piątek, 8 lutego 2013

[119] Inicjatywa społeczna

Wiele jest teorii i znaczeń słów. Każdy może rozumieć każdą sprawę inaczej. I kolejny raz widzę, jak punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Niestety po raz setny, a może więcej nawet. Czego nie da się przeskoczyć to nie da. Ale są takie sprawy, że chce się krzyczeć wyzywać i kopać. A mnie się zbiera jad.
A oto sytuacja, która wczoraj mnie zirytowała. I jeszcze nie wiem co zrobię. Ale na pewno nie zostawię tego tak.
W radzie rodziców jest dziewczyna. Miała plan, bardzo fajny i bardzo chciałam się w niego zaangażować. Przeprowadziłyśmy kilka rozmów, przedstawiłam jej moje oddanie sprawie, miałam czekać na ciąg dalszy.
Powiedzmy, że Marta, chciała zorganizować świetlicę dla dzieciaków. Taką z psychologiem, pomocą, z zajęciami, we współpracy z policją, pedagogami (sama jest nauczycielką). Praktycznie wszędzie dostała zapewnienie o wsparciu, praca miałaby charakter wolontariatu, może jakiegoś stowarzyszenia. I wszystko szło dobrze. Pani psycholog zgodziła się wesprzeć inicjatywę i popracować za darmo, inni też. O moim rękodzielniczym zajęciu dzieci wspomnę tylko tyle, że chciałam zająć się tą działką. Wszystko się budowało, nadzieja była, ale na drodze stanął brak lokalu. W spółdzielni, która zawiaduje tym osiedlem, w statucie zapisana jest działalność społeczna i nawet pierwsze rozmowy zostały przeprowadzone, lokal prawie był, wszystko szło gładko i sprawnie. Przed wyborami do rady osiedla. Wszyscy byli na tak. Po wyborach, przestano rozmawiać, odbierać maile i telefony, w końcu przyparta do muru osoba, która tak entuzjastycznie wypowiadała się o pomyśle, stwierdziła, że "w tamtym pomieszczeniu jest sporo rzeczy, których nie mamy gdzie ulokować...szczotki, odkurzacz....". Rozumiecie? Kilka starych gratów, których nie ma gdzie przenieść, bo spółdzielnia ma kilka osiedli pod sobą w tym mieście. 
Ręce mi opadły do samej ziemi. 
Co mamy zrobić?
Uwaga? TVN24? Wyborcza? 
Dodam jeszcze, że rada rodziców zupełnie zlała temat, a w szkole jest domek po cieciu. Stoi. Jest. Dyrektor coś napomknął, ale zamknął się jak ślimak w skorupie. 
Jestem pod wrażeniem inicjatywy, oraz pod ogromnym wrażeniem krótkowzroczności decydentów. 
Doskonale zdaję sobie sprawę z tego jak to wszystko działa. Wiem, że ten kto ma władzę, rozdaje karty. Kto ma kasę jest decydującym głosem w każdej sprawie. Kto ma siłę przebicia i jest obojętny - wygrywa. 
Ale to tylko jedno pomieszczenie. Pomoc tym najsłabszym. 
A potem mówi się, że rośnie przestępczość, strach wyjść na ulicę, a przemoc domowa ma się doskonale..

Na dziś: 
Sztywny Pal Azji - Nie gniewaj się na mnie Polsko


środa, 6 lutego 2013

[118] Czwarta nad ranem

Byłam dzisiaj na spotkaniu. Kwalifikacyjnym.
Byłam na miejscu 40 minut przed czasem. Pojechał ze mną Terry Pratchett, więc nie nudziłabym się. Ale poproszono mnie pół godziny wcześniej.
Zakwalifikowałam się w trzy minuty. Od razu słońce jaśniejsze się zrobiło. A autobus powrotny na mnie czekał.
Na pytanie czy mam jakieś nałogi powiedziałam, że nie. Po namyśle dodałam jednak, że tak, jeden. Nałogowo czytam książki. Głównodowodzący w komisji czteroosobowej uśmiechnął się i powiedział, że to bardzo wskazany nałóg.
Z tej radości, kupiłam czajnik, bo miałam już dość gotowania wody w garnku. Mam więc ładny zgrabny czajniczek z gwizdkiem, w kolorze turkusowym, który świruje na gazie, myślałby kto, że rodem z Manhattanu...Moja ulubiona piosenka. Ciekawe kto wie czyja.
Tak więc idę zaparzyć herbatę czarną, co myśli rozjaśni, gdyż antybiotyk zadziałał odwrotnie do zamierzenia i chyba będę musiała powiedzieć panu doktorowi, że doustnie to na mnie działa tylko wino, zaś wszelkie antybiotyki muszę mieć w zastrzykach...
Heh.

Na dziś:
Bob Marley - One Love
Wszystkiego na urodziny:)))









wtorek, 5 lutego 2013

[117] Jednostka chorobowa

Nie nalezę do grona hipochondryków. Nie wyszukuję sobie chorób, nie łykam garściami lekarstw, witamin (nie daję ich też dzieciom) i innych specyfików (no może poza aspiryną, kiedy czuję, że nie dam rady dobrym myśleniem zabić przeziębienia), nie chadzam do lekarzy kiedy nie trzeba, ale staram się o siebie dbać i kiedy coś się dzieje nie tak, wiem, że muszę szukać. I drążyć. I gnębić. I sprawdzać.
Tak było 8 lat temu, kiedy mogłam spać na stojąco, pora nie robiła mi różnicy, długość snu również, a nigdy nie spałam w dzień! Wynalazłam sobie wtedy niedoczynność tarczycy. Ale chodziłam i szukałam. Przebadałam się cała. Łącznie z genetycznym badaniem krwi na okoliczność nowotworów, przy czym zostałam nawyzywana przez panią doktor, potraktowana jak idiotka, bo babcia, ani jedna, ani druga, które zmarły na różne odmiany nowotworu NIE SĄ BLISKIMI KREWNYMI. Gdyby matka, to tak. Ale skąd mogę wiedzieć, czy matka nie zachoruje? W każdym razie czysto.
Rozpoczęłam walkę z tarczycą, a raczej łagodzenie jej skutków.
Po jakimś czasie, mniej więcej 4-5 lat temu pojawiła się u mnie jednostka chorobowa "durny kaszelek". Objawia się tym, że niezależnie od pory roku zjawia się nieoczekiwanie i upierdliwie sobie trwa. Leczę to aspiryną gdyż. Nikt nie umie nic na to poradzić. Upierdliwe to jest niesamowicie, bo łaskocze mnie gardło i sobie kaszlę, albo i nie, nie objawia się przy wysiłku, ale przy zmianie temperatury, nie zawsze, czasem, trwa dwa dni, albo miesiąc. Odwiedziłam na tę okoliczność laryngologa, i innych specjalistów. Na koniec trafiłam do alergologa, zrobiłam serię testów alergicznych z surowicy krwi i usłyszałam wyrok. Na dwa dni przed wyjazdem na narty. "Ma pani szerokie alergiczne spektrum śmiertelne", bo uczulona jestem według tego testu na wszystko prawie. Cud, że żyję.  Po czym dowiedziałam się, że to nadwrażliwość astmatyczna pnia oskrzelowego i dostałam torbę inhalatorów. I że prowadzi to prostą drogą do astmy.
Moje całe jestestwo zatrzęsło się ze złości. Ja? Astma? Takiego wała!
Psikadeł miałam używać w momencie napadu kaszlu, i obserwować. Nic nie pomagały. Pojechałam więc sobie na narty, na cały tydzień, powyżej 2000 m n.p.m., NIC mi nie było. Kaszel minął jak ręką odjął, a pociłam się, jeździłam w samym polarku, nie oszczędzałam się, bo skoro mam zemrzeć...
Odstawiłam leki, stwierdziłam autorytatywnie, że nic mi nie jest, testy so gupie, a ja jestem zdrowa jak rydz.
Potem zrobiłam kolejne testy i wyszło w nich tylko uczulenie na nikiel i kobalt, co wiem już od kiedy przebiłam sobie uszy. Żadna nowość.
Ale kaszelek wraca. Wrócił znów. Poszłam dzisiaj do lekarza, bo nie chciał ustąpić, a ile można aspirynę łykać. Dostałam antybiotyk. i zalecenie, że jeśli wróci, mam wrócić na szczegółowe badania.
Co ja na to?
NIC MI NIE JEST! I kropka.

****
Ćwiczycie? To już bardzo niedługo :)))

Na dziś:
Linkin Park - In The End

niedziela, 3 lutego 2013

[116] Masz babo placek

Wczoraj w okolicy godziny 22.30 moje dziecię wpadło na pomysł, z nudów, że upiecze ciastka.
Na stole znalazły się składniki, a ja zbladłam. Mówię do niej: przejrzyj ten mój nielubiany (tak tak, mam zeszyt od 25 około lat, z przepisami, ale strasznie nie lubię go i noszę się z zamiarem od jakichś 3 lat, żeby zrobić sobie swój przepiśnik. Nie mogę się jednak zdecydować i szewc bez butów. Tak w skrócie) zeszyt, który czasem służy za miejsce wpisywania przepisów, ale częściej biorę pierwszą lepszą karteczkę, wpisuję składniki, zapominam napisać co to i mam takich kartek pudełko. Ale o tym za chwilę.
Więc Kudłata wzięła okropny zeszyt w kratkę z marginesami i przegląda. Po czym krzyczy (nie wiem czemu, bo kuchnia jest wespół-zespół z pokojem w którym siedzę), że ona zrobi babkę.
I zadowolona bierze się do roboty.
Ja w jej wieku obligatoryjnie musiałam sterczeć w kuchni, kiedy moja matka coś piekła, bo potrzebny był chłop pańszczyźniany, który mieszał coś w garze, na ten przykład polewę, czego serdecznie nie znosił, ale co zaowocowało umiejętnościami w kierunku kucharzenia. Może jednak chłopka pańszczyźniana.
Więc patrzę zza zakrętu co Kudłata wyciąga. Miska jedna, druga, mikser. Pytam czemu nie weźmie miski samobieżnej. Nie chce się jej. To mówię, że lepiej niech weźmie. Po chwili zwyciężyły argumenty przeciwko wysiłkowi (a mogłam jej kazać wziąć kulę...).
Na początek popłakałam się ze śmiechu, bo nie mogła rozbić jajka. Nie dziwota, brzeg pierwszej miski z miękkiego plastiku, jeśli wiecie, o czym mówię. Nie omieszkałam zrelacjonować sytuacji w sieci, hihihi.
Kudłata ledwo trzymała się na nogach ze śmiechu. Nic to.
W końcu zrobiła ciasto, po spróbowaniu masy stwierdziłam, że dobrze wyszło. Nie ingerowałam w składniki, dodawanie ich po kolei, ani ilość. Miała miarkę i czasem pytała. Ale chyba dziecię za dużo smakowało po drodze, gdyż babka mikrej wysokości dość.
Potem przyszedł czas na polewę. W smaku dobra, natomiast konsystencja raczej nieodpowiednia, co poskutkowało tym, że kawałki ciasta można maczać w tym co spłynęło na talerz.
W każdym razie żyjemy.
W międzyczasie, kiedy piekarnik robił co mógł, żeby to ciasto wyrosło, Kudłata zaczęła przepisywać przepisy do swojego notesu. Odnalazła w moim zeszycie swój przepis na naleśniki i bardzo się zdziwiła.
Wypytała jak gotować ryż, jak robić gofry i inne ciekawostki. Oraz zrobiła sobie miejsce na sześć zup.
I mówi: muszę nauczyć się gotować rosół, krem z pieczarek, grzybową i nie pamiętam jakie tam wymyśliła. Na moje pytanie w oczach mówi: noc o! Muszę umieć, żeby jakoś przeżyć, nie?
W każdym razie instynkt samozachowawczy się w niej obudził. Jeszcze tylko musi nauczyć się myć naczynia.
A co do pudełka przepisów. Używam zwykle kwadratowych karteczek Czasem wiem, że gdzieś tam na coś przepis był i wiem jak wyglądał. Nauczyłam się dzięki temu rozpoznawać ze składników co to. I, analizując te moje świstki, doszłam do wniosku, że tak jak w muzyce bazuje się na tych samych nutach, tak w kuchni na tych samych składnikach. Czasem tak nieznacznie się różnią, a jaka różnorodność.

***
Przypominam o konkursie, ani się obejrzycie, a licznik stuknie:)))))

Na dziś:
3 Doors Down - When I'm Gone




wtorek, 29 stycznia 2013

[115] Stres i nerwy

Tak tak. Strasznie się zestresowałam wczoraj. Wręcz zimnym potem się oblałam, nie wiedziałam, czy rzucić Klinikę śmierci w kąt, mimo, że porwany na łańcuchu w Bangkoku, w pokoju w burdelu, przykuty i z HIV siedział, czy też poczekać na rozwój wypadków. Nie tych w książce, tych w domu.
Jednak zwyciężył mój wrodzony egoizm. Dotyczy on li jedynie (chociaż nie, mam kilka innych egoizmów na stanie) magnetofonu i kaset. Sis coś o tym wie.
Co prawda mój obecny magnetofon to klasyczny jamnior, który dostałam od koleżanki, bo ona już nie słucha, a poza tym ma wieżę, a ja miałam dwa kartony kaset.
Tak.
Dziecko zapytało mnie: jak się to obsługuje?
Pytam: po co to bierzesz?
- Chcę posłuchać klasyki.
Krzyknęłam najpierw: nie wciskaj record!!!!!!!!
Jednak książka poszła na bok, bo MUSIAŁAM pokazać osobiście co ma wciskać, jak i jak wkładać kasetę. Matyldo kochana, chciałam zabrać, schować, oddać gdzieś do depozytu, ukryć....
Dziecko wyciągnęło The Wall i się zaczęło.
- Jak zrobić, żeby leciał trzeci utwór?
- przewinąć i wycelować w utwór

Mina jej świadczyła o, mniejsza o czym świadczyła, ale poczułam się dumna jak paw, pokazałam, wycelowałam idealnie (gdyż pamiętam jeszcze ile trzeba przewinąć, mniej więcej) i mówię:
- kochana, to wyższa szkoła jazdy.

A potem już zabrzmiało wszystko co kocham i mgliste, cudowne, błogie czasy wróciły....

Na dziś:
Lady Pank - Wciąż bardziej obcy

Uwielbiam...


niedziela, 27 stycznia 2013

[114] Przerwa na reklamę

Kiedy poczytałam post u Shary o wyczynach krasomówczych z dużą zawartością debilizmu, kretynizmu i zacofania (nie chcę nikogo obrazić, w sensie chorych, ani też Średniowiecza, bo wcale takie zacofane nie było) postanowiłam jednogłośnie w głosowaniu i przez aklamację zatwierdzić pomysł wyjazdu z tego pieprzonego kraju, choćbym miała kible myć, ulice sprzątać, cokolwiek, byle nie tu. Więcej nie napiszę, bo każdy ma swoje zdanie. Moje jest takie, że, obawiam się, nie nadaje się do druku, choćby i wirtualnego, wypowiadania na głos, bo nie wiadomo kto słucha, ani też napisania na murze, bo nie lubię niszczyć ścian.
W każdym razie przeskoczyłam szybko do Klary i tu, jakby na potwierdzenie uchwalonego jednoosobowo zbierania śmieci (???) na ulicach w innym kraju, znalazłam wpis o torbach, koszykach i higienie. No może przesadzam z tym powiązaniem, bo przecież nastawiam się na lepszą, znaczy czystszą i milszą pracę, ale kto to wie. Nie uda mi się do tego czasu nie usłyszeć, czy przeczytać tu i tam czegoś o (p)osłach i ich uchwałach, ale telewizorni nie kupię i nie zamierzam analizować.
Wracając do tematu.
Klara chodzi na zakupy z koszem wiklinowym.. Sama kiedyś próbowałam to robić, ale jak słusznie zauważyła jedna z komentujących mało się mieści. A i sam kosz ciężki jest. Kiedy byłam posiadaczką samochodu, w bagażniku zawsze był składany plastikowy kosz. A nawet dwa. Jeden na zakupy, w drugim były takie fajne rzeczy jak trójkąt, spryskiwacz, kable, jakieś drobiazgi oraz wypasiona apteczka. Czemu wypasiona? Bo kiedy zajrzałam w to PRZEPISOWE pudełko, które sprzedał mi aptekarz, a otworzyłam je na miejscu, zapytałam wprost, czy sobie ze mnie jaja robi. Po czym razem z moim ulubionym panem doktorem farmacji, który jako żywo był kiedyś w rozterce, czy ma sprzedawać środki antykoncepcyjne, czy jednak sumienie mu nie pozwala, ale o tym kiedy indziej, wybraliśmy wszystko co trzeba, oraz co ponad zawartość powinno się tam znaleźć, ze względu na podróże z dziećmi, a także nieprzewidziane wypadki, niekoniecznie samochodowe, różnych lajkoników biwakowych, jak choćby jedna laska, która kroiła chleb i mało nie ucięła sobie dłoni. Sama widziałam! Przydało się wtedy wszystko, a moja apteczka wywołała ogólne OOOOO!!!!  Brakowało mi tylko igły i nici chirurgicznych. Oczywiście zakupione pudełko oddałam do zabawy dziecku, a całe wyposażenie umieściłam w świetnej apteczce z Ikea. Marzy mi się jednak taka. Ze względu na moją manię, bo ja lubię mieć wszystko pod ręką.
Wracając do tematu.
Koszyk jeździł ze mną. Ale czasy zmotoryzowane musiałam porzucić. Niestety bardzo. (ale jeszcze wrócą, czuję przez skórę).
Od tamtej pory w moim ekwipunku znajduje się zawsze torba. Szmaciana. A czasem nawet dwie. Uwielbiam je, bo ładuję wszystko od razu przy kasie, nie urywają się po drodze i mają takie uszy, że mogę nosić je na ramieniu. Reklamówki niestety też są, wszędzie w to pakuje się owoce i warzywa. Wykorzystuję je potem na śmieci, obierki, ścinki. Wiem, że to też nie do końca dobrze, marzy mi się miejsce na segregację totalną (śmieci, żeby nie było niedomówień), ale na razie oddzielam tylko szkło, plastik, papier i nakrętki od reszty.
W komentarzach u Klary jeden pan napisał, że namiętnie chodzi do Biedronki z reklamówką Lidla.
To Mody zrobił mi kiedyś numer i w dużej kolejce w Biedronce zaczął głośno i wyraźnie powtarzać: Lidl - mądry wybór. I tak kilka razy, bo ja udawałam, że nie słyszę, a kasjerka się uśmiechała. Zastanawiałam się, czy ochroniarz nas wyprowadzi. Kolejka natomiast rżała. Ze śmiechu.
Natomiast Kudłata, miała może ze 2-3 lata, śpiewała sobie w Biedronce: codziennie NIC nie chcemy.
Nie ma to jak szczerość.

A pamiętacie torby z plastikowymi kółkami jako trzymadełko, albo takie plecione z żyłki? Albo takie torbiszcza kwadratowe z metalowymi uchwytami?


Na dziś:
Three Days Grace - Never too late



środa, 23 stycznia 2013

[113] A było tak pięknie

No i się wzięło. Zawinęło i poszło. Nie jest tak źle, padła tylko najpierw bateria w laptopie. Że tak powiem, przygotowana byłam na to, bo laptop swoje lata ma, jest z demobilu, trzymała ledwie 3 minuty, więc przyjęłam to za stan oczywisty, nie rozpaczałam, westchnęłam tylko.
Ale kiedy odmówił posłuszeństwa, dalszej pracy i zaczął popiskiwać smętnie zasilacz, zaczęłam piszczeć i ja.
Dobrze, że mam jeszcze staruszka. Syrenkę z bagażnikiem od mercedesa kombi.
Tyle, że teraz mamy kolejkę społeczną i trzeba swoje odczekać...
No i niektóre kontakty są w głuchym i ciemnym. I dokumenty, wzory, zdjęcia, wszystko!
Jednak bez tego małego pudełka jest ciężko. Okno na świat.



Wiadomość z ostatniej chwili: idzie do mnie zasilacz :D


Na dziś:
Jon Bon Jovi - Blaze of Glory
Mmmmm, kawałek historii...




niedziela, 20 stycznia 2013

[112] Chyba mam dość

Jestem osobą wierzącą. Wierzę w swoje siły, w to, że mogę sama kierować swoim życiem, że mam prawo wyboru, że dobro zwycięża, że pozytywne myślenie odpędza czarne chmury, że każdy człowiek może być szczęśliwy, że każdy z nas ma w sobie tę energię, która pcha nas w drogę i daje radość. Wystarczy chcieć.
Coraz głośniej i pewniej stwierdzam, że nie jestem osobą wierzącą w sensie wiary w jakiegoś boga, nie jestem chrześcijanką, ani tym bardziej katoliczką. Wierzę, że to ludzie są sprawcami dobra i zła na tym świecie i tylko oni mogą tworzyć i niszczyć. Wierzę w moc umysłu i nauki. Każdy ma taką wiarę jakiej potrzebuje. Ja wierzę w siebie.
Nie neguję tego, że inni mogą wierzyć w o chcą, nie zabraniam nikomu i nie zamierzam nikogo wyśmiewać z powodu obiektu jego wiary. To indywidualna sprawa każdego i nie mnie oceniać, czy dobra, czy zła.
To moja krótka deklaracja.
Natomiast, kiedy czytam o kolejnych akcjach typu:nie damy ateistom zepchnąć się do podziemia, krzyże w miejscach publicznych, prześladowanie chrześcijan i inne podobne to powiem szczerze mam ochotę krzyczeć ave satan! Na przekór, nie z przekonania. Bo szatanem nie jest rogaty satyr z kopytkami i ogonem, a człowiek, który nie uznaje norm etycznych, egoista, który idzie po trupach do celu, kłamie o swej czystości, a prowadzi podwójne życie. Mam ochotę walczyć o swoje prawo do ateizmu, mam ochotę zedrzeć te wszystkie krzyże, które mnie drażnią: w szkole, w stołówce, w urzędach, kawiarniach i innych miejscach. Mam ochotę wtargnąć do ministerstwa oświaty i zażądać usunięcia z książek wszystkich wzmianek o świętach, usunąć ze szkoły religię w takiej formie jaka jest teraz, a wprowadzić religioznawstwo, religię zaś wypierniczyć do salek katechetycznych, które stoją puste. Mam ochotę krzyczeć  na ulicy, że mam dość indoktrynowania mnie, oszustwa, dwulicowości i wysłuchiwania bzdur, które z religijnością i wiarą mają coraz mniej wspólnego. Mam dość ataków na ludzi, którzy odważą się powiedzieć cokolwiek przeciw. Mam dość ataków na młodzież, która bawi się na Woodstocku, bo to złe. Mam dość ataków na Owsiaka, bo inni robią więcej. Gówno prawda! Mam dość wchodzenia z butami do łóżek ludzi, absurdalnego i nierównego traktowania, jak choćby odmowa chrztu, czy pochówku, podwójnego życia w szponach hazardu, alkoholu i panienek, tych, którzy radzili mi przeczekać i wybaczyć, którzy nie idą do przodu z duchem czasu, a gniją w swoim średniowieczu, walcząc z ludźmi piekłem i niebem.
Mogłabym rozpisać się o tym wszystkim, ale nie chce mi się. Oczywiście to generalizacja. A ta generalizacja dotyczy całej "góry". Jak zwykle zarząd korporacji ma się najlepiej i ma w dupie doły.
Jestem jednym z przykładów jak kościół traci wiernych. Jak niszczy wiarę sam z siebie, jak nie potrafi się dostosować i podjąć dialogu w swej ułomności, za to tkwi po szyję w gównie i udaje, że wszystko gra.
Nie jestem chorągiewką, która usłyszy gdzieś lotne hasło to zaczyna je wyznawać, wielbić i głosić, Nie lecę za modą i większością. Myślę, szukam, drążę i dyskutuję. Wyrabiam sobie swoje zdanie, które niekoniecznie musi się komuś podobać. Ale mam to w nosie. Mam gdzieś oburzenie, że nie posyłam dzieci na religię i nie chodzę z nimi do kościoła. Nie będę robiła czegoś przeciw sobie i przeciw swoim przekonaniom.
Z dziećmi rozmawiam otwarcie. Kudłata sama rozumie wiele spraw, z nią rozmowa jest na zupełnie innym poziomie. Z Młodym rozmawiam delikatniej, ale tłumaczę mu wiele spraw, o które pyta. Nie zbywam go stwierdzeniami, że jak dorośnie to zrozumie, albo, że tak jest i koniec. Zresztą ma na to odpowiedź. Na każde bo tak mówi, że to nie jest odpowiedź i mam mu wytłumaczyć.
Nie chcę wychować głupich dzieci, ślepo wierzących w to co im powiem, albo w to, co powiedzą inni. Nakłaniam je do myślenia, bo to jedyna szansa na normalność.

Na dziś:
Papa Roach - Getting Away With Murder


sobota, 19 stycznia 2013

[111] Jak ładnie

wygląda numer posta.

Dzisiaj odbyłam kolejną podróż do kolejnej instytucji. Przynajmniej tym razem dowiedziałam się konkretów, a facet, który ze mną rozmawiał, niczego nie ukrywał, mówił otwarcie, informował i zachęcał.
Na początku lutego ciąg dalszy.
Najgorsze z tego wszystkiego było to, że to zupełnie drugi koniec miasta. Zadoopie totalne, rejon przemysłowy, jakdojade poprowadziło mnie kijowo, bo mogłam wysiąść przystanek dalej. A tak narobiłam kilometrów w śniegu, po jakichś wertepach i na dodatek jakiś mądry inaczej wziął i ponumerował budynki parzyste w jedną stronę rosnąco, nieparzyste odwrotnie. Paranoja. Dlatego jakdojade kazało mi wysiąść wcześniej. Teraz na to wpadłam.
A pogoda nie rozpieszcza. Owszem, cudna jest, biało, zimno, ale bez przesady. Wróciłam i przez dwie godziny próbowałam się rozgrzać. Żałowałam, że nie mam na podorędziu grzańca.
Wychodząc dzisiaj rankiem, napisałam list do Młodego, bo jeszcze spał. Zostawiłam mu śniadanie i herbatę w kubku termo. Napisałam mu, żeby się przebrał, zjadł śniadanie, umył zęby, a potem będzie mógł siąść do komputera oraz, że ma być grzeczny.
Wracam, a tam przy zadaniach odhaczone ptaszkami, nawet przy bądź grzeczny. Tylko przy komputerze x. (komputer czasem odmawia posłuszeństwa, a to za sprawą swojego wieku, dysku nowej generacji i niewspółpracowania z tym wszystkim systemu operacyjnego. Mam na to sposób, ale moje dzieci nie znają systemu DOS,a ja nie zamierzam ich wtajemniczać).
Oczywiście jeszcze dobrze nie otworzyłam drzwi, a Młody zdaje relację: wypełniłem wszystkie prawie polecenia, tylko, niestety, nie mogłem pograć, za to pobawiłem się klockami, chociaż nie było tego na liście.
Tak mu się spodobał system zapisywania, że musiałam rozpisać co będziemy robić jutro.
W sumie to bardzo dobry sposób. Wypisać sobie cele na kartce i dążyć do ich realizacji. Zrobiłam to ostatnio na dużej. Jak coś się nazwie i umiejscowi w czasie to łatwiej się zorganizować.

Za to muszę sama się pochwalić i pogłaskać za ruszenie z kopyta, wykończenie zaległości i planowanie dalszych działań.
Robiłam ostatnio notesy na przepisy dla koleżanki i Kudłata, która jak widzi moje robione rzeczy, to jak sroka chce mieć też, zażyczyła sobie przepiśnik dla siebie, a ja już wpadłam na pomysł jakim napisem go opatrzę. I będę wredna. Nigdy nie mówiłam, że nie jestem.

Na dziś:
Avenged Sevenfold - So Far Away





czwartek, 17 stycznia 2013

[110] Klucz

Po raz kolejny przekonałam się, że należy wiedzieć dużo. Ponad przeciętnie. Wiedza chroni tyłek. Wiedza daje nowe możliwości. Trzeba też mieć znajomości, mam na myśli znajomych, co też wiedzą, podpowiedzą, mają wgląda z drugiej strony.
Nigdy nie lubiłam protekcjonizmu, załatwiania po znajomości. Tak się składa, że zawsze załatwiam normalnie. Ale to normalnie bez dodatkowej wiedzy nie zawsze wychodzi.
Pisałam już, że latam po urzędach. I owszem, podpowiedziano mi, że mam sobie załatwić zasiłek rodzinny. Poleciałam jak na skrzydłach, bo ta zawrotna kwota 106 zł na dziecko piechotą nie chodzi. Ale odbiłam się od pani w okienku, ponieważ, uwaga, ciągle mam męża i jego dochody też się liczą. I mam załatwić jego dochody, albo czekać na rozwód. Koniec kropka. Nie ważne, że moja sytuacja jest jaka jest, że nie mieszkam z nim od 1,5 roku, stanowimy rodzinę i tyle. Pani zapomniała jednak chyba doczytać w ustawie, że nie chodzi o papierek, a o faktyczną rodzinę, związek formalny lub nieformalny, prowadzący wspólne gospodarstwo domowe. 
Mam koleżankę, urzędasa, jak się obie śmiejemy, zupełnie gdzie indziej i w innym dziale urzędu w innym mieście. Wyszukała mi tę ustawę, znalazła odpowiednie punkty i powiedziała: doopa w troki i zaiwaniaj załatwiać. A pani w okienku powiedz, żeby się douczyła.
Tak więc jutro idę. Walczyć.
Z drugiej strony zastanawia mnie jedno. Ja wiem, że naiwnością swoją sięgam Everestu. Dlaczego urzędnicy nie informują o możliwościach, o tym co się w danej sytuacji należy, o co można się starać. Ja wiem, że są naciągacze, którzy podjeżdżają po zasiłki mecedesami, albo innymi terenówkami. Wiem, że część z tych, co dostają zasiłek przechleje go pierwszego dnia. Ale ja nie jestem w żadnym z tych worków, ani nie mam merca, ani nie piję.
Dlaczego nie słyszymy z ust urzędników tak prostych rzeczy, które ułatwią życie wszystkim na około. Zrozumiałabym, gdyby to z własnej kieszeni musieli płacić te zasiłki. Albo mieli naprawdę utrudniony podział, ograniczony budżetem. Ale nie mają.
To nie jest żal. To zdziwienie.
Zresztą, każdemu, kto powie, że jestem darmozjadem, który czegoś od państwa żąda, bo mu się należy, zaśmieję się w twarz i powiem, że dopóki dawałam radę, nawet przez myśl mi nie przeszło, żeby o jakieś zasiłki się starać. Ale jest jak jest.
***

Z innej beczki. Siedzimy sobie z Młodym, ja coś robię, znaczy grzebię w hendmejdzie, on też. Używa moich (!!!)* różnych rzeczy. Dorwał szablon z elipsami i rysuje. Narysował coś, co wyglądało jak Homer z Simpsonów. Więc mówię do niego: O, Homer. Nastąpiła po tym cała wymiana informacji, kto, co jak, nie znam, nie wiem, wiesz, masz koszulkę i temu podobne.
Podpisał obrazek: HOMER.
Po ciszy trwającej trzy sekundy odzywa się w te słowa:
- Jak przetłumaczymy Homer na polski to będzie Domer.
Sekundowa konsternacja i załapanie, a potem wybuch śmiechu. Nieźle to sobie spryciarz wymyślił.
***
Oraz ponieważ nieuchronnie zbliża się 20002, proponuję poćwiczyć zrzuty z ekranu, dopytać się i doszkolić. Chyba, że ktoś nie chce wygrać, to nie zmuszam.
***
* strasznie nie lubię, kiedy ktoś używa MOICH ołówków, MOICH linijek, MOICH długopisów, kredek, papierów, tektur, kleju, wszystkich tych bajerów, tylko MOICH MOICH MOICH!!!!

Na dziś:
Queen - Show Must Go On
Jakiego bym  utworu nie tknęła, niesie ze sobą wspomnienia, uczucia i uśmiech.





wtorek, 15 stycznia 2013

[109] Nie miała baba kłopotu...

To sobie zainstalowała inny szablon, dzięki czemu straciła linki do Was, niektóre ustawienia, wściekła się w międzyczasie oraz pewnie bardziej osiwiała.
Ale co tam takie przeciwności.
Młody mi się rozłożył. Na dwa ostatnie dni szkoły. Gorączka, czuwanie, kaszel. A wszystko przez bilans, który musieliśmy zrobić. W środę bilans i wizyta w przychodni, w czwartek przylazł do mnie do łóżka rozpalony piecyk, z mętnym wzrokiem, podsypiający między słowami. Załapał coś w tej przychodni niechybnie. Jako że uczulona jestem na takie skoki temperatury przy 38 zapaliła się czerwona lampka i zaczynam działać, a przy 39 ostro walczę. Nie chciało mi się powtórki z Kudłatej, która uraczyła mnie drgawkami toniczno-klonicznymi. Dziękuję bardzo za więcej, dwa razy wystarczy. I nie wzrusza mnie gadanie lekarzy, że zbijać powyżej 39. Wiem z doświadczenia jak szybko skacze z 39 do 40, a potem to już rosyjska ruletka. Tym bardziej, że mamy temperaturę zwykle w okolicy 35,8, więc już takie niewinne 37,5 to zgon.
Ale.
Przeszło. Na tyle, że został nam kaszel i zwalczany katar.
Dzisiaj musiałam pouzupełniać dokumenty w instytucjach, bo czas gonił, więc udałam się do miasta. Wyprawa to długa, ale zaopatrzyłam się w Wiedźmina i ruszyłam. Nie wiem czemu, dziwnie na mnie patrzyły  niektóre osoby. Czy to coś dziwnego, że ktoś czyta w autobusie? Potem czekając na swoją kolej w urzędzie też wyciągnęłam książkę. Nie dość, że korytarz ponury, bez okien, to i ludzie burczą. Więc się rozsiadłam i czytałam, oczywiście nasłuchując i kontrolując sytuację. Załatwiłam wszystko szybko. Na koniec jednak zapytałam panią w okienku, czy mogę mieć prośbę. Od razu cztery inne osoby w tym pokoju nadstawiły uszu. Spojrzenia były czujne i podejrzliwe.
A ja wydałam z siebie:
- czy mogę prosić o jeden listek z fiołka? Wyhoduję sobie szczepki.
Pani poderwała się z krzesła i zapytała, czy tylko różowy, czy może jeszcze biały i granatowy?
Pan siedzący tyłem do mnie stwierdził, że nie ma to jak zgodność zainteresowań.

Oraz mam nadzieję, że otworzyły mi się kolejne dobre drzwi.

A także że wszystko zmierza w dobrym kierunku.

Oraz niepokoją mnie moje sny.
Kilka dni temu śniło mi się, że sprawdzałam kupon lotto i trafiłam sześć liczb i wygrałam.
No i w niektórych pojawia się eks, który przeprasza i się kaja.

Na dziś:
Wiz Khalifa - Black & yellow
A to dlatego, że słucham tego od jakiegoś czasu milion razy dziennie i czuję się jak nałogowiec - wychodzi mi uszami, ale ciągnie i chce się więcej.




środa, 9 stycznia 2013

[108] Po co mi przyjaciel?

Ogólnie jestem zwykle widziana z bananem na ryju, że się tak wyrażę niedelikatnie, nadaję się raczej do USA, gdzie wszystko jest fine niż do Polski, gdzie po świetnie patrzą na mnie jak na idiotkę, bo jakie świetnie? Wszystko jest źle. Ale nie dla mnie.
Ja jestem przykładem kobiety samodzielnej, supermenki, siłaczki, praca u podstaw, nasza szkapa...a nie, zagalopowałam się. Poprzestańmy na siłaczce, która jest samodzielna, uśmiechnięta, genialna i wszystko wie najlepiej.
Tak. Wiem najlepiej co siedzi w mojej głowie. Wiem, jak dużo mnie kosztuje ten banan i jak bardzo staram się walczyć ze sobą, żeby nie popaść w czarną rozpacz. Bo mimo, że czarny ulubionym kolorem mym jest, niekoniecznie chcę się pogrążyć.
Tak więc walczę.
Z finansami, które nijak nie chcą się poprawić.
Ze sobą i własną niemocą.
Zajmuję się wszystkim, tylko nie własną duszą.
Potrafię pomóc każdemu, nagadać jak trzeba iść do przodu, jak się podnieść i co zmienić.
Wszystko wiem. Mam na każdą okoliczność rozwiązanie.
Tylko nie zauważam czasem, że jestem już po kolana w bagnie. A jeszcze macham palcem i instruuję innych.
Po to mi potrzebny przyjaciel.
Ktoś kto poda kij, albo tym kijem po łbie nawali, żebym ocknęła się w porę i wylazła na suchy ląd.
Żebym uwierzyła, że mogę zdobyć świat, a nie tylko pokazywać innym, że mogą, sama nie wykonując żadnego ruchu. A bagienko wciąga.
Jak rozpoznać, że czas mi przywalić?
Kiedy milknę. Zamykam się i znikam. Kiedy odwalam życiową fuszerkę. Kiedy tematy zastępcze są po to, żeby zasłonić moją udrękę i wycie do księżyca.
Dzisiaj, zawsze zresztą radziłam sobie z tym sama. Dwadzieścia dwa lata temu pomyliłam się i oddałam pole bez walki. Wiem już jaką siłę ma umysł i wiara, niekoniecznie w boga. Wiem jak bardzo łatwo popaść w apatię i odrętwienie emocjonalne. Jak łatwo zaprzepaścić siły wielkiej armii (że tak zapożyczę z Comy), którą jest nasz własny rozum i dusza, czymkolwiek ona jest.
A wygrzebać się trudno. Bardzo trudno.
Więc po co mi przyjaciel?
Żeby tak jak dzisiaj, najpierw obił mnie kijem, a potem podał linę. Teraz ode mnie zależy, jak mocno tę linę chwycę. Jak bardzo silna będzie moja wola przetrwania.
Nie, nie mam doła.
Jestem zła na siebie, że tak mało robię dla siebie. Że zostawiam siebie na koniec. Że nie dbam o siebie wystarczająco. Że sobie samej nie powiem dobrego słowa.
Czas to zmienić.

Po tym solidnym laniu przegadałam z moim przyjacielem z liceum 1,5 godziny. Przez telefon. Tęsknię za nim. Tak, to facet. Przyjaciel. I dzięki niemu wiem, że przyjaźń damsko - męska jest możliwa. To taki człowiek, z którym mieliśmy kiedyś sporo lat przerwy. Ale jeden telefon do niego i było tak, jakbyśmy rozstali się dzień wcześniej. Od niego usłyszałam na jego weselu, że jestem dla niego bardzo ważna. A od kilku lat dzwonimy do siebie i gadamy. Wiem, że mogę na niego liczyć. To bardzo ważne.
Pionizuje.

Na dziś:
Shinedown - Second chance
Siedzę w tej muzyce bardzo ostatnio. Nie poradzę..
Z ważnym przesłaniem. Ja już swój krok zrobiłam, czas na kolejne...



poniedziałek, 7 stycznia 2013

[107] Pierwszy raz

Naprawdę o tym będzie.
Ale za chwilę.
Wymyśliłam kiedyś, jakieś 13 lat temu z okładem, że zrobię sobie tablicę korkową. Zobaczyłam coś podobnego do mojego pomysłu w Poradniku Domowym u mojej macierzy i zachciałam takie mieć. Nie takie kupne. Własnoręczne. Potrzebny mi był do tego materiał. Materiał sam nie chciał się naprodukować, znaczy uzbierać, więc pomysł został zamknięty w szufladce opatrzonej etykietą: do zrobienia.
Materiał zbierał się latami. Każdy, komu mówiłam po co mi to, patrzył na mnie jak na głupią. Bo woziłam to z każdego miejsca, gdzie byłam i materiał był. Każdy kto widział moją kolekcję stukał się palcem w czoło: po co ci tyle tego?? Okazało się, że wcale nie było tego tak dużo, bo około 60 sztuk.
Otóż zaczęłam zbierać korki od wina. Tak sobie wymyśliłam, że będą używane, moje własne, i że ta tablica w końcu zawiśnie na mojej ścianie, gdziekolwiek by miała ona być. Ta ściana.
Ostatnio szukając na jednym portalu inspiracji, to tak w przerwie sprzątania, o którym trąbię od dłuższego czasu (żeby nie było, zostało mi niewiele!), trafiłam na kolejną wersję mojej tablicy wymarzonej.
Zaczęły się przymiarki. Mam takie fajne kartony po drewnianych pudłach z IKEA, takie akurat na wysokość leżącego w nich korka.
Ale. Jak się okazało, a chciałam mieć tablicę bardziej większą niż mniejszą, mam za mało korków. Załamałam się. Znaczy już się prawie pogodziłam z tym, że jednak będzie mała.
Rozmawiam sobie z moją Sis, która tak od niechcenia rzuciła: przetnij je na pół, będzie ich dwa razy więcej.
No proszę, młodsze, wyszczekane i się mądruje.
No to zabrałam się za rozcinanie....
I to był ten pierwszy raz. Pierwszy i jedyny, jak na razie, w moim życiu, kiedy tak bardzo żałowałam, że nie mam przy sobie faceta. Takiego siłacza, gotowego pociąć za mnie te korki. Po kilku sztukach musiałam odpocząć. Bolały mnie ręce. Uparłam się jednak, zupełnie jak na kozła przystało, pocięłam je wszystkie, przeklinając pod nosem i na głos, odpoczywając co chwilę i zastanawiając się, dlaczego, kiedy grałam w tenisa, tak mnie nie bolały nadgarstki.
I teraz być może narażę się wszelkim znawcom win, korków i innych utensyliów.
Mam głęboko w poważaniu oddychanie i nieoddychanie, leżakowanie, kolor, bukiet i inne takie!
Z mojego, tablicowego punktu widzenia najlepsze są korki kompaktowe (ja je tak nazwałam), czyli zmielony korek i sklejony z niego ...korek. Reszta przyprawiła mnie o nie powiem co.
Inna sprawa, że korki mam różne, z różnych win i jak już tablica osiągnie mój zamierzony, albo przynajmniej bardzo zbliżony do zamierzonego, kształt i kolor i formę, nie omieszkam się pochwalić. Podoba mi się różnorodność znaczków na nich. Są różnej wielkości i struktury.

Oraz przyjmę każdą ilość używanych, niepotrzebnych nikomu korków. I jest to apel jak najbardziej prawdziwy.

Na dziś:
Shinedown - Her Name Is Alice
Nie mogę się oderwać.....




piątek, 4 stycznia 2013

[106] Co za ludzie!

Ledwo człowiek skończył czterdziestkę ( chór: czterdzieści lat minęło jak jeden dzieeeeeeń!!!!), wchodzi na drugi dzień na swój blog i se myśli: nuuuuda, a tu na pasku mnóstwo czytania, u niektórych nawet po kilka postów. Co jest? Aż taki slow mnie nie ogarnął, żebym miała takie zaległości! Zwolnijcie! Gdzie pędzicie!
Nie oznacza to, że się nie ucieszyłam. Bo ucieszyłam się bardzo.
W urodziny dostałam mnóstwo życzeń. Od Was - dziękuję po stokroć, ale też i od znajomych na facebooku i smsowo i telefonicznie oraz osobiście. Niektóre budziły mnie o nieludzkiej porze, całe szczęście że Sis zaspała (cmok*), bo zabiłabym za smsa w środku nocy. Moja mamma przysłała mi wielce czułego smsa o treści, której nie omieszkam przytoczyć : "to już 40 lat jak mordę darłam, więc życzę wszystkiego najlepszego". Prawda, że cudownie?
Dostałam też cudowny prezent. Od przyjaciółki. Wypad do kina i na kolację. Poszłyśmy na Annę Kareninę i powiem Wam, że bardzo mi się podobał ten film. Świetnie zrealizowany. Aż zapragnęłam przeczytać Leo Tołstoja.
Dostałam też inny prezent. Jeden torba żarcia. Drugi przykaz - jak czegoś potrzebujesz mów, zrobię ci zakupy. Po kiepskim początku dnia znów było dobrze.

Przed końcem roku zaczęłam robić porządki. w moich rzeczach. Rzeczach uzbieranych, bo się przydadzą. To takie kartony różności, bo wszystko się przecież przyda. Ze wszystkiego coś można zrobić. I tak leżały te miliony kartonów (co z tego, że fajnych, skoro z niewiadomoczym). Wobec tego stanęłam przed moim zbiorem i spojrzałam spod przymrużonych powiek, dając do zrozumienia temu nagromadzonemu dobru, że najwyższa pora rozmówić się z samą sobą, przekonać do posegregowania, przemyślenia, poukładania i wyrzucenia części rzeczy. No to jak już powiedziałam A to zabrałam się za B. Jestem gdzieś w okolicy W, do końca zostało niewiele i jestem z siebie zadowolona. Wiecie ile można odkryć fajnych drobiazgów? Wymyślić dla nich nowe zastosowania. Obiecać sobie wykorzystanie ich w najwyższym czasie. Zobaczymy co z tego wyniknie. Na razie dążę do wyznaczonego celu. I jest bliżej niż dalej.

A teraz widzę, że nocka do dupy, ciśnienie mi skoczyło i osiąga zawrotne 132/84, a ja już czuję,że nie zasnę, łeb mi pęka. Masakra. Przy moim stałym 115/70......

Na dziś:
Universe - Mr Lennon
Niesamowity sentyment mam do tego utworu.
Mirek poszedł do Johna...



środa, 2 stycznia 2013

[105] Nawiedzona

Tak się chwilami czuję.
Albo szurnięta.
A tak naprawdę jestem tylko pogodzona ze sobą. Nie zrezygnowana. Pogodzona.
I ze światem.
Moja droga trwa już kilka lat. Od kilku lat odkrywam siebie i życie i uczę się jak wiele zależy od nas samych. Nasze samopoczucie. Zdrowie. Sukcesy. Nasze całe życie.
Wszystko zaczęło się od tego, że znalazłam moją dawną przyjaciółkę. Chciałam ją odnaleźć. I tak się stało. Wydawało mi się, że szukam pomocy, że to dlatego ona pojawiła się na mojej drodze. Ale nie. Było zupełnie odwrotnie. To ona mnie potrzebowała. To ja miałam coś do zrobienia.
Ona poleciła mi książkę do przeczytania. Ale najpierw spotkałam się z nią. Trochę przeraziło mnie jej skłonienie się do ślepej wiary w magię, amulety, bioenergoterapię i inne taroty. Spotkałam osobę, która trajkotała o tym wszystkim, przeplatając to szaloną rozpaczą z powodu braku faceta w życiu.
Wyobraźcie sobie, że cała wizytę, dwa dni, tylko słuchałam. Ona udzielała mi mnóstwo rad, co mam zrobić, z kilku skorzystałam. Między innymi sięgnęłam po książkę, którą mi poleciła. Na początku myślałam, że śnię. Ale zaczęłam myśleć. To był impuls do działania. Wzięłam z tej książki to, co było mi na tamtym etapie potrzebne. Mianowicie w końcu otworzyłam oczy. Później, przyglądając się staczaniu psychicznemu przyjaciółki podjęłam decyzję. Powiedziałam jej co myślę na temat jej spraw. Bo pytała zawsze co ma robić. Kiedy jej córka, związana z nią psychicznie bardzo mocno zaczęła pogrążać się w depresji (siedmiolatka) powiedziałam jej, że wiem dlaczego stanęłam na jej drodze. Powiedziałam jej wtedy, że pierwsze co to musi uporządkować swoje życie. Domowe. Odzyskać spokój i równowagę wewnętrzną swoją i domu. A wtedy ten facet, którego tak pragnie pod pretekstem dania ojca dzieciakom, znajdzie się i będzie odpowiedni. Dałam jej do zrozumienia, że chyba sama nie czytała polecanej mi książki.
Wykrzyczała mi wtedy, że się nie znam, że jestem głupia i inne podobne rzeczy, po czym przestała odbierać telefony, odpisywać na maile i smsy. Wiem, że zawiozła córkę na terapię do psychologa, którego ja jej znalazłam. I wiem też, że jego zdaniem  problem tkwił w matce.
Ostatnio, a raczej rok temu napisałam do niej na facebooku o mojej sytuacji. To była czyta informacja. W zamian usłyszałam, że nic nas nie łączy, że tylko jakieś tam wspomnienia, że pojawiam się jak czegoś chcę, że zostawiłam ją w najgorszym momencie życia. Życzyłam jej więc spokoju i dobrego życia, po czym z czystym sercem i uśmiechem usunęłam z grona znajomych. Tłumaczyła się jeszcze, ale skwitowałam to tym, że w moim sercu ma miejsce zawsze, bo jest dla mnie bardzo ważna. Ale nie zamierzam się narzucać. Pożegnałam się i czuję się z tym dobrze.
To był początek mojej drogi do rozumienia. Zamknęłam pierwsze drzwi. Zrozumiałam wtedy, że tylko i wyłącznie harmonia ducha i umysłu daje siłę do życia. Ale życia takiego jakim chcemy, żeby ono było. Jak wiecie żyłam w związku, który był bardzo ciężki. Wraz z wiedzą coraz więcej rzeczy zauważałam. Gniotło i uwierało mnie wszystko.
Teraz obserwuję ludzi i zachowania. Słucham co i jak mówią. Wkurzam się, kiedy moje słowa są puszczane mimo uszu, a zaraz po tym znów rozlega się biadolenie jak to jest ciężko, źle i do doopy.
Nauczyłam się, że nie należy narzekać. Nie zazdrościć i źle  nie życzyć innym. Wszystko co wysyłamy w świat wraca do nas. I jest to dobro, ale też i zło.
Wiecie jak działa mój uśmiech? Dlaczego każdy znienawidzony urząd jest mój i umiem wszystko tam załatwić? Bo nie dopuszczam do siebie złych myśli. Jeśli mam czekać w kolejce to nie myślę o tej kolejce i że tak długo. Raczej zajmuję się czym innym. Jeśli mam przed sobą długą i męczącą podróż - skupiam się na celu do którego dążę. Kiedy coś jest niepewne zawsze myślę tylko i wyłącznie pozytywnie. I nawet jeśli się coś nie uda, zostawiam to bez żalu i mogę iść dalej. Kiedy myślę o czymś pozytywnie (głupie stwierdzenie, wiem) i to nie wyjdzie jest mi o wiele mniej żal. Kiedy ktoś jest chory, nie martwię się w takim sensie, że roztrząsam tę chorobę. Staram się myśleć, że będzie tylko lepiej.
Owszem, nie zawsze się udaje. Ja też mam dni, kiedy klnę jak szewc. Na przykład kiedy Młody rzuca we mnie zabawką i wylewa mi na moją odnowioną sofę w jasnym kolorze, cały kubek świeżo zrobionej kawy inki. Albo szlag mnie jasny trafia, bo coś jest nie tak, PMS, tudzież milion innych głupot. Też czasem mam zły dzień. Ale coraz rzadziej. Coraz częściej łapię się na tym, że nie warto skupiać się na takich drobiazgach jak sofa. Albo zgubione nożyczki w szkole. Albo jeszcze insze coś. Po prostu nie warto.
Trochę z tego co praktykuję to slow life. Trochę książek. Trochę wiary w siebie. Rozmów z ludźmi. I własnych przemyśleń i obserwacji. Nie jestem wioskową debilką, nie latam po ulicy i nie zaczepiam ludzi. Nie mówię im jak żyć, albo jak osiągnąć taki stan. Nie jestem od tego. Mogę pokazać drogę, wskazać kierunek. Ale każdy we własnym zakresie musi znaleźć w sobie to co ja znalazłam. Dla jednych jest to bóg i wiara, dla innych coś zupełnie innego. Ale zawsze jest to siła, która płynie z nas samych.
Jeszcze pewnie nie raz o tym napiszę. Bo ten rok zaczął się dla mnie właśnie tak. W harmonii i spokoju.

Ale cóż.
Czas płynie nieubłaganie. Nie dość, że kolejny rok, to jeszcze wskoczyła mi czwóreczka z przodu.
Jak się z tym czuję? Świetnie.
Oraz życzę wszystkim w dniu moich urodzin znalezienia w sobie tej mocy.


Na dziś:
Happy Birthday




wtorek, 1 stycznia 2013

[104] A co mi tam!

Może mi się plawiatura poklącze, ale co mi tam!
Ponieważ mam permanentny uśmiech na twarzy i  wróciłam z imprezy, na której grałam w sccrable i ograłam wszystkich, bo przyznałam się dopiero po drugiej kolejce, że gram nałogowo, a słowami zajmuję się od czasów Wojciecha Pijanowskiego i jego programu, w którym uczestnicy dostawali literki i z tych literek mieli ułożyć jak najwięcej słów, a ja siedziałam przed czarno-białym telewizorem i walczyłam razem z nimi. Nazwy programu nie pamiętam.
To jak się przyznałam to powiedzieli mi, że w takim razie dostaję po 3 literki..
Było cudnie.
Zaszumiało mi w głowie dwa razy.
Bąbelki uderzyły w nos.
Zabłyszczało w oczach od fajerwerków.
Nie przyznam się co sobie pożyczyłam, kiedy wybiła północ.
A teraz siedzę tu, nie wiem czy uśmiech da mi spać.
Idę zmyć makijaż, który Kudłata zaserwowała mi przy moim zejściu ze śmiechu. Bez mojej zgody!!!
Oraz dziecko odkryło, że mam zmarszczki. No mam! Śmiechowe! To chyba dobrze, nie?
Postanowień nie będzie.
Będzie realizacja tu i teraz, tego co sobie wymyślę. Albo co powstanie w planach w mojej głowie. Nie będę wymyślać na siłę.
Zacznę działać!
Tylko najpierw się wyśpię.....

Dobranoc.

Na dziś:
Garou - Gitan (nie wchodzi mi filmik, więc klikajcie podlinkowaną nazwę :)
Nie ma chyba utworu wyśpiewanego tym głosem, którego bym nie kochała. Jeden warunek: PO FRANCUSKU. Ta piosenka kojarzy mi się z ... Władcą Pierścieni i egzaminem, przez który zawaliłam rok, ale potem zdałam go na 4 :))))) Z tym kojarzy mi  się jeszcze Shakira i kilka innych, ale to kiedyś opiszę. :)))

PS: Powinnam b yła nie robic krorekty tengo possssta....


poniedziałek, 31 grudnia 2012

[103] Śmiech to zdrowie

Dzisiaj taki fajny dzień.
Zaczął mi się ładnym wschodem słońca. I, niestety, nie mogłam się podelektować widokiem.
Musiałam zerwać się tym pomarańczowym świtem, i lecieć, załatwiać, wystać swoje...
Najpierw spółdzielnia, potem druga siedziba, potem jeden urząd, gdzie udało mi się z uśmiechem załatwić niemożliwe. Potem kolejny urząd, dwa budynki, w jednym nie załatwiłam zasiłku rodzinnego, mimo, że pani była miła sympatyczna i co nieco podpowiedziała. W drugim złożyłam wniosek o dodatek mieszkaniowy. Czułam się jak na przesłuchaniu. Nie zapytali mnie chyba tylko o rozmiar buta i kolor majtek.
Ale swoim zwyczajem, z uśmiechem, załatwiłam co trzeba. Uzupełnienie dokumentów, bo kto by pomyślał, że muszę mieć pieczątkę z jakiegoś miejsca w którym nigdy jeszcze nie byłam? No dobra, załatwię sobie.Tę pieczątkę. Pani mi powiedziała, że oficjalnie mam 7 dni na załatwienie dokumentów, ale cicho powiedziała mi, że czekają dłużej. Ja się zmieszczę w tych 7. Co mi tam.
Wróciłam po 13. Ale zmachana jak koń po wyścigach. Nalatałam się po schodach i po mieście. Ale jestem zadowolona. Bo w sumie, czemu nie? Ja się uśmiechałam, panie się uśmiechały, i dobrze.
Ale tak w ogóle to chciałam napisać o czymś innym.
Wracając siedziałam na przystanku. Czekałam sobie na autobus. Jak to zwykle bywa, zaczęłam korespondencję smsową z moją przyjaciółką. Jestem posiadaczką smartfona. Opisywałam jej coś i pisałam lewą ręką. Jak się domyślacie, szło mi rewelacyjnie do momentu, kiedy miałam napisać październik. Jestem zwolenniczką ogonków, więc to tym bardziej trudne. Prawą ręką opanowałam, chociaż czasami nie chce mi się tych ogonków wstawiać. Wracając do tematu. W końcu stwierdziłam, że po drugiej stronie siedzi moja ukochana baba, która zrozumie :) Mamy taki gryps, jak piszemy z błędami :> To z naszej koleżanki wynikło. Napisała kiedyś: nie zwracajcie uwagi na błędy, dla mnie to nieistotne, po prostu piszę szybko. To też znalazło się w smsie o oszczednpsci i prezemcie. W tym miejscu trudno mi było ukryć rozbawienie. Już się zaczynałam trząść. Ale najlepsze nastąpiło chwilę później...Kiedy doszłam do owego października.
Napisałam :piźdź..Najpierw poprawiłam. Znaczy usiłowałam, ręce mi się trzęsły, ja się trzęsłam ze śmiechu, ale ciągle kryłam się w kurtce. W końcu napisałam i wysłałam.
cytuję dosłownie "(...) w pazdzooiermilu"
Jak kliknęłam wyślij to ryknęłam śmiechem. Dosłownie. Nie mogłam dłużej się powstrzymywać. Zaśmiałam się na głos, mocno i szczerze. Najpierw pan obok uśmiechnął się. Potem trząsł się ze mną. Też chyba nie mógł się powstrzymać. A potem dziewczyna w autobusie śmiała się do mnie ciągle. A jak już spotkały się nasze ..wzroki(?) (że tak Julianem królem pojadę)* obie chichrałysmy się przez pół autobusu.
I niech ktoś mi powie, że dzisiaj było szaro, nudno, nieciekawie. A tam!
Życzę Wam takiego śmiechu z głębi. Takiego totalnego luzu. Zero wstydu, że się śmiejecie. To bardzo, ale to bardzo poprawia humor.

Na dziś:
Pogodno - Uśmiech się
Hmmm, mam szczególny sentyment do zespołu. Szczególnie dlatego, że wokalista to mój kumpel :)))))


niedziela, 30 grudnia 2012

[102] Tik-tak

Czas podsumowań, obietnic, deklaracji. Idzie nowe.
Wobec tego i ja odniosę się trochę tego.
W głowie mam kalendarz. Taki układ. Nie wiem, czy widziałam go na jakimś ściennym kalendarzu w dzieciństwie, czy też wymyśliłam sobie sama. Czas w nim podzielony jest na etapy. Zamknięty w dwunastu miesiącach, ale trochę inaczej.
Gdyby rozrysować go na kartce wyglądałby tak:



Dokładnie taki układ. Raczej wątpię, żeby był to jakiś zapamiętany ścienny kalendarz pszczelarza, ogrodnika czy innego kominiarza, ze ściany u mojej babci.
Tak mi biegnie czas. Tak się zamyka w roku. I taki mam przeskok z grudnia do stycznia. Psycholog pewnie coś na ten temat miałby do powiedzenia. Ja powiem tylko tyle, że na każdym etapie roku mogę podsumować, wytyczyć nowe cele, zakończyć jakiś etap. To tylko i wyłącznie daty, nic więcej. Dni, które upływają mi znowu tak:



Również układ, który tkwi w mojej głowie. Trochę wzięty z planu lekcji, kiedy to jeszcze w sobotę chodziło się do szkoły. I to też zamyka mi się jako całość.
Oczywiście, że zmiana daty, a właściwie roku w tej dacie ma w sobie coś z magii. Daje jakieś zaczepienie w czasoprzestrzeni. Poczucie, że coś się kończy, coś zaczyna. To dla mnie ważny moment. Mogę wtedy pomyśleć o tym co wstecz, ale i o tym co teraz i zaraz.
Z roku na rok zmieniam się ja i moje życie. Z roku na rok uczę się więcej o sobie i o świecie. Spotykam ludzi, z którymi mi po drodze, ale też odchodzą ci, którzy nie chcą ze mną iść. Wierzę, że każde spotkanie ma jakiś cel. Po to, żeby uspokoić, bądź poruszyć coś w nas.
I powiem Wam, że to wszystko bardzo mnie buduje i daje mi ogromną satysfakcję. Nie umiem przekazać dokładnie co czuję. Ja po prostu więcej wiem. Więcej czuję. Więcej rozumiem. A wraz z tym wszystkim przychodzi spokój, którego tak bardzo potrzeba.
Nauczyłam się zostawiać z tyłu to co już było. Nie da się zmienić tego co już się stało. Nie da się naprawić, ani zepsuć. Więc po co mam sobie zaśmiecać tym głowę? Żałować? Czego? Ważne, żeby wziąć z tego co było najwięcej na przyszłość, dla siebie. Ktoś powie: nie ma co brać. Ależ nie zgadzam się, zawsze jest coś, choćby maleńkie, co każe się uśmiechnąć, pomyśleć, przypomina o czymś ważnym, a mianowicie o tym, że bez tego - czy to radość, czy cierpienie - nie byłoby nas takich jakimi jesteśmy teraz.
Idę do przodu, każdego dnia kreuję swoją rzeczywistość, od pobudki, po wieczorne zamknięcie oczu. To co mi się śni to zupełnie inna bajka, na inną okazję.
Idę więc dalej. Otwieram dla siebie kolejne drzwi i sprawdzam co za nimi.
Ale wiecie co? Przestałam się tego bać. Strach, żal, niepogodzenie się z tym co się wydarzyło odbierają siłę do działania. Ściągają w dół zanim cokolwiek zdąży nam się zadziać na nowo. I znów jest frustracja.
Dlatego nie myślę już: a co będzie jak się nie uda? A może to nie jest to czego oczekuję? Krzyczę SPRAWDZAM!
Mijający rok nauczył mnie wiele. Przewartościowałam wszystko. Zrobiłam krok do przodu po to, by dalej iść. Szukać w życiu tego, co da mi poczucie szczęścia.
Czy był zły? Kiepski? Pewnie mógłby być lepszy. Ale nie był zły. Był lepszy od poprzedniego. A poprzedni od jeszcze wcześniejszego. Nadchodzący będzie jeszcze lepszy.
Dlaczego? Bo będzie inny. Bo ja jestem inna. Bo mój świat zaczyna być taki jak ja chcę.
Dużo pracy przede mną. Ale od kiedy wzięłam odpowiedzialność za siebie nic tak nie sprawia satysfakcji jak podniesione czoło i radość z tworzenia własnej rzeczywistości.
Czego wszystkim życzę z całego serca.

Na dziś:
Robbie Williams - Angels
Uwielbiam jego głos, a tekst tego utworu powalił mnie dawno temu i wiele dla mnie znaczy....




piątek, 28 grudnia 2012

[101] Bajka będzie długa...

Opowiem Wam bajkę.
No dobrze, nie bajkę. Prawdziwą historię, która dzieje się mojemu przyjacielowi z czasów liceum.
Był sobie chłopak. Świetny (może nie szczególnie przystojny, ale nadrabiał rozumem). Szarmancki wobec dziewczyn (plecak ponieść, drzwi otworzyć, pomóc). Z zasadami (na przykład takimi, że przyjaciółki są aseksualne i nie próbował mnie podrywać, niestety).
Tak naprawdę kochał się w nas po kolei. Nie mógł zdecydować, którą by bardziej chciał.
Spędziliśmy niejedną noc na pogaduchach, niejeden biwak we wspólnym namiocie, niejeden rajd i wyjazd.
Można było na nim polegać. Nie był nachalny, gburowaty, żaden buc.
Ale pech chciał, że dokonywał zawsze złych wyborów. O wybory sercowe mi idzie.
Za każdym razem kolejna dziewczyna była jak z innej bajki. Zupełnie nie pasowała do towarzystwa. A już najmniej do niego. Miał jednak jedną taką, którą kochał. Kocha do dziś. Ze wzajemnością. Ale..
W czasach wcześniejszych ona miała męża, on się wycofał, stąd może durne wybory, zapchajdziury, że się tak wyrażę i wcale nie mam na myśli tego o czym większość pomyślała. Łapał co popadło.
Czas mijał, a on skwierczał sam.
W końcu ktoś naraił mu dziewczynę. Zakochał się, chyba, chociaż myślę, że to raczej kolejna zapchajdziura.
Dziewczyna, która ich ze sobą poznała, za każdym razem, kiedy mnie widzi i resztę towarzystwa, przeprasza nas bardzo za to co zrobiła.
Bo nasz przyjaciel został zamknięty w klatce. Stracił wolność. Stracił marzenia.
Owszem, sprząta, gotuje, zmywa naczynia, opiekuje się dziećmi. Złoto nie facet, ktoś krzyknie. Tak, ale stracił tożsamość. Boi się wyjść z kolegami, ba! ze swoim szwagrem na piwo!. Nie chodzi do rodziców, bo ona jego rodziców nie lubi (ja ich uwielbiam, są świetnymi ludźmi, nieba przychylają wszystkim).
Nawet nie słucha już swojej ulubionej muzyki, bo żonie przeszkadza. Kasuje każdą historię rozmowy, bo ona go śledzi. Nigdy pierwsza się nie odzywam, bo nie wiadomo, kto siedzi po drugiej stronie.
Nie jeździ w góry, bo żona nie lubi gór.
Żeby nie być gołosłowną: na samym początku ich małżeństwa byłam na imprezce wielkanocnej, na której było całe towarzystwo. I ona przyszła z nim. Siedział koło mnie, więc gadaliśmy. W pewnym momencie zaczęłam się chichrać, po kilku lampkach wina oraz opowiadać jakieś historie, wszyscy rżeli. Ona powiedziała dwa słowa: Krzysiek, idziemy. Na co jemu zrzedła mina, skamieniał, wstał pożegnał się, o całusie nawet nie było mowy, i wyszli. I tak jest do dzisiaj. Nawet gorzej.
Ale najgorsze ze wszystkiego jest, że mówię mu co jest nie tak. Ale on twierdzi, że wszyscy żonie zazdroszczą takiego męża. Narzekał, że nikt ze znajomych go nie odwiedza. Spytałam czy nie zastanowił się nad powodem, i że może to o nią chodzi. Bardzo się obruszył i powiedział, że wszyscy ją przecież lubią. Ja wiem co innego..
Zapytałam go ostatnio jakie ma pasje, poza sprzątaniem i gotowaniem. Jakiej muzyki słucha. Co czytał. Na czym był w kinie. Jak było na biwaku z siostrą i szwagrem.
Na biwaku nie był, bo żona go nie puściła. Nie czyta, bo nie ma czasu, nie słucha, bo żona nie lubi, ale słucha tego co żona i puścił mi jakieś disco polo..
On jest zaślepiony. Ja nie mam zamiaru rozbijać jego małżeństwa. Ale chciałabym, żeby był normalny.
Kiedyś spotkałam na ulicy jego ojca. Zawsze mówił do mnie synowa. Kiedy brałam ślub stałam pod chórem i czekałam na odprowadzenie mnie do ołtarza przez mojego chrzestnego, stanął koło mnie obok i jak dwaj konfidenci rozmawialiśmy:
- jeszcze możesz się wycofać
- ale ja go kocham
- e tam, nie chcesz takiego teścia jak ja?
potem życzył mi szczęścia, ucałował i czekał na koniec ceremonii (czemu ja go nie posłuchałam???)
Wracając do spotkania na ulicy. Zajrzał mi w wózek i ze łzami w oczach opowiadał o synu, synowej i wnuczce, którą widział od wielkiego dzwonu.
Jak go odzyskać dla świata?


Na dziś:
The Who - Behind blue Eyes
Lubię bardziej niż cover Limp Bizkit, chociaż też ma w sobie to coś.





środa, 26 grudnia 2012

[100] Uszka wyszły!

Czyli się skończyły. Strasznie mi przykro z tego powodu. Bo jestem ogromną wielbicielką uszek z barszczem. Mogłoby nie być nic innego do jedzenia na święta.
Ale właśnie zapas grzybów drastycznie mi zmalał. Zostało trochę, na sosy, więc szaleć nie będę. A kiedyś był taki rok, że uszek było jak pierników, trzy razy dorabiałam. Bo i grzybów miałam pół szafki. Mogłam sobie pozwolić.
Barszcz też wyszedł mi znakomity. Nie chwaląc się.
I jak to jest, normalnie je się mało. Ja tu też racjonalnie przygotowałam niewiele jedzenia. Nie lubię wyrzucać. Ale wracając do ilości, jem mało. A tu człowiek zje, a za chwilę znów coś by zjadł. Nosz, przecież żołądek nie rozciągnął mi się nagle tak, że jest wielkości wora na prezenty!
A propos prezentów.
Kudłata, wiadomo, zamówiła sobie płytę. Młody zamówił zestaw lego, ale taki, że normalnie Mikołaj musiałby dodatkowe sanie prowadzić w zaprzęgu.
Ale nic. Młody dorwał swój prezent, oczywiście lego. Dostaje je w różnych kombinacjach i konfiguracjach na każdą okazję. Bo ma dzieciak wyobraźnię i zwykle jego budowle nie przypominają nijak tych z instrukcji.
Ale, wracając do tematu, Młody rozpakowuje swój prezent.
Nagle słyszę krzyk.
- Mamo!!!!! Mikołaj przyniósł mi lego!!!!!! To taki zestaw o jakim ZAWSZE MARZYŁEM!!!!!!!
Zaczął skakać po pokoju, ściskać pudełko. W pewnym momencie cisza, patrzę, a broda mu się trzęsie, głowa opuszczona. Podchodzę i pytam co się stało.
- Płaczesz?
Kiwnięcie głową.
- Mamo, ja płaczę ze wzruszenia, bo nigdy nie dostałem wspanialszego prezentu...
Popłakałam się i ja,

***
Siedzę sama. Dzieciaki pojechały. Trochę się wkurzyłam. Nie rozumiem tego człowieka, ale cóż, tak widocznie już musi być. Pokój z nim!
A ponieważ siedzę sama, zabrałam się za moją działalność własnoręczną. Nie nie, lakiery i farby schowane, na razie się za nie nie biorę. Wzięłam się za insze rzeczy. Ale niestety, zepsuła mi się maszyna. Nie to samo co Zośce w jej maszynie i czego nie dała mi naprawić, ale coś innego, niewiadomego, otóż plątała mi się nić na bębenku. Możecie sobie wyobrazić furię ze śrubokrętem, nożyczkami i bociankami (takie kombinerki z długimi szczękami :)). To byłam ja. Klęłam pod nosem, na głos nie wypada. Zrobiłam dwa podejścia do ustrojstwa. W końcu naprawiłam. Jeszcze ją za chwilę podreguluję, ale musiałam ochłonąć i wykończyć te uszka.
I tak sobie puszczam ulubioną muzykę. Jakby kto przyłożył ucho do drzwi, to nie uświadczyłby grzecznych chorałów anielskich.

Na dziś:
Nickelback - Lullaby





niedziela, 23 grudnia 2012

[99] Opowieść wigilijna

Kiedy w moim domu rodzinnym było jak było, kiedy świat mi się walił, a ja musiałam jako ten słoń trzymać na barkach dysk, czyli mój dom (kto czytał Pratchetta, ten wie o co mi chodzi, kto nie czytał, niech sobie przypomni czasy sprzed Kolumba, kiedy ziemia płaska jeszcze była), zdarzyła się jedna wigilia, która spadła na mnie jak grom z jasnego nieba.
Wstęp. Pół roku przed godziną zero. Moja mamunia wracała z imprezy. Od koleżanki. Zleciała ze schodów,  trzasnęła była głową, krew się polała, ale twardzielka wróciła do domu, ciuchy wrzuciła do pralki i poszła spać. Pech chciał, że była w czerwonym sweterku, to nie widziała. Rano ból głowy, standard, po imprezie, kto by się przejmował. Nic nie dał do myślenia strup u podstawy czachy. Matula poszła do pracy, informując wszystkich wokół na czym świat stoi, a ja przez najbliższe pół roku schodziłam jej z drogi, bo nikt nie znał dnia ani godziny.
No i było tak, że przez te pół roku jakoś funkcjonowała, jakoś żyła, jakoś było. Bolało, ale kto by się przejmował. Znaczy ona się nie przejmowała, zresztą nie tylko sobą.
Rozwinięcie.Trafiło ją dzień przed wigilią. Nie mogła wstać. Nie mogła stać, siedzieć, chodzić, ból taki, że nie widziała na oczy. Oczywiście służbę zdrowia miała w poważaniu. Do czasu. Ale czas przyszedł dużo później.
W każdym razie przygotowanie CAŁEJ kolacji wigilijnej, i dni świątecznych, spadło na mnie. Trudno się nie domyślić, że to był mój chrzest bojowy, bo mimo, że w kuchni dawałam sobie radę, to nie robiłam nigdy pierogów, nie robiłam nigdy ciasta na pierogi, nie gotowałam barszczu, bigosu, nie piekłam mięsa. Musiałam też wystać swoje w kolejkach, załatwić wszystko od A do Z.
Dałam sobie radę. Wszystko było cacy. Pyszne i na czas.
Zakończenie. Myślicie, że dostałam pochwałę? Figa z makiem. Myślę, że nawet nie pamięta o tym, bo niedawno wspomniałam o tamtych świętach, to spojrzała na mnie jak na kosmitkę.
A do lekarza rodzicielka wybrała się dobre 9 miesięcy później...
Mogłabym podobnych historii przytoczyć mnóstwo.
O tym, że święta z domu rodzinnego kojarzą mi się zawsze z wk..nerwową matką. Że każda wizyta u rodziny - dziadków, to impreza, która kończyła się powszechną awanturą i kolejne miesiące pół rodziny knuło, reszta była obrażona. Że Boże Narodzenie kojarzy mi się z flachą na stole. Że kiedy poszłam do liceum, poznałam eksa, zaczęłam uciekać na każde święta w góry.
Dla mnie święta to siedzenie pod choinką i gapienie się na niebieską bombkę w której odbijało się światełko z lampek, wymyślanie historii pod tą choinką. Rozczarowanie, kiedy prawdziwą choinkę zastąpił okropny plastikowy badyl.
Nie tak, że nie mam żadnych fajnych wspomnień. Mam. Mam i ukrywam je gdzieś na dnie serca, żeby nie umknęły. Są tam i są tylko moje. Bardzo ulotne - zapachy, smaki, kolory, zapach choinki...
Marzą mi się święta. Mam ich obraz przed oczami. Może kiedyś..Może za rok...
Zobaczymy.

****
Nie umiem składać życzeń.
Nigdy nic mi do głowy nie przychodzi. Jeśli już to same oklepańce. Dzisiaj się wysilę, bo zależy mi na Was bardzo. Dzięki Wam piszę i dzięki Wam tutaj jestem.

Życzę Wam spełniania marzeń. Zdrowia. Radości, nawet tych drobnych. Uśmiechu codziennie, chociaż troszkę. Miłości. Takiej do świata. Wiary w siebie. W swoje możliwości. Zauważania malutkich znaków, że życie jest piękne. Odkrywania nowych horyzontów i akceptowania tego, co za horyzontem znajdziecie. Bo nikt i nic nie jest z gruntu złe. Jest tylko niepoznane. Łamcie stereotypy, poznajcie zanim ocenicie.
Przeczytania wielu mądrych książek i tych mniej mądrych też. Muzyki Wam życzę, żeby grała w Waszych domach, słuchawkach, głowach, niech niesie Was przez życie. 
Życzę Wam zwyczajnie dobrego życia.

Na dziś:
Ceti - Miłość, Nienawiść, Śmierć

 

piątek, 21 grudnia 2012

[98] A jednak

Nic z tych rzeczy.
Wyjrzałam rano przez okno. Nie tak znów wcześnie, bo nie wiedziałam, czy warto wogle się ruszać. Bo skoro miał być koniec, to po co się męczyć. W końcu jednak wstałam i doczłapałam do rzeczonego okna, bo jasność biła z niego okrutna. Myślę sobie, jakieś piekielne ognie, czy cóś. Okazało się, że słońce tak robi. Najpierw było takie czerwone, kilka stopni nad horyzontem. Na niebie zaś złote smugi. Niestety, mój analityczny umysł rozpoznał smugi kondensacyjne, a bystre oko dojrzało samoloty. Czysty realizm. Zero romantycznej rozpaczy, że może jednak.
Potem mnie jednak zmroziło. Dosłownie. Po wczorajszym zerze na zaokiennym przyrządzie pomiarowym niecertyfikowanym, przetarłam oczy ze zdumienia i aż musiałam zerknąć w telefon, który mi pokazuje aktualną temperaturę. No proszę, ledwie człowiek się budzi i ma -11. Całkiem fajnie.
Ogarnęłam towarzystwo, zapodałam sobie krem na dzień, choć wahałam się, czy nie powtórzyć dawki na noc, gdyż nie byłam pewna, czy znów nie legnę pod moją ukochaną kołderką i zrobiłam lajtową listę zakupów. Lec pod kołdrą się nie dało, gdyż ponieważ moje dziecię, chrypiące brzydko, miało milion pomysłów, łącznie z czytaniem Hobbita, graniem w gry lego na kompie i innymi sprawami. Wolałam się ewakuować i to bynajmniej nie z powodu końca świata.
Poszłam więc sobie do sklepów. Kupiłam prawie wszystko. Po raz kolejny zadziwia mnie moja wielofunkcyjność, gdyż dziś, oprócz bycia matką, byłam też jucznym zwierzęciem, przypuszczam, że wielbłądem, bo chyba nie osłem.
Byłam też sprzątaczką. Ogarnęłam całkowicie i bez ściemy cały dom. Została łazienka - to zostawiam Kudłatej. Oraz kuchnia, która była na błysk, ale - TADAM!!!! - groźby Kudłatej spełniają się! Piecze kolejną partię pierniczków! Nie pytajcie jak wszystko wygląda. Widzę, że nawet podłoga jest w mące. Nic to. Poprzednio był w cieście parapet.
Poza tym zastanawiam się, czy można upić się wiśniami w likierze? Jeśli tak, to stanowczo za mało ich mam. A wiśnie w likierze i czekoladzie uwielbiam ponad miarę. Właściwie żałuję, że nie pracuję w jakiejś fabryce czekoladek, w dziale bombonierki, linia wiśnie w czekoladzie. A właściwie, że nie jestem jakimś tam intendentem, kupcem, czy coś. Próbowałabym, w szczególności likieru :)
Czytam właśnie świetną książeczkę.
"Podręcznik Spełniania Życzeń. Zamówienia u Wszechświata" Bärbel Mohr.
Świetnie napisana książka o samospełniających się życzeniach, o pozytywnym myśleniu, o słuchaniu siebie samego i kształtowaniu własnego życia.
****
W ramach pocieszenia, że jednak tego końca nie było, powiem Wam, że był. Dzisiaj jest przesilenie zimowe. Miało miejsce o 12:12. Od jutra dni będą dłuższe, bo narodziło się słońce.



Na dziś:
Alice Cooper - Santa Claus is coming to town
Może to nie kolęda, ale w temacie.





środa, 19 grudnia 2012

[97] Waciki

Moje jutro idą w świat. Może komuś się przydam.




Tyle mojego komentarza do całego szumu medialnego wokół Nergala.
Swoją drogą, przeczytałam właśnie Spowiedź Heretyka.



[96] Koniec świata!

To już pojutrze. Ale blado on wygląda w porównaniu z postanowieniem noworocznym Kudłatej.


Wszyscy pierniczą.
Właśnie Kudłata piecze swoje pierwsze pierniki w życiu, od A do Z wszystko robi sama. Moje, te o których było w poście poprzednim, zostały w 7/8 zeżarte. Tak, nie zjedzone, nie posmakowane, nie spróbowane. ZEŻARTE. Okropnie mieć dzieci, które - niewychowane jakieś -  wkładając do buzi ciacho pytają z pełną gębą: czy mogę ciastko? Tak jakby po fakcie. Chociaż może to, że pytają w ogóle to jednak jakiś ślad wychowania.
Ale nie ma tego złego. Kudłata złożyła deklarację, że od stycznia, raz w miesiącu piecze ciasto, albo ciasteczka, bo w końcu chce się nauczyć.Już się boję i koniec świata! Bo Kudłata w kuchni to kataklizm! Ale niech tam.
Poza tym końca świata nie może być. Mam za dobry horoskop na przyszły rok. Wobec tego nie życzę sobie żadnych takich. Chociaż jak donosi jeden ze szmatławców, w piątek Hel zostanie zatopiony przez falę tsunami. I jeszcze powiedział to jakiś profesor.
Skąd ludzie biorą takie autorytety i wiadomości?
Nic to, przeżyjemy ten koniec. A potem będzie początek.
Dzisiaj zrobiłam sobie prezent. Tak. W końcu zostałam zmuszona do tego. Stanęłam przed regałem z kremami nadzieńinoc. Mam dwie firmy, którym ufam. I które lubię. Ale nigdy jeszcze nie miałam kremu do twarzy. Takiego z prawdziwego zdarzenia. Zawsze używam minimum kosmetyków. A najlepiej, żeby nie pachniały. Nienawidzę też jak coś zostaje mi na skórze w postaci warstewki. Nie dotyczy to tylko moich przesuszonych dłoni.
Ale nie o tym chciałam. Stwierdziłam, walcząc ostatnio ze skórą, bo przesuszona, że potrzebuję już czegoś.
Stanęłam więc i oglądam regały. A ponieważ zatrzymałam się z postanowieniem nabycia przy regale 70+, zastanawiałam się chwilę dlaczego nie ma nic dla młodszych. Chwilę zajęło mi zaskoczenie trybiku, że to wiekowo podzielone i poszłam dalej. Stanęłam jedną nogą przy 30+ drugą przy 40+. I zaczęłam się wahać. Bo w sumie  co. Ciągle jeszcze (przez kilkanaście dni) będę miała 30+. Ale 40 to 30+10, więc też się zalicza, nie?
W końcu pani z obsługi chichrała się za mną, a Kudłata pomogła podjąć decyzję. No i mam na dzień i na noc, dwa, suma sumarum kosztowały razem tyle, co większość pojedynczych. No i oczywiście moje analityczne oko wyłapało kilka zabiegów marketingowych. Oglądałam pudełka dwóch firm. Jedno było ciężkie, drugie lżejsze ale większe. Od razu porównałam pojemność, uśmiechnęłam się pod nosem i wzięłam większe i lżejsze. Mimo, że tyle samo specyfiku w środku.
Dziś próba generalna. Jak mi do rana nie odpadnie twarz, będzie dobrze :)

Jeszcze tylko choinka....

Na dziś:
Sex Pistols - Jingle Bells



poniedziałek, 17 grudnia 2012

[95] Skrótem przez las

Las to mi wyrósł, taki ciężki do przejścia. Emocjonalnie, chyba. Tak trochę mi pod górę, ewentualnie. (wstyd się przyznać, usiadłam jednego dnia i obejrzałam wszystkie serie Rozlewiska....wiedziałam, że brak tv mnie nie ustrzeże przed jakimś wciągaczem).
Pozbierawszy się do boju, zrobiłam spotkanie, miała być parapetówa, z niech sąsiedzi walą, walą, walą do drzwi, ale wyszło tak, że ubzdryngoliła się sztuk jedna, reszta grzecznie rączki na kolankach. Nie no, bez przesady, było fajnie. Mnie szumiało letko, ale cóż.
Dostałam w prezencie Stefana. Stefan nie należy do moich ulubieńców, gdyż azaliż kwitnie na biało. A ja nie lubię kwitnących kwiatów w domu. Chociaż obalenie tej teorii, ubzduranej przeze mnie, jest bardzo proste. Byłam posiadaczką ponad 100 jednocześnie (!) doniczek i doniczuniek fiołków afrykańskich, różnych barw i kształtów, a przecież to kwitnie długo i namiętnie, nawet w różu, którego nie znoszę! (Chyba najbardziej rajcowało mnie rozsadzanie i robienie szczepek). Teoria obalona więc i będę musiała znieść białe kwiatki Stefana.
Dla wszystkich niewiedzących, Stefan wygląda tak:

zdjęcie z google.com

Ale chciałam w nawiązaniu do kwiatka opisać mój szczenopad.
Wchodzimy z Młodym do domu, wszedł do kuchni (chociaż wszedł do kuchni to pojęcie względne, gdyż kuchnia jest połączona z moim pokojem) i pyta (mała dygresja, zna dawczynię, to ta od kota i mleka, rozmawiał z nią niedawno na jednym z naszych spotkań, oraz -nazwijmy ją Zocha- ma specyficzne teksty, poczucie humoru i trójkę dzieci):
- skąd masz kwiata?
- od Zośki
Młody po krótkim namyśle, z pełną powagą:
- powiedziała mi, że jest złą matką. Ale gust do kwiatków ma świetny.
Możecie sobie wyobrazić resztę....
Sama zainteresowana twierdzi, że się posikała ze śmiechu, aczkolwiek myślę, że zdążyła.
Za chwilę biorę się za pierniczki. Wszystko gotowe i choćbym chciała się wymigać, nie mogę, Młody pilnuje.
***

A teraz chciałam bardzo podziękować za nagrodę. Nie wiem czym zasłużyłam, ale miło mi się zrobiło.
Bardzo dziękuję Thunderowi, Infatuation i Babie.


Powinnam wytypować kolejne blogi, ale wystarczy zerknąć na mój pasek po prawej i już wiecie kogo typuję. Wszyscy zasługują dla mnie na tę nagrodę, ponieważ gdybyście nie byli dla mnie ważni, nie byłoby Was na tym pasku.
Tak więc nie typuję osobiście. Bierzcie i się dzielcie :)


Na dziś:
Awaria - Wśród nocnej ciszy
Kolejna z serii kolęd niestandardowych



środa, 12 grudnia 2012

[94] 12.12.12

Chciałabym powiedzieć, że już się ogarnęłam, ale mam wrażenie, że ogarnąć się to jak zniszczyć górę lodową, a ja  nawet czubka nie tknęłam.
A sprawa wygląda tak, że w sobotę impreza u mnie w domu (parapetówka), muszę wysprzątać kąty, w międzyczasie podziałać - właśnie oderwałam się od maszyny - twórczo, dokupić kilka rzeczy, między innymi prezenty dla dzieciaków, i przeżyć do przyszłego roku. Znaczy przynajmniej do końca świata. Taki mam plan.
I do tego nie zwariować.
Z tym ostatnim różnie może być.
Święty Mikołaj mnie olał w tym roku. Pod choinką też pewnie nic nie znajdę, gdyż uparcie nie toleruję Gwiazdorów, bo do mnie zawsze przychodził Mikołaj. Czyli dwa razy. I nikt mnie nie przekona, że czarne jest czarne, a białe jest białe. Tfu. Nie i już.
Ale list mogę sobie napisać. A co.
Potem w ciągu roku będę odhaczać to, co udało mi się zrealizować.
Za to cieszy mnie biel za oknem, chrzęszczący śnieg pod nogami, mróz na policzkach i cała piękna zima.
Już słyszę te malkontenckie teksty: bleee, ciepłe kraje, lato..Jestem na przekór. Zima i już.

Moja mamma zepsuła komputer. Znaczy kliknęła coś, ale się nie przyznaje się co. Przypuszczam, że jakąś reklamę, potem coś namotała i system padł. Dzisiaj kazałam wymontować dysk, bo niby jest zepsuty. Domorosły znawca (lat 60+) stwierdził, że tak, po czym okazało się, że nie umie wykręcić twardziela z obudowy. Ba! Poległ na obudowie! Ale po moim telefonie okazało się, że wymontował. Tylko ponieważ obudowy rozkręcić nie umiał i twierdził, że zamiast śrubek są nity, dostał się do środka przez rurę wydechową. Znacie ten kawał, mam nadzieję?
Nie lubię, kiedy mówi się do mnie protekcjonalnie, tak, żebym wiedziała, że się nie znam. Jestem wtedy gotowa przynajmniej podrapać pazurzyskami, które mam krótkie i ciężko będzie.

Z innych ciekawostek.
Mój sześciolatek do snu czytał sobie sam Hobbita. A dzisiaj poczytał mi na głos cały rozdział.
Jestem dumna jakniewiemco. Kudłata w tym czasie, między 6 i 7 rokiem, rozpracowała Niekończącą się opowieść i Pottera :)

PS:
Piękny palindrom dzisiaj. Lubię takie słowno-liczbowe zabawy.


Na dziś:
Rozpoczynam kolędowanie:)))
Hetman - Dzisiaj w Betlejem








poniedziałek, 10 grudnia 2012

[93] Veni, vidi, vici

Bywałam w wielkim świecie ostatnio. Szlajałam się po starych, już-nie-moich kątach. Trochę bałam się tego, ale chyba wyszłam obronną ręką.
Tak więc zakończyłam wariacki etap, kiedy to zniknął był tydzień z życiorysu, szaleńcze siedzenie po nocach, babranie w litrach farb, lakierów i metrach papieru ściernego, o hektolitrach wody zużytej do mycia pędzli nie wspomnę, ani też o milionach pomysłów, które mą głowę zasiedliły, a które ujście mieć będą i realizację w czasie przyszłym, poczynając, myślę, od jutra. Tyle że w tempie spokojniejszym i bez nerwowego spoglądania na uciekające z kalendarza dni.
Uczestniczyłam byłam w festiwalu rękodzieła.
Załamałam się jakością tegoż.
Przepraszam wszystkie rękodzielniczki w tym momencie, gdyż wyleję wiadro wody (dobrze, że nie pomyj) na jakość rzeczonego rękodzieła, z lubością prezentowanego w takim miejscu jak Międzynarodowe Targi Poznańskie.
Niedoróby, brak dbałości o wykonanie i szczegóły, pobieżność i kosmiczne ceny.
Najbardziej załamał mnie widok i dotyk (gdyż macałam wszystko namiętnie na wszystkich stoiskach) przedmiotów ozdobionych metodą decoupage (żeby porównać), gdzie nikt się nie martwił o to, żeby przedmiot był gładki, pomalowany i polakierowany wszędzie, a nie tylko na deklu, żeby serwetka lub papier był równo i gładko przyklejony. Może jestem przewrażliwiona, ale kiedy widzę kicz, coś co wykonane jest na szybcika i na odwal się, klei się jeszcze i zwyczajnie jest brzydko wykonane, nóż mi się otwiera w kieszeni, bo potem tłumy ludzi właśnie to uważają za rękodzieło.
Boli.
Bolą godziny spędzone na lakierowaniu, polerowaniu, dbałości o każdy szczegół i troska o dobór materiałów.
Nic to.
Może się nie znam. Ale z całym szacunkiem dla kupującego i dla siebie samej, nie puszczę w świat czegoś, czego powinnam się wstydzić.
Tyle narzekania.
Trzy dni na targach. Kilka fajnych spotkań. Jestem ciekawa wrażeń z drugiej strony :)

Sam Poznań...
Obce  mi już miasto. Przykro, że po 20 latach jedynie je kocham, ale nie czuję zupełnie jego rytmu.
Poczułam się źle w miejscach, które były moim domem. Ogromny żal.
I smutek. Posiedział ze mną na oknie, potem sobie poszedł. Dławiły mnie łzy, którym nie pozwoliłam się wypłakać. Nic nie jest ich warte.
Jednak serce znów mi pękło na pół.

Na dziś:
Evanescence - Bring me to life




[92] Telegraficznie

God Morgon!
Żyję, jestem, wróciłam..
Zapomniałam ogłosić, że mnie nie będzie. Dziękuję za troskę :*
Jak tylko się ogarnę, bo wystarczyły trzy dni i powstał chaos wszędzie gdzie mógł, wrócę i opiszę wrażenia, poplotkuję oraz powspominam.
A teraz idę oddać się tak prozaicznej czynności jak pranie oraz zmywanie błota pośniegowego z przedpokoju.
Hej då!

Na dziś:
Seether - Broken


poniedziałek, 3 grudnia 2012

[91] Gorączka

Taka mnię refleksja dopadła, że nikt nie lubi zakupów w przedświątecznym okresie. Gdzie nie czytam, z kim nie rozmawiam, nikt nie lubi. Każdy się wścieka, fuka, warczy i robi inne znamienne znaki.
Wobec tego co?
Wobec tego cały ten tłum w galeriach jest tam nie z powodu uwielbienia do zakupów, tylko żeby szybko mieć za sobą. A że to tak będzie aż do samej Wigilii, to już inna sprawa. Ci w Wigilię (czytaj - ja też czasami) to z powodu niechęci do zakupów na zapas i czasem z przypadków losowych.
Właściwie temat gorączki świątecznej jakby mnie nie dotyczy. Już wyjaśniam dlaczego.
Od zawsze mam ulubione potrawy, których przygotowanie nie wymaga ode mnie robienia zakupów dwa tygodnie naprzód. Te same potrawy lubią moje dzieciaki.
Nie mam parcia na mega zakupy, bo to święta. Mąkę mam zawsze, jajka, cukier, przyprawy, grzyby suszone mam swoje.
Jedyne co kupuję to ryby (nigdy karpia, którego smaku nienawidzę, a tylko raz w życiu udało mi się zrobić przepysznego, pieczonego, niestety, to było jakieś..12 lat temu i za diabła nie pamiętam, co wtedy wymodziłam :) ) ,kapustę kiszoną, buraki, warzywa, owoce, trochę orzechów. Czasem coś słodkiego. Jakieś mięso na obiady.
I choinkę.
Więcej mi nie trzeba.
Zastanawia mnie zawsze co ludzie robią z tym ogromem żarcia, i innych produktów, które wożą w ogromnych koszach. Zastanawia mnie czy zanim przyjdzie ten czas, to żyją bez tych wszystkich produktów? Rozumiem, że kiedy na święta przyjeżdża tabun ludzi to trzeba zrobić więcej jedzenia.
Ale i tak jestem zdumiona, za każdym razem.
Dlatego nie rozumiem tego pędu do sklepów, bo święta. No święta. Czas jak każdy inny.
Często różne produkty stałe kupuję dużo wcześniej. A to dokupię kilogram mąki, a to cukru, a to kupię mak, proszek do pieczenia, bakalie, orzechy. Wtedy nie mam na ostatnią chwilę, nie muszę mieć fortuny, nie muszę ganiać i szukać.
I mam jeszcze jedną zaletę. W nosie mam te pędzące tłumy. Nawet jak muszę się wśród nich poruszać. Stać w kolejce. Po prostu, nie zwracam uwagi. Mam swoją kartkę, wyznaczony cel i nie interesują mnie inni.
Kolejka to kolejka, jest to w niej stoję. Z kasjerką, choćby była wściekła, zawsze zagadam. Nie zdarzyło się jeszcze, żeby się nie uśmiechnęła któraś.
Można? Można.
Grunt to spokój.
Nie wiem tylko, czy uda mi się kupić choinkę w tym roku.

Na dziś:
Otwieram sezon :))))))
Wham! - Last Christmas
Wiem, że oklepana. Zgrana jak stara płyta. Na każdym kroku, w każdej rozgłośni, w każdym sklepie i na ulicy. Ale....




sobota, 1 grudnia 2012

[90] Coooooo?

To już grudzień????
Jak to tak!!!!!!
Ktoś mi zajumał jakiś tydzień z życiorysu.
Niech znajdę gnoja....


Na dziś:
Selah Sue - This World
Czasem muzyka wykorzystana do reklamy strasznie mnie nakręca. To jest jedna z nich.