Tak, nudą wieje.
Poza pewnymi rozdźwiękami, które niosą niesmak i konsternację. Bo kolejny raz potwierdza się stara prawda, którą znam z podstawówki, od mojej wychowawczyni z klas 1-3. Kochajmy się jak bracia, liczmy się jak Żydzi. Coś w tym jest. I jest też w tym, że tam, gdzie w grę wchodzą pieniądze, przyjaźń usuwa się w cień. Jestem trochę rozgoryczona, trochę mi z tym źle, i tak naprawdę nie wiem co o tym myśleć.
W każdym razie jedno jest pewne: ten co ma nie rozumie tego co nie ma.
Ale o sezonie być miało.
Nadszedł czas, kiedy należało rozsadzić moje fiołki. Pamiętacie te w doniczkach z kartoników po mleku?
Teraz wyglądają tak:
Jak widać szczepki są różnej wielkości. Bo różnie się rozwijały. Byłoby ich więcej o jakieś 3-4, ale nie udało mi się tak ich rozdzielić, żeby miały korzenie. Czternaście w zupełności wystarczy. Zastanawiam się co z nimi zrobię...
Jest taki upał, że pocę się przy czytaniu książki, więc wybaczcie, bo nie chce mi nic. Oddalam się na z góry upatrzoną pozycję, żeby przeczekać to okropne, upalne lato. Z utęsknieniem czekam na chłodne noce w sierpniu i na jesienny chłód, którym wtedy wieje...
Na dziś:
Farben Lehre - Spodnie z GSu
To tak w ramach przygotowania do tegorocznego Woodstock'u. :)
Poszliśmy do lasu. Ciągnęło mnie od kilku dni. Wymyśliłam sobie, że dobrze by było nazbierać jagód. Realizacja postanowienia miała lekkie zawirowania, ponieważ wczoraj poszliśmy zupełnie gdzie indziej. Ten spacer związany był z zupełnie innym zamierzeniem. W każdym razie plon wczorajszy był taki:
Zamurowało mnie lekko. Właściwie to stanęłam jak wryta. Znajoma mówi, że może to był chwyt marketingowy, ale jakoś nie wierzę. Miałam sprawdzić dzisiaj, ale nie po drodze mi było.
Bo droga prowadziła do lasu. Czyli w odwrotnym kierunku.
A w lesie...
Mam sposób na zbieranie jagód. A raczej kiedyś wpadłam na ten pomysł przetransportowania jagód z lasu, kiedy jechałam samochodem i nic innego nie było pod ręką, oprócz butelki. Tak więc z braku innego naczynia w domu, bo przecież nie będę chodziła z miską, zabrałam jedyną dużą butelkę i nie była to całe szczęście 5-litrowa.
Szłam więc z tą butlą, wyglądałam cokolwiek specyficznie. Ale w końcu trafiliśmy w miejsce, gdzie patrzyły na mnie granatowe oczka. Bo Młody oczywiście po drodze spotkał kolegę ze szkoły i już nie musiałam się martwić o: mama! nudzi mi się!
No to zaczęłam zbierać...
mało na krzaczkach widać. Aparatu nie zabierałam, bo nosić tego mi się nie chciało.
Ale jednak coś tam jest. Nawet udało się trochę ich posmakować:)))
Moje ulubione, ze śmietaną i cukrem.
Zbierając jagody rozmyślałam sobie o tym i o owym. Na przykład o tym, jaką magiczną była dla mnie książka Na jagody Konopnickiej. Miałam ją odkąd pamiętam. Zdaje się, że dostałam ją, gdy skończyłam 4 lata. Najpierw recytowała mi wiersz, z pamięci, moja babcia. Później, kiedy nauczyłam się czytać, czytałam, z zapartym tchem. I już zawsze, od tamtego czasu jagody są czarne, a czerwone borówki.
Myślałam też o wielu innych osobach i rzeczach.
Intuicja, magia, telepatia? Bo po powrocie rozmawiałam o tym właśnie, o czym myślałam od dłuższego czasu. I o czym niebawem napiszę, tylko pozbieram słowa.
Tego jeszcze nie było! Żeby ktoś płakał, że chce już iść spać! No nie mogę!
Ale tak właśnie było. Nie dość, że przez godzinę chyba szła spać, ale jeszcze trzeba coś dopowiedzieć, to na koniec płakała, że już chce spać. Mam nadzieję, że to z żalu, hehehe. Przesyłam buziaki i czekam na więcej. Oczywiście w ramach rozsądku, żebyś nie musiała płakać więcej :D
A tak serio. O tym też mówiłyśmy, że czasem zamienisz jedno słowo z kimś i okazuje się, że właściwie to tak jakby znajomość trwała i trwała.
Lubię tak!
Wczorajszy dzień był wyjazdowy. Zwiedziliśmy sobie Zamek Krzyżacki w Toruniu, połaziliśmy po mieście, spotkaliśmy się ze znajomymi i wróciliśmy do domu.
I mimo, że dzień przywitał mnie o 4.40 paskudnym bólem głowy, takim aż do omdlenia, i mdłości, celowo nie napiszę, że to migrena, bo to zwyczajne przewianie i moje zatoki powiedziały nie, wyjazd, opóźniony, doszedł do skutku. Wystarczyły dwie pyralginy.
I było bardzo fajnie. I to pierwszy raz, ale nie ostatni. Bo zapomnieliśmy kupić sobie pierników.
Trochę tylko żal, że nie wszystko mogłam, ale mam bardzo wyrozumiałego syna, który nie naciskał.
Jednak propozycja: przenieśmy się do Torunia! Będę mógł codziennie zwiedzać Zamek!, lekko mnie wprawiła w osłupienie.
Od dzisiaj na toaletę mówimy gdanisko.
Na dziś:
Dzisiaj nie będzie muzycznie.
Dzisiaj będzie poglądowo i jakże prawdziwie.
Polecam całą serię, płakałam ze śmiechu :)))
Cóż nią nie jest, można by zapytać. Wszystko jest. Przeczytane słowo, spojrzenie, gdziekolwiek, przed siebie, za siebie, w siebie..
Co mi daje? Bardzo dużo.
Inspiruję się tym co mnie otacza, po to, żeby znaleźć to, co mi najbardziej odpowiada. Czerpię pomysły z tego co widzę, słyszę, czuję.
Lubię refleksyjno - zadumany czas. Lubię słuchać i chłonąć muzykę. Taki Dawid Podsiadło. Pisała o nim Karioka. Rozmawiałyśmy później o tym i o owym, a ja nie mogę oderwać się od tego głosu, melodii i emocji. Są takie moje.
Dziękuję Karioko.
Lubię filmy nieoczywiste. Lubię tak zwane trudne tematy. Lubię grzebać myślami w bohaterach i szukać sensu w, na pierwszy rzut oka, absurdzie.
Kiedy szumiało w naszym przyjaznym ludziom kraju na temat Pokłosia, a Maciej Stuhr mógł obawiać się o swoje, przynajmniej, zdrowie, czekałam na swoją chwilę. Na moje spotkanie z obrazem, który oburzył tak wielu. Obejrzałam ten film. I tak myślę, czy aby nie należałoby zatrudnić może tłumacza? Żeby ludzie zaczęli ogarniać co widzą? Bohater Macieja S. wycofał się przecież ze swojego dzieła. To jego brat doprowadził do ujawnienia zbrodni. Więc czyżby z oglądaniem było tak samo, jak z czytaniem ze zrozumieniem?
Ale wczoraj popłakałam sobie na filmie poleconym przez Kariokę. "Jak w niebie" z moim ulubionym szwedzkim aktorem Michaelem Nyqvistem. Lubię proste w przekazie obrazy, które dają taką różnorodność emocji i myśli.
Dziękuję Karioko.
I wiem, że zainspirujesz mnie jeszcze nie raz. Pokażesz coś, co wiem, że jest, ale nie jest łatwo do tego trafić. Ot, jak choćby ta reklama:
Bo rzeczy nie są takie, jak nam się wydaje, ale trzeba uczyć się widzieć je takimi, jakie są.
Dzisiaj było fajnie. Nie za ciepło, ale też nie deszczowo. W sam raz. Od jutra zaczynamy wędrówki i może podzielę się z Wami odrobiną wrażeń.
Na razie jeszcze przetrawiam kilka postanowień i zapisanych spraw do załatwienia.
Może w końcu trzeba przestać myśleć kategoriami usprawiedliwiania? I zacząć być zimną suką? W końcu co mi z miętkości przychodzi? Nerwy, zupełnie niepotrzebne.
Obserwując, słuchając i doświadczając doszłam do wniosku, że - uwaga uogólniam, a potem wyjaśnię - że nie potrzebuję faceta. Żadnego. Każdy jeden ma jakąś wadę.
Jeden nie umie przyjąć do wiadomości, że to koniec i próbuje udupić byłą żonę, kosztem dzieci, niestety. Ona próbuje jeszcze tak wszystko ustawić i myśleć, żeby rykoszet dzieci jednak nie dosięgnął. Ale dość. Zwyczajnie dość. Dostaną, pozbierają się szybciej. Z jakiej paki chronić dupę faceta, który ma innych w dupie?
Drugi nie umie poradzić sobie ze swoim życiem, a za błędy, kuriozalne, obarcza żonę, która zapowiedziała, że odchodzi. Klasyczne wyparcie swoich win i zrzucenie na tę, która ciągnie ten wózek od lat, a powinna pierdyknąć to wszystko dawno temu. Szukanie na siłę czegoś, co go utwierdzi w tym, że to nie on jest winny. Dręczenie psychiczne, bo to jednak boli. Ale wiara w poprawę i w obietnice, tak samo jak w pierwszym przypadku, nie pozwoliła na rzucenie tego dawno. Ale teraz jest ten czas.
Trzeci, i pewnie nie ostatni, kiedy obietnice są niespełnione, kiedy tchórzostwo i strach nie pozwalają załatwić spraw do końca. Wisi to sobie w przestrzeni i gnije. Im dalej czasowo, tym gorzej. A ja chronicznie nie lubię niezałatwionych spraw, kłamstw, że nie ma się czasu - wystarczy 5 minut, oraz udawaniania, że wszystko jest super. Nie jest. Tyle, że ja przeszłam nad tym do porządku dziennego, i zaczęło mi to zwisać, mam tylko nadzieję, że więcej tak nie trafię.
W ogóle nie trafię.
Nie chcę.
Nie potrzebuję faceta, który nie umie być partnerem.A jak na razie nie widzę w okolicy takiego, nawet zajętego, który by umiał.
Zaraz ktoś wspomni o seksie. Można bez tego żyć. Tak samo jak oduczyć się słodzić.
Może kiedyś to odszczekam. Może zakocham się na zabój i świat przesłoni mi jakiś fajny gość. Może. Tyle, że ja już nie wierzę w bajki. Nie szukam, ani księcia, ani żaby. Nie szukam. I każdy, kto znajdzie mnie, będzie miał pod górę.
Że tak powiem gniotę to od kilku dni. Od tygodnia z okładem. Zakrywałam nadzieją, ale że czytata jestem, znalazłam ustawę i padłam. Poległam. Jest przysłowiowa ch..A nie będę przeklinać. Nie dam się. Za to chyba zejdę z tej ścieżki i będę rypać to państwo jako i ono mnie rypie.
Otóż załatwiałam zasiłek rodzinny, jako że w dalszym ciągu jestem bez pracy, a każda złotówka na wagę złota, zanim się interes rozkręci, a wiadomo, że to trwa. Po pierwszym odrzuceniu było olśnienie, koleżanka podpowiedź znalazła, i spoko. Poszłam zatem złożyć wniosek i nie wiem czy już pisałam, pani w okienku przyjęła go z fochem, bo głos podniosłam, aczkolwiek dostałam pismo, w którym wzywa się mnie do uzupełnienia dochodów męża. W ustawie, którą czytałam było, że gospodarstwo domowe to faktycznie zamieszkujące ze sobą osoby i tylko ich dochody się liczą.
W nowym brzmieniu ustawy z 1.07!!!!!! jest: dochody małżeństwa - a tym ciągle jesteśmy w świetle tej ustawy, mimo, że dwa lata nie mieszkamy ze sobą, rozwodzimy się, co jest na piśmie i ja mam przyznane alimenty, więc jaki dochód męża ja się pytam?
Ale żeby było śmieszniej, według MOPS nie stanowimy rodziny, według świadczeń socjalnych tak. Obie sprawy załatwiają USTAWY. Czyli że co?
I tak państwo odmówiło mi zasiłku, bo mogłabym się wzbogacić i zaszaleć za te 200 zł miesięcznie.
Więc chyba pójdę po rozum do głowy, poszukam krętaczy, co na zasiłkach żyją i jeżdżą furami, dowiem się jak orżnąć system i będę żyć jak panisko, w luksusie! Czy ja tego chcę? Nie! Ja jestem zmuszona. I wiecie co. Przykro mi to mówić, ale zaczynam mieć w doopie skrupuły, wstyd, honor, ojczyznę i wszelkie świętości. I jeśli będę potrafiła, bo to jest ta jedyna przeszkoda, bo nie potrafię, będę kręcić, oszukiwać, kłamać, tylko po to, żeby nie zdechnąć z głodu, kiedy szanownemu jeszcze przecież małżonkowi, przyjdzie do głowy narobić mi problemów i wpłacić alimenty na swoje konto na przykład pod koniec miesiąca, bo do tego jest zdolny. Zresztą zdolny. On to robi. Co miesiąc.
To był post pod tytułem jestem bardzo zła i zdenerwowana, proszę o wyrozumiałość. Słowa niecenzuralne utkwiły mi w brzuchu i zaparzę sobie mięty. Może nie pomoże, ale przynajmniej będzie ładnie pachnieć...
Wakacyjnie będzie od jutra...
Na dziś:
Apocaliptyca feat. Brent Smith z Shinedown- Not Strong Enough
Ciekawe, że złego licho nie bierze. Zaczynam wątpić w tę teorię i uznam chyba, że to tylko takie sobie powiedzonko jest. Bez uzasadnienia w rzeczywistości. Chociaż może nie jestem taka zła jednak..
Bo jakby wzięło wczoraj. Wzięło i upierniczyło pól palca. Prawie się wykrwawiłam na śmierć.*
A było tak.
Królik jest wredny. Od kiedy okazało się, że jest facetem, a nie babą króliczą, wzmogło się jego wredoctwo. Zawsze wyrzucał z klatki różne rzeczy, ale już ostatnio przesadza nieziemsko. Normalnie rzuca kulkami na odległość, bo odkurzając znajduję je w drugim końcu pokoju. O trocinach i innych przypadłościach nie wspomnę. A także o tym, że królikowi podoba się przesuwanie klatki (rozpędza się i gwałtownie hamuje) i usiłowanie popełnienia samobójstwa poprzez spadnięcie razem z rzeczoną klatką z szafki. Tak, królik stoi na szafce, o ile nie koczuje na balkonie. Teraz właśnie koczuje, bo ciepło jest.
Tak więc wszystko przez królika.
Bo jak zwykle chciałam odkurzyć to co łaskawie wypierniczył za swe domostwo. Wziąwszy odkurzacz, zabrałam się za rozwijanie przewodu i tu nastąpił zonk. Blokada przestała działać i przewód zwijał się z powrotem. Przed oczami, a jakże!, ukazała mi się wizja rozkręcania odkurzacza, żeby naprawić zwijacz, ponieważ już kiedyś się zepsuł, więc wiem, że można. Ale jakoś plany miałam inne. Niż babranie się w odkurzaczu. Więc szarpnęłam raz. Drugi. I...tak, trzeci raz też. Tyle, że za trzecim razem zrobiłam to tak niefortunnie i z furią, że palcem przejechałam po metalowej sprzączce od klapka domowego. Wyrywając sobie kawałek skóry. Zestaw młody sanitariusz mam, więc dałam sobie radę, chociaż zbladłam, kiedy zobaczyłam, że plastra z metra nie mam, bo zużyłam na buty (o tym za chwilę) i do wyboru pozostały mi muminki, hello kitty, auta2 i jakieś ufoludki. Były też plastry na halloween. I jakbym poszperała u Kudłatej, to znalazłabym całą kolekcję innych cudów, gdyż swego czasu zbierała plasterki z obrazkami i..oklejała nimi ścianę przy łóżku. Wybrałam muminki. Młody mi współczuł, chciał oglądać ranę, może lekarzem będzie? Najgorsze, że to prawy wskazujący jest. Tak więc prawie rzecz martwa mnie załatwiła.
Ale ostatnie szarpnięcie naprawiło zwijacz. Rozkręcać nie trzeba było.
Natomiast brak plastra z metra, który zwykle mam na podorędziu spowodowany jest moją przypadłością, z której się nie wyrasta. Przynajmniej ja nie wyrastam. Otóż obcieram sobie stópki. Zanim but, kapeć, klapek ułoży się do mojej stopy, muszę albo oklejać się pro forma na zaś, albo ratuję się, jak ostatnio, po fakcie.
Bo tak, szarpnęłam się na balerinki w lidlu. Płaskie, z materiału, nie powinno być problemu. Jak dla kogo, kurna chata! Obtarłam sobie pięty tak, że wyglądały prawie jak ten ze skóry obdarty palec. Na materiale! No to jak już sobie pięty zaleczyłam, postanowiłam w domu rozchodzić obuw, co by mnie nie maltretował. Zauważyłam, że pięta jak pięta, ale boki też... No to przed wyjściem oklejałam się na piętach i z boku. I działa. Można chodzić. Do bezplastrowego chodzenia dojdzie pewnie we wrześniu, ale co tam.
Tak więc stąd brak plastra i jeno muminki mi się ostały.
Poza tym usiłuję zrobić porządek w swoich rzeczach warsztatowych. Jak na razie ułożyłam ołówki, linijki, cienkopisy, pióra i długopisy, oraz linijki, krzywiki, rapidografy, pęsety, nożyczki..
Zabawiłam się też w kopciuszka, bo oddzielałam dwa dni koraliki kolorami...Mogłam się przy tym bawić w obliczanie prawdopodobieństwa wylosowania igłą czerwonych koralików w mieszance zielonych, żółtych, niebieskich, perłowych, przezroczystych, pomarańczowych i czerwonych. W 9 na 10 losowań czerwone były albo same, albo z innym kolorem. Ciekawe, nie? Może potrenuję losowanie liczb do następnego lotka.
No dobrze, udam się teraz jednak do tego mojego warsztatu, posprzątać trzeba, bo miejsca już nie ma i zaraz znów zaanektuję stół.
Przyszła. Nadciągała od wczoraj. Straszyła i uciekała. Aż w końcu po dzisiejszym upale dała koncert. Właściwie ciągle daje. Teraz nawet pada deszcz.
A zaczęło się tak:
próba "nieruchomości" aparatu, z oczywistego braku statywu za element unieruchamiający posłużyła moja dłoń.. O próbach ustawienia aparatu nie wspomnę, bo, że tak się przyznam, zapomniałam trochę..
Ale niebo nieśmiało zaczęło bawić się ze mną w chowanego....
Tu jakiś rozbłysk w chmurach..
i tam też...
tu łaskawie pokazało gdzie błyska...
tu bardziej..
i bardziej...
aż w końcu doczekałam się prawdziwego prezentu...
I na tym, niestety!!!! skończyła się moja dzisiejsza przygoda z polowaniem na pioruny, gdyż bateria się wyładowała, w przeciwieństwie do nieba, które trzaska w chwili obecnej tak, że lepiej nie mogłabym sobie wymarzyć. Cóż, poczekam na następną, cudowną burzę. I zapoluję ponownie.
Tak jest. Wakacje. Kanapki będę pakować tylko na wycieczki. Mam zamiar zwiedzić okolicę tak porządnie. Może już rozminują do tego czasu las. Nie pamiętam, czy mówiłam, ale las jest "nieczynny" od prawie 2 miesięcy z powodu znalezienia arsenału z II wojny światowej. Jeszcze niby 2 tygodnie ma być zakaz wstępu. Co nie przeszkadza młodzieży dać się pogryźć wygłodniałemu stadu komarów, oraz w obżeraniu się poniższym..
Ogólnie jestem jakaś rozbita.
Brakuje mi zapału do pisania. Mam mnóstwo pomysłów, ale kiedy siadam do klawiatury, odechciewa mi się. Może świat realny jest tak gęsty, że odbiera chęć dzielenia się sobą. Może przyziemne sprawy przygniatają mi palce i nie chce mi się zwyczajnie pisać. Trzymam fason jeszcze, ale być może któregoś dnia rozsypię się zwyczajnie i znów będę zbierać się w całość. Dźwignę się z poziomu do pionu i znów będę jakiś czas całością. A teraz czuję pierwsze oznaki nadchodzącego. Chaos. Przeskakuję z tematu na temat. Obmyślam plan ewakuacji. Szacuję nadchodzący kataklizm. I...śmieję się z siebie, bo przecież to tylko będzie mały deszcz. Wszystko zakrywam zasłoną dymną z marzeń.
W takich chwilach najbardziej brak mi kogoś obok. Taka samotność jest okrutna. Najgorsze jest to, że była też wtedy, kiedy obok spał ten, wydawało się, jedyny. I chyba wtedy bardziej bolało, że nie mogę na nikogo liczyć. Teraz zasada umiesz liczyć - licz na siebie jest łatwiejsza do zniesienia. Prościej z tym żyć. Łatwiej znosić załamanie koniunktury. Szybciej można się podnieść.
Jak niektórym wiadomo, w piątek byłam zgrzeszyć, oglądając gołych facetów. No dobra, nie do końca gołych.
Najpierw, nadeszły obawy. Że pewnie młode laski, zgrabne, wymuskane tam będą. Że klub na poziomie, gdzie my tam. I inne idiotyczne powody, które o mały włos nie doprowadziły do rezygnacji z widowiska. Nie mojej rezygnacji. Bo poszłyśmy we dwie.
Przejdę od razu do rzeczy, bo co tu owijać w bawełnę, czy inne sztuczne skóry.
Faceci...przypakowani. Niektórzy za bardzo. Tańczą fajnie, ale niektóre momenty były niesmaczne. Nie chodzi o pruderię, ale po prostu mało finezyjne. No i...jakby to ująć. Może w barach duzi, ale nic poza tym.
I jednak taki występ może by mnie wzruszył jakieś...20 lat temu.
Tak więc po piątkowym występie, a była okazja klepnąć każdego z nich w tyłek, bo akurat stałyśmy w miejscu, gdzie tańczyli, jednak nie klepnęłam, ze zwykłej grzeczności, wyszłyśmy z klubu na ulicę, poszłyśmy na lody do Maca, bo tylko to w zasięgu wzroku otwarte było, obejrzałyśmy lampiony na tle księżyca, i wróciłyśmy do domu. A wczoraj kontynuacja szaleństw, czyli czytanie epopei narodowej w odcinkach, śmiechy chichy, wypad na tańce do klubu.
Z socjologicznego punktu widzenia rozkminiałam całą imprezkę. Bujałam się na parkiecie i patrzyłam sobie na towarzystwo. Wnioski są takie.
Na parkiecie kiwało się stado lasek. Mnie jako obserwatora nie liczę, kiwałam się w rytm, co by być w centrum. Panowie oblegali bar i się przyglądali. Niektórzy wchodząc stali na schodach i z góry lustrowali towar. Wzrokiem przenikliwym jak promienie rentgena. Śmiać mi się chciało, mówię Wam.
No i tak przeleciały lata 80, 90, jakieś współczesne miksy i nagle dedykacja...od koleżanek dla przyszłej panny młodej... Ona tańczy dla mnie. I tu nastąpiło zagęszczenie atmosfery: panowie ruszyli biegiem na przełaj, który pierwszy na parkiet. Panie, które bawiły się same znalazły się w centrum uwagi. Nie mówimy tu o obserwującej i jej koleżankach, gdyż, my tak z boczku, koleżanki lekko na fazie.
Fenomen tego przeboju mnie zaskoczył.
A ja z kumpelą zumbowiczką odtańczyłyśmy dwa przeboje w układach z zajęć, śmiejąc się przy tym do łez.
Po czym poszłyśmy szukać lepszego miejsca, które okazało się być zamknięte na cztery spusty, a po powrocie do domu jakoś towarzystwo się rozlazło spać, co też i mnie zmusiło do udania się do własnego łóżka.
Kaca nie stwierdzono.
I tak zakończył się imprezowy weekend, miasto nocą jest fajne, ładne, kolorowe, i stwierdziłyśmy, że będziemy przynajmniej raz w miesiącu udawać się na jakąś imprezę. Zobaczymy co z tego wyjdzie :)
Na dziś:
Bob Marley - Burnin' And Lootin'
Przepadłam ponownie w świecie reggae..
Pasuje do temperatury..
Tak patrzę przez okno i w sumie nie wiem, czy już wyż zagościł, czy jeszcze bije się o względy z niżem. Po chmurach go poznacie, można by rzec. To jak po chmurach, to wyż. Jutro będę ledwie dychać, jeśli prognoza sprawdzi się w więcej niż 50%. Niechybnie zaciemnienie zarządzę i zaraz wstawię wodę do zamrażalnika, na lód, żeby, jakby co, się nim obłożyć. No, pożyjem zobaczym.
Jestem z doskoku. Zaglądam do Was, dzisiaj nawet poczyniłam gdzieniegdzie komentarze, ależ dumna jestem! Bo niestety, ostatnio czytam w biegu, udzielam się w biegu, w biegu myślę, jeszcze trochę to w biegu będę spać.
Dzisiaj zafundowałam sobie wycieczkę po urzędach, w celu pobrania różnych wniosków, w najbliższym czasie będę kwitła przy okienkach oddając te wnioski. Nic to. Cierpliwa jestem, uśmiechnięta. Jak zawsze.
Ostatnio w jednym sklepie zdjęłam słuchawki, bo tak robię prawie zawsze, ale jakoś nie chciało mi się wyłączać muzyki i tak sobie stoję i patrzę, a pan za ladą mnie pyta: ooo, to jakiś fajny rockowy zespół. Co to? Bo ja to dinozaur jestem. Wyjaśniłam co to za zespół, po czym zmierzyłam pana i mówię: nie no, jaki dinozaur, wątpię, żeby był pan ode mnie starszy. I tu przegrałam. O kilka miesięcy. Ale było śmiesznie. Może pójdę do pana z inną fajną muzyką. Myślicie, że podryw na muzykę ze słuchawek jakoś przejdzie?
A żeby w temacie muzycznym pozostać, doznałam szoku. W szkole. Odbieram Młodego, idę sobie zatłoczonym korytarzem, a tu się do mnie przebija pani ze świetlicy. Pierwsza myśl: nabroił i będzie donos. Jak nic coś wymodził. Ale nie. Pani mnie dopadła i mówi: ja tylko chciałam powiedzieć, że Młody śpiewał piosenkę. Zbladłam, bo już miał wpis, że śpiewa nieprzyzwoite piosenki (kolega, który 2 lata starszy jest u niego w klasie, go podpuścił). Na co pani, że ona zna Papa Roach i jak usłyszała, że on śpiewa Last Resort to zapytała skąd zna. To Młody się pochwalił, że mama i siostra słuchają i on się nauczył. Pani mi opowiedziała, że syn był na koncercie i że ona też zna. I zachwycona ogólnie. A ja byłam w szoku :)
Poza tym, ostatnia wieść z frontu, mam kontuzję . Nadwerężyłam sobie jakieś ścięgno w nadgarstku. I to od czego! Od dziurkacza, który robi kółka. Normalnie masakra. Myślałam, że jak ręka odpocznie, to minie. Gdzie tam! Dobrze, że można kupić krojony chleb.
A teraz oddalę się wraz z frontem na z góry upatrzoną pozycję i będę dalej uprawiać, spodobał mi się zwrot, napitalanie nitkami :)))
Zdarza się. Szczególnie w takiej sytuacji. O wybaczenie uprasza się.
Bo wczoraj zapchała mi się umywalka.
Ale od początku.
Jako przykładna (khem khem <gwizdanie>) gospodyni, pani na włościach, oraz kobieta bez faceta (wyjaśnić należy, że z tamtym facetem również sama musiałabym problem rozwiązać w ramach "musisz umieć sobie radzić", a że lubię to już wiecie), chciałam profilaktycznie sobie przeczyścić rurę. Znaczy wszystkie trzy. W zlewie, umywalce i wannie. Dwie poszły gładko. Natomiast umywalka, cóż, zbuntowała się.
Nalałam wrzątku, nasypałam granulek i poszłam se. Wracam, spłukałam wszystko, wanna w porządku, natomiast umywalka nie. Woda stoi. Kombinacje alpejskie odczyniłam, potraktowałam drugi raz granulkami i wrzątkiem i...doopa blada.
Wściekłam się, mówię Wam. Ale rozmowy on line w stylu: czy ty wszystko musisz sama? odpuść czasem. Spowodowały, że postanowiłam przespać się z problemem. Jak faceta nie ma to z czymś trzeba. Jeszcze po północy wrzało we mnie i biły się dwie opcje, a mianowicie 'sama nie dam rady?!' i 'na górze mieszka hydraulik'.
Wstałam rano, rura zapchana dalej.
W ramach oswajania pofarbowałam włosy, bo idę zaraz na imprezę. Do 7 latka, ale zawsze. Zjadłam śniadanie, ułożyłam sudoku ze trzy razy.
I poszłam do łazienki.
Odkręciłam syfon.
I osłupiałam. Gdyż takiej konstrukcji to moje oko nie widziało. Po czym analiza wzrokowa powiedziała mi wszystko. Granulki się..zresztą zobaczcie sami:
Ten grzybek, to nie jest nowa konstrukcja syfonu, żeby działał lepiej. Mogłabym sobie przepych i sprężynkę wsadzić. Hydraulikowi zapłaciłabym za to, co sama sobie odkryłam i sama usunęłam. Młotkiem się nie dało rozbić, takie twarde, zalałam więc wrzątkiem w misce.
Tak więc nie dotrzymałam słowa.
Zdobyłam sprawność hydraulik.
Motto: nie ma takiej rury na świecie, której nie można odetkać.
Zacznę od tego, że jestem osobą rzeczową. Lubię wiedzieć, lubię jasne sytuacje. Lubię, i wolę, żeby powiedzieć mi wprost, nawet spieprzaj, niż owijanie w bawełnę. Lubię proste, zwyczajne słowa. Owszem, lubię też grę słów i romantyczne wątki, ale bez przesady i nie w tym wypadku.
A mianowicie.
Jako załatwiacz wszystkiego, bo koleżanka się boi, ja rozmawiam z dostawcami. No. I tak właśnie rozmawiałam jeszcze przed wyjazdem do Warszawy. Wyjaśniłam o co mi chodzi. Najpierw krótko, acz, wydawało mi się, zrozumiale, ale chyba tylko mi się wydawało. Wyjaśniłam więc drugi raz proces technologiczny, przez telefon, słowami mniej więcej: niech pan sobie wyobrazi...niech pan dotknie tu u góry... śliskie, prawda?
Facet zrozumiał. Ale był w drodze w inny wymiar czasowy, przez co nieobecny jest na miejscu do środy. No to mamy schody. Bez windy. Zostawił na włościach pana innego. Nowego. Się wdraża. Proces tłumaczenia miałam wielokrotny, mailowo, telefonicznie, nawet chciałam mu narysować. Wydawało się, że załapał, chociaż dostałam od niego dwa maile, z czego jeden był zaprzeczeniem zapewnienia właściciela, a drugiego nie było.
Nie zdzierżyłam po raz pierwszy. Zadzwoniłam do pana 3 dni temu. Pan zapewniał mnie, że produkcja ruszyła, dwa dni i wyślą. I że da znać, zadzwoni. Zapomniałam tylko zapytać gdzie.
Dzisiaj nie zdzierżyłam raz drugi. Towar powinien być u mnie. Zadzwoniłam do pana, oczywiście nie odebrał, bo po co, po czym oddzwonił. Z takim kitem, że umarłam. kazałam panu wziąć dwie rzeczy i sprawdzić, czy się będą razem kleić. Zbył mnie, ale ponowiłam żądanie, po czym powiedziałam, że czekam na telefon z wynikiem eksperymentu, gdyż to kluczowa sprawa.
Zadzwonił. Nie wiem, czy mam radar i jestem wyczulona na kłamstwa, albo może to moja niezawodna intuicja. W każdym razie po odsłuchaniu informacji o niemożności wykonania produktu w pożądany przeze mnie sposób (wierzcie mi, chodziło tylko o zamianę góry z dołem! Żadna filozofia, zwyczajnie do sztancy wkłada się piankę w taśmie odwrotnie bo z obu stron są przekładki, o które wojna się toczy..) zadałam panu dwa pytania natury technicznej, używając słownictwa odpowiedniego do okazji, przy czym pana zamurowało po drugiej stronie, oraz po usłyszeniu, że zmarnowali nam 2 tygodnie i stoimy z robotą, rozpoczął peany na temat naszej jakże fajnej super firmy i świetlanej współpracy w przyszłości, że nie chcieliby stracić takiego kontrahenta i inne pierdy typu: trzymam rękę na pulsie, brakowało tylko: ależ pani jest piękna i zmysłowa, a mnie się nóż w kieszeni otworzył, bo znam tę gadkę, i gołymi rękami udusiłabym tego, co gadał w taki sposób. Mam uraz. Jak stąd na księżyc. A na takie gadki mam alergię. Nie lubię już tego gościa.
I w ten oto sposób dupa jest blada, wszystko gotowe, brakuje jednego elementu i koniec. Musimy czekać. A mnie krew zalewa, bo lubię kiedy wszystko gra, jest na czas i nad tym panuję. I lubię, kiedy zlecę coś komuś, to ten ktoś pilnuje zamówienia/zlecenia. Dba o to, żeby sumiennie wywiązać się ze zlecenia. Informuje na bieżąco i wyjaśnia. Ale może ja mam za wysokie wymagania? No bo przecież jest kryzys! Zapomniałam! A ja tu z zamówieniem, może małym, jak dla kogo, ale powtarzalnym.
A pytanie mam jedno.
Czy facet, który współpracować powinien z kobietą, musi pieprzyć farmazony, bo sądzi, że kobieta to blondynka i można jej wszystko wcisnąć, bo uwierzy?
Przepraszam blondynki.
Szczególnie nie dla tych zawodowych. I nie chodzi o to, że post nie jest dla kucharzy, tylko ten post jest dla kucharzy amatorów. Ta notatka znaczy :)
Bo jestem kucharką amatorką. I mimo, że lubię umieć - wiedzieć - próbować, nie uważam się za mistrzynię w tej dziedzinie, aczkolwiek poza kilka razy przesolonymi potrawami, kilka razy troszkę przypalonymi i może jednym zakalcem, większych porażek nie zaliczyłam.
A chciałam napisać o tym, że uwielbiam szpinak. U W I E L B I A M. Nie mam żadnych traumatycznych przeżyć w postaci, przepraszam za porównanie, krowiego placka na talerzu, więc może to stąd moje zamiłowanie.
Szpinaku spróbowałam kilka lat temu. Chyba z sześć. W jakiejś restauracji. Nie to, że tak bardzo chciałam, ale dlatego, że nie jadłam, a chciałam być, hmm...inna :)
Zamówiłam sobie farfalle con spinaci*. I umarłam z miłości.
A ponieważ nie byłabym sobą, to zaczęłam przeszukiwać net w celu namierzenia jakiegoś przepisu. W międzyczasie naumiałam się robić tagiatelle alla carbonara*.
Co do przepisów mam jedną zasadę. Nigdy nie trzymam się ich kurczowo słowo po słowie. Eksperymentuję. Często nie wiem co dodałam, albo ile. Odkryłam, Amerykę a jak, że i kolejność ma znaczenie. Ja lubię tak sama. Znaleźć, poszukać, odkryć, sprawdzić.
I tak sobie zamówiłam wczoraj torbę szpinaku. Obwieściłam dziatwie co na obiad.
Pominęłam tym razem proces blanszowania. Bo mi się nie chciało. Wrzuciłam na patelnię masło, na to szpinak, czosnek, posoliłam popieprzyłam, pomieszałam, dodałam serki topione, nie pamiętam czy z lidla czy z biedry, ale mnie wkurzyły, bo się przykleiły do papierków, poczekałam aż się stopią, po czym dodałam kilka łyżek jogurtu typu greckiego. Ponownie zamieszałam, odcedziłam makaron i podałam.
Myślicie, że coś zostało? Owszem. Wspomnienie...
I pół torby szpinaku, który jednak zblanszuję i wrzucę do zamrażarki. Będzie jak znalazł do jajecznicy, albo do makaronu, albo do pierożków z fetą w zimie.
To tyle.
A nie! Jeszcze obiecana fotorelacja z tworzenia stojaków, oraz taki jeden w użyciu.
Na jednym zdjęciu jest dowód, że szybciej robię niż myślę. A tak naprawdę to jest tak, że jak przemknie mi myśl o czymś, co się stanie, ale nie powiem tego na głos, to to się stanie. I tak przewierciłam sobie taboret.
A Młody dzisiaj zaliczył zdarte kolano i wizytę u pielęgniarki. Bo sobie pomyślałam, że daję mu krótkie spodenki i żeby się tylko nie wywrócił.....
*wszystkich, co władają włoskim, przepraszam z góry :D
Na dziś:
Maryla Rodowicz - Wszyscy chcą kochać
Dzisiaj przy pracy słuchałam mimowolnie całej płyty. Gust muzyczny z szefową mi się rozchodzi w niektórych miejscach, jak za małe spodnie na szwach, ale Marylki wysłuchałam z radością.
Wróciłam.
Wszystko poszło rewelacyjnie. Teraz tylko pilnować interesu i będzie świetnie.
I to wszystko, całe to pilnowanie, spadnie na mnie.
Ależ się cieszę!
Cieszę się też, że z Warszawy wyjechałyśmy w sobotę, bo nie miałam pontonu. W niedzielę Trasa Toruńska nie nadawała się do podróży. Znacie to powiedzenie? Nie znacie, bo właśnie je wymyśliłam: mam niesamowite szczęście. Potwierdza się to w wielu przypadkach.
Podróż rewelacyjna. Gdyby tylko oznaczenia były na remontowanych trasach jakieś normalne. Albo gdybym nie słuchała doradców. Nic to, 60 km autostradą A1 w kierunku Gdańska, pikuś. Nawrotka za bramką i powrót. Cudownie prowadziło się samochód. Trasa do stolicy rewelacyjna. Samej stolicy jednak nie lubię nadal. A już coś takiego jak zielona fala nie istnieje. Mam też nadzieję, że niektórzy taksówkarze wybaczą..
Nie wiem tylko czy nie powinnam się obrazić, bo usłyszałam, że jestem z betonu. Znaczy, 3 godziny jazdy, cały dzień na nogach na stoisku i 3 godziny powrotu. Z betonu, że niby taka wytrzymała. Powrót już mi wisiał. Byłam zmęczona, ale nie chciało mi się spać, o dziwo. Chyba zaliczyłam punkt przegięcia w KFC, więc potem tylko z górki.
Mam zaciesz, jak to mówi Kudłata.
Od ucha do ucha.
Teraz zbieram siły i ogarniam, jednocześnie pracując w dalszym ciągu na świetlaną przyszłość naszą, aczkolwiek mniej intensywnie. Wyspałam się.
Ogarnę się jeszcze wieczorem z Wami, poczytam, wyprostuję co trzeba i będę.
A. I wiecie co? Chyba jednak tę stolarnię otworzę. Miałam tyle pytań o moje stojaki, że chyba zacznę produkować mebelki dedykowane :D
Na dziś: De Mono - Znów jesteś ze mną
A tak jakoś mnie natchnęło było. Złote przeboje leciały i przypomniały mi się tamte czasy..
Na chwilę.
Sprawy nabierają rozpędu, a raczej lecą z siłą wodospadu. I z takim przepływem jak Niagara.
A wiecie, że Niagara jest niższa od naszej Siklawy? O kilka metrów.
Tak więc dzisiaj leczę rękę. Daję jej odpocząć, bo nadwerężyłam sobie wszystkie ścięgna i mięśnie jakie mam od czubeczków palców, po łokieć. Dolegliwości tenisisty to przy tym pikuś. Noża nie byłam w stanie utrzymać w dłoni, cud, że udało mi się zrobić kanapki do szkoły dla Młodego.
W sobotę mam tzw. deadline. Godzina zero wybije. I wtedy napięcie będzie rosło.
Wyjeżdżam w piątek, wracam w niedzielę. Odwiedzam stolicę. Nie będę jednak w stanie z nikim się spotkać, więc nawet nie proponuję.
Nawet nie wiecie jak się cieszę. Z chaosu wyłania się klarowna wizja przyszłości. To, co już się dzieje, przyprawia o zawrót głowy. A co dopiero będzie kiedy zacznie się realizować?
Głowa pełna pomysłów, ręce pełne roboty. Tak lubię. I wielkie pokłady optymizmu.
Życzenia i marzenia się spełniają.
W takim razie życzcie mi powodzenia.
Ja marzę o sukcesie.
Trzymajcie kciuki.
Polly :*
Dzięki za fajne rozmowy i cieszę się, że znalazłam drugą taką jak ja, która wierzy w spełnianie życzeń.
Uważajcie więc czego sobie życzycie!
Na dziś:
Deuce - The One
Jak zwykle zasłyszane u Kudłatej :)
No cóż, mamy podobne gusta. Z czego bardzo się cieszę :)))
Fotorelacji nie będzie.
Czytnik kart compact flash padł (umierał od kilku lat, łączył, nie łączył...). Zdjęcia są, ale nie mam jak ich zgrać na dysk. Jestem zła, bo to oznacza, że żadnych zdjęć nie zgram. :(
W każdym razie, poczyniłam 5 stojaków, odpyliłam mieszkanie, ale czuję i widzę, że to proces będzie długotrwały, bo wszędzie pył. Ale za to jak pachnie drewnem!
Dziękuję za opinie. Kolorowa, silna, święta (?????? mam nadzieję, że nie krowa :D), pozytywna, nietuzinkowa, ciepła (a ja taki zmarzluch jestem :D), mądra (polemizowałabym chyba, zważywszy na dzisiejsze wyczyny..), odważna ...To fajnie, że jednak nie mdła i nijaka. I że czytacie to, co piszę. Obawiam się tylko, że niedługo łatwiej będzie mi coś napisać, niż powiedzieć. Mam nadzieję, że dam sobie radę.
Ale żeby nie było.
Zgodnie z tytułem zdobyłam dzisiaj nową sprawność.
Od dzisiaj jestem stolarzem.
Właśnie powierciłam sobie w drewnie, poszlifowałam, jeszcze tylko parę otworów (wiertełko się lekko zagrzało i musi odpocząć) i stojaki będą gotowe.
Jakby kto pytał mam takie fajne urządzenie, nazywa się Dremel 400 Digital. Wierci, tnie, szlifuje i co tylko chcecie. Dostałam je kiedyś na...Dzień Kobiet od jeszcze męża, aczkolwiek używał go on. Taki prezent z serii to dla ciebie, ale to ja będę go używać. Bardzo się przydaje i bardzo się cieszę, bo jestem zwolenniczką prezentów użytkowych. No przepraszam, rzeźba abstrakcyjna, tudzież obraz samego Picassa nie sprawiłby mi takiej radochy, jak coś, co mogę wykorzystać. Całkiem serio mówię.
No i wykorzystałam.
Co prawda pierwszy lepszy behapowiec zszedłby na zawał serca widząc moje wyczyny, ale cóż, nie mam imadełka, nie mam stołu odpowiedniego, nie mam warunków, że tak powiem, warsztatowych. Musiałam radzić sobie ...kolanami. Nie ucięłam się, jeszcze, ale wszystko przede mną, bo jeszcze muszę przepiłować 10 prętów aluminiowych. Znaczy 8, bo dwa już przepiłowałam.
Nie był to debiut w stolarstwie, ale ten pomysł jest mój od a do z, więc myślę, że mogę sobie przyszyć sprawność na rękaw.
Na dziś:
Dawid Podsiadło - Trójkąty i kwadraty
Intrygujące. Zawsze obawiam się o kariery wokalistów występujących w różnych programach, które mają talenty wyłaniać i promować.
Oby się nie zepsuł....
Nie wiem jaki macie obraz mnie.
Nie będę wnikać jaki. Chociaż nie. Właśnie że chciałabym uzyskać od Was moją charakterystykę.
To jaka jestem?
Bo ja już wątpię sama.
Wczoraj wykazałam się brakiem opanowania częściowym. Ja wiem, że to PMS, kiedy to hormony zalewają rozum i oczy. Tak, wiem.
Ale dzisiaj przeszłam samą siebie. Gdyby chciało mi się okno otworzyć, albo gdybym miała możliwość telepatycznego ściągania do domu wybyłej Kudłatej, bądź coś ciężkiego pod ręką (aż dziw, że nie chwyciłam czegoś z biurka, bo dużo tam ciężkich rzeczy), to coś by oberwało. A tak tylko poklęłam. Nawyzywałam wszystkich na czym świat stoi, odsądziłam od czci i wiary, rzucałam groźby, karalne też, a w szczególności trzasnęłam się w biurko. To mnie trochę ochłodziło i dotarło do mnie skąd dźwięk, gdyż od walnięcia otwartą dłonią w blat rozjaśniło mi się w głowie. Taki związek przyczynowo-skutkowy. Chyba stworzę sobie tarczę na ścianie z napisem: w razie czego tu strzelać baranka!
No więc było tak. Przychodzę do domu. Siadam do kompa, bo maila wysłać trzeba. A przede mną siedziała Kudłata. I se poszła. Więc ręka nie-sprawiedliwości jej nie dorwała.
Włączam więc ustrojstwo, a ono mi się wyłącza. I tak w kółko Macieju. Przy 20-tym razie chyba, zawrzało. Sklęłam wszystko do trzeciego pokolenia wstecz.
Olśnienie przyszło po omówionym czynie siłowym. Dotarło do mnie, że znam ten dziwny dźwięk.
Że nie tak dawno gdzieś słyszałam. Że to tak jakby niedaleko...
Enter na klawiaturze numerycznej się zablokował......
Koniec samowolki. Zdrowy rozsądek dobry jest, ale czasem przesadza. Wtyka nos w nie swoje sprawy i rządzi się tam, gdzie na żywioł trza iść. Czasem łatwiej mi sercem niż rozumem ogarniać świat. Może i nie wychodzę na tym za dobrze, ale przynajmniej mam co wspominać. Jak znajdować plusy, to we wszystkim.
Czasem życie kopnie w dupę. Czasem przytuli i pogłaszcze. Zawsze jest jakoś.
O to 'jakoś' walczę od jakiegoś czasu. O to, by 'jakoś' było lepsze.
Najpierw zawalczyłam o siebie. O tą schowaną gdzieś za wygładzony obrazek prawdziwą mnie. Trochę rogatą, trochę przeciwko ładowi i składowi, trochę za grzeczną, ciągle roześmianą, ciągle z nadzieją, ciągle mnie. Kobietę, która miała hasło: no problem! Taka zawsze byłam. I jestem. Czasem ze zdumieniem odkrywam w rozmowie ze znajomymi "z tamtych lat", jak byłam postrzegana. Wyraziście. A mnie wydawało się, że mdło i nijako i że za mało awangardowo, albo raczej za mało alternatywnie.
W tym wszystkim, w każdym moim kroku, wyborze, do pewnego czasu towarzyszył mi zdrowy rozsądek. Tyle, że kiedyś się zmęczył. I pozwolił na jeden zasadniczy błąd. Który efektem domina zawalił cały misternie budowany plan. I świat.
Wiecie jak trudno jest przebić się znów na powierzchnię? Odzyskać siebie po latach? Odkopać pamiątki, skrzętnie ukrywane po kątach pamięci? Dać rozwinąć się skrzydłom, które kiedyś ktoś upierniczył, bo były za kolorowe? Jak trudno się dopasować do rzeczywistości. Ale dzisiaj wiem, że to rzeczywistość trzeba dopasować do mnie.
Chciałoby się nadrobić stracony czas i dokończyć, co nieskończone. Albo kontynuować. Ale nie da się.
Bo, klasyką pojadę, już nie ma dzikich plaż...Czas mija i nie wraca. Nie czeka. Nie daje drugiej szansy. Nie pozwala naprawiać, ulepszać, ani zmieniać.
A ja się z czasem kumpluję. Negocjuję warunki. Stawiam je.
W końcu zaczynam żyć. Po swojemu. Według własnego planu i zamysłu.
Mam wypisane w punktach, na kartce, co chcę osiągnąć, czego się nauczyć, co zrobić. Swoje marzenia rozkładam na czynniki pierwsze. I będę je pomalutku realizować. Już to robię. Ale teraz, z różnych przyczyn, mam ochotę rzucić się w wir działania. Złapać kilka spraw za ogon i poprowadzić je do do końca. Bez rozdrabniania i rozmyślania. Bez analizowania i brnięcia w temat. Zająć głowę tylko pracą. Tym co lubię.
A potem odhaczyć na liście.
A może nie warto?
Może lepiej nie walczyć?
Może dalej przyjmować baty od życia i ludzi?
I uśmiechać się głupkowato, bo cóż mi pozostało...
Na dziś:
Bon Jovi - What About Now?
Tekst z przesłaniem...
Szkoda, że nie mogę pojechać na ich koncert.