Mało co wyprowadza mnie z równowagi.
Czasem jakiś drobiazg, czasem coś większego, ale pokotłuje się i znika.
Czasem mam focha przez kilka dni i ledwo ze sobą wytrzymuję.
Ale od niedzieli coś się zmieniło.
Nie poznaję siebie.
Jestem tak bardzo wkurwiona, że przechodzi to ludzkie pojęcie.
Sama jestem tym zdziwiona.
Czepiam się ludzi, drobiazgów, zajebanych przez sąsiadów worków na segregowane śmieci. Wkurwia mnie wspomnienie jebanych hukowych petard z sylwestra, które ten jebany sąsiad od zajebanych worków rozpierdalał pod moim oknem, a moje dwa koty z trzech nie wiedziały gdzie uciekać. Trzeci miał wyjebane.
Wkurwia mnie to co czytam.
Wkurwiają mnie moje przypuszczenia.
Wkurwia mnie niemoc i moc.
Wkurwia mnie wszystko co się wylewa zewsząd. Z wiadomości, mediów, ludzkich głów i spod mojej wanny.
Wkurwia mnie to, że nie liczy się nic, co dobre.
Jestem zła do szpiku kości na to wszystko.
Ryczałam.
Ze strachu, niemocy, bólu.
Od kilku dni klnę jak szewc. Nawet w snach.
Nie mogę pojąć.
Nie obejmuję rozumem tej abstrakcji, która się dzieje.
Ja, dla której liczą się fakty i twarde dowody. Widzę co się dzieje i nie rozumiem.
To znaczy rozumiem.
Nic się nie zmieniło.
Szambo wybija, jak wybijało.
Ostentacja i chamska bezkarność.
Ale wierzę, że to się skończy.
Ta cała pierdolona beznadziejna sytuacja.
środa, 16 stycznia 2019
wtorek, 1 stycznia 2019
[394]. Na ten Nowy Rok
Koniec roku to taki moment przejścia.
Niby nic się nie zmienia, ale jednak. Dla mnie to taka winda do kolejnego stycznia i powolne opadanie w kolejnym roku, aż do kolejnego grudnia. Taki slalom od miesiąca do miesiąca.
Nie wiem, czy chce mi się rozmyślać o tym co było, bo przecież niczego nie zmienię. Ale czasem taka analiza przydaje się przy weryfikacji planów.
I tak:
rok temu straciłam pracę, którą lubiłam. Dopadł mnie stres, który zjadł trochę mojego zdrowia i przez kilka miesięcy uwalniałam się od niego.
Pracowałam w kilku miejscach, czasem po 18 godzin. na dobę. Zajechałam się psychicznie i fizycznie.
Ale.
To był fantastyczny koncertowy rok. Mimo, że nie wszędzie mogłam być, to i tak zobaczyłam i posłuchałam na żywo dużą część moich faworytów. Ciągle mi mało.
Podjęłam najważniejszą decyzję w swoim życiu i zaczęłam je przemeblowywać konsekwentnie. Paszport już jest do odebrania. Na najważniejsze muszę poczekać. I poczekam cierpliwie.
Dzisiaj tradycyjnie słucham Trójki i wspominam. delektuję się setką fajnych utworów, które poruszają coś w środku, bo przypominają mi kawałki mojego życia.
Przy większości ryczę jak bóbr, bo muzyka gra we mnie od zawsze, a kiedy puszczam ją tak głośno jak dzisiaj, to czuję ją wszędzie. Przy niektórych dostaję takiego przypływu energii, że chce mi się skakać. Za to kocham muzykę i nie mogę bez niej żyć.
Plany na ten rok?
Są jakieś. Więcej tego, mniej tamtego, szczypta niepewności, garść doświadczenia, odrobina starego, mnóstwo nowego.
Nie robię postanowień. Wiem czego chcę, a ścieżki ułożą się same.
Wiem, że będzie dobrze.
I tego samego życzę Wam wszystkim.
Dzisiaj tradycyjnie słucham Trójki i wspominam. delektuję się setką fajnych utworów, które poruszają coś w środku, bo przypominają mi kawałki mojego życia.
Przy większości ryczę jak bóbr, bo muzyka gra we mnie od zawsze, a kiedy puszczam ją tak głośno jak dzisiaj, to czuję ją wszędzie. Przy niektórych dostaję takiego przypływu energii, że chce mi się skakać. Za to kocham muzykę i nie mogę bez niej żyć.
Plany na ten rok?
Są jakieś. Więcej tego, mniej tamtego, szczypta niepewności, garść doświadczenia, odrobina starego, mnóstwo nowego.
Nie robię postanowień. Wiem czego chcę, a ścieżki ułożą się same.
Wiem, że będzie dobrze.
I tego samego życzę Wam wszystkim.
środa, 26 grudnia 2018
[393]. Szczęście
Są takie momenty w życiu, że opadają ręce.
Mi opadły pewnej mroźnej, grudniowej środy, kiedy odebrałam receptę, a wraz z nią usłyszałam, że:
- nie wiem jak pani to zdobędzie, bo jest ogromny problem z tym.
Zdziwiłam się, ale jeszcze nie przeraziłam.
Sęk w tym, że nie można sobie zamienić na coś innego, bo to szczepionka. Do odczulania.
Rozpoczął się wyścig z czasem, bo muszę mieć ją na początek stycznia, a po drodze święta.
Jeszcze na spokojnie zadzwoniłam do mojej ulubionej apteki, gdzie dowiedziałam się, że:
- Nie nie nie. Nie ma szans. Przychodzi 10, a realizowane są dopiero recepty z września.
Hm. Pomyślałam w swej niewiedzy, że zobaczę w necie. Jest! Jedna sztuka! Popędziłam zadowolona z siebie do apteki, a tam wkurzony pan magister:
- Nie wiem skąd te wiadomości mają na tym portalu, ale nie mamy tej szczepionki od września, nie wiadomo kiedy będziemy mieć.
O innych sugestiach, dlaczego jest taki problem, nie wspomnę nawet.
No to telefon do mamy, bo przecież w tym małym, fajnym miasteczku może jedna gdzieś jest.
Nie ma. Ściana. Nawet zamówić nie można.
W akcie rozpaczy napisałam na swojej wirtualnej ścianie, że szukam.
I wiecie co?
Mam szczepionkę. A nawet dwie. Bo tyle było na recepcie.
Ruszyła taka lawina pomocy, że do teraz nie wierzę, że to się zadziało.
Zaangażowało się tyle osób, części nie znam zupełnie.
Szczepionka przyjechała do mnie z innego miejsca w kraju, przebyła drogę w pięciu częściach, a brało w tym udział siedem osób, sześć lodówek, plus turystyczna.
Druga szczepionka przyjechała z bliższego miejsca, ale to też była kombinacja alpejska, bo tu znam tylko ostatnią osobę, a reszty nie. Do niedawna nie wiedziałam nawet, że taka miejscowość istnieje, o aptece w tej pipidówce nie wspomnę.
Do dzisiaj nie wierzę, że się udało.
Szczególnie, najmocniej, najbardziej, najserdeczniej, naj naj naj dziękuję Dreamu.
Kocham Cię tak, że aż!!!!!!!
Mi opadły pewnej mroźnej, grudniowej środy, kiedy odebrałam receptę, a wraz z nią usłyszałam, że:
- nie wiem jak pani to zdobędzie, bo jest ogromny problem z tym.
Zdziwiłam się, ale jeszcze nie przeraziłam.
Sęk w tym, że nie można sobie zamienić na coś innego, bo to szczepionka. Do odczulania.
Rozpoczął się wyścig z czasem, bo muszę mieć ją na początek stycznia, a po drodze święta.
Jeszcze na spokojnie zadzwoniłam do mojej ulubionej apteki, gdzie dowiedziałam się, że:
- Nie nie nie. Nie ma szans. Przychodzi 10, a realizowane są dopiero recepty z września.
Hm. Pomyślałam w swej niewiedzy, że zobaczę w necie. Jest! Jedna sztuka! Popędziłam zadowolona z siebie do apteki, a tam wkurzony pan magister:
- Nie wiem skąd te wiadomości mają na tym portalu, ale nie mamy tej szczepionki od września, nie wiadomo kiedy będziemy mieć.
O innych sugestiach, dlaczego jest taki problem, nie wspomnę nawet.
No to telefon do mamy, bo przecież w tym małym, fajnym miasteczku może jedna gdzieś jest.
Nie ma. Ściana. Nawet zamówić nie można.
W akcie rozpaczy napisałam na swojej wirtualnej ścianie, że szukam.
I wiecie co?
Mam szczepionkę. A nawet dwie. Bo tyle było na recepcie.
Ruszyła taka lawina pomocy, że do teraz nie wierzę, że to się zadziało.
Zaangażowało się tyle osób, części nie znam zupełnie.
Szczepionka przyjechała do mnie z innego miejsca w kraju, przebyła drogę w pięciu częściach, a brało w tym udział siedem osób, sześć lodówek, plus turystyczna.
Druga szczepionka przyjechała z bliższego miejsca, ale to też była kombinacja alpejska, bo tu znam tylko ostatnią osobę, a reszty nie. Do niedawna nie wiedziałam nawet, że taka miejscowość istnieje, o aptece w tej pipidówce nie wspomnę.
Do dzisiaj nie wierzę, że się udało.
Szczególnie, najmocniej, najbardziej, najserdeczniej, naj naj naj dziękuję Dreamu.
Kocham Cię tak, że aż!!!!!!!
piątek, 7 grudnia 2018
[392]. Reorganizacja
Nie wiem jaki procent naszego społeczeństwa nie myśli. Nie ma refleksji nad życiem, swoimi czynami, nad egzystencją.
Wielu, mam nadzieję, że nie większość, widzi tylko czubek swojego nosa, i nie jest to spowodowane dioptriami. Nigdy nie wiem czy plus, czy minus odnosi się do krótkowzroczności. Za cholerę nie mogę zapamiętać jakie noszę okulary. Kiedyś może się uda.
Znam za to osobiście takiego kogoś, choć chciałoby się napisać nikogo. Kogoś, kogo dwunastolatek powala na argumenty. Daje mu znać sarkazmem i ironią, że nie wie o czym mówi.
Niestety, ten ktoś był moim mężem...
I teraz ten ktoś-nikt sprawił, że złożyłam wniosek do sądu rodzinnego o zgodę na przeniesienie w inny wymiar. Ekonomiczny, kulturowy, językowy, klimatyczny.
Czeka mnie kilkumiesięczna wegetacja. Znów nie jest dobrze, ale jest lepiej. Teraz muszę się przeorganizować, przeanalizować, pokombinować.
Będzie dobrze.
A na razie:
Let the power be with me!
Wielu, mam nadzieję, że nie większość, widzi tylko czubek swojego nosa, i nie jest to spowodowane dioptriami. Nigdy nie wiem czy plus, czy minus odnosi się do krótkowzroczności. Za cholerę nie mogę zapamiętać jakie noszę okulary. Kiedyś może się uda.
Znam za to osobiście takiego kogoś, choć chciałoby się napisać nikogo. Kogoś, kogo dwunastolatek powala na argumenty. Daje mu znać sarkazmem i ironią, że nie wie o czym mówi.
Niestety, ten ktoś był moim mężem...
I teraz ten ktoś-nikt sprawił, że złożyłam wniosek do sądu rodzinnego o zgodę na przeniesienie w inny wymiar. Ekonomiczny, kulturowy, językowy, klimatyczny.
Czeka mnie kilkumiesięczna wegetacja. Znów nie jest dobrze, ale jest lepiej. Teraz muszę się przeorganizować, przeanalizować, pokombinować.
Będzie dobrze.
A na razie:
Let the power be with me!
niedziela, 25 listopada 2018
[391]. Trudno
Miałam nadzieję. Szczerze, było 99,9% szansy, że się nie uda. No i nie udało się.
I nie, nie nastawiałam się na nie. To zwyczajne realne spojrzenie na fakty.
Nie mogę iść dalej. Przynajmniej na razie. Ale za jakiś czas pewnie tak.
I dlatego jutro składam wniosek do sądu.
Na razie tyle.
Bo jest mi smutno, że nie można zwyczajnie się dogadać. Ale skoro nie, to nie.
Jak ochłonę, to się rozwinę.
Na razie cieszę się tylko, że mój syn nie daje zapędzić się w kozi róg.
I nie, nie nastawiałam się na nie. To zwyczajne realne spojrzenie na fakty.
Nie mogę iść dalej. Przynajmniej na razie. Ale za jakiś czas pewnie tak.
I dlatego jutro składam wniosek do sądu.
Na razie tyle.
Bo jest mi smutno, że nie można zwyczajnie się dogadać. Ale skoro nie, to nie.
Jak ochłonę, to się rozwinę.
Na razie cieszę się tylko, że mój syn nie daje zapędzić się w kozi róg.
piątek, 16 listopada 2018
[390]. Życie
Jak w Madrycie. Chciałoby się rzec.
Ale tak nie powiem. Z wielu względów. Chociaż nie powiem, jest totalne wariactwo, szaleństwo i metoda. Jest odwaga i strach. Za i przeciw. Jest tak jak lubię. Nie to, że nie lubię spokoju, siedzenia pod kocykiem z książką i herbata i nicniemuszenia. Lubię, a wręcz uwielbiam pasjami. Ale ten rok jest szalony. I już mogę powiedzieć, że go lubię. bo kto nie idzie do przodu to nie stoi w miejscu tylko się cofa. A ja вперед!
Po pierwsze:
Nadszedł dla mnie czas podejmowania decyzji, wprowadzania w życie planów, zmian, ogólna metamorfoza strefy komfortu. A raczej, nawet bardziej, opuszczenie jej. Albo lepiej, powolne wychodzenie.
Powolne, bo w tym przypadku nie mogę zrobić hop i już.
Będę o tym pisać, więc dowiecie się co i jak. Na razie grzecznie czekam na przyszły czwartek.
Po drugie:
Nowa praca.
Co mogę o niej powiedzieć? To, że takich właścicieli firm już nie ma. I nie, że to starsi panowie dwaj. Nie nie. Takich ze świecą szukać.
Że jestem wyganiana z pracy punkt 15. Nikt się nie krzywi, że muszę wziąć dzień wolnego, mimo, że pracuję dopiero dwa dni, tydzień, miesiąc. Szefowie z troską pytają, czy wszystko w porządku. Nikt do nikogo nie dzwoni, żeby zapytać, na której półce leży coś. Albo czy to czy tamto jest załatwione. I tu wchodzi całe sedno sprawy.
Na pierwszy rzut oka praca prosta jak konstrukcja cepa. Ale drugi rzut, czwarty i dziesiąty pokazuje, że żeby wszystko sprawnie działało, a działa!, trzeba wbić się w mechanizm działania. Bo wszystkie trybiki muszą...zatrybić. Jeden drobiazg, który może wydawać się mało istotny, jest widoczny dla wprawnego oka i zaburza system. dzięki temu, że tak to działa nie trzeba kombinować, wystarczy wiedzieć gdzie można znaleźć.
Piękne to, ale muszę zapamiętać mnóstwo schematów i nie mylić się. Irytuje mnie to, że czasem czegoś zapomnę. Że jestem wolniejsza niż moja mentorka, bo ja muszę "zbadać element", czyli zrozumieć celowość oraz powiązania.
Podoba mi się ta praca, ale nie wiążę z nią przyszłości. Z dwóch względów: jeden jest taki, że dziewczyna, którą zastąpię wraca za kilka miesięcy, a drugi niedługo poznacie.
Po trzecie: włączyła mi się opcja minimalizm.
Bo po pierwsze. A poza tym zaczął mnie irytować natłok rzeczy, które jeszcze niedawno wydawały mi się niezbędne. Teraz zbieram się do wywalania i przeglądania, mimo, że niedawno to robiłam. Robiłam, ale nie zrobiłam. Czas to naprawić.
Do tego wszystkiego dodam jeszcze tylko to, że dzisiaj i jutro szkoła, w niedzielę wagary, nie pójdę na tokarki, nad czym ubolewam okrutnie, ale będę w tym czasie w stolicy, na koncercie, więc się nie rozdwoję. Jutro za to po szkole idziemy na lodowisko.
A teraz idę spać. Jeszcze się tylko pochwalę, że zadania z pasowania na zaliczenie oddałam pierwsza. Jestem mega szczęśliwa. Nawet nie wiecie jak bardzo.
Ale tak nie powiem. Z wielu względów. Chociaż nie powiem, jest totalne wariactwo, szaleństwo i metoda. Jest odwaga i strach. Za i przeciw. Jest tak jak lubię. Nie to, że nie lubię spokoju, siedzenia pod kocykiem z książką i herbata i nicniemuszenia. Lubię, a wręcz uwielbiam pasjami. Ale ten rok jest szalony. I już mogę powiedzieć, że go lubię. bo kto nie idzie do przodu to nie stoi w miejscu tylko się cofa. A ja вперед!
Po pierwsze:
Nadszedł dla mnie czas podejmowania decyzji, wprowadzania w życie planów, zmian, ogólna metamorfoza strefy komfortu. A raczej, nawet bardziej, opuszczenie jej. Albo lepiej, powolne wychodzenie.
Powolne, bo w tym przypadku nie mogę zrobić hop i już.
Będę o tym pisać, więc dowiecie się co i jak. Na razie grzecznie czekam na przyszły czwartek.
Po drugie:
Nowa praca.
Co mogę o niej powiedzieć? To, że takich właścicieli firm już nie ma. I nie, że to starsi panowie dwaj. Nie nie. Takich ze świecą szukać.
Że jestem wyganiana z pracy punkt 15. Nikt się nie krzywi, że muszę wziąć dzień wolnego, mimo, że pracuję dopiero dwa dni, tydzień, miesiąc. Szefowie z troską pytają, czy wszystko w porządku. Nikt do nikogo nie dzwoni, żeby zapytać, na której półce leży coś. Albo czy to czy tamto jest załatwione. I tu wchodzi całe sedno sprawy.
Na pierwszy rzut oka praca prosta jak konstrukcja cepa. Ale drugi rzut, czwarty i dziesiąty pokazuje, że żeby wszystko sprawnie działało, a działa!, trzeba wbić się w mechanizm działania. Bo wszystkie trybiki muszą...zatrybić. Jeden drobiazg, który może wydawać się mało istotny, jest widoczny dla wprawnego oka i zaburza system. dzięki temu, że tak to działa nie trzeba kombinować, wystarczy wiedzieć gdzie można znaleźć.
Piękne to, ale muszę zapamiętać mnóstwo schematów i nie mylić się. Irytuje mnie to, że czasem czegoś zapomnę. Że jestem wolniejsza niż moja mentorka, bo ja muszę "zbadać element", czyli zrozumieć celowość oraz powiązania.
Podoba mi się ta praca, ale nie wiążę z nią przyszłości. Z dwóch względów: jeden jest taki, że dziewczyna, którą zastąpię wraca za kilka miesięcy, a drugi niedługo poznacie.
Po trzecie: włączyła mi się opcja minimalizm.
Bo po pierwsze. A poza tym zaczął mnie irytować natłok rzeczy, które jeszcze niedawno wydawały mi się niezbędne. Teraz zbieram się do wywalania i przeglądania, mimo, że niedawno to robiłam. Robiłam, ale nie zrobiłam. Czas to naprawić.
Do tego wszystkiego dodam jeszcze tylko to, że dzisiaj i jutro szkoła, w niedzielę wagary, nie pójdę na tokarki, nad czym ubolewam okrutnie, ale będę w tym czasie w stolicy, na koncercie, więc się nie rozdwoję. Jutro za to po szkole idziemy na lodowisko.
A teraz idę spać. Jeszcze się tylko pochwalę, że zadania z pasowania na zaliczenie oddałam pierwsza. Jestem mega szczęśliwa. Nawet nie wiecie jak bardzo.
sobota, 3 listopada 2018
[389]. Mordęga
Praca pracą, a tu żyć trzeba.
Tylko co to za życie!
W poniedziałek zmarzłam jak nie wiem co.
Odczuwalna -3, wilgoć, ziąb niesamowity, droga do domu okazała się zdobywaniem bieguna. Prawie.
Za to wtorek...wtorek dał mi popalić na +20, ciepłym mocnym wiatrem, przez co musiałam zdjąć czapkę, no i poszłoooo...
Środę jakoś przetrwałam.
W czwartek obudziłam się z gardłem wytartym papierem ściernym, bólem głowy migrenowym, łzami i ogólnym roztrzęsem.
Czwartek przespałam.
Piątek zaowocował wizytą u lekarza, o dziwo! były miejsca!
Dostałam worek leków. Światłowstręt mnie zabijał, oczy bolały od łez, ale cóż, dwa razy dziennie to dwa razy dziennie. Postanowiłam więc przeczekać do wieczora i psiknąć sobie w nos nowymi jakimiś kroplami.
To było jak...antidotum na wszystko. Jak miód na serce. Jak piękny zachód słońca na horyzoncie. Jak hałas frezarki..wróć!
To był cud.
Po 2 minutach oczy przestały boleć, łzawić i reagować na światło, znaczy mrużyć się. Przestało mnie kręcić w nosie. Odetkał się on był i całą noc trwał w tym cudzie! Co więcej, nie powrócił żaden z objawów kataru. Ani zatkania nosa odzatokowego.
Potem doczytałam, że to lek z rodziny kortykosteroidów. Ciul z tym. Pomogło mi bardzo i jestem wdzięczna.
Został jeszcze kaszel. O niego bałam się najbardziej, bo rok temu zaczęła się moja polka hopka z nietypowym zapaleniem oskrzeli i trwała do kwietnia. A kaszel też przyszedł z takiego durnego miszmaszu temperaturowego. Dlatego też pognałam do lekarza.
Ale kontrola nad żywotem wróciła, jutro już lecę na warsztaty, bo tokarki będą tęsknić. Kolega podesłał mi zdjęcia swoich notatek, więc jest co robić. A w poniedziałek do pracy, rzut na głęboką wodę.
Trzymajcie kciukasy.
Tylko co to za życie!
W poniedziałek zmarzłam jak nie wiem co.
Odczuwalna -3, wilgoć, ziąb niesamowity, droga do domu okazała się zdobywaniem bieguna. Prawie.
Za to wtorek...wtorek dał mi popalić na +20, ciepłym mocnym wiatrem, przez co musiałam zdjąć czapkę, no i poszłoooo...
Środę jakoś przetrwałam.
W czwartek obudziłam się z gardłem wytartym papierem ściernym, bólem głowy migrenowym, łzami i ogólnym roztrzęsem.
Czwartek przespałam.
Piątek zaowocował wizytą u lekarza, o dziwo! były miejsca!
Dostałam worek leków. Światłowstręt mnie zabijał, oczy bolały od łez, ale cóż, dwa razy dziennie to dwa razy dziennie. Postanowiłam więc przeczekać do wieczora i psiknąć sobie w nos nowymi jakimiś kroplami.
To było jak...antidotum na wszystko. Jak miód na serce. Jak piękny zachód słońca na horyzoncie. Jak hałas frezarki..wróć!
To był cud.
Po 2 minutach oczy przestały boleć, łzawić i reagować na światło, znaczy mrużyć się. Przestało mnie kręcić w nosie. Odetkał się on był i całą noc trwał w tym cudzie! Co więcej, nie powrócił żaden z objawów kataru. Ani zatkania nosa odzatokowego.
Potem doczytałam, że to lek z rodziny kortykosteroidów. Ciul z tym. Pomogło mi bardzo i jestem wdzięczna.
Został jeszcze kaszel. O niego bałam się najbardziej, bo rok temu zaczęła się moja polka hopka z nietypowym zapaleniem oskrzeli i trwała do kwietnia. A kaszel też przyszedł z takiego durnego miszmaszu temperaturowego. Dlatego też pognałam do lekarza.
Ale kontrola nad żywotem wróciła, jutro już lecę na warsztaty, bo tokarki będą tęsknić. Kolega podesłał mi zdjęcia swoich notatek, więc jest co robić. A w poniedziałek do pracy, rzut na głęboką wodę.
Trzymajcie kciukasy.
sobota, 13 października 2018
[388]. Z drogi!
No dobrze.
Telegraficzny skrót*:
w dalszym ciągu jestem zachwycona kursem. Tym bardziej, że mieliśmy programowanie. I albo ja jestem taki geniusz, albo trafiłam na słabeuszy. Wszystko pierwsza! Najszybciej! Najlepiej!
Nie tak do końca, ale fakt, byłam pierwsza. Zamotałam się w ostatnim zadaniu, ale pogoniłam wykładowcę, który jest z tych, że podchodzi, poprawia i nie tłumaczy. Powiedziałam: nie chcę, ja sama. Pan powiedział ok i sobie poszedł. Na moją soczystą zmemłaną w ustach urwę, kolega, który nie ogarniał, a siedział obok, niestety, powiedział: spokojnie, wyluzuj, po co się denerwować.
Zerknęłam na jego monitor i...fakt, po co się wkurzać, jak ja pisałam już drugi program, a on miał dwie linijki pierwszego.
W każdym razie podoba mi się ogromnie. Nie mogę się doczekać następnych zajęć.
To tyle o szkole, bo nie będę zanudzać.
W międzyczasie zmieniłam pracę.
Bo chyba nie mówiłam, że zatrudniłam się przez agencję na linii montażowej elektroniki. Taki reksio ze mnie był. Po parę tysięcy tych samych elementów trzeba było obrobić.
Fajnie. Ludzie w porządku, ciepło, sucho, sympatycznie. Tylko praca na akord, daleko i nocki.
Mój organizm powiedział stanowcze NO WAY!
Dzisiaj rano zeszłam z ostatniej nocki i powiedziałam nigdy więcej. Zmęczenie fizyczne, psychiczne i nie wiem co jeszcze. Powieki z ołowiu, uczulenie (zapewne na latający w powietrzu nikiel), bo początek sezonu grzewczego tak na mnie działa, a tam grzali. Suche powietrze do tego.
Tak serio to traktowałam to przechodnio. Na jakiś czas, aż znajdę to, czego szukam.
I znalazłam.
Zadzwonił do mnie miły pan, zapytać, czy jestem zainteresowana. Nie bardzo kumałam skąd się urwał, bo moje cv dostał ponad miesiąc temu. Ale ochoczo się zgodziłam. Umówił mnie na spotkanie, na które jechałam tuż po nocce wczoraj. Później przeszperałam wysłane maile, żeby skojarzyć gdzie to ja się pcham. Aż mnie zatchło, kiedy zobaczyłam, że to właśnie to.
Postanowiłam, że będę tam pracować.
Pojechałam więc na spotkanie, po drodze zobaczyłam, że jest biblioteka i pomyślałam, że świetnie, będzie blisko, siadłam przed trzema osobami i zaczęłam odpowiadać na pytania. Cud, że nie usnęłam w połowie zdania.
Najlepsze jest to, że pani wałkowała mnie od strony księgowej. Zapytałam czy mam odpowiedzieć gdzie muszę klikać w programie, czy opisać proces tworzenia dokumentów, bo nie bardzo wiem. Potem przyznałam się, że angielski kuleje, ale jest i dam radę.
Najlepsze było jak panowie mnie odpytywali. Najpierw o pracę, co robiłam itd. Ale ostatnie pytania były o ... moje hobby. A że przez całą rozmowę byłam sobą, tak i tu odpowiadałam co o tym myślę.
Więc pływałam po morzach, narty tylko we Włoszech, a najlepsza rzeka do spływów to Drawa.
I tak mi się wydaje, i myślę, że mam rację, że te trzy ostatnie odpowiedzi zaważyły.
Miałam dostać odpowiedź o tym czy przyjęto mnie, czy nie, za kilka dni. Telefon miałam kilka godzin później.
Także wypowiedzenie złożyłam, i za tydzień idę do pracy. Nowej. Tej, którą chciałam.
I to jest najlepsze podsumowanie ostatniego tygodnia.
Bo nie powiedziałam jeszcze, że mało brakowało, a zostałabym listonoszem. Tylko po rozmowie z naczelnikiem, który uznał, że skoro ze mną rozmawia to już pozamiatane i nie ma nad czym się zastanawiać, intensywnie chciałam tej pracy, do której ostatecznie idę. Myśli mają wielką siłę, a ja myślałam o tym, że nie chcę w mrozie, deszczu, zimnie, gorącu zapierdzielać na rowerze z listami, chociaż bardzo lubię poniższą piosenkę. I pracę na poczcie.
I tym optymistycznym akcentem kończę na dziś.
(* żartowałam)
Telegraficzny skrót*:
w dalszym ciągu jestem zachwycona kursem. Tym bardziej, że mieliśmy programowanie. I albo ja jestem taki geniusz, albo trafiłam na słabeuszy. Wszystko pierwsza! Najszybciej! Najlepiej!
Nie tak do końca, ale fakt, byłam pierwsza. Zamotałam się w ostatnim zadaniu, ale pogoniłam wykładowcę, który jest z tych, że podchodzi, poprawia i nie tłumaczy. Powiedziałam: nie chcę, ja sama. Pan powiedział ok i sobie poszedł. Na moją soczystą zmemłaną w ustach urwę, kolega, który nie ogarniał, a siedział obok, niestety, powiedział: spokojnie, wyluzuj, po co się denerwować.
Zerknęłam na jego monitor i...fakt, po co się wkurzać, jak ja pisałam już drugi program, a on miał dwie linijki pierwszego.
W każdym razie podoba mi się ogromnie. Nie mogę się doczekać następnych zajęć.
To tyle o szkole, bo nie będę zanudzać.
W międzyczasie zmieniłam pracę.
Bo chyba nie mówiłam, że zatrudniłam się przez agencję na linii montażowej elektroniki. Taki reksio ze mnie był. Po parę tysięcy tych samych elementów trzeba było obrobić.
Fajnie. Ludzie w porządku, ciepło, sucho, sympatycznie. Tylko praca na akord, daleko i nocki.
Mój organizm powiedział stanowcze NO WAY!
Dzisiaj rano zeszłam z ostatniej nocki i powiedziałam nigdy więcej. Zmęczenie fizyczne, psychiczne i nie wiem co jeszcze. Powieki z ołowiu, uczulenie (zapewne na latający w powietrzu nikiel), bo początek sezonu grzewczego tak na mnie działa, a tam grzali. Suche powietrze do tego.
Tak serio to traktowałam to przechodnio. Na jakiś czas, aż znajdę to, czego szukam.
I znalazłam.
Zadzwonił do mnie miły pan, zapytać, czy jestem zainteresowana. Nie bardzo kumałam skąd się urwał, bo moje cv dostał ponad miesiąc temu. Ale ochoczo się zgodziłam. Umówił mnie na spotkanie, na które jechałam tuż po nocce wczoraj. Później przeszperałam wysłane maile, żeby skojarzyć gdzie to ja się pcham. Aż mnie zatchło, kiedy zobaczyłam, że to właśnie to.
Postanowiłam, że będę tam pracować.
Pojechałam więc na spotkanie, po drodze zobaczyłam, że jest biblioteka i pomyślałam, że świetnie, będzie blisko, siadłam przed trzema osobami i zaczęłam odpowiadać na pytania. Cud, że nie usnęłam w połowie zdania.
Najlepsze jest to, że pani wałkowała mnie od strony księgowej. Zapytałam czy mam odpowiedzieć gdzie muszę klikać w programie, czy opisać proces tworzenia dokumentów, bo nie bardzo wiem. Potem przyznałam się, że angielski kuleje, ale jest i dam radę.
Najlepsze było jak panowie mnie odpytywali. Najpierw o pracę, co robiłam itd. Ale ostatnie pytania były o ... moje hobby. A że przez całą rozmowę byłam sobą, tak i tu odpowiadałam co o tym myślę.
Więc pływałam po morzach, narty tylko we Włoszech, a najlepsza rzeka do spływów to Drawa.
I tak mi się wydaje, i myślę, że mam rację, że te trzy ostatnie odpowiedzi zaważyły.
Miałam dostać odpowiedź o tym czy przyjęto mnie, czy nie, za kilka dni. Telefon miałam kilka godzin później.
Także wypowiedzenie złożyłam, i za tydzień idę do pracy. Nowej. Tej, którą chciałam.
I to jest najlepsze podsumowanie ostatniego tygodnia.
Bo nie powiedziałam jeszcze, że mało brakowało, a zostałabym listonoszem. Tylko po rozmowie z naczelnikiem, który uznał, że skoro ze mną rozmawia to już pozamiatane i nie ma nad czym się zastanawiać, intensywnie chciałam tej pracy, do której ostatecznie idę. Myśli mają wielką siłę, a ja myślałam o tym, że nie chcę w mrozie, deszczu, zimnie, gorącu zapierdzielać na rowerze z listami, chociaż bardzo lubię poniższą piosenkę. I pracę na poczcie.
I tym optymistycznym akcentem kończę na dziś.
(* żartowałam)
czwartek, 27 września 2018
[387]. Jest taki czas
Pewnie wszyscy czekają na to co u mnie. Nerwowo stukają ołówkami w biurka, machają nerwowo nóżką, każdy swoją, obgryzają paznokcie, albo chociaż skórki. I oczywiście boją się wyjść do sklepu po mąkę, bo a nuż w tym czasie Natt coś napisze.
Fajnie jest myśleć, że ktoś czeka, ale wiem, że tylko moja wyobraźnia. Którą z resztą lubię. I nie będę wyprowadzać się z błędu.
Niech będzie, napiszę co u mnie.
Szkoła, jak to opisałam w peanie ostatnim, jest rewelacyjna. Znaczy ja ją tak odbieram, bo nie ma ocen, sami faceci, rozumiecie. Były jeszcze dwie laski (lachony) na samym początku, ale mój osobisty blask spowodował, że w pięć minut przeniosły się do drugiej grupy. Także ten, konkurencji nie ma. Za to jest dziesięciu chłopa. Od podlotków, do poważnych panów, którzy o wędkarstwie mogliby godzinami.
Obiecywałam sobie, że nie, ja nigdy już, nie ma mowy, nie będę kierownikiem żadnego zamieszania i proszę. Musiałam. Nie byłabym sobą. Więc trochę chłopców poustawiałam, założyłam grupę tajną przez poufną i korzystam z atencji.
Ale najważniejsze jest to, że pierwsze zajęcia praktyczne za mną.
Wiecie jak jest.
Prowadzący: - tu jest to, tam przełączacie, tu pamiętajcie o.., tego nie ruszać, tu ustawić i jedziecie. Nie ma ideałów. Więc na początku to Wam nie wyjdzie, jak będzie tolerancja 0,2 to i tak dobrze.
Ja: -( yyyyyyy????)
Prowadzący: - to sobie tu pracujcie, ja zaraz wrócę.
Ja: - (YYYYYY????)
Odwróciłam się do kumpla i błagalnie wyszeptałam: - help!!!!
I co?
Kolega wyjaśnił, która wajcha od czego.
No to Natt, ruszyła. wyczuła luzy, bo te cholerstwa mają mega luzy na pokrętłach.
Po czym skończyła pierwsza. Przychodzi pan Śmieszny (tak nazwijmy prowadzącego) i z przekąsem mówi: - już? To sprawdzamy. Nie ma ideałów, pamiętajcie.
Suwmiarka, mikrometr i...wyraz mega zaskoczenia na twarzy.
- Panowie, proszę do mnie! Proszę uzyskać taką dokładność jak pani Natt. To wasz wzór idealny. Tolerancja mniej niż 0,1.
Drugie ćwiczenie.
Powtórka z pierwszego.
Duma mnie rozpiera!
Normalnie pokochałam tokarki konwencjonalne miłością bezbrzeżną!
Fajnie jest myśleć, że ktoś czeka, ale wiem, że tylko moja wyobraźnia. Którą z resztą lubię. I nie będę wyprowadzać się z błędu.
Niech będzie, napiszę co u mnie.
Szkoła, jak to opisałam w peanie ostatnim, jest rewelacyjna. Znaczy ja ją tak odbieram, bo nie ma ocen, sami faceci, rozumiecie. Były jeszcze dwie laski (lachony) na samym początku, ale mój osobisty blask spowodował, że w pięć minut przeniosły się do drugiej grupy. Także ten, konkurencji nie ma. Za to jest dziesięciu chłopa. Od podlotków, do poważnych panów, którzy o wędkarstwie mogliby godzinami.
Obiecywałam sobie, że nie, ja nigdy już, nie ma mowy, nie będę kierownikiem żadnego zamieszania i proszę. Musiałam. Nie byłabym sobą. Więc trochę chłopców poustawiałam, założyłam grupę tajną przez poufną i korzystam z atencji.
Ale najważniejsze jest to, że pierwsze zajęcia praktyczne za mną.
Wiecie jak jest.
Prowadzący: - tu jest to, tam przełączacie, tu pamiętajcie o.., tego nie ruszać, tu ustawić i jedziecie. Nie ma ideałów. Więc na początku to Wam nie wyjdzie, jak będzie tolerancja 0,2 to i tak dobrze.
Ja: -( yyyyyyy????)
Prowadzący: - to sobie tu pracujcie, ja zaraz wrócę.
Ja: - (YYYYYY????)
Odwróciłam się do kumpla i błagalnie wyszeptałam: - help!!!!
I co?
Kolega wyjaśnił, która wajcha od czego.
No to Natt, ruszyła. wyczuła luzy, bo te cholerstwa mają mega luzy na pokrętłach.
Po czym skończyła pierwsza. Przychodzi pan Śmieszny (tak nazwijmy prowadzącego) i z przekąsem mówi: - już? To sprawdzamy. Nie ma ideałów, pamiętajcie.
Suwmiarka, mikrometr i...wyraz mega zaskoczenia na twarzy.
- Panowie, proszę do mnie! Proszę uzyskać taką dokładność jak pani Natt. To wasz wzór idealny. Tolerancja mniej niż 0,1.
Drugie ćwiczenie.
Powtórka z pierwszego.
Duma mnie rozpiera!
Normalnie pokochałam tokarki konwencjonalne miłością bezbrzeżną!
sobota, 15 września 2018
[386]. Dreszcz rozkoszy
Ochłonęłam. Wdech-wydech. Żeby się nie zachłysnąć i nie oszaleć z radości.
Całe to zamieszanie ze szkołą, a właściwie kursem zawodowym, uświadomiło mi, że to jest to, czego chciałam całe życie.
Od kiedy pamiętam, a sięgam tak jakieś 41 lat wstecz, milszy był mi zapach smaru w warsztacie dziadka, niż kwiatków w ogrodzie babci. Oczywiście z obu miejsc wyniosłam wiele, ale jednak ten smar..te śrubki..
I tak w końcu, po wielu latach, doszłam do wniosku, że to jest to.
Więc cieszę się na te tokarki i frezarki, jak dziki osioł. Serio!
Zresztą, jak już to byk ma dwa rogi! Dojdzie do tego lada moment kurs z podstaw AutoCada. to moje kolejne marzenie.
W ogóle powiem Wam, że te wszystkie rysunki techniczne, suwmiarki, pomiary, smary i inne przyprawiają mnie o tytułowe dreszcze.
I tak oto, w wieku słusznym, nadrabiam zaległości, bo jak nie teraz to kiedy.
Życie jest piękne!
PS: Znalazł się nauczyciel angielskiego.. Młody nie daje mi spokoju.
Całe to zamieszanie ze szkołą, a właściwie kursem zawodowym, uświadomiło mi, że to jest to, czego chciałam całe życie.
Od kiedy pamiętam, a sięgam tak jakieś 41 lat wstecz, milszy był mi zapach smaru w warsztacie dziadka, niż kwiatków w ogrodzie babci. Oczywiście z obu miejsc wyniosłam wiele, ale jednak ten smar..te śrubki..
I tak w końcu, po wielu latach, doszłam do wniosku, że to jest to.
Więc cieszę się na te tokarki i frezarki, jak dziki osioł. Serio!
Zresztą, jak już to byk ma dwa rogi! Dojdzie do tego lada moment kurs z podstaw AutoCada. to moje kolejne marzenie.
W ogóle powiem Wam, że te wszystkie rysunki techniczne, suwmiarki, pomiary, smary i inne przyprawiają mnie o tytułowe dreszcze.
I tak oto, w wieku słusznym, nadrabiam zaległości, bo jak nie teraz to kiedy.
Życie jest piękne!
PS: Znalazł się nauczyciel angielskiego.. Młody nie daje mi spokoju.
wtorek, 4 września 2018
[385]. Sposób na nudę
Początek roku szkolnego. W końcu. Jesień już prawie. W końcu. Chłodne poranki, mgły i pachnie wilgocią.
Lubię to. Teraz mogłabym pojechać w góry, albo nad morze. Gdziekolwiek bym mogła, ale nie mogę.
Bo nie.
Bo praca którą miałam mieć teraz już, niestety nie wypaliła. I żeby nie było, to mnie zapytano, czy chcę i wręcz były naciski, żebym tam przeszła. Wczoraj dowiedziałam się, że może w listopadzie lub grudniu.
Pierdolcie się. Mam inne plany.
Dlatego znów z punktu wyjścia zaczynam od nowa.
Poza tym, żeby sobie trochę namieszać w życiorysie, własnie rozpoczynam kurs. Techniczny. Będę mieć dyplom technika mechanika za jakieś dwa lata. Żałuję, że wcześniej tego nie zrobiłam, dzisiaj miałabym spokój. Trudno. Lepiej późno niż później. Nie zmienia to faktu, że cieszę się jak cholera i nie mogę się doczekać.
Co jeszcze?
Powiem tylko tyle, że marzenia się spełniają i wierzę, że to jedno najważniejsze spełni się lada chwila.
Lubię to. Teraz mogłabym pojechać w góry, albo nad morze. Gdziekolwiek bym mogła, ale nie mogę.
Bo nie.
Bo praca którą miałam mieć teraz już, niestety nie wypaliła. I żeby nie było, to mnie zapytano, czy chcę i wręcz były naciski, żebym tam przeszła. Wczoraj dowiedziałam się, że może w listopadzie lub grudniu.
Pierdolcie się. Mam inne plany.
Dlatego znów z punktu wyjścia zaczynam od nowa.
Poza tym, żeby sobie trochę namieszać w życiorysie, własnie rozpoczynam kurs. Techniczny. Będę mieć dyplom technika mechanika za jakieś dwa lata. Żałuję, że wcześniej tego nie zrobiłam, dzisiaj miałabym spokój. Trudno. Lepiej późno niż później. Nie zmienia to faktu, że cieszę się jak cholera i nie mogę się doczekać.
Co jeszcze?
Powiem tylko tyle, że marzenia się spełniają i wierzę, że to jedno najważniejsze spełni się lada chwila.
niedziela, 19 sierpnia 2018
[384]. Wolny tydzień.
To był wolny tydzień. Wolny, ale zajęty.
Bardzo fajnie zajęty, bo była moja Sis z dzieciakami. Trochę zgrzytało z chłopakami, ale cóż. Dorastanie. Nie to, że nie mam ochoty zamknąć Młodego w piwnicy i dawać mu suchy chleb i wodę. Mam ogromną ochotę, ale nie mam piwnicy. Niestety.
W każdym razie, tydzień intensywny. Najpierw Wyjście Awaryjne i przeniesienie w czasie do Króla Artura. Udało nam się wyciągnąć Excalibur 5 sekund przed czasem. Zabawa rewelacyjna, dzieciaki zgrały się fantastycznie. To pierwszy i nie ostatni nasz wypad do escape room'u.
Potem zoo, obowiązkowe hambuksy, wizyta w IKEA i w Castoramie. Której już nie lubię na poczet Leroy Merlin'a.
Zepsuła mi się spłuczka. Podtynkowa.
Znaczy ciekła woda. Wkurzało mnie to. Pomyślałam, że uszczelka.
Więc. Odkryłam jak ją wybebeszyć. Oczywiście wujek g. odpowiedział na pytanie jak to zrobić. Bo żywy facet w postaci sąsiada nie bardzo wiedział.
No to wymieniłam uszczelki.
Nie pomogło.
Okazało się, że to zawór co napełnia. W takim razie spędziłam jakieś 4 godziny w podróży tam i z powrotem. Bo tylko w lerua był potrzebny mi sprzęt.
Wymiana potrwała 17 sekund.
Nie cieknie.
Jestem bohaterem we własnym domu!
A wcześniej jeszcze przemeblowałam z Sis mój dom. Dwa pokoje znaczy. Mam teraz sypialnię i pokój dzienny. I mimo, że miało być łyso, bo pozbyłam się szafy z jednego pokoju, jest super.
Uwielbiam mój dom.
A teraz czeka mnie latanie po urzędach, lekarzach, fryzjerach i inne takie.
To znaczy muszę pozałatwiać kilka spraw, zrobić badania na wizytę u endokrynologa, o których zapomniałam miesiąc temu i musiałam przełożyć wizytę i obciąć kudły, bo już mnie wkurzają. Drugi raz nie zapuszczam. Teraz zapuszcza Młody.
Bardzo fajnie zajęty, bo była moja Sis z dzieciakami. Trochę zgrzytało z chłopakami, ale cóż. Dorastanie. Nie to, że nie mam ochoty zamknąć Młodego w piwnicy i dawać mu suchy chleb i wodę. Mam ogromną ochotę, ale nie mam piwnicy. Niestety.
W każdym razie, tydzień intensywny. Najpierw Wyjście Awaryjne i przeniesienie w czasie do Króla Artura. Udało nam się wyciągnąć Excalibur 5 sekund przed czasem. Zabawa rewelacyjna, dzieciaki zgrały się fantastycznie. To pierwszy i nie ostatni nasz wypad do escape room'u.
Potem zoo, obowiązkowe hambuksy, wizyta w IKEA i w Castoramie. Której już nie lubię na poczet Leroy Merlin'a.
Zepsuła mi się spłuczka. Podtynkowa.
Znaczy ciekła woda. Wkurzało mnie to. Pomyślałam, że uszczelka.
Więc. Odkryłam jak ją wybebeszyć. Oczywiście wujek g. odpowiedział na pytanie jak to zrobić. Bo żywy facet w postaci sąsiada nie bardzo wiedział.
No to wymieniłam uszczelki.
Nie pomogło.
Okazało się, że to zawór co napełnia. W takim razie spędziłam jakieś 4 godziny w podróży tam i z powrotem. Bo tylko w lerua był potrzebny mi sprzęt.
Wymiana potrwała 17 sekund.
Nie cieknie.
Jestem bohaterem we własnym domu!
A wcześniej jeszcze przemeblowałam z Sis mój dom. Dwa pokoje znaczy. Mam teraz sypialnię i pokój dzienny. I mimo, że miało być łyso, bo pozbyłam się szafy z jednego pokoju, jest super.
Uwielbiam mój dom.
A teraz czeka mnie latanie po urzędach, lekarzach, fryzjerach i inne takie.
To znaczy muszę pozałatwiać kilka spraw, zrobić badania na wizytę u endokrynologa, o których zapomniałam miesiąc temu i musiałam przełożyć wizytę i obciąć kudły, bo już mnie wkurzają. Drugi raz nie zapuszczam. Teraz zapuszcza Młody.
wtorek, 14 sierpnia 2018
[383]. Ta ostatnia niedziela...
I to dosłownie.
Ostatnia zmiana, dwanaście godzin, dopadła mnie w niedzielę. Posprzątałam wszystko jak należy.
Ale to nieistotne.
Kilka rzeczy sprawiło, że zapamiętam ją długo. Że będę wspominać, kiedy będzie mi źle.
Klienci żegnali się ze mną z żalem.
Jeden poświęcił pół nocy, żeby ze mną pogadać jeszcze.
Drugi, prawie się popłakał. I dokładnie wiem dlaczego, bo mi o tym powiedział. I też długo ze mną stał i rozmawiał.
Kilku było autentycznie smutnych.
Wielu pytało, gdzie można mnie będzie znaleźć.
Paru chciało mój numer telefonu.
Jeden z nich wyniósł za mnie bez pytania śmieci. Taki pan, który zbierał butelki, żeby mieć na karmę dla psa. I któremu te butelki zawsze przyjmowałam, bo tak. Bo widziałam jak dba o swoje zwierzę. Bo nie pije.
A ja, słysząc co mówią, miałam mega uśmiech na twarzy, bo było mi bardzo miło.
Fajne to było pożegnanie.
Ale najważniejsza w tym wszystkim jest mega ulga, którą odczuwam.
Odczuwa też ją zapewne jedna idiotka, która znów się ze mną pożarła w przedostatni dzień.
Ale nie zamierzam tego roztrząsać, bo to już nie mój interes.
Teraz raczę się wolnym tygodniem. Intensywnym wolnym tygodniem.
Zaczęłam od umycia podłogi w kuchni. znienawidzonego linoleum, czy innej wykładziny. Nie mogłam na nią patrzeć. Mycie zwyczajne nie dawało nic, poza zmyciem ciut warstwy brudu.
Strasznie mnie to irytowało. Doszło do momentu, że postanowiłam sobie, że wymienię to gówno, nie będę się męczyć. Ale ponieważ na razie nie dysponuję wolnymi środkami, to musiałam czymś to umyć.
Rozwiązanie podsunęła Kudłata.
Nie dał rady płyn do okien (tak, spróbowałam!), domestos, płyn do podłóg to porażka, cif odpadał w przedbiegach, woda z octem sodą i kwaskiem cytrynowym tak samo.
Padło więc na płyn do piekarnika.
Śmiechy - chichy (sprawdź czy nie przepaliło do sąsiadów), a on podziałał! Zeszło pięknie, podłoga jest czyściutka, jak się wprowadziłam to taka nie była.
Mam cudownie czystą podłogę, z kuchni nie chce się wychodzić.
A teraz czas na przemeblowanie.
Od jutra powalczę o przestrzeń.
Ostatnia zmiana, dwanaście godzin, dopadła mnie w niedzielę. Posprzątałam wszystko jak należy.
Ale to nieistotne.
Kilka rzeczy sprawiło, że zapamiętam ją długo. Że będę wspominać, kiedy będzie mi źle.
Klienci żegnali się ze mną z żalem.
Jeden poświęcił pół nocy, żeby ze mną pogadać jeszcze.
Drugi, prawie się popłakał. I dokładnie wiem dlaczego, bo mi o tym powiedział. I też długo ze mną stał i rozmawiał.
Kilku było autentycznie smutnych.
Wielu pytało, gdzie można mnie będzie znaleźć.
Paru chciało mój numer telefonu.
Jeden z nich wyniósł za mnie bez pytania śmieci. Taki pan, który zbierał butelki, żeby mieć na karmę dla psa. I któremu te butelki zawsze przyjmowałam, bo tak. Bo widziałam jak dba o swoje zwierzę. Bo nie pije.
A ja, słysząc co mówią, miałam mega uśmiech na twarzy, bo było mi bardzo miło.
Fajne to było pożegnanie.
Ale najważniejsza w tym wszystkim jest mega ulga, którą odczuwam.
Odczuwa też ją zapewne jedna idiotka, która znów się ze mną pożarła w przedostatni dzień.
Ale nie zamierzam tego roztrząsać, bo to już nie mój interes.
Teraz raczę się wolnym tygodniem. Intensywnym wolnym tygodniem.
Zaczęłam od umycia podłogi w kuchni. znienawidzonego linoleum, czy innej wykładziny. Nie mogłam na nią patrzeć. Mycie zwyczajne nie dawało nic, poza zmyciem ciut warstwy brudu.
Strasznie mnie to irytowało. Doszło do momentu, że postanowiłam sobie, że wymienię to gówno, nie będę się męczyć. Ale ponieważ na razie nie dysponuję wolnymi środkami, to musiałam czymś to umyć.
Rozwiązanie podsunęła Kudłata.
Nie dał rady płyn do okien (tak, spróbowałam!), domestos, płyn do podłóg to porażka, cif odpadał w przedbiegach, woda z octem sodą i kwaskiem cytrynowym tak samo.
Padło więc na płyn do piekarnika.
Śmiechy - chichy (sprawdź czy nie przepaliło do sąsiadów), a on podziałał! Zeszło pięknie, podłoga jest czyściutka, jak się wprowadziłam to taka nie była.
Mam cudownie czystą podłogę, z kuchni nie chce się wychodzić.
A teraz czas na przemeblowanie.
Od jutra powalczę o przestrzeń.
poniedziałek, 6 sierpnia 2018
[382]. Jak co roku
Wsiadłam w pociąg.
Pojechałam w siną dal.
Zawiozłam Młodego do mojej Sis, którą wkręciłam, ale o tym za chwilę.
A po tym wyruszyłam w coroczną podróż do krainy, w której wolność, muzyka i, w tym roku, dużo za dużo słońca.
Pierwsza przesiadka w biegu, a tu pełno w pociągu. Połowa ludzi została na peronie, ale przecież nie ja! Wcisnęłam Młodego, wtarabaniłam dobytek i nawet posadziłam cztery litery na schodach. Dojechaliśmy jakimś cudem do kolejnej przesiadki.
Tradycyjny hot-dog na stacji. Popytałam o przechowalnię bagażu, bo za półtorej godziny miałam wrócić już bez Młodego. Dobrze czasem otworzyć paszczę, bo pani od hot-dogów schowała mój plecak i śpiwór do magazynu.
Żeby nie było łatwo, w mieście rodzinnym miałam cztery minuty na przesiadkę.
Ale żeby było jednak zabawnie, pociąg miał opóźnienie. Jadąc sobie niespokojnie, co sekundę wzrokiem zatrzymując zegar i analizując ile minut mamy spóźnienia, zagadałam do Młodego, że powiem cioci, że zgubiłam wszystko. A tak się złożyło, że zapomniałam zabrać utensyliów typu szczoteczka do szczęki i pasta oraz mokry papier toaletowy, więc poprosiłam Sis o zakup.
Jakoś mimochodem powiązało się to z "zagubieniem" bagażu.
Wjeżdżając na peron zobaczyłam, że mój powrotny już wjechał. Mała mieścina, więc na peronie stoi sekund pięć. Więc (taki zabieg pisarski) wyrwałam z ręki Sis reklamówkę i biegiem po znienawidzonych przeze mnie schodach na drugi peron.
Docierając na szczyt schodów usłyszałam gwizd na odjazd. Więc adrenalinka zaczęła przebierać nóżkami, dzięki czemu dogoniłam panią, której córka biegła za mną. I dzięki temu zdążyłam.
Po drodze zapomniałam i o bagażowej legendzie i o wszystkim, cieszyłam się chwilą, gdy wyrwał mnie z zadumy i durnowatych uśmieszków dźwięk telefonu.
Na początku nie zrozumiałam o co jej chodzi. Ona do mnie jakieś teksty, że nie wierzy, że jestem zakręcona, że oszołom, że ojaciepierdzielę. szybko zajarzyłam o co chodzi, zbyłam że trudno, ale mam szczoteczkę, dopowiedziałam bajkę, że zorientowałam się jak już dojechałam do drugiej przesiadki i że mam kartę przecież, a w lidlu na woodzie można wszystko od majtek po namiot, więc luz, a jak się rozłączyłam, to nie mogłam ze śmiechu wytrzymać.
Skonsultowałam z Młodym wersję wydarzeń i cała szczęśliwa pojechałam na 24 Woodstock. Wróć!! Na Pol'and'Rock Festiwal.
I było jak zawsze super. I gdyby nie to, że upał był nieziemski i odparzyłam i obtarłam stopy w kilku miejscach, bo tenisówki ciut za wąskie, błogość panowałaby cały czas. A tak musiałam wykombinować plasterki, kupić klapki i przemierzać te kilometry z motowioski, bo tam szalałam tym razem.
Zapomniałam dodać, że złożyłam wypowiedzenie tuż przed wyjazdem.
Dzisiaj rozpoczął się ostatni tydzień mojej mordęgi z idiotkami.
Nawet nie wiecie jaka ulga.
Pojechałam w siną dal.
Zawiozłam Młodego do mojej Sis, którą wkręciłam, ale o tym za chwilę.
A po tym wyruszyłam w coroczną podróż do krainy, w której wolność, muzyka i, w tym roku, dużo za dużo słońca.
Pierwsza przesiadka w biegu, a tu pełno w pociągu. Połowa ludzi została na peronie, ale przecież nie ja! Wcisnęłam Młodego, wtarabaniłam dobytek i nawet posadziłam cztery litery na schodach. Dojechaliśmy jakimś cudem do kolejnej przesiadki.
Tradycyjny hot-dog na stacji. Popytałam o przechowalnię bagażu, bo za półtorej godziny miałam wrócić już bez Młodego. Dobrze czasem otworzyć paszczę, bo pani od hot-dogów schowała mój plecak i śpiwór do magazynu.
Żeby nie było łatwo, w mieście rodzinnym miałam cztery minuty na przesiadkę.
Ale żeby było jednak zabawnie, pociąg miał opóźnienie. Jadąc sobie niespokojnie, co sekundę wzrokiem zatrzymując zegar i analizując ile minut mamy spóźnienia, zagadałam do Młodego, że powiem cioci, że zgubiłam wszystko. A tak się złożyło, że zapomniałam zabrać utensyliów typu szczoteczka do szczęki i pasta oraz mokry papier toaletowy, więc poprosiłam Sis o zakup.
Jakoś mimochodem powiązało się to z "zagubieniem" bagażu.
Wjeżdżając na peron zobaczyłam, że mój powrotny już wjechał. Mała mieścina, więc na peronie stoi sekund pięć. Więc (taki zabieg pisarski) wyrwałam z ręki Sis reklamówkę i biegiem po znienawidzonych przeze mnie schodach na drugi peron.
Docierając na szczyt schodów usłyszałam gwizd na odjazd. Więc adrenalinka zaczęła przebierać nóżkami, dzięki czemu dogoniłam panią, której córka biegła za mną. I dzięki temu zdążyłam.
Po drodze zapomniałam i o bagażowej legendzie i o wszystkim, cieszyłam się chwilą, gdy wyrwał mnie z zadumy i durnowatych uśmieszków dźwięk telefonu.
Na początku nie zrozumiałam o co jej chodzi. Ona do mnie jakieś teksty, że nie wierzy, że jestem zakręcona, że oszołom, że ojaciepierdzielę. szybko zajarzyłam o co chodzi, zbyłam że trudno, ale mam szczoteczkę, dopowiedziałam bajkę, że zorientowałam się jak już dojechałam do drugiej przesiadki i że mam kartę przecież, a w lidlu na woodzie można wszystko od majtek po namiot, więc luz, a jak się rozłączyłam, to nie mogłam ze śmiechu wytrzymać.
Skonsultowałam z Młodym wersję wydarzeń i cała szczęśliwa pojechałam na 24 Woodstock. Wróć!! Na Pol'and'Rock Festiwal.
I było jak zawsze super. I gdyby nie to, że upał był nieziemski i odparzyłam i obtarłam stopy w kilku miejscach, bo tenisówki ciut za wąskie, błogość panowałaby cały czas. A tak musiałam wykombinować plasterki, kupić klapki i przemierzać te kilometry z motowioski, bo tam szalałam tym razem.
Zapomniałam dodać, że złożyłam wypowiedzenie tuż przed wyjazdem.
Dzisiaj rozpoczął się ostatni tydzień mojej mordęgi z idiotkami.
Nawet nie wiecie jaka ulga.
czwartek, 26 lipca 2018
[381]. Piszę.
Kiedyś, w 2011 roku, poznałam Kogoś.
Wtedy byłam na pograniczu, bo wyprowadziłam się z domu, zostawiłam, co zostawiłam, rozpoczął się nowy etap.
Skasował mi się blog onetowy, który prowadziłam od 2007 roku. Potem miałam inny na blogerze i to było miejsce wylewania żalu i smutku, bardzo mi potrzebny. Nie mogę się tam już dostać, nie pamiętam hasła, a gmail mnie nie chce wpuścić. Niestety.
Kilka miesięcy po rozpoczęciu naszej znajomości namówiła mnie, żebym pisała.
I wtedy mniej więcej zaczęłam Was poznawać, czytać, a z niektórymi rozmawiać.
A właściwie z jedną osobą. Do której dzisiaj piszę.
Piszę do Ciebie.
Jesteś taką latarnią, która wskazywała drogę, choć nie zawsze się z Tobą zgadzałam.
Ale ta niezgoda zmuszała do weryfikacji, sprawdzenia innych ścieżek, przemyśleń i, co tu dużo mówić, kształtowała, wyjaśniała i pomagała radzić sobie. Ze wszystkim. Emocjami, życiem, przeszłością, teraźniejszością i przyszłością.
Ogrom pracy nad sobą wykonałam wcześniej, ale szlifowanie załatwiłaś Ty.
To Ty nazwałaś rzeczy po imieniu. To od Ciebie wiem, że jestem DDA. To rozmowy z Tobą pomogły pozbyć się żalu o przeszłość, dzieciństwo i późniejsze życie.
Nie zabieraj mi tych chwil, kiedy mogę przycupnąć na Twojej sofie i popatrzeć. I posłuchać. I kiedy czuję się częścią tego świata, mimo, że daleko.
Nie mów, że to koniec.
Może, tak samo jak mi, wydaje się Tobie, że to nie ma sensu, ale zobacz. Jestem ja, na pewno nie tylko, ale jestem. Czy potrzebuję tego, co piszesz? Tak. Nie po to, żeby wiedzieć, śledzić, grzebać w Twoim życiu. Po to, żeby wyczytywać między wierszami to, co istotne. Przesłanie. Znak. Sygnał.
Wtedy byłam na pograniczu, bo wyprowadziłam się z domu, zostawiłam, co zostawiłam, rozpoczął się nowy etap.
Skasował mi się blog onetowy, który prowadziłam od 2007 roku. Potem miałam inny na blogerze i to było miejsce wylewania żalu i smutku, bardzo mi potrzebny. Nie mogę się tam już dostać, nie pamiętam hasła, a gmail mnie nie chce wpuścić. Niestety.
Kilka miesięcy po rozpoczęciu naszej znajomości namówiła mnie, żebym pisała.
I wtedy mniej więcej zaczęłam Was poznawać, czytać, a z niektórymi rozmawiać.
A właściwie z jedną osobą. Do której dzisiaj piszę.
Piszę do Ciebie.
Jesteś taką latarnią, która wskazywała drogę, choć nie zawsze się z Tobą zgadzałam.
Ale ta niezgoda zmuszała do weryfikacji, sprawdzenia innych ścieżek, przemyśleń i, co tu dużo mówić, kształtowała, wyjaśniała i pomagała radzić sobie. Ze wszystkim. Emocjami, życiem, przeszłością, teraźniejszością i przyszłością.
Ogrom pracy nad sobą wykonałam wcześniej, ale szlifowanie załatwiłaś Ty.
To Ty nazwałaś rzeczy po imieniu. To od Ciebie wiem, że jestem DDA. To rozmowy z Tobą pomogły pozbyć się żalu o przeszłość, dzieciństwo i późniejsze życie.
Nie zabieraj mi tych chwil, kiedy mogę przycupnąć na Twojej sofie i popatrzeć. I posłuchać. I kiedy czuję się częścią tego świata, mimo, że daleko.
Nie mów, że to koniec.
Może, tak samo jak mi, wydaje się Tobie, że to nie ma sensu, ale zobacz. Jestem ja, na pewno nie tylko, ale jestem. Czy potrzebuję tego, co piszesz? Tak. Nie po to, żeby wiedzieć, śledzić, grzebać w Twoim życiu. Po to, żeby wyczytywać między wierszami to, co istotne. Przesłanie. Znak. Sygnał.
Całym sercem:
wtorek, 24 lipca 2018
[380]. Strefa (nie)komfortu
Tak się składa, że nie mogę pogodzić się z moją obecną sytuacją. Nie mogę i, przede wszystkim, nie chcę.
Nie zamierzam trwać w pracy, bo o niej mowa, która mnie męczy.
I nie chodzi o zmęczenie fizyczne, bo to nie jest dla mnie problem. Nie chodzi o niewyspanie, kiedy zdarzy mi się maratonik na dwa etaty. chodzi mi o ludzi. I nie, tym razem nie o klientów, a może raczej nie tylko o klientów.
Otóż przyszło mi pracować z idiotkami.
Jest nas cztery. Proporcje idiotyzmu są dwa na dwa.
Bo oczywiście siebie nie uważam za idiotkę, co nie znaczy, że one nie myślą tak o mnie.
Idiotyzm objawia się tym, że mamy własny smrodek, po co go zmieniać.
Tak było i tak jest, to po co ułatwiać sobie życie.
Ale na nieszczęście przyszła do nas, nazwijmy ją dla niepoznaki Sabiną, dziewczyna, która jest mym alter ego. I z wyglądu (mogę na nią zganiać, że to ona nie ja) i z charakteru. Zresztą klienci nas mylą :)
Rozumiemy się bez słów.
Chociaż ja uwielbiam jej słuchać. Jest osobą, której słowa płyną potokiem, a ja ubaw mam przedni.
Będzie mi żal ja zostawić, ale ten związek zostanie na długo.
Ale wróćmy do idiotek.
Idiotki nie mogą pojąć, że można ułatwić sobie życie. Nie kumają, że można mniej niepotrzebnego wręcz wysiłku włożyć w pracę, a i tak będzie grać i trąbić.
Nie chce mi się rozpisywać, w każdym razie ręce opadają.
I w tym wszystkim podjęłam decyzję, że wychodzę z tej strefy (nie)komfortu, a jednak jakiegoś ustabilizowania, na rzecz nowego.
Jeśli nowe będzie do dupy, to poszukam nowszego.
I tak aż do osiągnięcia celu.
I tego od dzisiaj się trzymam.
Bo się już nie boję.
Nie zamierzam trwać w pracy, bo o niej mowa, która mnie męczy.
I nie chodzi o zmęczenie fizyczne, bo to nie jest dla mnie problem. Nie chodzi o niewyspanie, kiedy zdarzy mi się maratonik na dwa etaty. chodzi mi o ludzi. I nie, tym razem nie o klientów, a może raczej nie tylko o klientów.
Otóż przyszło mi pracować z idiotkami.
Jest nas cztery. Proporcje idiotyzmu są dwa na dwa.
Bo oczywiście siebie nie uważam za idiotkę, co nie znaczy, że one nie myślą tak o mnie.
Idiotyzm objawia się tym, że mamy własny smrodek, po co go zmieniać.
Tak było i tak jest, to po co ułatwiać sobie życie.
Ale na nieszczęście przyszła do nas, nazwijmy ją dla niepoznaki Sabiną, dziewczyna, która jest mym alter ego. I z wyglądu (mogę na nią zganiać, że to ona nie ja) i z charakteru. Zresztą klienci nas mylą :)
Rozumiemy się bez słów.
Chociaż ja uwielbiam jej słuchać. Jest osobą, której słowa płyną potokiem, a ja ubaw mam przedni.
Będzie mi żal ja zostawić, ale ten związek zostanie na długo.
Ale wróćmy do idiotek.
Idiotki nie mogą pojąć, że można ułatwić sobie życie. Nie kumają, że można mniej niepotrzebnego wręcz wysiłku włożyć w pracę, a i tak będzie grać i trąbić.
Nie chce mi się rozpisywać, w każdym razie ręce opadają.
I w tym wszystkim podjęłam decyzję, że wychodzę z tej strefy (nie)komfortu, a jednak jakiegoś ustabilizowania, na rzecz nowego.
Jeśli nowe będzie do dupy, to poszukam nowszego.
I tak aż do osiągnięcia celu.
I tego od dzisiaj się trzymam.
Bo się już nie boję.
niedziela, 15 lipca 2018
[379]. Waż(o)ne sprawy.
Tak sobie siedzę w tę piękną niedzielę, chociaż już nie pada i nie jest tak jak lubię.
Piękna, bo wolna. Jutro też wolne. Aż nie wiem co z tym wolnym czasem zrobić.
Znaczy wiem, ale nie wiem, czy mi się chce.
Chata wolna, Młody wyjechał, a ja postanowiłam zrobić porządki. I właśnie mi się nie chce.
Pochwalę się troszkę, a co.
Od stycznia jest już 13 kg na minusie.
Duma mnie rozpiera nieziemska. Jeszcze trochę. Jeszcze jakieś 20 i będę najszczęśliwsza na świecie.
Co poza tym?
Zrobiłam przepyszny dżem. Z czarnej porzeczki. No cud miód.
I ... spalił się. Bo poszłam szukać słoików. Bo chciałam go tylko podgrzać. No i poszłoooo.
A wszystko przez to, że wywaliłam wszystkie nagromadzone słoiki, bo...
Właśnie.
Miałam się wyprowadzić. Zmienić miasto. Bo miałam mieć pracę w branży, którą znam. Z ludźmi, których znam. Ale jak zwykle poszło o pieniądze. Ich jeszcze nie stać, a ja nie pójdę na układ z przeprowadzką w nieznane, bez zabezpieczenia finansowego.
Może kiedyś.
Może.
Ale układam sobie wszystko na nowo. Szukam i węszę tutaj. Bo dlaczego nie.
Może już niebawem porzucę moich meneli, chociaż powiem Wam, że chyba będę tęsknić.
To może jednak zrobię sobie ten obiad i zabiorę się za porządki...
A potem zrobię sobie SPA.
I będę leniuchować.
Z książką.
To pa!
Piękna, bo wolna. Jutro też wolne. Aż nie wiem co z tym wolnym czasem zrobić.
Znaczy wiem, ale nie wiem, czy mi się chce.
Chata wolna, Młody wyjechał, a ja postanowiłam zrobić porządki. I właśnie mi się nie chce.
Pochwalę się troszkę, a co.
Od stycznia jest już 13 kg na minusie.
Duma mnie rozpiera nieziemska. Jeszcze trochę. Jeszcze jakieś 20 i będę najszczęśliwsza na świecie.
Co poza tym?
Zrobiłam przepyszny dżem. Z czarnej porzeczki. No cud miód.
I ... spalił się. Bo poszłam szukać słoików. Bo chciałam go tylko podgrzać. No i poszłoooo.
A wszystko przez to, że wywaliłam wszystkie nagromadzone słoiki, bo...
Właśnie.
Miałam się wyprowadzić. Zmienić miasto. Bo miałam mieć pracę w branży, którą znam. Z ludźmi, których znam. Ale jak zwykle poszło o pieniądze. Ich jeszcze nie stać, a ja nie pójdę na układ z przeprowadzką w nieznane, bez zabezpieczenia finansowego.
Może kiedyś.
Może.
Ale układam sobie wszystko na nowo. Szukam i węszę tutaj. Bo dlaczego nie.
Może już niebawem porzucę moich meneli, chociaż powiem Wam, że chyba będę tęsknić.
To może jednak zrobię sobie ten obiad i zabiorę się za porządki...
A potem zrobię sobie SPA.
I będę leniuchować.
Z książką.
To pa!
poniedziałek, 9 lipca 2018
[378]. Monopol jeszcze raz.
Jakoś to motyw przewodni tego czasu, więc chyba nie ostatni to był raz.
Ale teraz ciut inaczej.
Pisałam o gościu, w którego obronie stanęłam.
Żulernia z samego dna. Brudny, zniszczony, śmierdzący. Nie będę ukrywać i owijać w piękne słowa.
Taki gość ze spuszczonym wzrokiem. Niewyraźnie mówiący. Mówią na niego zombie, bo ciężko mu się chodzi. Osoba, którą na ulicy mijasz odwracając głowę. Być może nawet nie podejdzie po kasę. Nigdy nie widziałam, żeby nagabywał ludzi.
To jedyny klient, przy którym nie mam ochoty warczeć.
Po tamtej akcji zawsze mówi dzień dobry, proszę i dziękuję, mimo że każde słowo sprawia mu trudność. Stara się mówić wyraźnie.
Zastanawiam się czasem, czy tak mógłby wyglądać teraz mój ojciec, gdyby żył.
To przerażające, bo szedł na samo dno.
A jednak bardzo mi go brakuje.
Ale teraz ciut inaczej.
Pisałam o gościu, w którego obronie stanęłam.
Żulernia z samego dna. Brudny, zniszczony, śmierdzący. Nie będę ukrywać i owijać w piękne słowa.
Taki gość ze spuszczonym wzrokiem. Niewyraźnie mówiący. Mówią na niego zombie, bo ciężko mu się chodzi. Osoba, którą na ulicy mijasz odwracając głowę. Być może nawet nie podejdzie po kasę. Nigdy nie widziałam, żeby nagabywał ludzi.
To jedyny klient, przy którym nie mam ochoty warczeć.
Po tamtej akcji zawsze mówi dzień dobry, proszę i dziękuję, mimo że każde słowo sprawia mu trudność. Stara się mówić wyraźnie.
Zastanawiam się czasem, czy tak mógłby wyglądać teraz mój ojciec, gdyby żył.
To przerażające, bo szedł na samo dno.
A jednak bardzo mi go brakuje.
piątek, 6 lipca 2018
[377]. Perypetie w monopolu # część ostatnia.
Dzisiaj nie będzie o klientach.
Dzisiaj będzie ostatnia część o monopolu, bo mam już dość pisania o tym.
Nuda i już.
Dzisiaj napiszę o monopolu od wewnątrz. Bo to ciekawa lekcja interakcji społecznej, naszej polskości, nieczytania ze zrozumieniem, nierozumienia, obłudy i dwulicowości w jednym. Na 20m2.
No to tak.
Zmieniła się kierowniczka. Jedna przeszła gdzie indziej, drugą została taka co pracuje już jakiś czas. Reszta ekipy, w tym ja, od niedawna.
Dygresja:
Lubię sobie życie ułatwiać. Obserwuję i kombinuję, żeby było dobrze.
No więc nowa miotła zarządziła: jak macie sugestie, pomysły, to mówcie. Więc co zrobiła Natt?
Powiedziała.
Raz, drugi, trzeci.
Co się okazało?
Nic mi się nie podoba i się ciągle czepiam.
Zepsuło się to i owo. Poważne to i owo.
Pytam, czy zgłoszone. Bo jedno miesiąc, drugie co najmniej rok, trzecie 2 tygodnie.
Okazało się że się czepiam i sprawdzam kierownicę.
Kolejna rzecz.
Robi się różne rzeczy. Niektóre trzeba robić systematycznie. Zwróciłam uwagę kierownicy, że ta a ta nie robi i że jest problem. Powiedziała: powiedz jej. Powiedziałam raz, drugi, trzeci. W końcu napisałam na naszej grupie.
Co się okazało?
Wprowadzam niemiłą atmosferę, czepiam się i krytykuję.
Do jasnej cholery.
Kudłata mówi, że mam wyluzować i mieć wywalone.
Moja przyjaciółka mówi to samo.
Ja postanowiłam robić co do mnie należy i jednak mieć wywalone. Nie potrafię, bo jak coś może być lepsze, to czemu tego nie zmienić. Ale spróbuję.
Będę próbować, aż się porzygam.
Inna sprawa, że szukam pracy. I jak znajdę to niech spadają.
Klienci się zasmutają, bo ciągle mi mówią, że ta i tamta to są niefajne i oni przychodzą tylko jak ja jestem :)
Dzika satysfakcja.
Dzisiaj będzie ostatnia część o monopolu, bo mam już dość pisania o tym.
Nuda i już.
Dzisiaj napiszę o monopolu od wewnątrz. Bo to ciekawa lekcja interakcji społecznej, naszej polskości, nieczytania ze zrozumieniem, nierozumienia, obłudy i dwulicowości w jednym. Na 20m2.
No to tak.
Zmieniła się kierowniczka. Jedna przeszła gdzie indziej, drugą została taka co pracuje już jakiś czas. Reszta ekipy, w tym ja, od niedawna.
Dygresja:
Lubię sobie życie ułatwiać. Obserwuję i kombinuję, żeby było dobrze.
No więc nowa miotła zarządziła: jak macie sugestie, pomysły, to mówcie. Więc co zrobiła Natt?
Powiedziała.
Raz, drugi, trzeci.
Co się okazało?
Nic mi się nie podoba i się ciągle czepiam.
Zepsuło się to i owo. Poważne to i owo.
Pytam, czy zgłoszone. Bo jedno miesiąc, drugie co najmniej rok, trzecie 2 tygodnie.
Okazało się że się czepiam i sprawdzam kierownicę.
Kolejna rzecz.
Robi się różne rzeczy. Niektóre trzeba robić systematycznie. Zwróciłam uwagę kierownicy, że ta a ta nie robi i że jest problem. Powiedziała: powiedz jej. Powiedziałam raz, drugi, trzeci. W końcu napisałam na naszej grupie.
Co się okazało?
Wprowadzam niemiłą atmosferę, czepiam się i krytykuję.
Do jasnej cholery.
Kudłata mówi, że mam wyluzować i mieć wywalone.
Moja przyjaciółka mówi to samo.
Ja postanowiłam robić co do mnie należy i jednak mieć wywalone. Nie potrafię, bo jak coś może być lepsze, to czemu tego nie zmienić. Ale spróbuję.
Będę próbować, aż się porzygam.
Inna sprawa, że szukam pracy. I jak znajdę to niech spadają.
Klienci się zasmutają, bo ciągle mi mówią, że ta i tamta to są niefajne i oni przychodzą tylko jak ja jestem :)
Dzika satysfakcja.
poniedziałek, 2 lipca 2018
[376]. Nie-obecna
Nie to, że zapomniałam o Was. Nie. Ani nie obrażonam.
Czasu nie mam zwyczajnie.
Napierniczam całymi dniami, bywa, że 17 godzin na dobę, a zdarzyło się i prawie 19.
Oczywiście nie zawsze. Mam też czas na spanie, chociaż szybkie, żeby zdążyć.
Ale i na kino z młodym. I na lody. I na koncerty. I wycieczki do Krakowa, a propos koncertów.
I spotkania, choć też w biegu i niewyspaniu.
No ale co tam. Przyjdzie ten czas, że nic mnie nie będzie gonić.
No to teraz szybkie wieści:
- grono adoratorów rozszerzyło się.
... O Pana Arystokratę, który mnie dokarmia w środku nocy, czyli kupuje dwa wafelki, i jeden mi zostawia. Albo czekoladę. Albo mówi, że mi coś ugotuje. Ale Pana Arystokraty nie przedstawiałam jeszcze. To facet w moim wieku. Nie stoczony, aczkolwiek popijający. Z takich co to "moje włości, spadek, kupa kasy i jestem światowcem". Od początku go nie lubiłam. Za drugim razem dostał zjebkę ale taką, że wióry leciały. Bo kupił zapalniczkę, mimo że "ma setki zippo". I po 3 godzinach, czy nawet pięciu przynosi mi ją rozwaloną, że niby mu taką sprzedałam. Ożesztygnojuwmordękopany. Podziałało to na mnie jak płachta na byka. Wymiana zdań była mega ostra, ale tu mnie zastanawia jedno, bo najgorszym słowem, którego użyłam było "chamski", a z jego strony "impertynencka". Że niby ja. Ale następna wizyta jegomościa była całkowitym zaskoczeniem, gdyż zostałam przeproszona, ucałowana w rękę i dowiedziałam się, że tamta wymiana uprzejmości postawiła gościa na nogi oraz ukazała moją inteligencję. Oraz że mam w sobie coś. I że być może jest zakochany.
... O hydraulika Janusza "przyjmie pani buteleczki?". Powiedział, że się we mnie zakochał. I był trzeźwy. Ma mieszkanie własnościowe. Od tamtej chwili wszystkim mówię, że jestem zajęta. Żeby nikomu nie wpadło do głowy wyznawać mi miłość.
... O ..właściwie nie wiem jak ma na imię, ale powiedział, że jak wyjdzie z szoku, że jestem taka inteligentna, to po mnie przyjdzie i mnie zabierze i nie będę musiała w monopolu pracować. Tylko że następnym razem już tego nie pamiętał.
- Ludzie mi pokazują swoje grafiki. Jeden nawet pracuje 25 godzin na dobę. Nie pytałam co brał.
- Mam posłuch u żulerni. Szczególnie jeden stara się teraz mówić wyraźnie i zaczyna poproszę i dziękuję. A to dlatego, że stanęłam w jego obronie. Stał przy okienku, a ja liczyłam jego drobniaki, bo coś tam kupił. Przyszedł jakiś młody, nabuzowany, naćpany chyba, bo bardzo pobudzony, i drze się na gościa. Nie powiem jak, bo możecie to sobie wyobrazić. Więc wychylam się z okienka i niegrzecznie podnoszę głos w te słowa: czy mógłbyś się uspokoić, gdyż ten pan robi zakupy, a ja liczę pieniądze? Kolejka jest. Gdziekolwiek wstawicie brzydkie słowo będzie dobrze. Po drugim razie chłopak zamknął dziób, bo słyszeli mnie chyba po drugiej stronie ulicy.
- Praca w monopolu wyczuliła moje zmysły i mam alergię na podchmielonych ludzi. Agresor mi się włącza jak się na nich natykam poza pracą.
Lecę spać.
Jeszcze tu wrócę!
Czasu nie mam zwyczajnie.
Napierniczam całymi dniami, bywa, że 17 godzin na dobę, a zdarzyło się i prawie 19.
Oczywiście nie zawsze. Mam też czas na spanie, chociaż szybkie, żeby zdążyć.
Ale i na kino z młodym. I na lody. I na koncerty. I wycieczki do Krakowa, a propos koncertów.
I spotkania, choć też w biegu i niewyspaniu.
No ale co tam. Przyjdzie ten czas, że nic mnie nie będzie gonić.
No to teraz szybkie wieści:
- grono adoratorów rozszerzyło się.
... O Pana Arystokratę, który mnie dokarmia w środku nocy, czyli kupuje dwa wafelki, i jeden mi zostawia. Albo czekoladę. Albo mówi, że mi coś ugotuje. Ale Pana Arystokraty nie przedstawiałam jeszcze. To facet w moim wieku. Nie stoczony, aczkolwiek popijający. Z takich co to "moje włości, spadek, kupa kasy i jestem światowcem". Od początku go nie lubiłam. Za drugim razem dostał zjebkę ale taką, że wióry leciały. Bo kupił zapalniczkę, mimo że "ma setki zippo". I po 3 godzinach, czy nawet pięciu przynosi mi ją rozwaloną, że niby mu taką sprzedałam. Ożesztygnojuwmordękopany. Podziałało to na mnie jak płachta na byka. Wymiana zdań była mega ostra, ale tu mnie zastanawia jedno, bo najgorszym słowem, którego użyłam było "chamski", a z jego strony "impertynencka". Że niby ja. Ale następna wizyta jegomościa była całkowitym zaskoczeniem, gdyż zostałam przeproszona, ucałowana w rękę i dowiedziałam się, że tamta wymiana uprzejmości postawiła gościa na nogi oraz ukazała moją inteligencję. Oraz że mam w sobie coś. I że być może jest zakochany.
... O hydraulika Janusza "przyjmie pani buteleczki?". Powiedział, że się we mnie zakochał. I był trzeźwy. Ma mieszkanie własnościowe. Od tamtej chwili wszystkim mówię, że jestem zajęta. Żeby nikomu nie wpadło do głowy wyznawać mi miłość.
... O ..właściwie nie wiem jak ma na imię, ale powiedział, że jak wyjdzie z szoku, że jestem taka inteligentna, to po mnie przyjdzie i mnie zabierze i nie będę musiała w monopolu pracować. Tylko że następnym razem już tego nie pamiętał.
- Ludzie mi pokazują swoje grafiki. Jeden nawet pracuje 25 godzin na dobę. Nie pytałam co brał.
- Mam posłuch u żulerni. Szczególnie jeden stara się teraz mówić wyraźnie i zaczyna poproszę i dziękuję. A to dlatego, że stanęłam w jego obronie. Stał przy okienku, a ja liczyłam jego drobniaki, bo coś tam kupił. Przyszedł jakiś młody, nabuzowany, naćpany chyba, bo bardzo pobudzony, i drze się na gościa. Nie powiem jak, bo możecie to sobie wyobrazić. Więc wychylam się z okienka i niegrzecznie podnoszę głos w te słowa: czy mógłbyś się uspokoić, gdyż ten pan robi zakupy, a ja liczę pieniądze? Kolejka jest. Gdziekolwiek wstawicie brzydkie słowo będzie dobrze. Po drugim razie chłopak zamknął dziób, bo słyszeli mnie chyba po drugiej stronie ulicy.
- Praca w monopolu wyczuliła moje zmysły i mam alergię na podchmielonych ludzi. Agresor mi się włącza jak się na nich natykam poza pracą.
Lecę spać.
Jeszcze tu wrócę!
Subskrybuj:
Posty (Atom)