Spędziłam dzisiaj dzień na bieganiu po urzędach. Ot, takie tam załatwianie różnych ważnych spraw. Jak to zwykle bywa. Szczególnie u mnie, gdyż muszę szukać różnych form pomocy, skoro nie mogę znaleźć pracy. Szczerze mówiąc mam czasem ochotę w tych urzędach zapytać, czy aby może przy okazji nie mają dla mnie jakiejś pracy, bo na ten przykład ja, niekawosz, podobno umiem parzyć kawę znakomicie.
Nie pytam jednak obcesowo, ale co i rusz przeglądam bip. A co.
W każdym razie jechałam sobie autobusem, mając w zamyśle odwidzenie instytucji w liczbie trzy, czytając książkę, i tak zaczęłam rozmyślać gdzie najpierw. Przegląd instytucji zrobiłam, znaczy stopień muru, który przebyć będzie trzeba, czas przeliczyłam i wymyśliłam, że najpierw do skarbówki.
Jak zwykle z bananem na twarzy, bo przecież ja tak mam. Wlazłam na trzecie piętro, weszłam do pierwszego pokoju. Niedobrze. Samem baby. Ale jedna tylko kompetentna i zajęta. Poczekałam więc na zewnątrz. W końcu weszłam, wyłuszczyłam o co mi chodzi (też macie problem ze złożeniem pierwszego zdania?) i zostałam skierowana do pokoju numer dwa. W opcji był jeszcze trzy i więcej. Ale w pokoju numer dwa był pan. Rozmawiał przez telefon. Ok, poczekam na zewnątrz. Drzwi przeszklone, więc pan widział, że ostentacyjnie spaceruję po korytarzu, żeby nie zapomniał, że ja, biedny petencik, czekam na przyjęcie.
Pan do mnie wyszedł. I...
Po pierwsze, był zabawny, a ja z bynajmniej zabawną sprawą tam nie przyszłam.
Po drugie, poradził, pomógł i zaprowadził do lepszego fachowca.
Po trzecie, dał mi swój numer, żebym dzwoniła jak tylko będzie potrzeba wyjaśnienia czegoś, pomocy, w razie jakichś kłopotów.
Po czwarte, cały czas, a zaznaczam, że dzisiaj jest poniedziałek, był uśmiechnięty.
Po piąte, nie pił żadnej kawy.
Pan bardziej obcykany w papierkach o jakie mi chodziło, był natomiast nie dość, że te wszystkie punkty co wyżej, to jeszcze:
Po szóste, niesamowicie przystojny w moim typie.
Po siódme, usłyszałam rady, jakich z ust urzędnika nigdy bym pewnie nie usłyszała
Po siódme, miał imię, które baaaardzo mi się podoba.
I już się cieszę, że niestety, będę musiała jeszcze raz tam iść.
Po wyjściu z urzędu miałam klasyczną głupawkę i wymiana smsów z moją psiapsiółką spowodowała, że śmiałam się całą drogę do kolejnego urzędu. Śmiał się też ze mną pan, który wyszedł na papierosa przed firmę. Bo napisałam jej, że się zakochałam. I napisałam o panach. I że mam dylemat który. Czy ten śmieszny i fajny, co mi dał numer, czy ten w moim typie. I jeszcze się zastanawiałam smsowo, czy jak mi się zatka kibelek, to też wchodzi w zakres usług. Stąd wzięła się głupawka. Mam nadzieję, że zaraziłam kilka osób uśmiechem.
Doszłam sobie do urzędu numer dwa. Wydział Edukacji.
Znów wtelepałam się na 3 piętro. Była mała kolejka, ale wyszedł pan, który zdziwiony zapytał, że czemu wchodzimy pojedynczo, bo tam oni mają cztery stanowiska.
Weszłam więc, usiadłam przy biurku pana i gadamy. O, nie ma pieczątki szkoły. Zbladłam. Zobaczyłam ścianę, w którą walę czołem. I ponowną podróż do miasta...Pan mi jednak powiedział, że spokoooo luuuuzik, mogę też złożyć w sekretariacie szkoły, on tylko pokseruje i sprawdzi wszystko. Wrócił pan do stolika i....na to wchodzi, tadam! Dyrektor Mojej Szkoły. Powiedziałam grzecznie dzień dobry, a pan od razu: a pan dyrektor to pieczątki ma? Bo tu nam potrzeba. I pieczątki się znalazły, papiery złożone.
Prawie wszystko się udało.
Jeszcze tylko walka z bankiem. Ale to już jakby poza konkurencją, bo bank mnie wkurzył niemiłosiernie.
Ale poradzę sobie i z nim. Bo jak nie ja, to kto?
Na dziś:
Eurytmics - Miracle of love









