak woda do kształtu naczynia. Płaczę, kiedy emocje biorą górę i nie pomaga pamięć o tym, że to fikcja. To rodzaj szczęścia, które jest we mnie. Nie umiem tego opisać, ani się nim podzielić. Kto czyta, wie o czym mówię.
Słowa i sytuacje przychodzą w pamięci w różnych sytuacjach. Czasem przynoszą tę bezgraniczną radość, jak muzyka. Czasem są jak te z książek. A czasem są po prostu wyznacznikiem szczęścia, że mam to za sobą.
Kiedy rozmawiam z innymi, cieszę się, że mogę to robić. Że ktoś chce mnie słuchać i że ja mogę słuchać.
Czasem analizuję później wszystko. Dzięki temu poznaję siebie i dowiaduję się ciekawych rzeczy. Dzięki temu mogę pogodzić się ze swoimi niedoskonałościami, albo coś naprawić. Albo wiem, że idę dobrą drogą.
Te rozmowy dają mi bardzo wiele.
Boję się jednak, że będzie tak, jak już się wydarzyło. Że kiedyś ktoś znów mnie odrzuci, bo mam swoje zdanie, bo za dużo wiem i rozumiem, bo potrafię egzekwować swoje.
Potwierdziło się moje przypuszczenie, że mężczyźni boją się silnych kobiet. Że dopóki jest etap poznawania i zabawy jest ok. Ale później przychodzi moment, w którym silna kobieta jest zagrożeniem. Ten sam wniosek wyczytałam dziś u Ewy.
Jestem skazana na samotność w takim razie. Nie, wróć, wybieram samotność, nie zniosłabym kolejnej walki o siebie. Nie zniosłabym rozpaczliwych ataków. Nie mogłabym żyć z kimś, kto zabrania mi być sobą w imię swojego spokoju. Kto nie pozwala mi na słabości, ani na dźwiganie na barkach całego świata.
I tu też widzę swoje szczęście. Wyzwoliłam się z chorego układu.
Szczęście.
Nawet nie wiecie jak dużo go wkoło. Wystarczy sięgnąć, spojrzeć, wziąć sobie trochę!
***
A teraz małe sprostowanie.
Otóż Sis nie czytała moich listów. Kategorycznie zaprzeczyła tym doniesieniom.
Oraz witam Sis:)
Na dziś:
Chciałam wkleić Whitney Houston, ale nie mogłam się zdecydować. W zamian będzie utwór, który sprawił, że dusza mi śpiewa, łzy się leją, a ja siadam do roboty, bo nie po to zrywałam się o świcie i jechałam na drugi koniec miasta (oczywiście przesadzam, bo o 10 i jechałam góra 20 minut), żeby teraz moje zakupy leżały i nic nie robiły.
Tak więc muzyka tusz!:
No może prawie, bo przecież z zaświatów nie piszę. Chociaż kto wie, bo nie ma kto mnie uszczypnąć.
W każdym razie dzień jaki jest każdy widzi. Do 13-tej było pięknie. Trochę wiało, ale spacer na zapomniany cmentarzyk w lesie udał się znakomicie. Nie wiadomo kto tam leży, sześć grobów, starych, zapadających się, jedno dziecko. Prawdopodobnie to cmentarz rodzinny z jakiejś posiadłości, której już dawno nie ma.
Zapaliłam znicze.
Około godziny 15 zdzwoniłam się z mamą, że Kudłata wpadnie do niej i pójdą razem na groby naszych bliskich, bo nie ufam wrzodowi, który obawiam się nie pamięta gdzie, co i jak. Mama powiedziała, że czeka, nie wychodzi.
Godzinę później nastąpił zawał. Serce mi stanęło. Osiwiałam po raz drugi. Wściekłam się jednocześnie. Z niemocy.
Zadzwoniła Kudłata, poinformowała mnie, że stoi pod drzwiami, babci nie ma. Wali w drzwi, dzwoni, cisza. Ani telefonu nie odbiera, ani nie otwiera. Mój stan odrętwienia i sennego ziewania zmienił się w okamgnieniu. Sama zadzwoniłam nie ufając w zapisany numer u Kudłatej. Nic. Raz, drugi, trzeci...
Dzwonię do Kudłatej: przystaw ucho do drzwi, powiesz czy słyszysz telefon.
Słyszę telefon. Nie muszę dodawać, jaką zgrozą wiało z głosu w słuchawce i że nastąpiło po tym siarczyste japierdole co ja teraz zrobię. Wybaczę jej, bo sama nie przebierałam w słowach.
Zbladłam. Oczami wyobraźni nie powiem co widziałam.....
Po moim rozpaczliwym piątym czy szóstym telefonie odbiera...moja matka! Zaspana! Czego się drzesz????
Nikt nie dzwonił, nikt nie pukał! Nie mam połączeń! Już jej otwieram.
Gdybym tam była, zabiłabym niechybnie.
Tak więc adrenaliny mam tyle, że mogę wziąć udział w ekstremalnych zawodach, skoczę nawet z orbity i przebiję przystojniaka. I zrobię to bez skafandra. A co!
Dzisiaj nie zasnę. Nie ma szans.
***
Nie pojechałam do moich bliskich z różnych powodów. Ale pamiętam. I myślę.
I dopóki są w moich myślach, będą istnieli.
Na dzisiaj:
Celine Dion - Zora sourit
Cenię ją za głos, za emocje, za wszystko.
Jestem niedospana. Zeszłą noc pamiętam prawie całą. Księżyc w oknie. Wredny futrzak. Gadanie przez sen Kudłatej (można się kłócić przez sen z bratem i nie pamiętać, wierzcie mi...). Wędrówkę luda i aneksję terytorium (dobrze, że ze swoją kołdrą przylazł..), co zmusiło mnie do wycofania się na z góry upatrzona pozycję, a mianowicie brzeżek mojego wielkiego łóżka i nie pozwoliło wyspać się jakoś sensownie.
Potem drzemka, jakieś sny. Przebudzenie. Myśli. Sen. Przebudzenie. Sen. Budzik. Cholerka.
I ten stan. Nerwówka od kilku dni. Jutro będzie gorzej. Całe szczęście staram się panować, aczkolwiek nie wychodzi czasem. A raczej wychodzi potwór. Ze mnie. Pocieszam się, że dzieciarnia będzie poza zasięgiem, a do czasu powrotu minie wszystko.
No i wtedy nastąpi poniedziałek.
Poniedziałek znaczącym dniem jest. Rozstrzygnie się, a przynajmniej ja mam taką nadzieję, wszystko.
Ogarnęłam się chyba.
Poza tym przypiekłam za bardzo pizzę, poparzyłam paluchy, ale tak to jest, jak się gada przez telefon, słucha jednym uchem, usiłuje wyciągnąć pizzę z piekarnika i...No. Efekt taki, że paluszki mnie pieką.
Ale to wszystko pikuś. Jakoś tak wiem, że jest dobrze. A będzie jeszcze lepiej.
Wczoraj byłam na RR. Żyję jak widać. Wręcz jestem zdziwiona. Nawet doszły mnie słuchy, że jestem fajna kobieta. Kanałami, przez Kudłatą, jej koleżankę od jej mamy do mnie dotarło. I to po tym jak mailowałam z milczącą radą. A propos, czy ja muszę zadawać trudne pytania? Na które rada odpowiedzi...hmmm...nie zna? I to tak w te twarze? Co patrzą na mnie zdziwione oczywistością pytań?
Dostałam też w moje poparzone rączki pismo, które wytrąca wszelkie argumenty o moje czepialstwo z rąk przewodniczącego, gdyż azaliż data na owym piśmie, oraz słowotok, biciepiaństwo i bezład wypowiedzi (chciałam napisać nieład artystyczny, ale koliduje mi to z całokształtem i tematem) powala. Na kolana.
jak tu się nie czepiać i nie walczyć. No samo się tak mi robi.
Z innych przyziemnych spraw zadzwoniła szwagierka, nazwijmy ją dla usystematyzowania Grażynką, co jest o tyle komiczne w zestawieniu z nią, że nie sposób się nie uśmiechnąć. Otóż, tadam!!! Grażynka znalazła faceta! Nawet sobie obejrzałam go na naszej klasie. Wszystko byłoby super hiper mega pięknie, gdyby nie fakt, że obok na kolejnym zdjęciu widnieje ona z...byłym mężem, z którym drze koty i zagląda mu do łóżka, lodówki i w finanse. Zdjęcie zrobione podczas wycieczki już po rozwodzie, o szczegółach nie powiem, aczkolwiek w oczach mych on zyskuje, ona traci. Niestety.
Na dziś:
Heart - Alone
Uwielbiam. Bezgranicznie. I muzykę i tekst....
Chciałam jeszcze dodać jedną rzecz. Często wybieram utwory nie zastanawiając się nad tekstem. Tak samo jest z powyższym. A jak bardzo pasuje...
Chustka. Joaśka.
Nie ma być znaczków, ani rozpaczy.
To nie będzie.
Powiem tylko do widzenia.
Ze śmiercią kojarzy mi się tylko jeden utwór. A właściwie dwa, nagrane na kasecie jeden po drugim.
Też mam swoją martyrologię. Tęsknię. I żałuję, że Go nie ma. Był ledwie rok starszy ode mnie teraz.
Rok później zmarł mój ojciec. Potrzebowałam wielu lat, aby móc go zrozumieć i kochać.
To tyle odnośnie zbliżającego się dnia. I tyle odnośnie śmierci.
Kurczę, jak mi się wszystko rozbiega. Czas w szczególności. Tonę w robocie po czubek głowy, ale jakoś gdzieś coś umyka. Bo do szkoły i ze szkoły, bo zakupy, bo RR, bo pogadać sobie trzeba.
Tak, własnie. Wsiąkłam dzisiaj w ...zoologicznym. Poszłam kupić Kajmanowi kostkę wapna i tak się zagadałam. Od karmy dla gryzoni po życie po rozwodzie, przez dzieci, zaufanie, koleżanki, kalendarze, święta i imprezy. Tak mi się świetnie rozmawiało, że za dwa dni pójdę znów po kostkę :)
Trafiłam na osobę podobną z wyglądu do mojej szwagierki, w tym samym wieku, ale tak odmienną, radosną i mądrą kobietę, że aż żałuję, że królica nie ma przerobu kostka na dzień.
A wieczorami, wieczorami mam czas na ..odpoczynek (?), pogaduchy, muzę w tle i znów nie mam czasu na nic :)
Trochę mnie to irytuje. Nawet trochę bardziej niż trochę.
***
Potem był czas na wywiadówki indywidualne oraz debatę klasową w sprawie remontu.
Wychowawczyni, chylę przed nią czoła, okazała się wnikliwą obserwatorką i mądrą kobietą, jednakże lekko przesadzającą moim skromnym zdaniem w niektórych drobiazgach, ale to naprawdę drobiazgi.
Debata na temat remontu - spoko, chociaż mam wrażenie, że gdzie kucharek...Bo każdy miał swoje trzy grosze, rozmyła się całość i trzeba było prostować. Udało mi się pogadać z poprzednim przewodniczącym RR i zebrać trochę informacji.
Przez to wszystko nie trafiłam na miejsce linczu. Nie zdążyłam, a jak się okazało, było to spotkanie mimochodem w holu.
Myślę, że co się odwlecze to nie uciecze, gdyż następne zaplanowane na poniedziałek. Mam zumbę kochani, będę tylko przez godzinę. I tak się nie boję.
***
A wracając do pogaduszek, cóż, czwartek obfitował w nowe znajomości. Panią z zoologicznego już przedstawiłam. Potem była jedna mama w drodze do szkoły, druga w drodze ze szkoły, i ta sama w drodze na wywiadówkę, potem zaś telefoniczne obleganie sieci operatora, gdyż zeszło nam chyba godzinę z jedną z opozycjonistek w RR. Ze Stefą. Rozmowa skończyła się słowami: koniecznie musimy się spotkać, bo mamy jeszcze dużo do obgadania.
Cieszę się niezmiernie :)
A jutro..jutro idę na spotkanie, które sama zorganizowałam. Zresztą organizuję je od dwóch lat, średnio raz na miesiąc, tyle, że teraz jestem na miejscu, a przedtem przyjeżdżałam z Wielkopolski.
***
Poza tym ręce mam w bejcy i farbach oraz lakierach. A także zaciągam się pyłem ze szlifowanych drewnianych pudełek ;)
A teraz rozpocznę cykl, zupełnie niecykliczny, z dedykacjami.
Dzisiejsza dedykacja dla FrauBe:
zdjęcie pochodzi z facebooka.
Na dziś:
P.O.D. - Satellite
O tej porze nie chce mi się tłumaczyć dlaczego taki wybór. Po prostu lubię chłopaków.
Alkoholizm czasem można odziedziczyć. Nie znam się na mechanizmach, nie wiem jak to jest z podatnością i wpadaniem w to samo bagno. Nie wiem, czy posiadając rodzica/ów alkoholików dziecko ma większą, czy też mniejszą szansę na pociągnięcie tradycji rodzinnej.
Nie wiem, ponieważ bez większego wysiłku nie wpadłam w gówno.
Nie jestem abstynentką, lubię wypić jakiś alkohol, słodki, "babski", dobre wino, czasem drinka. Lubię, ale nie jest to dla mnie warunek konieczny, żeby się dobrze bawić, mieć humor i świetnie spędzić czas. Nie mam też potrzeby zapijania żalów i smutków, ani oblewania radości. Nie potrzebuję i żyję bez alkoholu, a kiedy mam ochotę, a zdarza się to sporadycznie i w niewielkich ilościach, to korzystam.
Mając w pamięci postępowanie moich rodziców, byli w moim wieku(!), kiedy rozgrywał się największy koszmar mojego życia i trwał kilka lat, do śmierci ojca (potem wyniosłam się z domu), samoistnie wyszło tak, że w moim domu alkohol jest, ale z reguły jego zadanie to..stanie w barku, szafce, czy gdzieśtam i najczęściej jest to alkohol dostany w prezencie.
Imprez w domu nie robię, bo nie lubię.
Napisałam to wszystko dlatego, że Kudłata ostatnio przeprowadziła ze mną rozmowę, widząc butelczynę w szafce.
- Dlaczego ty nigdy nie pijesz jak jesteśmy w domu? (w tonie wyczułam nutkę zawodu, bo pewnie chciała zobaczyć ubzdryngoloną matkę, a uprzedzam, głupawkę mam wtedy jeszcze większą, niż na trzeźwo. Nigdy nie zdarzyło mi się płakać po alkoholu)
- Bo mam zasadę, że jeśli mam pod opieką dzieci, nie piję. Nigdy nie piłam. I pić nie będę.
- No tak, nigdy nie widziałam, żebyście pili w domu.
- Nie piliśmy i nie wyobrażam sobie tego robić. Poza tym mam w pamięci imprezy moich rodziców i nie zamierzam sprawiać wam tej rzekomej przyjemności słuchania hałasów, głośnych rozmów i wąchania oparów alkoholowych. Oraz sprzątania na drugi dzień.
Popatrzyła na mnie z wdzięcznością, mam nadzieję, że zrozumiała.
Nie stronię od alkoholu. Dałam Kudłatej spróbować piwa i wina. Stwierdzam, że lepiej, żeby spróbowała tego ze mną i wiedziała jak to działa, niż żebym ją zbierała skądś nieprzytomną, bo chciała zaszaleć.
Całe szczęście mam mądrą córkę. Mam nadzieję, że na tyle, żeby nie sprawić mi żadnej niespodzianki.
Chociaż tak czy inaczej zasada ograniczonego zaufania działa. Aż tak głupia nie jestem.
A oto prowodyr rozmowy z Kudłatą. Proszę się nie śmiać, nie zakupiłam go ja. Szczerze mówiąc nie kupiłabym nigdy w życiu TAKIEJ butelki :))
Albo dobra. Śmiejcie się. Bo ja popłakałam się ze śmiechu, kiedy ja zobaczyłam:)))).
Nowa zawsze lepiej sprząta. Tak? Tak.
Możliwe, że w czwartek nie powyrywają mi piórek z tyłka.Nadzieję znaczy mam.
Może nie zostanę zlinczowana przez resztę rady.
Nawiązując do "klasyka", przewodniczącego - mam niewypażony język. [pisownia słowa niewyparzony oryginalna...].
Bo.
Na zjadliwego maila odpisałam równie, a może bardziej zjadliwie. Dałam upust swej drugiej naturze, a więc potyczkom słownym.
Nie poradzę, że jestem umysł ścisły, który nie lubi wodolejstwa oraz spychania na innych odpowiedzialności i dupochroństwa, czego nie omieszkałam ująć w swym piśmie do wiadomości całej rady.
Nie poskąpiłam jadu, nie poskąpiłam uwag, oddałam się szaleństwu uszczypliwości i to w taki sposób, że rada milczy. Po czym przyszedł lakoniczny mail: może rada zbierze się w czwartek.
Spiszę testament, jakby co, hasła zaszyfruję i ktoś zakończy mój blogowy żywot, bo pewnie zostanę zagryziona. A wierzcie mi, nie wyglądam, na tle rady na swoje prawie czterdzieści lat. Będę musiała pojechać wiekiem, doświadczeniem i argumentami, nad którymi pracuję w pocie czoła. Bo lubię się zacinać, niestety. Lubię zamilknąć, a wnioski i odpowiedzi przychodzą często stanowczo za późno.
Ale żeby nie było tak martyrologicznie i pogrzebowo (wydam też dyspozycje, co na pogrzebie zagrać), odebrałam dzisiaj telefon, który zaczynał się mniej więcej tak:
- Natt? Tu Stefa.
ALE Z CIEBIE JEST FAJNA DZIEWCZYNA! Jak fajnie, że jesteś w radzie i masz moje pełne wsparcie!
Na moją uwagę, że fajnie, ale w czwartek pewnie polegnę, usłyszałam stanowcze: nie ma mowy.
Miód na moje serce :) Chociaż to Stefa właśnie podpuściła mnie do wyrażenia swego zdania ogólnie, gdyż osamotniona w boju była. Kozioł ofiarny zabeczał, ale nie podda się łatwo:)
Mam na nich oręż, którego oni nie mają.
Pytania techniczne, na które odpowiedź znam tylko i wyłącznie ja. No dobra, megalomania, nie tylko ja, ale teraz będzie nas...troje :)
Tak, słyszałam też: po co tyś się tam pchała? Mało masz swoich kłopotów?
Słyszałam też na co mi to było. Po co utrudniać sobie życie.
Lubię. Chcę. Czuję, że mogę pomóc. Będę szczęśliwa, jeśli się uda. Jeśli nie, będę przynajmniej wiedziała, że próbowałam.
I jakim prawem ktoś, kto nikt nie robi może mi mówić, że robię źle?
Oraz na dziś:
Creed - One last breath
Adekwatnie do epoki muzycznej, w której obecnie się zanurzam.
Jestem osobą, która chora i ledwie przytomna, nie zważając na nic, pójdzie do pracy, bo jak można nie iść. Dlaczego? Nie wiem, może poczucie obowiązku, a może coś zupełnie innego.
Miałam kilka takich przypadków, w tym jeden drastyczny.
Kiedyś dopadła mnie angina, a wręcz powiedziałabym grypa, gdyż łamało mnie w kościach, a nawet mruganie sprawiało mi ból. To był drugi taki przypadek w moim życiu. Pierwszy na studniówce, uciekłam o północy i umierałam z bólu. Drugi trafił mi się w pracy. Praca lekką nie była, ekspedycja urzędu pocztowego, więc siedziałam blada i umierająca, a robotę odwaliła za mnie koleżanka, która słowa nie powiedziała. Kiedy poszłam po coś do kasy głównej, nasza kasjerka na moje markotne zaraz umrę z bólu i nie mogę się ruszać, powiedziała mi: a tam gadasz, żadna grypa! Ja tam nigdy nie chodzę na zwolnienie. Zrobiło mi się wstyd, u lekarza byłam pro forma, pani kazała mi "kupić sobie w aptece coś na grypę" i tyle.
Ta sama kasjerka, kiedy pracowałyśmy już razem, a ja byłam w ciąży i zwyczajnie nie wyrabiałam, bo musiałam wstawać bodajże o 4.30 jechać do pracy, żeby odebrać kasę, powiedziała mi, że ona to w ciąży nie miała żadnych problemów i nie wie jak można iść na zwolnienie, bo ona dzień przed porodem jeszcze pracowała.
Brak empatii. Zrozumienia drugiego człowieka. Brak zgody na to, żeby miał wątpliwości, przeżywał / chorował po swojemu.
Dlaczego nie potrafimy zrozumieć, że każdy z nas myśli inaczej, czuje inaczej, ma do tego prawo?
Dlaczego atakujemy kogoś za to, że płacze nad swoją egzystencją, bo przecież wystarczy zrobić to i to? Dlaczego nie dajemy innym prawa do bycia sobą?
Każdy z nas ocenia świat przez pryzmat własnych doświadczeń. Trudno nam zrozumieć, że ktoś panikuje widząc pająka, bo zwyczajnie ma swoją fobię, a przecież my pająki traktujemy obojętnie. Jak się można bać pająka!
Ja też uczę się empatii. Popełniam błędy próbując przekonać innych do tego, co sama przeżyłam i jakie rozwiązania zastosowałam i dla mnie były dobre. Coraz częściej jednak podnoszę ręce w geście: ale to ja, Ty możesz czuć i myśleć inaczej.
Pozwoliłam sobie napisać z wielkiej litery, gdyż o mnie będzie.
Bywałam w wielu miejscach.
Jeśli pod uwagę wziąć zagranicę to też uzbierałoby się troszkę. Chcę jednak poruszyć temat jednej wycieczki. Zapadła mi w pamięć z wielu względów.
Byłam otóż moi drodzy w Paryżu. Lata świetlne temu, gdyż zdążyłam w międzyczasie urodzić drugie dziecko, próbować się rozwieść, rozwieść się już prawie (obecnie) i postarzeć o 13 lat. Osiwieć, i wygolić sobie nad uchem. (A propos, przypomniało mi się, że muszę zrobić zdjęcie do dowodu z odsłoniętym uchem i przypuszczam, że wyjdzie lepiej niż przy nie ogolonym :). Jeszcze kilku rzeczy nie zrobiłam, ale co tam.
Otóż pojechałam na wycieczkę z moją siostrą. Ona w liceum uczyła się francuskiego i nauczyciele wymyślili sobie, że w sumie na Polach Elizejskich jest mnóstwo sklepów. To siup. Składka, dotacje i jedziemy.
Wycieczka trwała 3 dni. Jechaliśmy całą noc, na miejsce dojechaliśmy po południu i od razu zostaliśmy zapędzeni do biegania. Tak kochani, uprawiałam przez trzy dni marszobiegi, złoto na olimpiadzie byłoby moje, gdyby nie fakt, że nie miałam sponsora. Zaliczyliśmy większość kluczowych punktów programu, usłyszeliśmy kilka fajnych historii, zapaliliśmy świeczkę Jimowi, wolny czas to były takie półgodzinne chwile na łapanie oddechu. Poznaliśmy prestidigitatorów z Senegalu. Mieli nadprzyrodzone zdolności. Otóż kto był pod Wieżą Eiffla, wie, że są tam trawniki, duża przestrzeń. A panowie, nie dość, że gadali w każdym języku świata (po polsku znakomicie im szło), przypuszczam, że po chińsku również, na dźwięk syren policyjnych ZNIKALI. Nie wiem gdzie i jak. Rozglądałam się - nic.
Wieża podobała mi się do czasu. Wdrapując się na nią nie wiedziałam co mnie czeka. I wcale nie o lęk wysokości chodzi. Otóż jakie jest prawdopodobieństwo, że w najmniej oczekiwanym miejscu na świecie spotkacie najbardziej znielubianą osobę? U mnie? Wynosi 1. Czyli najwyższe. Na samym szczycie tej kupy złomu spotkałam z Sis gościa, którego szczerze nienawidzimy. Po prostu tylko ja tak mam.W nosie z widokami. Kipiąca krew zalała mi wzrok. Oraz pobiłam pewnie rekord w schodzeniu.
Jedynym dłuższym czasem spoczynku były noce i jeden wieczór, kiedy to siedzieliśmy na Montmartre, nauczyciele pijąc wino, nam nie było wolno (nawet mi! pełnoletniej! dzieciatej! mężatej!).
Zapadła mi w pamięć wizyta w Luwrze. I to wcale nie z powodu zbiorów. One nie zrobiły na mnie żadnego wrażenia. I to nie dlatego, że taka jestem nieczuła. Po prostu strajk był. Luwr zamknięty. Akurat na 4 godziny, podczas których siedzieliśmy na placu nie wiedząc co ze sobą zrobić. Ja kupiłam sobie, tadam!!!! szklankę z arcoroca matowego z napisem Paris i wieżą. Nie pytajcie dlaczego. Ja wtedy byłam w depresji poporodowej (stąd mój wyjazd).
Innym zapadniętym w pamięć elementem wycieczki był brak kasy na rozrywki oraz deszcz, który spowodował, że wszystkie dziewoje okupujące Sephorę na Polach Elizejskich śmierdziały w drodze powrotnej do Polski niemiłosiernie, gdyż nie dość, że na mycie nie poświęcały zbyt dużo czasu, to jeszcze wypsikały każdy skrawek ciała innym zapachem. Wyobraźcie sobie. Nie chciałabym obejrzeć filmu z tej wycieczki w 5D :D
Ja za to połaziłam z Sis, po obu stronach Pól, zarejestrowałam istnienie tam Hard Rock Cafe i sklepu Virgin oraz szukałam tego słynnego biura LOT-u, które się tam mieściło. Po drodze zajechaliśmy do Carefoura po zakupy na drogę. Tak się złożyło, że nie posiadając gotówki uzbierałyśmy na kawałek czegoś co można nazwać zapiekanką. Zabrakło nam kilka franków, bodajże 10. Stoimy i debatujemy, głodne jak nie wiem co, aż tu pani zza lady odzywa się: dajce co macie i smacznego. :))))) Wybrała nam największy kawałek i podgrzała. Viva Polonia!
Byłyśmy głodne bardzo. Bo nikt nie zatroszczył się o posiłki w trakcie tej wycieczki. Nie było żadnej informacji na temat prowiantu. Całą kasę, zamiast na suweniry przeznaczyłyśmy na jedzenie, które odbywało się w biegu. Dosłownie w biegu. Krzyczałam do Sis: patrz gdzie idą!, a sama kupowałam bagietę i pędziłyśmy za nimi. Była jedna obiadokolacja z jakąś wołowiną i winem, rozcieńczonym na maksa, za którą trzeba było dopłacić.
W końcu wsiedliśmy do autokaru i zawieziono nas na 5 minut na plac Pigalle i pod Mulin Rouge. I są tam kasztany! niech nikt nie mówi, że nie! Pieczone!
I zmokłam tam, grosza nie zarobiłabym w moich ogrodniczkach, złamałam przepisy po to, żeby zrobić sobie zdjęcie na tle Młyna.
A potem...Potem Paryż płakał jak odjeżdżaliśmy.
Obiecałam mu, że wrócę.
Poszłam, oddałam się w te ręce.
Jest dobrze. Jutro będzie jeszcze lepiej. Bo pójdę do poprawki. Znaczy tu wyżej, z drugiej strony tak samo. I będzie full wypas.
Wiecie, pani taka niepozorna. Pogadałyśmy jak stare przyjaciółki. Napomknęłam, że chciałabym tu łyso, ale jak będą odrastać to siwe...Na co usłyszałam: PIEPRZYĆ TO. Co się pani martwi. Będzie dobrze.
Już ją uwielbiam.
A poza tym wszystkiego najlepszego Eminemowi życzę. Za 3 miesiące i mnie to czeka.
Jestem ciekawa jak będzie. trójka nie zmieniła nic.Czwórka też nie sądzę, żeby coś miała.
Wobec tego na dziś:
Eminem - Like Toy Soldiers
Martika była świetna w tym utworze, niestety, tylko w tym. Gwiazdka jednego przeboju.
Tak mi się wydawało, że rada rodziców to ma służyć dzieciom. Że rodzice, działając w imieniu dzieci, dla dzieci, będą ponad wszystko.
Trafił mi się, niestety, najbrzydszy, najgorszy układ, jaki mnie osobiście dotknął.
Lepszy niż ten spiskowy z wizji Macierewicza.
Lepszy niż ten od lub czasopisma.
Poraził mnie.
Odbijam się jak piłeczka, próbując zrozumieć jak to działa, dlaczego i po co.
Jak na razie robię w tym wszystkim za konkrecik, mam dwóch sprzymierzeńców. Zadaję konkretne pytania i oczekuję konkretnej odpowiedzi. Wstąpił we mnie duch wojownika (pewnie jakaś Wredna Squaw tudzież Squaw z Błyszczącym Okiem). Nic nie poradzę. Zmysł techniczny. Krótko i węzłowato. Bez upiększaczy i wypełniaczy zdań. Szkoda, że nie mogę zamieścić żadnego listu z mailingu, bo nie dość, że żenada, to jeszcze co niektórzy dostaliby epilepsji. Szczególnie poloniści. I wierzcie mi, błędy typu blogu czy bloga to naprawdę kosmetyczna sprawa...Nie wspomnę już o interpunkcyjnej rozwiązłości oraz krzyczeniu na mnie z caps lockiem w tle. Miałam ochotę napisać w post scriptum, że netykieta wymaga kultury. Ale stwierdziłam, że co ja będę wojować na słowa, skoro rozumie to jedna osoba i to nie ta, do której te słowa by poszły. Teraz z perspektywy kilku godzin dochodzę do wniosku, że mogłam napisać, że chyba przypadkowo szanownemu przewodniczącemu capsel się włączył.
Znów wyjdę na czepialską. Znów będzie, że jestem wredna. Znów będę musiała udowodnić, że jestem miła i sympatyczna.
No cóż.
Po prostu drażnią mnie takie przykładowe zdania: trzeba by pomyśleć, bo może, ..
Nie omieszkałam wytknąć tego, że nie może i nie trzeba by, ale należy działać konkretnie w konkretnej sprawie. I tak dzisiaj za swoje pyskowanie, zostałam niejako wystawiona do wiatru. Ja i kilka innych osób. Ktoś coś przeoczył, ktoś udał, że poinformował, ktoś załatwił. Ale udało się.
No i niestety, tak jak nigdy sobie nie nagrabiłam u żadnego dyrektora, nawet w liceum, kiedy to Robert Smith bratem mi był, tak dzisiaj pierwszy raz w życiu poczułam na sobie wzrok zza okularów. Za jedno niewinne konkretne pytanie. Dyrektor mnie zmierzył. Potem jeszcze kilkakrotnie udowodniłam, że mimo, iż kobietą jestem, znam się trochę, zyskałam u niektórych, ale i tak wiem, że jestem kosmitką. W każdym razie zorientowałam się, że partnera do rozmów to ja nie mam w dyrektorze szanownym. Oraz sprawiłam, że mężczyzna zaczerwienił się i spocił w mym towarzystwie i naprawdę ubrana byłam od stóp do głów!
Tak więc burzliwe będzie następne spotkanie rady rodziców. Ostrzę sobie pazurki. Na klikę.
Jeszcze poczytam co nieco. Rozeznam się. Porozmawiam ze sprzymierzeńcem.
I pozostanę wrogiem publicznym.
A co!
***
Na dzisiejszy nastrój potrzebowałam antidotum. Jakiegoś dopełnienia. Czegoś co zgagę po kontakcie z mdłą rzeczywistością mi zniweluje. Próbowałam U2 i Alanis Morisette, Mogwai był, i Jetro Tull.
W końcu padło na KoRn. I to był strzał w dziesiątkę. Doskonałe dopełnienie. Lubię kiedy wszystko jest domknięte.
Poza tym porozmawiałam sobie chwilkę :)
Na dziś:
KoRn - weźcie co chcecie. Ja się nie mogę zdecydować. Chociaż nie. Falling Away From Me
Bo tak.
Stanęłam przed dylematem. To znaczy najpierw pomyślałam sobie, chwilami nawet na głos i w towarzystwie, że z chęcią oddałabym się w ręce jakiegoś zdolnego fryzjera, bądź zdolnej fryzjerki. Potem zaczęłam myśleć o tym cicho. W międzyczasie tak zwanym, znaczy dzisiaj, Kudłata też zaczęła na głos przemawiać za pójściem w rzeczone miejsce.
I teraz tak. Mam włosy takie do trochę niżej brody. Były tak fajnie ścięte, że jakoś jeszcze wyglądają. Ale jakoś mnie ten sznyt już nie rajcuje.
Mam takie głupie one, że nie trzyma się ich nic. Znaczy chciałam powiedzieć, że nie dla mnie lakiery do włosów i żele. Po pierwsze primo - nie umiem sobie sama ułożyć nic na głowie. Chyba, że będzie to czapka.
Po drugie primo - brak mi cierpliwości. Po trzecie primo - szkoda mi czasu. Po czwarte primo - gwoli wyjaśnienia lakierów i żelów - zobrazuję to następującym obrazkiem: na jednym sylwestrze, w stylu lata 60 (nie pytajcie dlaczego w takim stylu, ani jaki to styl, w każdym razie miałam na sobie białą koszulę dziadka i krawat ojca, oraz moje ukochane zielone portki) (a, i było to dokładnie 23 lata temu, znaczy w sylwestra będzie, więc sobie wykalkulujcie, że byłam jeszcze wtedy do rana szczęśliwa nad wyraz, potem zbiegi okoliczności i zrządzenia losu, najpierw w okolicy 1 w nocy, a później tak gdzieś koło 7 rano poczęły splatać me ścieżki ze ścieżkami wrzoda..) wymyśliłam sobie, że będę mieć fryz na Roberta Smitha.
Koleżanka, która mnie chyba nie lubiła, ponieważ jej chłopak lubił mnie bardzo, za bardzo, zabrała się za robienie mi tapira. Z pewną dozą jadu i satysfakcji chwyciła grzebień, butelkę lakieru fest (był w takiej szklanej butelce z atomizerem, bodajże z fioletową naklejką) i poczęła robić coś, co miało spowodować, że 2 stycznia pójdę do fryzjera w celu zmiany imidżu na Shinead. Otóż rozczarowanie, jakie przyszło po godzinie szarpania przeszło moje najśmielsze oczekiwania. A raczej zmyło moje oczekiwania i rozczarowało mnie bardzo. Mam nawet dokumentację fotograficzną tej porażki. Po czym koleżanka pierdykła grzebieniem powiedziała, że mam włosy do dupy ( a miałam tylko do ramion! przysięgam!) i sobie poszła. Bo otóż miałam na głowie coś w postaci troszkę tylko nieuczesanych włosów. Żaden tak kołtun. Jakbym przejechała ręką było by luks gładko.
Zmierzając do konkluzji. Marzy mi się irokezik. Tak podgolone prawie na zapałkę boczki i reszta dęba, malutki taki. Ale wiem, że to nie dla mnie. Nie będą stały.
Jeż? Jakoś nie bardzo.
Długie? Jak sobie pomyślę o zapuszczaniu, okresie przechodnim, kitce, kokach, gumkach, spinkach, to mi się płakać chce.
Do ramion? Tak, ale to też dopuszczanie do określonej długości. I to też wiąże się z rozpaczą, kiedy będę patrzeć w lustro.
Na dodatek, kiedy sformułowałam do wszechświata swoje zamiary, spojrzałam w lustro i rozpłynęłam się nad moimi kudłami, bo się tak ładnie ułożyły...
I co ja mam zrobić?
Ponadto mam czapeczkę z daszkiem, którą uwielbiam z różnych względów, ale do niej albo kiteczka, albo łyso z boku...
Ratunku!!!!!
Idę zmyć farbę.
Wysiadła z samochodu. Po kilku metrach zniknęła w gęstwinie, na lewo od drogi. Wyjęła nóż i rozpoczęła polowanie.
Pochylona, w kapturze na głowie poruszała się prawie bezszelestnie. Nie należy zdradzać swojej pozycji. W końcu to polowanie. "Albo ja, albo .." - pomyślała i natychmiast wykonała szybki unik.
"Dobrze, że noszę okulary"
***
Była w tym lesie pierwszy raz. Nieznany teren, rozkład, nie zdążyła spojrzeć na mapę.
Zniknęli jej z oczu bezszelestnie. Nie odważyła się krzyknąć. Za dużo Obcych w okolicy. Intuicja podpowiedziała gdzie ma iść. Posłuchała. Przy okazji polowanie udało się znakomicie.
Nagle zadzwonił telefon. Wysłuchała do końca instrukcji i zmieniła kierunek marszruty.
Nie wiedziała co ją czeka..
***
- To mój prywatny las! Cholera, wszystkie grzyby mi wyzbierają, nic dla mnie nie zostanie...
- Przepraszam, ja nie stąd (słowo wytrych jak zwykle zadziałało)
***
- W które prawo kazałaś mi iść? Kurna, ten ciągnik miałam po lewej.
- To w takim razie sorki, ja miałam inny ciągnik po mojej prawej...
***
Kiedy wchodzę do lasu, mój ojciec zawsze tam ze mną jest.
To on uczył mnie jak zbierać grzyby, jak chodzić po lesie, jak się orientować w terenie. Nauczył mnie ostrożności i szacunku do lasu.
Dlatego tak mocno kocham jesienny, pachnący grzybami las.
Na dziś:
The Moody Blues - Nights In White Satin
Kiedy mój ojciec wychwalał pod niebiosa The Beatles i Stonesów, ja puszczałam swoją muzykę na cały regulator, i nie było mu łatwo zrozumieć, że to właśnie lubię. Oprócz punka, alternatywy, Zeppelinów było też to. Na złagodzenie klimatu.
Czasem człowiek nie wie co ze sobą zrobić. Zapętla się na swoim życiu, codziennych czynnościach, przestaje myśleć o tym, że może coś ze sobą zrobić. Małym kosztem i minimalnym wysiłkiem.
I tak wczoraj wieczorkiem była u mnie moja przyjaciółka. Robiłyśmy różne rzeczy, między innymi wyssałyśmy pół butelki nalewki truskawkowej. Niebo w gębie! Wieczór zakończył się miło i zaproszeniem na wieczór dzisiejszy. Na seans. I nalewki ciąg dalszy.
Poszłam, daleko nie mam. Dwa piętra tylko :)
Najpierw Mamma Mia. Nigdy nie było mi dane obejrzeć filmu w całości. Nadrobiłam to niedopatrzenie dzisiaj. Poryczałam się ze śmiechu. I z cichego żalu, że taki Brosnan nie zaśpiewa mi nigdy.
Świetny film, z niezmiennie świetną, ukochaną moją aktorką, Meryl Streep. Czego się nie tknie ta kobieta, zmienia się w cudo.
A potem, rozochocone naleweczką i świetną atmosferą, postanowiłyśmy obejrzeć, ja chyba z 15 raz, Dirty Dancing. Na tym filmie ZAWSZE płaczę na końcowej scenie. Dzisiaj pękłam wcześniej. Siorbałam i chlipałam, śmiałam się i wzdychałam. Że taki Swayze ze mną nie zatańczy.
Konkluzja jest taka: im więcej nalewki, tym większa radocha.
Postanowienia? A owszem. Proszę bardzo. Zatańczyć mambo. Znowu. Kiedyś tańczyłam, żeby nie było. Iść na imprezę w końcu i się powygłupiać. Jak za dawnych lat.
Dam radę.
Rozwiodłam ją. Kobieta lat 50. Wykształcona. Dorosłe dzieci. Atrakcyjna.
Miała męża. Dupka nad dupki. W sensie takim, że jak o nim myślę, to widzę faceta w grubych szkłach z rozdziawionym ryjem i nie wiem skąd mi się to bierze, ale jeszcze do tego zasmarkanego. To ostatnie to tylko moja wyobraźnia, ale dokładnie obrazuje tego faceta. W szarym sweterku, naukowiec, łebski facet, umysł ścisły.
Żona wyprowadziła go na ludzi. Tak bardzo, że gość uwierzył w siebie i poszedł w cug. Okazało się, że ma powodzenie, choć głupi nadal był. Myślał, że się nie wyda, a się wydało.
Nie będę pisać o tym, co pomiędzy.
W każdym razie szwagierka (siostra wrzoda), przyjeżdżała do nas, bo służbowo jej pasowało i kiedyś się przełamała. Zaczęła opowiadać.
W swojej naiwności sądziłam, że kiedy usłyszy moją historię (szykowałam się do ostatecznego odejścia) zrozumie i odejdzie od niego. Wałkowałam temat dobre dwa lata. Przytakiwała i ...robiła swoje. W końcu pobił ją. Ten spokojny, obsmarkany gość. Wtłukł jej.
Odeszła. Ale nie odeszła. Paradoksalnie rozwód nie załatwił sprawy. Mam nawet wrażenie, że ona wolałaby zostać z nim.
Przez kolejne dwa lata: kontrolowała z kim się spotyka były, ile zarabia, jak się ubiera. Nie wspomnę o tym, że nie zmieniła zamków i gościu przychodzi sobie jak do siebie. Nie wspomnę też o seksie. On ją perfidnie przeleciał, ona się cieszyła, że pokazała mu jaka jest gorąca.
Dlaczego twierdzę w dalszym ciągu, że z tego nie wyszła? Bo poszła do psychologa. Nie mogła pracować, nie mogła normalnie funkcjonować. Wpadła w depresję, ciągle myśląc o tym co on robi. Nie pomyślała ani razu, że jest wolna i że teraz ona ma swój czas. Psychologowi powiedziała ogólniki. Że rozwód, dzieci jej nie rozumieją, ma depresję. Zapytałam dlaczego nie powiedziała tego, co mówiła mnie. Bo ona nie będzie obcym ludziom zwierzać się ze swoich problemów.
Wtedy opadły mi ręce, cycki, gacie i wszystko co mogło opaść. Wtedy doszłam do wniosku, że nie przekonam jej nigdy. Jest jak ćma, która i tak poleci do tego jednego ognia. Nie wyrwie się z zaklętego kręgu, bo zwyczajnie nie widzi wyjścia. moje cztery lata wałkowania i urabiania nie przyniosło żadnego rezultatu.
Tylko chyba taki, że jestem dla niej największą powiernicą i wsparciem.
Tylko że ja jakiś czas temu odcięłam się od tego. Przestałam radzić i pocieszać.
I możemy takie osoby nazywać jakkolwiek. Ofiara, uzależniona, głupia, naiwna. Niczego to nie zmieni. Dopóki ta osoba nie otworzy jednych drzwi w umyśle, wyjściowych. Dopóki nie stanie się coś co wykolei je z utartego szlaku. Coś co spowoduje, że się poprzestawia w myśleniu wszystko. Bo powyższy przykład pokazuje, że nawet rozwód nie gwarantuje zmiany.
Na dziś:
Anna Maria Jopek & Michał Żebrowski - Wspomnienie
Uwielbiam Żebrowskiego i Annę Marię. Dwa piękne głosy...
Mam takie dni, kiedy milczę. Zewnętrznie.
Bo wewnątrz gotuje się i bulgocze. Moja dusza śpiewa. Serce. Płuca.
Czasem śpiewa radośnie i wiem jak to jest, kiedy serce się wyrywa z piersi, kiedy płuca są hiperwentylowane, a tlen buzuje w żyłach. Kiedy każdy oddech jest łapczywie chwytany i wypuszczany.
Muzyka z zewnątrz rozsadza środek. Dodaje mi adrenaliny. Mogłabym krzyczeć. Śpiewać. Przenosić góry i płakać ze szczęścia.
Słucham wtedy muzyki. Fajnie, kiedy mogę być na koncercie, gdzieś w pobliżu głośników, żeby czuć falę uderzeniową. Ale wystarczy, że puszczę sobie to co kocham.
Czasem płacze. Łka w ciszy. Kuli się i nie może złapać oddechu. Czasem boli wspomnienie. Czasem boli niemoc. Czasem jest żal. Czasem żadna ukochana muzyka nie daje wytchnienia. Dołuje, nie wiedzieć czemu, zamiast stawiać na nogi. Tak jakby ktoś wbił mi cierń.
Całe szczęście, że to zdarza się bardzo rzadko.
Pamiętam spektakularne wycie do księżyca, kiedy siedziałam na wieżyczce ratowniczej, patrzyłam na pełnię nad jeziorem i ryczałam, podnosząc stan wody. Przesiedziałam tak pół nocy. Słuchając Lady Punk.
Dzisiaj częściej uśmiecham się do siebie.
Na dziś: Illusion - Cierń
Uwielbiam ten utwór. Mam kasetę z autografami chłopaków z 1992 roku. Dali czadowy koncert w moim malutkim mieście. Nie zapomnę jak jeden chłopak wdrapał się na scenę i chciał skoczyć w tłum. I tłum....rozstąpił się.