poniedziałek, 9 września 2013

[216] Zakochać się w poniedziałek!

Można! Mówię Wam. Mam tylko dylemat, ale o tym za chwilkę.
Spędziłam dzisiaj dzień na bieganiu po urzędach. Ot, takie tam załatwianie różnych ważnych spraw. Jak to zwykle bywa. Szczególnie u mnie, gdyż muszę szukać różnych form pomocy, skoro nie mogę znaleźć pracy. Szczerze mówiąc mam czasem ochotę w tych urzędach zapytać, czy aby może przy okazji nie mają dla mnie jakiejś pracy, bo na ten przykład ja, niekawosz, podobno umiem parzyć kawę znakomicie.
Nie pytam jednak obcesowo, ale co i rusz przeglądam bip. A co.
W każdym razie jechałam sobie autobusem, mając w zamyśle odwidzenie instytucji w liczbie trzy, czytając książkę, i tak zaczęłam rozmyślać gdzie najpierw. Przegląd instytucji zrobiłam, znaczy stopień muru, który przebyć będzie trzeba, czas przeliczyłam i wymyśliłam, że najpierw do skarbówki.
Jak zwykle z bananem na twarzy, bo przecież ja tak mam. Wlazłam na trzecie piętro, weszłam do pierwszego pokoju. Niedobrze. Samem baby. Ale jedna tylko kompetentna i zajęta. Poczekałam więc na zewnątrz. W końcu weszłam, wyłuszczyłam o co mi chodzi (też macie problem ze złożeniem pierwszego zdania?) i zostałam skierowana do pokoju numer dwa. W opcji był jeszcze trzy i więcej. Ale w pokoju numer dwa był pan. Rozmawiał przez telefon. Ok, poczekam na zewnątrz. Drzwi przeszklone, więc pan widział, że ostentacyjnie spaceruję po korytarzu, żeby nie zapomniał, że ja, biedny petencik, czekam na przyjęcie.
Pan do mnie wyszedł. I...
Po pierwsze, był zabawny, a ja z bynajmniej zabawną sprawą tam nie przyszłam.
Po drugie, poradził, pomógł i zaprowadził do lepszego fachowca.
Po trzecie, dał mi swój numer, żebym dzwoniła jak tylko będzie potrzeba wyjaśnienia czegoś, pomocy, w razie jakichś kłopotów.
Po czwarte, cały czas, a zaznaczam, że dzisiaj jest poniedziałek, był uśmiechnięty.
Po piąte, nie pił żadnej kawy.
Pan bardziej obcykany w papierkach o jakie mi chodziło, był natomiast nie dość, że te wszystkie punkty co wyżej, to jeszcze:
Po szóste, niesamowicie przystojny w moim typie.
Po siódme, usłyszałam rady, jakich z ust urzędnika nigdy bym pewnie nie usłyszała
Po siódme, miał imię, które baaaardzo mi się podoba.
I już się cieszę, że niestety, będę musiała jeszcze raz tam iść.

Po wyjściu z urzędu miałam klasyczną głupawkę i wymiana smsów z moją psiapsiółką spowodowała, że śmiałam się całą drogę do kolejnego urzędu. Śmiał się też ze mną pan, który wyszedł na papierosa przed firmę. Bo napisałam jej, że się zakochałam. I napisałam o panach. I że mam dylemat który. Czy ten śmieszny i fajny, co mi dał numer, czy ten w moim typie. I jeszcze się zastanawiałam smsowo, czy jak mi się zatka kibelek, to też wchodzi w zakres usług. Stąd wzięła się głupawka. Mam nadzieję, że zaraziłam kilka osób uśmiechem.
Doszłam sobie do urzędu numer dwa. Wydział Edukacji.
Znów wtelepałam się na 3 piętro. Była mała kolejka, ale wyszedł pan, który zdziwiony zapytał, że czemu wchodzimy pojedynczo, bo tam oni mają cztery stanowiska.
Weszłam więc, usiadłam przy biurku pana i gadamy. O, nie ma pieczątki szkoły. Zbladłam. Zobaczyłam ścianę, w którą walę czołem. I ponowną podróż do miasta...Pan mi jednak powiedział, że spokoooo luuuuzik, mogę też złożyć w sekretariacie szkoły, on tylko pokseruje i sprawdzi wszystko. Wrócił pan do stolika i....na to wchodzi, tadam! Dyrektor Mojej Szkoły. Powiedziałam grzecznie dzień dobry, a pan od razu: a pan dyrektor to pieczątki ma? Bo tu nam potrzeba. I pieczątki się znalazły, papiery złożone.
Prawie wszystko się udało.
Jeszcze tylko walka z bankiem. Ale to już jakby poza konkurencją, bo bank mnie wkurzył niemiłosiernie.
Ale poradzę sobie i z nim. Bo jak nie ja, to kto?

Na dziś:
Eurytmics - Miracle of love




piątek, 6 września 2013

[215] Kalka

Dzisiaj kwestia dotyczy dzieci. Wychowania. Szacunku. Rozmowy. Wysłuchania.
Sama popełniłam pewnie z milion błędów. Nie raz niepotrzebnie podniosłam głos, albo zapieniłam się i zaklęłam. Do dzisiaj mi się zdarza. Częściej odpuszczam, ale ciągle kalkuję zachowanie mojej matki. Ciągle popełniam te same błędy. Z tym, że teraz świadomie usiłuję nad nimi panować. Nie chcę zrzucać na nią winy. Musiałabym pewnie cofnąć się w czasie do jej babki, prababki i dalej. Bo tak było. Wszyscy o tym wiemy. Dzisiaj powinno być inaczej. Ale ciągle widzę, że partnerstwo na linii rodzic - dziecko, to sprawa nie do opanowania dla niektórych. Nie wiem też jak wygląda takie partnerstwo i co przez to rozumieją inni.
Dla mnie to wysłuchanie dziecka. Przedyskutowanie sprawy. Argumenty obustronne. Staram się nie narzucać swojego gustu, czy wyboru. Nawet obiady czasem są wynikiem wspólnych pomysłów.
Tak, czasem też mówię nie, bo nie. W różnych kwestiach. I często tego żałuję. Czasem drę koty o niewyniesiony talerz, o zaraz, o rozwalone wszędzie ciuchy, ale ważniejsze kwestie raczej omawiamy.
Ale nie rozumiem zupełnie dlaczego niektórzy rodzice "dla dobra" swojego dziecka, gnębią je. Poniżają. Umniejszają ich rolę, życie, wartość. Jakiego człowieka chcą stworzyć? Kim będzie to dorosłe dziecko? Poza tym, że będzie miało potworny żal, z którym sobie nie radzi teraz i nie poradzi później.
Dlaczego rodzice nie chcą zrozumieć, że dziecko to zupełnie odrębny człowiek, nowy świat, który stworzyli, ale nigdy nie zapanują nad myślami swoich dzieci i nad ich światem? Dlaczego zamiast pomóc zrozumieć czym jest życie, pokazują jego najgorszą stronę? Każą cierpieć? Bo niech mi ktoś powie, że dziecko nie cierpi, kiedy matka pije. I nie cierpi, kiedy rodzic poniża. I że zupełnie olewa awanturę o sprzątanie. Albo późny powrót.
Ja wiem, że dzieciaki też nie są idealne. Ale nikt nie jest. Ani rodzic, ani dzieciak. Jeśli nie możemy zrozumieć dlaczego dziecko nie jest takie jak my i nie robi wszystkiego jak my, to wróćmy do lekcji o dziedziczeniu. Pomyślmy tak jak zrobił to mój syn, który rozmawiał ze mną, kiedy wracaliśmy z zakupów i kiedy mu powiedziałam, że coś robi zupełnie tak samo jak tata (i nie, nie było to jadowite, to jedynie zwrócenie uwagi na podobną cechę), odpowiedział mi: - wiem jak to było, połowę genów dostałem od taty w plemniku, kiedy połączył się z jajeczkiem. (Że nie zgubiłam zakupów to fuks, a on powiedział to zupełnie swobodnie. Ot, oglądał "Było sobie życie").
Tak, dzieciaki to mieszanka genów. I nie my odpowiadamy za to jakie cechy dziedziczą. Więc przyjmijmy te odrębne byty jako partnerów. A nie jak wrogów...
Nie lubię też kiedy rodzice mówią dzieciom, najczęściej w trakcie awantury, ja dla ciebie tyle poświęciłam, a ty taki niewdzięczny. Zawsze się zastanawiam, czy twoje dziecko prosiło się o dom, samochód, telewizor... Dlaczego swoje życiowe wybory, najczęściej te złe, zrzucamy na barki dzieciaków? Bo ciąży nam kredyt na dom, samochód i telewizor..
Czy to się rodzi z żalu, że ma się dzieci? Czy one są aż takim obciążeniem, że trzeba je sprowadzić bardzo do parteru, po to, żeby mieć kontrolę?
Nie rozumiem tego. Może dlatego, że lubię kombinować, żeby żyło się nam lżej. Nigdy dzieci nie były przeszkodą czy balastem. Życie przewartościowało mi się samo. Przestawiło. I nie wyobrażam sobie, żeby ich nie było.
Chciałabym przytulić wszystkie takie cierpiące dzieciaki. Pomóc im zrozumieć.
I bardzo się cieszę, że Kudłata dzwoni i mówi gdzie jest, że wsiada do autobusu, że jedzie, z kim jedzie, że wraca i nie musi zapraszać koleżanek na obiad po to, żeby jej matka nie piła...
Mam ochotę naprawiać świat...

Na dziś:
Three Days Grace - Never too late


poniedziałek, 2 września 2013

[214] Plusy

No więc tak:
Pocieszające było to, że jednak mogłam spać i troszkę lepiej było dzisiaj.
Rano lekarz. Lekarz zlecił zastrzyk. Jest niebo lepiej. Mam też receptę, kiedyś ją wykupię, wiadomo.
W każdym razie ból dużo mniejszy. Dałam radę rozpocząć rok szkolny, pogawędzić z panią, okazało się, że Młody od razu wdrożył się w życie szkolne i udzielał odpowiedzi oraz wtrącał swoje trzy grosze kiedy Pani referowała przyszłość. Poczułam się...dumna z domieszką czegoś nieokreślonego, bo walczy we mnie ta stara ja, która ma wpojone, że nie wypada, z tą nową, która wymaga rozmawiania, mówienia, tłumaczenia i wyjaśniania. Tak więc nałykałam się tej specyficznej dumy oraz śmiem twierdzić, że deklarację, że "dzienniczek korespondencji  (w domyśle uwag - przypis mamy) nie będzie absolutnie w tym roku potrzebny" można włożyć między bajki.
W każdym razie wszystko udało się zapiąć na przedostatni guzik. Dzięki dobrym duszom. Którym jestem niezmiernie wdzięczna.
A także dzięki temu, że coś co niemożliwe, okazało się możliwe jak najbardziej. Lubię takie cuda.
Oczywiście nadeszła jesień. Jak wszędzie pewnie. Pada, mży, leje, zależnie od chmurzastego zamysłu. A mnie się to podoba bardzo.
W końcu  nadeszła godzina ZERO. Zabrałam Młodego na przejażdżkę. Jak już mówiłam szykowało się 15-minutowe spotkanie.
Wystroiłam się ale cóż, trzeba było założyć kurtkę na deszcz*. Wiatr wiał jak oszalały, wilgoć w powietrzu rozprostowała misternie układaną fryzurę**. Nic to. Pojechaliśmy na dworzec. Z moją maniakalną punktualnością grubo przed czasem zaczęłam liczyć minuty. Zdążyliśmy bez problemu. Ale zapowiadajka plus rozkład ścienny zrobiła nam psikusa. Zamiast wjechać na 4 i przekulać się na 3, dzięki czemu schody zaliczyłabym dwa razy, pociąg wjechał na peron drugi, więc schody zaliczyłam dodatkowo 4 razy (licząc oczywiście góra dół, żeby było bardziej dramatycznie). Więc był sprint na drugi. Wyciągnęłam Kariokę z wagonu, nie powiem, że siłą, ale takiej paniki, czy aby na pewno uda jej się wsiąść do tego samego pociągu, to ja nie widziałam. Moje słowo nie wystarczyło, ale cóż, panowie od przekulowywania pociągu potwierdzili co powiedziałam. Przeszłyśmy się na docelowy peron.
Takie gadanie to nie gadanie, za mało czasu, nawet żeby się rozkręcić. Ale mogłam ją w końcu uściskać, bo w zeszłym roku nie wyszło. I zobaczyć na żywo. Teraz niecierpliwie czekam na powrót i drugie spotkanie.
Bardzo niecierpliwie.

Tak więc same plusy!

*więc pewnie nie było widać, hihi
**taki żarcik, bo za chinyludowe nie schyliłabym się dzisiaj, żeby umyć głowę.


Na dziś:
Madonna - Rain
Można wiele zarzucić Madonnie, ale mam to w nosie. Jest w mym muzycznym sercu kawałek miejsca dla niej.





niedziela, 1 września 2013

[213] W przelocie

Co tu napisać..
Może to, że Kudłata postanowiła się zbuntować. Tylko ciekawa jestem po co.
Nienawidzę się kłócić, ale nie zamierzam odpuścić.
Będzie co ma być.
Napiszę jeszcze, że ostatni raz tak mnie korzonki bolały 16 lat temu. Nie mogłam siedzieć, leżeć, chodzić, stać. Teraz też nie mogę. Boli mnie wszystko od pasa w dół. Żadne prochy nie działają, ale jutro rano doturlam się do lekarza, jeszcze przed rozpoczęciem roku szkolnego. Niech coś poradzi.
Ale są też pozytywy.
Jutro spotkam kogoś, kto jest ważny dla mnie bardzo. Mamy jakieś 15 minut w przelocie. Jak zwykle będę przed czasem, żeby się nie spóźnić. Ciekawe ile uda nam się powiedzieć.

I jeszcze mam jedno ogromne DZIĘKUJĘ.


Na muzykę nie mam dziś siły.


sobota, 24 sierpnia 2013

[212] Na kolana

Nie wiem co napisać.
Z jednej strony jest świetnie. Wiecie jak to jest, kiedy plan jest już na samym końcu, kiedy już już ma wejść w życie, kiedy wszystko zaczyna się układać i już za chwilę zacznie się spełniać i nagle..
Z drugiej strony jest dupa. Przymusowa zmiana planów. Odroczenie w czasie wykonania planu. I wszystko zaczyna się kawałeczek po kawałeczku walić. Odpada najpierw jedna myśl, potem kolejna. Potem następuje reorganizacja planu, zmiany, wymyślanie od nowa.
A tak niewiele trzeba było.
Ale nie można przewidzieć wszystkiego.
I tak odroczenie trwa, mam nadzieję, że potrwa krótko, plany, cóż, na razie na półkę do kartonu nazwanego: na przyszłość.
Zacznę chyba wierzyć mojej matce, że mamy pecha, albo ciąży nad nami jakaś klątwa. Bo to przecież nie jest normalne, że człowiek ledwie dźwiga się na nogi, widzi to światełko, ma nadzieję, a tu nagle z krzywym uśmieszkiem życie przypieprza po kolanach. Wtedy znów pytam siebie: dlaczego...
Kurka, jak czasem jest ciężko walczyć.


Na dziś:
Three Days Grace - Pain



sobota, 17 sierpnia 2013

[211] Rewia. Rozrywki.

Żeby nie było tylko tak filozoficznie, powiem Wam, co ostatnio mnie napadło.
Wiadomo jak jest. Inwencja twórcza może przyjść znienacka. Nienacek jaki jest, każdy wie. Raz jest taki, co spokoju nie daje i pcha się drzwiami i oknami, uszami, oczami, nosem i żąda wykorzystania. A nie, to inwencja żąda. Nienacek tylko determinuje kiedy.
W każdym razie raz inwencja jest, raz nie ma. Co prawda na brak zajęć to narzekać nie mogę, kończę kilka projektów, inne gdzieś tam się wymyślają. 
Czasem jednak gdzieś tam chce się czegoś innego. Czasem nawet nie wie się, że się chce, dopóki ktoś nie wspomni o tym. 
I tak sobie siedziałam i pisałam z Frycią naszą kochaną. I padło słowo klucz.
Wyszło na to, że mamy wspólną pasję. I podobne zwyczaje w tej kwestii. I troszkę nawet historię. Wymyśliłam, że zrobimy to razem. Zsynchronizujemy zegarki i tak dalej... Znaczy zakupimy to samo i będziemy działać. 
Dzisiaj nastąpił moment realizacji pomysłu. Pobiegłam do sklepu w poszukiwaniu niezbędnych rzeczy. Kilka smsów i zaczęło się. Na początku powstrzymywałam się bardzo. Bo może trzeba było czas start, żeby było kto pierwszy. Ale w sumie każda z nas inaczej funkcjonuje. To, że ja rzucę wszystko i zrobię to migiem (oczywiście pod warunkiem, że czegoś starsza dziatwa nie chce ode mnie, bo młodszej nie ma, albo nie zaburczy w brzuchu, albo nie znajdą się jakieś inne rzeczy - przeszkadzajki) nie znaczy, że ona też. W każdym razie ruszyłam z kopyta. Poczułam zew, wyzwanie, rywalizację. Znów odezwało się to uczucie. 
I tak stało się. Po długiej przerwie zaczęłam rozwiązywać krzyżówki....



Nie wiem, gdzie już jest Frytka, ale tylko skończę pisać, lecę rozwiązywać następne.
Znów łapię się na tym, że odgaduję hasło w połowie czytania określenia. Kiedyś, na jednych wakacjach, była nas grupa. Ja byłam najmłodsza. Zabrali się wszyscy do wspólnego rozwiązywania krzyżówek. Chłopak, który czytał określenia nie nadążał kończyć, bo ja już podawałam odpowiedzi. Nie chcielibyście widzieć jak ekipa na mnie patrzyła. Na to odezwał się mój przyszły mąż: zapomniałem wam powiedzieć, że ona jest w tym bardzo dobra. I tak się skończyło rozwiązywanie. Jeszcze później testowali moją wiedzę, ale więcej w mojej obecności nikt nie łapał za krzyżówki. 
Innym razem, jechałam z pracy tramwajem. Stałam nad jakimś gościem. rozwiązywał moje ulubione krzyżówki. Kusiło mnie przez pół drogi, żeby mu podpowiedzieć, ale opamiętałam się. 
Tak więc zostawiam Was samych, ja chwilowo oddam się trenowaniu mózgu i grzebaniu w pamięci. 

Na dziś:
The Cult - Rain






piątek, 16 sierpnia 2013

[210] Dziękuję

Mam nie marudzić. To nie będę. Mam się nie odwdzięczać. Hmmm....
Ale nikt nie zabroni mi napisać jak bardzo Wam dziękuję.
Nie powiem komu, bo Wy wiecie, że piszę o Was.
Zjawiacie się ostatnio bez pytania i niespodziewanie. A jednocześnie w momencie, w którym najbardziej tego potrzebuję.
Dziękuję. Po stokroć.




czwartek, 15 sierpnia 2013

[209] Kiedyś. Może.

Krótko.
Popłakałam się.
Bynajmniej nie ze śmiechu.
Meryl Streep i Tommy Lee Jones.
"Dwoje do poprawki".
Ku przestrodze. A może na zapas.
Jak wiele można osiągnąć, jeśli tylko się chce. I wcale nie o główny temat filmu chodzi.
Rozmawiać, rozmawiać, rozmawiać. Wciąż. Zawsze. O wszystkim. Pokonać strach, zażenowanie, tabu, siebie.
Jeśli nie teraz to kiedy? Jeśli ufać, to dlaczego nie zawsze? Nie da się zbudować czegoś na niedopowiedzeniach. Nie może starać się tylko jedna strona, bo kiedyś w końcu powie dość. Ja powiedziałam.
Jak bardzo boli, kiedy jest już za późno.
Następnym razem.
Może.
Kiedyś.


Na dziś:
Annie Lennox - Why


wtorek, 13 sierpnia 2013

[208] OSTRZEŻENIE!!!

Jak Wam przyjdzie do głowy włączyć skype'a, to dwa razy zastanówcie się, czy od razu się nie ukryć. Bo grasuje tam taka jedna, co niby na chwilkę, niby dwa zdania, potem okazuje się, że "tak się trudno rozstać". Pożegnań było z pięć, jeśli nie więcej. Dobrze, że tym razem nie płakała :)))

Buziaki kochana Emko :))) Do następnego :D

A ja już zdrowa, aspiryna, ten cud farmaceutyczny sam działa cuda. Żyję, funkcjonuję, nawet pracowałam dzisiaj od 9 do 18.30, jak mała lokomotywka.
Jutro bardziej luźno.
A teraz idę się zrelaksować.


Na dziś:
Skillet - Hero




poniedziałek, 12 sierpnia 2013

[207] Czołg

mnie dzisiaj przejechał.
Przewiało mnie. Zaczęło się od rana, umyłam głowę. Poszłam popracować. Potem poczta, zakupy. Zachmurzyło się, ale było ciepło. No i wiało...
Już wracając do domu, poczułam się fatalnie. Właśnie jak czołgista, którego przejechał czołg. Słabe nogi, mięśnie z takim ciepłym bólem, głowa, gardło. Weszłam do domu, usiadłam i skończyło się to dobre. Potem spróbowałam pospać, ale zimno mi było, zaczęłam się trząść jak galaretka. Wstałam więc ostrożnie, podreptałam do szafy w poszukiwaniu skarpet i swetra. Ponieważ siły przeznaczone na dotarcie do szafy i powrót zaczęły się wyczerpywać, wzięłam dwie pierwsze znalezione skarpety. Co z tego, że są w różnych kolorach. Ciepłe frotki. Sweter zimowy, który przypadkiem był na wysokości mojego wzroku. Opatuliłam się, przyjaciółka aspiryna poszła w ruch i pyralgin, bo mięśnie jednak niebezpiecznie grypowo bolały. Wymieniłam kilka zdań z ludźmi w necie, uziemiłam królika, który latał swobodnie po domu i poszłam spać.
Chyba już po najgorszym.

Dziękuję za rady i pociechę. Sprawa wyglądała dość tragicznie, ale wyjaśnienie i wypowiedzenie zalegających słów, naprostowanie i wszystko jest ok. Każdy chciał dobrze, wyszło jak zwykle. Kolejna nauczka, żeby mówić i nie czekać.


Na dziś:
Three Days Grace - Home




niedziela, 11 sierpnia 2013

[206] Są jeszcze insze

rzeczy na tym świecie, o których mi się nie śniło. A może nie rzeczy, a ludzie. Zostawmy już tych dwulicowych. Chociaż nie. To o nich własnie będzie.
Bo muszę podzielić się swym ostatnim przeżyciem. A nawet kilkoma.
Dziś skupię się na jednym, ważnym, najważniejszym, bo bardzo osobistym.
Tak jak pisałam poprzednio intuicja jest tym, czego słuchać należy. można z nią dyskutować, obrażać się i ignorować, ale należy wysłuchać swych przeczuć. Poobserwować siebie. Sprawdzić, kiedy włoski na rekach się jeżą i to wcale nie z podniecenia. Kiedy blokuje się narząd wydający dźwięki. Kiedy mówisz coś i w pół zdania wiesz, że to o pół zdania za dużo. Kiedy słowa drażnią i zaczynasz kipieć.
Kiedy czujesz, że przyjaźń przyjaźnią wcale nie jest, ale jeszcze się zastanawiasz.
Jestem cierpliwa. Ale wynika to raczej z tego, że jestem średnio asertywna. Raczej przeczekam, niż ruszę do boju od razu. Bo nie wypada, bo trzeba poczekać, bo...Przez to bo może i tracę, może i walczę mniej. Z jednej strony mam zaspokojona swoją stronę sumienia, bo nie rzucam się do gardła natychmiast, z drugiej mam twardą część ciała, w którą zbieram. I tak, walczę z tym.
Tylko czasem potrzeba kopa na zapęd. Słów, które są proste jak budowa cepa (a propos, niewiele osób wie jak zbudowany jest cep *). Takich, które nie pozwolą dłużej czekać. Mam kilka osób, które potrafią to dla mnie zrobić. Powiedzieć magiczne czary mary, które pcha mnie dalej.
Czekałam od maja na konkrety. Na jakieś ustalenie: tak i tak. Na rozmowę. Na jasną i przejrzystą sytuację. Ale doczekałam się dwóch propozycji, które zostały przeze mnie przyjęte z radością i mimo, że satysfakcjonujące, nie weszły w życie. Pomiędzy było tralalala, wszystko pięknie, ale poza moim poświęceniem nic za tym nie szło. Natomiast sprawy nagle przybrały kiepski obrót, mnie zjadał stres, intensywne myślenie co dalej. Wtedy nastąpił przełom. Dostałam tego swojego kopa, zebrałam się w sobie i rozpoczęłam konfrontację. Były podniesione głosy, stek bzdur, które usłyszałam, zasłanianie się troską i martwieniem o mnie, i ingerencja w moje życie. Powiedziałam dość. Powiedziałam czego oczekuję. A także czego nie chcę. Tak. Gdybym się nie odezwała, to dalej pracowałabym za darmo. Pracowałam 3 miesiące prawie, za darmo. Mimo, że były propozycje, skierowane do mnie, rozwiązujące sprawę.
upomniałam się o pieniądze, które zarobiłam. i o dalszy sposób rozliczania. Usłyszałam, że ona nie chce mi płacić, bo....nie będę dalej szukać pracy. Bo siądę na laurach. Bo moje pomysły nie są realizowane i ona nie wie co ja robię. Zapytałam więc czy mam zdawać jej raporty z szukania pracy? Informować, dlaczego coś nie wyszło? Oczywiście wyśmiałam ją i powiedziałam, że nie życzę sobie, żeby mnie odpytywała i dawała mi swoje dobre rady w kwestii pracy, bo nawet nie chcecie wiedzieć jakie były.
Powiedziałam też, że co ma piernik do wiatraka, za pracę należy się płaca i nie ważne, że siedzę u niej i robię, czy pracuję w kiosku z warzywami. Po czym zasłoniła się tym, że będzie jeszcze jedna rozmowa z jej mężem, który jest wkurzony. W międzyczasie nasłuchałam się jaka jestem niezastąpiona i potrzebna i że beze mnie to ona nie podejmie decyzji i inne takie. Rozmowa z mężem była rzeczowa, jasna i satysfakcjonująca. Zarobiłam. I będę zarabiać. Normalnie. Jak należy. Nie widziałam też, żeby był zły.
Tak więc kolejna lekcja życiowa: kiedy w grę wchodzą pieniądze, nie każdy umie sobie z tym poradzić. Dla mnie kolejny krok do asertywności.
O innych wydarzeniach nie napiszę. Bo to zbyt głupie jest, żeby opisywać, jak ktoś nie mając argumentów odwraca kota ogonem i umniejsza innym. Szkoda czasu na tłumaczenie.

* cep składa się z dzierżaka, bijaka i kapicy.

Na dziś:
Dire Straits - Communique
Jakby na czasie :)




sobota, 3 sierpnia 2013

[205] Są na świecie rzeczy

które zwyczajnie trudno opisać. Po prostu czuje się je przez skórę, gdzieś z tyłu głowy, odbiera na granicy myśli.
Często powtarzam mojemu synowi, kiedy słyszę, że czegoś nie umie, albo mu nie wychodzi, że jeśli nie będzie próbował, to się nie nauczy. Że każda próba to postęp. Że za każdym razem nauczy się więcej. Tak samo mam ja. Próbuję różnych rzeczy, których potencjalnie nie potrafię, nastawiam się do tego "naukowo" i "doświadczeniowo". Nigdy nie myślę, że to nie dla mnie i że się nie uda. No dobrze, tylko, że nie o tym chciałam napisać. Jedyne co łączy te dwie sprawy jest częstotliwość.
Lubię wracać do spraw, które mnie nurtują. Rozmyślać, trawić i wyciągać wnioski. Szperać, grzebać, wynajdywać rozwiązania i szukać drobiazgów. Nie umiem powiedzieć, że czegoś nie lubię bez spróbowania. Tak jest ze wszystkim. Jeśli powiem, że nie lubię, to tylko przykład, muzyki poważnej, to jest to poparte wieloma próbami zrozumienia dlaczego jej nie lubię. Nie lubię poparte jest moim doświadczeniem. Próbą, którą wykonałam. Tak samo jest z lubię to. Mogę powiedzieć, że lubię od razu. Bo tak często jest. Widzę coś co mi się podoba i mówię, że to lubię. Wysłucham jednego utworu zespołu, który poleci mi Kudłata i też mówię, że lubię. Lubię wiele rzeczy od razu. Intuicja. Albo podobieństwo do już lubianych rzeczy.
Ale najbardziej lubię rzeczy, do lubienia których podchodzę stopniowo. To jest tak jak z książką. Otwieram pierwszą stronę i jeszcze nie wiem, czy wciągnie mnie jak wir w swój klimat. Przekonuję się o tym dopiero pięć, dziesięć, dwadzieścia stron później. Czasem wcale. Czasem czytam ją z rozpędu, czekając na to coś. Tak samo jest z muzyką. Słucham wielokrotnie. I jeśli jest w niej coś, co powoduje, że zasypiam nucąc jakiś fragment, albo kiedy się budzę słyszę w głowie melodię, to znaczy, że to jest to. I kiedy słucham po raz kolejny danej płyty, wychwytuję wszystko co w niej gra. Stopniowo, sukcesywnie odkrywa przede mną swoje tajemnice. Aż w końcu zaczynam siedzieć w środku, otoczona dźwiękami.
To jest dla mnie prawdziwe dojście do sedna. Wtedy, kiedy odbieram emocje z drżenia głosu, z rytmu, z dźwięku gitary. Wtedy jest pełnia. Wszystko do siebie pasuje i każdy element jest niezbędny.  
Mnie niezmiernie zaskakuje to zjawisko.
Ale nie tylko z muzyką, czy książkami, tak mam. Mam tak z ludźmi. Owszem, niektórych na wstępie skreślam, zupełnie irracjonalnie. Podświadomie blokuję się na niektóre osoby. Jest w nich coś, co powoduje, że nie potrafię się przełamać, otworzyć. I najczęściej intuicja mnie nie zawodzi. Owszem, jak w powyższych przykładach - próbuję. Rozmawiam. Słucham. Obserwuję. Obserwacja i wyciąganie wniosków szczególnie ma miejsce w internecie. Między słowami można tyle wyczytać. A jak się poskłada całe rozsypane puzzle, obraz nie zawsze jest taki, jak chciałaby dana osoba, aby był widziany. Wtedy niezmiernie mnie dziwi, po co ludzie kreują drugą osobowość. Po co udają, że są zupełnie inni, niż naprawdę. Dziwi mnie to i nie przestanie. A najbardziej dziwi mnie to, że nie zdają sobie sprawy, że tak łatwo zdemaskować oszustwo. Zupełnie natomiast nie rozumiem, jak te osoby potrafią trzymać rękę na pulsie i ciągnąć dwa równoległe światy. Ten prawdziwy i ten fałszywy. Pilnować faktów, uważać na to co komu się komentuje, co się mówi, pisze. Nie wiem, czy to czasem nie podnoszenie sztucznie swojego poczucia wartości. Pytanie jest tylko takie: po co? Skoro życie w necie jest tylko wirtualne i nie przekłada się na realne, to co daje takie sztuczne podniesienie swojej wartości? Bo przecież świat realny nic o tym nie wie. Dziwi mnie to. Bo to nie jest tylko ukrycie imienia i nazwiska, ale udawanie kogoś, kim się nawet w cząstce nie jest. Chyba tylko w marzeniach.
Ale są też takie osoby, że im dłużej je znam, im więcej słów między nami padnie, tym bardziej czuję, że to jest właśnie taka osoba, która uzupełnia mnie. Daje mi poczucie, że nie jestem sama i wiem, że mogę liczyć na potrzebną rozmowę, milczenie, opieprz i wsparcie. I to nie jest tak, że idealnie zgadzamy się co do słowa. Wcale nie. Ale jest taka sama pełnia. Po rozmowie jestem jeszcze bardziej przekonana, że wszystko jest na swoim miejscu. I Wy wiecie, że mówię o Was właśnie.

A dziś muzyka, o której pisałam wyżej.
Na dziś:
Dawid Podsiadło - Bridge
Najseksowniejszy głos tego roku. I nie tylko.






czwartek, 1 sierpnia 2013

[204] Cierpliwość granice swoje ma

Rzecz zaczęła się dziać dwa dni temu. Nie jestem jakoś wyczulona na dźwięki, rozumiem remonty, nawet takie po 22.00, bo wiadomo, nie zawsze zdąży się z czymś przed tą godziną. Ale dwa dni temu mój słuch został wystawiony na próbę. Zastanawiałam się nad pójściem do specjalisty, bo odczuwałam to jako zwidy. Słuchowe.
Otóż dwa dni temu, w dzień rozpoczęło się wielkie sprzątanie piętro wyżej, nad nami. Nie wzbudziło to moich podejrzeń, bo wiadomo, wyrzuci się wszystko z szafy, ogarnie, trzeba odkurzyć. Potem wyrzuci się z drugiej szafy i też trzeba po sprzątaniu odkurzyć. Sprzątnie się biurko - odkurzanie. Kanapa - odkurzanie. Regał - tak samo. I tak z częstotliwością co 15-20 minut włączany był odkurzacz przez cały dzień. Zaznaczam, że pokój nade mną jest mały, jakieś 2x4m.
W zdumienie wprawiło mnie jednak, że usłyszałam odkurzacz o godzinie 00.00 i 20 minut po też. I 40 minut po również. I tak co najmniej do 2.30, bo potem zasnęłam, więc nie wiem. Śmiałyśmy się z Kudłatą, bo co rusz tam spadało coś na podłogę. Wtedy to jeszcze było śmieszne...Oczywiście tłumaczyłam to sobie jakoś. Ale Jakoś mi się skończyło wczoraj.
Odkurzanie trwało cały dzień. W tym samym miejscu. Od 18 do 00 była przerwa. Dokładnie o 00.02 spojrzałam na zegarek i....
Tak. Usłyszałam odkurzacz. W tym samym miejscu. Plus takie samo stukanie.
Wytrzymałam do 1.00 I poszłam zakłócić ciszę nocną.
Otworzyło mi dziewczę, ciut starsze od Kudłatej, z obłędem w oczach. Autentycznie. Wyglądała jak naćpana. Przypomniało mi się, że ludzie mówią, że ma coś z głową. Nie wnikam, nie widziałam karty, aczkolwiek zachowanie dziewoi na widok sąsiadów odbiega znacząco od normy. Nie wdając się w dyskusje powiedziałam, że godzina 1 w nocy nie jest dobrym czasem na odkurzanie, bo jest cisza nocna i poprosiłam, żeby przestała. Kiwnęła głową i zamknęła drzwi. Sprzątanie jednak trwało nadal, tym razem bez odkurzacza, natomiast dziewczyna zaczęła stukać w podłogę... Odpuknęła jej Kudłata miotłą. Na chwilę ucichło.
Ale coś czuję, że to nie jest koniec.
Natomiast zastanawia mnie beztroska rodziców. Zostawili ją samą i wyjechali. Nie omieszkam zagadnąć mamusi, jak tylko ją zobaczę.
Znów słychać stukanie....

Z wieści innych, nie jedziemy na Woodstock. Siła wyższa. :(

Na dziś:
Zielone Żabki - Kultura



niedziela, 28 lipca 2013

[203] Sezon fiołkowo - ogórkowy

Tak, nudą wieje.
Poza pewnymi rozdźwiękami, które niosą niesmak i konsternację. Bo kolejny raz potwierdza się stara prawda, którą znam z podstawówki, od mojej wychowawczyni z klas 1-3. Kochajmy się jak bracia, liczmy się jak Żydzi. Coś w tym jest. I jest też w tym, że tam, gdzie w grę wchodzą pieniądze, przyjaźń usuwa się w cień. Jestem trochę rozgoryczona, trochę mi z tym źle, i tak naprawdę nie wiem co o tym myśleć.
W każdym razie jedno jest pewne: ten co ma nie rozumie tego co nie ma.
Ale o sezonie być miało.
Nadszedł czas, kiedy należało rozsadzić moje fiołki. Pamiętacie te w doniczkach z kartoników po mleku?
Teraz wyglądają tak:



Jak widać szczepki są różnej wielkości. Bo różnie się rozwijały. Byłoby ich więcej o jakieś 3-4, ale nie udało mi się tak ich rozdzielić, żeby miały korzenie. Czternaście w zupełności wystarczy. Zastanawiam się co z nimi zrobię...
Jest taki upał, że pocę się przy czytaniu książki, więc wybaczcie, bo nie chce mi nic. Oddalam się na z góry upatrzoną pozycję, żeby przeczekać to okropne, upalne lato. Z utęsknieniem czekam na chłodne noce w sierpniu i na jesienny chłód, którym wtedy wieje...

Na dziś:
Farben Lehre - Spodnie z GSu
To tak w ramach przygotowania do tegorocznego Woodstock'u. :)


oraz zabieramy:


środa, 24 lipca 2013

[202] Leśne opowieści

Poszliśmy do lasu. Ciągnęło mnie od kilku dni. Wymyśliłam sobie, że dobrze by było nazbierać jagód. Realizacja postanowienia miała lekkie zawirowania, ponieważ wczoraj poszliśmy zupełnie gdzie indziej. Ten spacer związany był z zupełnie innym zamierzeniem. W każdym razie plon wczorajszy był taki:



Zamurowało mnie lekko. Właściwie to stanęłam jak wryta. Znajoma mówi, że może to był chwyt marketingowy, ale jakoś nie wierzę. Miałam sprawdzić dzisiaj, ale nie po drodze mi było.
Bo droga prowadziła do lasu. Czyli w odwrotnym kierunku.
A w lesie...

Mam sposób na zbieranie jagód. A raczej kiedyś wpadłam na ten pomysł przetransportowania jagód z lasu, kiedy jechałam samochodem i nic innego nie było pod ręką, oprócz butelki. Tak więc z braku innego naczynia w domu, bo przecież nie będę chodziła z miską, zabrałam jedyną dużą butelkę i nie była to całe szczęście 5-litrowa.
Szłam więc z tą butlą, wyglądałam cokolwiek specyficznie. Ale w końcu trafiliśmy w miejsce, gdzie patrzyły na mnie granatowe oczka. Bo Młody oczywiście po drodze spotkał kolegę ze szkoły i już nie musiałam się martwić o: mama! nudzi mi się!
No to zaczęłam zbierać...



mało na krzaczkach widać. Aparatu nie zabierałam, bo nosić tego mi się nie chciało. 


Ale jednak coś tam jest.  Nawet udało się trochę ich posmakować:)))


Moje ulubione, ze śmietaną i cukrem.

Zbierając jagody rozmyślałam sobie o tym i o owym. Na przykład o tym, jaką magiczną była dla mnie książka Na jagody Konopnickiej. Miałam ją odkąd pamiętam. Zdaje się, że dostałam ją, gdy skończyłam 4 lata. Najpierw recytowała mi wiersz, z pamięci, moja babcia. Później, kiedy nauczyłam się czytać, czytałam, z zapartym tchem. I już zawsze, od tamtego czasu jagody są czarne, a czerwone borówki.
Myślałam też o wielu innych osobach i rzeczach. 
Intuicja, magia, telepatia? Bo po powrocie rozmawiałam o tym właśnie, o czym myślałam od dłuższego czasu. I o czym niebawem napiszę, tylko pozbieram słowa.


Na dziś:
Michał Żebrowski & A.M. Jopek - Upojenie
Mistrzostwo...


niedziela, 21 lipca 2013

[201] Łzy rozpaczy

Tego jeszcze nie było! Żeby ktoś płakał, że chce już iść spać! No nie mogę!
Ale tak właśnie było.  Nie dość, że przez godzinę chyba szła spać, ale jeszcze trzeba coś dopowiedzieć, to na koniec płakała, że już chce spać. Mam nadzieję, że to z żalu, hehehe. Przesyłam buziaki i czekam na więcej. Oczywiście w ramach rozsądku, żebyś nie musiała płakać więcej :D
A tak serio. O tym też mówiłyśmy, że czasem zamienisz jedno słowo z kimś i okazuje się, że właściwie to tak jakby znajomość trwała i trwała.
Lubię tak!
Wczorajszy dzień był wyjazdowy. Zwiedziliśmy sobie Zamek Krzyżacki w Toruniu, połaziliśmy po mieście, spotkaliśmy się ze znajomymi i wróciliśmy do domu.
I mimo, że dzień przywitał mnie o 4.40 paskudnym bólem głowy, takim aż do omdlenia, i mdłości, celowo nie napiszę, że to migrena, bo to zwyczajne przewianie i moje zatoki powiedziały nie, wyjazd, opóźniony, doszedł do skutku. Wystarczyły dwie pyralginy.
I było bardzo fajnie. I to pierwszy raz, ale nie ostatni. Bo zapomnieliśmy kupić sobie pierników.
Trochę tylko żal, że nie wszystko mogłam, ale mam bardzo wyrozumiałego syna, który nie naciskał.
Jednak propozycja: przenieśmy się do Torunia! Będę mógł codziennie zwiedzać Zamek!, lekko mnie wprawiła w osłupienie.
Od dzisiaj na toaletę mówimy gdanisko.

Na dziś:
Dzisiaj nie będzie muzycznie.
Dzisiaj będzie poglądowo i jakże prawdziwie.
Polecam całą serię, płakałam ze śmiechu :)))



wtorek, 16 lipca 2013

[200] Inspiracja

Cóż nią nie jest, można by zapytać. Wszystko jest. Przeczytane słowo, spojrzenie, gdziekolwiek, przed siebie, za siebie, w siebie..
Co mi daje? Bardzo dużo.
Inspiruję się tym co mnie otacza, po to, żeby znaleźć to, co mi najbardziej odpowiada. Czerpię pomysły z tego co widzę, słyszę, czuję.
Lubię refleksyjno - zadumany czas. Lubię słuchać i chłonąć muzykę. Taki Dawid Podsiadło. Pisała o nim Karioka. Rozmawiałyśmy później o tym i o owym, a ja nie mogę oderwać się od tego głosu, melodii i emocji. Są takie moje.
Dziękuję Karioko.
Lubię filmy nieoczywiste. Lubię tak zwane trudne tematy. Lubię grzebać myślami w bohaterach i szukać sensu w, na pierwszy rzut oka, absurdzie.
Kiedy szumiało w naszym przyjaznym ludziom kraju na temat Pokłosia, a Maciej Stuhr mógł obawiać się o swoje, przynajmniej, zdrowie, czekałam na swoją chwilę. Na moje spotkanie z obrazem, który oburzył tak wielu. Obejrzałam ten film. I tak myślę, czy aby nie należałoby zatrudnić może tłumacza? Żeby ludzie zaczęli ogarniać co widzą? Bohater Macieja S. wycofał się przecież ze swojego dzieła. To jego brat doprowadził do ujawnienia zbrodni. Więc czyżby z oglądaniem było tak samo, jak z czytaniem ze zrozumieniem?
Ale wczoraj popłakałam sobie na filmie poleconym przez Kariokę. "Jak w niebie" z moim ulubionym szwedzkim aktorem Michaelem Nyqvistem. Lubię proste w przekazie obrazy, które dają taką różnorodność emocji i myśli.
Dziękuję Karioko.
I wiem, że zainspirujesz mnie jeszcze nie raz. Pokażesz coś, co wiem, że jest, ale nie jest łatwo do tego trafić. Ot, jak choćby ta reklama:



Bo rzeczy nie są takie, jak nam się wydaje, ale trzeba uczyć się widzieć je takimi, jakie są.


Na dziś:
Dawid Podsiadło - Nieznajomy




niedziela, 14 lipca 2013

[199] Spacer pod górę

Dzisiaj było fajnie. Nie za ciepło, ale też nie deszczowo. W sam raz. Od jutra zaczynamy wędrówki i może podzielę się z Wami odrobiną wrażeń.
Na razie jeszcze przetrawiam kilka postanowień i zapisanych spraw do załatwienia.
Może w końcu trzeba przestać myśleć kategoriami usprawiedliwiania? I zacząć być zimną suką? W końcu co mi z miętkości przychodzi? Nerwy, zupełnie niepotrzebne.
Obserwując, słuchając i doświadczając doszłam do wniosku, że - uwaga uogólniam, a potem wyjaśnię - że nie potrzebuję faceta. Żadnego. Każdy jeden ma jakąś wadę.
Jeden nie umie przyjąć do wiadomości, że to koniec i próbuje udupić byłą żonę, kosztem dzieci, niestety. Ona próbuje jeszcze tak wszystko ustawić i myśleć, żeby rykoszet dzieci jednak nie dosięgnął. Ale dość. Zwyczajnie dość. Dostaną, pozbierają się szybciej. Z jakiej paki chronić dupę faceta, który ma innych w dupie?
Drugi nie umie poradzić sobie ze swoim życiem, a za błędy, kuriozalne, obarcza żonę, która zapowiedziała, że odchodzi. Klasyczne wyparcie swoich win i zrzucenie na tę, która ciągnie ten wózek od lat, a powinna pierdyknąć to wszystko dawno temu. Szukanie na siłę czegoś, co go utwierdzi w tym, że to nie on jest winny. Dręczenie psychiczne, bo to jednak boli. Ale wiara w poprawę i w obietnice, tak samo jak w pierwszym przypadku, nie pozwoliła na rzucenie tego dawno. Ale teraz jest ten czas.
Trzeci, i pewnie nie ostatni, kiedy obietnice są niespełnione, kiedy tchórzostwo i strach nie pozwalają załatwić spraw do końca. Wisi to sobie w przestrzeni i gnije. Im dalej czasowo, tym gorzej. A ja chronicznie nie lubię niezałatwionych spraw, kłamstw, że nie ma się czasu - wystarczy 5 minut, oraz udawaniania, że wszystko jest super. Nie jest. Tyle, że ja przeszłam nad tym do porządku dziennego, i zaczęło mi to zwisać, mam tylko nadzieję, że więcej tak nie trafię.
W ogóle nie trafię.
Nie chcę.
Nie potrzebuję faceta, który nie umie być partnerem.A jak na razie nie widzę w okolicy takiego, nawet zajętego, który by umiał.
Zaraz ktoś wspomni o seksie. Można bez tego żyć. Tak samo jak oduczyć się słodzić.
Może kiedyś to odszczekam. Może zakocham się na zabój i świat przesłoni mi jakiś fajny gość. Może. Tyle, że ja już nie wierzę w bajki. Nie szukam, ani księcia, ani żaby. Nie szukam. I każdy, kto znajdzie mnie, będzie miał pod górę.

Na dziś:
Police - Every take your breath



środa, 10 lipca 2013

[198] Patatajnia

Że tak powiem gniotę to od kilku dni. Od tygodnia z okładem. Zakrywałam nadzieją, ale że czytata jestem, znalazłam ustawę i padłam. Poległam. Jest przysłowiowa ch..A nie będę przeklinać. Nie dam się. Za to chyba zejdę z tej ścieżki i będę rypać to państwo jako i ono mnie rypie.
Otóż załatwiałam zasiłek rodzinny, jako że w dalszym ciągu jestem bez pracy, a każda złotówka na wagę złota, zanim się interes rozkręci, a wiadomo, że to trwa. Po pierwszym odrzuceniu było olśnienie, koleżanka podpowiedź znalazła, i spoko. Poszłam zatem złożyć wniosek i nie wiem czy już pisałam, pani w okienku przyjęła go z fochem, bo głos podniosłam, aczkolwiek dostałam pismo, w którym wzywa się mnie do uzupełnienia dochodów męża. W ustawie, którą czytałam było, że gospodarstwo domowe to faktycznie zamieszkujące ze sobą osoby i tylko ich dochody się liczą.
W nowym brzmieniu ustawy z 1.07!!!!!! jest: dochody małżeństwa - a tym ciągle jesteśmy w świetle tej ustawy, mimo, że dwa lata nie mieszkamy ze sobą, rozwodzimy się, co jest na piśmie i ja mam przyznane alimenty, więc jaki dochód męża ja się pytam?
Ale żeby było śmieszniej, według MOPS nie stanowimy rodziny, według świadczeń socjalnych tak. Obie sprawy załatwiają USTAWY. Czyli że co?
I tak państwo odmówiło mi zasiłku, bo mogłabym się wzbogacić i zaszaleć za te 200 zł miesięcznie.
Więc chyba pójdę po rozum do głowy, poszukam krętaczy, co na zasiłkach żyją i jeżdżą furami, dowiem się jak orżnąć system i będę żyć jak panisko, w luksusie! Czy ja tego chcę? Nie! Ja jestem zmuszona. I wiecie co. Przykro mi to mówić, ale zaczynam mieć w doopie skrupuły, wstyd, honor, ojczyznę i wszelkie świętości. I jeśli będę potrafiła, bo to jest ta jedyna przeszkoda, bo nie potrafię, będę kręcić, oszukiwać, kłamać, tylko po to, żeby nie zdechnąć z głodu, kiedy szanownemu jeszcze przecież małżonkowi, przyjdzie do głowy narobić mi problemów i wpłacić alimenty na swoje konto na przykład pod koniec miesiąca, bo do tego jest zdolny. Zresztą zdolny. On to robi. Co miesiąc.
To był post pod tytułem jestem bardzo zła i zdenerwowana, proszę o wyrozumiałość. Słowa niecenzuralne utkwiły mi w brzuchu i zaparzę sobie mięty. Może nie pomoże, ale przynajmniej będzie ładnie pachnieć...

Wakacyjnie będzie od jutra...

Na dziś:
Apocaliptyca feat. Brent Smith z Shinedown- Not Strong Enough



piątek, 5 lipca 2013

[197] Złe i licho

Ciekawe, że złego licho nie bierze. Zaczynam wątpić w tę teorię i uznam chyba, że to tylko takie sobie powiedzonko jest. Bez uzasadnienia w rzeczywistości. Chociaż może nie jestem taka zła jednak..
Bo jakby wzięło wczoraj. Wzięło i upierniczyło pól palca. Prawie się wykrwawiłam na śmierć.*
A było tak.
Królik jest wredny. Od kiedy okazało się, że jest facetem, a nie babą króliczą, wzmogło się jego wredoctwo. Zawsze wyrzucał z klatki różne rzeczy, ale już ostatnio przesadza nieziemsko. Normalnie rzuca kulkami na odległość, bo odkurzając znajduję je w drugim końcu pokoju. O trocinach i innych przypadłościach nie wspomnę. A także o tym, że królikowi podoba się przesuwanie klatki (rozpędza się i gwałtownie hamuje) i usiłowanie popełnienia samobójstwa poprzez spadnięcie razem z rzeczoną klatką z szafki. Tak, królik stoi na szafce, o ile nie koczuje na balkonie. Teraz właśnie koczuje, bo ciepło jest.
Tak więc wszystko przez królika.
Bo jak zwykle chciałam odkurzyć to co łaskawie wypierniczył za swe domostwo. Wziąwszy odkurzacz, zabrałam się za rozwijanie przewodu i tu nastąpił zonk. Blokada przestała działać i przewód zwijał się z powrotem. Przed oczami, a jakże!, ukazała mi się wizja rozkręcania odkurzacza, żeby naprawić zwijacz, ponieważ już kiedyś się zepsuł, więc wiem, że można. Ale jakoś plany miałam inne. Niż babranie się w odkurzaczu. Więc szarpnęłam raz. Drugi. I...tak, trzeci raz też. Tyle, że za trzecim razem zrobiłam to tak niefortunnie i z furią, że palcem przejechałam po metalowej sprzączce od klapka domowego. Wyrywając sobie kawałek skóry. Zestaw młody sanitariusz mam, więc dałam sobie radę, chociaż zbladłam, kiedy zobaczyłam, że plastra z metra nie mam, bo zużyłam na buty (o tym za chwilę) i do wyboru pozostały mi muminki, hello kitty, auta2 i jakieś ufoludki. Były też plastry na halloween. I jakbym poszperała u Kudłatej, to znalazłabym całą kolekcję innych cudów, gdyż swego czasu zbierała plasterki z obrazkami i..oklejała nimi ścianę przy łóżku. Wybrałam muminki. Młody mi współczuł, chciał oglądać ranę, może lekarzem będzie? Najgorsze, że to prawy wskazujący jest. Tak więc prawie rzecz martwa mnie załatwiła.
Ale ostatnie szarpnięcie naprawiło zwijacz. Rozkręcać nie trzeba było.
Natomiast brak plastra z metra, który zwykle mam na podorędziu spowodowany jest moją przypadłością, z której się nie wyrasta. Przynajmniej ja nie wyrastam. Otóż obcieram sobie stópki. Zanim but, kapeć, klapek ułoży się do mojej stopy, muszę albo oklejać się pro forma na zaś, albo ratuję się, jak ostatnio, po fakcie.
Bo tak, szarpnęłam się na balerinki w lidlu. Płaskie, z materiału, nie powinno być problemu. Jak dla kogo, kurna chata! Obtarłam sobie pięty tak, że wyglądały prawie jak ten ze skóry obdarty palec. Na materiale! No to jak już sobie pięty zaleczyłam, postanowiłam w domu rozchodzić obuw, co by mnie nie maltretował. Zauważyłam, że pięta jak pięta, ale boki też... No to przed wyjściem oklejałam się na piętach i z boku. I działa. Można chodzić. Do bezplastrowego chodzenia dojdzie pewnie we wrześniu, ale co tam.
Tak więc stąd brak plastra i jeno muminki mi się ostały.
Poza tym usiłuję zrobić porządek w swoich rzeczach warsztatowych. Jak na razie ułożyłam ołówki, linijki, cienkopisy, pióra i długopisy, oraz linijki, krzywiki, rapidografy, pęsety, nożyczki..
Zabawiłam się też w kopciuszka, bo oddzielałam dwa dni koraliki kolorami...Mogłam się przy tym bawić w obliczanie prawdopodobieństwa wylosowania igłą czerwonych koralików w mieszance zielonych, żółtych, niebieskich, perłowych, przezroczystych, pomarańczowych i czerwonych. W 9 na 10 losowań czerwone były albo same, albo z innym kolorem. Ciekawe, nie? Może potrenuję losowanie liczb do następnego lotka.
No dobrze, udam się teraz jednak do tego mojego warsztatu, posprzątać trzeba, bo miejsca już nie ma i zaraz znów zaanektuję stół.

*żartowałam :)))

Na dziś:
Maroon 5 - Moves like Jagger




środa, 3 lipca 2013

[196] Polowanie

Przyszła. Nadciągała od wczoraj. Straszyła i uciekała. Aż w końcu po dzisiejszym upale dała koncert. Właściwie ciągle daje. Teraz nawet pada deszcz.

A zaczęło się tak:

próba "nieruchomości" aparatu, z oczywistego braku statywu za element unieruchamiający posłużyła moja dłoń.. O próbach ustawienia aparatu nie wspomnę, bo, że tak się przyznam, zapomniałam trochę..



Ale niebo nieśmiało zaczęło bawić się ze mną w chowanego....


Tu jakiś rozbłysk w chmurach..


i tam też...


tu łaskawie pokazało gdzie błyska...


tu bardziej..


i bardziej...


aż w końcu doczekałam się prawdziwego prezentu...



I na tym, niestety!!!! skończyła się moja dzisiejsza przygoda z polowaniem na pioruny, gdyż bateria się wyładowała, w przeciwieństwie do nieba, które trzaska w chwili obecnej tak, że lepiej nie mogłabym sobie wymarzyć. Cóż, poczekam na następną, cudowną burzę. I zapoluję ponownie.

A może.....


Na dziś: 
The Doors - Riders on the storm







niedziela, 30 czerwca 2013

[195] Poziomki i pionki.

Tak jest. Wakacje. Kanapki będę pakować tylko na wycieczki. Mam zamiar zwiedzić okolicę tak porządnie. Może już rozminują do tego czasu las. Nie pamiętam, czy mówiłam, ale las jest "nieczynny" od prawie 2 miesięcy z powodu znalezienia arsenału z II wojny światowej. Jeszcze niby 2 tygodnie ma być zakaz wstępu. Co nie przeszkadza młodzieży dać się pogryźć wygłodniałemu stadu komarów, oraz w obżeraniu się poniższym..



Ogólnie jestem jakaś rozbita.
Brakuje mi zapału do pisania. Mam mnóstwo pomysłów, ale kiedy siadam do klawiatury, odechciewa mi się. Może świat realny jest tak gęsty, że odbiera chęć dzielenia się sobą. Może przyziemne sprawy przygniatają mi palce i nie chce mi się zwyczajnie pisać. Trzymam fason jeszcze, ale być może któregoś dnia rozsypię się zwyczajnie i znów będę zbierać się w całość. Dźwignę się z poziomu do pionu i znów będę jakiś czas całością. A teraz czuję pierwsze oznaki nadchodzącego. Chaos. Przeskakuję z tematu na temat. Obmyślam plan ewakuacji. Szacuję nadchodzący kataklizm. I...śmieję się z siebie, bo przecież to tylko będzie mały deszcz. Wszystko zakrywam zasłoną dymną z marzeń.
W takich chwilach najbardziej brak mi kogoś obok. Taka samotność jest okrutna. Najgorsze jest to, że była też wtedy, kiedy obok spał ten, wydawało się, jedyny. I chyba wtedy bardziej bolało, że nie mogę na nikogo liczyć. Teraz zasada umiesz liczyć - licz na siebie jest łatwiejsza do zniesienia. Prościej z tym żyć. Łatwiej znosić załamanie koniunktury. Szybciej można się podnieść.

A jutro na obiad placki ziemniaczane.

Na dziś:
Def Leppard - Love bites









niedziela, 23 czerwca 2013

[194] Tak się bawi..!

Jak niektórym wiadomo, w piątek byłam zgrzeszyć, oglądając gołych facetów. No dobra, nie do końca gołych.
Najpierw, nadeszły obawy. Że pewnie młode laski, zgrabne, wymuskane tam będą. Że klub na poziomie, gdzie my tam. I inne idiotyczne powody, które o mały włos nie doprowadziły do rezygnacji z widowiska. Nie mojej rezygnacji. Bo poszłyśmy we dwie.
Przejdę od razu do rzeczy, bo co tu owijać w bawełnę, czy inne sztuczne skóry.
Faceci...przypakowani. Niektórzy za bardzo. Tańczą fajnie, ale niektóre momenty były niesmaczne. Nie chodzi o pruderię, ale po prostu mało finezyjne. No i...jakby to ująć. Może w barach duzi, ale nic poza tym.
I jednak taki występ może by mnie wzruszył jakieś...20 lat temu.
Tak więc po piątkowym występie, a była okazja klepnąć każdego z nich w tyłek, bo akurat stałyśmy w miejscu, gdzie tańczyli, jednak nie klepnęłam, ze zwykłej grzeczności, wyszłyśmy z klubu na ulicę, poszłyśmy na lody do Maca, bo tylko to w zasięgu wzroku otwarte było, obejrzałyśmy lampiony na tle księżyca, i wróciłyśmy do domu. A wczoraj kontynuacja szaleństw, czyli czytanie epopei narodowej w odcinkach, śmiechy chichy, wypad na tańce do klubu.
Z socjologicznego punktu widzenia rozkminiałam całą imprezkę. Bujałam się na parkiecie i patrzyłam sobie na towarzystwo. Wnioski są takie.
Na parkiecie kiwało się stado lasek. Mnie jako obserwatora nie liczę, kiwałam się w rytm, co by być w centrum. Panowie oblegali bar i się przyglądali. Niektórzy wchodząc stali na schodach i z góry lustrowali towar. Wzrokiem przenikliwym jak promienie rentgena. Śmiać mi się chciało, mówię Wam.
No i tak przeleciały lata 80, 90, jakieś współczesne miksy i nagle dedykacja...od koleżanek dla przyszłej panny młodej... Ona tańczy dla mnie. I tu nastąpiło zagęszczenie atmosfery: panowie ruszyli biegiem na przełaj, który pierwszy na parkiet. Panie, które bawiły się same znalazły się w centrum uwagi. Nie mówimy tu o obserwującej i jej koleżankach, gdyż, my tak z boczku, koleżanki lekko na fazie.
Fenomen tego przeboju mnie zaskoczył.
A ja z kumpelą zumbowiczką odtańczyłyśmy dwa przeboje w układach z zajęć, śmiejąc się przy tym do łez.
Po czym poszłyśmy szukać lepszego miejsca, które okazało się być zamknięte na cztery spusty, a po powrocie do domu jakoś towarzystwo się rozlazło spać, co też i mnie zmusiło do udania się do własnego łóżka.
Kaca nie stwierdzono.
I tak zakończył się imprezowy weekend, miasto nocą jest fajne, ładne, kolorowe, i stwierdziłyśmy, że będziemy przynajmniej raz w miesiącu udawać się na jakąś imprezę. Zobaczymy co z tego wyjdzie :)


Na dziś:
Bob Marley - Burnin' And Lootin'
Przepadłam ponownie w świecie reggae..
Pasuje do temperatury..





wtorek, 18 czerwca 2013

[193] Wieści z frontu

Tak patrzę przez okno i w sumie nie wiem, czy już wyż zagościł, czy jeszcze bije się o względy z niżem. Po chmurach go poznacie, można by rzec. To jak po chmurach, to wyż. Jutro będę ledwie dychać, jeśli prognoza sprawdzi się w więcej niż 50%. Niechybnie zaciemnienie zarządzę i zaraz wstawię wodę do zamrażalnika, na lód, żeby, jakby co, się nim obłożyć. No, pożyjem zobaczym.
Jestem z doskoku. Zaglądam do Was, dzisiaj nawet poczyniłam gdzieniegdzie komentarze, ależ dumna jestem! Bo niestety, ostatnio czytam w biegu, udzielam się w biegu, w biegu myślę, jeszcze trochę to w biegu będę spać.
Dzisiaj zafundowałam sobie wycieczkę po urzędach, w celu pobrania różnych wniosków, w najbliższym czasie będę kwitła przy okienkach oddając te wnioski. Nic to. Cierpliwa jestem, uśmiechnięta. Jak zawsze.
Ostatnio w jednym sklepie zdjęłam słuchawki, bo tak robię prawie zawsze, ale jakoś nie chciało mi się wyłączać muzyki i tak sobie stoję i patrzę, a pan za ladą mnie pyta: ooo, to jakiś fajny rockowy zespół. Co to? Bo ja to dinozaur jestem. Wyjaśniłam co to za zespół, po czym zmierzyłam pana i mówię: nie no, jaki dinozaur, wątpię, żeby był pan ode mnie starszy. I tu przegrałam. O kilka miesięcy. Ale było śmiesznie. Może pójdę do pana z inną fajną muzyką. Myślicie, że podryw na muzykę ze słuchawek jakoś przejdzie?
A żeby w temacie muzycznym pozostać, doznałam szoku. W szkole. Odbieram Młodego, idę sobie zatłoczonym korytarzem, a tu się do mnie przebija pani ze świetlicy. Pierwsza myśl: nabroił i będzie donos. Jak nic coś wymodził. Ale nie. Pani mnie dopadła i mówi: ja tylko chciałam powiedzieć, że Młody śpiewał piosenkę. Zbladłam, bo już miał wpis, że śpiewa nieprzyzwoite piosenki (kolega, który 2 lata starszy jest u niego w klasie, go podpuścił). Na co pani, że ona zna Papa Roach i jak usłyszała, że on śpiewa Last Resort to zapytała skąd zna. To Młody się pochwalił, że mama i siostra słuchają i on się nauczył. Pani mi opowiedziała, że syn był na koncercie i że ona też zna. I zachwycona ogólnie. A ja byłam w szoku :)
Poza tym, ostatnia wieść z frontu, mam kontuzję . Nadwerężyłam sobie jakieś ścięgno w nadgarstku. I to od czego! Od dziurkacza, który robi kółka. Normalnie masakra. Myślałam, że jak ręka odpocznie, to minie. Gdzie tam! Dobrze, że można kupić krojony chleb.
A teraz oddalę się wraz z frontem na z góry upatrzoną pozycję i będę dalej uprawiać, spodobał mi się zwrot, napitalanie nitkami :)))

Na dziś:
# Doors Down - Ticket to Heaven



sobota, 15 czerwca 2013

[192] Nie dotrzymałam słowa...

Zdarza się. Szczególnie w takiej sytuacji. O wybaczenie uprasza się.
Bo wczoraj zapchała mi się umywalka.
Ale od początku.
Jako przykładna (khem khem <gwizdanie>) gospodyni, pani na włościach, oraz kobieta bez faceta (wyjaśnić należy, że z tamtym facetem również sama musiałabym problem rozwiązać w ramach "musisz umieć sobie radzić", a że lubię to już wiecie), chciałam profilaktycznie sobie przeczyścić rurę. Znaczy wszystkie trzy. W zlewie, umywalce i wannie. Dwie poszły gładko. Natomiast umywalka, cóż, zbuntowała się.
Nalałam wrzątku, nasypałam granulek i poszłam se. Wracam, spłukałam wszystko, wanna w porządku, natomiast umywalka nie. Woda stoi. Kombinacje alpejskie odczyniłam, potraktowałam drugi raz granulkami i wrzątkiem i...doopa blada.
Wściekłam się, mówię Wam. Ale rozmowy on line w stylu: czy ty wszystko musisz sama? odpuść czasem. Spowodowały, że postanowiłam przespać się z problemem. Jak faceta nie ma to z czymś trzeba. Jeszcze po północy wrzało we mnie i biły się dwie opcje, a mianowicie 'sama nie dam rady?!' i 'na górze mieszka hydraulik'.
Wstałam rano, rura zapchana dalej.
W ramach oswajania pofarbowałam włosy, bo idę zaraz na imprezę. Do 7 latka, ale zawsze. Zjadłam śniadanie, ułożyłam sudoku ze trzy razy.
I poszłam do łazienki.
Odkręciłam syfon.
I osłupiałam. Gdyż takiej konstrukcji to moje oko nie widziało. Po czym analiza wzrokowa powiedziała mi wszystko. Granulki się..zresztą zobaczcie sami:


Ten grzybek, to nie jest nowa konstrukcja syfonu, żeby działał lepiej. Mogłabym sobie przepych i sprężynkę wsadzić. Hydraulikowi zapłaciłabym za to, co sama sobie odkryłam i sama usunęłam. Młotkiem się nie dało rozbić, takie twarde, zalałam więc wrzątkiem w misce.
Tak więc nie dotrzymałam słowa.
Zdobyłam sprawność hydraulik.
Motto: nie ma takiej rury na świecie, której nie można odetkać.

Na dziś:
Shinedown - Enemies




piątek, 14 czerwca 2013

[191] Wazelina.

Zacznę od tego, że jestem osobą rzeczową. Lubię wiedzieć, lubię jasne sytuacje. Lubię, i wolę, żeby powiedzieć mi wprost, nawet spieprzaj, niż owijanie w bawełnę. Lubię proste, zwyczajne słowa. Owszem, lubię też grę słów i romantyczne wątki, ale bez przesady i nie w tym wypadku.
A mianowicie.
Jako załatwiacz wszystkiego, bo koleżanka się boi, ja rozmawiam z dostawcami. No. I tak właśnie rozmawiałam jeszcze przed wyjazdem do Warszawy. Wyjaśniłam o co mi chodzi. Najpierw krótko, acz, wydawało mi się, zrozumiale, ale chyba tylko mi się wydawało. Wyjaśniłam więc drugi raz proces technologiczny, przez telefon, słowami mniej więcej: niech pan sobie wyobrazi...niech pan dotknie tu u góry... śliskie, prawda?
Facet zrozumiał. Ale był w drodze w inny wymiar czasowy, przez co nieobecny jest na miejscu do środy. No to mamy schody. Bez windy. Zostawił na włościach pana innego. Nowego. Się wdraża. Proces tłumaczenia miałam wielokrotny, mailowo, telefonicznie, nawet chciałam mu narysować. Wydawało się, że załapał, chociaż dostałam od niego dwa maile, z czego jeden był zaprzeczeniem zapewnienia właściciela, a drugiego nie było.
Nie zdzierżyłam po raz pierwszy. Zadzwoniłam do pana 3 dni temu. Pan zapewniał mnie, że produkcja ruszyła, dwa dni i wyślą. I że da znać, zadzwoni. Zapomniałam tylko zapytać gdzie.
Dzisiaj nie zdzierżyłam raz drugi. Towar powinien być u mnie. Zadzwoniłam do pana, oczywiście nie odebrał, bo po co, po czym oddzwonił. Z takim kitem, że umarłam. kazałam panu wziąć dwie rzeczy i sprawdzić, czy się będą razem kleić. Zbył mnie, ale ponowiłam żądanie, po czym powiedziałam, że czekam na telefon z wynikiem eksperymentu, gdyż to kluczowa sprawa.
Zadzwonił. Nie wiem, czy mam radar i jestem wyczulona na kłamstwa, albo może to moja niezawodna intuicja. W każdym razie po odsłuchaniu informacji o niemożności wykonania produktu w pożądany przeze mnie sposób (wierzcie mi, chodziło tylko o zamianę góry z dołem! Żadna filozofia, zwyczajnie do sztancy wkłada się piankę w taśmie odwrotnie bo z obu stron są przekładki, o które wojna się toczy..) zadałam panu dwa pytania natury technicznej, używając słownictwa odpowiedniego do okazji, przy czym pana zamurowało po drugiej stronie, oraz po usłyszeniu, że zmarnowali nam 2 tygodnie i stoimy z robotą, rozpoczął peany na temat naszej jakże fajnej super firmy i świetlanej współpracy w przyszłości, że nie chcieliby stracić takiego kontrahenta i inne pierdy typu: trzymam rękę na pulsie, brakowało tylko: ależ pani jest piękna i zmysłowa, a mnie się nóż w kieszeni otworzył, bo znam tę gadkę, i gołymi rękami udusiłabym tego, co gadał w taki sposób. Mam uraz. Jak stąd na księżyc. A na takie gadki mam alergię. Nie lubię już tego gościa.
I w ten oto sposób dupa jest blada, wszystko gotowe, brakuje jednego elementu i koniec. Musimy czekać. A mnie krew zalewa, bo lubię kiedy wszystko gra, jest na czas i nad tym panuję. I lubię, kiedy zlecę coś komuś, to ten ktoś pilnuje zamówienia/zlecenia. Dba o to, żeby sumiennie wywiązać się ze zlecenia. Informuje na bieżąco i wyjaśnia. Ale może ja mam za wysokie wymagania? No bo przecież jest kryzys! Zapomniałam! A ja tu z zamówieniem, może małym, jak dla kogo, ale powtarzalnym.
A pytanie mam jedno.
Czy facet, który współpracować powinien z kobietą, musi pieprzyć farmazony, bo sądzi, że kobieta to blondynka i można jej wszystko wcisnąć, bo uwierzy?
Przepraszam blondynki.

Na dziś:
Aerosmith - Dude (Looks Like a Lady)


środa, 12 czerwca 2013

[190] Post nie dla kucharzy

Szczególnie nie dla tych zawodowych. I nie chodzi o to, że post nie jest dla kucharzy, tylko ten post jest dla kucharzy amatorów. Ta notatka znaczy :)
Bo jestem kucharką amatorką. I mimo, że lubię umieć - wiedzieć - próbować, nie uważam się za mistrzynię w tej dziedzinie, aczkolwiek poza kilka razy przesolonymi potrawami, kilka razy troszkę przypalonymi i może jednym zakalcem, większych porażek nie zaliczyłam.
A chciałam napisać o tym, że uwielbiam szpinak. U W I E L B I A M. Nie mam żadnych traumatycznych przeżyć w postaci, przepraszam za porównanie, krowiego placka na talerzu, więc może to stąd moje zamiłowanie.
Szpinaku spróbowałam kilka lat temu. Chyba z sześć. W jakiejś restauracji. Nie to, że tak bardzo chciałam, ale dlatego, że nie jadłam, a chciałam być, hmm...inna :)
Zamówiłam sobie farfalle con spinaci*. I umarłam z miłości.
A ponieważ nie byłabym sobą, to zaczęłam przeszukiwać net w celu namierzenia jakiegoś przepisu. W międzyczasie naumiałam się robić tagiatelle alla carbonara*.
Co do przepisów mam jedną zasadę. Nigdy nie trzymam się ich kurczowo słowo po słowie. Eksperymentuję. Często nie wiem co dodałam, albo ile. Odkryłam, Amerykę a jak, że i kolejność ma znaczenie. Ja lubię tak sama. Znaleźć, poszukać, odkryć, sprawdzić.
I tak sobie zamówiłam wczoraj torbę szpinaku. Obwieściłam dziatwie co na obiad.
Pominęłam tym razem proces blanszowania. Bo mi się nie chciało. Wrzuciłam na patelnię masło, na to szpinak, czosnek, posoliłam popieprzyłam, pomieszałam, dodałam serki topione, nie pamiętam czy z lidla czy z biedry, ale mnie wkurzyły, bo się przykleiły do papierków, poczekałam aż się stopią, po czym dodałam kilka łyżek jogurtu typu greckiego. Ponownie zamieszałam, odcedziłam makaron i podałam.
Myślicie, że coś zostało? Owszem. Wspomnienie...
I pół torby szpinaku, który jednak zblanszuję i wrzucę do zamrażarki. Będzie jak znalazł do jajecznicy, albo do makaronu, albo do pierożków z fetą w zimie.

To tyle.

A nie! Jeszcze obiecana fotorelacja z tworzenia stojaków, oraz taki jeden w użyciu.



Na jednym zdjęciu jest dowód, że szybciej robię niż myślę. A tak naprawdę to jest tak, że jak przemknie mi myśl o czymś, co się stanie, ale nie powiem tego na głos, to to się stanie. I tak przewierciłam sobie taboret.
A Młody dzisiaj zaliczył zdarte kolano i wizytę u pielęgniarki. Bo sobie pomyślałam, że daję mu krótkie spodenki i żeby się tylko nie wywrócił.....

*wszystkich, co władają włoskim, przepraszam z góry :D

Na dziś:
Maryla Rodowicz - Wszyscy chcą kochać
Dzisiaj przy pracy słuchałam mimowolnie całej płyty. Gust muzyczny z szefową mi się rozchodzi w niektórych miejscach, jak za małe spodnie na szwach, ale Marylki wysłuchałam z radością.




poniedziałek, 10 czerwca 2013

[189] Jazda bez trzymanki

Wróciłam.
Wszystko poszło rewelacyjnie. Teraz tylko pilnować interesu i będzie świetnie.
I to wszystko, całe to pilnowanie, spadnie na mnie.
Ależ się cieszę!
Cieszę się też, że z Warszawy wyjechałyśmy w sobotę, bo nie miałam pontonu. W niedzielę Trasa Toruńska nie nadawała się do podróży. Znacie to powiedzenie? Nie znacie, bo właśnie je wymyśliłam: mam niesamowite szczęście. Potwierdza się to w wielu przypadkach.
Podróż rewelacyjna. Gdyby tylko oznaczenia były na remontowanych trasach jakieś normalne. Albo gdybym nie słuchała doradców. Nic to, 60 km autostradą A1 w kierunku Gdańska, pikuś. Nawrotka za bramką i powrót. Cudownie prowadziło się samochód. Trasa do stolicy rewelacyjna. Samej stolicy jednak nie lubię nadal. A już coś takiego jak zielona fala nie istnieje. Mam też nadzieję, że niektórzy taksówkarze wybaczą..
Nie wiem tylko czy nie powinnam się obrazić, bo usłyszałam, że jestem z betonu. Znaczy, 3 godziny jazdy, cały dzień na nogach na stoisku i 3 godziny powrotu. Z betonu, że niby taka wytrzymała. Powrót już mi wisiał. Byłam zmęczona, ale nie chciało mi się spać, o dziwo. Chyba zaliczyłam punkt przegięcia w KFC, więc potem tylko z górki.
Mam zaciesz, jak to mówi Kudłata.
Od ucha do ucha.
Teraz zbieram siły i ogarniam, jednocześnie pracując w dalszym ciągu na świetlaną przyszłość naszą, aczkolwiek mniej intensywnie. Wyspałam się.
Ogarnę się jeszcze wieczorem z Wami, poczytam, wyprostuję co trzeba i będę.
A. I wiecie co? Chyba jednak tę stolarnię otworzę. Miałam tyle pytań o moje stojaki, że chyba zacznę produkować mebelki dedykowane :D

Na dziś:
De Mono - Znów jesteś ze mną
A tak jakoś mnie natchnęło było. Złote przeboje leciały i przypomniały mi się tamte czasy..






środa, 5 czerwca 2013

[188] Znikam

Na chwilę.
Sprawy nabierają rozpędu, a raczej lecą z siłą wodospadu. I z takim przepływem jak Niagara.
A wiecie, że Niagara jest niższa od naszej Siklawy? O kilka metrów.
Tak więc dzisiaj leczę rękę. Daję jej odpocząć, bo nadwerężyłam sobie wszystkie ścięgna i mięśnie jakie mam od czubeczków palców, po łokieć. Dolegliwości tenisisty to przy tym pikuś. Noża nie byłam w stanie utrzymać w dłoni, cud, że udało mi się zrobić kanapki do szkoły dla Młodego.
W sobotę mam tzw. deadline. Godzina zero wybije. I wtedy napięcie będzie rosło.
Wyjeżdżam w piątek, wracam w niedzielę. Odwiedzam stolicę. Nie będę jednak w stanie z nikim się spotkać, więc nawet nie proponuję.
Nawet nie wiecie jak się cieszę. Z chaosu wyłania się klarowna wizja przyszłości. To, co już się dzieje, przyprawia o zawrót głowy. A co dopiero będzie kiedy zacznie się realizować?
Głowa pełna pomysłów, ręce pełne roboty. Tak lubię. I wielkie pokłady optymizmu.
Życzenia i marzenia się spełniają.
W takim razie życzcie mi powodzenia.
Ja marzę o sukcesie.
Trzymajcie kciuki.

Polly :*
Dzięki za fajne rozmowy i cieszę się, że znalazłam drugą taką jak ja, która wierzy w spełnianie życzeń.

Uważajcie więc czego sobie życzycie!

Na dziś:
Deuce - The One
Jak zwykle zasłyszane u Kudłatej :)
No cóż, mamy podobne gusta. Z czego bardzo się cieszę :)))




niedziela, 2 czerwca 2013

[187] Krótko

Fotorelacji nie będzie.
Czytnik kart compact flash padł (umierał od kilku lat, łączył, nie łączył...). Zdjęcia są, ale nie mam jak ich zgrać na dysk. Jestem zła, bo to oznacza, że żadnych zdjęć nie zgram. :(
W każdym razie, poczyniłam 5 stojaków, odpyliłam mieszkanie, ale czuję i widzę, że to proces będzie długotrwały, bo wszędzie pył. Ale za to jak pachnie drewnem!

Na dziś:
Avenged Sevenfold - So Far Away





sobota, 1 czerwca 2013

[186] Nowa sprawność

Dziękuję za opinie. Kolorowa, silna, święta (?????? mam nadzieję, że nie krowa :D), pozytywna, nietuzinkowa, ciepła (a ja taki zmarzluch jestem :D), mądra (polemizowałabym chyba, zważywszy na dzisiejsze wyczyny..), odważna ...To fajnie, że jednak nie mdła i nijaka. I że czytacie to, co piszę. Obawiam się tylko, że niedługo łatwiej będzie mi coś napisać, niż powiedzieć. Mam nadzieję, że dam sobie radę.
Ale żeby nie było.
Zgodnie z tytułem zdobyłam dzisiaj nową sprawność.
Od dzisiaj jestem stolarzem.
Właśnie powierciłam sobie w drewnie, poszlifowałam, jeszcze tylko parę otworów (wiertełko się lekko zagrzało i musi odpocząć) i stojaki będą gotowe.
Jakby kto pytał mam takie fajne urządzenie, nazywa się Dremel 400 Digital. Wierci, tnie, szlifuje i co tylko chcecie. Dostałam je kiedyś na...Dzień Kobiet od jeszcze męża, aczkolwiek używał go on. Taki prezent z serii to dla ciebie, ale to ja będę go używać. Bardzo się przydaje i bardzo się cieszę, bo jestem zwolenniczką prezentów użytkowych. No przepraszam, rzeźba abstrakcyjna, tudzież obraz samego Picassa nie sprawiłby mi takiej radochy, jak coś, co mogę wykorzystać. Całkiem serio mówię.
No i wykorzystałam.
Co prawda pierwszy lepszy behapowiec zszedłby na zawał serca widząc moje wyczyny, ale cóż, nie mam imadełka, nie mam stołu odpowiedniego, nie mam warunków, że tak powiem, warsztatowych. Musiałam radzić sobie ...kolanami. Nie ucięłam się, jeszcze, ale wszystko przede mną, bo jeszcze muszę przepiłować 10 prętów aluminiowych. Znaczy 8, bo dwa już przepiłowałam.
Nie był to debiut w stolarstwie, ale ten pomysł jest mój od a do z, więc myślę, że mogę sobie przyszyć sprawność na rękaw.

Na dziś:
Dawid Podsiadło - Trójkąty i kwadraty
Intrygujące. Zawsze obawiam się o kariery wokalistów występujących w różnych programach, które mają talenty wyłaniać i promować.
Oby się nie zepsuł....