A to dlatego, że weekend obfitował w kilometry, spotkania, poznania, procenty (w niewielkim stopniu) i wydarzenia.
Poznałam super dziewczynę, która nie dość, że nadaje na tych samych falach, to jeszcze przepysznie gotuje, ma taaaaakie cudowne widoki za oknem około 6 rano, że dech zapierają, jest tak kochana, że jak będę myślała o zmianie miejsca zamieszkania, to kto wie, wezmę i się wyniosę gdzieś bliżej.
Emka, bo o Niej mowa, to bardzo, bardzo ciepła i kochana kobieta. Piszę o Niej, ale mam na myśli całą jej rodzinę. Przyjęli nas, obce baby, jakbyśmy znali się wieki całe. Nie było żadnej bariery, żadnego robienia zwiadu, na wejściu poczułam się tak, jakbym pojechała w odwiedziny do siostry.
To potwierdza, tak samo jak napisała u siebie, że 90% znajomości z netu jest trafione. Tyle, bo zawsze istnieje margines, który musi potwierdzić regułę. I te 90% warto przenieść do realnego życia. Ja przynajmniej tak uważam i przenoszę.
Tyle na dziś. Musiałam się podzielić tą radością. A teraz robię klasyczny pad na twarz i znikam pod moją wełnianą kołderką. W końcu mam za sobą ponad 1300 km samochodem, i jakieś 400 pociągiem....Wszystko jednym ciągiem. Ale o tym jutro.
Oraz to prawda, że kierowca ma zawsze najgorzej. Ale ja i tak uwielbiam jeździć :))))
poniedziałek, 30 września 2013
środa, 25 września 2013
[220] Świr
To ja. Świruję sobie codziennie.
A to nawygłupiam się z Kudłata, która leczy niedoleczoną poprzednią anginę. Kolejny antybiotyk.
A to zabawię się w bałaganiarza. No bo powiedzcie sami, po co mam składać cały bajzel, skoro właśnie mnie wena długofalowa dopadła i produkuję? Z tego też powodu potykam się o różne rzeczy, które leżą naokoło mnie. Ewentualnie uczę je latać. Nie zawsze zamierzenie. Ale zawsze efekt końcowy to wybuch głupawki niepospolitej.
I tak, wczoraj, kończyłam tworzyć notes, dla pewnej młodej osoby. Stała nade mną Kudłata, której sprecyzowanie "na kiedy" najpierw brzmiało "na kiedyś tam" (ona się wypiera, ale w to nie wierzcie), a wczoraj skróciło do "za 20 minut mam być u niej". Taaaaa...Przy ostatnim 'turkusowym cudeńku' wyraziłam swoje zdanie i zarzekłam się, że nie wezmę więcej zlecenia na kiedyś tam, tylko na już, jutro, albo najlepiej wczoraj, ale BEZ PRZESADY! To była przenośnia! W każdym razie. Wstawałam od stołu, z taką myślą, która mi mignęła w przelocie, gdzieś z tyłu głowy 'ten kabel od drukarki mi przeszkadza, pewnie zahaczę czymś o niego'.
Jak sobie życzenie wypowiesz, albo nawet będziesz przypuszczać, jak w moim wypadku, zawsze się sprawdzi. Zawsze. I tak wstałam od biurka, odwróciłam się w stronę okna i kątem oka zobaczyłam jak leci. Drukarka. Bo...zahaczyłam, nie wiem zupełnie czym!!! o ten kabel....
Spadła. Ale drukuje. Co prawda tylko na lekko niebiesko i lekko fioletowo, ale to z powodu braku tonerów, a nie upadku. W każdym razie popłakałam się z Kudłatą. A może mi ktoś wytłumaczyć po co drukarka, która do niczego bez tonerów się nie przyda, stoi mi pod ręką na biurku? Zabierając przestrzeń tfórczą? Ja też pojąć tego nie potrafię.
Powiem jeszcze w sekrecie, że w piątek wyściskam się z Emką. Zazdrośćcie!
A teraz idę się oddać pracy twórczej, gdyż sobota stoi pod znakiem pracy, pracy i jeszcze raz pracy. Na zupełnym południu naszego pięknego kraju :)))
Na dziś:
Simple Minds - Don't You
A to nawygłupiam się z Kudłata, która leczy niedoleczoną poprzednią anginę. Kolejny antybiotyk.
A to zabawię się w bałaganiarza. No bo powiedzcie sami, po co mam składać cały bajzel, skoro właśnie mnie wena długofalowa dopadła i produkuję? Z tego też powodu potykam się o różne rzeczy, które leżą naokoło mnie. Ewentualnie uczę je latać. Nie zawsze zamierzenie. Ale zawsze efekt końcowy to wybuch głupawki niepospolitej.
I tak, wczoraj, kończyłam tworzyć notes, dla pewnej młodej osoby. Stała nade mną Kudłata, której sprecyzowanie "na kiedy" najpierw brzmiało "na kiedyś tam" (ona się wypiera, ale w to nie wierzcie), a wczoraj skróciło do "za 20 minut mam być u niej". Taaaaa...Przy ostatnim 'turkusowym cudeńku' wyraziłam swoje zdanie i zarzekłam się, że nie wezmę więcej zlecenia na kiedyś tam, tylko na już, jutro, albo najlepiej wczoraj, ale BEZ PRZESADY! To była przenośnia! W każdym razie. Wstawałam od stołu, z taką myślą, która mi mignęła w przelocie, gdzieś z tyłu głowy 'ten kabel od drukarki mi przeszkadza, pewnie zahaczę czymś o niego'.
Jak sobie życzenie wypowiesz, albo nawet będziesz przypuszczać, jak w moim wypadku, zawsze się sprawdzi. Zawsze. I tak wstałam od biurka, odwróciłam się w stronę okna i kątem oka zobaczyłam jak leci. Drukarka. Bo...zahaczyłam, nie wiem zupełnie czym!!! o ten kabel....
Spadła. Ale drukuje. Co prawda tylko na lekko niebiesko i lekko fioletowo, ale to z powodu braku tonerów, a nie upadku. W każdym razie popłakałam się z Kudłatą. A może mi ktoś wytłumaczyć po co drukarka, która do niczego bez tonerów się nie przyda, stoi mi pod ręką na biurku? Zabierając przestrzeń tfórczą? Ja też pojąć tego nie potrafię.
Powiem jeszcze w sekrecie, że w piątek wyściskam się z Emką. Zazdrośćcie!
A teraz idę się oddać pracy twórczej, gdyż sobota stoi pod znakiem pracy, pracy i jeszcze raz pracy. Na zupełnym południu naszego pięknego kraju :)))
Na dziś:
Simple Minds - Don't You
piątek, 20 września 2013
[219] Wszystko
A to było tak.
Urodziła się jakiś czas temu. Stawiając na głowie moje życie.
Nie nie, żaden problem, raczej przewartościowanie. Które trwa.
Mały aniołek, który potrafił narobić obciachu, ale i co niektórych nauczyć, że w windzie nie wolno palić.
Albo odpowiedział, aniołek ten, na pytanie: a twoja mama pali? - nie, moja mama nie jest taka głupia.
Szybko nauczyła się czytać. Za co zgarnęła uwagę. I czyta do dzisiaj.
Pierwszy ślub w wieku 10 lat. Uroczystość pod blokiem na górce. Pamiętam jaka była poważna.
A potem. Zaczęła rosnąć. Dogoniła mnie i bezczelnie przerosła. Ale jedno jest w porządku. Mogę nosić jej buty. Ona moje, niestety, też.
Pamiętam jak pierwszy raz zaczęła wyglądać bardzo poważnie. Obcięła się wtedy, odważna!, na krótko. Wyglądała świetnie, ale ona woli długie włosy. Zawsze będę pamiętać, kiedy w stroju w arbuzy leciała do jeziora, a faceci oglądali się za nią. Miała może z 10-11 lat. I będę pamiętać to uczucie, kiedy miałam ochotę wstać z koca, podejść do tych dwudziestoparolatków i powtykać im w oczy czółenka do frywolitek. Bo wtedy siedziałam na plaży w cieniu i robiłam swoje koroneczki.
Wygląda na więcej niż ma. Ale nie tylko wyglądem jest starsza. Emocjonalnie i umysłowo też. Może sprawiły to wszystkie pośrednie wydarzenia - w końcu to nie tylko sielanka i śmiechy-chichy.
A muszę przyznać, że czasem płaczemy obie. Ze śmiechu. Szczególnie, kiedy stosujemy skróty myślowe w konwersacji. Która to konwersacja biegnie dwutematowo. Czasem zastanawiam się, jak to brzmi z zewnątrz. Taka na przykład SB miałaby wielki problem z rozszyfrowaniem o co nam chodzi.
Często słyszę od niej, że jestem dziwna, inna, nienormalna, w sensie nie taka jak inne mamy. Cieszę się z tego. Chociaż przyznam, że czasem zachowuję się bardzo typowo. Wydzieram się i zdanie kończę stwierdzeniem, że nie bo nie. Potem jestem na siebie zła i staram się to odkręcić. O nie, ona bez winy nie jest. Zwykle to ona zaczyna. Kilka dni wcześniej. Atakuje mnie swoim 'zaraz', które trwa jakieś dwa do trzech dni, aż mnie trafia szlag i wtedy słyszą wszyscy w około. A potem wszystko wraca do normy.
I tak sobie żyjemy. Ona dorasta. Ja zyskuję stoicki spokój. Nie ma konfliktu pokoleń, nie ma buntu nastolatków, jest harmonia i jest jak trzeba. Czasem zgrzyta, ale tak musi być.
No cóż. Kocham ją.
Moją Kudłatą.
Powiedziała, że chce ze mną mieszkać na zawsze.
Na dziś:
Hollywood Undead - Young
Urodziła się jakiś czas temu. Stawiając na głowie moje życie.
Nie nie, żaden problem, raczej przewartościowanie. Które trwa.
Mały aniołek, który potrafił narobić obciachu, ale i co niektórych nauczyć, że w windzie nie wolno palić.
Albo odpowiedział, aniołek ten, na pytanie: a twoja mama pali? - nie, moja mama nie jest taka głupia.
Szybko nauczyła się czytać. Za co zgarnęła uwagę. I czyta do dzisiaj.
Pierwszy ślub w wieku 10 lat. Uroczystość pod blokiem na górce. Pamiętam jaka była poważna.
A potem. Zaczęła rosnąć. Dogoniła mnie i bezczelnie przerosła. Ale jedno jest w porządku. Mogę nosić jej buty. Ona moje, niestety, też.
Pamiętam jak pierwszy raz zaczęła wyglądać bardzo poważnie. Obcięła się wtedy, odważna!, na krótko. Wyglądała świetnie, ale ona woli długie włosy. Zawsze będę pamiętać, kiedy w stroju w arbuzy leciała do jeziora, a faceci oglądali się za nią. Miała może z 10-11 lat. I będę pamiętać to uczucie, kiedy miałam ochotę wstać z koca, podejść do tych dwudziestoparolatków i powtykać im w oczy czółenka do frywolitek. Bo wtedy siedziałam na plaży w cieniu i robiłam swoje koroneczki.
Wygląda na więcej niż ma. Ale nie tylko wyglądem jest starsza. Emocjonalnie i umysłowo też. Może sprawiły to wszystkie pośrednie wydarzenia - w końcu to nie tylko sielanka i śmiechy-chichy.
A muszę przyznać, że czasem płaczemy obie. Ze śmiechu. Szczególnie, kiedy stosujemy skróty myślowe w konwersacji. Która to konwersacja biegnie dwutematowo. Czasem zastanawiam się, jak to brzmi z zewnątrz. Taka na przykład SB miałaby wielki problem z rozszyfrowaniem o co nam chodzi.
Często słyszę od niej, że jestem dziwna, inna, nienormalna, w sensie nie taka jak inne mamy. Cieszę się z tego. Chociaż przyznam, że czasem zachowuję się bardzo typowo. Wydzieram się i zdanie kończę stwierdzeniem, że nie bo nie. Potem jestem na siebie zła i staram się to odkręcić. O nie, ona bez winy nie jest. Zwykle to ona zaczyna. Kilka dni wcześniej. Atakuje mnie swoim 'zaraz', które trwa jakieś dwa do trzech dni, aż mnie trafia szlag i wtedy słyszą wszyscy w około. A potem wszystko wraca do normy.
I tak sobie żyjemy. Ona dorasta. Ja zyskuję stoicki spokój. Nie ma konfliktu pokoleń, nie ma buntu nastolatków, jest harmonia i jest jak trzeba. Czasem zgrzyta, ale tak musi być.
No cóż. Kocham ją.
Moją Kudłatą.
Powiedziała, że chce ze mną mieszkać na zawsze.
Na dziś:
Hollywood Undead - Young
niedziela, 15 września 2013
[218] Przetwarzamy
Po jabłkach i kabaczkach przyszła pora na przecierane pomidory. Znów pokochałam moje sitko. Cudnie nam się współpracowało. Wyszło mi 5 słoików przecieru.
Półka z przetworami już się zapełnia, ale to jeszcze nie koniec, o nie.
Marzy mi się dom z piwnicą. Oraz ze spiżarnią przy kuchni. Nawet wiem jak będzie wszystko wyglądać.
Młody siedział wczoraj w internecie. Spryciarz z niego jest. Wszedł na stronę sklepu lego i podziwia. Co chwilę słyszę ochy i achy. Odczytuje ceny. Przy tych najbardziej pożądanych głos mu się załamał, bo mimo, że jeszcze wartość pieniądza to dla niego abstrakcja, to jednak umie rozróżnić, dwu i trzycyfrowe kwoty. Omawia zestawy. W końcu mówi:
- wiesz, zbliżają się moje urodziny. Nie chciałbym jechać z tobą do sklepu i wybierać sobie prezentu. Chciałbym, żebyś kupiła wcześniej, schowała w swoich rzeczach, bo ja przecież nie mogę tam szperać i chciałbym dostać taki swój wymarzony zestaw.
No cóż. Fakt, urodziny tuż tuż. Najgorsze, że jedne i drugie. Trzeba będzie pokombinować.
A tak z innej beczułki.
Chyba nawiążę znajomość z panią z zoologicznego. Nie możemy się nagadać, jak się spotykamy. Może się umówimy na jakąś kawę, albo piwo. Bo coś czuję, że to bratnia dusza.
Dzisiaj za to pojechaliśmy na grzyby.
Lało niemiłosiernie. Młodemu przemokły buty, ale tak jakby nalał sobie wody do środka. A to takie nieprzemakalne buty. Załamałam się.
Grzybów na jedną patelnię. Jeszcze za mało deszczu. Ale łażenie po lesie - bezcenne.
Fakt, że teraz boli mnie głowa, zimno mi i takie tam, ale warto było.
Zdjęcia jutro, bo dzisiaj nie mam już siły :)
Półka z przetworami już się zapełnia, ale to jeszcze nie koniec, o nie.
Marzy mi się dom z piwnicą. Oraz ze spiżarnią przy kuchni. Nawet wiem jak będzie wszystko wyglądać.
Młody siedział wczoraj w internecie. Spryciarz z niego jest. Wszedł na stronę sklepu lego i podziwia. Co chwilę słyszę ochy i achy. Odczytuje ceny. Przy tych najbardziej pożądanych głos mu się załamał, bo mimo, że jeszcze wartość pieniądza to dla niego abstrakcja, to jednak umie rozróżnić, dwu i trzycyfrowe kwoty. Omawia zestawy. W końcu mówi:
- wiesz, zbliżają się moje urodziny. Nie chciałbym jechać z tobą do sklepu i wybierać sobie prezentu. Chciałbym, żebyś kupiła wcześniej, schowała w swoich rzeczach, bo ja przecież nie mogę tam szperać i chciałbym dostać taki swój wymarzony zestaw.
No cóż. Fakt, urodziny tuż tuż. Najgorsze, że jedne i drugie. Trzeba będzie pokombinować.
A tak z innej beczułki.
Chyba nawiążę znajomość z panią z zoologicznego. Nie możemy się nagadać, jak się spotykamy. Może się umówimy na jakąś kawę, albo piwo. Bo coś czuję, że to bratnia dusza.
Dzisiaj za to pojechaliśmy na grzyby.
Lało niemiłosiernie. Młodemu przemokły buty, ale tak jakby nalał sobie wody do środka. A to takie nieprzemakalne buty. Załamałam się.
Grzybów na jedną patelnię. Jeszcze za mało deszczu. Ale łażenie po lesie - bezcenne.
Fakt, że teraz boli mnie głowa, zimno mi i takie tam, ale warto było.
Zdjęcia jutro, bo dzisiaj nie mam już siły :)
wtorek, 10 września 2013
[217] Zdradzam
Gwoli wyjaśnienia, bo wszyscy rzucili się na ten ideał, jak na rajstopy spod lady w 1984. A może w 1982. Nie ważne. Poczułam się niejako zmuszona do zdrady. Do wyjawienia swego sekretu. Ale zrobię to po swojemu, jeśli pozwolicie. Jeśli nie pozwolicie, i tak to zrobię po swojemu.
Ideał - jak sama nazwa wskazuje, to obiekt lekko nierealny. Nie mogę się nawet zdecydować za bardzo, czy brunet śniada twarz, czy może jakiś inny. Chociaż nie, brunet stanowczo. Inna sprawa, że wszechświat jakoś na łączach nie bardzo styka kiedy wypowiadam mu życzenia i zsyła mi zupełnie odmienny typ.
Więc brunet, ciemne oczy. Wyższy ode mnie i wysportowany.
Ale przede wszystkim taki, żeby nie było ważne jak wygląda. Taki, na którego widok robi się ciepło na duszy, wszystkie problemy odpływają, a świat przestaje być ważny. Taki, który ma w sobie to coś, nieokreślone, nieuchwytne, gdzieś na granicy percepcji. Taki, który daje siłę, wspiera, ma plasterki na każdą ranę i ból. I taki, któremu oddać można wszystko.
A pan, o którym mowa był...łysy. I z tą fryzurą było mu niezmiernie fajnie do całości. Rewelacja.
Aczkolwiek nie sądzę, żeby umawiał się z petentami. Tkami.
Oraz nie sądzę, żeby taki okaz był wolny.
A także wszystkie powyższe można stwierdzić dopiero po zapoznaniu z obiektem westchnień, a nie na oko.
A imię to, cóż, każdy ma swoje ulubione, bardziej ulubione i najbardziej ulubione. To plasuje się gdzieś na samej górze. I co najlepsze, chyba nie znam żadnego faceta o tym imieniu, który byłby świnią.
A to imię to Maciek.
To tyle na temat ideałów, które są, ale ich nie ma. A może nie ma ich, a są. Jakoś tak to szło.
A wracając na ziemię, jesień idzie, człowiek zapasy robi.
Najpierw z kabaczka zrobiłam leczo do słoików. Pyszne, że aż się boję, czy do zimy dotrwa.
Dzisiaj zrobiłam 9 słoiczków musu jabłkowego. Wyszedł przepyszny.
Jutro dorobię leczo z drugiego kabaczka. I może przecier z pomidorów. Jeszcze w sferze planów są powidła ze śliwek.I może jakieś ogórki. I buraczki. Zobaczymy co na to mój grafik i portfel.
A taka ze mnie z...a pani domu.
Na dziś:
Banderas. Antonio. Mariachi.
Jakby kto nie wiedział.
Ideał - jak sama nazwa wskazuje, to obiekt lekko nierealny. Nie mogę się nawet zdecydować za bardzo, czy brunet śniada twarz, czy może jakiś inny. Chociaż nie, brunet stanowczo. Inna sprawa, że wszechświat jakoś na łączach nie bardzo styka kiedy wypowiadam mu życzenia i zsyła mi zupełnie odmienny typ.
Więc brunet, ciemne oczy. Wyższy ode mnie i wysportowany.
Ale przede wszystkim taki, żeby nie było ważne jak wygląda. Taki, na którego widok robi się ciepło na duszy, wszystkie problemy odpływają, a świat przestaje być ważny. Taki, który ma w sobie to coś, nieokreślone, nieuchwytne, gdzieś na granicy percepcji. Taki, który daje siłę, wspiera, ma plasterki na każdą ranę i ból. I taki, któremu oddać można wszystko.
A pan, o którym mowa był...łysy. I z tą fryzurą było mu niezmiernie fajnie do całości. Rewelacja.
Aczkolwiek nie sądzę, żeby umawiał się z petentami. Tkami.
Oraz nie sądzę, żeby taki okaz był wolny.
A także wszystkie powyższe można stwierdzić dopiero po zapoznaniu z obiektem westchnień, a nie na oko.
A imię to, cóż, każdy ma swoje ulubione, bardziej ulubione i najbardziej ulubione. To plasuje się gdzieś na samej górze. I co najlepsze, chyba nie znam żadnego faceta o tym imieniu, który byłby świnią.
A to imię to Maciek.
To tyle na temat ideałów, które są, ale ich nie ma. A może nie ma ich, a są. Jakoś tak to szło.
A wracając na ziemię, jesień idzie, człowiek zapasy robi.
Najpierw z kabaczka zrobiłam leczo do słoików. Pyszne, że aż się boję, czy do zimy dotrwa.
Dzisiaj zrobiłam 9 słoiczków musu jabłkowego. Wyszedł przepyszny.
Jutro dorobię leczo z drugiego kabaczka. I może przecier z pomidorów. Jeszcze w sferze planów są powidła ze śliwek.I może jakieś ogórki. I buraczki. Zobaczymy co na to mój grafik i portfel.
A taka ze mnie z...a pani domu.
Na dziś:
Banderas. Antonio. Mariachi.
Jakby kto nie wiedział.
poniedziałek, 9 września 2013
[216] Zakochać się w poniedziałek!
Można! Mówię Wam. Mam tylko dylemat, ale o tym za chwilkę.
Spędziłam dzisiaj dzień na bieganiu po urzędach. Ot, takie tam załatwianie różnych ważnych spraw. Jak to zwykle bywa. Szczególnie u mnie, gdyż muszę szukać różnych form pomocy, skoro nie mogę znaleźć pracy. Szczerze mówiąc mam czasem ochotę w tych urzędach zapytać, czy aby może przy okazji nie mają dla mnie jakiejś pracy, bo na ten przykład ja, niekawosz, podobno umiem parzyć kawę znakomicie.
Nie pytam jednak obcesowo, ale co i rusz przeglądam bip. A co.
W każdym razie jechałam sobie autobusem, mając w zamyśle odwidzenie instytucji w liczbie trzy, czytając książkę, i tak zaczęłam rozmyślać gdzie najpierw. Przegląd instytucji zrobiłam, znaczy stopień muru, który przebyć będzie trzeba, czas przeliczyłam i wymyśliłam, że najpierw do skarbówki.
Jak zwykle z bananem na twarzy, bo przecież ja tak mam. Wlazłam na trzecie piętro, weszłam do pierwszego pokoju. Niedobrze. Samem baby. Ale jedna tylko kompetentna i zajęta. Poczekałam więc na zewnątrz. W końcu weszłam, wyłuszczyłam o co mi chodzi (też macie problem ze złożeniem pierwszego zdania?) i zostałam skierowana do pokoju numer dwa. W opcji był jeszcze trzy i więcej. Ale w pokoju numer dwa był pan. Rozmawiał przez telefon. Ok, poczekam na zewnątrz. Drzwi przeszklone, więc pan widział, że ostentacyjnie spaceruję po korytarzu, żeby nie zapomniał, że ja, biedny petencik, czekam na przyjęcie.
Pan do mnie wyszedł. I...
Po pierwsze, był zabawny, a ja z bynajmniej zabawną sprawą tam nie przyszłam.
Po drugie, poradził, pomógł i zaprowadził do lepszego fachowca.
Po trzecie, dał mi swój numer, żebym dzwoniła jak tylko będzie potrzeba wyjaśnienia czegoś, pomocy, w razie jakichś kłopotów.
Po czwarte, cały czas, a zaznaczam, że dzisiaj jest poniedziałek, był uśmiechnięty.
Po piąte, nie pił żadnej kawy.
Pan bardziej obcykany w papierkach o jakie mi chodziło, był natomiast nie dość, że te wszystkie punkty co wyżej, to jeszcze:
Po szóste, niesamowicie przystojny w moim typie.
Po siódme, usłyszałam rady, jakich z ust urzędnika nigdy bym pewnie nie usłyszała
Po siódme, miał imię, które baaaardzo mi się podoba.
I już się cieszę, że niestety, będę musiała jeszcze raz tam iść.
Po wyjściu z urzędu miałam klasyczną głupawkę i wymiana smsów z moją psiapsiółką spowodowała, że śmiałam się całą drogę do kolejnego urzędu. Śmiał się też ze mną pan, który wyszedł na papierosa przed firmę. Bo napisałam jej, że się zakochałam. I napisałam o panach. I że mam dylemat który. Czy ten śmieszny i fajny, co mi dał numer, czy ten w moim typie. I jeszcze się zastanawiałam smsowo, czy jak mi się zatka kibelek, to też wchodzi w zakres usług. Stąd wzięła się głupawka. Mam nadzieję, że zaraziłam kilka osób uśmiechem.
Doszłam sobie do urzędu numer dwa. Wydział Edukacji.
Znów wtelepałam się na 3 piętro. Była mała kolejka, ale wyszedł pan, który zdziwiony zapytał, że czemu wchodzimy pojedynczo, bo tam oni mają cztery stanowiska.
Weszłam więc, usiadłam przy biurku pana i gadamy. O, nie ma pieczątki szkoły. Zbladłam. Zobaczyłam ścianę, w którą walę czołem. I ponowną podróż do miasta...Pan mi jednak powiedział, że spokoooo luuuuzik, mogę też złożyć w sekretariacie szkoły, on tylko pokseruje i sprawdzi wszystko. Wrócił pan do stolika i....na to wchodzi, tadam! Dyrektor Mojej Szkoły. Powiedziałam grzecznie dzień dobry, a pan od razu: a pan dyrektor to pieczątki ma? Bo tu nam potrzeba. I pieczątki się znalazły, papiery złożone.
Prawie wszystko się udało.
Jeszcze tylko walka z bankiem. Ale to już jakby poza konkurencją, bo bank mnie wkurzył niemiłosiernie.
Ale poradzę sobie i z nim. Bo jak nie ja, to kto?
Na dziś:
Eurytmics - Miracle of love
Spędziłam dzisiaj dzień na bieganiu po urzędach. Ot, takie tam załatwianie różnych ważnych spraw. Jak to zwykle bywa. Szczególnie u mnie, gdyż muszę szukać różnych form pomocy, skoro nie mogę znaleźć pracy. Szczerze mówiąc mam czasem ochotę w tych urzędach zapytać, czy aby może przy okazji nie mają dla mnie jakiejś pracy, bo na ten przykład ja, niekawosz, podobno umiem parzyć kawę znakomicie.
Nie pytam jednak obcesowo, ale co i rusz przeglądam bip. A co.
W każdym razie jechałam sobie autobusem, mając w zamyśle odwidzenie instytucji w liczbie trzy, czytając książkę, i tak zaczęłam rozmyślać gdzie najpierw. Przegląd instytucji zrobiłam, znaczy stopień muru, który przebyć będzie trzeba, czas przeliczyłam i wymyśliłam, że najpierw do skarbówki.
Jak zwykle z bananem na twarzy, bo przecież ja tak mam. Wlazłam na trzecie piętro, weszłam do pierwszego pokoju. Niedobrze. Samem baby. Ale jedna tylko kompetentna i zajęta. Poczekałam więc na zewnątrz. W końcu weszłam, wyłuszczyłam o co mi chodzi (też macie problem ze złożeniem pierwszego zdania?) i zostałam skierowana do pokoju numer dwa. W opcji był jeszcze trzy i więcej. Ale w pokoju numer dwa był pan. Rozmawiał przez telefon. Ok, poczekam na zewnątrz. Drzwi przeszklone, więc pan widział, że ostentacyjnie spaceruję po korytarzu, żeby nie zapomniał, że ja, biedny petencik, czekam na przyjęcie.
Pan do mnie wyszedł. I...
Po pierwsze, był zabawny, a ja z bynajmniej zabawną sprawą tam nie przyszłam.
Po drugie, poradził, pomógł i zaprowadził do lepszego fachowca.
Po trzecie, dał mi swój numer, żebym dzwoniła jak tylko będzie potrzeba wyjaśnienia czegoś, pomocy, w razie jakichś kłopotów.
Po czwarte, cały czas, a zaznaczam, że dzisiaj jest poniedziałek, był uśmiechnięty.
Po piąte, nie pił żadnej kawy.
Pan bardziej obcykany w papierkach o jakie mi chodziło, był natomiast nie dość, że te wszystkie punkty co wyżej, to jeszcze:
Po szóste, niesamowicie przystojny w moim typie.
Po siódme, usłyszałam rady, jakich z ust urzędnika nigdy bym pewnie nie usłyszała
Po siódme, miał imię, które baaaardzo mi się podoba.
I już się cieszę, że niestety, będę musiała jeszcze raz tam iść.
Po wyjściu z urzędu miałam klasyczną głupawkę i wymiana smsów z moją psiapsiółką spowodowała, że śmiałam się całą drogę do kolejnego urzędu. Śmiał się też ze mną pan, który wyszedł na papierosa przed firmę. Bo napisałam jej, że się zakochałam. I napisałam o panach. I że mam dylemat który. Czy ten śmieszny i fajny, co mi dał numer, czy ten w moim typie. I jeszcze się zastanawiałam smsowo, czy jak mi się zatka kibelek, to też wchodzi w zakres usług. Stąd wzięła się głupawka. Mam nadzieję, że zaraziłam kilka osób uśmiechem.
Doszłam sobie do urzędu numer dwa. Wydział Edukacji.
Znów wtelepałam się na 3 piętro. Była mała kolejka, ale wyszedł pan, który zdziwiony zapytał, że czemu wchodzimy pojedynczo, bo tam oni mają cztery stanowiska.
Weszłam więc, usiadłam przy biurku pana i gadamy. O, nie ma pieczątki szkoły. Zbladłam. Zobaczyłam ścianę, w którą walę czołem. I ponowną podróż do miasta...Pan mi jednak powiedział, że spokoooo luuuuzik, mogę też złożyć w sekretariacie szkoły, on tylko pokseruje i sprawdzi wszystko. Wrócił pan do stolika i....na to wchodzi, tadam! Dyrektor Mojej Szkoły. Powiedziałam grzecznie dzień dobry, a pan od razu: a pan dyrektor to pieczątki ma? Bo tu nam potrzeba. I pieczątki się znalazły, papiery złożone.
Prawie wszystko się udało.
Jeszcze tylko walka z bankiem. Ale to już jakby poza konkurencją, bo bank mnie wkurzył niemiłosiernie.
Ale poradzę sobie i z nim. Bo jak nie ja, to kto?
Na dziś:
Eurytmics - Miracle of love
piątek, 6 września 2013
[215] Kalka
Dzisiaj kwestia dotyczy dzieci. Wychowania. Szacunku. Rozmowy. Wysłuchania.
Sama popełniłam pewnie z milion błędów. Nie raz niepotrzebnie podniosłam głos, albo zapieniłam się i zaklęłam. Do dzisiaj mi się zdarza. Częściej odpuszczam, ale ciągle kalkuję zachowanie mojej matki. Ciągle popełniam te same błędy. Z tym, że teraz świadomie usiłuję nad nimi panować. Nie chcę zrzucać na nią winy. Musiałabym pewnie cofnąć się w czasie do jej babki, prababki i dalej. Bo tak było. Wszyscy o tym wiemy. Dzisiaj powinno być inaczej. Ale ciągle widzę, że partnerstwo na linii rodzic - dziecko, to sprawa nie do opanowania dla niektórych. Nie wiem też jak wygląda takie partnerstwo i co przez to rozumieją inni.
Dla mnie to wysłuchanie dziecka. Przedyskutowanie sprawy. Argumenty obustronne. Staram się nie narzucać swojego gustu, czy wyboru. Nawet obiady czasem są wynikiem wspólnych pomysłów.
Tak, czasem też mówię nie, bo nie. W różnych kwestiach. I często tego żałuję. Czasem drę koty o niewyniesiony talerz, o zaraz, o rozwalone wszędzie ciuchy, ale ważniejsze kwestie raczej omawiamy.
Ale nie rozumiem zupełnie dlaczego niektórzy rodzice "dla dobra" swojego dziecka, gnębią je. Poniżają. Umniejszają ich rolę, życie, wartość. Jakiego człowieka chcą stworzyć? Kim będzie to dorosłe dziecko? Poza tym, że będzie miało potworny żal, z którym sobie nie radzi teraz i nie poradzi później.
Dlaczego rodzice nie chcą zrozumieć, że dziecko to zupełnie odrębny człowiek, nowy świat, który stworzyli, ale nigdy nie zapanują nad myślami swoich dzieci i nad ich światem? Dlaczego zamiast pomóc zrozumieć czym jest życie, pokazują jego najgorszą stronę? Każą cierpieć? Bo niech mi ktoś powie, że dziecko nie cierpi, kiedy matka pije. I nie cierpi, kiedy rodzic poniża. I że zupełnie olewa awanturę o sprzątanie. Albo późny powrót.
Ja wiem, że dzieciaki też nie są idealne. Ale nikt nie jest. Ani rodzic, ani dzieciak. Jeśli nie możemy zrozumieć dlaczego dziecko nie jest takie jak my i nie robi wszystkiego jak my, to wróćmy do lekcji o dziedziczeniu. Pomyślmy tak jak zrobił to mój syn, który rozmawiał ze mną, kiedy wracaliśmy z zakupów i kiedy mu powiedziałam, że coś robi zupełnie tak samo jak tata (i nie, nie było to jadowite, to jedynie zwrócenie uwagi na podobną cechę), odpowiedział mi: - wiem jak to było, połowę genów dostałem od taty w plemniku, kiedy połączył się z jajeczkiem. (Że nie zgubiłam zakupów to fuks, a on powiedział to zupełnie swobodnie. Ot, oglądał "Było sobie życie").
Tak, dzieciaki to mieszanka genów. I nie my odpowiadamy za to jakie cechy dziedziczą. Więc przyjmijmy te odrębne byty jako partnerów. A nie jak wrogów...
Nie lubię też kiedy rodzice mówią dzieciom, najczęściej w trakcie awantury, ja dla ciebie tyle poświęciłam, a ty taki niewdzięczny. Zawsze się zastanawiam, czy twoje dziecko prosiło się o dom, samochód, telewizor... Dlaczego swoje życiowe wybory, najczęściej te złe, zrzucamy na barki dzieciaków? Bo ciąży nam kredyt na dom, samochód i telewizor..
Czy to się rodzi z żalu, że ma się dzieci? Czy one są aż takim obciążeniem, że trzeba je sprowadzić bardzo do parteru, po to, żeby mieć kontrolę?
Nie rozumiem tego. Może dlatego, że lubię kombinować, żeby żyło się nam lżej. Nigdy dzieci nie były przeszkodą czy balastem. Życie przewartościowało mi się samo. Przestawiło. I nie wyobrażam sobie, żeby ich nie było.
Chciałabym przytulić wszystkie takie cierpiące dzieciaki. Pomóc im zrozumieć.
I bardzo się cieszę, że Kudłata dzwoni i mówi gdzie jest, że wsiada do autobusu, że jedzie, z kim jedzie, że wraca i nie musi zapraszać koleżanek na obiad po to, żeby jej matka nie piła...
Mam ochotę naprawiać świat...
Na dziś:
Three Days Grace - Never too late
Sama popełniłam pewnie z milion błędów. Nie raz niepotrzebnie podniosłam głos, albo zapieniłam się i zaklęłam. Do dzisiaj mi się zdarza. Częściej odpuszczam, ale ciągle kalkuję zachowanie mojej matki. Ciągle popełniam te same błędy. Z tym, że teraz świadomie usiłuję nad nimi panować. Nie chcę zrzucać na nią winy. Musiałabym pewnie cofnąć się w czasie do jej babki, prababki i dalej. Bo tak było. Wszyscy o tym wiemy. Dzisiaj powinno być inaczej. Ale ciągle widzę, że partnerstwo na linii rodzic - dziecko, to sprawa nie do opanowania dla niektórych. Nie wiem też jak wygląda takie partnerstwo i co przez to rozumieją inni.
Dla mnie to wysłuchanie dziecka. Przedyskutowanie sprawy. Argumenty obustronne. Staram się nie narzucać swojego gustu, czy wyboru. Nawet obiady czasem są wynikiem wspólnych pomysłów.
Tak, czasem też mówię nie, bo nie. W różnych kwestiach. I często tego żałuję. Czasem drę koty o niewyniesiony talerz, o zaraz, o rozwalone wszędzie ciuchy, ale ważniejsze kwestie raczej omawiamy.
Ale nie rozumiem zupełnie dlaczego niektórzy rodzice "dla dobra" swojego dziecka, gnębią je. Poniżają. Umniejszają ich rolę, życie, wartość. Jakiego człowieka chcą stworzyć? Kim będzie to dorosłe dziecko? Poza tym, że będzie miało potworny żal, z którym sobie nie radzi teraz i nie poradzi później.
Dlaczego rodzice nie chcą zrozumieć, że dziecko to zupełnie odrębny człowiek, nowy świat, który stworzyli, ale nigdy nie zapanują nad myślami swoich dzieci i nad ich światem? Dlaczego zamiast pomóc zrozumieć czym jest życie, pokazują jego najgorszą stronę? Każą cierpieć? Bo niech mi ktoś powie, że dziecko nie cierpi, kiedy matka pije. I nie cierpi, kiedy rodzic poniża. I że zupełnie olewa awanturę o sprzątanie. Albo późny powrót.
Ja wiem, że dzieciaki też nie są idealne. Ale nikt nie jest. Ani rodzic, ani dzieciak. Jeśli nie możemy zrozumieć dlaczego dziecko nie jest takie jak my i nie robi wszystkiego jak my, to wróćmy do lekcji o dziedziczeniu. Pomyślmy tak jak zrobił to mój syn, który rozmawiał ze mną, kiedy wracaliśmy z zakupów i kiedy mu powiedziałam, że coś robi zupełnie tak samo jak tata (i nie, nie było to jadowite, to jedynie zwrócenie uwagi na podobną cechę), odpowiedział mi: - wiem jak to było, połowę genów dostałem od taty w plemniku, kiedy połączył się z jajeczkiem. (Że nie zgubiłam zakupów to fuks, a on powiedział to zupełnie swobodnie. Ot, oglądał "Było sobie życie").
Tak, dzieciaki to mieszanka genów. I nie my odpowiadamy za to jakie cechy dziedziczą. Więc przyjmijmy te odrębne byty jako partnerów. A nie jak wrogów...
Nie lubię też kiedy rodzice mówią dzieciom, najczęściej w trakcie awantury, ja dla ciebie tyle poświęciłam, a ty taki niewdzięczny. Zawsze się zastanawiam, czy twoje dziecko prosiło się o dom, samochód, telewizor... Dlaczego swoje życiowe wybory, najczęściej te złe, zrzucamy na barki dzieciaków? Bo ciąży nam kredyt na dom, samochód i telewizor..
Czy to się rodzi z żalu, że ma się dzieci? Czy one są aż takim obciążeniem, że trzeba je sprowadzić bardzo do parteru, po to, żeby mieć kontrolę?
Nie rozumiem tego. Może dlatego, że lubię kombinować, żeby żyło się nam lżej. Nigdy dzieci nie były przeszkodą czy balastem. Życie przewartościowało mi się samo. Przestawiło. I nie wyobrażam sobie, żeby ich nie było.
Chciałabym przytulić wszystkie takie cierpiące dzieciaki. Pomóc im zrozumieć.
I bardzo się cieszę, że Kudłata dzwoni i mówi gdzie jest, że wsiada do autobusu, że jedzie, z kim jedzie, że wraca i nie musi zapraszać koleżanek na obiad po to, żeby jej matka nie piła...
Mam ochotę naprawiać świat...
Na dziś:
Three Days Grace - Never too late
poniedziałek, 2 września 2013
[214] Plusy
No więc tak:
Pocieszające było to, że jednak mogłam spać i troszkę lepiej było dzisiaj.
Rano lekarz. Lekarz zlecił zastrzyk. Jest niebo lepiej. Mam też receptę, kiedyś ją wykupię, wiadomo.
W każdym razie ból dużo mniejszy. Dałam radę rozpocząć rok szkolny, pogawędzić z panią, okazało się, że Młody od razu wdrożył się w życie szkolne i udzielał odpowiedzi oraz wtrącał swoje trzy grosze kiedy Pani referowała przyszłość. Poczułam się...dumna z domieszką czegoś nieokreślonego, bo walczy we mnie ta stara ja, która ma wpojone, że nie wypada, z tą nową, która wymaga rozmawiania, mówienia, tłumaczenia i wyjaśniania. Tak więc nałykałam się tej specyficznej dumy oraz śmiem twierdzić, że deklarację, że "dzienniczek korespondencji (w domyśle uwag - przypis mamy) nie będzie absolutnie w tym roku potrzebny" można włożyć między bajki.
W każdym razie wszystko udało się zapiąć na przedostatni guzik. Dzięki dobrym duszom. Którym jestem niezmiernie wdzięczna.
A także dzięki temu, że coś co niemożliwe, okazało się możliwe jak najbardziej. Lubię takie cuda.
Oczywiście nadeszła jesień. Jak wszędzie pewnie. Pada, mży, leje, zależnie od chmurzastego zamysłu. A mnie się to podoba bardzo.
W końcu nadeszła godzina ZERO. Zabrałam Młodego na przejażdżkę. Jak już mówiłam szykowało się 15-minutowe spotkanie.
Wystroiłam się ale cóż, trzeba było założyć kurtkę na deszcz*. Wiatr wiał jak oszalały, wilgoć w powietrzu rozprostowała misternie układaną fryzurę**. Nic to. Pojechaliśmy na dworzec. Z moją maniakalną punktualnością grubo przed czasem zaczęłam liczyć minuty. Zdążyliśmy bez problemu. Ale zapowiadajka plus rozkład ścienny zrobiła nam psikusa. Zamiast wjechać na 4 i przekulać się na 3, dzięki czemu schody zaliczyłabym dwa razy, pociąg wjechał na peron drugi, więc schody zaliczyłam dodatkowo 4 razy (licząc oczywiście góra dół, żeby było bardziej dramatycznie). Więc był sprint na drugi. Wyciągnęłam Kariokę z wagonu, nie powiem, że siłą, ale takiej paniki, czy aby na pewno uda jej się wsiąść do tego samego pociągu, to ja nie widziałam. Moje słowo nie wystarczyło, ale cóż, panowie od przekulowywania pociągu potwierdzili co powiedziałam. Przeszłyśmy się na docelowy peron.
Takie gadanie to nie gadanie, za mało czasu, nawet żeby się rozkręcić. Ale mogłam ją w końcu uściskać, bo w zeszłym roku nie wyszło. I zobaczyć na żywo. Teraz niecierpliwie czekam na powrót i drugie spotkanie.
Bardzo niecierpliwie.
Tak więc same plusy!
*więc pewnie nie było widać, hihi
**taki żarcik, bo za chinyludowe nie schyliłabym się dzisiaj, żeby umyć głowę.
Na dziś:
Madonna - Rain
Można wiele zarzucić Madonnie, ale mam to w nosie. Jest w mym muzycznym sercu kawałek miejsca dla niej.
Pocieszające było to, że jednak mogłam spać i troszkę lepiej było dzisiaj.
Rano lekarz. Lekarz zlecił zastrzyk. Jest niebo lepiej. Mam też receptę, kiedyś ją wykupię, wiadomo.
W każdym razie ból dużo mniejszy. Dałam radę rozpocząć rok szkolny, pogawędzić z panią, okazało się, że Młody od razu wdrożył się w życie szkolne i udzielał odpowiedzi oraz wtrącał swoje trzy grosze kiedy Pani referowała przyszłość. Poczułam się...dumna z domieszką czegoś nieokreślonego, bo walczy we mnie ta stara ja, która ma wpojone, że nie wypada, z tą nową, która wymaga rozmawiania, mówienia, tłumaczenia i wyjaśniania. Tak więc nałykałam się tej specyficznej dumy oraz śmiem twierdzić, że deklarację, że "dzienniczek korespondencji (w domyśle uwag - przypis mamy) nie będzie absolutnie w tym roku potrzebny" można włożyć między bajki.
W każdym razie wszystko udało się zapiąć na przedostatni guzik. Dzięki dobrym duszom. Którym jestem niezmiernie wdzięczna.
A także dzięki temu, że coś co niemożliwe, okazało się możliwe jak najbardziej. Lubię takie cuda.
Oczywiście nadeszła jesień. Jak wszędzie pewnie. Pada, mży, leje, zależnie od chmurzastego zamysłu. A mnie się to podoba bardzo.
W końcu nadeszła godzina ZERO. Zabrałam Młodego na przejażdżkę. Jak już mówiłam szykowało się 15-minutowe spotkanie.
Wystroiłam się ale cóż, trzeba było założyć kurtkę na deszcz*. Wiatr wiał jak oszalały, wilgoć w powietrzu rozprostowała misternie układaną fryzurę**. Nic to. Pojechaliśmy na dworzec. Z moją maniakalną punktualnością grubo przed czasem zaczęłam liczyć minuty. Zdążyliśmy bez problemu. Ale zapowiadajka plus rozkład ścienny zrobiła nam psikusa. Zamiast wjechać na 4 i przekulać się na 3, dzięki czemu schody zaliczyłabym dwa razy, pociąg wjechał na peron drugi, więc schody zaliczyłam dodatkowo 4 razy (licząc oczywiście góra dół, żeby było bardziej dramatycznie). Więc był sprint na drugi. Wyciągnęłam Kariokę z wagonu, nie powiem, że siłą, ale takiej paniki, czy aby na pewno uda jej się wsiąść do tego samego pociągu, to ja nie widziałam. Moje słowo nie wystarczyło, ale cóż, panowie od przekulowywania pociągu potwierdzili co powiedziałam. Przeszłyśmy się na docelowy peron.
Takie gadanie to nie gadanie, za mało czasu, nawet żeby się rozkręcić. Ale mogłam ją w końcu uściskać, bo w zeszłym roku nie wyszło. I zobaczyć na żywo. Teraz niecierpliwie czekam na powrót i drugie spotkanie.
Bardzo niecierpliwie.
Tak więc same plusy!
*więc pewnie nie było widać, hihi
**taki żarcik, bo za chinyludowe nie schyliłabym się dzisiaj, żeby umyć głowę.
Na dziś:
Madonna - Rain
Można wiele zarzucić Madonnie, ale mam to w nosie. Jest w mym muzycznym sercu kawałek miejsca dla niej.
niedziela, 1 września 2013
[213] W przelocie
Co tu napisać..
Może to, że Kudłata postanowiła się zbuntować. Tylko ciekawa jestem po co.
Nienawidzę się kłócić, ale nie zamierzam odpuścić.
Będzie co ma być.
Napiszę jeszcze, że ostatni raz tak mnie korzonki bolały 16 lat temu. Nie mogłam siedzieć, leżeć, chodzić, stać. Teraz też nie mogę. Boli mnie wszystko od pasa w dół. Żadne prochy nie działają, ale jutro rano doturlam się do lekarza, jeszcze przed rozpoczęciem roku szkolnego. Niech coś poradzi.
Ale są też pozytywy.
Jutro spotkam kogoś, kto jest ważny dla mnie bardzo. Mamy jakieś 15 minut w przelocie. Jak zwykle będę przed czasem, żeby się nie spóźnić. Ciekawe ile uda nam się powiedzieć.
I jeszcze mam jedno ogromne DZIĘKUJĘ.
Na muzykę nie mam dziś siły.
Może to, że Kudłata postanowiła się zbuntować. Tylko ciekawa jestem po co.
Nienawidzę się kłócić, ale nie zamierzam odpuścić.
Będzie co ma być.
Napiszę jeszcze, że ostatni raz tak mnie korzonki bolały 16 lat temu. Nie mogłam siedzieć, leżeć, chodzić, stać. Teraz też nie mogę. Boli mnie wszystko od pasa w dół. Żadne prochy nie działają, ale jutro rano doturlam się do lekarza, jeszcze przed rozpoczęciem roku szkolnego. Niech coś poradzi.
Ale są też pozytywy.
Jutro spotkam kogoś, kto jest ważny dla mnie bardzo. Mamy jakieś 15 minut w przelocie. Jak zwykle będę przed czasem, żeby się nie spóźnić. Ciekawe ile uda nam się powiedzieć.
I jeszcze mam jedno ogromne DZIĘKUJĘ.
Na muzykę nie mam dziś siły.
sobota, 24 sierpnia 2013
[212] Na kolana
Nie wiem co napisać.
Z jednej strony jest świetnie. Wiecie jak to jest, kiedy plan jest już na samym końcu, kiedy już już ma wejść w życie, kiedy wszystko zaczyna się układać i już za chwilę zacznie się spełniać i nagle..
Z drugiej strony jest dupa. Przymusowa zmiana planów. Odroczenie w czasie wykonania planu. I wszystko zaczyna się kawałeczek po kawałeczku walić. Odpada najpierw jedna myśl, potem kolejna. Potem następuje reorganizacja planu, zmiany, wymyślanie od nowa.
A tak niewiele trzeba było.
Ale nie można przewidzieć wszystkiego.
I tak odroczenie trwa, mam nadzieję, że potrwa krótko, plany, cóż, na razie na półkę do kartonu nazwanego: na przyszłość.
Zacznę chyba wierzyć mojej matce, że mamy pecha, albo ciąży nad nami jakaś klątwa. Bo to przecież nie jest normalne, że człowiek ledwie dźwiga się na nogi, widzi to światełko, ma nadzieję, a tu nagle z krzywym uśmieszkiem życie przypieprza po kolanach. Wtedy znów pytam siebie: dlaczego...
Kurka, jak czasem jest ciężko walczyć.
Na dziś:
Three Days Grace - Pain
Z jednej strony jest świetnie. Wiecie jak to jest, kiedy plan jest już na samym końcu, kiedy już już ma wejść w życie, kiedy wszystko zaczyna się układać i już za chwilę zacznie się spełniać i nagle..
Z drugiej strony jest dupa. Przymusowa zmiana planów. Odroczenie w czasie wykonania planu. I wszystko zaczyna się kawałeczek po kawałeczku walić. Odpada najpierw jedna myśl, potem kolejna. Potem następuje reorganizacja planu, zmiany, wymyślanie od nowa.
A tak niewiele trzeba było.
Ale nie można przewidzieć wszystkiego.
I tak odroczenie trwa, mam nadzieję, że potrwa krótko, plany, cóż, na razie na półkę do kartonu nazwanego: na przyszłość.
Zacznę chyba wierzyć mojej matce, że mamy pecha, albo ciąży nad nami jakaś klątwa. Bo to przecież nie jest normalne, że człowiek ledwie dźwiga się na nogi, widzi to światełko, ma nadzieję, a tu nagle z krzywym uśmieszkiem życie przypieprza po kolanach. Wtedy znów pytam siebie: dlaczego...
Kurka, jak czasem jest ciężko walczyć.
Na dziś:
Three Days Grace - Pain
sobota, 17 sierpnia 2013
[211] Rewia. Rozrywki.
Żeby nie było tylko tak filozoficznie, powiem Wam, co ostatnio mnie napadło.
Wiadomo jak jest. Inwencja twórcza może przyjść znienacka. Nienacek jaki jest, każdy wie. Raz jest taki, co spokoju nie daje i pcha się drzwiami i oknami, uszami, oczami, nosem i żąda wykorzystania. A nie, to inwencja żąda. Nienacek tylko determinuje kiedy.
W każdym razie raz inwencja jest, raz nie ma. Co prawda na brak zajęć to narzekać nie mogę, kończę kilka projektów, inne gdzieś tam się wymyślają.
Czasem jednak gdzieś tam chce się czegoś innego. Czasem nawet nie wie się, że się chce, dopóki ktoś nie wspomni o tym.
I tak sobie siedziałam i pisałam z Frycią naszą kochaną. I padło słowo klucz.
Wyszło na to, że mamy wspólną pasję. I podobne zwyczaje w tej kwestii. I troszkę nawet historię. Wymyśliłam, że zrobimy to razem. Zsynchronizujemy zegarki i tak dalej... Znaczy zakupimy to samo i będziemy działać.
Dzisiaj nastąpił moment realizacji pomysłu. Pobiegłam do sklepu w poszukiwaniu niezbędnych rzeczy. Kilka smsów i zaczęło się. Na początku powstrzymywałam się bardzo. Bo może trzeba było czas start, żeby było kto pierwszy. Ale w sumie każda z nas inaczej funkcjonuje. To, że ja rzucę wszystko i zrobię to migiem (oczywiście pod warunkiem, że czegoś starsza dziatwa nie chce ode mnie, bo młodszej nie ma, albo nie zaburczy w brzuchu, albo nie znajdą się jakieś inne rzeczy - przeszkadzajki) nie znaczy, że ona też. W każdym razie ruszyłam z kopyta. Poczułam zew, wyzwanie, rywalizację. Znów odezwało się to uczucie.
I tak stało się. Po długiej przerwie zaczęłam rozwiązywać krzyżówki....
Nie wiem, gdzie już jest Frytka, ale tylko skończę pisać, lecę rozwiązywać następne.
Znów łapię się na tym, że odgaduję hasło w połowie czytania określenia. Kiedyś, na jednych wakacjach, była nas grupa. Ja byłam najmłodsza. Zabrali się wszyscy do wspólnego rozwiązywania krzyżówek. Chłopak, który czytał określenia nie nadążał kończyć, bo ja już podawałam odpowiedzi. Nie chcielibyście widzieć jak ekipa na mnie patrzyła. Na to odezwał się mój przyszły mąż: zapomniałem wam powiedzieć, że ona jest w tym bardzo dobra. I tak się skończyło rozwiązywanie. Jeszcze później testowali moją wiedzę, ale więcej w mojej obecności nikt nie łapał za krzyżówki.
Innym razem, jechałam z pracy tramwajem. Stałam nad jakimś gościem. rozwiązywał moje ulubione krzyżówki. Kusiło mnie przez pół drogi, żeby mu podpowiedzieć, ale opamiętałam się.
Tak więc zostawiam Was samych, ja chwilowo oddam się trenowaniu mózgu i grzebaniu w pamięci.
Na dziś:
The Cult - Rain
piątek, 16 sierpnia 2013
[210] Dziękuję
Mam nie marudzić. To nie będę. Mam się nie odwdzięczać. Hmmm....
Ale nikt nie zabroni mi napisać jak bardzo Wam dziękuję.
Nie powiem komu, bo Wy wiecie, że piszę o Was.
Zjawiacie się ostatnio bez pytania i niespodziewanie. A jednocześnie w momencie, w którym najbardziej tego potrzebuję.
Dziękuję. Po stokroć.
Ale nikt nie zabroni mi napisać jak bardzo Wam dziękuję.
Nie powiem komu, bo Wy wiecie, że piszę o Was.
Zjawiacie się ostatnio bez pytania i niespodziewanie. A jednocześnie w momencie, w którym najbardziej tego potrzebuję.
Dziękuję. Po stokroć.
czwartek, 15 sierpnia 2013
[209] Kiedyś. Może.
Krótko.
Popłakałam się.
Bynajmniej nie ze śmiechu.
Meryl Streep i Tommy Lee Jones.
"Dwoje do poprawki".
Ku przestrodze. A może na zapas.
Jak wiele można osiągnąć, jeśli tylko się chce. I wcale nie o główny temat filmu chodzi.
Rozmawiać, rozmawiać, rozmawiać. Wciąż. Zawsze. O wszystkim. Pokonać strach, zażenowanie, tabu, siebie.
Jeśli nie teraz to kiedy? Jeśli ufać, to dlaczego nie zawsze? Nie da się zbudować czegoś na niedopowiedzeniach. Nie może starać się tylko jedna strona, bo kiedyś w końcu powie dość. Ja powiedziałam.
Jak bardzo boli, kiedy jest już za późno.
Następnym razem.
Może.
Kiedyś.
Na dziś:
Annie Lennox - Why
Popłakałam się.
Bynajmniej nie ze śmiechu.
Meryl Streep i Tommy Lee Jones.
"Dwoje do poprawki".
Ku przestrodze. A może na zapas.
Jak wiele można osiągnąć, jeśli tylko się chce. I wcale nie o główny temat filmu chodzi.
Rozmawiać, rozmawiać, rozmawiać. Wciąż. Zawsze. O wszystkim. Pokonać strach, zażenowanie, tabu, siebie.
Jeśli nie teraz to kiedy? Jeśli ufać, to dlaczego nie zawsze? Nie da się zbudować czegoś na niedopowiedzeniach. Nie może starać się tylko jedna strona, bo kiedyś w końcu powie dość. Ja powiedziałam.
Jak bardzo boli, kiedy jest już za późno.
Następnym razem.
Może.
Kiedyś.
Na dziś:
Annie Lennox - Why
wtorek, 13 sierpnia 2013
[208] OSTRZEŻENIE!!!
Jak Wam przyjdzie do głowy włączyć skype'a, to dwa razy zastanówcie się, czy od razu się nie ukryć. Bo grasuje tam taka jedna, co niby na chwilkę, niby dwa zdania, potem okazuje się, że "tak się trudno rozstać". Pożegnań było z pięć, jeśli nie więcej. Dobrze, że tym razem nie płakała :)))
Buziaki kochana Emko :))) Do następnego :D
A ja już zdrowa, aspiryna, ten cud farmaceutyczny sam działa cuda. Żyję, funkcjonuję, nawet pracowałam dzisiaj od 9 do 18.30, jak mała lokomotywka.
Jutro bardziej luźno.
A teraz idę się zrelaksować.
Na dziś:
Skillet - Hero
Buziaki kochana Emko :))) Do następnego :D
A ja już zdrowa, aspiryna, ten cud farmaceutyczny sam działa cuda. Żyję, funkcjonuję, nawet pracowałam dzisiaj od 9 do 18.30, jak mała lokomotywka.
Jutro bardziej luźno.
A teraz idę się zrelaksować.
Na dziś:
Skillet - Hero
poniedziałek, 12 sierpnia 2013
[207] Czołg
mnie dzisiaj przejechał.
Przewiało mnie. Zaczęło się od rana, umyłam głowę. Poszłam popracować. Potem poczta, zakupy. Zachmurzyło się, ale było ciepło. No i wiało...
Już wracając do domu, poczułam się fatalnie. Właśnie jak czołgista, którego przejechał czołg. Słabe nogi, mięśnie z takim ciepłym bólem, głowa, gardło. Weszłam do domu, usiadłam i skończyło się to dobre. Potem spróbowałam pospać, ale zimno mi było, zaczęłam się trząść jak galaretka. Wstałam więc ostrożnie, podreptałam do szafy w poszukiwaniu skarpet i swetra. Ponieważ siły przeznaczone na dotarcie do szafy i powrót zaczęły się wyczerpywać, wzięłam dwie pierwsze znalezione skarpety. Co z tego, że są w różnych kolorach. Ciepłe frotki. Sweter zimowy, który przypadkiem był na wysokości mojego wzroku. Opatuliłam się, przyjaciółka aspiryna poszła w ruch i pyralgin, bo mięśnie jednak niebezpiecznie grypowo bolały. Wymieniłam kilka zdań z ludźmi w necie, uziemiłam królika, który latał swobodnie po domu i poszłam spać.
Chyba już po najgorszym.
Dziękuję za rady i pociechę. Sprawa wyglądała dość tragicznie, ale wyjaśnienie i wypowiedzenie zalegających słów, naprostowanie i wszystko jest ok. Każdy chciał dobrze, wyszło jak zwykle. Kolejna nauczka, żeby mówić i nie czekać.
Na dziś:
Three Days Grace - Home
Przewiało mnie. Zaczęło się od rana, umyłam głowę. Poszłam popracować. Potem poczta, zakupy. Zachmurzyło się, ale było ciepło. No i wiało...
Już wracając do domu, poczułam się fatalnie. Właśnie jak czołgista, którego przejechał czołg. Słabe nogi, mięśnie z takim ciepłym bólem, głowa, gardło. Weszłam do domu, usiadłam i skończyło się to dobre. Potem spróbowałam pospać, ale zimno mi było, zaczęłam się trząść jak galaretka. Wstałam więc ostrożnie, podreptałam do szafy w poszukiwaniu skarpet i swetra. Ponieważ siły przeznaczone na dotarcie do szafy i powrót zaczęły się wyczerpywać, wzięłam dwie pierwsze znalezione skarpety. Co z tego, że są w różnych kolorach. Ciepłe frotki. Sweter zimowy, który przypadkiem był na wysokości mojego wzroku. Opatuliłam się, przyjaciółka aspiryna poszła w ruch i pyralgin, bo mięśnie jednak niebezpiecznie grypowo bolały. Wymieniłam kilka zdań z ludźmi w necie, uziemiłam królika, który latał swobodnie po domu i poszłam spać.
Chyba już po najgorszym.
Dziękuję za rady i pociechę. Sprawa wyglądała dość tragicznie, ale wyjaśnienie i wypowiedzenie zalegających słów, naprostowanie i wszystko jest ok. Każdy chciał dobrze, wyszło jak zwykle. Kolejna nauczka, żeby mówić i nie czekać.
Na dziś:
Three Days Grace - Home
niedziela, 11 sierpnia 2013
[206] Są jeszcze insze
rzeczy na tym świecie, o których mi się nie śniło. A może nie rzeczy, a ludzie. Zostawmy już tych dwulicowych. Chociaż nie. To o nich własnie będzie.
Bo muszę podzielić się swym ostatnim przeżyciem. A nawet kilkoma.
Dziś skupię się na jednym, ważnym, najważniejszym, bo bardzo osobistym.
Tak jak pisałam poprzednio intuicja jest tym, czego słuchać należy. można z nią dyskutować, obrażać się i ignorować, ale należy wysłuchać swych przeczuć. Poobserwować siebie. Sprawdzić, kiedy włoski na rekach się jeżą i to wcale nie z podniecenia. Kiedy blokuje się narząd wydający dźwięki. Kiedy mówisz coś i w pół zdania wiesz, że to o pół zdania za dużo. Kiedy słowa drażnią i zaczynasz kipieć.
Kiedy czujesz, że przyjaźń przyjaźnią wcale nie jest, ale jeszcze się zastanawiasz.
Jestem cierpliwa. Ale wynika to raczej z tego, że jestem średnio asertywna. Raczej przeczekam, niż ruszę do boju od razu. Bo nie wypada, bo trzeba poczekać, bo...Przez to bo może i tracę, może i walczę mniej. Z jednej strony mam zaspokojona swoją stronę sumienia, bo nie rzucam się do gardła natychmiast, z drugiej mam twardą część ciała, w którą zbieram. I tak, walczę z tym.
Tylko czasem potrzeba kopa na zapęd. Słów, które są proste jak budowa cepa (a propos, niewiele osób wie jak zbudowany jest cep *). Takich, które nie pozwolą dłużej czekać. Mam kilka osób, które potrafią to dla mnie zrobić. Powiedzieć magiczne czary mary, które pcha mnie dalej.
Czekałam od maja na konkrety. Na jakieś ustalenie: tak i tak. Na rozmowę. Na jasną i przejrzystą sytuację. Ale doczekałam się dwóch propozycji, które zostały przeze mnie przyjęte z radością i mimo, że satysfakcjonujące, nie weszły w życie. Pomiędzy było tralalala, wszystko pięknie, ale poza moim poświęceniem nic za tym nie szło. Natomiast sprawy nagle przybrały kiepski obrót, mnie zjadał stres, intensywne myślenie co dalej. Wtedy nastąpił przełom. Dostałam tego swojego kopa, zebrałam się w sobie i rozpoczęłam konfrontację. Były podniesione głosy, stek bzdur, które usłyszałam, zasłanianie się troską i martwieniem o mnie, i ingerencja w moje życie. Powiedziałam dość. Powiedziałam czego oczekuję. A także czego nie chcę. Tak. Gdybym się nie odezwała, to dalej pracowałabym za darmo. Pracowałam 3 miesiące prawie, za darmo. Mimo, że były propozycje, skierowane do mnie, rozwiązujące sprawę.
upomniałam się o pieniądze, które zarobiłam. i o dalszy sposób rozliczania. Usłyszałam, że ona nie chce mi płacić, bo....nie będę dalej szukać pracy. Bo siądę na laurach. Bo moje pomysły nie są realizowane i ona nie wie co ja robię. Zapytałam więc czy mam zdawać jej raporty z szukania pracy? Informować, dlaczego coś nie wyszło? Oczywiście wyśmiałam ją i powiedziałam, że nie życzę sobie, żeby mnie odpytywała i dawała mi swoje dobre rady w kwestii pracy, bo nawet nie chcecie wiedzieć jakie były.
Powiedziałam też, że co ma piernik do wiatraka, za pracę należy się płaca i nie ważne, że siedzę u niej i robię, czy pracuję w kiosku z warzywami. Po czym zasłoniła się tym, że będzie jeszcze jedna rozmowa z jej mężem, który jest wkurzony. W międzyczasie nasłuchałam się jaka jestem niezastąpiona i potrzebna i że beze mnie to ona nie podejmie decyzji i inne takie. Rozmowa z mężem była rzeczowa, jasna i satysfakcjonująca. Zarobiłam. I będę zarabiać. Normalnie. Jak należy. Nie widziałam też, żeby był zły.
Tak więc kolejna lekcja życiowa: kiedy w grę wchodzą pieniądze, nie każdy umie sobie z tym poradzić. Dla mnie kolejny krok do asertywności.
O innych wydarzeniach nie napiszę. Bo to zbyt głupie jest, żeby opisywać, jak ktoś nie mając argumentów odwraca kota ogonem i umniejsza innym. Szkoda czasu na tłumaczenie.
* cep składa się z dzierżaka, bijaka i kapicy.
Na dziś:
Dire Straits - Communique
Jakby na czasie :)
Bo muszę podzielić się swym ostatnim przeżyciem. A nawet kilkoma.
Dziś skupię się na jednym, ważnym, najważniejszym, bo bardzo osobistym.
Tak jak pisałam poprzednio intuicja jest tym, czego słuchać należy. można z nią dyskutować, obrażać się i ignorować, ale należy wysłuchać swych przeczuć. Poobserwować siebie. Sprawdzić, kiedy włoski na rekach się jeżą i to wcale nie z podniecenia. Kiedy blokuje się narząd wydający dźwięki. Kiedy mówisz coś i w pół zdania wiesz, że to o pół zdania za dużo. Kiedy słowa drażnią i zaczynasz kipieć.
Kiedy czujesz, że przyjaźń przyjaźnią wcale nie jest, ale jeszcze się zastanawiasz.
Jestem cierpliwa. Ale wynika to raczej z tego, że jestem średnio asertywna. Raczej przeczekam, niż ruszę do boju od razu. Bo nie wypada, bo trzeba poczekać, bo...Przez to bo może i tracę, może i walczę mniej. Z jednej strony mam zaspokojona swoją stronę sumienia, bo nie rzucam się do gardła natychmiast, z drugiej mam twardą część ciała, w którą zbieram. I tak, walczę z tym.
Tylko czasem potrzeba kopa na zapęd. Słów, które są proste jak budowa cepa (a propos, niewiele osób wie jak zbudowany jest cep *). Takich, które nie pozwolą dłużej czekać. Mam kilka osób, które potrafią to dla mnie zrobić. Powiedzieć magiczne czary mary, które pcha mnie dalej.
Czekałam od maja na konkrety. Na jakieś ustalenie: tak i tak. Na rozmowę. Na jasną i przejrzystą sytuację. Ale doczekałam się dwóch propozycji, które zostały przeze mnie przyjęte z radością i mimo, że satysfakcjonujące, nie weszły w życie. Pomiędzy było tralalala, wszystko pięknie, ale poza moim poświęceniem nic za tym nie szło. Natomiast sprawy nagle przybrały kiepski obrót, mnie zjadał stres, intensywne myślenie co dalej. Wtedy nastąpił przełom. Dostałam tego swojego kopa, zebrałam się w sobie i rozpoczęłam konfrontację. Były podniesione głosy, stek bzdur, które usłyszałam, zasłanianie się troską i martwieniem o mnie, i ingerencja w moje życie. Powiedziałam dość. Powiedziałam czego oczekuję. A także czego nie chcę. Tak. Gdybym się nie odezwała, to dalej pracowałabym za darmo. Pracowałam 3 miesiące prawie, za darmo. Mimo, że były propozycje, skierowane do mnie, rozwiązujące sprawę.
upomniałam się o pieniądze, które zarobiłam. i o dalszy sposób rozliczania. Usłyszałam, że ona nie chce mi płacić, bo....nie będę dalej szukać pracy. Bo siądę na laurach. Bo moje pomysły nie są realizowane i ona nie wie co ja robię. Zapytałam więc czy mam zdawać jej raporty z szukania pracy? Informować, dlaczego coś nie wyszło? Oczywiście wyśmiałam ją i powiedziałam, że nie życzę sobie, żeby mnie odpytywała i dawała mi swoje dobre rady w kwestii pracy, bo nawet nie chcecie wiedzieć jakie były.
Powiedziałam też, że co ma piernik do wiatraka, za pracę należy się płaca i nie ważne, że siedzę u niej i robię, czy pracuję w kiosku z warzywami. Po czym zasłoniła się tym, że będzie jeszcze jedna rozmowa z jej mężem, który jest wkurzony. W międzyczasie nasłuchałam się jaka jestem niezastąpiona i potrzebna i że beze mnie to ona nie podejmie decyzji i inne takie. Rozmowa z mężem była rzeczowa, jasna i satysfakcjonująca. Zarobiłam. I będę zarabiać. Normalnie. Jak należy. Nie widziałam też, żeby był zły.
Tak więc kolejna lekcja życiowa: kiedy w grę wchodzą pieniądze, nie każdy umie sobie z tym poradzić. Dla mnie kolejny krok do asertywności.
O innych wydarzeniach nie napiszę. Bo to zbyt głupie jest, żeby opisywać, jak ktoś nie mając argumentów odwraca kota ogonem i umniejsza innym. Szkoda czasu na tłumaczenie.
* cep składa się z dzierżaka, bijaka i kapicy.
Na dziś:
Dire Straits - Communique
Jakby na czasie :)
sobota, 3 sierpnia 2013
[205] Są na świecie rzeczy
które zwyczajnie trudno opisać. Po prostu czuje się je przez skórę, gdzieś z tyłu głowy, odbiera na granicy myśli.
Często powtarzam mojemu synowi, kiedy słyszę, że czegoś nie umie, albo mu nie wychodzi, że jeśli nie będzie próbował, to się nie nauczy. Że każda próba to postęp. Że za każdym razem nauczy się więcej. Tak samo mam ja. Próbuję różnych rzeczy, których potencjalnie nie potrafię, nastawiam się do tego "naukowo" i "doświadczeniowo". Nigdy nie myślę, że to nie dla mnie i że się nie uda. No dobrze, tylko, że nie o tym chciałam napisać. Jedyne co łączy te dwie sprawy jest częstotliwość.
Lubię wracać do spraw, które mnie nurtują. Rozmyślać, trawić i wyciągać wnioski. Szperać, grzebać, wynajdywać rozwiązania i szukać drobiazgów. Nie umiem powiedzieć, że czegoś nie lubię bez spróbowania. Tak jest ze wszystkim. Jeśli powiem, że nie lubię, to tylko przykład, muzyki poważnej, to jest to poparte wieloma próbami zrozumienia dlaczego jej nie lubię. Nie lubię poparte jest moim doświadczeniem. Próbą, którą wykonałam. Tak samo jest z lubię to. Mogę powiedzieć, że lubię od razu. Bo tak często jest. Widzę coś co mi się podoba i mówię, że to lubię. Wysłucham jednego utworu zespołu, który poleci mi Kudłata i też mówię, że lubię. Lubię wiele rzeczy od razu. Intuicja. Albo podobieństwo do już lubianych rzeczy.
Ale najbardziej lubię rzeczy, do lubienia których podchodzę stopniowo. To jest tak jak z książką. Otwieram pierwszą stronę i jeszcze nie wiem, czy wciągnie mnie jak wir w swój klimat. Przekonuję się o tym dopiero pięć, dziesięć, dwadzieścia stron później. Czasem wcale. Czasem czytam ją z rozpędu, czekając na to coś. Tak samo jest z muzyką. Słucham wielokrotnie. I jeśli jest w niej coś, co powoduje, że zasypiam nucąc jakiś fragment, albo kiedy się budzę słyszę w głowie melodię, to znaczy, że to jest to. I kiedy słucham po raz kolejny danej płyty, wychwytuję wszystko co w niej gra. Stopniowo, sukcesywnie odkrywa przede mną swoje tajemnice. Aż w końcu zaczynam siedzieć w środku, otoczona dźwiękami.
To jest dla mnie prawdziwe dojście do sedna. Wtedy, kiedy odbieram emocje z drżenia głosu, z rytmu, z dźwięku gitary. Wtedy jest pełnia. Wszystko do siebie pasuje i każdy element jest niezbędny.
Mnie niezmiernie zaskakuje to zjawisko.
Ale nie tylko z muzyką, czy książkami, tak mam. Mam tak z ludźmi. Owszem, niektórych na wstępie skreślam, zupełnie irracjonalnie. Podświadomie blokuję się na niektóre osoby. Jest w nich coś, co powoduje, że nie potrafię się przełamać, otworzyć. I najczęściej intuicja mnie nie zawodzi. Owszem, jak w powyższych przykładach - próbuję. Rozmawiam. Słucham. Obserwuję. Obserwacja i wyciąganie wniosków szczególnie ma miejsce w internecie. Między słowami można tyle wyczytać. A jak się poskłada całe rozsypane puzzle, obraz nie zawsze jest taki, jak chciałaby dana osoba, aby był widziany. Wtedy niezmiernie mnie dziwi, po co ludzie kreują drugą osobowość. Po co udają, że są zupełnie inni, niż naprawdę. Dziwi mnie to i nie przestanie. A najbardziej dziwi mnie to, że nie zdają sobie sprawy, że tak łatwo zdemaskować oszustwo. Zupełnie natomiast nie rozumiem, jak te osoby potrafią trzymać rękę na pulsie i ciągnąć dwa równoległe światy. Ten prawdziwy i ten fałszywy. Pilnować faktów, uważać na to co komu się komentuje, co się mówi, pisze. Nie wiem, czy to czasem nie podnoszenie sztucznie swojego poczucia wartości. Pytanie jest tylko takie: po co? Skoro życie w necie jest tylko wirtualne i nie przekłada się na realne, to co daje takie sztuczne podniesienie swojej wartości? Bo przecież świat realny nic o tym nie wie. Dziwi mnie to. Bo to nie jest tylko ukrycie imienia i nazwiska, ale udawanie kogoś, kim się nawet w cząstce nie jest. Chyba tylko w marzeniach.
Ale są też takie osoby, że im dłużej je znam, im więcej słów między nami padnie, tym bardziej czuję, że to jest właśnie taka osoba, która uzupełnia mnie. Daje mi poczucie, że nie jestem sama i wiem, że mogę liczyć na potrzebną rozmowę, milczenie, opieprz i wsparcie. I to nie jest tak, że idealnie zgadzamy się co do słowa. Wcale nie. Ale jest taka sama pełnia. Po rozmowie jestem jeszcze bardziej przekonana, że wszystko jest na swoim miejscu. I Wy wiecie, że mówię o Was właśnie.
A dziś muzyka, o której pisałam wyżej.
Na dziś:
Dawid Podsiadło - Bridge
Najseksowniejszy głos tego roku. I nie tylko.
Często powtarzam mojemu synowi, kiedy słyszę, że czegoś nie umie, albo mu nie wychodzi, że jeśli nie będzie próbował, to się nie nauczy. Że każda próba to postęp. Że za każdym razem nauczy się więcej. Tak samo mam ja. Próbuję różnych rzeczy, których potencjalnie nie potrafię, nastawiam się do tego "naukowo" i "doświadczeniowo". Nigdy nie myślę, że to nie dla mnie i że się nie uda. No dobrze, tylko, że nie o tym chciałam napisać. Jedyne co łączy te dwie sprawy jest częstotliwość.
Lubię wracać do spraw, które mnie nurtują. Rozmyślać, trawić i wyciągać wnioski. Szperać, grzebać, wynajdywać rozwiązania i szukać drobiazgów. Nie umiem powiedzieć, że czegoś nie lubię bez spróbowania. Tak jest ze wszystkim. Jeśli powiem, że nie lubię, to tylko przykład, muzyki poważnej, to jest to poparte wieloma próbami zrozumienia dlaczego jej nie lubię. Nie lubię poparte jest moim doświadczeniem. Próbą, którą wykonałam. Tak samo jest z lubię to. Mogę powiedzieć, że lubię od razu. Bo tak często jest. Widzę coś co mi się podoba i mówię, że to lubię. Wysłucham jednego utworu zespołu, który poleci mi Kudłata i też mówię, że lubię. Lubię wiele rzeczy od razu. Intuicja. Albo podobieństwo do już lubianych rzeczy.
Ale najbardziej lubię rzeczy, do lubienia których podchodzę stopniowo. To jest tak jak z książką. Otwieram pierwszą stronę i jeszcze nie wiem, czy wciągnie mnie jak wir w swój klimat. Przekonuję się o tym dopiero pięć, dziesięć, dwadzieścia stron później. Czasem wcale. Czasem czytam ją z rozpędu, czekając na to coś. Tak samo jest z muzyką. Słucham wielokrotnie. I jeśli jest w niej coś, co powoduje, że zasypiam nucąc jakiś fragment, albo kiedy się budzę słyszę w głowie melodię, to znaczy, że to jest to. I kiedy słucham po raz kolejny danej płyty, wychwytuję wszystko co w niej gra. Stopniowo, sukcesywnie odkrywa przede mną swoje tajemnice. Aż w końcu zaczynam siedzieć w środku, otoczona dźwiękami.
To jest dla mnie prawdziwe dojście do sedna. Wtedy, kiedy odbieram emocje z drżenia głosu, z rytmu, z dźwięku gitary. Wtedy jest pełnia. Wszystko do siebie pasuje i każdy element jest niezbędny.
Mnie niezmiernie zaskakuje to zjawisko.
Ale nie tylko z muzyką, czy książkami, tak mam. Mam tak z ludźmi. Owszem, niektórych na wstępie skreślam, zupełnie irracjonalnie. Podświadomie blokuję się na niektóre osoby. Jest w nich coś, co powoduje, że nie potrafię się przełamać, otworzyć. I najczęściej intuicja mnie nie zawodzi. Owszem, jak w powyższych przykładach - próbuję. Rozmawiam. Słucham. Obserwuję. Obserwacja i wyciąganie wniosków szczególnie ma miejsce w internecie. Między słowami można tyle wyczytać. A jak się poskłada całe rozsypane puzzle, obraz nie zawsze jest taki, jak chciałaby dana osoba, aby był widziany. Wtedy niezmiernie mnie dziwi, po co ludzie kreują drugą osobowość. Po co udają, że są zupełnie inni, niż naprawdę. Dziwi mnie to i nie przestanie. A najbardziej dziwi mnie to, że nie zdają sobie sprawy, że tak łatwo zdemaskować oszustwo. Zupełnie natomiast nie rozumiem, jak te osoby potrafią trzymać rękę na pulsie i ciągnąć dwa równoległe światy. Ten prawdziwy i ten fałszywy. Pilnować faktów, uważać na to co komu się komentuje, co się mówi, pisze. Nie wiem, czy to czasem nie podnoszenie sztucznie swojego poczucia wartości. Pytanie jest tylko takie: po co? Skoro życie w necie jest tylko wirtualne i nie przekłada się na realne, to co daje takie sztuczne podniesienie swojej wartości? Bo przecież świat realny nic o tym nie wie. Dziwi mnie to. Bo to nie jest tylko ukrycie imienia i nazwiska, ale udawanie kogoś, kim się nawet w cząstce nie jest. Chyba tylko w marzeniach.
Ale są też takie osoby, że im dłużej je znam, im więcej słów między nami padnie, tym bardziej czuję, że to jest właśnie taka osoba, która uzupełnia mnie. Daje mi poczucie, że nie jestem sama i wiem, że mogę liczyć na potrzebną rozmowę, milczenie, opieprz i wsparcie. I to nie jest tak, że idealnie zgadzamy się co do słowa. Wcale nie. Ale jest taka sama pełnia. Po rozmowie jestem jeszcze bardziej przekonana, że wszystko jest na swoim miejscu. I Wy wiecie, że mówię o Was właśnie.
A dziś muzyka, o której pisałam wyżej.
Na dziś:
Dawid Podsiadło - Bridge
Najseksowniejszy głos tego roku. I nie tylko.
czwartek, 1 sierpnia 2013
[204] Cierpliwość granice swoje ma
Rzecz zaczęła się dziać dwa dni temu. Nie jestem jakoś wyczulona na dźwięki, rozumiem remonty, nawet takie po 22.00, bo wiadomo, nie zawsze zdąży się z czymś przed tą godziną. Ale dwa dni temu mój słuch został wystawiony na próbę. Zastanawiałam się nad pójściem do specjalisty, bo odczuwałam to jako zwidy. Słuchowe.
Otóż dwa dni temu, w dzień rozpoczęło się wielkie sprzątanie piętro wyżej, nad nami. Nie wzbudziło to moich podejrzeń, bo wiadomo, wyrzuci się wszystko z szafy, ogarnie, trzeba odkurzyć. Potem wyrzuci się z drugiej szafy i też trzeba po sprzątaniu odkurzyć. Sprzątnie się biurko - odkurzanie. Kanapa - odkurzanie. Regał - tak samo. I tak z częstotliwością co 15-20 minut włączany był odkurzacz przez cały dzień. Zaznaczam, że pokój nade mną jest mały, jakieś 2x4m.
W zdumienie wprawiło mnie jednak, że usłyszałam odkurzacz o godzinie 00.00 i 20 minut po też. I 40 minut po również. I tak co najmniej do 2.30, bo potem zasnęłam, więc nie wiem. Śmiałyśmy się z Kudłatą, bo co rusz tam spadało coś na podłogę. Wtedy to jeszcze było śmieszne...Oczywiście tłumaczyłam to sobie jakoś. Ale Jakoś mi się skończyło wczoraj.
Odkurzanie trwało cały dzień. W tym samym miejscu. Od 18 do 00 była przerwa. Dokładnie o 00.02 spojrzałam na zegarek i....
Tak. Usłyszałam odkurzacz. W tym samym miejscu. Plus takie samo stukanie.
Wytrzymałam do 1.00 I poszłam zakłócić ciszę nocną.
Otworzyło mi dziewczę, ciut starsze od Kudłatej, z obłędem w oczach. Autentycznie. Wyglądała jak naćpana. Przypomniało mi się, że ludzie mówią, że ma coś z głową. Nie wnikam, nie widziałam karty, aczkolwiek zachowanie dziewoi na widok sąsiadów odbiega znacząco od normy. Nie wdając się w dyskusje powiedziałam, że godzina 1 w nocy nie jest dobrym czasem na odkurzanie, bo jest cisza nocna i poprosiłam, żeby przestała. Kiwnęła głową i zamknęła drzwi. Sprzątanie jednak trwało nadal, tym razem bez odkurzacza, natomiast dziewczyna zaczęła stukać w podłogę... Odpuknęła jej Kudłata miotłą. Na chwilę ucichło.
Ale coś czuję, że to nie jest koniec.
Natomiast zastanawia mnie beztroska rodziców. Zostawili ją samą i wyjechali. Nie omieszkam zagadnąć mamusi, jak tylko ją zobaczę.
Znów słychać stukanie....
Z wieści innych, nie jedziemy na Woodstock. Siła wyższa. :(
Na dziś:
Zielone Żabki - Kultura
Otóż dwa dni temu, w dzień rozpoczęło się wielkie sprzątanie piętro wyżej, nad nami. Nie wzbudziło to moich podejrzeń, bo wiadomo, wyrzuci się wszystko z szafy, ogarnie, trzeba odkurzyć. Potem wyrzuci się z drugiej szafy i też trzeba po sprzątaniu odkurzyć. Sprzątnie się biurko - odkurzanie. Kanapa - odkurzanie. Regał - tak samo. I tak z częstotliwością co 15-20 minut włączany był odkurzacz przez cały dzień. Zaznaczam, że pokój nade mną jest mały, jakieś 2x4m.
W zdumienie wprawiło mnie jednak, że usłyszałam odkurzacz o godzinie 00.00 i 20 minut po też. I 40 minut po również. I tak co najmniej do 2.30, bo potem zasnęłam, więc nie wiem. Śmiałyśmy się z Kudłatą, bo co rusz tam spadało coś na podłogę. Wtedy to jeszcze było śmieszne...Oczywiście tłumaczyłam to sobie jakoś. Ale Jakoś mi się skończyło wczoraj.
Odkurzanie trwało cały dzień. W tym samym miejscu. Od 18 do 00 była przerwa. Dokładnie o 00.02 spojrzałam na zegarek i....
Tak. Usłyszałam odkurzacz. W tym samym miejscu. Plus takie samo stukanie.
Wytrzymałam do 1.00 I poszłam zakłócić ciszę nocną.
Otworzyło mi dziewczę, ciut starsze od Kudłatej, z obłędem w oczach. Autentycznie. Wyglądała jak naćpana. Przypomniało mi się, że ludzie mówią, że ma coś z głową. Nie wnikam, nie widziałam karty, aczkolwiek zachowanie dziewoi na widok sąsiadów odbiega znacząco od normy. Nie wdając się w dyskusje powiedziałam, że godzina 1 w nocy nie jest dobrym czasem na odkurzanie, bo jest cisza nocna i poprosiłam, żeby przestała. Kiwnęła głową i zamknęła drzwi. Sprzątanie jednak trwało nadal, tym razem bez odkurzacza, natomiast dziewczyna zaczęła stukać w podłogę... Odpuknęła jej Kudłata miotłą. Na chwilę ucichło.
Ale coś czuję, że to nie jest koniec.
Natomiast zastanawia mnie beztroska rodziców. Zostawili ją samą i wyjechali. Nie omieszkam zagadnąć mamusi, jak tylko ją zobaczę.
Znów słychać stukanie....
Z wieści innych, nie jedziemy na Woodstock. Siła wyższa. :(
Na dziś:
Zielone Żabki - Kultura
niedziela, 28 lipca 2013
[203] Sezon fiołkowo - ogórkowy
Tak, nudą wieje.
Poza pewnymi rozdźwiękami, które niosą niesmak i konsternację. Bo kolejny raz potwierdza się stara prawda, którą znam z podstawówki, od mojej wychowawczyni z klas 1-3. Kochajmy się jak bracia, liczmy się jak Żydzi. Coś w tym jest. I jest też w tym, że tam, gdzie w grę wchodzą pieniądze, przyjaźń usuwa się w cień. Jestem trochę rozgoryczona, trochę mi z tym źle, i tak naprawdę nie wiem co o tym myśleć.
W każdym razie jedno jest pewne: ten co ma nie rozumie tego co nie ma.
Ale o sezonie być miało.
Nadszedł czas, kiedy należało rozsadzić moje fiołki. Pamiętacie te w doniczkach z kartoników po mleku?
Teraz wyglądają tak:
Jak widać szczepki są różnej wielkości. Bo różnie się rozwijały. Byłoby ich więcej o jakieś 3-4, ale nie udało mi się tak ich rozdzielić, żeby miały korzenie. Czternaście w zupełności wystarczy. Zastanawiam się co z nimi zrobię...
Jest taki upał, że pocę się przy czytaniu książki, więc wybaczcie, bo nie chce mi nic. Oddalam się na z góry upatrzoną pozycję, żeby przeczekać to okropne, upalne lato. Z utęsknieniem czekam na chłodne noce w sierpniu i na jesienny chłód, którym wtedy wieje...
Na dziś:
Farben Lehre - Spodnie z GSu
To tak w ramach przygotowania do tegorocznego Woodstock'u. :)
oraz zabieramy:
Poza pewnymi rozdźwiękami, które niosą niesmak i konsternację. Bo kolejny raz potwierdza się stara prawda, którą znam z podstawówki, od mojej wychowawczyni z klas 1-3. Kochajmy się jak bracia, liczmy się jak Żydzi. Coś w tym jest. I jest też w tym, że tam, gdzie w grę wchodzą pieniądze, przyjaźń usuwa się w cień. Jestem trochę rozgoryczona, trochę mi z tym źle, i tak naprawdę nie wiem co o tym myśleć.
W każdym razie jedno jest pewne: ten co ma nie rozumie tego co nie ma.
Ale o sezonie być miało.
Nadszedł czas, kiedy należało rozsadzić moje fiołki. Pamiętacie te w doniczkach z kartoników po mleku?
Teraz wyglądają tak:
Jak widać szczepki są różnej wielkości. Bo różnie się rozwijały. Byłoby ich więcej o jakieś 3-4, ale nie udało mi się tak ich rozdzielić, żeby miały korzenie. Czternaście w zupełności wystarczy. Zastanawiam się co z nimi zrobię...
Jest taki upał, że pocę się przy czytaniu książki, więc wybaczcie, bo nie chce mi nic. Oddalam się na z góry upatrzoną pozycję, żeby przeczekać to okropne, upalne lato. Z utęsknieniem czekam na chłodne noce w sierpniu i na jesienny chłód, którym wtedy wieje...
Na dziś:
Farben Lehre - Spodnie z GSu
To tak w ramach przygotowania do tegorocznego Woodstock'u. :)
oraz zabieramy:
środa, 24 lipca 2013
[202] Leśne opowieści
Poszliśmy do lasu. Ciągnęło mnie od kilku dni. Wymyśliłam sobie, że dobrze by było nazbierać jagód. Realizacja postanowienia miała lekkie zawirowania, ponieważ wczoraj poszliśmy zupełnie gdzie indziej. Ten spacer związany był z zupełnie innym zamierzeniem. W każdym razie plon wczorajszy był taki:
Zamurowało mnie lekko. Właściwie to stanęłam jak wryta. Znajoma mówi, że może to był chwyt marketingowy, ale jakoś nie wierzę. Miałam sprawdzić dzisiaj, ale nie po drodze mi było.
Bo droga prowadziła do lasu. Czyli w odwrotnym kierunku.
A w lesie...
Mam sposób na zbieranie jagód. A raczej kiedyś wpadłam na ten pomysł przetransportowania jagód z lasu, kiedy jechałam samochodem i nic innego nie było pod ręką, oprócz butelki. Tak więc z braku innego naczynia w domu, bo przecież nie będę chodziła z miską, zabrałam jedyną dużą butelkę i nie była to całe szczęście 5-litrowa.
Szłam więc z tą butlą, wyglądałam cokolwiek specyficznie. Ale w końcu trafiliśmy w miejsce, gdzie patrzyły na mnie granatowe oczka. Bo Młody oczywiście po drodze spotkał kolegę ze szkoły i już nie musiałam się martwić o: mama! nudzi mi się!
No to zaczęłam zbierać...
Zamurowało mnie lekko. Właściwie to stanęłam jak wryta. Znajoma mówi, że może to był chwyt marketingowy, ale jakoś nie wierzę. Miałam sprawdzić dzisiaj, ale nie po drodze mi było.
Bo droga prowadziła do lasu. Czyli w odwrotnym kierunku.
A w lesie...
Mam sposób na zbieranie jagód. A raczej kiedyś wpadłam na ten pomysł przetransportowania jagód z lasu, kiedy jechałam samochodem i nic innego nie było pod ręką, oprócz butelki. Tak więc z braku innego naczynia w domu, bo przecież nie będę chodziła z miską, zabrałam jedyną dużą butelkę i nie była to całe szczęście 5-litrowa.
Szłam więc z tą butlą, wyglądałam cokolwiek specyficznie. Ale w końcu trafiliśmy w miejsce, gdzie patrzyły na mnie granatowe oczka. Bo Młody oczywiście po drodze spotkał kolegę ze szkoły i już nie musiałam się martwić o: mama! nudzi mi się!
No to zaczęłam zbierać...
mało na krzaczkach widać. Aparatu nie zabierałam, bo nosić tego mi się nie chciało.
Ale jednak coś tam jest. Nawet udało się trochę ich posmakować:)))
Moje ulubione, ze śmietaną i cukrem.
Zbierając jagody rozmyślałam sobie o tym i o owym. Na przykład o tym, jaką magiczną była dla mnie książka Na jagody Konopnickiej. Miałam ją odkąd pamiętam. Zdaje się, że dostałam ją, gdy skończyłam 4 lata. Najpierw recytowała mi wiersz, z pamięci, moja babcia. Później, kiedy nauczyłam się czytać, czytałam, z zapartym tchem. I już zawsze, od tamtego czasu jagody są czarne, a czerwone borówki.
Myślałam też o wielu innych osobach i rzeczach.
Intuicja, magia, telepatia? Bo po powrocie rozmawiałam o tym właśnie, o czym myślałam od dłuższego czasu. I o czym niebawem napiszę, tylko pozbieram słowa.
Na dziś:
Michał Żebrowski & A.M. Jopek - Upojenie
Mistrzostwo...
Subskrybuj:
Posty (Atom)






