Sama popełniłam pewnie z milion błędów. Nie raz niepotrzebnie podniosłam głos, albo zapieniłam się i zaklęłam. Do dzisiaj mi się zdarza. Częściej odpuszczam, ale ciągle kalkuję zachowanie mojej matki. Ciągle popełniam te same błędy. Z tym, że teraz świadomie usiłuję nad nimi panować. Nie chcę zrzucać na nią winy. Musiałabym pewnie cofnąć się w czasie do jej babki, prababki i dalej. Bo tak było. Wszyscy o tym wiemy. Dzisiaj powinno być inaczej. Ale ciągle widzę, że partnerstwo na linii rodzic - dziecko, to sprawa nie do opanowania dla niektórych. Nie wiem też jak wygląda takie partnerstwo i co przez to rozumieją inni.
Dla mnie to wysłuchanie dziecka. Przedyskutowanie sprawy. Argumenty obustronne. Staram się nie narzucać swojego gustu, czy wyboru. Nawet obiady czasem są wynikiem wspólnych pomysłów.
Tak, czasem też mówię nie, bo nie. W różnych kwestiach. I często tego żałuję. Czasem drę koty o niewyniesiony talerz, o zaraz, o rozwalone wszędzie ciuchy, ale ważniejsze kwestie raczej omawiamy.
Ale nie rozumiem zupełnie dlaczego niektórzy rodzice "dla dobra" swojego dziecka, gnębią je. Poniżają. Umniejszają ich rolę, życie, wartość. Jakiego człowieka chcą stworzyć? Kim będzie to dorosłe dziecko? Poza tym, że będzie miało potworny żal, z którym sobie nie radzi teraz i nie poradzi później.
Dlaczego rodzice nie chcą zrozumieć, że dziecko to zupełnie odrębny człowiek, nowy świat, który stworzyli, ale nigdy nie zapanują nad myślami swoich dzieci i nad ich światem? Dlaczego zamiast pomóc zrozumieć czym jest życie, pokazują jego najgorszą stronę? Każą cierpieć? Bo niech mi ktoś powie, że dziecko nie cierpi, kiedy matka pije. I nie cierpi, kiedy rodzic poniża. I że zupełnie olewa awanturę o sprzątanie. Albo późny powrót.
Ja wiem, że dzieciaki też nie są idealne. Ale nikt nie jest. Ani rodzic, ani dzieciak. Jeśli nie możemy zrozumieć dlaczego dziecko nie jest takie jak my i nie robi wszystkiego jak my, to wróćmy do lekcji o dziedziczeniu. Pomyślmy tak jak zrobił to mój syn, który rozmawiał ze mną, kiedy wracaliśmy z zakupów i kiedy mu powiedziałam, że coś robi zupełnie tak samo jak tata (i nie, nie było to jadowite, to jedynie zwrócenie uwagi na podobną cechę), odpowiedział mi: - wiem jak to było, połowę genów dostałem od taty w plemniku, kiedy połączył się z jajeczkiem. (Że nie zgubiłam zakupów to fuks, a on powiedział to zupełnie swobodnie. Ot, oglądał "Było sobie życie").
Tak, dzieciaki to mieszanka genów. I nie my odpowiadamy za to jakie cechy dziedziczą. Więc przyjmijmy te odrębne byty jako partnerów. A nie jak wrogów...
Nie lubię też kiedy rodzice mówią dzieciom, najczęściej w trakcie awantury, ja dla ciebie tyle poświęciłam, a ty taki niewdzięczny. Zawsze się zastanawiam, czy twoje dziecko prosiło się o dom, samochód, telewizor... Dlaczego swoje życiowe wybory, najczęściej te złe, zrzucamy na barki dzieciaków? Bo ciąży nam kredyt na dom, samochód i telewizor..
Czy to się rodzi z żalu, że ma się dzieci? Czy one są aż takim obciążeniem, że trzeba je sprowadzić bardzo do parteru, po to, żeby mieć kontrolę?
Nie rozumiem tego. Może dlatego, że lubię kombinować, żeby żyło się nam lżej. Nigdy dzieci nie były przeszkodą czy balastem. Życie przewartościowało mi się samo. Przestawiło. I nie wyobrażam sobie, żeby ich nie było.
Chciałabym przytulić wszystkie takie cierpiące dzieciaki. Pomóc im zrozumieć.
I bardzo się cieszę, że Kudłata dzwoni i mówi gdzie jest, że wsiada do autobusu, że jedzie, z kim jedzie, że wraca i nie musi zapraszać koleżanek na obiad po to, żeby jej matka nie piła...
Mam ochotę naprawiać świat...
Na dziś:
Three Days Grace - Never too late






