środa, 13 stycznia 2021

[456]. Nagły zwrot akcji

Myślałam, że potrwa dłużej.
Ale nie. Zamiast siedzieć i się pogrążać w rozpaczy (tylko nie czarnej! Czarne to ja lubię!), to przyszedł jej brat.
Otóż przyszedł wkurw. Zastąpił biedaczkę i chuj.
Przymusowe wolne mam. Nie żebym narzekała, bo płatne, ale tak bezczelnie z grubej rury.
Nagle, o godzinie tużprzedpółnocą zadzwonił angielski numer i powiedział, że nie idziesz do pracy, bo ktoś ma wirusa i jutro przekażemy instrukcje.
[po tym telefonie otrzymałam w pakiecie ból brzucha, roztrzęsienie i ..sraczkę, nie bójmy się tego słowa. W nocy po przebudzeniu ściskało mnie w żołądku, bo uświadomiłam sobie, że może być gorąco. Chociaż ja noszę maseczkę w pracy i wszędzie, gdzie trzeba]
Instrukcje były spodziewane w dwóch opcjach:
1. test - i powrót do pracy, jeśli niezdany
2. kwarantanna.
Odwlekałam test, do którego wytypowało mnie nhs. No nie po drodze mi było, żeby wykorzystać otrzymany pakiet. Ale wczoraj zebrałam się w sobie i zamówiłam kuriera na jutro, rano pogrzebię patyczkami gdzie trzeba i już.
Telefon dzisiaj powiedział mi, że wracam do pracy 19.01, więc wybrano bramkę nr 2. 
Ale normalnie tej gadzinie, która chodziła i kaszlała od tygodnia, jak się nie powstrzymam to pizgnę w ryj. Bo wiem kto to.

niedziela, 10 stycznia 2021

niedziela, 3 stycznia 2021

[454]. To już było

Znaczy że Nowy Rok, nowa ja, czy tam jakieś inne postanowienia.
W tym roku nie ma. Żadnych. Nawet przez myśl mi nie przeszło, że teraz to będzie, bo wcześniej nie było. Zwyczajnie robię swoje.
I tak na przykład złożyłam dzisiaj stół do pracowni. 
I upiekłam pszenny chleb. No taki pyszny, że aż nie wiem czy go zaraz nie zjem całego.
Wczoraj za to oddałam do użytku tort. Pierwszy w życiu.
A ile z tym było zamieszania... Gotowi?
No to tak. Upiekłam biszkopty, bo miał być w kształcie książki. W końcu na komunię. 
Ok, biszkopty wyszły, krem wyszedł, ale jakiś taki mdły, bo bałam się przesłodzić, nic to, złożyłam, nacudowałam, namieszałam i...nie podobało mi się. Ale brnęłam dalej.
No to ganache z białej czekolady. I tu poległam. Wszystko super, ale wyszedł za rzadki. I mi spływał.
Była 21. 1.01, więc wszystko zamknięte. Dupa.
I tak sobie siedzę i myślę. I wymyśliłam, że robię drugi tort. Upiekłam biszkopty 2.0. I zrobiłam mus truskawkowy.
Ale żeby nie było za łatwo, to:
6:00 - Młody goni do sklepu po śmietankę
6:15 - robię masę truskawkową
6:45 - robię ganache z mlecznej czekolady
7:30 - jadę do sklepu po gotową masę cukrową
8:05 -  wracam taksówką
8:15 - tynkuję tort ganache'm
9:00 -  okładam masą cukrową
9:25 - żeluję wydrukowany opłatek i przyklejam
9:30 - odbierają tort
I....udało się!
Miałam stresa, bo nie było to arcydzieło. No stanowczo nie było. Masa cukrowa się rwała, musiałam sztukować i w ogóle.  Ze struchlałym sercem czekałam na recenzję. Bo że wygląd tak se, to już kij. Ważny był dla mnie smak. I dzisiaj rano dostałam smsa, że wszystkim bardzo smakował, że przepyszny. No to teraz bójta się wójta. Będę tortową księżniczką. Bo królowe wrócą lada moment i już skończy się kozaczenie. 
Zdobyte umiejętności - bezcenne. Dowiedziałam się wielu ciekawych rzeczy o tortowaniu. Stwierdzam, że podejmuję rękawicę. Teraz tylko trening czyni miszczynię. 
Ale i tak zostanę przy ciastach. One są mniej stresujące. 
Taki miałam początek roku z przytupem.

poniedziałek, 28 grudnia 2020

[453]. yyyy...

Tak wielce inteligentny i wiele mówiący tytuł powstał dlatego, że .. nie było świąt.
Z kilku powodów.
Pierwszy to taki, że nie obchodzimy. W sensie, nie wierzymy-nie obchodzimy. Świąt.
Ale jemy w tym czasie tradycyjnie barszcz z uszkami i jakieś tam pierogi z kapustą, rybę i makowiec. Ale nie z powodu wiary. Ktoś powie, że to hipokryzja. A ja powiem, że nie. Nie chce mi się o tym piać i dyskutować. Każdemu to, czego potrzebuje. A ja 24.12 potrzebuję barszczu i uszek, bo lubię. A one smakują mi tylko w ten wieczór.
No ale w tym roku barszcz i uszka były dzisiaj.
Tak jak już wspominałam, podjęłam się pieczenia hurtowo serników, makowców i szarlotek, ku uciesze rodaków i nie tylko, jak się okazało.
Zamówień miałam tyle, że musiałam w excelu zrobić tabelkę nie tylko zliczającą składniki, jak pisałam poprzednio, ale też z rozpiską czasową. Bo bez tego bym zwyczajnie nie dała rady. Tradycyjne kartki też miałam, ale jednak excel to excel. Dlatego też kupiłam sobie całego office'a, bo jak bez ręki, a nie lubię tych darmowych, okrojonych dziadostw, które nie robią tego, co ja chcę.
Nie będę rozpisywać się szczegółowo bardzo, ale pierwszego dnia padł mi mikser. Zamówiłam drugi, myślałam, że dobry, ale mogę se nim kogel mogel co najwyżej ukręcić. Dobrze, że koleżanka pożyczyła mi swój, bo bym się nie wyrobiła. Potem spędziłam w kuchni w sumie, nie wyłączając piekarnika! od 00:30 23.12 (po pracy) do 17:30 24.12. Tak, tyle czasu piekłam. A nie spałam od 06:00 23.12. Tak więc kiedy ostatnie ciasto wyszło z mojego domu, posiedziałam jeszcze 2 godziny i zasnęłam. Wstałam o 15:00 dnia następnego, czyli już po czasie barszczu i uszek, które zrobiłam dopiero 27.12, czyli formalnie wczoraj, a według mnie dzisiaj. 
Choinki też nie zdążyłam.
Ale kupiłam prezenty.
Obejrzałam za to całą Brzydulę, sezon 1 i 2 na bieżąco. Powzdychałam do mojego ulubionego aktora, w którym się podkochuję, bo kto mi zabroni i idę właśnie spać. 
To w ogóle skandal, że teraz to już muszę się podkochiwać w młodszych ode mnie aktorach. 
Co za czasy!


piątek, 18 grudnia 2020

[452]. W blokach startowych

 Wielgachnymi krokami zbliża się godzina P. P jak pieczenie. Piekarnik. Przepis. P.. nie wiem co jeszcze. A Proszek do pieczenia. Na przykład. I Poniedziałek.
Bo właśnie w poniedziałek jest start.
W sumie mam do upieczenia, niech policzę...a właściwie to odpalę tylko excela i Wam powiem. Bo zrobiłam sobie arkusz, żeby mi zliczył czego ile potrzebuję, żebym nie obudziła się z ręką wiadomo gdzie.
Więc makowców będzie 12, serników 16 i tylko 7 szarlotek. Mąki pójdzie 12 kg, kostek kasi 34, cukru pudru 7,7 kg, zwykłego 3, a jajek 223. Nie wspominam o proszku, bakaliach i innych drobiazgach.
Mąkę przytachał kurier ze młyna, sery z kasiami zajęły mi lodówkę, a dostawca prądu pewnie by się cieszył, gdyby wiedział, co mnie czeka. Chociaż koszt prądu to pikuś.
Do tego kupiłam pudełka, podkłady pod ciasto, dodatkowe blaszki, i milion innych popierdółek, bez których jak ja dotychczas żyłam? Na przykład bez miarek. Te wszystkie cup i tbs mnie wkurzały, bo musiałam sobie przeliczać. Teraz już nie muszę. 
No ale ok. To będzie wyzwanie. Chociaż powiem Wam, że zupełnie mnie to nie wzrusza.
Za to kupię sobie sofę. Taka jestem sprytna.
Poza tym wszystkim, żeby nie było tak różowo to pracuję. Na zmianie popołudniowo-nocnej. Pakuję telezakupową biżuterię, jak w zeszłym roku, i od zeszłego roku nie mogę się nadziwić, że ludzie potrafią kupić pierścionek, za 5500 pand (jak to mówią laski w pracy) widząc go w tv. No w życiu nie kupiłabym czegoś takiego. Ok, pierdółkę za jakieś grosze może bym się skusiła, ale wątpię w to bardzo, bo raczej kupuję to co widziałam na żywo, albo wiem jak wygląda. A biżuterię za taką cenę, w ogóle za każdą cenę! to raczej u jubilera. No ale ja to nie oni. Ja im to tylko spakuję i wyślę. 
Trzymajcie za mnie kciuki. Mocno.



czwartek, 3 grudnia 2020

[451]. Panel rozrywkowy

Tytuł został po panelowym zawrocie wszystkiego. Mnie się podoba. Tytuł znaczy.
A teraz wieści z frontu. To w sumie też rozrywka.
Na razie to ja kocham serdecznie wszystkie urzędy tutejsze. Oprócz ambasady, ale te tutejsze są boskie.
No bo wyobraźcie sobie, zapierdzielili mi kosz na śmieci. No żem się zeźliła fest. Napisałam więc do urzędu miasta. Pierwszy lepszy email, który miałam. Opisałam problem. Dostałam maila zwrotnego, że my się tym nie zajmujemy, ale PRZESŁALIŚMY twojego maila dalej i oni odpowiedzą. I owszem, na drugi dzień odpowiedź, na trzeci nowy kosz. Wysprajowałam go w numer mojego mieszkania tak, że ślepy by przeczytał. Na razie stoi.
No i żeby nie było, że tylko śmieciarze są cool. 
Wyszło tak, że należał mi się zwrot podatku. Tak se wyliczyłam, na stronie widziałam ciągle, że nieskalkulowane, ale nie ma potrzeby się martwić, oni to zrobią. Minął jednak okres zaznaczony w informacji, więc zebrałam się w sobie i zadzwoniłam do skarbówki. Najpierw automat zweryfikował mnie pod kątem adresu, numeru ubezpieczenia i jakichś pytań na które odpowiedziałam: nie wiem. Potem zgłosił się po pół godzinie konsultant, który w 3 MINUTY wyliczył mi ile zwrotu mam dostać, poinformował, że w aplikacji, bądź na stronie mam podać konto i już. I JUŻ. 3 minuty. Po 4 dniach pieniądze znalazły się na moim koncie. Już ich nie mam, ale ciągle jestem pod wrażeniem, że można. 
Tak samo szybko dostałam odpowiedź na wywóz dużych śmieci. A teraz czekam na odpowiedź na mój donos.
Tak. Mamy tu cztery mieszkania. Każde powinno mieć swój kosz, a właściwie dwa kosze. a są tylko dwa szare i dwa zielone. I sąsiedzi wrzucają śmieci do mojego. Miałabym to w nosie, gdyby nie to, że czasem nie mam miejsca na swoje śmieci i w razie czego, jeśli wrzucą coś nie tak to ja będę mieć problem. Także ten. No zobaczymy jak sobie poradzi z tym system.
No. I jeszcze powiem Wam, że rozwijam biznes piekarniczy. oprócz chlebów są ciasta. Już mam zamówienia na święta, a dobrze się nie rozpędziłam. Obkupiłam się w foremki, pudełka i podkładki. Brakuje mi na razie porządnego miksera - robota, ale niedługo kupię. Trzymajcie kciuki. Szczególnie, że na 2.01 mam do zrobienia tort na komunię...
Także ten, idę do pracy.

poniedziałek, 9 listopada 2020

[450]. ***** ***!

A co u mnie?
Że macie nadzieję, że normalnie i nudno?
No to muszę, niestety, rozczarować szanowne państwo, bo otóż nie.

Nie wiem od czego zacząć. 
Fachowców wszyscy znamy. I szanujemy. O ile są fachowcami, a nie "fachowcami".
A że ja mam szczęście, no to proszzzz..
1. Pralka.
Mówiłam, że zamówiłam z podłączeniem? Czyli jak to rozumiem ja:
- przyjeżdża fachowiec, podłącza pralkę JAK NALEŻY zgodnie z instrukcją, POZIOMUJE, sprawdza.
Jak to rozumie angielski "fachman team":
- przyjeżdża, podłącza, wstawia pralkę pod blat, sprawdza czy działa i wyjeżdża.
Tydzień później odkrywam co następuje:
- pralka, owszem, podłączona, ale waż spustowy jakby podłączony nieprawidłowo, bo woda z mycia garów cofa mi się do pralki. Odkryłam przypadkiem, bo składowałam w pralce rzeczy do prania. I przed praniem chciałam je posegregować. Te z dołu były mokre. Postanowiłam sprawdzić po praniu. Pralka była sucha. I przez następne kilka dni też. Ale w czwartek (pranie robię zwykle w piątki - soboty) pralka wypełniła się mętną wodą z mycia naczyń. O jakżesz mnie to wkurzyło! Najpierw obejrzałam podłączenie odpływu i mnie tak zdziwiło, że wąż leży na płasko za pralką. Zawsze widziałam węże z tym takim łukiem plastikowym. Dawaj szukać. No i jest, of course! w instrukcji, że należy to mieć, ale TRZEBA DOKUPIĆ OSOBNO! Tylko do cholery jasnej, to za co zapłaciłam jak nie za PRAWIDŁOWE podłączenie?
Amazon dupkę uratował, chociaż powinnam bardziej zacząć szarpać się z dostawcą i "fachowcami", ale mi się nie chciało, bo to nie wszystko.
2. Panele.
Mówiłam, że wymieniam? Stare wykładziny na panele? Za zgodą i za kasę właściciela? No to tak.
Koleżanka, jeszcze zanim w ogóle znalazłam to mieszkanie, powiedziała mi o swoim chłopaku, który jest budowlańcem, chciałby założyć działalność, ale na razie jeszcze sobie dorabia sam. I jakbym kogoś miała kto by chciał, remoncik, panele, coś, to ona może dać namiary. Po jakimś czasie wyszło mieszkanie, panele, no to pogadałam z kumpelą i przyszli zrobić wycenę. 
Pierwszy rzut oka na zastane panele, położone przez "fachowca" i reakcja chłopaka podpowiedziała mi, że no spoko, chyba się zna i umie. Wycena - pyk, zrobiona, pomierzone, czeka na znak sygnał.
Dostałam zielone światło od właściciela i do roboty. Dwa dni i będzie załatwione.
Yhy... No jakby nie bardzo. Podłogi nie są równe, więc nie ma lekko łatwo i przyjemnie. Całość trwała..4 tygodnie. Z awanturą pomiędzy. Bo domagałam się informacji kiedy przyjdzie dokończyć, ponieważ pierwszego dnia spóźnił się cztery godziny, następnego również coś koło tego. "Fachura" myślał także, że jak założy panele, to ja nie sprawdzę i te kilka rozwalonych i sklejonych to nie zauważę. Kazałam wymienić. A że było po awanturze, a mi to kozaczenie się nie podobało, to grzecznie wymienił. Wczoraj ostatecznie zakończył moją męczarnię. W końcu mogę mieszkać. Szczerze? Żałuję, że jednak nie zrobiłam tego sama. Serio. Ale to nie wszystko.
3. Paczka z Polski.
Sytuacja jaka jest, każdy widzi. Mój stały ulubiony kurier nie jechał, a mus już było odebrać zebrane dobra, więc ogłosiłam się na grupie, zgłosiło się kilka osób, no i jeden pan. Pasował termin odbioru, dostawy, wszystko pasowało. I zaczęła się polka. Odbiór się opóźnił. Jeden dzień, ale już komfort mi się zepsuł, bo angażowałam ludzi po drugiej stronie, żeby siedzieli i pilnowali kuriera. To już mnie zdenerwowało. 
Paczka miała być w weekend. Nie dotarła. Żadnej informacji, sama dopytywałam co się dzieje. Poślizg, bo tunel, bo coś, ok, nie ma problemu, poniedziałek będzie. Mój warunek - po 14, bo jestem w pracy. Ok. O 17 pytam znów. Dostałam telefon do kierowcy. Umawiamy się na wtorek, znów zaznaczam, że po 14, bo jestem w pracy. Ok. We wtorek dostaję wiadomość, że kierowca będzie o 12.40. Mówię, że się umawialiśmy inaczej, że po 14. Cisza. Wracam do domu, ani paczek, ani nic. Dzwonię, kierowca mnie informuje, że on musiał jechać dalej, bo klienci czekają. No kurna, nie z mojej winy nie dostarczyli w weekend, też jestem klientką. Wkurzyłam się tak, że masakra. Kierowca zebrał bęcki za swojego szefa, bo szef profilaktycznie nie odbierał. Paczki dojechały dzisiaj. Całe szczęście całe i wszystko w porządku, ale tak tego nie zostawię. Także kolejni "fachowcy".
Jeszcze by się uzbierało trochę po drodze, chociażby to, że podrapał mnie królik, ale tak naprawdę to pikuś.
Może później będzie coś ciekawszego do opowiedzenia.

PS: Tytuł adekwatny do sytuacji w kraju. Może doczeka się mojego skromnego komentarza, ale nie wiem czy jestem w stanie napisać post z samymi gwiazdkami.

czwartek, 8 października 2020

[449]. Tak się zastanawiam...

 ... czy to trzęsienie ziemi już teraz, czy może poczekać.
Bo że normalnie, czytaj spokojnie, bez problemów, nie będzie, to już chyba każdy wie. Niestety, ze mną na czele. 
Tak, naprawdę chciałam napisać post o muzyce, książkach, czymś, co raduje me serce, przemyśleniach i wogle. Ale nie nie, nic z tego.
No to tak. Kartę dostałam szybciorem. Ale i tak za późno, wobec tego zrobiłam myk i AGD zamówił Zięciunio. 
Wyboru dokonałam, przekazałam dane i...doopa. Niedostępne.
Kilka dni polowania, przeglądania, szukania i znalazłam coś w zamian, za to miało być szybko.
Miało.
Słowo klucz. 
Nie moja wina, że przyzwyczajona do punktualności kurierów i innych dostaw pomyślałam, że 13-17 to przecież na bank będą po 17, a przynajmniej ciut przed, więc nie ma problemu, z pracy wracam o 14, to przecież będzie spoko.
Taaaaaaa.
Byli przed 12. Nie zostawili, bo Młody za młody. Prawie się popłakałam do telefonu w poniedziałek. Ale oni niewzruszeni przenieśli dostawę na sobotę. Także ten, w dalszym ciągu królują zupki chińskie, purre ziemniaczane błyskawiczne i mój chlebek.
Dzisiaj za to dostarczyli i podłączyli mi pralko-suszarkę, ale nie mam serca jej włączać. Poczekam do jutra. A tu już z dostawą pokombinowałam i od 7 rano siedział u mnie pełnoletni znajomy znajomej. I Młody, który musiał gadać, bo on z angielskim to jakby się urodził. 
A serca nie mam, bo odnośnie chleba to mi się właśnie skończyła mąka. I zamówiłam sobie z wyprzedzeniem. Dzisiaj była dostawa. Ale...zginęła paczka z tą najważniejszą mąką, za to dostarczyli mąkę na pizzę. Więc będę musiała jutro po pracy drałować do sklepu.
A jeszcze o chlebie słówko. Nie rósł mi. Bo tu dość chłodno było, zanim włączyłam ogrzewanie. No i po porażkowych dwóch zakalcach, zadałam pytanie, co zrobić.
Dostałam odpowiedź, że kupić...matę grzewczą do terrarium. Kupiłam. To był zakup roku! Chleb jest zadowolony, ja też. 
No i jeszcze powiem Wam, że śmiesznie jest jak po odbiór przychodzą koledzy z pracy, bo obie strony są zawsze mega zaskoczone.



środa, 30 września 2020

[448]. Kartonada

No to już po przeprowadzce.
Żyję na kartonach. 
Pewnie jeszcze chwilę to potrwa, bo oczywiście musiało się coś namotać.
Namotało się to, że zablokowała mi się w ostateczności karta bankomatowa, a bez tego, jak bez ręki.
A zablokowała się, z moją i bankową pomocą, bo stałam się obiektem, a raczej moje konto, ataku złodziei. I znalazłam płatność w nadchodzących na jednego pensa.
Ale najpierw był telefon z banku, którego nie odebrałam, gdyż byłam w pracy. 
Zdziwiło mnie ta płatność, zaczęłam najpierw grzebać w głowie, czy aby ja nie mam jednak tego samochodu, co nim nie parkuję pod oknem, albo może czy jednak nie byłam w Lądku, żeby tam zaparkować, ale nie. Wyszło mi, że nie mam aż takiej sklerozy, i do tygodnia wstecz pamiętam.
No to co, Natt robi zamieszanie!
Napisałam, bo ciągle łatwiej mi pisać, do supportu banku. Że to nie moje, nie ja, nie wiem, nie znam się. I nie zapłacę! Na co support mi odpisał, że nie może zablokować, ale jak coś, to oni mi oddadzą.
Wiedziona instynktem, przerzuciłam całą moją kasę na konto oszczędnościowe, bo stamtąd nie ma bata, żeby mi ktoś coś.
Ale na supporcie banku się nie skończyło. Napisałam do tej firmy z Lądka.
Okazało się, że oni nie mają na mnie żadnej płatności, a miły pan, tak mniemam z imienia, napisał mi, że taka płatność to płatność kontrolna, jak się zakłada konto, potem zwracana. No ale nie ma, więc mam zablokować kartę, bo to może być kradzież, No to zablokowałam.
W międzyczasie telefon z banku i sms tym razem, że pilne i że mam się odezwać, to zadzwoniłam. I podałam numer karty ze zdenerwowania. Po czym połączenie przerwane zostało. Ale od razu zablokowałam kartę z aplikacji. Potem się okazało, że dział defraudacji jak najbardziej może prosić o numer karty, więc mi ulżyło. Ale kartę zablokowali już oni i gdyby nie kumpela, zostałabym z koszem zakupów przy kasie, z głupią miną. 
Okazało się, po rozmowie z bankiem, że mam tam próby płacenia kartą za rzeczy, o których nie mam pojęcia.
No akurat mnie musiało trafić, kiedy wybierałam pralko-suszarkę i lodówkę!
A inaczej jak kartą za nie nie zapłacę...
I tak jedziemy na chlebku, z masełkiem, sałacie, pomidorach i serku..
A nie, dzisiaj już został serek i masełko.
Dobrze, że zaczęłam znów piec, to przynajmniej pożywny chleb jest.
A o całej reszcie napiszę później.

sobota, 5 września 2020

[447]. Krzaki

Pamiętacie jak pisałam, że ludzie wyłażą z krzaków. 
No to ten.
Ja też będę. Z i w.
Bo właśnie się stało i się przeprowadzamy.
A to było tak.
Ponieważ tutaj to z dziećmi nie można, a ja nie lubię robić, że można, kiedy nie można, to postanowiłam, że się wyniesiemy. Żeby na legalu, bez stresu, ze spokojną głową.
I tak se oglądałam ogłoszenia, szukałam. Nawet znalazłam coś fajnego, ale zniknęło wzięło. 
I tak sobie siedzę w środę na przerwie i cyk. Ogłoszenie. Szybkie rzuceniem okiem w telefon, nawet spoko. Napisałam słów parę i umówiliśmy się na telefon rano.
Rano, po słabo przespanej nocy, bo Kudłata wzięła i przyjechała i mnie wkurzyła, bo ledwie usnęłam to się wtarabanili do chaty, jak do siebie i gotuj pierogi, to jeszcze rano telefon od młodego taty, co mu się córka urodziła wieczorem (ta, dla której do IKEA była wyprawa) i opowiadał. No więc na to wszystko przypomniało mi się, że miałam rano dzwonić. 
Zadzwoniłam.
Była 9.23. Wiem, bo sprawdziłam.
Usłyszałam, że ok, ale na 10 ma kogoś. Do oglądania.
To ja, że będę za 15 minut.
Rekordu w ubieraniu, myciu i dobiegnięciu nie było, bo ten ustanowiłam kiedyś w drodze do pracy, kiedy to zaspałam i obudziłam się 5 minut przed autobusem i zdążyłam. Ale i tak poszło mi szybko.
Poleciałam, bo to gdzieś tu blisko, więc nogami.
Znalazłam w gąszczu uliczek (to osobny temat zupełnie) numer pożądany i patrzę, parkuje gościu. Pomyślałam, że to pewnie ten z 10-tej, więc biegiem do bloku, wpadłam na schody, w drzwiach właściciel i mówi: -a, to pani. To oni poczekają. 
I tak stałam się posiadaczką mieszkania, bo obejrzałam i powiedziałam: biorę!
Co prawda czeka mnie malowanie, wymiana wykładzin na panele i ogólnie czyszczenie całości, ale mogę za to ściągnąć koty do siebie i mam trzy pokoje na polskie standardy, a na tutejsze two bedroom. I to praktycznie w cenie tego, co mam teraz.
I potwierdza się w moim przypadku, że zwykle to impuls i jest.
Dzięki temu będę mieć do pracy 3 minuty. 2 minuty do przystanku. Za oknem stawik, który jest pozostałością starożytnej, rzymiańskiej fosy, z ptaszyskami i zielenią. I mimo tego, że klatka schodowa jest okropna, to powiem Wam, już się nie mogę doczekać, a to jeszcze 2 tygodnie.

In touch.


niedziela, 30 sierpnia 2020

[446]. Wporzo

 Ręka zrośnięta, gotowa do użycia, eksploatowana w trybie normalnym. To tak jakby ktoś pytał.

Żyjemy sobie, czekamy na decyzję tutejszego czegoś na wzór wydziału oświaty, w sprawie wybranej przez nas szkoły. W razie czego wiemy już gdzie mundur, za ile i jaki on. Krawat, koszula, marynara. I inne. Na przykład na wf takie same wszyscy mają. Obuw tylko można indywidualnie, ale też bez szaleństwa. No zobaczymy. Na razie czekamy.
Czekamy też na inne rzeczy. Cierpliwi jesteśmy, to się doczekamy. 
W pracy leci, był mały straszek i stresik, bo zwolnienia, ale okazało się, że polecieli kosztowo, nie po zarabiających na ten biznes. Wobec czego po stresującym początku tygodnia przyszedł czas na długi weekend. 
Ogólnie biznes piekarniczy w offensywie, zaraz skończy mi się wór mąki, czas zamówić następną. Takie bagatela 25 kg. A że przeszłam już zupełnie na tutejszą to już nie ma stresu. Młyn niedaleko. Tylko biedny kurier się nanosi..
Oprócz piekarnictwa właśnie się wkopałam i jutro zaczynam przygodę pierogarską. Ruskie i mięsne. Zobaczymy jak to wyjdzie. Na razie jedna papla w firmie rozchlapała, że będę robić i już prawie mam zamówienia. A pierwotnie postanowiłam, że nie, bo mi się nie chce...
Zresztą zaczynam być rozpoznawalna. Pogaduszki przy automacie: a to ty pieczesz te chleby? No ja. No tak myślałam, że znam cię. Miłe, hłe hłe.
Ale lepsze było pójście do toalety. Łapie mnie gościu jak już wracałam i pyta: to pani piecze te chleby? No ja. To ja chcę dwa na sobotę, jeśli można. 
Podoba mi się to. 
Poza tym wszystko wporzo.

niedziela, 2 sierpnia 2020

[445]. Taki gips

Zdjęty.
Śruby, a raczej gwoździowate wykałaczki o kształcie imbusów też wyjęte. Na żywca.
Ręka się zrosła, ale teraz trzeba to ruszać i używać. W zestawie orteza, którą zakładamy tylko na noc.
Za trzy tygodnie kontrola.
Teraz przede mną tydzień urlopu, bo tak zwany shutdown. 
Dzisiaj za to wykonałam misję IKEA. Pojechałam znaczy po wyprawkę dla dzidziusia.
Nie nie, babcią nie będę, to dla koleżanki. 
Przy okazji...popłynęłam. Jak to w niebieskim. Znaczy a to dywanik do łazienki, a to słoiczki, a to słoiczki nr dwa, a to lampki do biurka, a to prześcieradła, szczotka do mycia słoików, a to dzbanek do herbaty.
I tak się powstrzymałam.
Ale wiem, że to nie ostatni raz. 
Poza tym co, piekę mój żytni chleb na potęgę. Wypróbowałam już tutejszą mąkę i jestem zadowolona. Mam już swój młyn, zakwas, który dobrze żre i rośnie. Ludziska lubią mój chleb.
I tak o.
Żyjemy, leniuchujemy, zdrowiejemy i za chwilę będziemy szukać szkoły.

wtorek, 14 lipca 2020

[444]. Aż słów brak

Tak, wiem. Miałam już milczeć o polityce.
Tak, wiem.
I wiem też, że skoro nie wybierałam, to nie mam prawa marudzić.
Ale ja nie chcę marudzić. Chociaż czuję się dziwnie z tym co się odjebało.
Nie głosowałam świadomie. Od zawsze uważałam, że ktoś, kto mieszka za granicą, nie ma zamiaru wracać, nie powinien brać udziału w meblowaniu cudzego domu. Nie, bo nie.
I tak też postąpiłam w tych wyborach. Ponieważ nie zamierzam wracać do kraju. Jeśli wrócę, będę głosować. Koniec, kropka.
Dlaczego czuję się dziwnie? Bo jakoś nie mogę ciągle ogarnąć, jak można być ślepym i głuchym, jak można patrzeć na to, co się dzieje między ludźmi, jak można mijać się na ulicy i ziać nienawiścią przy rodzinnym stole. Bo to się dzieje. Ludzie przestają ze sobą rozmawiać, obrażeni o chujwieco.
Polska jest strasznym krajem. Pięknym, bez wątpienia. Mam całą listę miejsc, w które chcę pojechać i je zobaczyć. Ale naród jest okrutny, sam dla siebie. Potopilibyśmy się w łyżce, ba! w kropli wody, bo oponent ma inne zdanie. Moja prawda jest bardziej prawdziwa, niż twoja!
A najgorsze jest to, że władza, jaka by ona nie była, z której strony i z jakim zapleczem, gardzi społeczeństwem. W mniejszym, lub większym stopniu.
I wystarczy wyjść do ludzi, po jeszcze niepewnej wygranej, ale już wiadomej - ciekawe skąd?- i powiedzieć przepraszam jeśli uraziłem kogoś w kampanii.
Wystarczy?
Serio?
Wystarczy puścić córkę, która klepnie kilka zdań u boku ojca homofoba?
Serio?
A wpisy typu: "(...) nie dla UE, Niemców, Green Deal, repolonizacji mediów (...) reforma wymiaru sprawiedliwości i samorządów terytorialnych (...)".
Naprawdę ktoś się jeszcze łudzi, że oni się będą teraz bali, bo mała przewaga głosów?
Serio?
Teraz dopiero się zacznie. Wybory za trzy lat, parlamentarne, mają w kieszeni. Mogę się założyć. Ktoś chętny?
Znajdą kolejny długopis, ten się wypisze.
Chyba, że najpierw przyjdzie kryska na Matyska, jeśli wiesz co chcę powiedzieć. Wtedy zacznie się paniczna walka o schedę.
Chyba że karty są już rozdane, ale nie można jeszcze powiedzieć: sprawdzam.
Ale to niedługo.






piątek, 10 lipca 2020

[443]. Poskładane

Właściwie nic się nie dzieje.
Poskładany. W środę była kontrola. Dostał "gips" w kolorze fioletu. A odgrażał się, że weźmie róż. Ale nie było. Pan od gipsowania zapytał, czy siedzi i gra na komputerze. Odpowiedź tak i siup gips taki, żeby nie zawadzało w palce. Wystające z ręki śrubki też były ciekawe. Ale że się ładnie goi, to następna wizyta za dwa tygodnie.
Nikt nie sprawdza naszej kwarantanny. Siedzimy więc. I z tego co napisali, to do jutra. Jutro nam znoszą chyba. Więc chyba od poniedziałku do pracy.
Luz, blues i nuda.
Ogarniamy się.
Siedzimy.
Pada. W końcu. I dobrze, bo przynajmniej chłodno jest. A jak chłodno, to pod pancerzem się nie poci. 
Inna sprawa, że starego konia trzeba myć. Włosy ma dłuższe niż ja i gęstsze, więc suszenie to jakaś mordęga. 
Chlebuję sobie. Piekę coraz więcej. Raz, że pyszne i szybko schodzi, dwa, że się spodobało ludziom. A trzy: zapomniałam, żem nie sama. Ja to jadłam bochenek kilka dni. A tu mi odkurzacz wjechał i dwa posiedzenia i nie ma.
Mam jeden przepis, który idealnie mi pasuje. Jeszcze powalczę z pszennym, ale to musi nadejść odpowiedni moment. Tak jak na zakwas, jak na żytni chleb, tak i na pszenicę przyjdzie.
A jeszcze w kwestii urzędowej.
Przylecieliśmy, a na drugi dzień dostaję maila, że mam zajrzeć na moje konto na stronie gov. Ja zaglądam, a tam: wiemy, że Twój syn przyleciał do UK. Napisz nam czy na stałe, czy mieszka z Tobą, i jaka jest sytuacja.
Przeżyłam szok. Ale zaraz przypomniałam sobie, że wypełniając druczek do kwarantanny podałam te informacje. I pięknie wszystko połączone ze sobą jest. Lubię to!


czwartek, 2 lipca 2020

[442]. Koniec? Jaki koniec?

No i nie poskładali.
Znaczy założyli ładny gips, a raczej kijwieco, kompozytowe jakieś. Było tak:
- skarpetka
- skarpetka
- rolka czegoś co się namacza, zawija, ale w wyglądzie po zaschnięciu ekspresowym wygląda jak.. żywica epoksydowa - kolor do wyboru! Żółty, niebieski, czerwony, różowy, biały. Nie wiem co zrobili memu dziecku, ale wybrał biały.
- plaster
Czas: 5 minut. łącznie z pogawędką z panią zakładającą.
Potem ponowne zdjęcie, trzecie już w trzy dni. Sprawdzę dzisiaj w nocy, czy świeci.
Na zdjęciu wyszło, że owszem, kość się zeszła w jednej osi, ale w drugiej niestety nie.
Doktor zaznaczył rękę markerem, żeby było wiadomo która to chora. Mimo, że w gipsie...
Jutro więc zdejmą ten piękny "gips". Żeby dodać uroku całości: w naszym szpitalu nie ma miejsc na dziecięcym, więc jutro z rana jadę z młodym połamanym do innego miasta, zaanonsowani, zaopatrzeni w kopertę z kartami i badaniami, po teście na covid - młody.
Dwa pręty jednak. Nie wiem czy go zostawią tam i na ile, nikt mi nic nie powiedział. Ale już ustalone, że młody zostaje sam jak coś.
Tak, jestem wyrodna, ale tak naprawdę ze względu na wirusa i tak nie mogę tam zostać.
Zobaczymy więc co nas jutro czeka.
Na domiar złego potrzebowałam wydrukować papier do ubezpieczalni, żeby mi wypisali w szpitalu i dupa blada, drukarka, jedyna jaką znam w tym mieście, wzięła i padła. No to się nazywa złośliwość. Ale to pewnie dlatego, że w dzień wylotu dostałam rozpaczliwego maila od ryana, że muszę, MUSZĘ mieć druczek o lokalizacji po wylądowaniu w Berlinie, przez co pół soboty spędziłam na szukaniu urządzenia od Guttenberga, zarzucając robienie zakupów w tym czasie. Po czym okazało się, że rozdawali te cholerne druczki przed wejściem na pokład. To dlatego drukarka się zbuntowała.
No to idę spać, bo rano pobudka. O 7 stawiamy się w szpitalu..


[441]. Z przytupem.

No bo jak inaczej?
Przecież zwyczajnie to nudno jest i na co to komu.
Zacznę jednak od środka.
Mamy to! Już jesteśmy razem. W końcu. Po 1,5 roku od złożenia wniosku do sądu.
A teraz obiecana opowieść.
Zaznaczam, że nie spodziewałam się tego, co nastąpiło już po moich postach.

W maju nagle wybuchła wiadomość, że loty wznawia wizz. Zakupiłam więc bilety, szczęśliwa, trochę niepewna, bo oficjalnie nic nie latało, ale że na koniec czerwca, to stwierdziłam, że przecież do tego czasu to wszystko się ładnie ułoży. Koniec czerwca, bo koniec szkoły, a także naglący, zbliżający się koniec ważności paszportu. Idealny czas, wszystko pasowało.
W międzyczasie przeniesiono mi z maja rozprawę, akurat na mój czas pobytu w kraju, więc pomyślałam: idealnie!
I wszystko szło pięknie, żarło, żarło i zdechło. Zdechło na ament.
Spędziłam dzień na kurwowaniu, tak, nie bójmy się użyć tego słowa, klęłam na czym świat stoi, najczęściej w myślach, ale często też nie tylko. W pracy zaczęłam wymyślać co można zrobić.
Plany wyszły takie:
- jadę busem. Ale przewoźnicy dali ceny zaporowe, no bo nic nie lata, to ludzie jak muszą to skorzystają. No chyba nie.
- kupię samochód. Wyszłoby taniej niż z przewoźnikiem w dwie strony.
- Kudłata mnie zawiezie. To była już jej propozycja, ale, niestety, kwarantanna po powrocie absolutnie wykluczona w jej przypadku.
W końcu wymyśliłam, że przecież samoloty nie latają tylko do Polski. Ale już do takiego Berlina a i owszem. A była też opcja do Pragi, Bratysławy, bądź gdziekolwiek, byle na kontynent i najbliżej jak się da.
No to cyk, tu rezygnacja, tu bilety. Ale jak z Berlinowa dostać się do kraju? Z pomocą przyszła mi kumpela, która...przysłała mi mema. Od słowa do słowa: przecież stamtąd jeżdżą flixbusy do Poznania. No to bosko! Obiletowałam sobie cały trip, od Londynu, do Londynu. Wszystkie w te i wewte. Szczęście na mnie spłynęło.
No i tak już sobie siedzę na Schonefeldzie, czekam na fliksa, przeglądam bilety i...o kurna. W jednym bilecie pomyliłam datę. Więc anulacja, wniosek o zwrot, kupno nowego. Jest.
Dojechałam, załatwiłam, odbyłam sesję w sądzie, z przefajną panią sędzią, no i powrót.
W Poznaniu spotkałam się z kilkoma osobami no i idę z kumpelą już na autobus do Berlina. Jeszcze kawiarenka, młody szaleje na elektrycznej hulajnodze, o którą wiercił mi dziurę w brzuchu od rana.
Siedzimy, pijemy napoje i wtem jedzie karetka. Podniosłam się, patrzę gdzie młody. Kumpela na to: daj spokój, to nie po niego, nie przyjechaliby tak szybko.
No i minutę później przychodzi młody, blady jak ściana, prawie mdlejący. Wystarczyło spojrzenie na rękę i już wiedziałam. Życie mi przeleciało przed oczami, cała wyprawa, męczarnia z nią związana, wszystko to miało zakończyć się na SORze. Przecież to zawsze jakieś pięć godzin, a ja mam autobus za dwie. Poszliśmy do szpitala dziecięcego, bo blisko było. Przyjęli nas od razu. Złamanie obu kości, jednej z przemieszczeniem. Nie ma mowy, żebyśmy zostali na noc, no nie, nie, nie. Pan doktor, pełen zrozumienia zaordynował zaopatrzenie bez nastawiania, dostaliśmy przeciwbólowe, dodatkowe bandaże, w razie gdyby nas nie chcieli przepuścić przez kontrolę, bo oni słyszeli, że często nie chcą. Ale kontrola niemiecka była spoko, zapytali mnie nawet co on sobie zrobił. Pan gwizdnął z wrażenia usłyszawszy, że dwie godziny przed wyjazdem to się stało.
Przylecieliśmy. Prosto do szpitala. Zdjęcia z Polski odczytać nie można, więc podjęto decyzję o zdjęciu ponownym. Ponieważ byłam obecna na RTG widziałam jak teraz wygląda wszystko. Kość się nastawiła. Ale jutro będą mi go składać i decydować co dalej. Bo jest młody i się zrośnie. W Polsce miałby wstawione dwa druty.
Także ten. Jak chce ktoś wycieczkę ekstremalną, to zapraszam. Zorganizuję za free.
Nie polecam jednak osobom o słabych nerwach.
Idę spać.

czwartek, 18 czerwca 2020

[440]. CDN - przypisy

To pędzę z wyjaśnieniem, cobyście się nie denerwowali.
Wszyscy żyją, zdrowi, po egzaminach, luz.
Ale rypło się najważniejsze. Miałam zjawić się w kraju, zabrać co moje i wracać. Loty zapłacone, samochód wynajęty, termin nadciąga... i jeeeeeeeeb z samego rana, że takiego wała, lotu nie będzie. Żadnego lotu.
A ja muszę. MUSZĘ. Bardzo MUSZĘ.
No to domyślić się można, że kto jak kto, ale plan awaryjny to ja już mam. No nie?
Trochę tylko mnie przeraża. Tak ciut. Ociupinkę. I oby teraz nic na mej drodze nie stanęło, bo jak się zeźlę, to ...
No ale tak jak napisałam - CDN...

środa, 17 czerwca 2020

[439]. CDN

Wiecie co.
Ja nie mogę normalnie.
To znaczy ja mogę, ale życie swoje, bez ostrzeżenia i czymanki.
Tak, dokładnie to chciałam napisać.
Nie ma to jak przy śniadaniu, udławić się wiadomością z kraju oraz patrzeć jak misternie zbudowany ciąg przyczynowo-skutkowy rozsypuje się niczym szkło z bocznej szyby samochodu w trakcie wypadku (wiem co mówię). Niby nic ci się nie stanie, ale za cholerę nie złożysz już z tego okna.
I tak właśnie..




No to, że tak powiem, ciąg dalszy nastąpi...

poniedziałek, 15 czerwca 2020

[438]. Domyśl się

Z natury lubię wiedzieć lepiej. 
Jak czegoś nie wiem, to muszę sobie doszukać, doczytać, albo nie zajmuję się tematem.
I tak na przykład moja, nierówna jak na razie, walka z angielskim to takie pasemko zwycięstw i porażek. Nie w sensie, że palnęłam coś głupiego, chociaż to też, ale tego nie kontroluję, znaczy nie zwracam uwagi. Znaczy jak palnę, to wiem, że palnęłam i zaraz się tłumaczę. Znaczy dookreślam o co mi chodzi.
Ale najgorsze jest wtedy, kiedy w krótkim czasie mam nagromadzenie akcentów, wymowy, cierpliwości i niecierpliwości rozmówców. 
No to opowieść!
Zmierzały do końca moje tabletki na tarczycę. Zostało mi kilka, więc zadzwoniłam do przychodni, gdyż zamknięte i nie wpuszczają. Pani nr 1 kazała wysłać maila z zapotrzebowaniem.
Co też uczyniłam skwapliwie. To był poniedziałek.
Ale jakieś 3 dni później, a raczej noce, kiedy się nagle przebudziłam, doznałam olśnienia, że na końcu przed małpą ma być s!
Wstałam rano i wysłałam ponownie maila z s na końcu. To był czwartek. 4.
W poniedziałek zadzwoniłam do przychodni, gdyż ani be ani me, ani nic. 
Pani nr 2 kazała mi sprawdzać skrzynkę pocztową. Znaczy tak ją zrozumiałam, bo była niemiła i zirytowana. 
Dzisiaj. 15. Dzwonię. Że nie dostałam, wysłałam, od 6 dni nie mam tabsów, martwię się, ratunku.
A tam moja ulubiona Pani nr 3, która już na moje nazwisko reaguje tak: AaaaaLllllEeeeee. WwwwYyyyySsssŁłłłłłAaaaaLllllIiiiiiiŚśśśśMmmmmYyyyyyy. 
To wiedziałam przecież!
Dooooooooo AaaaaPpppppTtttttEeeeeeKkkkkkkIiiiiiii.
Parsknęłam śmiechem. 
Czyli spełnił się scenariusz, który sobie wydumałam stojąc dzisiaj na linii, że może oni do tej apteki wysłali, ale jak oni mnie tam rozpoznają, co muszę mieć, żeby potwierdzić, że to ja, a w ogóle to czemu ja o tym nie wiem?
Leki leżały tam od piątku, 5.
Niestety, nigdzie ta procedura nie była opisana, a stronę przychodni obejrzałam i przeczytałam wzdłuż i wszerz. 
Teraz wiem.
Szkoda, że nie powiedziano mi tego jak pytałam o receptę. Ale to nie była moja Pani nr 3.
A za leki zapłaciłam równe zero.

PS: musiałam włączyć moderowanie komentarzy, bo spamu mam tyle, że bania mała. A nie chce mi się siedzieć i kasować. :)

czwartek, 4 czerwca 2020

[437]. Światełko w tunelu.

I to nie jest lokomotywa drodzy Państwo!
To jest najjaśniejsze światełko od półtora roku. Szansa, że to już, za chwilę! W końcu!
Ale o tym później. Tak bliżej terminu. Czyli zaniedługo.

A u mnie co.
No to, że wróciłam do pracy, i był to powrót z tych bolesnych. Fizycznie bolesnych.
Dziękuję też sobie codziennie w lustrze, że jednak ruszyłam tyłek z krzesła i ćwiczyłam, bo bez tego zapewne wracałabym do domu czołgając się, albo pełzając. A tak droga, która normalnie zajmowała mi 10-12 minut, zajmuje mi obecnie TYLKO pół godziny!
Okazuje się bowiem, że ćwiczyłam, owszem, ale nie te mięśnie co trzeba! Znaczy tamte też trzeba, tylko nie przewidziałam, że jednak pozycja stojąca wymaga wzmocnienia zupełnie innych, niż te do  wyrabiania kształtnych pośladków, wykroków i deski. Chociaż te do deski jakoś odruchowo spinam, kiedy targam rzeczy w pracy. W każdym razie schemat wyglądał tak:
- poniedziałek: umarłam, ale postanowiłam dostać się do domu i tam już nie wstać. Przynajmniej do rana. Nogi odmówiły posłuszeństwa i każdy krok wymagał ode mnie koncentrowania wszystkich sił i mocy na stawianiu stóp jedna przed drugą. I tak dotarłam do domu.
- wtorek: umarłam mniej. Nogi w dalszym ciągu krzyczały, że chyba oszalałaś, ale udało się doczłapać szybciej do domu. O jakieś dwie minuty.
- środa: nogi już sobie dały spokój, bolą jak cholera, ale już nie krzyczą. Dojście do domu zajęło 25 minut, za to odezwały się plecy, które powiedziały, że nie, one mają w dupie. Dosłownie.
- czwartek: kapitulacja nóg. Odzywają się tylko stopy, stawy skokowe i chyba jakieś mięśnie na piszczelach, nawet nie wiedziałam, że tam coś oprócz skóry i nerwów jest (o nerwach wiedziałam aż za dobrze, szczególnie jak znajdowałam tą częścią nogi jakąś szafkę, czy inny przedmiot). Plecy w ofensywie. Mówią, że mają w dupie jeszcze bardziej. A ja mam lordozę nabytą. Przeprost pleców. Uj wi co, w każdym razie lekko nie jest.
- piątek: a nie, piątek będzie jutro, to może nie będzie tak tragicznie.
W każdym razie jakoś się muszę na nowo przyzwyczaić. Do treningów wrócę lada dzień, chociaż powiem szczerze, że próbuję chociaż trochę, chociaż rozciągnąć, jakieś przysiady, skłony i inne. Najbardziej się cieszę, że to nie korzonki, żadne bóle nerwowe, tylko zwyczajna mięśniowa masakra.
Strach pomyśleć co by było, gdybym się nie ruszała.
I tak o.
A w pracy zmiany, ścieżki jednokierunkowe i labirynty. Weź się udaj do toalety na szybko. Ha ha, powodzenia! Dlatego wycieczkę takową planuję z wyprzedzeniem. Nawet tylko po to, żeby się przejść, ściągnąć maseczkę, umyć spocony dziób, odetchnąć pełną piersią. Zresztą kumpel, który nas zastępuje w takich przypadkach sam nas wygania mówiąc: sio, na spacer!
Bałam się tych maseczek, bo ja nie mogę mieć zakrytej twarzy, żeby oddychać. Nie ma mowy, żebym zakryła się kołdrą cała, albo kocem. Żadne takie. Ja się duszę nawet jak ktoś leży za blisko mnie. A już nie ma mowy o wtulaniu się w czyjąś koszulę. Takam romantyczna.
Ale o dziwo, po pierwszym ataku paniki, zaparowaniu okularów, odparowaniu, dopasowaniu drucika do nosa poszło jakoś sprawnie.
Wiem już od dawna, że nie mogłabym  być chirurgiem. Bo w rękawiczkach nie umiem. A teraz jeszcze ryjówka, która zasłania mi pole widzenia. No way!
I tak sobie żyję.
O całej reszcie polityczno-społeczno-epidemiczno-edukacyjno-kulturalno-społecznej nie gadam.
Ciśnienie mam w normie, nie będę sobie go podnosić. Po co.