Co zrobić z nierealnymi marzeniami? Nierealnymi, bo żeby je zrealizować trzeba ruszyć z miejsca.
A może przez to właśnie nie umiem wyrwać się z błędnego koła? Że nie mogę zrobić kroku do przodu.
Co zrobić jeśli każdy zna mnie jako optymistkę, dla której zawsze świeci słońce, nawet w najgorszą ulewę i zamieć? Co zrobić, kiedy nie umiem już schować się za uśmiech i jest to co najwyżej grymas zażenowania? Co zrobić kiedy wiem, że czas przecieka mi przez palce, a ja nie umiem zmusić się do działania? Co mam zrobić, kiedy wymaga się ode mnie racjonalnego stania na ziemi, a ja chciałabym rozkleić się i wykrzyczeć cały swój ból? Bo nie zrobiłam tego od roku. Bo zbierało się przez długi czas, wiele lat, a nic nie daje ulgi. Jestem z tym sama. I wiem, że sama muszę dać sobie z tym radę. I wiem, że nie potrafię płakać. I wiem, że trudno będzie cokolwiek zrobić.
Muszę ruszyć z miejsca.
Stagnacja mnie zabija.
Rozczarowuję siebie na każdym kroku.
I nie ważne, że za chwilę będę śmiać się do rozpuku. Nie ważne, że za chwilę będę powtarzać, że we wszystkim są plusy. Nie ważne, że mam chwilami dosyć. I że nic nie jest w stanie mnie podnieść z klęczek, kiedy zwijam się z bólu emocjonalnego. Co z tego, że podniosę twarz i będę się uśmiechać i wygłupiać.
Nie umiem rozmawiać o tym co boli. Mam pustkę w głowie, kiedy słyszę proste pytanie. Nie wiem jak mam zareagować, uśmiecham się tylko i znajduję temat zastępczy. Wstydzę się swojej niemocy. Tego, że nie umiem sobie poradzić sama ze sobą. Dla innych mam milion rad. Każdemu służę pomocą. Sobie pomóc nie potrafię. Mimo, że mam świadomość tego co się dzieje.
Czasem dopada mnie taki stan. Czuję się wtedy jak w wirówce. Chcę się zatrzymać i nie potrafię. Albo może chcę ruszyć z miejsca a nie umiem. Uciekam wtedy w siebie. Staję w punkcie, w którym jest już tylko przepaść.
Całe szczęście - wracam na czas.
niedziela, 19 sierpnia 2012
[21] Uciekam
Przed sobą. Czuję, że zapętliłam się. Że zamiast iść do przodu kręcę się w kółko. Ogarnia mnie niemoc, której nie umiem przezwyciężyć. Wiem w czym rzecz, ale ołów zalewa ręce i nogi. Nie mogę się ruszyć.Nie mogę niczego zrobić. Boję się? Tylko czego? Chyba łez. I chyba głupich myśli.
Zauważyłam, już kiedyś dawniej, ale nie zdawałam sobie sprawy z tego co czuję, że mam pewne etapy słuchania muzyki. Teraz już umiem je nazwać. Eforia - kiedy łapczywie łapię każde słowo i nutę, miłość - kiedy cała jest dla mnie, tęsknota - kiedy jej nie słyszę i dołowanie - kiedy przesyt sprawia, że muszę włączyć, ale nie mam z tego żadnej przyjemności. Zupełnie jak z miłością. Wybucha i gaśnie. Może nie tak szybko, ale jednak. O ile muzyki mogę tylko słuchać i wracać do niej kiedy mam ochotę, o tyle z człowiekiem łączy więcej i dzieli więcej.
Chociaż czy ja wiem? Człowieka poznaje się dłużej niż ukochane dźwięki. Dłużej smakuje się uczucie. Jest takie nieprzewidywalne. Muzykę lubi się lub nie, kocha lub nienawidzi. Dźwięki podnoszą ciśnienie pozytywnie, albo całkiem odwrotnie. Muzykę można odłożyć na lata i wrócić do niej kiedyś tam. Z człowiekiem jest inaczej. Muzyce mogę oddać duszę. Człowiekowi oddaję wszystko. Muzyka odwdzięcza się swym pięknem, człowiek rani.
Jestem na etapie dołowania. Słucham już w tym momencie z bólem. Ale nie umiem przestać. Nie umiem żyć bez muzyki, nawet tej, która rani.
A bez człowieka umiem. Człowieka odrzuciłam z ulgą. Odeszłam zanim dałam się zabić psychicznie.
Uciekam. Paradoksalnie. W muzykę.
Ale najpierw wycisk.
Na dziś:
Bracia - Jej portret
Uwielbiam oryginał. I uwielbiam tę wersję.
Zauważyłam, już kiedyś dawniej, ale nie zdawałam sobie sprawy z tego co czuję, że mam pewne etapy słuchania muzyki. Teraz już umiem je nazwać. Eforia - kiedy łapczywie łapię każde słowo i nutę, miłość - kiedy cała jest dla mnie, tęsknota - kiedy jej nie słyszę i dołowanie - kiedy przesyt sprawia, że muszę włączyć, ale nie mam z tego żadnej przyjemności. Zupełnie jak z miłością. Wybucha i gaśnie. Może nie tak szybko, ale jednak. O ile muzyki mogę tylko słuchać i wracać do niej kiedy mam ochotę, o tyle z człowiekiem łączy więcej i dzieli więcej.
Chociaż czy ja wiem? Człowieka poznaje się dłużej niż ukochane dźwięki. Dłużej smakuje się uczucie. Jest takie nieprzewidywalne. Muzykę lubi się lub nie, kocha lub nienawidzi. Dźwięki podnoszą ciśnienie pozytywnie, albo całkiem odwrotnie. Muzykę można odłożyć na lata i wrócić do niej kiedyś tam. Z człowiekiem jest inaczej. Muzyce mogę oddać duszę. Człowiekowi oddaję wszystko. Muzyka odwdzięcza się swym pięknem, człowiek rani.
Jestem na etapie dołowania. Słucham już w tym momencie z bólem. Ale nie umiem przestać. Nie umiem żyć bez muzyki, nawet tej, która rani.
A bez człowieka umiem. Człowieka odrzuciłam z ulgą. Odeszłam zanim dałam się zabić psychicznie.
Uciekam. Paradoksalnie. W muzykę.
Ale najpierw wycisk.
Na dziś:
Bracia - Jej portret
Uwielbiam oryginał. I uwielbiam tę wersję.
sobota, 18 sierpnia 2012
[20] Autodestrukcja
Ja dziś w nawiązaniu. Otóż tocząc wymianę zdań w komentarzach z Frau Be, wpadła mi do głowy myśl. A że już niejeden pomysł na post mi przepadł, bo zwyczajnie uciekło słowo, postanowiłam od razu napisać.
Inna sprawa, że nie wiem jak, ale poczynając od damskiej torebki doszłam do autodestrukcji, zahaczając pomiędzy harcerstwo, echolokację, progeniturę, kończąc (ale kto wie czy już) na autodestrukcji. Ot, od słowa do słowa, metodą wynikową wpadłam - a jakże!- na pomysł opisania swojej cechy, którą ja otrzymałam w genach i, niestety, przekazałam dalej.
Autodestrukcja.
Zaczynając od zderzania się ze wszystkim co na drodze, a nawet i daleko od trajektorii ruchu, po wypadki samochodowe.
O ile codzienność zostawia na mnie ślady, które goją się jakiś czas, o tyle wypadki samochodowe, o dziwo!, nie zostawiły nic.
Tak więc najpierw o poruszaniu się per pedes. Czyli, wydawałoby się, bezpieczniej. I tu większość się myli! Chodząc robię sobie ogromną krzywdę. W postaci siniaków, guzów, zadrapań, zwichnięć. Jestem jak ofiara losu. Szufladę sobie otworzę, szafkę, położę coś i z prawie stuprocentową pewnością znajdzie się to coś na mojej drodze. Przykładem jest to, że od klamek mam zawsze posiniaczone ramiona. A przecież drzwi się otwiera, prawda? Albo może nie być drzwi nawet! Szeroki otwór wejściowy na dwa metry. Ale co to za problem! Jak się przygrzeje we framugę to też boli i zostawia ślad. Nie można czegoś takiego ominąć! Tak już mam i tyle. O ścinaniu zakrętów nawet nie wspominam, bo to samo przez się się rozumie.
To że potykam się na prostej drodze (nie powiem, ze gładkiej, bo gładkich u nas nie ma) to norma. Ale tu, powiedzmy, można to wyjaśnić naukowo. Nawet miałam dowody w postaci zdjęcia zrobionego przez panią neurolog. Neurolog! Która całościowo mnie potraktowała, szukając wyjaśnienia zupełnie innej przypadłości. Mam jedną nogę bardziej, znaczy ciut dłuższą, gdyż dysplazja stawów biodrowych mnie nie ominęła. Więc już to naukowo zostało udowodnione i tyle.
Co do wypadków samochodowych. Miałam dwa. W obu nic się nie stało, ale samochody do kasacji. W jednym dachowałam w miejscu, gdzie jest najwięcej wypadków śmiertelnych w mieście, w drugim wina nie była moja, ale na mnie się skupiło. W każdym razie w obu przypadkach pogotowie mnie olało, nikt mi nie zaświecił lampką w oczy, nie zbadał pulsu i nie zapytał nawet jak się czuję. Co najlepsze, za każdym razem byłam oazą spokoju.
I tak mam do dzisiaj. Czasem, przy bardziej bolesnym zderzeniu z rzeczywistością materialną zaklnę sobie soczyście, otrę łzę, która samoistnie się wyciśnie, bo boli i idę dalej. Na spotkanie z kolejnym siniakiem.
Na dziś:
Andrzej Zaucha - C'est la vie
Inna sprawa, że nie wiem jak, ale poczynając od damskiej torebki doszłam do autodestrukcji, zahaczając pomiędzy harcerstwo, echolokację, progeniturę, kończąc (ale kto wie czy już) na autodestrukcji. Ot, od słowa do słowa, metodą wynikową wpadłam - a jakże!- na pomysł opisania swojej cechy, którą ja otrzymałam w genach i, niestety, przekazałam dalej.
Autodestrukcja.
Zaczynając od zderzania się ze wszystkim co na drodze, a nawet i daleko od trajektorii ruchu, po wypadki samochodowe.
O ile codzienność zostawia na mnie ślady, które goją się jakiś czas, o tyle wypadki samochodowe, o dziwo!, nie zostawiły nic.
Tak więc najpierw o poruszaniu się per pedes. Czyli, wydawałoby się, bezpieczniej. I tu większość się myli! Chodząc robię sobie ogromną krzywdę. W postaci siniaków, guzów, zadrapań, zwichnięć. Jestem jak ofiara losu. Szufladę sobie otworzę, szafkę, położę coś i z prawie stuprocentową pewnością znajdzie się to coś na mojej drodze. Przykładem jest to, że od klamek mam zawsze posiniaczone ramiona. A przecież drzwi się otwiera, prawda? Albo może nie być drzwi nawet! Szeroki otwór wejściowy na dwa metry. Ale co to za problem! Jak się przygrzeje we framugę to też boli i zostawia ślad. Nie można czegoś takiego ominąć! Tak już mam i tyle. O ścinaniu zakrętów nawet nie wspominam, bo to samo przez się się rozumie.
To że potykam się na prostej drodze (nie powiem, ze gładkiej, bo gładkich u nas nie ma) to norma. Ale tu, powiedzmy, można to wyjaśnić naukowo. Nawet miałam dowody w postaci zdjęcia zrobionego przez panią neurolog. Neurolog! Która całościowo mnie potraktowała, szukając wyjaśnienia zupełnie innej przypadłości. Mam jedną nogę bardziej, znaczy ciut dłuższą, gdyż dysplazja stawów biodrowych mnie nie ominęła. Więc już to naukowo zostało udowodnione i tyle.
Co do wypadków samochodowych. Miałam dwa. W obu nic się nie stało, ale samochody do kasacji. W jednym dachowałam w miejscu, gdzie jest najwięcej wypadków śmiertelnych w mieście, w drugim wina nie była moja, ale na mnie się skupiło. W każdym razie w obu przypadkach pogotowie mnie olało, nikt mi nie zaświecił lampką w oczy, nie zbadał pulsu i nie zapytał nawet jak się czuję. Co najlepsze, za każdym razem byłam oazą spokoju.
I tak mam do dzisiaj. Czasem, przy bardziej bolesnym zderzeniu z rzeczywistością materialną zaklnę sobie soczyście, otrę łzę, która samoistnie się wyciśnie, bo boli i idę dalej. Na spotkanie z kolejnym siniakiem.
Na dziś:
Andrzej Zaucha - C'est la vie
piątek, 17 sierpnia 2012
[19] Pasje. Część 1. Muzyka
czasem łagodzi obyczaje. Chociaż mogłabym polemizować z tym poglądem.
Z ojcem nie po drodze nam było, choć, jak się po latach okazało, całkiem nam blisko. Może to ja umiem teraz to docenić. Wtedy, w latach 80/90 on nienawidził mojej muzyki, ja nienawidziłam jego.
Tuż przed jego śmiercią dowiedziałam się, że miał swój zespół, podobny do czwórki z Liverpoolu. Nawet gajery mieli takie same. A ojciec grał na: pianinie, gitarze, saksofonie i perkusji. Oczywiście nie jednocześnie.
W każdym razie po ojcu i po jego rodzinie odziedziczyłam, o dzięki wszystkim siłom sprawczym!, słuch i umiłowanie muzyki. A że miałam rodziców, którzy nie mieli ambicji katować dzieci nauką gry na pianinie (strasznie żałuję!), grać zatem wiruozersko nie potrafię. Jest jednak jedno małe ale. Zapewne znacie to z autopsji: szkoła podstawowa, pianino gdzieś blisko auli, bądź w klasie do muzyki i wszyscy chcą grać. Tako i ja grałam. Najpierw palcem, potem jak należy. Oczywiście tylko i wyłącznie ze słuchu. I tylko jakieś prościzny.
Potem nastąpiły czasy harcerstwa i zaczęłam wzdychać do gitary. Nawet nabyłam taką drogą odkupienia od kolegi. Rozlatywało się to, ale grać można było. Tu również grałam ze słuchu. Tyle, ile miałam cierpliwości do ćwiczenia, tyle grałam . Ale grałam.
Śpiewałam tylko w chórze. Wtedy jeszcze odważałam się iść na przesłuchanie. Nawet wystąpiłam w konkursie piosenki radzieckiej lokalnie. Było nas dziewięć i śpiewałyśmy piękną pieśń. Nie nabijam się. Wspominam z łezką w oku.
Dzisiaj idąc ulicą i słuchając muzyki w słuchawkach, robię różne dziwne rzeczy, żeby tylko się nie zapomnieć i nie zacząć śpiewać. Zwykle żuję gumę. Stąd guma w mojej torebce. A jeśli nie mam, bo się skończyła, to zapierniczam biegiem do pierdonki, bądź pierwszego miejsca gdzie można nabyć takową. Dzisiaj tak leciałam. Mieląc głos w zębach, żeby tylko nie zaśpiewać razem z młodym Cugowskim.. Pomaga też głębokie oddychanie, bądź kasłanie, co czynię w środkach komunikacji miejskiej. Chociaż ludzie czasem dziwnie na mnie patrzą..
Potem moje drogi miłości muzycznej poprowadziły mnie do Rozgłośni Harcerskiej, czwórki i trójki. To były czasy alternatywy, punkrocka, rocka, metalu, bluesa. O radiu polskim mowa. Na czwórce nagrywałam całe płyty. Na trójce zdobywałam edukację muzyczną. Słuchałam Beksińskiego i Rogowieckiego. Do dzisiaj słucham trójki.
Moje gusta muzyczne poszerzyły się o jazz. Z mocnym naciskiem o poszerzyły. Niczego nie brakuje. Myślę, że to przyszło wraz z dojrzałością.
Kudłata słucha ze mną. Nie walczę z nią tak, jak walczył mój ojciec. Słuchamy prawie tego samego, bo ja nie trawię polskiego hip-hopu, a ona jazzu.
Mam kilka marzeń związanych z muzyką.
- chciałabym zagrać na gitarze elektrycznej
- chciałabym zagrać na saksofonie
- chciałabym zaśpiewać, może nawet na karaoke, byle zaśpiewać, tak jak mi w duszy gra, ale nie umiem się odważyć
Kto wie. Może spełnię te swoje marzenia. Te i mnóstwo innych, o których napiszę w innym poście.
Właśnie słucham listy na trójce.
Na teraz:
Artur Andrus (kocham tego pana) - Glanki i Pacyfki
Z ojcem nie po drodze nam było, choć, jak się po latach okazało, całkiem nam blisko. Może to ja umiem teraz to docenić. Wtedy, w latach 80/90 on nienawidził mojej muzyki, ja nienawidziłam jego.
Tuż przed jego śmiercią dowiedziałam się, że miał swój zespół, podobny do czwórki z Liverpoolu. Nawet gajery mieli takie same. A ojciec grał na: pianinie, gitarze, saksofonie i perkusji. Oczywiście nie jednocześnie.
W każdym razie po ojcu i po jego rodzinie odziedziczyłam, o dzięki wszystkim siłom sprawczym!, słuch i umiłowanie muzyki. A że miałam rodziców, którzy nie mieli ambicji katować dzieci nauką gry na pianinie (strasznie żałuję!), grać zatem wiruozersko nie potrafię. Jest jednak jedno małe ale. Zapewne znacie to z autopsji: szkoła podstawowa, pianino gdzieś blisko auli, bądź w klasie do muzyki i wszyscy chcą grać. Tako i ja grałam. Najpierw palcem, potem jak należy. Oczywiście tylko i wyłącznie ze słuchu. I tylko jakieś prościzny.
Potem nastąpiły czasy harcerstwa i zaczęłam wzdychać do gitary. Nawet nabyłam taką drogą odkupienia od kolegi. Rozlatywało się to, ale grać można było. Tu również grałam ze słuchu. Tyle, ile miałam cierpliwości do ćwiczenia, tyle grałam . Ale grałam.
Śpiewałam tylko w chórze. Wtedy jeszcze odważałam się iść na przesłuchanie. Nawet wystąpiłam w konkursie piosenki radzieckiej lokalnie. Było nas dziewięć i śpiewałyśmy piękną pieśń. Nie nabijam się. Wspominam z łezką w oku.
Dzisiaj idąc ulicą i słuchając muzyki w słuchawkach, robię różne dziwne rzeczy, żeby tylko się nie zapomnieć i nie zacząć śpiewać. Zwykle żuję gumę. Stąd guma w mojej torebce. A jeśli nie mam, bo się skończyła, to zapierniczam biegiem do pierdonki, bądź pierwszego miejsca gdzie można nabyć takową. Dzisiaj tak leciałam. Mieląc głos w zębach, żeby tylko nie zaśpiewać razem z młodym Cugowskim.. Pomaga też głębokie oddychanie, bądź kasłanie, co czynię w środkach komunikacji miejskiej. Chociaż ludzie czasem dziwnie na mnie patrzą..
Potem moje drogi miłości muzycznej poprowadziły mnie do Rozgłośni Harcerskiej, czwórki i trójki. To były czasy alternatywy, punkrocka, rocka, metalu, bluesa. O radiu polskim mowa. Na czwórce nagrywałam całe płyty. Na trójce zdobywałam edukację muzyczną. Słuchałam Beksińskiego i Rogowieckiego. Do dzisiaj słucham trójki.
Moje gusta muzyczne poszerzyły się o jazz. Z mocnym naciskiem o poszerzyły. Niczego nie brakuje. Myślę, że to przyszło wraz z dojrzałością.
Kudłata słucha ze mną. Nie walczę z nią tak, jak walczył mój ojciec. Słuchamy prawie tego samego, bo ja nie trawię polskiego hip-hopu, a ona jazzu.
Mam kilka marzeń związanych z muzyką.
- chciałabym zagrać na gitarze elektrycznej
- chciałabym zagrać na saksofonie
- chciałabym zaśpiewać, może nawet na karaoke, byle zaśpiewać, tak jak mi w duszy gra, ale nie umiem się odważyć
Kto wie. Może spełnię te swoje marzenia. Te i mnóstwo innych, o których napiszę w innym poście.
Właśnie słucham listy na trójce.
Na teraz:
Artur Andrus (kocham tego pana) - Glanki i Pacyfki
[18] Sis
Tak na siebie mówimy. Ona młodsza ode mnie o prawie 10 lat. Dobra, 9 i pól, dla dokładności.
Miała się urodzić w dniu mojej I komunii. Wkurzało mnie to, od kiedy podczytałam mamie kartę od lekarza. Bo taka byłam, musiałam wszystko wiedzieć, przeczytać i zobaczyć. Nie było przede mną schowka w domu, gdzie można byłoby coś schować. Stąd też wiem, gdzie ojciec w stanie wojennym schował pistolet zanim poszedł na patrol. W tej mojej małej mieścinie i tak się wszyscy znali, a on powiedział, że nosić nie będzie.
Ale wracam do Sis.
Miała być chłopakiem. Bartek jej miało być i wszyscy już o tym wiedzieli. Niestety. Moje rozczarowanie sięgnęło zenitu, kiedy wrócili ze szpitala. A potem dali mi wózek i kazali iść na spacer.
Tak się zaczęła moja opieka nad Nią. Która później przerodziła się w matkowanie kiedy postarzałam się o rok.
Sis dostawała regularnie wpiernicz. Oczywiście jak już umiała odpyskować, a nastąpiło to w okolicy 4-5 urodzin. Ja, młodzież, co prawda odpowiedzialna za to, co miało być moim wymarzonym bratem, goniłam ją za wszystko. Za bałagan, brzydkie pismo, przeszkadzanie, do nauki. Ale wyhodowałam sobie żmiję na własnej piesi. Umiało to to odgryźć się jak ten bulterier.
Dzisiaj wiem, że mnie śledziła, czytała moje listy, grzebała w moich rzeczach. Przyznała się trzy tygodnie temu. Ale teraz uścisnęłam ją za to. Bo to kawał mojego dziecka. Moja bratnia, jakby nie było, dusza.
Kocham ją niezmiernie. I wiem, że mimo wszystko, ona też mnie kocha.
Żyć bez siebie nie możemy.
I choć ona siedzi w kraju, w którym ja powinnam żyć z racji mojej bezbrzeżnej miłości do Skandynawii, codziennie ogrywam ją w literaki i codziennie z nią gadam.
Ona też kocha Braci.
Kudłata jest do niej podobna. I z facjaty i z charakteru. W końcu to jej matka. Chrzestna, ale zawsze.
Na dziś:
Dla odmiany. Moja wielka miłość. Teraz już wiadomo, dlaczego na czarno.
The Cure - Pictures of You
Miała się urodzić w dniu mojej I komunii. Wkurzało mnie to, od kiedy podczytałam mamie kartę od lekarza. Bo taka byłam, musiałam wszystko wiedzieć, przeczytać i zobaczyć. Nie było przede mną schowka w domu, gdzie można byłoby coś schować. Stąd też wiem, gdzie ojciec w stanie wojennym schował pistolet zanim poszedł na patrol. W tej mojej małej mieścinie i tak się wszyscy znali, a on powiedział, że nosić nie będzie.
Ale wracam do Sis.
Miała być chłopakiem. Bartek jej miało być i wszyscy już o tym wiedzieli. Niestety. Moje rozczarowanie sięgnęło zenitu, kiedy wrócili ze szpitala. A potem dali mi wózek i kazali iść na spacer.
Tak się zaczęła moja opieka nad Nią. Która później przerodziła się w matkowanie kiedy postarzałam się o rok.
Sis dostawała regularnie wpiernicz. Oczywiście jak już umiała odpyskować, a nastąpiło to w okolicy 4-5 urodzin. Ja, młodzież, co prawda odpowiedzialna za to, co miało być moim wymarzonym bratem, goniłam ją za wszystko. Za bałagan, brzydkie pismo, przeszkadzanie, do nauki. Ale wyhodowałam sobie żmiję na własnej piesi. Umiało to to odgryźć się jak ten bulterier.
Dzisiaj wiem, że mnie śledziła, czytała moje listy, grzebała w moich rzeczach. Przyznała się trzy tygodnie temu. Ale teraz uścisnęłam ją za to. Bo to kawał mojego dziecka. Moja bratnia, jakby nie było, dusza.
Kocham ją niezmiernie. I wiem, że mimo wszystko, ona też mnie kocha.
Żyć bez siebie nie możemy.
I choć ona siedzi w kraju, w którym ja powinnam żyć z racji mojej bezbrzeżnej miłości do Skandynawii, codziennie ogrywam ją w literaki i codziennie z nią gadam.
Ona też kocha Braci.
Kudłata jest do niej podobna. I z facjaty i z charakteru. W końcu to jej matka. Chrzestna, ale zawsze.
Na dziś:
Dla odmiany. Moja wielka miłość. Teraz już wiadomo, dlaczego na czarno.
The Cure - Pictures of You
czwartek, 16 sierpnia 2012
[17] Nawiążę
do wpisu na blogu Karioki "Pod kloszem".
Bo to ważny temat.
Niejednokrotnie czułam się podle. Bo ktoś nie słuchał co mówię. Tylko gadał o sobie.
Prawda, że sama nauczyłam się nie mówić o sobie. Tak mnie wychowano, że nie jestem ważna. Że kogo obchodzą moje sprawy, problemy, przemyślenia. I tak sobie żyłam całe lata. Zresztą, tego wyplenić się nie da. Do dziś nie umiem ani wypłakiwać się ze swoimi ważnymi sprawami, ani też zwracać na siebie uwagę w stylu: a ja to bardziej, mocniej, lepiej.
Z jednej strony jestem jak najbardziej po stronie Karioki. Boli, kiedy ktoś nie słucha i nie pochyli się choć na chwilę nad nami. Kiedy epatuje swoim bólem/radością, wyimaginowanymi, bądź prawdziwymi. Boli, kiedy czegoś bardzo chcesz, albo wiesz jak ci ciężko, a ktoś inny, o kim wiesz, że ma i że lekko mu przyszło, narzeka. Kiedy słyszysz, z ust kogoś, kto ma aż nadmiar, że tobie i tak jest dobrze i nie masz co narzekać, a wiesz, że tak nie jest. A usłyszałam to niejednokrotnie. Czułam się zażenowana.
Ale z drugiej strony, może zbyt łatwo odpuszczam. Może nie umiem walczyć o swoje. Może powinnam tupnąć nogą i wykrzyczeć, że to nieprawda. Tylko po co? Za każdym razem, z bodajże dwóch, kiedy odważyłam się przegadać innych, czułam się groteskowo. Raz, że patrzono na mnie jak na kosmitę, bo przecież jak mogłam, z tym całym moim optymizmem, uśmiechem i radością, z jaką podchodzę do wszystkiego, mieć jakiekolwiek problemy? Dwa, że po wypowiedzeniu swojej kwestii było mi zwyczajnie głupio.
I zrozumiałam jedno. Niech sobie inni mają swoje gadane. Niech sobie narzekają, chwalą się, płaczą, cieszą, nawet, jeśli to nieprawdziwe, naciągane i bezsensowne. Ja nikomu nie narzucam swoich racji. Nie każę mnie żałować, bo mi to do niczego nie potrzebne. Nikt, kto naprawdę nie chce mnie wysłuchać, nie usłyszy ani krzyku, ani szeptu. Ten, kto chce i rozumie będzie umiał docenić mnie i moje uczucia.
Dlatego też nauczyłam się nazywać rzeczy po imieniu. Kiedy nie mam pieniędzy mówię, że ich nie mam. Kiedy boli dusza, mówię, że boli i gdzie. Kiedy coś mi nie pasuje - mówię o tym. Bo znajdą się tacy, którzy zrozumieją i pomogą, prawda?
Z innej strony możemy uważać na każde słowo, żeby kogoś nie urazić. I to chyba jest też kwestia wpojonych zasad. Trzeba wiedzieć komu, co i kiedy można powiedzieć. Ale do tego, trzeba znać człowieka, żeby wiedzieć co go zaboli. A w szczególności umieć przewidzieć skutki swojego działania. Czyli doszłam do empatii. Z tym, że za swoją empatię - umiejętność postawienia się w czyjejś sytuacji i uszanowania czyjejś godności i uczuć, niejednokrotnie dostałam od życia, a może tylko od tych ludzi, takie baty, że dziwię się, że jeszcze mi się chce skupiać się na innych, zamiast mieć wszystko w głębokim poważaniu i krzyczeć na każdym kroku: teraz JA. A ja dalej pochylam się nad każdym i dalej słucham, pocieszam, rozumiem. I dalej robić to będę. Bez względu na to ile jeszcze razy oberwę.
I na tym poprzestanę.
Dodam jeszcze, że kiedy nie słyszą nas ludzie postronni, pal licho, idziemy do domu i możemy zamknąć się w swoich czterech ścianach. Gorzej, jeśli nie słucha nas osoba, której oddaliśmy część siebie. Z którą żyjemy pod jednym dachem. Która powinna rozumieć, kochać i wspierać. To jest dopiero dramat. Bo potem trzeba wycinać. I czekać, aż się zagoi.
Na dziś:
Kontynuacja zachwytu nad Piotrem. Nie poradzę, no.
Bracia - Jutro zmienię wszystko
Bo to ważny temat.
Niejednokrotnie czułam się podle. Bo ktoś nie słuchał co mówię. Tylko gadał o sobie.
Prawda, że sama nauczyłam się nie mówić o sobie. Tak mnie wychowano, że nie jestem ważna. Że kogo obchodzą moje sprawy, problemy, przemyślenia. I tak sobie żyłam całe lata. Zresztą, tego wyplenić się nie da. Do dziś nie umiem ani wypłakiwać się ze swoimi ważnymi sprawami, ani też zwracać na siebie uwagę w stylu: a ja to bardziej, mocniej, lepiej.
Z jednej strony jestem jak najbardziej po stronie Karioki. Boli, kiedy ktoś nie słucha i nie pochyli się choć na chwilę nad nami. Kiedy epatuje swoim bólem/radością, wyimaginowanymi, bądź prawdziwymi. Boli, kiedy czegoś bardzo chcesz, albo wiesz jak ci ciężko, a ktoś inny, o kim wiesz, że ma i że lekko mu przyszło, narzeka. Kiedy słyszysz, z ust kogoś, kto ma aż nadmiar, że tobie i tak jest dobrze i nie masz co narzekać, a wiesz, że tak nie jest. A usłyszałam to niejednokrotnie. Czułam się zażenowana.
Ale z drugiej strony, może zbyt łatwo odpuszczam. Może nie umiem walczyć o swoje. Może powinnam tupnąć nogą i wykrzyczeć, że to nieprawda. Tylko po co? Za każdym razem, z bodajże dwóch, kiedy odważyłam się przegadać innych, czułam się groteskowo. Raz, że patrzono na mnie jak na kosmitę, bo przecież jak mogłam, z tym całym moim optymizmem, uśmiechem i radością, z jaką podchodzę do wszystkiego, mieć jakiekolwiek problemy? Dwa, że po wypowiedzeniu swojej kwestii było mi zwyczajnie głupio.
I zrozumiałam jedno. Niech sobie inni mają swoje gadane. Niech sobie narzekają, chwalą się, płaczą, cieszą, nawet, jeśli to nieprawdziwe, naciągane i bezsensowne. Ja nikomu nie narzucam swoich racji. Nie każę mnie żałować, bo mi to do niczego nie potrzebne. Nikt, kto naprawdę nie chce mnie wysłuchać, nie usłyszy ani krzyku, ani szeptu. Ten, kto chce i rozumie będzie umiał docenić mnie i moje uczucia.
Dlatego też nauczyłam się nazywać rzeczy po imieniu. Kiedy nie mam pieniędzy mówię, że ich nie mam. Kiedy boli dusza, mówię, że boli i gdzie. Kiedy coś mi nie pasuje - mówię o tym. Bo znajdą się tacy, którzy zrozumieją i pomogą, prawda?
Z innej strony możemy uważać na każde słowo, żeby kogoś nie urazić. I to chyba jest też kwestia wpojonych zasad. Trzeba wiedzieć komu, co i kiedy można powiedzieć. Ale do tego, trzeba znać człowieka, żeby wiedzieć co go zaboli. A w szczególności umieć przewidzieć skutki swojego działania. Czyli doszłam do empatii. Z tym, że za swoją empatię - umiejętność postawienia się w czyjejś sytuacji i uszanowania czyjejś godności i uczuć, niejednokrotnie dostałam od życia, a może tylko od tych ludzi, takie baty, że dziwię się, że jeszcze mi się chce skupiać się na innych, zamiast mieć wszystko w głębokim poważaniu i krzyczeć na każdym kroku: teraz JA. A ja dalej pochylam się nad każdym i dalej słucham, pocieszam, rozumiem. I dalej robić to będę. Bez względu na to ile jeszcze razy oberwę.
I na tym poprzestanę.
Dodam jeszcze, że kiedy nie słyszą nas ludzie postronni, pal licho, idziemy do domu i możemy zamknąć się w swoich czterech ścianach. Gorzej, jeśli nie słucha nas osoba, której oddaliśmy część siebie. Z którą żyjemy pod jednym dachem. Która powinna rozumieć, kochać i wspierać. To jest dopiero dramat. Bo potem trzeba wycinać. I czekać, aż się zagoi.
Na dziś:
Kontynuacja zachwytu nad Piotrem. Nie poradzę, no.
Bracia - Jutro zmienię wszystko
środa, 15 sierpnia 2012
[16] Dziś
nie am ochoty na nic. Ale nie. Mam ochotę! Wysłać facetów w kosmos! W misję na ...XDK-WON-963562848. Nie ma takiej planety? Tym bardziej...
"Rozmowa"* trwa. Dowiedziałam się właśnie, że wrzód widzi SZANSĘ, cokolwiek to w jego języku i mniemaniu znaczy. Bo że na 100% co innego niż u mnie, to pewne.
Jak prowadzić dialog, jeśli interlokutor nie słucha? Nie prowadzić. Nie mam zamiaru. Skończyłam z tym.
Zadziwia mnie ta pewność: jest szansa. Kurczę, niezbadane są ścieżki myśli, ślizgających się po neuronach.
*służę wyjaśnieniem - rozmowa w tym przypadku to wymiana zdań, z naciskiem na zrzucenie na mnie winy za całe zło tego świata i rozpad związku małżeńskiego, prowadzona za pomocą e-maili lub smsów.
Na dziś:
Trochę a propos, ale w sumie to już musztarda po obiedzie. Inna sprawa, że miękko mi się robi jak Piotr śpiewa. Chyba pokłócę się z sis o to, która go bardziej kocha :>
Bracia - Nad przepaścią
"Rozmowa"* trwa. Dowiedziałam się właśnie, że wrzód widzi SZANSĘ, cokolwiek to w jego języku i mniemaniu znaczy. Bo że na 100% co innego niż u mnie, to pewne.
Jak prowadzić dialog, jeśli interlokutor nie słucha? Nie prowadzić. Nie mam zamiaru. Skończyłam z tym.
Zadziwia mnie ta pewność: jest szansa. Kurczę, niezbadane są ścieżki myśli, ślizgających się po neuronach.
*służę wyjaśnieniem - rozmowa w tym przypadku to wymiana zdań, z naciskiem na zrzucenie na mnie winy za całe zło tego świata i rozpad związku małżeńskiego, prowadzona za pomocą e-maili lub smsów.
Na dziś:
Trochę a propos, ale w sumie to już musztarda po obiedzie. Inna sprawa, że miękko mi się robi jak Piotr śpiewa. Chyba pokłócę się z sis o to, która go bardziej kocha :>
Bracia - Nad przepaścią
wtorek, 14 sierpnia 2012
[15] Nie mogę się oprzeć
Bo powala mnie brak, nie tylko mięśni u nieuprawiającej sportów młodzieży (dorosłych zresztą też), a może raczej ignorancja ortograficzno-gramatyczna. Ignorancja, spieszę wyjaśnić, to nie ignorowanie i foch, ale nieuctwo, niechęć do zdobywania wiedzy i poszerzania horyzontów. I proszę mnie nie atakować dys- czymś. Dla mnie to zwyczajne lenistwo. O tym zresztą pisała już moja odnaleziona bliźniaczka, jedna z kilku, Frau Be.
A oto moje kwiatki, wyszperane (a raczej rzuciły mi się w oczy) osobiście i z pomocą osób trzecich.
A oto moje kwiatki, wyszperane (a raczej rzuciły mi się w oczy) osobiście i z pomocą osób trzecich.
[14] Nie masz tematu?
Zajrzyj na onet! Od razu znajdziesz! Możesz też od razu mieć od tego zawał serca, jeśli słabe ono. Z nerw.
No więc zajrzałam.
Przeczytałam o wypowiedzi prof. Pawłowicz. Pomijam użycie w wypowiedzi sprawy-klucza, a nawet dwóch, bo to nieistotne. Istotne dla mnie było jedno. Tradycyjna hierarchia wartości. W kontekście feminizmu, na którym nieznana mi prof. Pawłowicz (biję się w pierś, nie śledzę wszystkich posłów, ba! nie śledzę żadnego!) zawiesiła psy (przepraszam wszystkie psy!), ta hierarchia jawi mi się jako coś, czego przyjąć do wiadomości nie chcę. Jestem na nie. Stanowczo. Mimo, że nie okrzyknę się nigdy feministką.
Bo coś mi się widzi, że ta hierarchia, według rzeczonej pani prof. to baba przy garach, dzieciach, w chacie, znosząca humory i władczość pana, oczywiście z uśmiechem i radością.
A gdzie, ja się pytam, w tej hierarchii miejsce na spełnienie dla kobiety? Na jej pasje, zainteresowania, czas dla siebie? Czy to już feminizm? Że kobieta czasem w dupie ma obiad, za to chętnie poleży z książką, albo spotka się z przyjaciółką, albo poświęci czas na kształcenie, zdobywanie wiedzy? Nie jestem feministką. Nawet przez myśl mi się tak nazywać. Jestem za to kobietą. Kobietą, która ma pasje. Która spełnia się w tym co lubi i która czasem nie chce. A czasem chce bardzo.
Nie wiem co pani miała na myśli, mówiąc o "filozofii totalnego wyluzowania", ale jestem wyluzowana. Jestem matką, dzieciaki nie mają źle, są mądre, zadbane, może czasem zamiast obiadu i porządku mają kanapki i bałagan, ale cóż, nie można mieć wszystkiego. Mam prawo być zmęczona. Mam prawo nie chcieć żyć w tradycyjnym modelu rodziny. Jeśli heteroseksualny facet za argument ma pięść to po kiego grzyba mi on? Jeśli zamiast argumentów wytacza poniżające porównania i potknięcia, które mi się przytrafiły, a nie są jakieś bardzo straszne, to lepiej? Jest lepszy niż jakby go nie było? Wolę go nie mieć. Wolę żyć sama. Wolę zniszczyć obraz tradycyjny na rzecz mojego spokoju, spokoju moich dzieci i radości z życia.
Nikt też nie powiedział, że się znów nie zakocham. A czy w mężczyźnie, czy kobiecie to już nie pani profesor sprawa.
Na dziś:
Guns'n'Roses - Don't cry
Raczej sentymentalnie, niż w związku z tematem.
Za to utwór ten kojarzy mi się z niepowetowaną stratą..
No więc zajrzałam.
Przeczytałam o wypowiedzi prof. Pawłowicz. Pomijam użycie w wypowiedzi sprawy-klucza, a nawet dwóch, bo to nieistotne. Istotne dla mnie było jedno. Tradycyjna hierarchia wartości. W kontekście feminizmu, na którym nieznana mi prof. Pawłowicz (biję się w pierś, nie śledzę wszystkich posłów, ba! nie śledzę żadnego!) zawiesiła psy (przepraszam wszystkie psy!), ta hierarchia jawi mi się jako coś, czego przyjąć do wiadomości nie chcę. Jestem na nie. Stanowczo. Mimo, że nie okrzyknę się nigdy feministką.
Bo coś mi się widzi, że ta hierarchia, według rzeczonej pani prof. to baba przy garach, dzieciach, w chacie, znosząca humory i władczość pana, oczywiście z uśmiechem i radością.
A gdzie, ja się pytam, w tej hierarchii miejsce na spełnienie dla kobiety? Na jej pasje, zainteresowania, czas dla siebie? Czy to już feminizm? Że kobieta czasem w dupie ma obiad, za to chętnie poleży z książką, albo spotka się z przyjaciółką, albo poświęci czas na kształcenie, zdobywanie wiedzy? Nie jestem feministką. Nawet przez myśl mi się tak nazywać. Jestem za to kobietą. Kobietą, która ma pasje. Która spełnia się w tym co lubi i która czasem nie chce. A czasem chce bardzo.
Nie wiem co pani miała na myśli, mówiąc o "filozofii totalnego wyluzowania", ale jestem wyluzowana. Jestem matką, dzieciaki nie mają źle, są mądre, zadbane, może czasem zamiast obiadu i porządku mają kanapki i bałagan, ale cóż, nie można mieć wszystkiego. Mam prawo być zmęczona. Mam prawo nie chcieć żyć w tradycyjnym modelu rodziny. Jeśli heteroseksualny facet za argument ma pięść to po kiego grzyba mi on? Jeśli zamiast argumentów wytacza poniżające porównania i potknięcia, które mi się przytrafiły, a nie są jakieś bardzo straszne, to lepiej? Jest lepszy niż jakby go nie było? Wolę go nie mieć. Wolę żyć sama. Wolę zniszczyć obraz tradycyjny na rzecz mojego spokoju, spokoju moich dzieci i radości z życia.
Nikt też nie powiedział, że się znów nie zakocham. A czy w mężczyźnie, czy kobiecie to już nie pani profesor sprawa.
Na dziś:
Guns'n'Roses - Don't cry
Raczej sentymentalnie, niż w związku z tematem.
Za to utwór ten kojarzy mi się z niepowetowaną stratą..
niedziela, 12 sierpnia 2012
[13] Nic ciekawego - o piórach. I długopisach też.
Jestem ich wielką miłośniczką. Zaczęło się od tego, że tata przywiózł jedno z ZSRR, gdzie był na poligonie. Dla siebie przywiózł. I leżało w takiej szafce ze skarbami, które uwielbiałam przeglądać. Jakieś medale, pamiątki, zdjęcia. I to pióro. Czarne, ze złotą skuwką. Złotą stalówką. W bibułce i w pudełeczku.
Kusiło mnie, zakochałam się w nim. Było takie na pompkę. Żadne inne takie nie było. Dopiero po latach, kiedy dostałam pierwszego Parkera znów miałam pióro na pompkę. Mam zresztą dalej.
Tamtego, tatowego nie ma. Gubiłam wszystkie długopisy, co doprowadzało ojca do szału, a zawsze dawał mi zenity. Bo solidne. Do dzisiaj lubię takie długopisy. To pióro też zgubiłam.
Pióro od taty wydębiłam, trochę sterroryzowana przez niego. Bo uważał, że brzydko piszę. Dawał mi do przepisywania gazetę. Trybunę Ludu. I jak dziś pamiętam jak siedziałam przy stole i przepisywałam. Treści nie pomnę, aczkolwiek nieistotna jest.
Potem uzbierałam sobie na swoje własne pióro. Byłam w ósmej klasie. Kupiłam sobie zielone chińskie pióro, które do dzisiaj mam do dzisiaj:
Przeszło remont, dostało złotą stalówkę, piszę nim do dzisiaj.
Mam też inne chińskie pióro, które udało mi się wydębić od koleżanki. Napisałam nim maturę. Też jest na chodzie do dzisiaj.
W międzyczasie miałam piór około 30 sztuk. I na naboje i klasyczne. Wymieniałam się i gubiłam je. Miałam kilka kolorów atramentów, od chińskich, przez radzieckie, po watermany i pelikany. Swego czasu, kiedy o naboje było ciężko, miałam nawet igłę i strzykawkę i napełniałam je sama. Totalne szaleństwo. Miałam i mam do dzisiaj stalówki. I obsadki. Bardzo chciałam być jak Tosia z Plastusiowego pamiętnika. Nawet ulepiłam sobie coś z plasteliny, ale głowy urwać sobie nie dam czy choć trochę przypominało Plastusia. Ale miałam stalówki i martwiłam się, że nie umiem zrobić kleksa. Cierpiałam bardzo. Bo chciałam sobie przerobić lekturę w realu.
Mam też pióro ptasie, komu z tyłka wyrwane nie wiem. Kupione za ciężkie pieniądze z malutką buteleczką inkaustu, bibułką na przycisku i w drewnianym pudełku. Lekko kiczowate, aczkolwiek wyrzucić nie sposób. Chyba. Może mnie kiedyś najdzie i wyrzucę takie "trafione" prezenty wiadomo-od-kogo. Nie mówcie, że teraz jestem wredna. Ja po prostu lubię rzeczy użyteczne i jak mam wydać kasę to ma być to warte tych pieniędzy. I tyle. A że się jeszcze źle kojarzy. Cóż, taki los.
Wracając do tematu, mogłabym pracować w serwisie piór, umiem każde rozkręcić i skręcić. Wymienić, umyć i będzie działało.
Teraz nie ma już tych emocji. Już nie pisuję listów, bo i do kogo. Piórami raczej się bawię, niż używam, bo czym jest podpisywanie się na pismach, które są wydrukowane. Ubolewam nad brakiem kopertowej korespondencji.
Dziś, tych w zasięgu wzroku, bo ile mam poupychanych w torebkach pod podszewkami to nie wiem, mam cztery. Napełniam je atramentem, wypisuję, a raczej wybazgrowuję, bo rysuję esy-floresy. Od czasu do czasu myję i czyszczę. Takie małe zboczenie.
Co do długopisów, lubię takie, które piszą dość grubo. Nie lubię wkładów, które mażą. Lubię markę bic. I Parkery oczywiście. I nie lubię pisać czarnym kolorem. Tak jak kocham czerń, tak nie znoszę pisać czarnym. Ot, mała odchyłka.
Wracając do pisma. Uważam, że piszę ładnie, aczkolwiek teraz ręka odzwyczajona i Kudłata się nabija. Ale wcale nie tata jest autorem sukcesu, ani propaganda PRL-u, a moje koleżanki z klasy. Pamiętam, że bardzo podobało mi się pismo kilku z nich i nie mogłam się zdecydować, więc naśladowałam je, zależnie z którą siedziałam. Miałam więc fazę Agnieszkową, Ewkową, Agnieszkową II, Magdową. Wyszedł z tego niezły misz-masz. Moje pismo.
Na dziś:
Z okazji wczorajszych urodzin Marka Knopflera
Dire Straits - Private Investigations
Kusiło mnie, zakochałam się w nim. Było takie na pompkę. Żadne inne takie nie było. Dopiero po latach, kiedy dostałam pierwszego Parkera znów miałam pióro na pompkę. Mam zresztą dalej.
Tamtego, tatowego nie ma. Gubiłam wszystkie długopisy, co doprowadzało ojca do szału, a zawsze dawał mi zenity. Bo solidne. Do dzisiaj lubię takie długopisy. To pióro też zgubiłam.
Pióro od taty wydębiłam, trochę sterroryzowana przez niego. Bo uważał, że brzydko piszę. Dawał mi do przepisywania gazetę. Trybunę Ludu. I jak dziś pamiętam jak siedziałam przy stole i przepisywałam. Treści nie pomnę, aczkolwiek nieistotna jest.
Potem uzbierałam sobie na swoje własne pióro. Byłam w ósmej klasie. Kupiłam sobie zielone chińskie pióro, które do dzisiaj mam do dzisiaj:
Przeszło remont, dostało złotą stalówkę, piszę nim do dzisiaj.
Mam też inne chińskie pióro, które udało mi się wydębić od koleżanki. Napisałam nim maturę. Też jest na chodzie do dzisiaj.
W międzyczasie miałam piór około 30 sztuk. I na naboje i klasyczne. Wymieniałam się i gubiłam je. Miałam kilka kolorów atramentów, od chińskich, przez radzieckie, po watermany i pelikany. Swego czasu, kiedy o naboje było ciężko, miałam nawet igłę i strzykawkę i napełniałam je sama. Totalne szaleństwo. Miałam i mam do dzisiaj stalówki. I obsadki. Bardzo chciałam być jak Tosia z Plastusiowego pamiętnika. Nawet ulepiłam sobie coś z plasteliny, ale głowy urwać sobie nie dam czy choć trochę przypominało Plastusia. Ale miałam stalówki i martwiłam się, że nie umiem zrobić kleksa. Cierpiałam bardzo. Bo chciałam sobie przerobić lekturę w realu.
Mam też pióro ptasie, komu z tyłka wyrwane nie wiem. Kupione za ciężkie pieniądze z malutką buteleczką inkaustu, bibułką na przycisku i w drewnianym pudełku. Lekko kiczowate, aczkolwiek wyrzucić nie sposób. Chyba. Może mnie kiedyś najdzie i wyrzucę takie "trafione" prezenty wiadomo-od-kogo. Nie mówcie, że teraz jestem wredna. Ja po prostu lubię rzeczy użyteczne i jak mam wydać kasę to ma być to warte tych pieniędzy. I tyle. A że się jeszcze źle kojarzy. Cóż, taki los.
Wracając do tematu, mogłabym pracować w serwisie piór, umiem każde rozkręcić i skręcić. Wymienić, umyć i będzie działało.
Teraz nie ma już tych emocji. Już nie pisuję listów, bo i do kogo. Piórami raczej się bawię, niż używam, bo czym jest podpisywanie się na pismach, które są wydrukowane. Ubolewam nad brakiem kopertowej korespondencji.
Dziś, tych w zasięgu wzroku, bo ile mam poupychanych w torebkach pod podszewkami to nie wiem, mam cztery. Napełniam je atramentem, wypisuję, a raczej wybazgrowuję, bo rysuję esy-floresy. Od czasu do czasu myję i czyszczę. Takie małe zboczenie.
Co do długopisów, lubię takie, które piszą dość grubo. Nie lubię wkładów, które mażą. Lubię markę bic. I Parkery oczywiście. I nie lubię pisać czarnym kolorem. Tak jak kocham czerń, tak nie znoszę pisać czarnym. Ot, mała odchyłka.
Wracając do pisma. Uważam, że piszę ładnie, aczkolwiek teraz ręka odzwyczajona i Kudłata się nabija. Ale wcale nie tata jest autorem sukcesu, ani propaganda PRL-u, a moje koleżanki z klasy. Pamiętam, że bardzo podobało mi się pismo kilku z nich i nie mogłam się zdecydować, więc naśladowałam je, zależnie z którą siedziałam. Miałam więc fazę Agnieszkową, Ewkową, Agnieszkową II, Magdową. Wyszedł z tego niezły misz-masz. Moje pismo.
Z okazji wczorajszych urodzin Marka Knopflera
Dire Straits - Private Investigations
[12] Rozmowa
Nobla temu, kto wymyślił czaty, komunikatory i internet. Nie żebym nie lubiła innych rozmów. Lubię bardzo. Na żywo. Lubię pisać listy i je dostawać (nie ma nic lepszego jak czytać ręcznie napisane słowa - tylko nikt już nie chce do mnie pisać..). Lubię rozmawiać. Może dlatego gadam do siebie jak jestem sama :)
No więc rozmawiam. Żalę się. Krzyczę prawie, że jestem sama, że żałuję przeszłości, że mi źle. Wspominamy i pociesza mnie z drugiej strony. Właśnie mu napisałam, że go kocham. Platonicznie, bo przecież ma żonę. Ale kocham go za wspomnienia. Za te wszystkie lata, które spędziliśmy razem, robiąc takie rzeczy, że kiedy opowiadam Kudłatej to na zmianę patrzy z politowaniem, podchwytuje: a mi to nie pozwalasz!, i słucha z zapartym tchem. Niby nic. Kawałek życia. Przyjaciele. Wspomnienia. A jednak. Ogromna wartość, której nie sprzedam, nie oddam, nie zostawię. Pielęgnuję, ale nie żyję nimi. Są częścią mojego życia. Porzucić wspomnienia to umrzeć w przeszłości. I nie mieć z czym iść w przyszłość.
Konkluzja: jeśli dane mi będzie być z kimś, najpierw sprawdzę, czy umie rozmawiać. I okazywać uczucia.
Na dziś:
Deep Purple - Perfect Strangers
No więc rozmawiam. Żalę się. Krzyczę prawie, że jestem sama, że żałuję przeszłości, że mi źle. Wspominamy i pociesza mnie z drugiej strony. Właśnie mu napisałam, że go kocham. Platonicznie, bo przecież ma żonę. Ale kocham go za wspomnienia. Za te wszystkie lata, które spędziliśmy razem, robiąc takie rzeczy, że kiedy opowiadam Kudłatej to na zmianę patrzy z politowaniem, podchwytuje: a mi to nie pozwalasz!, i słucha z zapartym tchem. Niby nic. Kawałek życia. Przyjaciele. Wspomnienia. A jednak. Ogromna wartość, której nie sprzedam, nie oddam, nie zostawię. Pielęgnuję, ale nie żyję nimi. Są częścią mojego życia. Porzucić wspomnienia to umrzeć w przeszłości. I nie mieć z czym iść w przyszłość.
Konkluzja: jeśli dane mi będzie być z kimś, najpierw sprawdzę, czy umie rozmawiać. I okazywać uczucia.
Na dziś:
Deep Purple - Perfect Strangers
sobota, 11 sierpnia 2012
[11] PHI!!!!
Co tam kluczyki do samochodu. Też mi coś.
Dygresja: uwielbiam, pasjami kocham i dałabym się pociąć za pióra. Takie do pisania. Ale o tym kiedy indziej.
Temat główny: swego czasu, jakieś trzy lata temu, zapodziały się: dwa długopisy i pióro Parkera. Nie jakieś tam wypasy. Ale moje ulubione. Zniknęły wzięły i koniec. Rozpacz ogarniała mnie falami, wraz z przypomnieniem sobie o stanie zagubienia.
I nagle.
Przekładam rzeczy. Chwytam za torebkę, którą (sic!) noszę od czasu do czasu, żeby ją schować. Tak sobie pomyślałam, będę odkurzać zaraz, to wytrzepię z niej śmieci. Wiecie, kurz, okruszki i inne. Osobiście nie lubię torebek. Wolę plecak jakiś. Ręce lubię mieć wolne, choćby po to, żeby szybko chodzić. Ale biorę tę torebkę, wyciągam wszystko, żeby wytrzepać. Długopis, gumy do żucia, chusteczki...Czuję jeszcze jakieś pisadła. Przeszukuję kieszonki - pusto. Pod podszewką! Ale jak? Przecież dziurka jest tylko u góry przy zamku, nie wpadną tam samoistnie żadne rzeczy. Nic to, kombinacją alpejską wyciągam: cztery długopisy, w tym dwa Parkery i pióro.
Jak się tam znalazły? Nie wiem.
Uratowałam jeden długopis, bo wkład wylał. Ale szczęście mnie ogarnęło nieziemskie.
A o piórach będzie później. Jak ochłonę. Z radości.
Dygresja: uwielbiam, pasjami kocham i dałabym się pociąć za pióra. Takie do pisania. Ale o tym kiedy indziej.
Temat główny: swego czasu, jakieś trzy lata temu, zapodziały się: dwa długopisy i pióro Parkera. Nie jakieś tam wypasy. Ale moje ulubione. Zniknęły wzięły i koniec. Rozpacz ogarniała mnie falami, wraz z przypomnieniem sobie o stanie zagubienia.
I nagle.
Przekładam rzeczy. Chwytam za torebkę, którą (sic!) noszę od czasu do czasu, żeby ją schować. Tak sobie pomyślałam, będę odkurzać zaraz, to wytrzepię z niej śmieci. Wiecie, kurz, okruszki i inne. Osobiście nie lubię torebek. Wolę plecak jakiś. Ręce lubię mieć wolne, choćby po to, żeby szybko chodzić. Ale biorę tę torebkę, wyciągam wszystko, żeby wytrzepać. Długopis, gumy do żucia, chusteczki...Czuję jeszcze jakieś pisadła. Przeszukuję kieszonki - pusto. Pod podszewką! Ale jak? Przecież dziurka jest tylko u góry przy zamku, nie wpadną tam samoistnie żadne rzeczy. Nic to, kombinacją alpejską wyciągam: cztery długopisy, w tym dwa Parkery i pióro.
Jak się tam znalazły? Nie wiem.
Uratowałam jeden długopis, bo wkład wylał. Ale szczęście mnie ogarnęło nieziemskie.
A o piórach będzie później. Jak ochłonę. Z radości.
[10] Przerąbane
ma Kudłata. Zgubiła kluczyki do samochodu. Szuka. W lesie, na biwaku, w jeziorze. Zdalnie nie mogę jej pomóc. Jak nie znajdzie...Boję się pomyśleć.
Wyszło słońce. Ale moja mroczna dusza wyszła wczoraj ze mnie jak, nie przymierzając, czarne duszyska z kanalizacji w "Uwierz w ducha" z cudownym Patrickiem Swayze.
Ta czarna dusza kazała mi się nabijać z kogoś, kto nawet o tym nie wie. Wyszydzać i kląć. Wymyślać niestworzone rzeczy i pisać je do drugiej czarnej duszy, siedzącej na jednym z końców pajęczej sieci internetu (tak tak! O Tobie mówię! Nie chowaj się!). Samo zło. I chodzi o kogoś innego niż dotychczas.
Ale wcale mi nie jest wstyd.
Zawsze wydawało mi się, że odrobina samokrytycyzmu nie zaszkodzi w życiu. Uczę się też, żeby ten samokrytycyzm nie przeważał nad wiarą w siebie. Co nie jest łatwe, zwłaszcza kiedy całe lata był jedynym odczuciem w stosunku do siebie. I ta biedna osoba, na której wczoraj nie zostawiłam suchej nitki jest przykładem wręcz odwrotnego zjawiska. Może jestem niesprawiedliwa. Może nie wiem wszystkiego. Może powinnam dziób w ciup. Może najpierw siebie powinnam obsmarować. Jednak znam pewne granice, których nie ośmielę się przekroczyć nigdy, choćbym nie wiem jak wysokie mniemanie o sobie miała. Granice przyzwoitości i dobrego smaku. W tym konkretnym przypadku, którego nie przytoczę i nie pokażę, granica ta została przekroczona wielkim skokiem. Dałam sobie prawo do wylewu gnojówki. Jednoosobowo, z pełnym zrozumieniem drugostronnym.
Przypomina mi to jeden z odcinków Pingwinów z Madagaskaru, nota bene świetnej kreskówki, gdzie występują szerszenie ('a żądłem chcesz?') i Mort, który nie czuł bólu.
Osoba na widelcu nie czuje bólu. Bólu oglądających.
Samokrytycyzm również nie jest silną stroną osoby, o której jednak co niektórzy pomyśleli na wstępie. Po rozmowie z Kudłatą dochodzę do wniosku, że jednak jestem z innej planety, jestem patologiczną matką i niewychowawczą. Bo mam swoje zdanie, umiem przyznać rację dzieckom i staram się z dzieckami rozmawiać, nie krzycząc i uznając ich racje. Nie idę w zaparte, nawet kiedy szlag mnie jasny trafia. Dlaczego? Bo to też ludzie. Bo się uczę na swoich błędach i nie chcę ich popełnić w stosunku do nich. Bo widzę co złego im zrobiłam dotychczas i że można było tego uniknąć. Samokrytycyzm pozwala mi rozmawiać z Kudłatą tak, żeby mnie słuchała. Obie się uczymy.
Ufff. Kudłata kluczyki znalazła. Nie musiała przeorywać dna jeziora. Obejdzie się bez mowy umoralniającej..WRÓĆ!!! Obejdzie się bez mieszania jej z błotem, wyzywania i odsądzania od posiadania mózgu. Mowa umoralniająca, o ile piśnie słówko, że zapodziała na chwilę, będzie. I to jeszcze jaka!
Nie chcecie tego wiedzieć.
Mieszanie też będzie.
Zaraz do niej napiszę, że ma słowem nie pisnąć. Po co będzie sobie psuć wakacje.
Na dzisiaj:
Pearl Jam - Jeremy
Kudłata właśnie odkryła ten zespół. Uwielbiam jej konsternację, kiedy próbuje mnie zagiąć, a ja mówię, że w kartonie mam kasetę.
piątek, 10 sierpnia 2012
[9] Kto wie
Co daje nam prawo wmawiać innym, że mamy rację? Z naciskiem na wmawiać. Nie przekonywać, czy też rozmawiać.
Wiek?
Wykształcenie?
Doświadczenie?
Zastanawiam się nad tym, bo pojąć nie mogę. Chwilami ręce mi opadają. Z majtkami włącznie. Wszystko mi opada i cud, że się trzymam. Nie napiszę co mi przychodzi do głowy, bo mój brak wyższego mi nie pozwala. Wiek w sumie, powiedzmy, zezwala, ale ciągle mam w sobie tę dziecięcą bojaźń przed obrażeniem starszego, bądź co bądź, dwa lata tylko, ale zawsze, człowieka.
Czy zna ktoś lekarstwo na niedojrzałość emocjonalną?
Na dziś:
Obywatel G.C. - Tak, tak to ja
Wiek?
Wykształcenie?
Doświadczenie?
Zastanawiam się nad tym, bo pojąć nie mogę. Chwilami ręce mi opadają. Z majtkami włącznie. Wszystko mi opada i cud, że się trzymam. Nie napiszę co mi przychodzi do głowy, bo mój brak wyższego mi nie pozwala. Wiek w sumie, powiedzmy, zezwala, ale ciągle mam w sobie tę dziecięcą bojaźń przed obrażeniem starszego, bądź co bądź, dwa lata tylko, ale zawsze, człowieka.
Czy zna ktoś lekarstwo na niedojrzałość emocjonalną?
Na dziś:
Obywatel G.C. - Tak, tak to ja
czwartek, 9 sierpnia 2012
[8] Muszę schudnąć
Nie o mnie chodzi. Ja mam do tego, tak myślę, zdrowe podejście. Wiem, że potrzeba mi czasu, kilku drobnych zmian żywieniowych i ćwiczeń. Które już zaczęłam zresztą wprowadzać. I wiem, że podziała i będzie jak trzeba.
Chodzi o innych. Nie będę uderzać personalnie, bo nawet nie o to chodzi, żeby atakować, bo odmienne zdanie mam i w tej kwestii.
Zastanawiam się dlaczego ludzie wmawiają sobie, że wskoczą w dietę 1000 kcal na tydzień, dwa i sprawa będzie załatwiona. Po czym wrócą do żłopania piwa, żarcia chipsów i nic się nie zmieni. I to dotyczy wszystkich, bez względu na status, wykształcenie, poglądy i inne możliwe punkty odniesienia.
Czy złuda daje taką nadzieję? Czy naprawdę utopia góruje nad rozsądkiem?
Dlaczego, kiedy kładę do łba zasady, które nie są jakieś trudne do zrozumienia i wykonania, większość staje okoniem?
Ja rozumiem chroniczną niechęć do wykonywania innych ćwiczeń niż miarowe podnoszenie i opuszczanie klaty przy oddychaniu, przebieranie nogami w celu dotarcia do celu, klikania na klawiaturze, czy innym smartfonie. W końcu na siedzenie też nam organizm zużywa ileś kilokalorii. Myślenie, spanie, mruganie oczami też.
Trzeba ćwiczyć, żeby spalić paliwo, które pochłaniamy. Trzeba jeść, żeby organizm nie robił niepotrzebnych zapasów. Trzeba chcieć.
Ale kto mnie słucha...
Na dziś moje ostatnie odkrycie, niecierpliwie czekam na płytę:
The Shipyard - Downtown
Chodzi o innych. Nie będę uderzać personalnie, bo nawet nie o to chodzi, żeby atakować, bo odmienne zdanie mam i w tej kwestii.
Zastanawiam się dlaczego ludzie wmawiają sobie, że wskoczą w dietę 1000 kcal na tydzień, dwa i sprawa będzie załatwiona. Po czym wrócą do żłopania piwa, żarcia chipsów i nic się nie zmieni. I to dotyczy wszystkich, bez względu na status, wykształcenie, poglądy i inne możliwe punkty odniesienia.
Czy złuda daje taką nadzieję? Czy naprawdę utopia góruje nad rozsądkiem?
Dlaczego, kiedy kładę do łba zasady, które nie są jakieś trudne do zrozumienia i wykonania, większość staje okoniem?
Ja rozumiem chroniczną niechęć do wykonywania innych ćwiczeń niż miarowe podnoszenie i opuszczanie klaty przy oddychaniu, przebieranie nogami w celu dotarcia do celu, klikania na klawiaturze, czy innym smartfonie. W końcu na siedzenie też nam organizm zużywa ileś kilokalorii. Myślenie, spanie, mruganie oczami też.
Trzeba ćwiczyć, żeby spalić paliwo, które pochłaniamy. Trzeba jeść, żeby organizm nie robił niepotrzebnych zapasów. Trzeba chcieć.
Ale kto mnie słucha...
Na dziś moje ostatnie odkrycie, niecierpliwie czekam na płytę:
The Shipyard - Downtown
środa, 8 sierpnia 2012
[7] Pragmatyzm
Już nawet nie chodzi o to, że dyskusja z koleżanką o kotach i mleku przerodziła się w wymianę zdań, gdzie po kilku moich argumentach zostałam potraktowana obcesowo, "wyzwana" od pragmatyczek i rozmowa się zakończyła.
Pragmatyzm, to ogólnie mówiąc postawa polegająca na prawdzie, uzależniająca prawdziwość tez od praktycznych skutków. Potocznie to realistyczna ocena rzeczywistości.
Może czegoś nie pojęłam, może zabrakło mi wykształcenia, nie wiem. W każdym razie lekcja, której zupełnie nie przyjmuję do wiadomości: jeśli masz swoje zdanie, to sobie je schowaj w buty, podniesie ci się stopa życiowa, natomiast nie staraj się kogoś przekonać do swoich racji, bo ..
Właśnie.
Abstrahując od powyższej dyskusji, analogicznie działo się w moim stadle małżeńskim. Dopóki przytakiwałam, było ok. Przytakiwałam, kiedy moje zdanie, było takie samo. Kiedy jednak hydra łeb podniosła i zaczęła mieć swoje zdanie, a wręcz odważyła się wyrazić je głośno, dobitnie i stanowczo, i różniło się ono od zdania głównego rozmówcy, dostawała w łeb. W efekcie i emocjonalnie i czasem fizycznie, kiedy argumentów brakło.
Dlaczego tak trafiam? I to widzę zewsząd. Gdzie nie próbuję wypowiedzieć swego zdania, jest źle.
Może jestem za bardzo stanowcza?
Może za bardzo forsuję swoje przekonania?
Może sposób w jaki chcę tę wiedzę przekazać jest zły?
Może ja nie powinnam mieć swojego zdania?
Moim zdaniem nie wyglądam na ofiarę losu, która nie myśli, ale mogę się w swym samouwielbieniu mylić.
Mam wrażenie, że moje zdanie się nie liczy. Bo zwykle słucham. Słucham wszystkich. Słucham i przyciągam gadaczy. Każdy chce się zwierzyć. Od kulturysty, po zwiewną nimfę, która ma globusa, w przerwie ze starszymi paniami, które wymieniają szczęki, bo im się ruszają i nieszczęśliwe małżonki. Każdy chce rady. Bo jak zinterpretować pytanie: co o tym myślisz? albo co mi radzisz? Chyba nie to, aczkolwiek mogę się mylić, żebym milczała swoje zdanie, bądź radę. Bo jak tylko zaczynam, po dogłębnym przemyśleniu, mówić co myślę, bądź udzielać rady w formie: moim zdaniem (staram sienie mówić musisz, masz, choć nie zawsze się udaje), to jest opozycja.
Wiem! Może każdy oczekuje, że moje zdanie będzie przytakiwało? Że zawsze się zgodzę? Pojęczę razem z nim/nią i już.
Otóż nie. Nie zgodzę się. Przestałam się zgadzać i przytakiwać bardzo dawno temu.
Mam swoje zdanie i nie zawaham się go używać!
Na dziś: SDM - Czarny blues o czwartej nad ranem
Nie, nie rozpadam się emocjonalnie. Wspomnienia zawsze będą mi towarzyszyć. Nie umiem i nie chcę ich wyrzucać. Są dla mnie pożywką na dalszą drogę.
Pragmatyzm, to ogólnie mówiąc postawa polegająca na prawdzie, uzależniająca prawdziwość tez od praktycznych skutków. Potocznie to realistyczna ocena rzeczywistości.
Może czegoś nie pojęłam, może zabrakło mi wykształcenia, nie wiem. W każdym razie lekcja, której zupełnie nie przyjmuję do wiadomości: jeśli masz swoje zdanie, to sobie je schowaj w buty, podniesie ci się stopa życiowa, natomiast nie staraj się kogoś przekonać do swoich racji, bo ..
Właśnie.
Abstrahując od powyższej dyskusji, analogicznie działo się w moim stadle małżeńskim. Dopóki przytakiwałam, było ok. Przytakiwałam, kiedy moje zdanie, było takie samo. Kiedy jednak hydra łeb podniosła i zaczęła mieć swoje zdanie, a wręcz odważyła się wyrazić je głośno, dobitnie i stanowczo, i różniło się ono od zdania głównego rozmówcy, dostawała w łeb. W efekcie i emocjonalnie i czasem fizycznie, kiedy argumentów brakło.
Dlaczego tak trafiam? I to widzę zewsząd. Gdzie nie próbuję wypowiedzieć swego zdania, jest źle.
Może jestem za bardzo stanowcza?
Może za bardzo forsuję swoje przekonania?
Może sposób w jaki chcę tę wiedzę przekazać jest zły?
Może ja nie powinnam mieć swojego zdania?
Moim zdaniem nie wyglądam na ofiarę losu, która nie myśli, ale mogę się w swym samouwielbieniu mylić.
Mam wrażenie, że moje zdanie się nie liczy. Bo zwykle słucham. Słucham wszystkich. Słucham i przyciągam gadaczy. Każdy chce się zwierzyć. Od kulturysty, po zwiewną nimfę, która ma globusa, w przerwie ze starszymi paniami, które wymieniają szczęki, bo im się ruszają i nieszczęśliwe małżonki. Każdy chce rady. Bo jak zinterpretować pytanie: co o tym myślisz? albo co mi radzisz? Chyba nie to, aczkolwiek mogę się mylić, żebym milczała swoje zdanie, bądź radę. Bo jak tylko zaczynam, po dogłębnym przemyśleniu, mówić co myślę, bądź udzielać rady w formie: moim zdaniem (staram sienie mówić musisz, masz, choć nie zawsze się udaje), to jest opozycja.
Wiem! Może każdy oczekuje, że moje zdanie będzie przytakiwało? Że zawsze się zgodzę? Pojęczę razem z nim/nią i już.
Otóż nie. Nie zgodzę się. Przestałam się zgadzać i przytakiwać bardzo dawno temu.
Mam swoje zdanie i nie zawaham się go używać!
Na dziś: SDM - Czarny blues o czwartej nad ranem
wtorek, 7 sierpnia 2012
[6] Kiedyś zapomniałam o muzyce
Nie wiem jak to się stało. To znaczy teraz już wiem.
Kiedy rosła we mnie depresja, kiedy zakręcałam się na jednej myśli i nie potrafiłam wyrwać jej z korzeniami, kiedy pracę mózgu wspomagały łzy, kiedy nie cieszyło nic, umarła muzyka i ja jej na to pozwoliłam.
Pozwoliłam, żeby była sobie bez mojego zainteresowania. Bo przecież była. Dopiero od niedawna zaczynam kojarzyć utwory, które leciały w radio, kiedy mnie pożerała otchłań.
Jak to jest żyć, nie żyjąc? Strasznie.
Nie jesteś wstanie myśleć. Nie jesteś w stanie przejąć kontroli nad umysłem. Robi co chce, podpowiadając złe obrazy (z Hey - List). I nie da się zrobić nic. Bo nie ma siły.
Aż w końcu jeden impuls, potem drugi, jak porażenie prądem. Kopnie, ale jeszcze zdziwienie przeważa nad rozumieniem. Potem cała seria. I nagle poprzestawia się w głowie wszystko.
Nagle trwa latami. Trwa jeszcze. Jeszcze się układa i jeszcze potrwa jakiś czas.
Kiedyś napiszę list.
Dołączę do niego płytę, na której muzycznie opiszę swoje uczucia.
Jedna z tych, które pamiętam. Szkoda, że zespół już nie tworzy.
Siedem - O smokach
Kiedy rosła we mnie depresja, kiedy zakręcałam się na jednej myśli i nie potrafiłam wyrwać jej z korzeniami, kiedy pracę mózgu wspomagały łzy, kiedy nie cieszyło nic, umarła muzyka i ja jej na to pozwoliłam.
Pozwoliłam, żeby była sobie bez mojego zainteresowania. Bo przecież była. Dopiero od niedawna zaczynam kojarzyć utwory, które leciały w radio, kiedy mnie pożerała otchłań.
Jak to jest żyć, nie żyjąc? Strasznie.
Nie jesteś wstanie myśleć. Nie jesteś w stanie przejąć kontroli nad umysłem. Robi co chce, podpowiadając złe obrazy (z Hey - List). I nie da się zrobić nic. Bo nie ma siły.
Aż w końcu jeden impuls, potem drugi, jak porażenie prądem. Kopnie, ale jeszcze zdziwienie przeważa nad rozumieniem. Potem cała seria. I nagle poprzestawia się w głowie wszystko.
Nagle trwa latami. Trwa jeszcze. Jeszcze się układa i jeszcze potrwa jakiś czas.
Kiedyś napiszę list.
Dołączę do niego płytę, na której muzycznie opiszę swoje uczucia.
Jedna z tych, które pamiętam. Szkoda, że zespół już nie tworzy.
Siedem - O smokach
poniedziałek, 6 sierpnia 2012
[5] Nie samą..
..przeszłością człowiek żyje.
Na ten przykład często miewam sny. Czasem są prorocze. Ale nie o proroctwach chciałam. O tym kiedy indziej.
Miałam dzisiaj w nocy sen.
Śniły mi się jakieś wkurzające bardzo dziewczyny. Dwie. Byłam zła jak osa. Nagle okazało się, że są tylko ich głowy. Obcięłam je. Widzę tylko te głowy. Coś do nich mówię, wrzucam je w kąt i wychodzę.
Krwi nie było, uprzedzam. Reszty ciał też.
Czasem dla zabawy sprawdzam co oznaczają różne 'symbole', bądź znaczące, dominujące we śnie elementy wystroju, otoczenia, bądź czyny.
I tak. Znalazłam pierwsze, że widzieć głowę bez tułowia to: szczęście i uwolnienie się od wszelkiej biedy. Natomiast obciąć ją to: korzyści materialne.
Jak tu nie lubić śnić?
Na ten przykład często miewam sny. Czasem są prorocze. Ale nie o proroctwach chciałam. O tym kiedy indziej.
Miałam dzisiaj w nocy sen.
Śniły mi się jakieś wkurzające bardzo dziewczyny. Dwie. Byłam zła jak osa. Nagle okazało się, że są tylko ich głowy. Obcięłam je. Widzę tylko te głowy. Coś do nich mówię, wrzucam je w kąt i wychodzę.
Krwi nie było, uprzedzam. Reszty ciał też.
Czasem dla zabawy sprawdzam co oznaczają różne 'symbole', bądź znaczące, dominujące we śnie elementy wystroju, otoczenia, bądź czyny.
I tak. Znalazłam pierwsze, że widzieć głowę bez tułowia to: szczęście i uwolnienie się od wszelkiej biedy. Natomiast obciąć ją to: korzyści materialne.
Jak tu nie lubić śnić?
niedziela, 5 sierpnia 2012
[4] Kim jestem
Sama zadaję sobie to pytanie. Od zawsze.
Mamą. Jeszcze żoną. Przyjaciółką. Koleżanką. Szaloną wariatką, która ma za dużo optymizmu. I próbuje zbawić świat. Kobietą. Samodzielną. Samowystarczalną. Samą. Ale nie samotną.
Jestem sama. Lubię być sama. Lubię siedzieć sama w domu. Ale nie lubię być samotna. Wypełniam swój świat ludźmi. Bo potrzebuję ich do życia. Uwielbiam ludzi. Lubię rozmawiać. Ale jestem czasem wycofana. Kiedy nie czuję się pewnie. Kiedy coś mnie blokuje. Nie przy wszystkich umiem się otworzyć. Nie z każdym się powygłupiam. Nie każdemu położę na dłoni serce. Może wyczuwam ludzi.
Jestem koziorożcem. Jeśli ufam to całym sercem. Jeśli ktoś mnie skrzywdzi - wykreślam. Rzadko biorę odwet. Chyba nawet nie pamiętam, czy kiedyś wzięłam.
Często nie umiem powiedzieć słowami, wolę napisać.
Potrafię ranić. Potrafię wbić słowo jak sztylet. Potrafię zrobić to z uśmiechem.
Lubię mieć rację. Lubię dowodzić, że ją mam. Ale nie upieram się za wszelką cenę.
Jestem perfekcjonistką. Nie pedantką. Nie bałaganiarą. Niekonsekwentną. Perfekcjonizm dotyczy moich umiejętności. Całe szczęście umiem próbować. Daję sobie miejsce na nabywanie umiejętności, wielokrotne próby, szukanie. Moją dewizą jest jeśli nie spróbuję, to się nie dowiem. Uważam, że wszystko jest możliwe.
Nie umiem ripostować. Każdą sprawę muszę przemyśleć. Często odpowiedź pojawia się za późno.
Rozwodzę się. Zostawiam za sobą 21 lat wspólnego życia. Więcej niż połowę mojego życia.
Jestem. To jest najważniejsze.
Mamą. Jeszcze żoną. Przyjaciółką. Koleżanką. Szaloną wariatką, która ma za dużo optymizmu. I próbuje zbawić świat. Kobietą. Samodzielną. Samowystarczalną. Samą. Ale nie samotną.
Jestem sama. Lubię być sama. Lubię siedzieć sama w domu. Ale nie lubię być samotna. Wypełniam swój świat ludźmi. Bo potrzebuję ich do życia. Uwielbiam ludzi. Lubię rozmawiać. Ale jestem czasem wycofana. Kiedy nie czuję się pewnie. Kiedy coś mnie blokuje. Nie przy wszystkich umiem się otworzyć. Nie z każdym się powygłupiam. Nie każdemu położę na dłoni serce. Może wyczuwam ludzi.
Jestem koziorożcem. Jeśli ufam to całym sercem. Jeśli ktoś mnie skrzywdzi - wykreślam. Rzadko biorę odwet. Chyba nawet nie pamiętam, czy kiedyś wzięłam.
Często nie umiem powiedzieć słowami, wolę napisać.
Potrafię ranić. Potrafię wbić słowo jak sztylet. Potrafię zrobić to z uśmiechem.
Lubię mieć rację. Lubię dowodzić, że ją mam. Ale nie upieram się za wszelką cenę.
Jestem perfekcjonistką. Nie pedantką. Nie bałaganiarą. Niekonsekwentną. Perfekcjonizm dotyczy moich umiejętności. Całe szczęście umiem próbować. Daję sobie miejsce na nabywanie umiejętności, wielokrotne próby, szukanie. Moją dewizą jest jeśli nie spróbuję, to się nie dowiem. Uważam, że wszystko jest możliwe.
Nie umiem ripostować. Każdą sprawę muszę przemyśleć. Często odpowiedź pojawia się za późno.
Rozwodzę się. Zostawiam za sobą 21 lat wspólnego życia. Więcej niż połowę mojego życia.
Jestem. To jest najważniejsze.
[3] Altruizm
Altruizm (fr. altruisme, od łacińskiego rdzenia alter – inny, drugi) – zachowanie polegające na działaniu na korzyść innych. Według J. Poleszczuka polega ono na dobrowolnym ponoszeniu pewnych kosztów przez jednostkę na rzecz innej jednostki lub grupy, przeciwstawne zachowaniu egoistycznemu[1].
Za matką wikipedią.
Scorpions - Still loving you
Subskrybuj:
Posty (Atom)




