piątek, 11 kwietnia 2025

[494]. M jak menda. Albo opowieść o meno-tfu-pauzie.

Chciałam coś w końcu napisać, bo jak już zaczęłam na nowo, to ekscytuję się jak mrówka. Ta co miała okres. W sumie to własnie o tym będzie ten rozdział, więc jeśli ktoś nie lubi krwawych opowieści to może sobie zrobić pauzę. Pominąć ten post znaczy.
Zacznę od tego, że wszyscy wiedzą, że jest, przychodzi, ale niewiele z nas ma pojęcie co się zadzieje, kiedy już rozgości się na dobre. Ale od początku.
Z okresami bywa różnie. Ja miałam baaaardzo skomplikowane cykle, rozjechane na maksa, raz 2 tygodnie, raz 44 dni (witaj na świecie córeczko). Rozpoznanie dni płodnych i nie zupełnie nie wchodziło w grę, kalendarzyk to sobie można było wsadzić za przeproszeniem, ale nie o tym chciałam. W każdym razie było fatalnie. Bo i długo trwało, czasem i dwa tygodnie męczyłam się okrutnie, a czasem dwa dni.
Słyszałam: taki urok. Trudno. Tylko my, baby, rozumiemy ten ból. Chociaż ja postanowiłam wyedukować mojego syna, żeby wiedział.
Potem wyszło, że mam PCOS, insulinooporność i ogólnie do dupy. 
No i tak sobie żyłam . Po dwóch ciązach został mi prezent, nietrzymanie moczu. Więc śmiać się i skakać to ja nie mogę. Ani kaszleć. 
No ale przyszła ta menda.
Dwa lata temu się zaczęła. Na początku tylko co dwa miesiące był okres, ale żadnych innych bolączek.
Po pół roku dopadł mnie zawał. Trochę mi się wydaje, że może być coś na rzeczy, bo ta dziwna anemia dała mi do myślenia. A dostałam okres dzień przed zawałem. Co ciekawe, w momencie przyjęcia do szpitala, aż do następnego dnia wszystko się wstrzymało. Zawsze się zastanawiałam, co jeśli jakaś operacja, śpiączka, czy coś, co wtedy? No to wiem. Organizm zablokował. Za to na drugi dzień... Haha, dobrze, że Romuś lat 103, wzrok też miał słaby. Bo zalałam pół sali i zostawiłam krwawy ślad do łazienki. Dlatego też myślę, że wyszła ta anemia przez okres.
No dobrze.
Po wyjściu ze szpitala znów tryb 2 miesięczny, a po pół roku wydłuzył się do czterech. I wszystko byłoby ok, gdyby nie to, że mam wrażenie, że tracę hektolitry krwi. Dzisiaj jest 11 dzień regularnego okresu, a obdzieliłabym stado wampirów. 
Efekty? Zawroty głowy. Senność. 
No ale nie samym okresem menopauza się objawia. Tyję, proszę ja Was. Fakt, że po zawale się zaczęło, bo trochę musiałam zwolnić, ale teraz to przesada. Okropne to strasznie i dołujące, ale już jestem umówiona na sesje z NHS, może pomogą. 
Nie pomaga też to, że biorę leki pozawałowe. Ale jak mus, to mus.
Kolejny problem to działanie organizmu. Raz, że po szpitalu jakoś nie mógł wystartować i długo się męczyłam, dwa wszystko się rozregulowało. I mam wrażenie, że każdy organ działa sobie osobno. Nie wiem jak to opisać, ale czuję ogromne zmiany, szczególnie metaboliczne. 
Zmieniła się skóra. Przypałętały się jakieś dziwne egzemy, łuszczenie skóry. Już opanowałam, ale to było straszne.
Ale najgorsze w tym wszystkim jest to, a może dobrze, że dopadła mnie depresja. Przeszłam załamanie. Gdyby nie pies, to nie wiem co by się zadziało. Śmiem twierdzić, że uratował mi życie. Całe szczęście zadzwoniłam do przyjaciółki, a ta przyjechała do mnie. 
To było straszne przeżycie, pierwszy raz w życiu, mam nadzieję, że ostatni czułam się tak źle. 
Moja analiza mówi mi, że to wszystko zadziało się przez zmiany hormonalne. Po prostu organizm i mój mózg w końcu puścił. Emocje się wylały, pozwoliłam sobie na potężny smutek i niemoc. Pierwszy raz wyciągnęłam rękę po pomoc. Nigdy tego nie robiłam, bo tak mnie wychowano. Emocje, uczucia, potrzeby - moje są nieważne. Ale tego lata wszystko się zmieniło.
Jeszcze będę o tym pisać.
Na razie tyle.

sobota, 29 marca 2025

[493]. Sprawy sercowe.

No to ręka bolała. Tak po całości. Tak niewygodnie. Ale nie jak po nocy w jednej pozycji. I cały czas ta gula w gardle. Nie żadne ostre kłucie, nie żadne ściski i imadła. Piszę o tym, bo tak naprawdę nie wiadomo jak to się czuje. Powiedziałabym raczej, że to takie wkurwiające uczucie było, takie 4/10.
Pojechałam więc na tutejszy SOR. Szybko pobrano mi krew, ale trzeba było poczekać na wynik. Po kilkunastu minutach zabrano mnie do innej poczekalni, gdzie była lodówka z kanapkami, jogurtami i innymi przekąskami i kawa i herbata. Poczekalnia to było może z 5 foteli z ciśnieniomierzami i gościem, który monitorował wszystkich. Po jakichś kolejnych 15 minutach ból ręki był już uciążliwy, taki 6/10. Poszłam do łazienki, nie będę opowiadać po co, ale kanapka mi nie posłuzyła. Wyszłam, usiadłam i już było słabo. 9/10. Ale w dalszym ciagu skala obejmowała raczej męczący ból, niż przeszywający.
No i sekundę po tym jak wyszłam z łazienki zabrano mnie do gabinetu. Dostałam morfinę, poinformowano mnie, że niestety ostry zawał. Zdziwiłam się, bo czemu ostry. Zrobili wywiad w kierunku palenia i picia, historii zdrowotnej rodziny poinformowano mnie, że jadę do innego miasta do większego szpitala. Przywitała się ze mną i Młodym załoga karetki i zapakowali mnie do wyjazdu. No i pomknęliśmy autostradą. 
Na miejscu załoga się ze mną pożegnała, wzięli mnie na salę, znów wywiad czy palę i piję, historia rodzinna  i ... byłam święcie przekonana, że robią mi najpierw rozeznanie co i jak. A oni mi od razu zapodali stent. Po wszystkim przyszła załoga drugiej karetki, przywitali się i zabrali mnie. Po drodze przypomnieli sobie, że Młody został pod salą i kierowca go znalazł. Nakarmili mi dziecko, zapytali gdzie chce jechać, czy z przodu, czy ze mną z tyłu i ruszyliśmy. W obu karetkach żartom nie było końca, gdybym nie była taka otępiała to pewnie byłoby jeszcze weselej, ale mi się nie chciało gadać. 
No i przyjęli mnie na OIOM. Leżałam tam dobę. Tam dowiedziałam się o cytrynie. Ale najśmieszniej było z moim towarzystwem. Było nas w sumie cztery osoby.  
Wtrącenie: tutaj jest tak, że jak masz chorobę, która powoduje, że nie możesz prowadzić auta to informacja taka od lekarza lub ze szpitala idzie bezpośrednio do DVLA, gdzie jest to notowane w papierach i jak złapią delikwenta i sprawdzą prawko to widzą.
Naprzeciwko mnie leżał, nazwijmy go Wesoły Romek. Rocznik 1923. wiem stąd, że za każdym razem pytają o dane. Zapewne, żeby sprawdzić przytomność umysłu.
Romek miał tę przypadłość, że celowo nie zakładał, albo wyłączał aparat słuchowy. Podrywał pielęgniarki, żartował, przy czym ledwo się ruszał. I przyszedł lekarz i mówi do niego, że już nie będzie mógł jeździć samochodem. Na co Romuś: tak tak, za 6 tygodni już będę mógł. Lekarz: nie, już nie. Romuś: super, cieszę się, że będę jeździć. Lekarz spasował. Powiedział tylko ciszej komuś z rodziny, że już mu nie wolno prowadzić. Tak, Romuś miał 103 lata, a dotarło to do mnie po jakimś czasie dopiero.
Potem przenieśli mnie na inny oddział i tam to była masakra. Obok mnie była starsza pani, nikogo z rodziny, demencja plus depresja i jakieś zaburzenia. Przesypiała dzień, ale w nocy... W nocy się działo. Nie przespałam żadnej z dwóch. Pani śpiewała Twinkle Twinkle Little Star i wyzywała inne chrapiące i charczące panie. 
No dobrze. A co mi się stało?
Otóż. Zatkało mi się w jednym, ale bardzo ważnym miejscu. I co najlepsze nikt nie wie czemu i jak. żyły mam czyste, nie mam żadnych złogów, cholesterol wporzo. Jedyną anomalią była ostra anemia, tylko ni cholery nie wiem skąd im to wyszło.
Serce nieuszkodzone. Mam tonę leków, co jakiś czas kontroluję ciśnienie.
Ja to sobie myślę, że to ta świnia menopauza. Bo się zaczęła. Ale o niej to kiedy indziej.

Na dzisiaj: 
Tak, czarne serca czasem lubią takie słodkości. Trudno no.
Crush - Love you with all my heart




wtorek, 25 marca 2025

[492]. Cofamy się wstecz

Oj tam oj tam. W czasy już będące historią, ale jeszcze nie okryte kurzem zapomnienia.
Mazda to już dawno wspomnienie. Po niej nastąpił czas Cytryny. 
Cytryna woziła mnie dzielnie, z róznymi przygodami. Bo albo to dziura po ukradniętym deklu od kanalizacji, albo debil, przez którego musiałam hamować jak Flinston prawie, a co zaowocowało wymianą końcówki drążka, bo koła miały zeza. A to nagle musiałam sobie przypomnieć jak to się ongiś jeździło, bo wspomaganie postanowiło ebnąć w samym środku drogi. W każdym razie w 2023 roku, kiedy mieliśmy za sobą trudne 12 miesięcy, a wartość napraw i wymian części przekroczyła wartość jeździdła, stwierdziłam, że w styczniu zrobię mu jeszcze zawieszenie i będzie gitara.
Ale nie.
Tak łatwo to nie ma.
Zostawiwszy na parkingu auto, udałam się pilnie w towarzystwie Młodego w miejsce, w którym nikt nie chce być, ale o tym później.
Pierwszy raz, od kiedy mam samochody, świadomie zostawiłam cytrusa na biegu, mimo, że stał lekko z górki, a przed nim był krawężnik wysoki, kawałeczek trawnika i drugi krawężnik, dzielące dwa pasy miejsc parkingowych. Więc gdyby mu się znudziło stać na ręcznym, to zatrzymałby się na krawężniku, nijak nie utrudniając nikomu życia. Naiwna.
Wracając do parkowania, ustawiłam auto prościutko, ze zwróceniem uwagi właśnie na bieg i ten krawężnik. Po czym udałam się w wyznaczonym kierunku, przekonana o bezpieczeństwie czarnego śmigacza. Nic bardziej mylnego.
Wracamy teraz do celu podróży.
Od paru dni czułam się jakośtak. Ucisk w gardle, jakby mi stanął tam kawał buły. Pomyślałam - tarczyca. Często są takie objawy. Wstałam sobie rano, a tu boli mnie ręka. Jakoś tak dziwnie boli. Ale nie znów tak, żeby się przestraszyć. Jednak napisałam Kudłatej, że ręka boli, a muszę jechać na uczelnię i nie wiem. No i zostałam zmuszona do udania się do przychodni. Wzięłam Młodego i mówię, że jedziemy do lekarza, bo ręka i potem go odwiozę do szkoły. W recepcji pani powiedziała, że mamy jechać do szpitala. Nie namyślając się za wiele wsiadłam w czarną strzałę i pojechałam. Zaparkowałam i polazłam na A&E. Akcja była szybka, w pół godziny znalazłam się w karetce i jechałam do innego szpitala na sygnale. Okazało się, że miałam zawał.
Mogłabym rozpisać się o całej procedurze, co i jak się działo, ale nie wiem czy to ciekawe. W każdym razie mam założony stent. Obsługa była wspaniała, załogi dwóch karetek przekochane, co najlepsze, Młody zaopiekowany - dali mu jeść, pić i cały czas był informowany co się dzieje. Raz tylko o nim zapomnieli, jak już mnie wieźli do karetki, żeby wrócić do mojego szpitala, ale ponieważ załoga załodze zdała relację, to kierowca Młodego odszukał. 
No i przechodzimy do parkowania...
Z dalekiej północy przybyła zaalarmowana Kudłata. Kazałam jej zabrać auto pod dom, bo co będzie stać na parkingu. Poszli. Ja sobie leżę, jeszcze wyluzowana po działce, ale świadoma. I słyszę, że wrócili i gadają z pielęgniarką coś o mówieniu i czy można. Po czym przychodzą do mojego łóżka, i patrząc na monitor zapodający ciśnienie i pracę serca przekazują co następuje.
Wiesz, najpierw  myślałam, że nie zaciągnęłaś ręcznego...I pokazuje  mi zdjęcia, jak moje autko stoi na środku drogi, czyli jakby...stoczyło się pod górkę. Mój mózg przetworzył informację i wydałam z siebie, stoicko: ale jak to. I powiedziałam o biegu, krawężniku i że pod górkę.
Okazało się, że jakiś dziad przejechał ten krawężnik, przestawił auto, które stało na biegu i próbował zwiać rozwalając barierki parkingowe. Ochrona go złapała, zostawili na szybie u mnie info.
I tak oto Cytrus poległ, nawet się nie zdenerwowałam.
Za to w szpitalu miałam ubaw po pachy.
Ale to jak już będziecie chcieli.


niedziela, 23 marca 2025

[491]. Niechod.

A to było tak.

W me skromne progi trafił Artysta, wiek 9 miesięcy. Jak na Niemca przystało, na imię ma Teufel. To jedyne, jak na razie, moje ukochane słowo w języku niemieckim. No i Artysta uwielbia malować (ściany) oraz wykonywać różne instalacje przestrzenne, szczególnie z recyklingu (karton, cegły, plastik - wsio ryba), w którym jest Mistrzem. Do dzisiaj podziwiam jego zacne dzieło na ścianie w technice błotno-monochromatycznej, kiedy zakładam buty. 
No i ten Teufel, o minie aniołka, skradł serca nasze. Ponieważ zagościł u mnie tylko na dwa tygodnie w zeszłym roku, popadliśmy w stupor i marazm, poprzecinany biciem się z myślami, argumentowaniem na nie oraz plusami dodatnimi. 
I tak jak kiedyś na spontanie przyjęłam pod swój dach kota, co zapoczątkował uzwierzęcenie rodziny, tak w trzy sekundy psipadkiem znalazł się u mnie oficer, Major, kolejny Niemiec, ale ten to już w wieku zacnym, obecnie 3 lata. Ten jest grzeczny w domu, ale na dworze szatan.
No i tak sobie żyjemy pod wspólnym dachem. Zostałam jego Alfą i Omegą, mnie gnojek budzi i wyciaga na spacery. 
Dwa tygodnie temu ganiałam się z nim po chacie. On mnie zaczepia ja go gonię, on ucieka do pokoju Młodego i czeka na zabawę. Ale że gotowałam coś akurat, to tylko chciałam go pogonić. No i pogoniłam tak cudownie, że małym paluszkiem znalazłam ikeowski stołek. Najpierw się śmiałam, bo nawet jakoś ekstra nie bolało. Ale jak zdjęłam skarpetkę i chciałam naprostować to się okazało, że paluszek się wygł wziął i już został w tej pozycji dziwnej. Śmiałam się, że mam chwytny.
I hahaha pochwaliłam się Kudłatej i mojej siostrze, hahaha. Kudłata mnie zjechała od góry do dołu, że mam jechać na A&E, tutejszy SOR. Dobra dobra, dokończę odcinek i pojadę.
Pojechałam, spędziłam tam sześć godzin, w tym był triage, rentgen i lekarz. Gipsu nie ma, zabandażowane tylko palce i przykazanie, że nie chodzić, a jak już to na pięcie. Bo pękłam sobie kość, od strony międzypalcowej. Bez przemieszczenia.
Psy kontuzjują.
Ale bez nich to jakoś tak smutno. Wręcz zastanawiamy się z Młodym, jak mogliśmy żyć bez psa.
I pewnie, wiele planów mi to zawaliło, bo teraz podróże będą się wiązały z wożeniem tego potwora, ale z drugiej strony moja antyspołeczność ma uzasadnienie.
Oraz nie potrzebuję dzwonka.
I mam respekt na dzielni.


Teufel i jego dzieło


Major


PS: Teufel to najmłodszy syn Kudłatej. Po króliku, kocie i wężu. Major to mój domownik. 

czwartek, 20 marca 2025

[490]. Tęskniłam.

 Rozmyślałam od czego by tu zacząć. W końcu minęły trzy długie lata od ostatniego wpisu, więc opowiadać jest co. Ale nie wiem.
Może na początek zrobię listę i wybierzecie co chcecie wiedzieć.
No to tak:
  1. Żyję. A mogłam nie. 
  2. Jestem na 3 roku, ale będę go powtarzać. Trochę w związku z tym, że żyję.
  3. Obecnie nie jeżdzę autem, gdyż sprawa jest w sądzie. Nie nie, nie jeździłam po pijaku.
  4. W naszej rodzinie pojawiły się dzieci. I wnuki. Ale nie jestem babcią. Co to to nie.
  5. Nie chodzę. Bo nie mogę. Znaczy chodzę po domu, bo mi się nudzi i czasem muszę.
  6. Mam od lipca swoje guilty pleasure. I wcale mi nie wstyd! Otóż znalazłam ogromną przyjemność w oglądaniu dram. przed K-popem się jeszcze bronię, aczkolwiek niektóre ścieżki dźwiękowe są zacne. No i zgadnijcie, gdzie wyruszę na wycieczkę, jak tylko się ogarnę.
  7. D, M i ADHD, czyli kumulacja. W końcu mogę nazwać rzeczy po imieniu.
To na razie tyle tematów.

Dlaczego nie pisałam? Bo jakoś tak wyszło. Potem nie mogłam się zalogować, a nie chciało mi się kombinować. Bo przecież zapisywanie haseł jest dla słabych. I tak sobie udawałam, że nie ma bloga, nie ma nie. Aż nagle koincydencja jakaś nastąpiła, bo spotkałam na swojej sieciowej drodze Osobę, którą też znacie i poszło. Nie gwarantuję regularności, ani błyskotliwości wypowiedzi, ale chyba brakowało mi tego. 
Całuję.
Wasza Natt

Na dziś:
Lewis Capaldi - Someone You Loved



piątek, 22 kwietnia 2022

[488]. Trzeci

Semestr trzeci. Taki pod górkę trochę. Dużo roboty, intensywny, naszpikowany zadaniami i pracami. A taki wydawał się fajny, nieskomplikowany. Trudno. Przeżyję, bo nie mam wyjścia.
Tak na szybko to mogę powiedzieć, że zmieniłam auto i trochę mi się budżet rypnął. Ale tak znośnie.
Za to samochód! Miód malina!
Trzy opcje były. wybrałam bramkę numer 1. Przejażdżka próbna w stylu: to co, wsiadajcie i na autostradę, zobaczysz jak się prowadzi. No ale jak ma się prowadzić, jak ma napęd na cztery. Skóra. Duży. Krążownik. Pożeracz mil, paliwa i czasu. Bo chciałoby się wsiąść i zwiedzić każdą drogę, ścieżkę i najdalszy zakątek. Wydawca mega dźwięków. I jeszcze nie dojechałam do końca skali.
Ot, mazda cx-7 sport tech.
Tak sobie pomyslałam, że wielka bryka u faceta to...przedłużenie jego..ego.
A u kobiety? Mam nadzieję, że nie dobór na obraz i podobieństwo doopy.
A odnośnie powyższego to właśnie zaczęłam treningi. Na razie domowe. Napisałam też do trenerki i dobierzemy odpowiedni rodzaj treningów. Poza tym siedzę i studiuję przepisy, żeby ułożyć plan. Uwzględniając PCOS, insulinooporność, hashimoto, niedoczynność..
Kto jak nie ja?
Mam niewiele czasu, żeby wygrać zakład ze sobą, że dam radę, ale też z Kudłatą, że przed 50 zmieszczę się w rozmiar 40. 
To jak obstawiacie?

poniedziałek, 21 marca 2022

[487]. A jednak

Mogę. I chcę.
W morzu tego cholernego nieszczęścia dzieją się rzeczy. Pomagają jakoś stać w pionie i pomagają.

W weekend zrobiłam sobie wycieczkę. Rozpoznawczo-krajoznawczo-turystyczną. Inspekcję taką.
Pojechałam do Kudłatej. Ot, takie tam 222 mile. 
To był test dla samochodu, dla mnie i odskocznia.
Więc w piątek, tuż po egzaminie, dopakowaliśmy naszą ciężarówkę i w drogę. Korki koło Birmingham, ale co tam. Jechaliśmy już nocą, ale widok konturów gór na tle czarnego nieba był nieziemski. Już wtedy mi się spodobało.
Na drugi dzień pojechałam z Kudłatą nad jeziora. No powiem Wam, że to przerosło moje oczekiwania, marzenia i napchałam się tymi widokami do rozpuku. Tam będę mieszkać. Po studiach. A co.
Wąskie drogi to pikuś, serio. Zakręty, kamienne mostki, kamienne murki, wszędzie offce, nawet na drogach czasem. 
Miałam ochotę wyjść z samochodu i powiedzieć: JAK TU, KURWA, PIĘKNIE! Tak po polskiemu.
Ale jedyne co wydusiłam z siebie wysiadając, to JA PIERDOLE, ŁEB MI URWIE! Mój piękny prawie i nie czarny już. Taka mała zmiana.
No i dlaczego to piszę?
Bo najważniejszym niusem weekendu nie jest moje wzdychanie do gór i jezior.
Najważniejsze jest to, że czekamy na ukraińską parę. Możemy realnie komuś podać dłoń i pomóc. Niestety, ja nie mam warunków, żeby kogoś wziąć do siebie, ale Kudłata właśnie szykuje pokój, robimy listę potrzebnych rzeczy i czekamy, aż wizowe młyny zmielą podanie i J i N będą mogli przylecieć. Włączam się w to. Gdybym miała jeden pokój więcej, to ja też przyjęłabym kogoś do siebie. Niestety, miejsca nie ma.





niedziela, 13 marca 2022

[486]. Jak

Jak mam napisać o codzienności? O studiach, podróżach, planach.
Jest mi okropnie. 
Tak, cieszę się, że jestem, gdzie jestem.  Tak, oddycham z ogromną ulgą, jednocześnie czując jak ucieka powietrze z płuc, bo tam jest dramat. 
Co mogę napisać?
Zachód nie ma zielonego pojęcia o tym, co się dzieje w Ukrainie. Wiadomości pokazują jakieś tam urywki. Ale widzę co piszą zwykli Anglicy. Narracja podobna: naszym pomoc się należy, bezdomnym Brytyjczykom, a nie jakimś Ukraińcom. Tylko żaden nie pochyli się z refleksją, że te bezdomne osoby najczęściej same wybrały picie/ćpanie, a Ukraińcy nie mają wyboru żadnego.
W pracy słyszę: nie ma żadnej wojny. Bo to niemożliwe. Pokazują fejkowe zdjęcia i filmiki, bo przecież nikt już nie jeździ kamazami...
Jak debilom wytłumaczyć czym jest PKB, bieda tego kraju, bo jeszcze za Jelcyna dali się rozbroić, w zamian za wolność? Kurwa, nie trzeba być orłem, żeby tak proste rzeczy wiedzieć.
A ja słyszę, że wpuszczają Polacy do domów facetów, co po mordach leją kobiety. Że ogień nie niszczy czołgów. Że nie ma wojny i kurwa nie giną ludzie. I gdyby nie to, że mam wsparcie, to lałabym po ryjach, bo przeklinam okrutnie już dawno.


sobota, 26 lutego 2022

[485]. Idź w *uj!

Wszędzie panują popaprańcy. I może nawet byłoby smiesznie, gdyby nie to, co robią ze światem.
Siedzę właśnie w Niemczech i tak jak uwielbiam tutejsze zaopatrzenie w produkty, których nie ma w UK, tak obrzydzenie mnie bierze na myśl, że to, co się teraz dzieje jest udziałem polityków niemieckich.
Czytam z obrzydzeniem o ślizganiu się światowych przywódców w kwestii pomocy Ukrainie.
Brzydzę się komentarzami moich rodaków, bo przecież Wołyń, Bandera i oni nam też!
Rzygać mi się chce. 
I wszystko mnie boli.
Najbardziej serce.
Na Ukrainie/ W Ukrainie urodził się mój ojciec.
Więc mogę czuć się ciut związana z Ukrainą.
A nawet, jeśli nie, to jest mi zwyczajnie po ludzku źle. 
Jestem zdruzgotana.
Brak mi słów.

czwartek, 20 stycznia 2022

[484]. Tak bardzo chciałabym..

Tak bardzo, ciuchutko, bez narzucania, w kąciku, pod miotłą...
Tak troszeczkę tylko...
Ze dwa dni nawet...
Tak, żeby nikt mnie nie widział, niczego ode mnie nie chciał...
Ale przede wszystkim, żeby nie wpadały mi do głowy durne pomysły!
No bo to było tak.
Że piekę, wiadomix.
Że plany w jakieś tam były.
No ale chciałam jeszcze poczekać chwilę.
No bo wiecie, to jednak trzeba ogarnąć księgowość, co można co nie, jak to robić, jak rozliczać. No i tak się szykowałam, zastanawiałam i...
No i w sumie będę prowadzić księgowo trzy firemki. Moją osobistą, którą założyłam, bo chciałam zobaczyć, czy przejdzie online i dlaczego nie przeszło kumpeli. Jejże, bo się wahała, wahała, namówić nie można było, żeby zrobiła certyfikat na żywność, aż nagle sru, polaczki doniosły, kontrola w domu, ale nie jak polski sanepid, tylko mili państwo, powiedzieli co i jak trzeba, co zrobić i poszli. Wtedy rejestracja nastąpiła w trzy sekundy, rezygnacja z pracy w cztery, a chwilę potem usłyszałam w słuchawce: to przez ciebie się zdecydowałam, to teraz ogarniesz mi papiery, bo ja nie umim. 
W sumie powinno być dzięki tobie, a nie przez ciebie, ale wybaczam. W końcu nie umi.
No i że tak powiem zostałam księgową. Teraz wypada zrobić podstawowy kursik, żeby to pociągnąć, chociaż tego się nie boję akurat. No ale.
I jeszcze trzecia firemka, Kaczka Szczęściara. Zięciunio. Pstryk i jest. A namawiać trzeba było pół roku jak nie lepiej.
W ciągu tygodnia zostałam księgową.
No i żeby zainaugurować działalność, dzisiaj wpadło zamówienie na tort...
Pięknie, nie?
To zrobiłam se zakupy biurowe, bo jakoś trzeba to ogarnąć.
O reszcie wydarzeń napiszę jutro, albo niebawem.
***
Covid poszedł se dość szybko i oprócz efektów ubocznych w postaci zasiedziałego tyłka, zwanego płaskodupiem, co za tym idzie zadyszką, po przejściu kilkuset metrów nie mam żadnych powikłań, ani problemów.
Szkoła zaczęta, 
Jest fajnie.
Ale ja to bym se tak w kątku...dwa dni chociaż...

środa, 5 stycznia 2022

[483]. Na ten Nowy Rok..

No to witam się z Wami po Nowym Roku, w Nowym Roku, po urodzinach, w urodziny ukochanego Radia 357.
I wiecie co, jak rozpocząć rok, to przecież nie zwyczajnie. Bo po co.
No to zaczęłam z hukiem! A raczej z kaszlem. Osłabieniem, No wiecie, zwyczajne przeziębienie.
1.01 spamowałam jak co roku, heheszki, dzień przy radiu na Topie. Wieczorem stwierdziłam, że nie chce mi się iść 2.01 do pracy. Chociaż biłam się z myślami.
W końcu koło 23 napisałam maila, że sorki Winnetou, ale na mnie nie liczcie, chora, przeziębiona, ale test negatywny.
Oczywiście to była ściema z tym testem.
A generalnie to było tak, że we wtorek byłam w pracy, w siedlisku antyszczepów i kretynów, niestety, w takim miejscu pracuję. W piątek natomiast przyszedł gościu wymienić mi skrzynkę prądowną, bo tamta to chyba pamiętała Rycerzy Okrągłego Stołu. A przynajmniej Robin Hooda.
I facio cały dzień miał otwarte drzwi na klatkę, bo tamoj rozłożył się ze sprzętem.
Ok, nie było zimno jakoś mocno, ale generalnie kiedy nie działa ogrzewanie a drzwi masz otwarte to raczej ciepło nie jest. Wpadła kumpela pofarbowała mnie. Facet włączył prąd, zmyłam łeb, ale wyłączył znów. I nie było jak wysuszyć. A po nogach ciągnęło.
W końcu ok, zrobione, więc szybkie zakupy i po powrocie do domu tak mi się spać zachciało. Tak jakby bateryjka się wyczerpała. Przzespałam się. W miarę ok, ale wieczorem już mnie zaczęło łapać gardło. No i ok, aspirynka, łóżko, luzik. Rano wstałam rześka i gotowa na spam. I tak z godziny na godzinę coraz gorzej. Ale ciągle przeziębienie. Smak i węch mam.
W niedzielę siedząc przy jakimś filmie stwierdziłam: a, pierdyknę se test, zobaczymy. I....niespodzianka.
No to pojechałam na test PCR. W poniedziałek wieczorem potwierdzenie. No trudno.
Siedzę więc w domu, Zaliczam drzemki bez wyrzutów. Oglądam filmy, seriale i cóż.
Przypuszczam, że gdyby nie dwie dawki, byłoby masakrycznie. 
Musiałam niestety przesunąć trzecią. Ale co się odwlecze..
Bądźcie zdrowi!

piątek, 17 grudnia 2021

[482]. Tis Season

No to moi Państwo szanowni.
Egzaminy zdane, fizyka nawet na 90%. Jest się z czego cieszyć.
A łatwo nie było, momentami darłam szaty, zawodząc: po chuj mi to było???
Dobra, może nie szaty, ale szlag mnie trafiał trochę, że mogłam tak na spokojnie, bez stresów, żyć sobie w swojej wygodnej bańce i zarabiać pieniądzory.
Ale nie, przecież Komplikacja to moje drugie imię.
Jeśli zaś o finanse chodzi, to tu też zamieszanie straszne wynikło. Przyznane, nieprzyznane, zapłacone, odebrane, bo jednak jestem studentem z EU, a nie stąd, więc jednak. 
Kontakt z finansami ograniczony, ale nie przeszkodziło mi to zjebać instytucji na fb i wypełnić ankiety pod tytułem co sądzisz o naszych usługach. 
Czekam na kolejne rozpatrzenie, żeby nie było tak różowo! Bo przecież no. Ale i tak się cieszę, bo tak czy inaczej, z przebojami, stresem czy bez, nie jestem w tym sama i nie jest źle. 
Teraz, kiedy już zaczerpnęłam byłam powietrza, mam do napisania ostatnią laborkę, co zrobię w weekend. Nie mam jakby wyjścia, bo od poniedziałku, tadam!!! Świąteczne wypieki!
Kierowana zeszłoroczną inbą, zamieszaniem i chaosem, w tym roku mam dwa razy więcej klientów i ciast. Dołożyłam sobie do tego jeszcze niech policzę, 10 kg pierogów, w tym 4 to uszka. No i orzeszki sobie dołożyłam. Wczoraj była próba generalna. I powiem Wam, że dobre toto. 
Niestety, przez studia i nadrabianie, można by rzec tylko 3 tygodni, nie zdążyłam zagłębić się w mojej pracowni, nie ma więc żadnych prac niejadalnych. Ale udało mi się ją odgruzować i spędzam w niej czas. Oswajamy się na nowo.
No.
Więc w poniedziałek muszę kupić 70 kostek masła, 33 opakowania jajek po 12 sztuk każde, 8 kg cukru pudru, 5 kg cukru drobnego, 10 kg jabłek.
Bo 15 wiaderek twarogu, 16 puszek maku i pomniejsze drobiazgi to już mam :)
Jak dobrze, że mam samochód!


piątek, 19 listopada 2021

[481]. Zamotanie z zamieszaniem

No bo dlaczego nie.
Pochłonęła mnie otchłań bezdenna. Zwana uniwersytetem. 
Matma to pikuś, Fizyka to pikuś. Nawet laborki z elekrtoniki też.
Ale academic style śni mi się po nocach.
Poza tym jest ok.
Jak już stanę na nogi, po pierwszych egzaminach, które za dwa tygodnie, napiszę więcej.
Teraz nie mam głowy.
Ale jest ok. A przynajmniej mam taką nadzieję.

piątek, 29 października 2021

[480]. Otóż tak!

Więc no.
Pierwszy tydzień zajęć za mną. Mam do nadrobienia, w sensie przypomnienia sobie tylko różniczki, całki, pochodne i w ogóle.
Co najlepsze, dostałam do ręki zadania i...jednak mózg to super urządzenie. Z drobnymi wskazaniami przypomniałam sobie co i jak. Muszę teraz poćwiczyć tylko i już będzie można za 6 tygodni stawać do egzaminu. Bo ja chcę w pierwszym terminie, znaczy z tymi co zaczęli studia normalnie. 
Na elektryce natomiast rozpracowujemy prawo ohma.
W grupie, w której jestem są ...trzy osoby włącznie ze mną. Jest zabawnie, bo najwięcej mówi chłopak, który nie umie wymawiać poprawnie wyrazów po angielsku, i tak, on jest Polakiem. Całkiem sympatycznym.
Drugi kolega, Marokańczyk, z kolei mówi poprawnie, umie mówić, ale.. nie umie w matematykę. I jest śmiesznie, bo kolega Polak liczy w głowie takie rzeczy, że pani profesor liczy na kalkulatorze. Dobraliśmy się.
Ale ważne jest to, że gadam też. Staram się dużo i staram się nie blokować. Wczoraj na teamsie Helen powiedziała, że mam mówić, nie bać się, mam mówić dużo, bo nabiorę płynności. I mam nie starać się być perfekcyjna. Hm. To tak się da?
Mam teraz trzy dni na matmę, elektrykę i na angielski akademicki. Jestem podekscytowana.
I mam nadzieję, że w poniedziałek już nie pomylę drogi! 
Bo w poniedziałek zjechałam nie tam gdzie trzeba i obiecałam sobie, że we wtorek już tak nie zrobię, po czym we wtorek zrobiłam dokładnie to samo, a potem poprawiłam jeszcze w korku pod Birmingham i już w samym mieście uniwersyteckim, przez które musiałam przejechać, zamiast wjechać prosto i gładko, szybko i sprawnie. 
Nic to. Mówią, że podróże kształcą.


czwartek, 21 października 2021

[479]. Inba

Odpycham od siebie to, o czym chcę napisać. A są to dwie sprawy.

Pierwsza najważniejsza.
Sytuacja na wschodniej granicy, zasieki, mury, stan wyjątkowy. I ludzie.
Z przerażeniem czytam o tym co się dzieje, jakiej ekwilibrystyki muszą używać wolontariusze, żeby pomóc, zawieźć wodę, ciuchy, czy sprawdzić stan. Dlaczego to się dzieje? Dlaczego nie można zwyczajnie zrobić tego po ludzku? Aż tak się boimy?
Jestem w szoku. Jak bardzo brnie ta władza w coraz głębsze gówno, które wymyśliła i które tworzy każdego dnia. Jak bardzo to jest nieludzkie i jak dużo bardziej komunistyczne niż sam komunizm. 
Ale najbardziej męczy mnie jedno: gdzie ta pierdolona opozycja??
Gdzie jest zjednoczenie i rozwiązanie problemu raz na zawsze??
Dlaczego nie słychać żadnego konkretnego sprzeciwu, nie ma protestu, nikt nie ruszy do obalenia tego ustrojstwa??
Protesty? Marsze? W dupę se to można wsadzić. Tak jak nie pomogło wcześniej, tak nie pomoże i teraz. Pewnie, to piękny pokaz - nie zgadzamy się! Ale nic więcej.
Tu potrzeba silnego zjednoczenia PONAD całym politycznym szajsem, słupkami wyborczymi, profitami, benefitami i programami partyjnymi! I to tak silnego, żeby pis i ich przydupasy z konfy, kukiza (tfu!) i innych skurwieli zesrały się ze strachu.
Nie mogę pojąć tego mechanizmu strefy komfortu w tym przypadku. Nie trzeba być ekonomistą, wróżką, czy profesorem z Harvardu, żeby widzieć przyszłość. A ona nie jest piękna i obiecująca. Jest straszna. Bo ten kraj nie podniesie się z tego bagna, a jeszcze właśnie ucina sobie gałąź na której siedzi.
Do tego dochodzi sprawa granicy. 
Staram się nie wdawać w dyskusje z ludźmi w komentarzach. Ale ostatnio mi się zdarzyło.
Bo facet napisał, że on płaci podatki i się nie zgadza na wpuszczenie nikogo do Pl. Bo my, jak jeździliśmy na saksy, to uczciwie pracowaliśmy i inne pierdy. 
Tylko nikt nie budował nam muru i zasieków, kiedy spierdalaliśmy przez zieloną granicę, tylko brali nas do ośrodków i zapewniano podstawowe środki do życia. Ciepło, ciuchy, żarcie, a potem azyl, przerzutkę do USA, czy innych Niemiec. Nie mogę tego pojąć. Nie umiem zrozumieć tego działania. 
A potem widzę konferencję ministra nauki i szkolnictwa, czy jak się on tam zwie, i czytam, że Labolatoria. Na ministerialnym pokazie i konferencji. Kurwa! Dokąd zmierzamy??
A potem czytam o inbie, bo Mata odważył się wziąć udział w reklamie sieciowego fast fooda. I nagle setki pogardliwych wpisów, że Mata, że Maty Tata, że kasa, że nie wypada, że ja pierdolę! Bo teraz to miliony nastolatków pójdzie za swoim idolem żreć gówno, bo on tak mówi w reklamie.
SERIO??? To Maka wybudowali wczoraj?? Nie było wcześniej? I nie chodzili tam nastolatkowie? to kto, ja się zapytam, bo nie wiem. Kto nabijał kasę dotychczas? Ale nie, Żebrowski (którego kocham) i Szyc (którego też) nie, oni mieli przekaz do starszych. SERIO???
Nie wiem kto stanął na głowie i kto nie czyta już ze zrozumieniem, kto literalnie traktuje słowo pisane i teksty piosenek, kto nie umie wyciągać wniosków i łapać sensu, ale nie jestem to ja.
Mnie boli strasznie głupota innych. Jestem uczulona na machanie ręką na błędy, naukę i szerzenie głupot.
A i tak pójdę do pracy w sobotę i usłyszę ironiczne: bo ty to wiesz wszystko.
Nie wrócę do kraju. Nawet nie mam ochoty go odwiedzać.
Ja pierdolę. Kurwa.

[478]. JUŻ!

Wczoraj wieczorem plan znalazł się na moim studenckim mailu.
Także od poniedziałku się zaczyna.
Nie powiem, jestem - kolokwialnie rzecz ujmując - osrana ze strachu i szczęśliwa z radości.
Teraz dostaję mnóstwo maili z pytaniami, czy wysłałam wszystkie dokumenty o statusie i takie tam. Nie, wcale, te ostatnie 10 razy, to mi się przyśniły. Ale jestem grzeczna, bo przecież nie mogę tak od razu z ryjem.
Także no. 
Do studenckich benefitów można zliczyć:
- zniesienie council tax (czyli comiesięcznej opłaty za mieszkanie w danym rejonie - taki podatek co idzie lokalnie na wszystkie służby, wywóz śmieci i inne)
- zniżki, np. w amazonie. Teraz mój prime to 6 miesięcy za darmo, potem za połowę ceny
- zniżki w różnych sklepach, ciuchowych, komputerowych, itd. 
Podoba mi się to.

A za chwilę dalsza część programu, bo już nie zniosę dłużej.

środa, 20 października 2021

[477]. Prawie

Dawno mnie tu nie było, ale byłam na wojnie.
Żeby nie było, że tu jest tak cudownie i idealnie, chociaż w wielu punktach jest, to opowiem Wam moją drogę do.. no właśnie. Jeszcze nie wiadomo, ale zaraz wyjaśnię.
Otóż zajęcia, teoretycznie, zaczynały się 4.10.
Teoretycznie wszystko, co trzeba, zrobiłam do tego czasu. Czyli rejestracja, po przejściach oczywiście, wszelkie zawirowania przeszłam i w swej ogromnej naiwności myślałam, że teraz to już prosta droga do świetlanej przyszłości, nauka, wiedza akademicka, zajęcia, studenci, no full-wypas będzie, a może nawet jeszcze lepiej.
Otóż się bardzo zdziwiłam byłam.
Wszystko niby cacy, ale nie mogłam się dostać do aplikacji. W której wszystko, powtarzam WSZYSTKO jest. Od danych, przez konto bankowe, życie studenckie, zdrowie, bibliotekę, plan zajęć, mail, blackboard (aplikacja z zapisanymi zajęciami), wynikami, obecnościami itd.
Wiedząc, że muszę rękę na pulsie trzymać, zaczęłam, po chwili niepokoju, pisać. Maile pisać. Wszędzie.
No to było tak - informacje z różnych źródeł:
- nie zarejestrowałaś się do końca (przyznaję, zignorowałam rejestrację do spotkania wideo w celu identyfikacji, ale o tym za moment) 
- zaloguj się do aplikacji, tam jest email z informacją co dalej z rejestracją
- nie możesz się zalogować do aplikacji, bo nie skończyłaś rejestracji
- skończ rejestrację
W końcu pojawiła się wiadomość na whatsapp w grupie studentów polskich, gdzie dziewczyna opisała podobny przypadek i odezwał się człowiek od mojego interwiev. Podał nieopacznie maila...No to napisałam z czym mam problem, nie wiem o co chodzi, zegar tyka, kasa w drodze, ratuj człowieku, bo ja do końca osiwieję.
W końcu skierował mnie do ostatniego maila ratunku. Napisałam. Opisałam problem. I Gemma (chyba ją na rękach będę nosić) napisała, że jeśli mnie nie dotyczy ta wideorejestracja, bo nie mam przecież wizy, ani nie jestem z zagranicy, to ona zarejestruje mnie pomijając ten punkt.
I tadam!
Dzisiaj aplikacja jest, działa, wszystko pięknie.
Ale nie mam planu zajęć...
Rozumiecie...

Nie jest pocieszające, że to nie tylko ja tak miałam. Ani to, że to się dzieje co roku. Że wysyła się te same dokumenty po sto razy, mimo, że wszystko tak ładnie ze sobą działa jak naczynia połączone i wszyscy mają wgląd w twoje papiery. 
I tak twierdzę, że tu jest lepiej i prościej. Mimo wszystko.



wtorek, 28 września 2021

[476]. Stany

Kto jak kto, ale Wy zasługujecie na gorącą relację z induction. Z wejścia. Wstępu. Zajawki.
Bo oczywiście wiadomo...
No więc tak.
Najpierw próbowałam rozkminić plan. Udało się. Intuicja mi podpowiedziała. I trochę kolega, o którym będzie osoby post, bo musi.
W każdym razie, wyszło mi, że to dzisiaj.  Pierwszy stan przedzawałowy. Bo czy ja sobie poradzę?
No to wiadomo, trzeba się wyspać, bo przecież wycieczka długa mnie czeka (godzina), a że trasę znam tak ciut, bo raz jechałam obok, to jednak wiadomo. 
Wstałam rano, pakuję się i wyjeżdżam. Droga spoko, zjazdy, przejazdy i w ogóle luzik, wszystko super. Dojeżdżam na miejsce, szukam parkingu, bo przecież tam wszystkie płatne, negocjuję stawkę, a właściwie pytam o nią, ustawiam się i...okazuje się, że nie zabrałam portfela..
No to wyjazd z parkingu, bo co zrobię, facet się ze mnie śmieje, ja sama z siebie też, ale bardziej rozpaczliwie, bo jak teraz zaparkować. No i że ja jak zwykle lubię wcześniej, to mam godzinę do wykładu. To sobie pojeździłam po okolicy. I tak jadę, jadę i..wpadłam na pomysł, że przecież Lidl był po drodze! No to geniusz ja, zdesperowany (najwyżej dostanę mandat), pojechałam, stanęłam i popędziłam na uczelnię.
No i wchodzę do budynku (obejrzałam sobie cały kampus wcześniej, więc wiedziałam co i gdzie i jak i jak wygląda) i szukam sali. I szukam. I szukam. Stan przedzawałowy numer dwa. Najpierw miałam okulary samochodowe, czyli właściwie takie co już noszę, bo muszę mieć w aucie jakieś. I tak se numer przeinaczyłam. Ale pytam pani security. To tu, za rogiem. Żeby nie było pokazałam jej kartkę. Też skierowała mnie do 45.
Pusto, cicho, dziwnie. No to zmieniłam oksy i olśnienie. 05. No to dawaj szukać, jest. Zamknięte na głucho. Za mną inny gościu chodzi, bo szuka tej samej sali. No nie wiem. Znów do pani. A ona do mnie, że może to nie 05. Tylko 005. I zaprowadziła nas tam. Bingo! Pan Bukiet stropił się z powodu błędu, bo było nas w sumie 3 osoby na sali (z czego jeden przez taką samą pomyłkę, bo on miał nie na 12 a na 14 swoje spotkanie. I ten pomylony to był rodak.), 2 online.
Spotkanie, na które jechałam godzinę około trwało może 20 minut i było wyjaśnieniem jak to działa: obecności, oceny, egzaminy, kariera. Ale polubiłam Pana Bukieta od pierwszego zdania. 
Tak więc zaliczona uczelnia, toaleta, parking w Lidlu, od poniedziałku zajęcia. Zobaczymy, bo paliwo to tak jest i nie ma. Wszędzie kolejki, ale ja podjechałam, zatankowałam i tyle. W niedzielę.  Albo mam tyle szczęścia, albo nie wiem co.
Ok.
Idę odreagować. Znaczy zdrzemnąć się trochę. Padać zaczęło strasznie. 

czwartek, 23 września 2021

[475]. Pouczanie.

 Staram się nie wypowiadać. Nie szukać, nie czytać, nie cierpieć. Wszystko najważniejsze mam tutaj. No dobra, brakuje mi tu mojej Sis i kotów, ale z różnych przyczyn nie mogę ich tu mieć.

Ale czasem, gdzieś, w przelocie, u Was, przeczytam to i owo. Czasem pojawią mi się na fb różne posty i riposty. I wtedy siedzę i myślę. 

Co, do chuja, dzieje się z ludźmi?
Wojenki, podchody, brak rozmowy, ujadanie, szczucie, moje jest mojsze, ja wiem lepiej co chciałeś napisać/powiedzieć/myślisz/czujesz, niż ty! Kiedyś to było, a teraz już nie ma!
I nie będzie o sytuacji katastrofalnej tamtejszego państwa, co go już nie mogę nazwać ojczyzną.
Będzie o..
No właśnie.
Nie wiem czy powinnam się wypowiedzieć, bo nie czytałam jeszcze książki Taty Maty.
Z twórczością samego Maty zetknęłam się gdzieś w okolicach 16 challenge. Czy mi się podoba? 
Tu właśnie zaczyna się moje zdziwienie.
Poszło oczywiście o felieton niejakiego Podsiadły. Nie znam gościa, przyznaję, nie mam zamiaru poznać, bo zwyczajnie liryka mi nie podchodzi, no chyba, że to Gałczyński, albo Szymborska. 
Tego gościa nie znam. Ale najpierw zobaczyłam twarz. Taki podstarzały pancur, anarchista, coś z klasy no future. Tak, to tylko moja ocena. Ale to, co napisał poeta (z tego co przeczytałam o nim) o innym tekście (tekście Maty), traktując literalnie słowo i przekaz (nie wnikam w wyjaśnienia Profesora Matczaka), zaskoczyło mnie, zniesmaczyło i zaczęło telepać się w głowie jedno pytanie: 
QUO VADIS literaturo! Umyśle literacki! Gdzież teraz będzie miejsce na co autor miał na myśli? Gdzie aluzje, sarkazm, symbolika, gdzie podteksty?? 
Podsiadło wpadł w, przepraszam za wyrażenie, gówniane poczucie utraty pozycji i bycia wyrocznią (nie wiem czy nią był, ale takie wrażenie odniosłam z jego słów. Chociaż może nie powinnam szukać tam drugiego dna i przyjąć do wiadomości słowo, a brzmi ono: jak śmiesz gówniarzu!). Młody gówniarz umie, w sposób bardzo niewygodny dla staruchów (to przenośnia, jakby co) pokazać o co chodzi. A że tekst boli? Chyba właśnie ma boleć. Ma pokazać, wstrząsnąć i spowodować, że neurony będą znów przewodzić. A że nie truje dupy o wojence? O bohaterach? O polityce? 
Truje o czymś ważniejszym. O życiu. O tym co się dzieje niżej. O tym co nas czeka i gdzie jesteśmy.
Czy mi się podoba? Odwaga mi się podoba. Reszta po prostu daje do myślenia. Bo może właśnie to młodych trzeba posłuchać? Ba! Jestem przekonana, że bardzo trzeba! 
I tylko przerażające jest to, że coraz więcej ludzi czyta bez zrozumienia. Wtórny analfabetyzm boli mnie najbardziej. Ale szczerze przyznam, że nie spodziewałam się go w sferze literackiej, od gościa, który uzurpuje sobie prawo do publikacji gniota-felietonu w Tygodniku Powszechnym. 
I tenże rzeczony Tygodnik właśnie spadł z mojej listy tekstów czytanych.