czwartek, 7 marca 2013

[133] Literaturka

Czytam książki.
Tak się zastanawiam, czy to aby nie odruch obronny. Zatapiam się w tym, może po to, żeby nie myśleć. A mam o czym ostatnio. Robię to chyba ze strachu. Zajmuję umysł i wyobraźnię słowami napisanymi przez innych, żeby moje własne myśli nie wchodziły na zbyt wysokie obroty.
Mam taki nienazwany rytuał. Kiedy jakiś autor zauroczy mnie słowami, wyczytuję wszystko, co napisał. Tak wpadłam po uszy z Jodi Picoult. Z Pattersonem. Z Lackberg. Ze spółką Preston/Child. I z wieloma innymi. Lubię się zaczytać, do bólu. Niestety, za szybko czytam. a może oni za wolno piszą. Potem z tęsknotą, godną miłości do tego jedynego, czekam na następną książkę.
Czasem w bibliotece czuję się jak łowca. Naprawdę, wchodzę tam i nie wiem, co upoluję. Przechodzę po alfabecie i patrzę. Zwykle w takim momencie nie pamiętam, co ktoś mi polecał. To musi być impuls. Sięgam po książkę i zaczynam żyć jej życiem.

Często zastanawiałam się, czy dałabym radę napisać książkę. Pamiętam jak w liceum mój kolega z klasy pisał. Nie było wtedy komputerów, więc pisał ręcznie, a pismo miał okropne, bo zmusili go, żeby nie pisał lewą ręką. Nauczył się prawą, ale to było straszne dla wszystkich. I ja ten jego rękopis, w dosłownym znaczeniu tego słowa, musiałam czytać. Chciałam, nie musiałam. Zazdrościłam mu, że umiał uknuć intrygę, zagmatwać wątki i ułożyć je w sensowną całość. Później napisał kilka książek, zostały wydane, ale nie czytałam ich, bo to raczej pozycje polityczno-historyczne, a mnie to jakoś nie ciągnie.
Kilka lat temu powiedziałam mu, że kiedyś napiszę książkę. Zapytałam, czy będzie moim recenzentem. Zgodził się i powiedział, że bardzo na nią czeka. Znamy się jak łyse konie i wiem, że rzetelnie mnie zjedzie, jeśli przyjdzie mi kiedyś dać mu do przeczytania coś, co napisałam. Nawet dyskutowaliśmy nad pseudonimem artystycznym i w sumie na niczym nie stanęło. On chciał moje panieńskie nazwisko, ja nie bardzo, obecne też się nie nadaje, więc był impas.
Myśl jednak pozostała. Skoro inni mogą, dlaczego mam nie spróbować?
Tylko jak zaczynam myśleć o tym co mi kiedyś wpadło do głowy, to boję się ruszyć z miejsca.
Ale może warto?

Na dziś:
Coma - Daleka droga do domu
Tekst jak najbardziej na czasie



wtorek, 5 marca 2013

[132] Strach się bać

Idzie. Nowe. Oswajam od soboty, a właściwie od poniedziałku. I niesamowicie się z tym czuję. Powiem Wam, że ta wiosna będzie miała zupełnie inne znaczenie niż dotychczas.
Wszędzie wiosna. Gdzie nie spojrzę. Czy przez okno, czy w niebo, do skrzynki, w maile, smsy, na inne blogi. Wszędzie. Normalnie się boję. Bo wszędzie sugestia, że idzie nowe.
Sąsiedzi od rana odkurzali te swoje dwa pokoje nade mną i nie wiem czemu trwało to kilka godzin. Rozumiem, że można wyjść z domu i zapomnieć wyłączyć żelazko, ale taki odkurzacz?
Tak, wiem, okna wołają o pomstę, ale w sumie jakby się zastanowić, to może zostawić taką naturalną blokadę przed promieniami słonecznymi, które bezczelnie i nieodwołalnie świecą mi prosto w twarz od rana i nie dają spać, jak tylko słońce wzniesie się nad horyzont i doczłapie do drugiego piętra. Dlatego lubię jak od rana się chmurzy, a od 11 jest słońce. Taka mała prywata.
Młody dzisiaj robił inspekcję zakamarków. Dorwał latarkę i świecił wszędzie, gdzie czasem dostępu nie ma. Żmija. Podlec. Inspektor zakichany. I jeszcze mnie poucza!
Teraz nie mam wymówki, skoro już wiem, że mam koty, to muszę coś z nimi zrobić. Wspiąć się na drabinę i pościerać na wyżynach też. A miałam nadzieję, że jeszcze trochę odwlekę. Niestety.
Odwiedziłam dzisiaj bibliotekę w ramach tematów zastępczych. Oddałam książki, wzięłam nowe. Jedną już przeczytałam. Zaczęłam drugą. Nie sądzicie, że to kolejne działania prewencyjne w kierunku odwlekania wiosennych porządków? Bo mam takie nieodparte wrażenie.
Boję się wchodzić do Was i komentować. Co bym nie przeczytała to mi wychodzi impreza. Najpierw byłam u Niki, potem u Dreamu i stwierdziłam, że chyba coś jest na rzeczy, ciągle wychodzi spod warstwy powinności i obowiązków. Ale taka impreza to mi się marzy...Tym bardziej, że dzisiaj rządzi u nas w głośnikach KSU, a niejedną imprezę na tym spędziłam. W ogóle wiosna jakoś zainicjowała wspomnienia. Kudłata pytała po raz kolejny o moich znajomych, kiedy jak z kim się poznałam. Przy niektórych opowiadaniach wytknęła mi niekompetencję, naiwność i głupotę, po czym zreflektowała się, gdyż gdyby nie to, nie miałby mnie kto pytać o to wszystko. Opowiadałam, zapaliłam się do wspomnień. Już prawie rwałam się do albumów pokazać, wyjaśnić, ale jedynie odpaliłyśmy KSU i sobie leci. Pomyślałam, że tyle nieistotnych szczegółów się przypomina. Ale tak naprawdę one są bardzo istotne. Budują mnie od podstaw. Składam się z samych takich szczegółów.
Najfajniejsze jest to, że dochodzą ciągle kolejne. Że to nie koniec. Że może właśnie do teraz było trzęsienie ziemi, a teraz dopiero napięcie będzie rosło. Tyle, że w tym dobrym kierunku. Mam wrażenie, że poprzednie życie zostało za przepaścią powstałą w wyniku tego trzęsienia. Nie ma do niego powrotu. Wręcz przeciwnie, oddalam się od tego coraz bardziej. Ta strona jest ciekawsza.


Na dziś:
KSU - WRB
Odwiedzę w tym roku.




środa, 27 lutego 2013

[131] Telefony telefony

Najsampierw chcę Wam bardzo podziękować za wsparcie, dobre słowo, za maile i telefony.
Nie jestem z tych, co się poddają i załamują, ale każdego czasem przygniecie do ziemi coś niespodziewanego. Bo to było niespodziewane.
Przechodzę nad tym do porządku dziennego, trochę to potrwa i w końcu przejdę, ale na razie muszę się polansować pod kocem, w swetrze, dresach, z kubkiem inki, nad książką,  ze smutną miną, płaczem nad bohaterami, rozmyślając jak podejść do swego życia dalej i co zrobić, żeby wszystko wyszło na prostą.
Tak więc jeszcze jestem zagrzebana w rozpaczy, ale wczoraj na obiad zrobiłam najlepszą pizzę na świecie, więc chyba idzie ku dobremu.
Właściwie z tego leża poderwała mnie moja mama. Telefonem. Skargą. Na właściciela ajencji pewnego banku, z którym mi się współpracuje bardzo dobrze, natomiast ajent jak ajent, kultury w bankowości nie ma, melonik mu się nie należy i zamierzam wyładować swą złość na owym panu, donosząc na niego w banku, że jest cham, oraz żądając satysfakcji. Już zresztą poczyniłam pewne kroki, a dokończę lada moment. Koniec z milczeniem na temat chamstwa. Zapłaci za to.

Natomiast chciałam oczywiście napisać o czym innym zupełnie. Wstąpiłam do Frytki, poczytać o niedostępności, bo się przeraziłam, że kobieta mi ucieknie, nie będzie jej, zniknie, a ja tu pogrążona w użalaniu się nad sobą nie zauważę, nie zarejestruję i co??
I sobie czytam beztrosko. I oczy mi się otwierają. Bo doświadczyłam tego samego. Znaczy prawie, bo oczekiwać na smsy od ukochanego to niestety nie mogę w związku z nieposiadaniem. Ale nadenerwowałam się brakiem zasięgu nie raz i nie dwa. A to takie proste! Kartę wymienić trzeba! I powiem szczerze, że jest mi wstyd, bo technicznie obcykana jestem, znam się i wogle, a tu nie poradziłam sobie.
Trochę wiem dlaczego. Bo tegoż smartfona, który w mym posiadaniu jest, dostałam od cioci, która zlitowawszy się nade mną wzięła go za złotych 1, sobie zostawiając ulubione wielkie klawisze emeryckie. Bo mnie się mój telefon zalał kiedyś herbatką i co jakiś czas głuchnie obustronnie, czyli w opcjach: nie działa głośnik, nie działa mikrofon, nie działają oba. Doprowadzało mnie to do szewskiej pasji. A moja ulubiona, dotychczas i pomimo, firma odmówiła wsparcia, za naprawę zażądała kwotę tak wysoką, że stwierdziłam, że se kwiatki w nim posadzę, a nie naprawię i wtedy własnie ciocia poratowała.
Ale ja, nie mająca tej konkretnej marki nigdy wcześniej, nie wiedziałam, że android i całe to ustrojstwo lubi sobie się uaktualniać, synchronizować i nie wiem co jeszcze. Nie wspomnę o tej utracie zasięgu gdzieś 400 m od wieży. I w centrum miasta też. Wywaliłam wszystko co mogło się aktualizować, pobierać, ściągać i łączyć. Na razie jest ok.
Ale z telefonami miałam różne ciekawe przypadki. Znaczy jeden, za to seryjny. Otóż z wielką namiętnością, co pół roku, gubiłam telefon z Kudłatą na zmianę. Raz ona, raz ja. Gdyby nokia chciała testera, to chyba sprawdziłam najwięcej modeli, bez klapek, rozsuwane, z klapkami i inne.
Najciekawszy przypadek miałam we Włoszech.
Jadę sobie z Kudłatą wyciągiem, oglądamy świat pod nami:
- o! ktoś zgubił rękawiczki
- haha! czyjeś kijki!!!
- Zobacz! narta!
- hehe ktoś jeździ zasmarkany, chusteczki tam leżą
Dojeżdżam na górę, sięgam do kieszeni, przekopuję się, przez swoje chusteczki i nic. Kieszeń była otwarta, bo przecież tylko chusteczki wyciągałam.....
Przez kolejny tydzień jeździłam i mówiłam: o, tam gdzieś leży mój telefon....
Postanowiłam więcej nie śmiać się z innych.
Innym razem zgubiłam telefon wyrzucając śmieci. Kiedy wróciłam na miejsce już go nie było.
Więcej nie pamiętam, ale nie ma się czym chwalić.
A teraz lada moment będę przedłużać umowę, nie zrezygnuję jednak z moich 15 lat w jednej firmie i zastanawiam się: wierność marce, czy też zdrada....

Na dziś:
Republika - Telefony



wtorek, 26 lutego 2013

[130] Coś pękło.

Jestem.
Żyję.
Nie dam się.
Jest mi zwyczajnie źle.
Samej.
Dzisiaj.
Jeszcze do tego komputer odmówił posłuszeństwa, znaczy ta syrenka z mercedesem, o której pisałam, bo dalej jestem bez laptopa. Ale już jest ok.
Prawie.
Jak się pozbieram, to będę.
Jest mi zwyczajnie źle.
I nic tego nie zmieni.
Nawet moje imieniny...

Wniosek:
nie planować, nie planować, nie dzielić skóry na niedźwiedziu, nawet jak powiedzą tak, usłysz nie, bo tak nie zawsze znaczy tak, czasem znaczy nie. I to nie zabiera wszystko.
Mi zabrało.
Na chwilę.


Na dziś:
Zabili Mi Żółwia - Emigrant



poniedziałek, 25 lutego 2013

[129] Pierwsza naiwna

Po raz kolejny przekonałam się, że aby coś uzyskać trzeba kłamać do bólu. Łgać i nie interesować się skutkami. Udawać na całego i pieprzyć konwenanse. Schować honor do piwnicy i mieć w dupie wszystko.
Tak wiem. Wiem to, ale nie potrafię zmienić swojego charakteru na tyle, żeby być wyrachowaną, zimną suką, nie umiem kłamać i nie umiem działać wyłącznie na swoją korzyść.
Mam w dupie, to co pewnie usłyszę, że ludziom wierzyć nie warto i inne tego typu rzeczy. Wierzę i będę wierzyć, że nie wszyscy są źli i nie wszyscy zasługują na kopa w dupę.
Wierzę i tego nie zmienię.
Natomiast przestałam wierzyć, definitywnie, w pomoc ze strony państwa i instytucji, które jakoby powstały po to, żeby pomagać.
Dzisiaj bez skrupułów rzucałam kurwami w słuchawkę, klęłam jak szewc i płakałam ze złości. Gdyby ktoś mi podszedł pod rękę odgryzłabym mu łeb. I nie powiem co dalej. Skopałam cały śnieg wokół przystanku i gdyby nie tramwaj i opadające emocje stałabym tam do teraz. Albo dalej ryła w tej brei.
Otóż, moi mili, okazało się co następuje (to moje wnioski):
- jestem za silna psychicznie,
- radzę sobie świetnie z tymi groszami, które mam i ponieważ jeszcze żyjemy, a ja się uśmiecham, to znaczy, że nie jest źle,
- mam marzenia i plany,
A teraz co usłyszałam:
- niech pani do czerwca zajmuje się dziećmi, bo ma pani obowiązek zaprowadzać i odbierać dziecko (6 lat),
potem proszę się zgłosić, jeśli nie znajdzie pani w dalszym ciągu pracy. Poza tym sprawa rozwodowa trwa, nie wiadomo ile będzie tych spraw, nie wiadomo kiedy, wie pani, nie możemy tak zwalniać.
ODRZUCAMY PANI UDZIAŁ W PROJEKCIE.

Japierdolekurwamac, GDZIE JA ŻYJĘ??????? Ja nie chcę ciągnąć zasiłków!!! Ja chcę tylko pomocy w znalezieniu pracy!!!!!

Wnioski dalsze:
powinnam siedzieć w gabinecie pani psycholog i nie chełpić się, że tak sobie świetnie daję radę, odeszłam z toksycznego związku, ze dzieci są czyste zadbane, ja uśmiechnięta i myślę, że za półtora roku będę miała problemy z głowy, pracę i święty spokój, tylko siedzieć i ryczeć, że nie umiem, nie wierzę w siebie i nie mam najmniejszego pojęcia co zrobię jutro, a co dopiero za rok!!! Smarkać w chusteczkę, załamywać ręce i udawać, że co??
Nie umiem. Nie umiem oszukiwać. Nie umiem kłamać. Nie umiem tego.
Panu dyrektorowi powinnam powiedzieć co sobie pomyślałam później, ale niestety, moje reakcje są opóźnione. Po raz kolejny przekonuję się, że dobre wychowanie, to porażka!
I w ten sposób wszystko co miało się ułożyć...echhh, szkoda słów....
Ryczeć mi się chce.

Na dziś:
Farben Lehre - Mam w dupie




piątek, 22 lutego 2013

[128] Siedemdziesiąt do trzydziestu

Już kiedyś pisałam, że mam awersję do polecanych książek, bestsellerów i innych. Ja muszę sama dojrzeć do sięgnięcia po daną pozycję. Albo zwyczajnie musi nastać odpowiednia pora do przyjęcia tego, co książka zawiera.
Z wielu stron słyszałam zachwyty nad książkami Jodi Picoult. Ale  jak to ze mną jest, obchodziłam je jak pies jeża. Zresztą kojarzyła mi się (nie pytajcie dlaczego, bo sama nie wiem!!!) z Daniele Steel. Jednak moje ogromne zamiłowanie do biblioteki, w której czuję się jak moja Sis pierwszy raz nad morzem (zobaczyła wodę, zatchnęło ją, po czym rzuciła się na piach i zgarniała go do siebie krzycząc: moje! moje!), jest przeogromne i latałam po regałach szukając takich mrugających do mnie, czy czekających na mnie tytułów.
Znalazłam P i trafiłam na Picoult. Szczerze mówiąc najpierw oczarowała mnie grubość tomów. Od razu sięgnęłam po pierwszy z brzegu.
Przeczytałam jednym tchem. No dobrze, z przerwami na jedzenie i obowiązki.
Odniosłam jedne, wzięłam następne. Można 5, ja mam 8 - dobre wrażenie musiałam zrobić.
W każdym razie trafiła mi się Deszczowa noc. O miłości i poświęceniu siebie drugiej osobie. O zdradzie i zbrodni, która jednakowoż zbrodnią nie jest. O przebudzeniu w jałowym związku, w którym żona, niczym kobieta z reklamy, uchyla mężowi nieba, a on bez skrupułów ją zdradza. Opamiętanie przychodzi później. Generalnie o tym, jak bardzo pogmatwany jest świat miłości, codzienności, jak trudne jest życie we dwoje.
Czy coś mi się kojarzy? Tak, motyw zapomnienia o sobie na rzecz drugiego człowieka. Poświęcenie swoich marzeń i zdradzenie siebie samego.
Jeden z bohaterów mówi, że "(...) miłość nigdy nie rozkłada się równo w związku. Nigdy nie jest pół na pół. To zawsze siedemdziesiąt do trzydziestu. Lub sześćdziesiąt do czterdziestu. Ktoś zakochuje się pierwszy. Ktoś stawia drugą osobę na piedestale. Ktoś staje na głowie, żeby życie toczyło się gładko i przyjemnie, a partner po prostu załapuje się na ten wózek "
To dużo wyjaśnia.
Płakałam jak głupia.
Ale co tam, czytam teraz kryminał Camilli Lackberg i też ryczę.

poniedziałek, 18 lutego 2013

[127] Językoznawca

To, że stawia język pionowo w poprzek, to inna sprawa.
Ale rośnie mi Miodek. Poliglota na dodatek.
Znalazł na moim roboczym stole, który miał być stołem rodzinnym, obiadowym (no nie wyszło, no)...maseczkę. Odżywiająco-nawilżająco-odmładzająco-cudowną. Dostałam, nie kupiłam. Żeby było jasne, nie potrzebuję (cichooo).
Przeczytał sobie co to, jakie to i że na dekolt.
- Co to jest dekolt?
Tu nastąpiło wyjaśnienie, łącznie z pokazaniem. Nie nie, bez przesady, mówimy o normalnym dekolcie, nie po pępek.
Po chwili milczenia słyszę rozważania (pomyliło mu się):
- the to i colt to zimno." I zimno" po angielsku.
Mało przytomnie spojrzałam na Młodego.
- Nie, i po angielsku to and. The to rodzajnik określony. Mówisz przed jakimś wyrazem jak wiesz o czym mówisz. (proszę o powstrzymanie linczu znawców języka :D)
- No dobrze, ale colt to zimno.
- Ale jak chcesz zgodnie z pisownią to powiesz colt - a to jest rodzaj rewolweru (na co mi było wdawać się w dyskusję!!!)
- Taaaaak? Wpisz w google!!! Pokaż!!!
Musiałam pokazać. Zaśmiał się jak zobaczył w obrazach samochód. Tu musiałam wytłumaczyć, że jest takie auto mitsubishi colt.
Po czym przeszliśmy do oglądania broni, znalazł nawet schemat.
Następnie dywagacje na temat pochwy. Nie nie, jest na etapie mieczów, szpad i sztyletów, oraz pochew na nie, więc wymyślił, że colt też ma pochwę. Mówię
- Nie, colt ma kaburę.
Tu klasyczne pokaż.
Pokazałam. - o taką miał mój tato. Był żołnierzem
- Tak? Zginął na wojnie?
- Nie. Miał broń, ale wtedy nie było wojny.
Musiałam wyjaśnić o co kaman.
I nagle znalazłam w obrazach do kabury...mazdę kabura. Zdziwienie Młodego było spore.
Nagle pyta mnie:
- a jest jakiś samochód, który nazywa się pochwa?
Odjechałam....


Na dziś:
Bob Marley - I shot the sheriff



niedziela, 17 lutego 2013

[126] No kocham, no

Dzisiaj nie będę się wyzewnętrzniać. Jestem nieco wk...urzona.
Delikatnie mówiąc.
Żmiję na własnej piersi wyhodowałam.
I żeby to jeszcze ta starsza. Nie! Ten mały słodziak, co milion razy na dzień mówi, że kocha!
Ten mały chudy wypierdek, co ledwo do pasa mi sięga.
Wierzcie mi, dzisiaj mój stoicyzm poszedł sobie w długą. Gdyby nie resztki rozsądku chyba bym rozszarpała gówniarza.
Nic to.
Wdech-wydech i jakoś minęło.
Przed chwilą się obudził i słyszę: mama, kochasz mnie?
No żesz... jakżeby inaczej...




Na dziś:
Zabili Mi Żółwia - Goembe
Siedzę w tym klimacie od jakiegoś czasu. Za sprawą Kudłatej. No i nucę pod nosem od kilku dni...





czwartek, 14 lutego 2013

[125] Dlaczego?

No i nastał ten dzień.
Dzień jak co dzień. Nic szczególnego, kolejna data w kalendarzu. A jednak.
Wymyślono sobie różne okazje do świętowania. Na niektóre leje się jad, złość, i jakoś strasznie się męczymy.
Tylko po co?
Jeżeli kogoś nie obchodzi to święto, niech nie zwraca na nie uwagi. Nie ma obowiązku dawania serduszek, czekoladek, cmokania, nawet nie trzeba się uśmiechać. Nikt nie każe nam obligatoryjnie iść do łóżka, bo jest to święto. Fajnie, kiedy cały trok celebrujemy naszą miłość. Codziennie. Drobny gest, uśmiech, całus, przytulenie. Ale sami wiecie, że nie zawsze jest czas, życie koryguje plany, stawia nam przeszkody, humor nie zawsze dopisuje i nie zawsze jest fajnie. Owszem. Walentynki codziennie. Jak najbardziej jestem za. Celebrujmy miłość codziennie!
I Dzień Kobiet też. Bo za chwilę będą posty o nienawiści do kwiatów tego dnia. Niejedna z nas strzeli focha.
Trochę nawiążę do posta Iw i innych, które przeczytałam.
Pytania typu: kiedy znajdziesz faceta, kiedy z kimś się zwiążesz i inne, były, są i będą. Nie tylko 14 lutego. Nadmiar czerwieni? Mam to w nosie. Mam też gdzieś te wszystkie pytania. Zwyczajnie olewam i zupełnie się nie przejmuję.
Jak będę chciała to znajdę sobie adoratora, jak nie to nie. I zawsze padała taka odpowiedź z mojej strony. Nigdy nie przejmowałam się tym, co pomyśl pytający. I tak było ze wszystkim: kiedy dziecko, kiedy drugie, kiedy, kiedy, kiedy....Jak mi przyjdzie ochota.
Dlaczego wszyscy tak uciekają od stawienia czoła temu, czego nie lubimy? Dlaczego robimy dobrą minę do złej gry, kiedy wystarczy powiedzieć: nie zjem tego, bo zwyczajnie nie lubię. Nie chcemy kogoś urazić? Ale dlaczego nie myślimy o sobie? Dlaczego sobie nie robimy przyjemności?
Nauczyłam się jednego: Mam prawo podejmować takie decyzje, które będą dla mnie dobre. Nie po trupach, nie na siłę. Ale z myślą o sobie. Mam jedno życie i chcę móc powiedzieć kiedyś: szkoda, że odchodzę, ale robiłam tyle fajnych rzeczy, tyle przeżyłam, cieszę się z tego!
Życie pełne jest sytuacji, w których nie czujemy się komfortowo. Trzeba je niwelować. Wykluczać. Albo tak je obrócić, żeby nie powodowały frustracji i męki.  Ważne jest też, by nie zatracić siebie i swojej osobowości.
Czy wkurzanie się na Walentynki cokolwiek zmieni? Na Halloween? Nie.
Może lepiej zwyczajnie żyć po swojemu.
Mnie jakoś nie atakowały z wystaw serduszka i inne słodkości. A szłam główną ulicą miasta. Owszem, były tam, było ich mnóstwo. Ale...ja zwyczajnie ich nie widziałam.
Dlaczego?
Bo nie chciałam ich widzieć. I mam święty spokój.
Czego również życzę wszystkim cierpiącym z powodu dzisiejszego święta.

Na dziś:
Zabili Mi Żółwia - Kwiatek



środa, 13 lutego 2013

[124] Zaloty

Nie wspomnę, że mam dzień świstaka od dwóch dni, i że jutro znów obudzę się we wtorek.
Że dla mnie ciągle jest 12.02. Nic to, poradzę sobie jakoś. Wtorek może być.
Dzień jak co dzień, naśnieżyło (z czego się niezmiernie cieszę!!!!).
Pani z sieci książkowej, która kursy językowe też ma w ofercie (uczęszczałam byłam) od jakiegoś czasu namawia mnie na wizytę, bo oferta atrakcyjna, bo prezent na mnie czeka, miesiąc gratis i bla, bla, bla. Zapytała mnie jakiego języka chciałabym się uczyć. Powiedziałam, zgodnie z prawdą zresztą, że szwedzkiego (wiem, że w takim Poznaniu nie udało im się zebrać grupy:, co dopiero tutaj). Wyczuwalna konsternacja , mikrosekundowe zawieszenie pani po drugiej stronie słuchawki, ale dzielnie radośnie oznajmiła, że tak! jak najbardziej mają w swojej ofercie szwedzki. Oczywiście, że mają. Indywidualne lekcje. Takie to sobie sama przeprowadzę.
Waham się czy jechać na spotkanie, czy odpuścić. Szczerze mówiąc nie chce mi się.
Poza tym dzisiaj już ganiałam po mieście i stwierdzam, że mam szczęście. Jak zawsze zresztą.
Wysiadłam z autobusu i idę po zdjęcie rentgenowskie dłoni, wąziutki chodnik, na jezdni kałuże, nie ma gdzie uciec, ściana ochlapana cała aż po okna. A samochody jeżdżą tam szybko. Pomyślałam sobie: tylko niech mnie który ochlapie....Żaden się nie skusił. O suchych spodniach doszłam do celu. Mniejsza o to, że mogłam iść drugą stroną, gdzie trakt szeroki i żaden by mnie nie sięgnął. Wpadłam na to własnie przed chwilą, jak napisałam o tym chodniku...Ach te klapy na oczach, no.
A. Bo nie wiecie. Kudłata w siatkę gra. Jako matka wspierająca rozwój sportowy swych dzieci i namawiająca je mocno do aktywności, nie napiszę nic o tym jak gra. Był mecz. Dziewczę grało. Chwilkę. Po czym wybiło sobie kciuk. Kiedy wróciła do domu, a powiadomiła mnie telefonicznie o wydarzeniu (nie wiem czemu się śmiała), poleciłam jej: od dzisiaj trenujesz szachy.
Zresztą w szachy to ona też gra. Jak ją znam, też może sobie coś zrobić.
No więc odebrałam to zdjęcie i idę. Szukam papierniczego, bo potrzebne mi coś było.
Idzie sobie dziewczynka. Lat na oko 9-10. Uśmiechnięta od ucha do ucha. Za nią, jakieś dwa metry, po skosie idzie chłopak. Nagle leci śnieżka, rozbija się tuż przed dziewczyną. Na co ona, ciągle z tym uśmiechem na twarzy mówi:
- kurwa

Znaczy zaloty przyjęte?

Na dziś:
Oddział Zamknięty - Obudź się
Kawał dobrej muzyki. Mam jeszcze czarne krążki. Wielki podziw dla Jaryczewskiego, za szczerość i za podniesienie się z dna, oraz cieszę się, że nie dołączył jednak do klubu 27.
Wywiad dla chętnych: Krzysztof Jaryczewski




wtorek, 12 lutego 2013

[123] Błędna konstrukcja

Moim zdaniem świat jest skonstruowany od dupy strony. A raczej życie. I to, co po czym następuje. 
Oczywiście możecie się ze mną nie zgodzić, przedstawiam swoje osobiste zdanie, i prowadzi do niego wieloletnia obserwacja. Oraz wiadomości z kraju i ze świata.
Może będzie trochę zawiłe to co opiszę.
Na obiad dzisiaj zrobiłam spagetti. Nie żadne tam bolognese, napoli, czy inne wymyślne. Jest moje. Dlaczego? Bo robię je po wielu latach eksperymentów, prób, błędów też. Stworzyłam je z kilkunastu przepisów. A tak naprawdę zwyczajnie dojrzałam do tego, żeby nie mieć żadnego przepisu i ugotować coś, co lubią moje dzieciaki. I za każdym razem (chyba, że przesolę, przepieprzę, przepapryczę, niepotrzebne skreślić) słyszę głosy zachwytu. 
A droga do dnia dzisiejszego wyglądała mniej więcej tak.
Najpierw szukałam przepisów. Wrrrrróć. Zacznę od jeszcze wcześniejszych doświadczeń.
Najpierw byłam towarzyszką działań kuchennych. Od najmłodszych lat patrzyłam jak gotuje moja babcia (z babcia kojarzy mi się zapach lubczyku, który uwielbiam dodawać do wszystkiego), potem mama, ta to mnie wykorzystywała do najgorszych rzeczy -obierania warzyw, mieszania w garach i robienia zakupów, oraz sprzątania. Nie mam żalu, bo nauczyło mnie to pokory, planowania, oraz zmywania garów w trakcie gotowania, co w końcowym efekcie jest rewelacyjne, gdyż ponieważ nigdy nie mam sterty garów w zlewie, czasem zdarzy się ostatnia łyżeczka. 
Tak więc Towarzyszyłam w kuchni, ale nikt mi nie mówił o przyprawach, o tym dlaczego coś się dodaje, dlaczego się podgrzewa, miesza, żeby nie zagotowało, dlaczego ciasto rośnie, kasza pęcznieje, a mleko kipi. 
Potem zostałam zostawiona ze składnikami na zupę, mama wyjechała, Sis miała z 5 lat, i miałam ugotować...grochówkę. Ja, taką zupę, kiedy nie miałam zielonego pojęcia jak to jest, kiedy do wody wrzuca się to wszystko i z tego robi się zupa. Naprawdę moja wyobraźnia nie podsuwała mi nic. Jakim cudem z kawałka koci warzyw i wszystkiego co tam potrzebne wyjdzie zupa??
Wyszła. Najpyszniejsza w świecie grochówka. Ojciec zjadł ją i brał dokładki. Od tamtej pory kuchnia przestała mieć przede mną tajemnice, a to dlatego, że przestałam się bać gotować. Biorę przepis i często z lenistwa, albo z już nabytej wiedzy potrafię zrobić coś po swojemu. 
Teraz gotuję, nie muszę mieć przepisu tylko wystarczą mi składniki, a ja zrobię coś z nich.
I to moje spagetti też takie jest. Zawsze smakuje podobnie, ale trochę inaczej. a to więcej cebuli, a to jest na oliwie, a to mięso jest inne, przyprawy mi się "sypną", albo jest ich mniej. To jest już jako takie doświadczenie. To jest zapas wiedzy, która na przestrzeni lat utrwalała mi się. Taka wypadkowa wszystkich kulinarnych doświadczeń. Teraz mogę bez strachu wziąć się za gotowanie trudniejszych potraw, do których przygotowania brakłoby mi wiedzy i doświadczenia lata temu.
Tak samo jest w życiu.
Zaczynamy od zera. Terminujemy. Zbieramy do kieszeni różne doświadczenia i wiedzę. Uczymy się żyć i rozumieć świat. Tylko konstrukcja jest do niczego. Zakładamy rodziny, łączymy się w pary, idziemy na studia, idziemy do pracy, często bez konkretnej wiedzy na swój temat. Nie do końca wiemy czego chcemy, co umiemy, czy nam się to podoba, czy też nie, nie znamy ludzi, nie umiemy rozpoznać dobra i zła, mamy dzieci sami często potrzebując opieki. Nie jesteśmy gotowi na to wszystko. 
Wydaje mi się, że przyczyną frustracji bywa najczęściej fakt znalezienia odpowiedzi na pytania, które z czasem sobie zaczynamy zadawać. Zaczynamy otwierać oczy na męczącą nas rzeczywistość, ale najczęściej boimy się zmienić coś w niej. Jak w przepisie. Nie zmienimy składnika, bo nie wiemy, czy potrawa będzie smakowała dobrze, albo czy w ogóle wyjdzie. Dopiero doświadczenie nas czegoś uczy. I kiedy wiemy czego chcemy, najczęściej pozostaje machnąć ręką i powiedzieć: echhhh, jakie to teraz ma znaczenie...
Dlatego konstrukcja naszego życia jest do chrzanu. Może powinno być tak, że najpierw zdobywamy doświadczenie, uczymy się życia, poznajemy siebie i świat, idziemy do pracy - w okolicach 20 lat, dopiero potem idziemy na studia, wiedząc już co nas interesuje i w czym się spełniamy - około 30-40. W tym czasie zwiedzamy świat, bawimy się, spełniamy marzenia, a dopiero potem rodzimy dzieci, żeby móc im przekazać swoje doświadczenie - w okolicach 50. Jesteśmy świadomi siebie, świata, możemy zająć się rodziną i jeszcze z nią pobyć. Możemy używać naszej wiedzy i doświadczenia, żeby kolejni ludzie mogli wystartować w życie. 
A tak? Rzucamy się w związki, męczymy w nich, narzekamy, pracodawcy narzekają na to, że mamy dzieci, my, że mamy dzieci i się nie spełniamy, potem nas olśniewa, że trzeba było się uczyć czego innego, bo akurat  nie interesuje nas tak naprawdę prawo, a astronomia, nie zwiedziliśmy jeszcze południa Europy, nie mówiąc o Ameryce i Biegunie Południowym, na którym mamy marzenie stanąć, ale przecież dzieci są, chciałoby się zrobić coś ze sobą, ale nie ma czasu. I tak wszystko od dupy strony. 
A ja dalej eksperymentuję ze swoim spagetti. Dzisiaj jest mocno bazyliowe...

Na dziś:
One Republic - Apologize



poniedziałek, 11 lutego 2013

[122] Wynik konkursu

Ogłaszam wszem i wobec, co następuje:
Konkurs na złapanie licznika wygrała (tadam, werble, fanfary!!!!):

Tygrys !!!

Zwyciężczyni gratuluję i czekam na wytyczne.

A konkurs ma się dobrze i działa dalej :) Wszystkie szczegóły na pasku po prawej.
Zapraszam :))

Na dziś:
Queen - We are the Champions
Ze specjalną dedykacją :)))


niedziela, 10 lutego 2013

[121] Idealne

Własnie wyjęłam je z piekarnika. Zdążyły przestygnąć. Chrupiące, pachnące, lekko brązowe. To co z tego, że wyszły płaskie. Co z tego, że nie są kwadracikami. Mają...rozwiniętą osobowość geometryczną.
Smakują wybornie. Bo moje własne.
A oto i one. Bohaterki dnia.


Moje pierwsze panini.
Z szynką, twarożkiem, dżemem. Pycha!
Następne zrobię z kminkiem.

Na dziś:
Van Halen - Jump






sobota, 9 lutego 2013

[120] Sponsoring

Przesadziłam. Nie będzie o żadnych niecnych czynach.
Ale dzisiejszy post sponsoruje literka M i literka F. Nie będę rozszyfrowywać. Skojarzenia pozostawię Wam.
Literki dopingowały mię bardzo, jedna żądała dowodów. Druga usiłowała sprowadzić do parteru, aczkolwiek żadnej się to nie udało. To znaczy dowód był, parter nie. I zapewne w wątpliwość ten dowód poddał mój stan. Chociaż inna literka, o której nie wspomnę, pewnie czytając, co pisałam, mogłaby ponad wszelką wątpliwość dowieść, że jednak.
Ale o dowodach za chwilę.
Kiedyś wpadłam na pomysł, zrobienia sobie zimowej ramki na zdjęcie. Mam trochę zdjęć z moją Sis, takich różnych, z gór, zimowych, na przykład wypięte tyłki na stacji, bo zachciało nam się wyglądać przez okno. Tyłki wypinałyśmy do wewnątrz przedziału, nie żeby odwrotnie. Może to jakiś Kluczbork był, albo inne Katowice. W każdym razie to było w zamierzchłych czasach, kiedy jeszcze mogłam uciec i wszystkie znaki na niebie i ziemi próbowały mnie pokierować inaczej, ale się nie dałam.
Zostały nam zdjęcia, z pięknych gór naszych, z samiuśkich Tater, grudniowych, zasypanych po czubek Giewontu (na którym to nigdy w życiu nie byłam i nigdy w życiu nie będę). Wolę w mniej cywilizowane miejsca jeździć, chociaż Tatry zadeptane są, niestety.
Ale wracamy do tematu głównego.
Wczoraj, pod wpływem...impulsu, a także innym wpływem, chciałam sprawdzić, czy aby dam radę tę ramkę sobie wykonać. Ubrać ją znaczy w dzianinkę. Wzięłam więc druty i włóczkę no i poczyniłam takie cudo...


Równo nie jest, ale trudność niejaka była przy dzierganiu, gdyż włóczki miałam DOKŁADNIE tyle, żeby zrobić to co tu widać. Ledwo mi się udało, bo końcówka uciekała. Jeszcze zrobię śnieżynkę i wstawię w ramkę któreś zdjęcie. Muszę się pospieszyć, Bo wróci Kudłata i znów zostanę bez ramki...

Dziękuję literce F za skuteczny doping, oraz oficjalnie potwierdzam, to co wczoraj powiedziałam. Ty już wiesz o co chodzi :D

Na dziś:
Edie Brickell - Circle
Uwielbiam jej głos...




piątek, 8 lutego 2013

[119] Inicjatywa społeczna

Wiele jest teorii i znaczeń słów. Każdy może rozumieć każdą sprawę inaczej. I kolejny raz widzę, jak punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Niestety po raz setny, a może więcej nawet. Czego nie da się przeskoczyć to nie da. Ale są takie sprawy, że chce się krzyczeć wyzywać i kopać. A mnie się zbiera jad.
A oto sytuacja, która wczoraj mnie zirytowała. I jeszcze nie wiem co zrobię. Ale na pewno nie zostawię tego tak.
W radzie rodziców jest dziewczyna. Miała plan, bardzo fajny i bardzo chciałam się w niego zaangażować. Przeprowadziłyśmy kilka rozmów, przedstawiłam jej moje oddanie sprawie, miałam czekać na ciąg dalszy.
Powiedzmy, że Marta, chciała zorganizować świetlicę dla dzieciaków. Taką z psychologiem, pomocą, z zajęciami, we współpracy z policją, pedagogami (sama jest nauczycielką). Praktycznie wszędzie dostała zapewnienie o wsparciu, praca miałaby charakter wolontariatu, może jakiegoś stowarzyszenia. I wszystko szło dobrze. Pani psycholog zgodziła się wesprzeć inicjatywę i popracować za darmo, inni też. O moim rękodzielniczym zajęciu dzieci wspomnę tylko tyle, że chciałam zająć się tą działką. Wszystko się budowało, nadzieja była, ale na drodze stanął brak lokalu. W spółdzielni, która zawiaduje tym osiedlem, w statucie zapisana jest działalność społeczna i nawet pierwsze rozmowy zostały przeprowadzone, lokal prawie był, wszystko szło gładko i sprawnie. Przed wyborami do rady osiedla. Wszyscy byli na tak. Po wyborach, przestano rozmawiać, odbierać maile i telefony, w końcu przyparta do muru osoba, która tak entuzjastycznie wypowiadała się o pomyśle, stwierdziła, że "w tamtym pomieszczeniu jest sporo rzeczy, których nie mamy gdzie ulokować...szczotki, odkurzacz....". Rozumiecie? Kilka starych gratów, których nie ma gdzie przenieść, bo spółdzielnia ma kilka osiedli pod sobą w tym mieście. 
Ręce mi opadły do samej ziemi. 
Co mamy zrobić?
Uwaga? TVN24? Wyborcza? 
Dodam jeszcze, że rada rodziców zupełnie zlała temat, a w szkole jest domek po cieciu. Stoi. Jest. Dyrektor coś napomknął, ale zamknął się jak ślimak w skorupie. 
Jestem pod wrażeniem inicjatywy, oraz pod ogromnym wrażeniem krótkowzroczności decydentów. 
Doskonale zdaję sobie sprawę z tego jak to wszystko działa. Wiem, że ten kto ma władzę, rozdaje karty. Kto ma kasę jest decydującym głosem w każdej sprawie. Kto ma siłę przebicia i jest obojętny - wygrywa. 
Ale to tylko jedno pomieszczenie. Pomoc tym najsłabszym. 
A potem mówi się, że rośnie przestępczość, strach wyjść na ulicę, a przemoc domowa ma się doskonale..

Na dziś: 
Sztywny Pal Azji - Nie gniewaj się na mnie Polsko


środa, 6 lutego 2013

[118] Czwarta nad ranem

Byłam dzisiaj na spotkaniu. Kwalifikacyjnym.
Byłam na miejscu 40 minut przed czasem. Pojechał ze mną Terry Pratchett, więc nie nudziłabym się. Ale poproszono mnie pół godziny wcześniej.
Zakwalifikowałam się w trzy minuty. Od razu słońce jaśniejsze się zrobiło. A autobus powrotny na mnie czekał.
Na pytanie czy mam jakieś nałogi powiedziałam, że nie. Po namyśle dodałam jednak, że tak, jeden. Nałogowo czytam książki. Głównodowodzący w komisji czteroosobowej uśmiechnął się i powiedział, że to bardzo wskazany nałóg.
Z tej radości, kupiłam czajnik, bo miałam już dość gotowania wody w garnku. Mam więc ładny zgrabny czajniczek z gwizdkiem, w kolorze turkusowym, który świruje na gazie, myślałby kto, że rodem z Manhattanu...Moja ulubiona piosenka. Ciekawe kto wie czyja.
Tak więc idę zaparzyć herbatę czarną, co myśli rozjaśni, gdyż antybiotyk zadziałał odwrotnie do zamierzenia i chyba będę musiała powiedzieć panu doktorowi, że doustnie to na mnie działa tylko wino, zaś wszelkie antybiotyki muszę mieć w zastrzykach...
Heh.

Na dziś:
Bob Marley - One Love
Wszystkiego na urodziny:)))









wtorek, 5 lutego 2013

[117] Jednostka chorobowa

Nie nalezę do grona hipochondryków. Nie wyszukuję sobie chorób, nie łykam garściami lekarstw, witamin (nie daję ich też dzieciom) i innych specyfików (no może poza aspiryną, kiedy czuję, że nie dam rady dobrym myśleniem zabić przeziębienia), nie chadzam do lekarzy kiedy nie trzeba, ale staram się o siebie dbać i kiedy coś się dzieje nie tak, wiem, że muszę szukać. I drążyć. I gnębić. I sprawdzać.
Tak było 8 lat temu, kiedy mogłam spać na stojąco, pora nie robiła mi różnicy, długość snu również, a nigdy nie spałam w dzień! Wynalazłam sobie wtedy niedoczynność tarczycy. Ale chodziłam i szukałam. Przebadałam się cała. Łącznie z genetycznym badaniem krwi na okoliczność nowotworów, przy czym zostałam nawyzywana przez panią doktor, potraktowana jak idiotka, bo babcia, ani jedna, ani druga, które zmarły na różne odmiany nowotworu NIE SĄ BLISKIMI KREWNYMI. Gdyby matka, to tak. Ale skąd mogę wiedzieć, czy matka nie zachoruje? W każdym razie czysto.
Rozpoczęłam walkę z tarczycą, a raczej łagodzenie jej skutków.
Po jakimś czasie, mniej więcej 4-5 lat temu pojawiła się u mnie jednostka chorobowa "durny kaszelek". Objawia się tym, że niezależnie od pory roku zjawia się nieoczekiwanie i upierdliwie sobie trwa. Leczę to aspiryną gdyż. Nikt nie umie nic na to poradzić. Upierdliwe to jest niesamowicie, bo łaskocze mnie gardło i sobie kaszlę, albo i nie, nie objawia się przy wysiłku, ale przy zmianie temperatury, nie zawsze, czasem, trwa dwa dni, albo miesiąc. Odwiedziłam na tę okoliczność laryngologa, i innych specjalistów. Na koniec trafiłam do alergologa, zrobiłam serię testów alergicznych z surowicy krwi i usłyszałam wyrok. Na dwa dni przed wyjazdem na narty. "Ma pani szerokie alergiczne spektrum śmiertelne", bo uczulona jestem według tego testu na wszystko prawie. Cud, że żyję.  Po czym dowiedziałam się, że to nadwrażliwość astmatyczna pnia oskrzelowego i dostałam torbę inhalatorów. I że prowadzi to prostą drogą do astmy.
Moje całe jestestwo zatrzęsło się ze złości. Ja? Astma? Takiego wała!
Psikadeł miałam używać w momencie napadu kaszlu, i obserwować. Nic nie pomagały. Pojechałam więc sobie na narty, na cały tydzień, powyżej 2000 m n.p.m., NIC mi nie było. Kaszel minął jak ręką odjął, a pociłam się, jeździłam w samym polarku, nie oszczędzałam się, bo skoro mam zemrzeć...
Odstawiłam leki, stwierdziłam autorytatywnie, że nic mi nie jest, testy so gupie, a ja jestem zdrowa jak rydz.
Potem zrobiłam kolejne testy i wyszło w nich tylko uczulenie na nikiel i kobalt, co wiem już od kiedy przebiłam sobie uszy. Żadna nowość.
Ale kaszelek wraca. Wrócił znów. Poszłam dzisiaj do lekarza, bo nie chciał ustąpić, a ile można aspirynę łykać. Dostałam antybiotyk. i zalecenie, że jeśli wróci, mam wrócić na szczegółowe badania.
Co ja na to?
NIC MI NIE JEST! I kropka.

****
Ćwiczycie? To już bardzo niedługo :)))

Na dziś:
Linkin Park - In The End

niedziela, 3 lutego 2013

[116] Masz babo placek

Wczoraj w okolicy godziny 22.30 moje dziecię wpadło na pomysł, z nudów, że upiecze ciastka.
Na stole znalazły się składniki, a ja zbladłam. Mówię do niej: przejrzyj ten mój nielubiany (tak tak, mam zeszyt od 25 około lat, z przepisami, ale strasznie nie lubię go i noszę się z zamiarem od jakichś 3 lat, żeby zrobić sobie swój przepiśnik. Nie mogę się jednak zdecydować i szewc bez butów. Tak w skrócie) zeszyt, który czasem służy za miejsce wpisywania przepisów, ale częściej biorę pierwszą lepszą karteczkę, wpisuję składniki, zapominam napisać co to i mam takich kartek pudełko. Ale o tym za chwilę.
Więc Kudłata wzięła okropny zeszyt w kratkę z marginesami i przegląda. Po czym krzyczy (nie wiem czemu, bo kuchnia jest wespół-zespół z pokojem w którym siedzę), że ona zrobi babkę.
I zadowolona bierze się do roboty.
Ja w jej wieku obligatoryjnie musiałam sterczeć w kuchni, kiedy moja matka coś piekła, bo potrzebny był chłop pańszczyźniany, który mieszał coś w garze, na ten przykład polewę, czego serdecznie nie znosił, ale co zaowocowało umiejętnościami w kierunku kucharzenia. Może jednak chłopka pańszczyźniana.
Więc patrzę zza zakrętu co Kudłata wyciąga. Miska jedna, druga, mikser. Pytam czemu nie weźmie miski samobieżnej. Nie chce się jej. To mówię, że lepiej niech weźmie. Po chwili zwyciężyły argumenty przeciwko wysiłkowi (a mogłam jej kazać wziąć kulę...).
Na początek popłakałam się ze śmiechu, bo nie mogła rozbić jajka. Nie dziwota, brzeg pierwszej miski z miękkiego plastiku, jeśli wiecie, o czym mówię. Nie omieszkałam zrelacjonować sytuacji w sieci, hihihi.
Kudłata ledwo trzymała się na nogach ze śmiechu. Nic to.
W końcu zrobiła ciasto, po spróbowaniu masy stwierdziłam, że dobrze wyszło. Nie ingerowałam w składniki, dodawanie ich po kolei, ani ilość. Miała miarkę i czasem pytała. Ale chyba dziecię za dużo smakowało po drodze, gdyż babka mikrej wysokości dość.
Potem przyszedł czas na polewę. W smaku dobra, natomiast konsystencja raczej nieodpowiednia, co poskutkowało tym, że kawałki ciasta można maczać w tym co spłynęło na talerz.
W każdym razie żyjemy.
W międzyczasie, kiedy piekarnik robił co mógł, żeby to ciasto wyrosło, Kudłata zaczęła przepisywać przepisy do swojego notesu. Odnalazła w moim zeszycie swój przepis na naleśniki i bardzo się zdziwiła.
Wypytała jak gotować ryż, jak robić gofry i inne ciekawostki. Oraz zrobiła sobie miejsce na sześć zup.
I mówi: muszę nauczyć się gotować rosół, krem z pieczarek, grzybową i nie pamiętam jakie tam wymyśliła. Na moje pytanie w oczach mówi: noc o! Muszę umieć, żeby jakoś przeżyć, nie?
W każdym razie instynkt samozachowawczy się w niej obudził. Jeszcze tylko musi nauczyć się myć naczynia.
A co do pudełka przepisów. Używam zwykle kwadratowych karteczek Czasem wiem, że gdzieś tam na coś przepis był i wiem jak wyglądał. Nauczyłam się dzięki temu rozpoznawać ze składników co to. I, analizując te moje świstki, doszłam do wniosku, że tak jak w muzyce bazuje się na tych samych nutach, tak w kuchni na tych samych składnikach. Czasem tak nieznacznie się różnią, a jaka różnorodność.

***
Przypominam o konkursie, ani się obejrzycie, a licznik stuknie:)))))

Na dziś:
3 Doors Down - When I'm Gone




wtorek, 29 stycznia 2013

[115] Stres i nerwy

Tak tak. Strasznie się zestresowałam wczoraj. Wręcz zimnym potem się oblałam, nie wiedziałam, czy rzucić Klinikę śmierci w kąt, mimo, że porwany na łańcuchu w Bangkoku, w pokoju w burdelu, przykuty i z HIV siedział, czy też poczekać na rozwój wypadków. Nie tych w książce, tych w domu.
Jednak zwyciężył mój wrodzony egoizm. Dotyczy on li jedynie (chociaż nie, mam kilka innych egoizmów na stanie) magnetofonu i kaset. Sis coś o tym wie.
Co prawda mój obecny magnetofon to klasyczny jamnior, który dostałam od koleżanki, bo ona już nie słucha, a poza tym ma wieżę, a ja miałam dwa kartony kaset.
Tak.
Dziecko zapytało mnie: jak się to obsługuje?
Pytam: po co to bierzesz?
- Chcę posłuchać klasyki.
Krzyknęłam najpierw: nie wciskaj record!!!!!!!!
Jednak książka poszła na bok, bo MUSIAŁAM pokazać osobiście co ma wciskać, jak i jak wkładać kasetę. Matyldo kochana, chciałam zabrać, schować, oddać gdzieś do depozytu, ukryć....
Dziecko wyciągnęło The Wall i się zaczęło.
- Jak zrobić, żeby leciał trzeci utwór?
- przewinąć i wycelować w utwór

Mina jej świadczyła o, mniejsza o czym świadczyła, ale poczułam się dumna jak paw, pokazałam, wycelowałam idealnie (gdyż pamiętam jeszcze ile trzeba przewinąć, mniej więcej) i mówię:
- kochana, to wyższa szkoła jazdy.

A potem już zabrzmiało wszystko co kocham i mgliste, cudowne, błogie czasy wróciły....

Na dziś:
Lady Pank - Wciąż bardziej obcy

Uwielbiam...


niedziela, 27 stycznia 2013

[114] Przerwa na reklamę

Kiedy poczytałam post u Shary o wyczynach krasomówczych z dużą zawartością debilizmu, kretynizmu i zacofania (nie chcę nikogo obrazić, w sensie chorych, ani też Średniowiecza, bo wcale takie zacofane nie było) postanowiłam jednogłośnie w głosowaniu i przez aklamację zatwierdzić pomysł wyjazdu z tego pieprzonego kraju, choćbym miała kible myć, ulice sprzątać, cokolwiek, byle nie tu. Więcej nie napiszę, bo każdy ma swoje zdanie. Moje jest takie, że, obawiam się, nie nadaje się do druku, choćby i wirtualnego, wypowiadania na głos, bo nie wiadomo kto słucha, ani też napisania na murze, bo nie lubię niszczyć ścian.
W każdym razie przeskoczyłam szybko do Klary i tu, jakby na potwierdzenie uchwalonego jednoosobowo zbierania śmieci (???) na ulicach w innym kraju, znalazłam wpis o torbach, koszykach i higienie. No może przesadzam z tym powiązaniem, bo przecież nastawiam się na lepszą, znaczy czystszą i milszą pracę, ale kto to wie. Nie uda mi się do tego czasu nie usłyszeć, czy przeczytać tu i tam czegoś o (p)osłach i ich uchwałach, ale telewizorni nie kupię i nie zamierzam analizować.
Wracając do tematu.
Klara chodzi na zakupy z koszem wiklinowym.. Sama kiedyś próbowałam to robić, ale jak słusznie zauważyła jedna z komentujących mało się mieści. A i sam kosz ciężki jest. Kiedy byłam posiadaczką samochodu, w bagażniku zawsze był składany plastikowy kosz. A nawet dwa. Jeden na zakupy, w drugim były takie fajne rzeczy jak trójkąt, spryskiwacz, kable, jakieś drobiazgi oraz wypasiona apteczka. Czemu wypasiona? Bo kiedy zajrzałam w to PRZEPISOWE pudełko, które sprzedał mi aptekarz, a otworzyłam je na miejscu, zapytałam wprost, czy sobie ze mnie jaja robi. Po czym razem z moim ulubionym panem doktorem farmacji, który jako żywo był kiedyś w rozterce, czy ma sprzedawać środki antykoncepcyjne, czy jednak sumienie mu nie pozwala, ale o tym kiedy indziej, wybraliśmy wszystko co trzeba, oraz co ponad zawartość powinno się tam znaleźć, ze względu na podróże z dziećmi, a także nieprzewidziane wypadki, niekoniecznie samochodowe, różnych lajkoników biwakowych, jak choćby jedna laska, która kroiła chleb i mało nie ucięła sobie dłoni. Sama widziałam! Przydało się wtedy wszystko, a moja apteczka wywołała ogólne OOOOO!!!!  Brakowało mi tylko igły i nici chirurgicznych. Oczywiście zakupione pudełko oddałam do zabawy dziecku, a całe wyposażenie umieściłam w świetnej apteczce z Ikea. Marzy mi się jednak taka. Ze względu na moją manię, bo ja lubię mieć wszystko pod ręką.
Wracając do tematu.
Koszyk jeździł ze mną. Ale czasy zmotoryzowane musiałam porzucić. Niestety bardzo. (ale jeszcze wrócą, czuję przez skórę).
Od tamtej pory w moim ekwipunku znajduje się zawsze torba. Szmaciana. A czasem nawet dwie. Uwielbiam je, bo ładuję wszystko od razu przy kasie, nie urywają się po drodze i mają takie uszy, że mogę nosić je na ramieniu. Reklamówki niestety też są, wszędzie w to pakuje się owoce i warzywa. Wykorzystuję je potem na śmieci, obierki, ścinki. Wiem, że to też nie do końca dobrze, marzy mi się miejsce na segregację totalną (śmieci, żeby nie było niedomówień), ale na razie oddzielam tylko szkło, plastik, papier i nakrętki od reszty.
W komentarzach u Klary jeden pan napisał, że namiętnie chodzi do Biedronki z reklamówką Lidla.
To Mody zrobił mi kiedyś numer i w dużej kolejce w Biedronce zaczął głośno i wyraźnie powtarzać: Lidl - mądry wybór. I tak kilka razy, bo ja udawałam, że nie słyszę, a kasjerka się uśmiechała. Zastanawiałam się, czy ochroniarz nas wyprowadzi. Kolejka natomiast rżała. Ze śmiechu.
Natomiast Kudłata, miała może ze 2-3 lata, śpiewała sobie w Biedronce: codziennie NIC nie chcemy.
Nie ma to jak szczerość.

A pamiętacie torby z plastikowymi kółkami jako trzymadełko, albo takie plecione z żyłki? Albo takie torbiszcza kwadratowe z metalowymi uchwytami?


Na dziś:
Three Days Grace - Never too late



środa, 23 stycznia 2013

[113] A było tak pięknie

No i się wzięło. Zawinęło i poszło. Nie jest tak źle, padła tylko najpierw bateria w laptopie. Że tak powiem, przygotowana byłam na to, bo laptop swoje lata ma, jest z demobilu, trzymała ledwie 3 minuty, więc przyjęłam to za stan oczywisty, nie rozpaczałam, westchnęłam tylko.
Ale kiedy odmówił posłuszeństwa, dalszej pracy i zaczął popiskiwać smętnie zasilacz, zaczęłam piszczeć i ja.
Dobrze, że mam jeszcze staruszka. Syrenkę z bagażnikiem od mercedesa kombi.
Tyle, że teraz mamy kolejkę społeczną i trzeba swoje odczekać...
No i niektóre kontakty są w głuchym i ciemnym. I dokumenty, wzory, zdjęcia, wszystko!
Jednak bez tego małego pudełka jest ciężko. Okno na świat.



Wiadomość z ostatniej chwili: idzie do mnie zasilacz :D


Na dziś:
Jon Bon Jovi - Blaze of Glory
Mmmmm, kawałek historii...




niedziela, 20 stycznia 2013

[112] Chyba mam dość

Jestem osobą wierzącą. Wierzę w swoje siły, w to, że mogę sama kierować swoim życiem, że mam prawo wyboru, że dobro zwycięża, że pozytywne myślenie odpędza czarne chmury, że każdy człowiek może być szczęśliwy, że każdy z nas ma w sobie tę energię, która pcha nas w drogę i daje radość. Wystarczy chcieć.
Coraz głośniej i pewniej stwierdzam, że nie jestem osobą wierzącą w sensie wiary w jakiegoś boga, nie jestem chrześcijanką, ani tym bardziej katoliczką. Wierzę, że to ludzie są sprawcami dobra i zła na tym świecie i tylko oni mogą tworzyć i niszczyć. Wierzę w moc umysłu i nauki. Każdy ma taką wiarę jakiej potrzebuje. Ja wierzę w siebie.
Nie neguję tego, że inni mogą wierzyć w o chcą, nie zabraniam nikomu i nie zamierzam nikogo wyśmiewać z powodu obiektu jego wiary. To indywidualna sprawa każdego i nie mnie oceniać, czy dobra, czy zła.
To moja krótka deklaracja.
Natomiast, kiedy czytam o kolejnych akcjach typu:nie damy ateistom zepchnąć się do podziemia, krzyże w miejscach publicznych, prześladowanie chrześcijan i inne podobne to powiem szczerze mam ochotę krzyczeć ave satan! Na przekór, nie z przekonania. Bo szatanem nie jest rogaty satyr z kopytkami i ogonem, a człowiek, który nie uznaje norm etycznych, egoista, który idzie po trupach do celu, kłamie o swej czystości, a prowadzi podwójne życie. Mam ochotę walczyć o swoje prawo do ateizmu, mam ochotę zedrzeć te wszystkie krzyże, które mnie drażnią: w szkole, w stołówce, w urzędach, kawiarniach i innych miejscach. Mam ochotę wtargnąć do ministerstwa oświaty i zażądać usunięcia z książek wszystkich wzmianek o świętach, usunąć ze szkoły religię w takiej formie jaka jest teraz, a wprowadzić religioznawstwo, religię zaś wypierniczyć do salek katechetycznych, które stoją puste. Mam ochotę krzyczeć  na ulicy, że mam dość indoktrynowania mnie, oszustwa, dwulicowości i wysłuchiwania bzdur, które z religijnością i wiarą mają coraz mniej wspólnego. Mam dość ataków na ludzi, którzy odważą się powiedzieć cokolwiek przeciw. Mam dość ataków na młodzież, która bawi się na Woodstocku, bo to złe. Mam dość ataków na Owsiaka, bo inni robią więcej. Gówno prawda! Mam dość wchodzenia z butami do łóżek ludzi, absurdalnego i nierównego traktowania, jak choćby odmowa chrztu, czy pochówku, podwójnego życia w szponach hazardu, alkoholu i panienek, tych, którzy radzili mi przeczekać i wybaczyć, którzy nie idą do przodu z duchem czasu, a gniją w swoim średniowieczu, walcząc z ludźmi piekłem i niebem.
Mogłabym rozpisać się o tym wszystkim, ale nie chce mi się. Oczywiście to generalizacja. A ta generalizacja dotyczy całej "góry". Jak zwykle zarząd korporacji ma się najlepiej i ma w dupie doły.
Jestem jednym z przykładów jak kościół traci wiernych. Jak niszczy wiarę sam z siebie, jak nie potrafi się dostosować i podjąć dialogu w swej ułomności, za to tkwi po szyję w gównie i udaje, że wszystko gra.
Nie jestem chorągiewką, która usłyszy gdzieś lotne hasło to zaczyna je wyznawać, wielbić i głosić, Nie lecę za modą i większością. Myślę, szukam, drążę i dyskutuję. Wyrabiam sobie swoje zdanie, które niekoniecznie musi się komuś podobać. Ale mam to w nosie. Mam gdzieś oburzenie, że nie posyłam dzieci na religię i nie chodzę z nimi do kościoła. Nie będę robiła czegoś przeciw sobie i przeciw swoim przekonaniom.
Z dziećmi rozmawiam otwarcie. Kudłata sama rozumie wiele spraw, z nią rozmowa jest na zupełnie innym poziomie. Z Młodym rozmawiam delikatniej, ale tłumaczę mu wiele spraw, o które pyta. Nie zbywam go stwierdzeniami, że jak dorośnie to zrozumie, albo, że tak jest i koniec. Zresztą ma na to odpowiedź. Na każde bo tak mówi, że to nie jest odpowiedź i mam mu wytłumaczyć.
Nie chcę wychować głupich dzieci, ślepo wierzących w to co im powiem, albo w to, co powiedzą inni. Nakłaniam je do myślenia, bo to jedyna szansa na normalność.

Na dziś:
Papa Roach - Getting Away With Murder


sobota, 19 stycznia 2013

[111] Jak ładnie

wygląda numer posta.

Dzisiaj odbyłam kolejną podróż do kolejnej instytucji. Przynajmniej tym razem dowiedziałam się konkretów, a facet, który ze mną rozmawiał, niczego nie ukrywał, mówił otwarcie, informował i zachęcał.
Na początku lutego ciąg dalszy.
Najgorsze z tego wszystkiego było to, że to zupełnie drugi koniec miasta. Zadoopie totalne, rejon przemysłowy, jakdojade poprowadziło mnie kijowo, bo mogłam wysiąść przystanek dalej. A tak narobiłam kilometrów w śniegu, po jakichś wertepach i na dodatek jakiś mądry inaczej wziął i ponumerował budynki parzyste w jedną stronę rosnąco, nieparzyste odwrotnie. Paranoja. Dlatego jakdojade kazało mi wysiąść wcześniej. Teraz na to wpadłam.
A pogoda nie rozpieszcza. Owszem, cudna jest, biało, zimno, ale bez przesady. Wróciłam i przez dwie godziny próbowałam się rozgrzać. Żałowałam, że nie mam na podorędziu grzańca.
Wychodząc dzisiaj rankiem, napisałam list do Młodego, bo jeszcze spał. Zostawiłam mu śniadanie i herbatę w kubku termo. Napisałam mu, żeby się przebrał, zjadł śniadanie, umył zęby, a potem będzie mógł siąść do komputera oraz, że ma być grzeczny.
Wracam, a tam przy zadaniach odhaczone ptaszkami, nawet przy bądź grzeczny. Tylko przy komputerze x. (komputer czasem odmawia posłuszeństwa, a to za sprawą swojego wieku, dysku nowej generacji i niewspółpracowania z tym wszystkim systemu operacyjnego. Mam na to sposób, ale moje dzieci nie znają systemu DOS,a ja nie zamierzam ich wtajemniczać).
Oczywiście jeszcze dobrze nie otworzyłam drzwi, a Młody zdaje relację: wypełniłem wszystkie prawie polecenia, tylko, niestety, nie mogłem pograć, za to pobawiłem się klockami, chociaż nie było tego na liście.
Tak mu się spodobał system zapisywania, że musiałam rozpisać co będziemy robić jutro.
W sumie to bardzo dobry sposób. Wypisać sobie cele na kartce i dążyć do ich realizacji. Zrobiłam to ostatnio na dużej. Jak coś się nazwie i umiejscowi w czasie to łatwiej się zorganizować.

Za to muszę sama się pochwalić i pogłaskać za ruszenie z kopyta, wykończenie zaległości i planowanie dalszych działań.
Robiłam ostatnio notesy na przepisy dla koleżanki i Kudłata, która jak widzi moje robione rzeczy, to jak sroka chce mieć też, zażyczyła sobie przepiśnik dla siebie, a ja już wpadłam na pomysł jakim napisem go opatrzę. I będę wredna. Nigdy nie mówiłam, że nie jestem.

Na dziś:
Avenged Sevenfold - So Far Away





czwartek, 17 stycznia 2013

[110] Klucz

Po raz kolejny przekonałam się, że należy wiedzieć dużo. Ponad przeciętnie. Wiedza chroni tyłek. Wiedza daje nowe możliwości. Trzeba też mieć znajomości, mam na myśli znajomych, co też wiedzą, podpowiedzą, mają wgląda z drugiej strony.
Nigdy nie lubiłam protekcjonizmu, załatwiania po znajomości. Tak się składa, że zawsze załatwiam normalnie. Ale to normalnie bez dodatkowej wiedzy nie zawsze wychodzi.
Pisałam już, że latam po urzędach. I owszem, podpowiedziano mi, że mam sobie załatwić zasiłek rodzinny. Poleciałam jak na skrzydłach, bo ta zawrotna kwota 106 zł na dziecko piechotą nie chodzi. Ale odbiłam się od pani w okienku, ponieważ, uwaga, ciągle mam męża i jego dochody też się liczą. I mam załatwić jego dochody, albo czekać na rozwód. Koniec kropka. Nie ważne, że moja sytuacja jest jaka jest, że nie mieszkam z nim od 1,5 roku, stanowimy rodzinę i tyle. Pani zapomniała jednak chyba doczytać w ustawie, że nie chodzi o papierek, a o faktyczną rodzinę, związek formalny lub nieformalny, prowadzący wspólne gospodarstwo domowe. 
Mam koleżankę, urzędasa, jak się obie śmiejemy, zupełnie gdzie indziej i w innym dziale urzędu w innym mieście. Wyszukała mi tę ustawę, znalazła odpowiednie punkty i powiedziała: doopa w troki i zaiwaniaj załatwiać. A pani w okienku powiedz, żeby się douczyła.
Tak więc jutro idę. Walczyć.
Z drugiej strony zastanawia mnie jedno. Ja wiem, że naiwnością swoją sięgam Everestu. Dlaczego urzędnicy nie informują o możliwościach, o tym co się w danej sytuacji należy, o co można się starać. Ja wiem, że są naciągacze, którzy podjeżdżają po zasiłki mecedesami, albo innymi terenówkami. Wiem, że część z tych, co dostają zasiłek przechleje go pierwszego dnia. Ale ja nie jestem w żadnym z tych worków, ani nie mam merca, ani nie piję.
Dlaczego nie słyszymy z ust urzędników tak prostych rzeczy, które ułatwią życie wszystkim na około. Zrozumiałabym, gdyby to z własnej kieszeni musieli płacić te zasiłki. Albo mieli naprawdę utrudniony podział, ograniczony budżetem. Ale nie mają.
To nie jest żal. To zdziwienie.
Zresztą, każdemu, kto powie, że jestem darmozjadem, który czegoś od państwa żąda, bo mu się należy, zaśmieję się w twarz i powiem, że dopóki dawałam radę, nawet przez myśl mi nie przeszło, żeby o jakieś zasiłki się starać. Ale jest jak jest.
***

Z innej beczki. Siedzimy sobie z Młodym, ja coś robię, znaczy grzebię w hendmejdzie, on też. Używa moich (!!!)* różnych rzeczy. Dorwał szablon z elipsami i rysuje. Narysował coś, co wyglądało jak Homer z Simpsonów. Więc mówię do niego: O, Homer. Nastąpiła po tym cała wymiana informacji, kto, co jak, nie znam, nie wiem, wiesz, masz koszulkę i temu podobne.
Podpisał obrazek: HOMER.
Po ciszy trwającej trzy sekundy odzywa się w te słowa:
- Jak przetłumaczymy Homer na polski to będzie Domer.
Sekundowa konsternacja i załapanie, a potem wybuch śmiechu. Nieźle to sobie spryciarz wymyślił.
***
Oraz ponieważ nieuchronnie zbliża się 20002, proponuję poćwiczyć zrzuty z ekranu, dopytać się i doszkolić. Chyba, że ktoś nie chce wygrać, to nie zmuszam.
***
* strasznie nie lubię, kiedy ktoś używa MOICH ołówków, MOICH linijek, MOICH długopisów, kredek, papierów, tektur, kleju, wszystkich tych bajerów, tylko MOICH MOICH MOICH!!!!

Na dziś:
Queen - Show Must Go On
Jakiego bym  utworu nie tknęła, niesie ze sobą wspomnienia, uczucia i uśmiech.





wtorek, 15 stycznia 2013

[109] Nie miała baba kłopotu...

To sobie zainstalowała inny szablon, dzięki czemu straciła linki do Was, niektóre ustawienia, wściekła się w międzyczasie oraz pewnie bardziej osiwiała.
Ale co tam takie przeciwności.
Młody mi się rozłożył. Na dwa ostatnie dni szkoły. Gorączka, czuwanie, kaszel. A wszystko przez bilans, który musieliśmy zrobić. W środę bilans i wizyta w przychodni, w czwartek przylazł do mnie do łóżka rozpalony piecyk, z mętnym wzrokiem, podsypiający między słowami. Załapał coś w tej przychodni niechybnie. Jako że uczulona jestem na takie skoki temperatury przy 38 zapaliła się czerwona lampka i zaczynam działać, a przy 39 ostro walczę. Nie chciało mi się powtórki z Kudłatej, która uraczyła mnie drgawkami toniczno-klonicznymi. Dziękuję bardzo za więcej, dwa razy wystarczy. I nie wzrusza mnie gadanie lekarzy, że zbijać powyżej 39. Wiem z doświadczenia jak szybko skacze z 39 do 40, a potem to już rosyjska ruletka. Tym bardziej, że mamy temperaturę zwykle w okolicy 35,8, więc już takie niewinne 37,5 to zgon.
Ale.
Przeszło. Na tyle, że został nam kaszel i zwalczany katar.
Dzisiaj musiałam pouzupełniać dokumenty w instytucjach, bo czas gonił, więc udałam się do miasta. Wyprawa to długa, ale zaopatrzyłam się w Wiedźmina i ruszyłam. Nie wiem czemu, dziwnie na mnie patrzyły  niektóre osoby. Czy to coś dziwnego, że ktoś czyta w autobusie? Potem czekając na swoją kolej w urzędzie też wyciągnęłam książkę. Nie dość, że korytarz ponury, bez okien, to i ludzie burczą. Więc się rozsiadłam i czytałam, oczywiście nasłuchując i kontrolując sytuację. Załatwiłam wszystko szybko. Na koniec jednak zapytałam panią w okienku, czy mogę mieć prośbę. Od razu cztery inne osoby w tym pokoju nadstawiły uszu. Spojrzenia były czujne i podejrzliwe.
A ja wydałam z siebie:
- czy mogę prosić o jeden listek z fiołka? Wyhoduję sobie szczepki.
Pani poderwała się z krzesła i zapytała, czy tylko różowy, czy może jeszcze biały i granatowy?
Pan siedzący tyłem do mnie stwierdził, że nie ma to jak zgodność zainteresowań.

Oraz mam nadzieję, że otworzyły mi się kolejne dobre drzwi.

A także że wszystko zmierza w dobrym kierunku.

Oraz niepokoją mnie moje sny.
Kilka dni temu śniło mi się, że sprawdzałam kupon lotto i trafiłam sześć liczb i wygrałam.
No i w niektórych pojawia się eks, który przeprasza i się kaja.

Na dziś:
Wiz Khalifa - Black & yellow
A to dlatego, że słucham tego od jakiegoś czasu milion razy dziennie i czuję się jak nałogowiec - wychodzi mi uszami, ale ciągnie i chce się więcej.




środa, 9 stycznia 2013

[108] Po co mi przyjaciel?

Ogólnie jestem zwykle widziana z bananem na ryju, że się tak wyrażę niedelikatnie, nadaję się raczej do USA, gdzie wszystko jest fine niż do Polski, gdzie po świetnie patrzą na mnie jak na idiotkę, bo jakie świetnie? Wszystko jest źle. Ale nie dla mnie.
Ja jestem przykładem kobiety samodzielnej, supermenki, siłaczki, praca u podstaw, nasza szkapa...a nie, zagalopowałam się. Poprzestańmy na siłaczce, która jest samodzielna, uśmiechnięta, genialna i wszystko wie najlepiej.
Tak. Wiem najlepiej co siedzi w mojej głowie. Wiem, jak dużo mnie kosztuje ten banan i jak bardzo staram się walczyć ze sobą, żeby nie popaść w czarną rozpacz. Bo mimo, że czarny ulubionym kolorem mym jest, niekoniecznie chcę się pogrążyć.
Tak więc walczę.
Z finansami, które nijak nie chcą się poprawić.
Ze sobą i własną niemocą.
Zajmuję się wszystkim, tylko nie własną duszą.
Potrafię pomóc każdemu, nagadać jak trzeba iść do przodu, jak się podnieść i co zmienić.
Wszystko wiem. Mam na każdą okoliczność rozwiązanie.
Tylko nie zauważam czasem, że jestem już po kolana w bagnie. A jeszcze macham palcem i instruuję innych.
Po to mi potrzebny przyjaciel.
Ktoś kto poda kij, albo tym kijem po łbie nawali, żebym ocknęła się w porę i wylazła na suchy ląd.
Żebym uwierzyła, że mogę zdobyć świat, a nie tylko pokazywać innym, że mogą, sama nie wykonując żadnego ruchu. A bagienko wciąga.
Jak rozpoznać, że czas mi przywalić?
Kiedy milknę. Zamykam się i znikam. Kiedy odwalam życiową fuszerkę. Kiedy tematy zastępcze są po to, żeby zasłonić moją udrękę i wycie do księżyca.
Dzisiaj, zawsze zresztą radziłam sobie z tym sama. Dwadzieścia dwa lata temu pomyliłam się i oddałam pole bez walki. Wiem już jaką siłę ma umysł i wiara, niekoniecznie w boga. Wiem jak bardzo łatwo popaść w apatię i odrętwienie emocjonalne. Jak łatwo zaprzepaścić siły wielkiej armii (że tak zapożyczę z Comy), którą jest nasz własny rozum i dusza, czymkolwiek ona jest.
A wygrzebać się trudno. Bardzo trudno.
Więc po co mi przyjaciel?
Żeby tak jak dzisiaj, najpierw obił mnie kijem, a potem podał linę. Teraz ode mnie zależy, jak mocno tę linę chwycę. Jak bardzo silna będzie moja wola przetrwania.
Nie, nie mam doła.
Jestem zła na siebie, że tak mało robię dla siebie. Że zostawiam siebie na koniec. Że nie dbam o siebie wystarczająco. Że sobie samej nie powiem dobrego słowa.
Czas to zmienić.

Po tym solidnym laniu przegadałam z moim przyjacielem z liceum 1,5 godziny. Przez telefon. Tęsknię za nim. Tak, to facet. Przyjaciel. I dzięki niemu wiem, że przyjaźń damsko - męska jest możliwa. To taki człowiek, z którym mieliśmy kiedyś sporo lat przerwy. Ale jeden telefon do niego i było tak, jakbyśmy rozstali się dzień wcześniej. Od niego usłyszałam na jego weselu, że jestem dla niego bardzo ważna. A od kilku lat dzwonimy do siebie i gadamy. Wiem, że mogę na niego liczyć. To bardzo ważne.
Pionizuje.

Na dziś:
Shinedown - Second chance
Siedzę w tej muzyce bardzo ostatnio. Nie poradzę..
Z ważnym przesłaniem. Ja już swój krok zrobiłam, czas na kolejne...



poniedziałek, 7 stycznia 2013

[107] Pierwszy raz

Naprawdę o tym będzie.
Ale za chwilę.
Wymyśliłam kiedyś, jakieś 13 lat temu z okładem, że zrobię sobie tablicę korkową. Zobaczyłam coś podobnego do mojego pomysłu w Poradniku Domowym u mojej macierzy i zachciałam takie mieć. Nie takie kupne. Własnoręczne. Potrzebny mi był do tego materiał. Materiał sam nie chciał się naprodukować, znaczy uzbierać, więc pomysł został zamknięty w szufladce opatrzonej etykietą: do zrobienia.
Materiał zbierał się latami. Każdy, komu mówiłam po co mi to, patrzył na mnie jak na głupią. Bo woziłam to z każdego miejsca, gdzie byłam i materiał był. Każdy kto widział moją kolekcję stukał się palcem w czoło: po co ci tyle tego?? Okazało się, że wcale nie było tego tak dużo, bo około 60 sztuk.
Otóż zaczęłam zbierać korki od wina. Tak sobie wymyśliłam, że będą używane, moje własne, i że ta tablica w końcu zawiśnie na mojej ścianie, gdziekolwiek by miała ona być. Ta ściana.
Ostatnio szukając na jednym portalu inspiracji, to tak w przerwie sprzątania, o którym trąbię od dłuższego czasu (żeby nie było, zostało mi niewiele!), trafiłam na kolejną wersję mojej tablicy wymarzonej.
Zaczęły się przymiarki. Mam takie fajne kartony po drewnianych pudłach z IKEA, takie akurat na wysokość leżącego w nich korka.
Ale. Jak się okazało, a chciałam mieć tablicę bardziej większą niż mniejszą, mam za mało korków. Załamałam się. Znaczy już się prawie pogodziłam z tym, że jednak będzie mała.
Rozmawiam sobie z moją Sis, która tak od niechcenia rzuciła: przetnij je na pół, będzie ich dwa razy więcej.
No proszę, młodsze, wyszczekane i się mądruje.
No to zabrałam się za rozcinanie....
I to był ten pierwszy raz. Pierwszy i jedyny, jak na razie, w moim życiu, kiedy tak bardzo żałowałam, że nie mam przy sobie faceta. Takiego siłacza, gotowego pociąć za mnie te korki. Po kilku sztukach musiałam odpocząć. Bolały mnie ręce. Uparłam się jednak, zupełnie jak na kozła przystało, pocięłam je wszystkie, przeklinając pod nosem i na głos, odpoczywając co chwilę i zastanawiając się, dlaczego, kiedy grałam w tenisa, tak mnie nie bolały nadgarstki.
I teraz być może narażę się wszelkim znawcom win, korków i innych utensyliów.
Mam głęboko w poważaniu oddychanie i nieoddychanie, leżakowanie, kolor, bukiet i inne takie!
Z mojego, tablicowego punktu widzenia najlepsze są korki kompaktowe (ja je tak nazwałam), czyli zmielony korek i sklejony z niego ...korek. Reszta przyprawiła mnie o nie powiem co.
Inna sprawa, że korki mam różne, z różnych win i jak już tablica osiągnie mój zamierzony, albo przynajmniej bardzo zbliżony do zamierzonego, kształt i kolor i formę, nie omieszkam się pochwalić. Podoba mi się różnorodność znaczków na nich. Są różnej wielkości i struktury.

Oraz przyjmę każdą ilość używanych, niepotrzebnych nikomu korków. I jest to apel jak najbardziej prawdziwy.

Na dziś:
Shinedown - Her Name Is Alice
Nie mogę się oderwać.....




piątek, 4 stycznia 2013

[106] Co za ludzie!

Ledwo człowiek skończył czterdziestkę ( chór: czterdzieści lat minęło jak jeden dzieeeeeeń!!!!), wchodzi na drugi dzień na swój blog i se myśli: nuuuuda, a tu na pasku mnóstwo czytania, u niektórych nawet po kilka postów. Co jest? Aż taki slow mnie nie ogarnął, żebym miała takie zaległości! Zwolnijcie! Gdzie pędzicie!
Nie oznacza to, że się nie ucieszyłam. Bo ucieszyłam się bardzo.
W urodziny dostałam mnóstwo życzeń. Od Was - dziękuję po stokroć, ale też i od znajomych na facebooku i smsowo i telefonicznie oraz osobiście. Niektóre budziły mnie o nieludzkiej porze, całe szczęście że Sis zaspała (cmok*), bo zabiłabym za smsa w środku nocy. Moja mamma przysłała mi wielce czułego smsa o treści, której nie omieszkam przytoczyć : "to już 40 lat jak mordę darłam, więc życzę wszystkiego najlepszego". Prawda, że cudownie?
Dostałam też cudowny prezent. Od przyjaciółki. Wypad do kina i na kolację. Poszłyśmy na Annę Kareninę i powiem Wam, że bardzo mi się podobał ten film. Świetnie zrealizowany. Aż zapragnęłam przeczytać Leo Tołstoja.
Dostałam też inny prezent. Jeden torba żarcia. Drugi przykaz - jak czegoś potrzebujesz mów, zrobię ci zakupy. Po kiepskim początku dnia znów było dobrze.

Przed końcem roku zaczęłam robić porządki. w moich rzeczach. Rzeczach uzbieranych, bo się przydadzą. To takie kartony różności, bo wszystko się przecież przyda. Ze wszystkiego coś można zrobić. I tak leżały te miliony kartonów (co z tego, że fajnych, skoro z niewiadomoczym). Wobec tego stanęłam przed moim zbiorem i spojrzałam spod przymrużonych powiek, dając do zrozumienia temu nagromadzonemu dobru, że najwyższa pora rozmówić się z samą sobą, przekonać do posegregowania, przemyślenia, poukładania i wyrzucenia części rzeczy. No to jak już powiedziałam A to zabrałam się za B. Jestem gdzieś w okolicy W, do końca zostało niewiele i jestem z siebie zadowolona. Wiecie ile można odkryć fajnych drobiazgów? Wymyślić dla nich nowe zastosowania. Obiecać sobie wykorzystanie ich w najwyższym czasie. Zobaczymy co z tego wyniknie. Na razie dążę do wyznaczonego celu. I jest bliżej niż dalej.

A teraz widzę, że nocka do dupy, ciśnienie mi skoczyło i osiąga zawrotne 132/84, a ja już czuję,że nie zasnę, łeb mi pęka. Masakra. Przy moim stałym 115/70......

Na dziś:
Universe - Mr Lennon
Niesamowity sentyment mam do tego utworu.
Mirek poszedł do Johna...



środa, 2 stycznia 2013

[105] Nawiedzona

Tak się chwilami czuję.
Albo szurnięta.
A tak naprawdę jestem tylko pogodzona ze sobą. Nie zrezygnowana. Pogodzona.
I ze światem.
Moja droga trwa już kilka lat. Od kilku lat odkrywam siebie i życie i uczę się jak wiele zależy od nas samych. Nasze samopoczucie. Zdrowie. Sukcesy. Nasze całe życie.
Wszystko zaczęło się od tego, że znalazłam moją dawną przyjaciółkę. Chciałam ją odnaleźć. I tak się stało. Wydawało mi się, że szukam pomocy, że to dlatego ona pojawiła się na mojej drodze. Ale nie. Było zupełnie odwrotnie. To ona mnie potrzebowała. To ja miałam coś do zrobienia.
Ona poleciła mi książkę do przeczytania. Ale najpierw spotkałam się z nią. Trochę przeraziło mnie jej skłonienie się do ślepej wiary w magię, amulety, bioenergoterapię i inne taroty. Spotkałam osobę, która trajkotała o tym wszystkim, przeplatając to szaloną rozpaczą z powodu braku faceta w życiu.
Wyobraźcie sobie, że cała wizytę, dwa dni, tylko słuchałam. Ona udzielała mi mnóstwo rad, co mam zrobić, z kilku skorzystałam. Między innymi sięgnęłam po książkę, którą mi poleciła. Na początku myślałam, że śnię. Ale zaczęłam myśleć. To był impuls do działania. Wzięłam z tej książki to, co było mi na tamtym etapie potrzebne. Mianowicie w końcu otworzyłam oczy. Później, przyglądając się staczaniu psychicznemu przyjaciółki podjęłam decyzję. Powiedziałam jej co myślę na temat jej spraw. Bo pytała zawsze co ma robić. Kiedy jej córka, związana z nią psychicznie bardzo mocno zaczęła pogrążać się w depresji (siedmiolatka) powiedziałam jej, że wiem dlaczego stanęłam na jej drodze. Powiedziałam jej wtedy, że pierwsze co to musi uporządkować swoje życie. Domowe. Odzyskać spokój i równowagę wewnętrzną swoją i domu. A wtedy ten facet, którego tak pragnie pod pretekstem dania ojca dzieciakom, znajdzie się i będzie odpowiedni. Dałam jej do zrozumienia, że chyba sama nie czytała polecanej mi książki.
Wykrzyczała mi wtedy, że się nie znam, że jestem głupia i inne podobne rzeczy, po czym przestała odbierać telefony, odpisywać na maile i smsy. Wiem, że zawiozła córkę na terapię do psychologa, którego ja jej znalazłam. I wiem też, że jego zdaniem  problem tkwił w matce.
Ostatnio, a raczej rok temu napisałam do niej na facebooku o mojej sytuacji. To była czyta informacja. W zamian usłyszałam, że nic nas nie łączy, że tylko jakieś tam wspomnienia, że pojawiam się jak czegoś chcę, że zostawiłam ją w najgorszym momencie życia. Życzyłam jej więc spokoju i dobrego życia, po czym z czystym sercem i uśmiechem usunęłam z grona znajomych. Tłumaczyła się jeszcze, ale skwitowałam to tym, że w moim sercu ma miejsce zawsze, bo jest dla mnie bardzo ważna. Ale nie zamierzam się narzucać. Pożegnałam się i czuję się z tym dobrze.
To był początek mojej drogi do rozumienia. Zamknęłam pierwsze drzwi. Zrozumiałam wtedy, że tylko i wyłącznie harmonia ducha i umysłu daje siłę do życia. Ale życia takiego jakim chcemy, żeby ono było. Jak wiecie żyłam w związku, który był bardzo ciężki. Wraz z wiedzą coraz więcej rzeczy zauważałam. Gniotło i uwierało mnie wszystko.
Teraz obserwuję ludzi i zachowania. Słucham co i jak mówią. Wkurzam się, kiedy moje słowa są puszczane mimo uszu, a zaraz po tym znów rozlega się biadolenie jak to jest ciężko, źle i do doopy.
Nauczyłam się, że nie należy narzekać. Nie zazdrościć i źle  nie życzyć innym. Wszystko co wysyłamy w świat wraca do nas. I jest to dobro, ale też i zło.
Wiecie jak działa mój uśmiech? Dlaczego każdy znienawidzony urząd jest mój i umiem wszystko tam załatwić? Bo nie dopuszczam do siebie złych myśli. Jeśli mam czekać w kolejce to nie myślę o tej kolejce i że tak długo. Raczej zajmuję się czym innym. Jeśli mam przed sobą długą i męczącą podróż - skupiam się na celu do którego dążę. Kiedy coś jest niepewne zawsze myślę tylko i wyłącznie pozytywnie. I nawet jeśli się coś nie uda, zostawiam to bez żalu i mogę iść dalej. Kiedy myślę o czymś pozytywnie (głupie stwierdzenie, wiem) i to nie wyjdzie jest mi o wiele mniej żal. Kiedy ktoś jest chory, nie martwię się w takim sensie, że roztrząsam tę chorobę. Staram się myśleć, że będzie tylko lepiej.
Owszem, nie zawsze się udaje. Ja też mam dni, kiedy klnę jak szewc. Na przykład kiedy Młody rzuca we mnie zabawką i wylewa mi na moją odnowioną sofę w jasnym kolorze, cały kubek świeżo zrobionej kawy inki. Albo szlag mnie jasny trafia, bo coś jest nie tak, PMS, tudzież milion innych głupot. Też czasem mam zły dzień. Ale coraz rzadziej. Coraz częściej łapię się na tym, że nie warto skupiać się na takich drobiazgach jak sofa. Albo zgubione nożyczki w szkole. Albo jeszcze insze coś. Po prostu nie warto.
Trochę z tego co praktykuję to slow life. Trochę książek. Trochę wiary w siebie. Rozmów z ludźmi. I własnych przemyśleń i obserwacji. Nie jestem wioskową debilką, nie latam po ulicy i nie zaczepiam ludzi. Nie mówię im jak żyć, albo jak osiągnąć taki stan. Nie jestem od tego. Mogę pokazać drogę, wskazać kierunek. Ale każdy we własnym zakresie musi znaleźć w sobie to co ja znalazłam. Dla jednych jest to bóg i wiara, dla innych coś zupełnie innego. Ale zawsze jest to siła, która płynie z nas samych.
Jeszcze pewnie nie raz o tym napiszę. Bo ten rok zaczął się dla mnie właśnie tak. W harmonii i spokoju.

Ale cóż.
Czas płynie nieubłaganie. Nie dość, że kolejny rok, to jeszcze wskoczyła mi czwóreczka z przodu.
Jak się z tym czuję? Świetnie.
Oraz życzę wszystkim w dniu moich urodzin znalezienia w sobie tej mocy.


Na dziś:
Happy Birthday




wtorek, 1 stycznia 2013

[104] A co mi tam!

Może mi się plawiatura poklącze, ale co mi tam!
Ponieważ mam permanentny uśmiech na twarzy i  wróciłam z imprezy, na której grałam w sccrable i ograłam wszystkich, bo przyznałam się dopiero po drugiej kolejce, że gram nałogowo, a słowami zajmuję się od czasów Wojciecha Pijanowskiego i jego programu, w którym uczestnicy dostawali literki i z tych literek mieli ułożyć jak najwięcej słów, a ja siedziałam przed czarno-białym telewizorem i walczyłam razem z nimi. Nazwy programu nie pamiętam.
To jak się przyznałam to powiedzieli mi, że w takim razie dostaję po 3 literki..
Było cudnie.
Zaszumiało mi w głowie dwa razy.
Bąbelki uderzyły w nos.
Zabłyszczało w oczach od fajerwerków.
Nie przyznam się co sobie pożyczyłam, kiedy wybiła północ.
A teraz siedzę tu, nie wiem czy uśmiech da mi spać.
Idę zmyć makijaż, który Kudłata zaserwowała mi przy moim zejściu ze śmiechu. Bez mojej zgody!!!
Oraz dziecko odkryło, że mam zmarszczki. No mam! Śmiechowe! To chyba dobrze, nie?
Postanowień nie będzie.
Będzie realizacja tu i teraz, tego co sobie wymyślę. Albo co powstanie w planach w mojej głowie. Nie będę wymyślać na siłę.
Zacznę działać!
Tylko najpierw się wyśpię.....

Dobranoc.

Na dziś:
Garou - Gitan (nie wchodzi mi filmik, więc klikajcie podlinkowaną nazwę :)
Nie ma chyba utworu wyśpiewanego tym głosem, którego bym nie kochała. Jeden warunek: PO FRANCUSKU. Ta piosenka kojarzy mi się z ... Władcą Pierścieni i egzaminem, przez który zawaliłam rok, ale potem zdałam go na 4 :))))) Z tym kojarzy mi  się jeszcze Shakira i kilka innych, ale to kiedyś opiszę. :)))

PS: Powinnam b yła nie robic krorekty tengo possssta....