No co ja mogę. Jestem geniuszem zła i... zepsułam sharpsguard. Czyli pudełko na igły, ostrza, szczykawki i inne biohazardy. Żeby było jasne, zepsułam ZANIM pierwszy raz użyłam. No dobra, nie zepsułam, ale zamknęłam ostatecznie zanim cokolwiek tam wrzuciłam. Gratulacje ślijcie w komentarzach.
No bo irytowało mnie to niedomknięte wieczko!!! To mogłam przecież!
No i teraz skąd to pudło u mnie. Przyszło razem z penem do zastrzykowania, zawierającym tirzepatyd.
Tak, w wyniku wielu kumulacji i zdarzeń leczę otyłość.
Jak chcecie więcej na ten temat, to pytajcie.
Dodatkowo, zanim ktoś wypali, że idę z modą, to nie, mam cukrzycę typu 2. Jestem świeżo po diagnozie.
Ale wracajmy do sedna. Zepsułam. Bo mogłam.
No ale dobra.
[Ha! Naprawiłam!]
Ale żeby nie było jakoś za różowo, to wylądowaliśmy u mechanika. Meh...
Nie mam szczęścia do aut.
A a propos KIAnki - wysłuchanie w lipcu, za miesiąc. No oby to był koniec.
Tyle wydarzeń po drodze było, że nie mam pojęcia o czym pisać.
Nie mam pojęcia, bo mózg mi się lasuje.
Jak wszystkim zimnolubom w tym okresie. Jedyna pociecha, że w końcu dni stają się krótsze. Niestety nie ma czym oddychać, a kleistość wszystkiego jest 100%. Kleję się ja do podłogi, mebli, ciuchów, ciuchy do mnie, rzeczy do mnie i owczarek, który chciałby na kolana i mnie tym swoim futrem otula. Zupełnie nie ma wyczucia.
Dzisiaj ratuje mnie mokry ręcznik. Bo wentylator mieli ciepłe obrzydliwe powietrze. Otwarte okno nie pomaga. Znów jakiś ciołek nie domknął drzwi do piekła. Ja rozumiem, że trzeba się przyzwyczajać, bo raczej do nieba do piekła będę szła. Ale może nie teraz jeszcze.
Prokrastynacja ma się dobrze. Diagnoza w trakcie.
Mendopauza - ani mniej, ani spokojniej. Ból brzucha. Kij wie czy to pęcherz, macica, jajniki, czy flaki. Okres od miesiąca z hakiem, co dwa dni delikatnie, a od trzech dni potop. No nie ma lekko. Ale nie poddaję się i pomalutku ogarniam. Krok po kroku. Zaliczam co jakiś czas kumulację i lekki zjazd, ale pozwalam sobie na niemoc.
No i sami widzicie, że nudą wieje. Nie wieje. Wszystko się klei.
Idę namoczyć ręcznik. Bo wysycha co 15 minut...
O dzięki dobra kobieto za przypomnienie, że dni coraz krótsze :))). Wyleciało mi to z głowy, bo mózg mi chyba już wyparował. Naprawdę, poprawiłaś mi nastrój, bo ja też zdecydowanie jestem człowiekiem Północy i te tropiki mnie wykańczają. Zawsze to jakieś pocieszenie, że słońce będzie się coraz szybciej chować :).
OdpowiedzUsuńTak niewiele, a tak dobrze robi taka wiedza, co nie?
UsuńMnie ratuje wiatrak. Ta pogoda to jakaś katastrofa.
OdpowiedzUsuńMój wiatrak mieli gorące powietrze, bo ciągle mam w domu 31. A już prawie 21:00. Tak bardzo nienawidzę gorąca, że masakra. Dobrze, że nie muszę wychodzić z domu.
UsuńU nas wiatrak nie działa, za mały rozmach. W salonie klimatyzator, w sypialni przenośny. Ten w sypialni na noc trzeba wyłączyć, bo klekocze, jak stara taczka. Zasypiam więc w chłodzie, budzę się w saunie. Od 16 dni mam biegunkę. Jest ch…owo i niestabilnie. Bardzo Cię pozdrawiam, ale nie przytulam bo my 38 to mamy w cieniu, a dach nieizolowany, więc za drzwiami sypialni jakieś 40, albo więcej.
OdpowiedzUsuńNie nie, dystans krówa, dystans, bo wszyscy ...się skleimy! W domu mam o 5 stopni więcej niż na dworze. Przeciąg się nawet zepsuł.
Usuńsie nazbierało...
OdpowiedzUsuńale jeszcze będzie przepięknie, powiadam ci. i cmokam -**
Tobie wierzę bezgranicznie. Jak mówisz, to będzie! Odcmokuję :**
UsuńCzyli u Ciebie wszystko na dobrej drodze i tak trzymaj :* brawo Ty, że nie masz problemów z tarczycą :* u mnie tak fisiuje, że skaczemy sobie do oczu :*
OdpowiedzUsuńJa mam niedoczynność. Tarczyca została zeżarta przez mój organizm, jakieś 4 mm zostały.
UsuńPrzytulam :*
UsuńCiebie też przytulam :*
UsuńNo to masz atrakcje!
OdpowiedzUsuńChociaż ta jedna pogodowa zmierza ku końcowi, przynajmniej u nas od jutra deszcz i kulturalna temperatura około 25 st.
Wczorajsze 42 w słońcu nieco mnie przeraziło. Tu, na wsi, w moich chłodnych zazwyczaj izerskich chaszczach! Świat się kończy, panie dzieju. No, ale przecież wiemy, że się kończy.
Współczuję Ci tej mendopauzy, moja jakby się przyczaiła, mam mniej uderzeń gorąca, to mnie najbardziej rozkładało z tych wszystkich popieprzonych objawów. Oraz już nie bucham żądzą mordu. Jakkolwiek pamiętam jak to było i po czasie doceniam. Wiem, że ta energia we mnie siedzi, i w razie potrzeby można z niej skorzystać i porazić swym jadem wroga w sposób już bardziej świadomy. Kobieta to moc. Warto o tym pamiętać.
Pozdrawiam i życzę 10 stopni mniej.
Moc, wiadomo, ale ja, jak zawsze, mam kurde kumulacyjie, albo wcale. Może ciut przesadzam, ale chwilami jest taka rozpierducha, że najchętniej to bym sobie tętnicę szyjną przegryzła, tyle że nie sięgam. A stopni mam na dworze dzisiaj 20, w domu 24 i idzie w końcu żyć.
UsuńIzery, ach! Kiedyś muszę wrócić, jak moja kondycja turystyczna się odrodzi. Pozdrawiam :)