wtorek, 10 sierpnia 2021

[471]. Biorę, bo mogę.

Emocje minimalnie opadły. Przestałam się mazgaić i reagować atakiem serca na myśl o nauce w języku Szekspira. Mogę zatem trochę więcej opowiedzieć, jak to się stało i co mnie popycha, żeby robić takie niestworzone rzeczy.
Może pisałam, a może nie, nie chce mi się grzebać w postach z grudnia, ale spotkałam człowieka, starszego ode mnie o 6 lat, który był zakomunikował mi, że poszedł na studia i jest na tak zwanym roku zerowym. Bo mimo pobytu w UK od 20 lat, język musi podszkolić do bardziej formalnego, ma stareńką maturę, a fizyka i matma też wymagają odpajęczynienia w zakamarkach umysłu. Myśl ta mnie zajęła bardzo i już nie mogłam myśleć o niczym innym, tylko o tym jak to zrobić, żeby też się znowu uczyć.
Napomknął o kredycie studenckim na czesne, o kredycie na utrzymanie i na tym się skończyło, bo ja wróciłam do mojej firmy i tyle. Ale jak wiadomo, ziarno co padnie na żyzną glebę, kiełkować zaczyna.
I wyrósł mi taki najpierw mały chwast, potem rozrósł się do krzaka, żeby w ostateczności stać się sensownym drzewem. (Ale napisałam, no niech będzie. Ten chwast, tak dla zobrazowania to w takiej porządnęj głębokiej dżungli amazońskiej rósł. Że niby moje myśli i ich toki to nie takie znów proste są).
No i ja tak sobie tkwiłam w tym gąszczu. Najpierw postanowiłam, że język. I że wystartuję za rok, czyli w 22. Ale wiadomo jak jest. Aaaaaa, mam czaaaas... W między tak zwanym czasie zaczęłam mocno odwodzić Kudłatą od chęci podjęcia studiów w dawnej ojczyźnie. Choćby z tego względu, że koszty zbyt wysokie, brexit i inne kłody. Nie wspominając o rozłące z Zięciuniem. Wspomniałam o moim planie też. Gdzieś w okolicy maja, Kudłata zakomunikowała, że idzie na studia  tutaj. To ja przypomniałam, że ja też, ale że ja za rok, na co dostałam w łeb rozkazem, że nie, mam iść teraz i koniec. Posłusznie złożyłam aplikację i potem już poszło. Zostałam przyjęta wstępnie, po czym interview miało określić, czy będą ze mnie ludzie i rozstrzygnąć o ostatecznym przyjęciu. Tuż po interview złożyłam aplikację o kredyt studencki na czesne, bo mnie straszyli wszyscy, i na stronie widnieje informacja, że rozpatrywanie aplikacji trwa 6-8 tygodni. Dostałam ten kredyt w 24 godziny. Oczywiście, gdyby mnie nie przyjęli, zostałby anulowany, ale tak naprawdę od niego uzależniałam pójście na studia. Bo jednak na czesne z własnej kieszeni, to mnie nie stać. 
Interview skończyło się słowami: "do zobaczenia na kampusie", więc nadzieję miałam. 
Kiedy przyszedł mail z informacją, że moje konto aplikacyjne zostanie usunięte, bo mam miejsce na uniwersytecie, popłakałam się. Przez cały dzień czułam ogromną euforię, radochę i siłę. To nie minęło, ale nabrało raczej kształtu. Teraz skupiam się na angielskim, bo nie będzie przeproś. 
No i najważniejsze w tej chwili. Odchodzę z mojej pracy. W środę będę dzwonić w sprawie nowej/starej, bo idę, a raczej chcę iść do tej, w której wszystko się zaczęło. Z tego względu, że tam będę mogła, o ile nic się nie zmieniło, pracować w trakcie studiów, czyli wyrabiać moje part-time.
A co mnie popycha? To, że nie będę młodsza. To, że jak nie spróbuję, to się nie przekonam. To, że inni mogą, a ja nie? To, że może zasłużyłam na trochę normalności. To, że nie chcę kiedyś powiedzieć, że przegrałam własne życie. To, że mimo starty najlepszych lat mam jeszcze szansę. To, że jak sobie sama nie wezmę, to nikt mi nic nie da. I dlaczego ciągle mam żyć na skraju i myśleć, że nic nie jest warte to moje życie, a ja już jestem stara? Stara to jest dupa! Bo zębów nie ma!
No i to by było na tyle w tym momencie. Ale jestem pewna, że będę zanudzać tym tematem jeszcze długo :)


środa, 4 sierpnia 2021

[470]. Tadaaaammmmm!!!!

[Werble]
[Wchodzę cała na czarno] 
[oklaski]

Dostałam się na studia.
Dostałam kredyt na czesne w ciągu jednego dnia, mimo że trwa to zwykle 6-8 tygodni.

I już nie wiem, czy jestem bardziej szczęśliwa, czy bardziej przerażona, bo teraz to ja muszę i angielski i matmę i fizykę. 
I nie wiem, czy będę dobrym inżynierem.
I nie wiem, nie wiem nic.
Ale cieszę się bardzo. Popłakałam się, jak dostałam maila.

Teraz muszę zmienić pracę. Obczaić drogę na uniwerek. 
I w ogóle się ogarnąć.

Żeby całość nakreślić, to powiem jeszcze, że na studia dostała się też Kudłata. W zupełnie innym mieście, zupełnie inny kierunek i będzie mieszkać w akademiku.

Jak skończę licencjat, to na studia pójdzie Młody. 

Circle of life.

Wszystko znalazło swoje miejsce.


niedziela, 25 lipca 2021

[469]. Flaki z olejem

Na razie jeszcze nic nie zakomunikuję.
Kto ciekawy - musi poczekać.
Upały odeszły sobie stąd, co mnie niezmiernie cieszy, bo już się żyć nie dało z 33 stopniami w cieniu. Teraz za oknem pochmurno, ale ciepło, w domu dalej 26. W sumie nie ma na co narzekać w tej chwili, bo nie napiernicza gołym słońcem i nie muszę się kryć.
Samochód mój przyciąga mewy. Serio. Jest osrany po dach. No dobra, najpierw stał pod drzewem, bo miejsca zajęte. Ale teraz stawiałam go już na parkingu. No ok, drzewo jeszcze swymi mackami obejmowało to miejsce, ale bez przesady, na witkach nic nie usiądzie, tym bardziej mewiszcze. No i jednak uj. Szyba osrana koncertowo.
No to w końcu przestawiłam się dalej, patrzyłam tylko czy gałęzie sięgają. Się okaże.
A skąd mewy? Czy inne albatrosy? Nie mam bladego pojęcia, ale teraz jak idę i słyszę ten wrzask, to patrzę, czy nie nadlatują. A mieszkam przecież w Midlands!!! Sam środek mapy prawie! 
Wolne mam. Do 25.08. Niby urlop, a trochę jakby nie. I furlough i urlop i bezpłatne w jednym, ale w sumie dobrze jest. Tylko się mocno zastanawiam co dalej. Rozstrzygnie się to ostatecznie niebawem, może w połowie tygodnia, ale prędzej we wrześniu. Ostatecznie.
Na razie jestem przeszczęśliwa i cieszę się chwilą. 
A co do wolnego, to wczoraj wykupiłam sobie członkostwo w National Trust i będę zwiedzać za darmo. Za tydzień jedziemy gdzieś, jeszcze nie zdecydowałam gdzie. W tym przyjeżdża córa i będziemy się znów bić. Znaczy grać w gry.
Pieczenie trwa, właśnie wyjęłam kajzerki z piekarnika. Dla nas. Ludzie to raczej ciasta i chleby.
No i cieszę się bardzo, bo lubię piec. Wczoraj zmierzyłam się z galaretką :) Cudowność. 
A najbardziej z tego wszystkiego cieszy mnie, kiedy czytam peany o smaku moich wytworów. Serce rośnie!
Na jutro ledwie pavlova. Beza przestała na mnie robić jakiekolwiek wrażenie.
Następne będą makaroniki. 

piątek, 2 lipca 2021

[468]. Aktualizacja systemu

Dzisiaj przyjęłam bateryjkę do chipa, którego mi wstrzyknęli w kwietniu. Mam nadzieję, że już będę robić zdjęcia mrugając i płacić ręką. Nie dawali jednak lizaków tym razem, więc jutro kupię sobie sama. 
Pojechałam na to szczepionko samodzielnie swoją bryką wypasioną. Dumnam i bladam z tego powodu, oraz z całej wycieczki dzisiejszej, bo potem podążyłam do mechanika umówić serwisowy przeglądzik, potem chciałam wrócić do domu, ale jakoś mi się omskło i już nie chciałam robić wiochy i zmieniać pasa przed rondem, bo już była ciągła i se pojechałam do domu na około. A co, kto mi zabroni?
Ogólnie wrażenia i przemyślenia mam takie.
Bałam się tej lewej strony zupełnie niepotrzebnie. Pisałam kiedyś, że nie umiem skręcać w prawo na nartach. Znaczy mam z tym problem. Samochodem to inaczej, ale jednak. I nie mam problemu z rondami, o ile ustawię się na właściwym pasie, jakoś to mi tak naturalnie wchodzi. Nie boję się też już lewego krawężnika :)
Dodatkowo przestałam się kłócić z nawigacją! Jak mówi skręć to skręcam! Złagodniałam na starość, czy co? Bo z nawigacją jeździ się tu rewelacyjnie. Serio. 
Także, o ile mi pozwoli lista niepożądanych, można spodziewać się małej wycieczki, albo całkiem dużej. Zobaczymy. 
No i muszę jutro rozmontować radio i podłączyć sobie kabelek, żeby mieć swoją, prawilną muzę. 
Także no.
Poza tym co jeszcze. W pracy jak w pracy. Tak szczerze, to chyba rozejrzę się za nową, chociaż ta nie jest zła. Raz, że jeśli dostanę się na studia to będę musiała zmienić pracę, a dwa, zaczyna mnie męczyć ignorancja, indolencja i olewactwo. A jak coś męczy, to trzeba to naprawić, zmienić, wygonić. No i tak też zapewne zrobię niebawem.

  

niedziela, 27 czerwca 2021

[467]. Odwagi, Mała!

Tak sobie mówiłam w myślach.
Ale po kolei.
Pojechałam do konsulatu, bo przecież paszport. Tak, ciągle nie mam zgody. Ale status mus wyrobić, więc jak zwykle na ostatnią chwilę. Bo przecież termin mija 30.06. Ja nie dam rady?
Wizytę w konsulacie załatwiła mi szybko pani wice-konsul z Lądka, po krótkiej mailowej korespondencji.
Na szybko. Zrobiłam co trzeba, dostałam pismo, że nie mogę wyrobić dokumentu i wróciłam do domu.
Mój tłumacz ekspresowo przetłumaczył pismo i w sobotę już miałam je u siebie z pieczęciami jak należy.
Jutro wysyłam papiery. 
Ja nie dałam rady? No proszę..
Wróciłam z Birmingham i z nerw położyłam się spać, bo Młody dał mi do wiwatu, uzewnętrzniając wszystkie geny, które niestety odziedziczył. Nie moje. Moment sobie znalazł.
Wstałam i napisałam do kumpla, że jadziem. Bo on miał mnie tam zawieźć, po czym ja miałam za nim się kulać do domu. No i pojechalim. 
Odebrałam samochód, wykupiłam na kolanie w samochodzie ubezpieczenie i wróciłam do domu. Za kumplem. Jadę se obwodnicą i tak sama do siebie (przepraszam za słowa): Chuj, i tak nie wiem gdzie jestem. Ale dojechałam. Przytarłam co prawda cacko o krawężnik z lewej strony, ale kij tam. 
Samochód pięknie jedzie, w dobrym stanie, co prawda ptaki mi go naznaczyły, ale musi chwilę na myjnię poczekać. Nie jestem gotowa psychicznie na to. Wystarczy, że dzisiaj zatankowałam i wybrałam się w podróż po okolicy.
Jak tu jest pięknie! Tuż za granicą miasta! Tylko wiedziałam, że fiesta by stykła, bo trafiliśmy na dróżkę, na zasadzie kij, jedziemy prosto, gdzie mijać się z czymś jeszcze to bym się nie odważyła. Tak szczerze to modliłam się, żeby nic nie jechało z naprzeciwka. I przejeżdżam pod mostem a tam BMW... Pan wycofał ładnie, bo jeszcze nie wjechał do tunelu, ale powiem  Wam, że ciepło mi się zrobiło, chociaż nie jechałam szybko. A potem przypomniałam sobie, że tu nie Polska. No i wróciłam do domu. Nawigacja wchrzaniła mnie na te obwodnice, których chciałam uniknąć i myślałam, że mnie poprowadzi tak jak w drugą stronę, ale radość była wielka, jak w końcu mogłam krzyknąć: wiem gdzie jestem! Bez chuja, bo Młody siedział obok.
Auto dostało nowe dywaniki, zapach, holder do telefonu, wtyk do ładowania do zapalniczki, jutro przyjdzie kabelek do aux i chyba będę musiała...wymontować radio, żeby dostać się do złącza. 
No więc następna podróż do odkurzacza, bo pod dziurawym dywanikiem była piaskownica i liście, i na myjnię.

A dzisiaj zrobiłam drugi obiad z boksa. Prosty, ale jaki pyszny! W szoku był nwet ten malkontent, Młody, i powiedział, że te boksy to coś super jest. 
Jutro będzie linguini pieczoną papryką i bakłażanem. 
Jestem zachwycona.
A kuchenka śmiga jak nie wiem. Już się uwielbiamy. To znaczy ja ją, a czy ona mnie, to nie wiem. 

czwartek, 24 czerwca 2021

[466]. A żeby...

 ..nie było nudno, to opowiem Wam co u mnie.
Samochodu nie ma. Jeszcze. I będzie nie ten. Może już jutro. Jak zdążę wrócić z konsulatu. Zobaczymy.
Ale to akurat mój najmniejszy problem. Chociaż w sumie nie wiem, bo jak go znalazłam poprzez Kudłatą, to, no trochę, się zdziwiłam. Bo najpierw mi pokazała szybko na telefonie, potem dokonałam zaklepania, a potem wyszukałam se po tym co gdzieś mi mignęło i wyszło mi, że fiesta. Co, dodam, potwierdziła Młoda! No to akurat na zakupy, wszędzie się zmieści... Taaa. Pojechałam na miejsce obejrzeć na żywo i się rozglądam za tą fiestą, co mi Młoda przytaknęła. No i znalazłam. Focusa. C-max. Czyli duże toto. Ale spoko. Lubię duże auta.
Ale to to tylko przygrywka.
Bo w zeszłą sobotę stała się tragedia. 
Wróciłam ze sklepu, nastawione chleby wyrosły pięknie, nic, tylko wstawić do piekarnika.
No to ciach, włączyłam i wychodzę z kuchni. Ale tak siódmym zmysłem i kątem oka zauważam coś dziwnego, odwracam głowę i myśl mnie przebiegła po zwojach: "o! mam światełko w piekarniku!"
Pół kroku dalej przyszła riposta "krówa! ja NIE MAM ŚWIATEŁKA W PIEKARNIKU!!!!!".
W te pędy ratować co się da*, ale się nie dało. W sensie spaliła się żywym ogniem grzałka, coś tam odpadło, no i chooj. Chleb do wywalenia. A ja przez cały tydzień nie mam na czym se zrobić jedzenia, bo dopiero w sobotę będzie nowa. Ehhh...
A żeby było śmieszno bardziej, to dałam się namówić na box z produktami na obiady. Taka akcja, wybierasz konkretne przepisy, a oni przysyłają wszystko, co do zrobienia owych potrzebne. Warzywa, mięso, przyprawy, makarony itd. I tak, moja paczka już przyszła wczoraj. Musi poczekać do soboty. Kosztowo, jakby kto pytał, to pięć obiadów dla dwóch osób to niewielki koszt, bo tylko 4,5 funta z wysyłką za jeden obiad. Odpada mi targanie miliona rzeczy ze sklepów. A już zupełnie nie muszę się martwić, że o czymś zapomniałam.
No to idę. 



*Tak szczerze, to marzyłam o tym, żeby się zepsuła. Bo to była jedna wielka porażka. Krzywa i nie grzała jak trzeba. Czekam na nową, będę testować i piec, piec, piec...


niedziela, 30 maja 2021

[465]. Tęsknię

Wieści chcecie?
No to tak.
Na studia mnie wstępnie przyjęli, teraz czeka mnie w sierpniu interview, które zdecyduje ostatecznie.
Dlatego siedzę i napierniczam zadania, sprawdzam, uczę się i odkrywam nowe.

Już prawie mam samochód. Muszę tylko dopiąć ostatnie guziczki. Czyli wykonać dwa telefony i być może pojechać odebrać żółtą panterę, żabę, kaczkę, albo pszczółkę. Jak kto woli. I nie, to nie jest multipla.

Jak będę mieć samochód, liczę, że już we wtorek, to przeprowadzę się do niego i będę wędrować. Bo muszę Wam powiedzieć, że mieszkam chyba  w najbrzydszym mieście w UK. Serio. Wystarczy wyjechać na obrzeża, nie wspominając okolicznych wiosek i miasteczek i tam jest to, co widzimy myśląc UK. Normalnie zamieszkam w samochodzie i będę jeździć.

No bo najpierw park. Laso - park. Zadbany, ale bez przesady. Nie robiłam zdjęć, bo jakoś tak. Ale mnóstwo szałasów po drodze, cieknący strumyczek z bijącego gdzieś źródła (znajdziemy następnym razem), ogromne pola jagodowe, co prawda na stromych zboczach, ale co to dla mnie. Dodatkowo dowiedziałam się od rdzennego mieszkańca tego kraju, i jest to dla mnie wiążące, że można zbierać i jagody i grzyby, ale nie komercyjnie. I nie w parkach narodowych. Także no. Zachwyciłam się tym miejscem.



Potem zostałam prawie panią na zamku, ale było zajęte.


No to w tył zwrot i tu usłyszałam, że Tolkien zainspirował się tą górą i umieścił w niej Smauga. Może kiedyś poszukam informacji o tym. Zresztą wybiorę się w Tolkienowskie strony.



A tu widok zza zamku. W dolinie kawałek Birmingham. A w krzakach pełno dzikich królików. 



Tak. Bardzo tęsknię za wycieczkami. Za oglądaniem nowych miejsc. Za poznawaniem świata.
Tylko następnym razem muszę pamiętać o wodzie. Bo inaczej uschniemy.


piątek, 30 kwietnia 2021

[464]. 69%

Znaczy coś tam kumam i nie jest źle, ale niewystarczająco.
Potrzebuję B2. Minimum.
Do września.
Bo idę na studia.
To ja się zabieram za angielski, a Wy się bawcie dobrze.
🙈

wtorek, 20 kwietnia 2021

[463]. Od A do Z

Wróciłam do żywych.
W sobotę dostałam pierwszą dawkę szczepionki. 
Ale od początku.
Po pierwszym falstarcie ze szczepieniem przyszła druga szansa. Znaczy napisał do mnie NHS, że mogę się zarejestrować. Co uczyniłam z entuzjazmem i w czwartek zapisałam się na sobotę. Pomyślałam sobie, że sobota, jakby jakieś skutki uboczne to w niedzielę i w poniedziałek do pracy.
Zamówiłam sobie taksówkę, wsiadam, a pan do mnie: na szczepienie? O, se pomyślałam, dobrze, nie będę krążyć. Bo adres jakiś taki. Hala na terenie przemysłowym, przystosowana do całego procesu. Podwózka pod same drzwi. Więc plus.
Weszłam, ogarnęłam system, krzesełka numerowane, po każdym wycierane i psikane i cuda wianki. Wchodzę do namiotu (były cztery w hali) miły pan doktor wypytuje o leki, choroby i alergie. Zeznaję jak na spowiedzi, przy alergiach ożywienie. Igły są z niklem. Pomyślałam, że najwyżej będę się drapać, ale w sumie nie powinno nic się dziać. Powiedziałam ok i dostałam swoją dawkę. Po drugiej stronie namiotu strefa oczekiwania, krzesełka, naklejki i ..lizaki. Posiedziałam, poczytałam i pojechałam do domu. Szczęśliwa, super, nic się nie dzieje. 
No i przyszedł wieczór. Zrobiło mi się zimno jakoś i stwierdziłam, że się kładę. I tak se leżałam do 6 rano, szczękając zębami. Młody donosił koce, a ja się nie mogłam rozgrzać. W pokoju jakieś 25 stopni, ja pod wełnianą kołdrą, pod kilkoma kocami w skarpetach, a wkładam rękę pod kołdrę w okolicę kolan, a tam zimno.  Zaklinałam pęcherz, żeby nie chciało mi się siku, bo bolało na samą myśl, że mam wyjść spod kołdry. Wyszłam o 6, bo już nie wytrzymałam, zdziwiło mnie, że w pokoju cieplej, niż pod kołdrą. Ale nic. Poszłam zaraz spać. Obudziłam się o 14. Znaczy wyrwał mnie ze snu stan okropnej niemocy, bólu mięśni, kostek, stawów, włosów, głowy, wszystkiego. Wstałam się napić. Poryczałam się z niemocy. Przeczytałam ulotkę i okazało się, że mam prawie wszystkie skutki uboczne, z listy, dokładnie bez dwóch. Ale znów zasnęłam, cały czas chłodno, cały czas suchutka, zero potu. Przekimałam do wieczora, budziłam się co jakiś czas, a to film z młodym, a to jedzenie mi przyniósł, picie. Podjęłam decyzję, że nie pójdę do pracy w poniedziałek. Poniedziałek już funkcjonowałam, ale ciągle słabo. Więc dzisiaj też nie poszłam. Ale jutro już wracam do akcji. Wszystko przeszło. 
Astra Zeneca przypadła mi w udziale i ma u mnie jedną gwiazdkę! Nie lubię!
Druga dawka w lipcu.
Oby przeszła bez fajerwerków.
PS: kiedy weszłam do domu po szczepieniu, wyłączył się net. Przypadek? Nie sądzę. 
Hahaha


poniedziałek, 5 kwietnia 2021

[462]. Dżem (nie)dobry

Piękna pogoda za oknem, chociaż dzisiaj zimno. Złem daje po kościach. W pełnym słońcu. Za oknem mi się zieleni. Sama radość.
Odebrałam dzisiaj nasze okulary. Tak, dzisiaj. Tu nie ma ściśle wolnego poniedziałku wielkanocnego. Więc mój optyk działał i od wczoraj bombardował mnie smsami, żeby odebrać jak najszybciej.
No to zrobiliśmy sobie wycieczkę do miasta.
I mam, wielkie, czarne mocniejsze oksy. I tylko jeden problem. Nie mogę w nich chodzić. Tylko do czytania. Nie tak jak poprzednie, że noszę i na dal nic mi nie robią. Te nowe rozmywają mi wszystko metr od nosa. No aż mi się brzydko wyrwało, za co Młody mnie opierdzielił. No trudno. Ale przynajmniej będę coś widzieć, jak będę dłubać te swoje tam. 
I czytać.
Bo muszę się przyznać, ze znów odrodziła mi się miłość do Terry'ego Pratchetta. A że nie posiadam całości twórczości, tylko marne dwie pozycje, postanowiłam zakupić. Jak wrzuciłam do koszyka wczoraj, to pewnie osiwiałam bardziej. No kwota wyszła zacna. Więc nie kupię wszystkich. Przynajmniej na razie. Za to kupiłam sobie Mistrza po angielsku. Będę czytać. 
Cały tydzień przesiedziałam w domu. Tak bardzo pożałowałam, że nie mam samochodu, że postanowiłam, że kupię. Nie wiem jeszcze kiedy, ale to już nie jest, że jak coś to kupię, albo kiedyś tam kupię, tylko kupię. Jak najszybciej. Nawet się zastanowię, czy nie kupić byle czego małego, żeby tylko do pracy dojeżdżać. Żeby się obyć z lewą ręką i krawężnikami. Jak to opanuję to wtedy kupię taki, jak mi się marzy. To chyba dobry pomysł.
Czwartek, piątek i sobotę spędziłam w kuchni. 
W czwartek poniosłam totalną Klęskę pod Pleśniakiem. No tak mnie załatwił, że myślałam, że się rozpłaczę. Wylądował w koszu, a ja upiekłam drugi. Okazało się, że chciałam być za dobra i dać do niego super dżem z łowicza. Bo przecież łowicz taki pyszny. No NIE. Wypłynął mi cały, przez co beza siadła i zgumowiała. No świeczki w oczach, ale napisałam kumpeli, że nie ma mowy, kasy jej nie oddam, upiekę drugi i przywiozę osobiście. Tak też zrobiłam. A dżem z aldika okazuje się być najlepciejszy!
Napiekłam się chlebów i ciast. 
Tradycyjnie nie świętujemy. Jajka po prostu jemy, bo lubimy. 
A jutro znów do pracy. 

środa, 31 marca 2021

[461]. Szlachetne zdrowie

Taką trochę nudą wieje, bo overów nie robię, więc nie ma co. Oglądam jakieś seriale, czytnik zaanektował Młody i oddać nie chce. W sumie spoko, ale no przecież. Właściwie teraz to mam urlop. Se nazbierałam dni, to se wzięłam. Musiałam też odpocząć solidnie, bo nerw mnie łapie ostatnio w pracy, na niekompetencję i olewactwo ludzkie. Wręcz powiedziałam do kumpeli: niech oni się cieszą, że ja nie znam angielskiego za dobrze, bo bym aplikowała na team leadera, a wtedy ta fabryka chodziłaby jak w zegarku. Serio. Ale nie będę się rozpisywać. Wszak to tylko praca.
Ponieważ nie bazuję na tym, co można wyczytać na grupach polskich w internetach, bo zwyczajnie nie ufam takiemu przekazowi, szczególnie po wielokrotnej lekturze pytań i komentarzy, szukam informacji sama. Jest to o tyle fajne, bo wszystko, czego szukam jest na stronach gov. Wszystko. I tak wędrując po tych stronach, zawędrowałam na stronę mojego councilu. I tam: jak nie masz objawów, to zapraszamy do wybranej apteki na darmowy test. Bo 1 na 3 osoby przechodzi wirusa bezobjawowo. Chcemy to wyłapać. Jeśli masz objawy, zapraszamy na testy, DARMOWE, do centrum testowego. Zarejestruj się tylko na konkretną godzinę. 
Żadnych skierowań, nic.
No to co. Po teście z NHS, który robiłam w styczniu, stwierdziłam, że ja chcę wiedzieć. I tak sobie jeżdżę dwa razy w tygodniu i sprawdzam. Na razie żadnego nie zdałam. 
Test taki u mnie w mieście można zrobić w aptekach Rycerskich.
No i miałam mieć szczepienie. Przyszedł sms, zarejestrowałam się z piątku na sobotę i....dupa. Nie znam systemu. Znaczy teraz znam, ale po czasie. Okazało się, że na całe miasto jest jeden punkt, w którym szczepią. Nie że każda przychodnia, jak to w pl. Ale skąd ja miałam wiedzieć. No i nie poszłam. Muszę teraz na nowo się umówić. 
Oczywiście trzeba było ufać przeczuciom i szóstym zmysłom i najpierw sprawdzić, ale no przecież..
Żeby sobie osłodzić szczepionkową porażkę uruchomiłam w końcu aplikację NHS i recepty, bo mam odnawialne, mogę zamawiać z aplikacji. Nie muszę nigdzie już chodzić, jedynie po odbiór leków. Taka jestem sprytna.
Ale za to wczoraj miałam wizytę u okulisty, zrobiony na miejscu tomograf, badanie i okulary do odbioru za chwilę. Pokazałam na miejscu moje badanie numer 1 z Polski jeszcze, okazało się, że moja przypadłość nazywa się tak samo po angielsku, a ja głupia przewaliłam pół internetu i słowniki i nie znalazłam. W każdym razie pani porównała zdjęcia, wyjaśniła, zmiany postępują, ale bardzo powoli i nic złego się nie dzieje.
Teraz jeszcze muszę dentystę wybrać i już będzie komplecik. 
A za kilka dni zarejestruję swoją firmę, żeby dokończyć cały proces. 



poniedziałek, 15 marca 2021

[460]. Level 2

Nowy tydzień - nowa ja. Chciałoby się rzec. Ale ja tylko odpoczęta jestem. Aż mi głupio.
No więc do świąt trzy tygodnie. A ja się wystawiłam ze swoimi wypiekami i zbieram zamówienia.
Wczoraj zrobiłam sobie kurs na obchodzenie się z żywnością i czystość miejsca pracy, otrzymałam certyfikat i tadam! Prawie komplecik. Jeszcze tylko wypełnię jeden formularzyk i to wszystko.
A, cały kurs online i PO ANGIELSKU. Jestem z siebie dumna jak nie wiem co!!!

niedziela, 7 marca 2021

[459]. 12/7

Gdzie ja jestem, kiedy mnie nie ma?
Otóż, mili Państwo, jestem w pracy. Dwa tygodnie wyjęte z życiorysu. Łącznie z weekendami. 
Zapieprzanko było ostre, takie, że wióry leciały. Po 12h dziennie. Że zapomniało się swojego imienia. Że bolą ręce, kciuki, nadgarstki, ale w sumie jest dobrze.
Teraz już tylko normalne osiem h, pięć dni w tygodniu. No może ewentualnie któryś weekendowy jeszcze, ale to się mocno zastanowię.
Więcej gadam. To na plus. Że bez składu i ładu? Nieważne. Rozumieją.
Ale najważniejszy news tych dwóch tygodni* to taki, że zarejestrowałam moje wypieki i teraz, na legalu, bez strachu, że mnie ktoś podpieprzy w urzędach, mogę piec ile dusza zapragnie!
Piekielna kuchnia Natt nadchodzi!!!


*Nie, to jeszcze nie ta informacja, która nadejdzie. To jeszcze nie jest to

sobota, 20 lutego 2021

[458]. Weekendowe rozkminki

Siedząc w ciepłym domku i chrupiąc własnej roboty pseudonachosy na zakwasie (dobra, chrupiące się skończyły, zostały te miętkie z pierwszego rzutu, bo były na dnie miski, a piekłam je za krótko), rozmyślam.
Dzisiaj sobota, upiekłam chleby. Wczoraj upiekłam ciasta. Ogólnie jakoś to pieczenie mi się podoba. Była u mnie fryzjerka, w konspiracji, bo zarosłam już od sierpnia bardzo. Szybko mi te kudły rosną. Odbyłam walkę na słowa z Młodym, bo to przecież lockdown, bo obostrzenia, bo bez maseczek, bo coś i on się nie zgadza. Poszedł sfochowany do sklepu, a w międzyczasie przybyła mistrzyni nożyczek i grzecznie, obie w maseczkach, przystąpiłyśmy do dzieła. Na co wchodzi Młody i strzela kolejnego focha, że jednak nie wyszło na jego. Oj oj. 
No i to czas się przygotować mentalnie na nadchodzący tydzień. Więc sączę drinka i rozmyślam.
I tak to nastawiam się na 12-to godzinne dni pracy, bo się znów zgodziłam, niepomna zmęczenia i obiecywania sobie, że nigdy przenigdy więcej. Prawie już gotowa jestem stawić temu czoła. 
Jednocześnie drinkiem owym opijam sukcesy tygodnia mijającego.
No bo nikogo nie zabiłam, a mogłam. A już na pewno mogłam się pobić z dziarskim młodzieńcem z Rumunii, któremu drugiego dnia w pracy nie spodobało się moje któreśtam kilkudziesiętne tłumaczenie dlaczego ma coś robić tak jak mu mówię (uczył się). Po czym pomna ułomności językowej mojej zwróciłam się do szkolącego (nota bene - olewającego przyczynowość i skutkowość ciągłości pracy - tak, Angole mają wyebane, a ten szczególnie), żeby wytłumaczył dlaczego rzeczony Rumun ma robić to, co mówię. Nie zdążył. Za to cud, że stał między nami, bo pewnie młody wojownik rzuciłby mi się do gardła. I nie wiem czemu krzyczał: Masz problem ze mną?? Z nim? Nie. Z jego pracą. Ale chyba mu w końcu wytłumaczyli, bo od tygodnia, pokornie robi co należy. I, kurcze! umie w dziękuję i proszę oraz czy możesz.  
Bo dostałam moje angielskie prawo jazdy. 
Bo podoba mi się mój domek. A raczej mieszkanie. Mam swoje nowe meble, mam tak jak chciałam, mam prawie wszystko, co do szczęścia mi potrzebne.
Bo w końcu muszę się nacieszyć tym miejscem, bliskością do pracy (3 minutki). Bo niebawem to się skończy.


czwartek, 11 lutego 2021

[457]. Norma.

Ale że co, zapytacie.
No jak to co, wkurw.
Już zupełnie inny. Nowszy. I na inny temat.
Trochę wytłumaczę.
Test negatywny był, do pracy wróciłam po tygodniu, nie otłukłam gęby, bo ja tam nie taka chętna do bitki.
Chociaż czasami mam ochotę się odwinąć i przywalić niektórym ludziom.
W każdym razie jest spoko, żyję, daję żyć innym, nawet. 
Za mną ogólnie prawie dwa ciężkie tygodnie. Ciężkie jakieś emocjonalnie i fizycznie. Nerwowe takie i jakieś, zupełnie nie jak moje. Ktoś się ze mną zamienił na nie chyba, bez mojej wiedzy.
Dzisiaj to już tylko naprawczymi kurwami rzucałam, całkiem na głos, pierdoleniem i chujami. Tak, taka jestem zła i podła (dobra no, niewiele osób słyszało, raczej odczytywali z intonacji, że coś jest nie halo i byli grzeczni). Przyznaję się bez bicia. Inaczej się nie dało. Dociągnęłam do końca zmiany i na pełnej k..., no dobra, mocno zdenerwowana wróciłam do domu. Trafiłam na zajęcia medialne i posłuchałam se o Sherlocku, podpowiadałam odpowiedzi i trochę zeszło mi ciśnienie. Tak, o serialu BBC z Benedictem. Lekcja. 
Potem poczytałam trochę komentarzy i stwierdzam, że chyba znów czas na przegląd polubień, obserwacji i tym podobnych rzeczy. Męczy mnie już wiele rzeczy. Nie chce mi się upychać w głowie dodatkowych problemów i ich roztrząsań. Waham się pomiędzy zupełnym chillem i wyjebaniem na wszystko a jednak zerkaniem na ten świat i kraj. Obserwuję pyskówki, czepianie się słów, oburzenia święte i nieświęte i mam chwilami dość. I błędy, mnóstwo błędów. Ortograficzne, literówki, składnia. Łeb mi się gotuje, ale zazwyczaj mielę w ustach zaklęcia, żeby nie czepiać się ludzi. A jeszcze do tego cała ta chora sytuacja. 
Ja nie wiem czy to jakieś skrzywienie, jakaś skrajna niedoróba z moim mózgiem, uszkodzenie, albo kij wie co. Że ogarniam rzeczy, widzę je całościowo, wyciągam wnioski i widzę jak się to wszystko toczy. Widzę wiele wątków, potrafię je połączyć ze sobą i przewidzieć, jaki efekt przyniosą działania. Czuję się czasem jak Kassandra, Mówię co się stanie, ale nikt mnie nie słucha i nie wierzy. Przeokropne uczucie. A jeszcze mało kto jest w stanie zrozumieć o co mi chodzi, bo widzi tylko wycinek całości. I czasem trudno mi przekazać co myślę. 
Dlatego się mało odzywam. Bo po co.
Mówię Wam. Strasznie  być mną.

środa, 13 stycznia 2021

[456]. Nagły zwrot akcji

Myślałam, że potrwa dłużej.
Ale nie. Zamiast siedzieć i się pogrążać w rozpaczy (tylko nie czarnej! Czarne to ja lubię!), to przyszedł jej brat.
Otóż przyszedł wkurw. Zastąpił biedaczkę i chuj.
Przymusowe wolne mam. Nie żebym narzekała, bo płatne, ale tak bezczelnie z grubej rury.
Nagle, o godzinie tużprzedpółnocą zadzwonił angielski numer i powiedział, że nie idziesz do pracy, bo ktoś ma wirusa i jutro przekażemy instrukcje.
[po tym telefonie otrzymałam w pakiecie ból brzucha, roztrzęsienie i ..sraczkę, nie bójmy się tego słowa. W nocy po przebudzeniu ściskało mnie w żołądku, bo uświadomiłam sobie, że może być gorąco. Chociaż ja noszę maseczkę w pracy i wszędzie, gdzie trzeba]
Instrukcje były spodziewane w dwóch opcjach:
1. test - i powrót do pracy, jeśli niezdany
2. kwarantanna.
Odwlekałam test, do którego wytypowało mnie nhs. No nie po drodze mi było, żeby wykorzystać otrzymany pakiet. Ale wczoraj zebrałam się w sobie i zamówiłam kuriera na jutro, rano pogrzebię patyczkami gdzie trzeba i już.
Telefon dzisiaj powiedział mi, że wracam do pracy 19.01, więc wybrano bramkę nr 2. 
Ale normalnie tej gadzinie, która chodziła i kaszlała od tygodnia, jak się nie powstrzymam to pizgnę w ryj. Bo wiem kto to.

niedziela, 10 stycznia 2021

niedziela, 3 stycznia 2021

[454]. To już było

Znaczy że Nowy Rok, nowa ja, czy tam jakieś inne postanowienia.
W tym roku nie ma. Żadnych. Nawet przez myśl mi nie przeszło, że teraz to będzie, bo wcześniej nie było. Zwyczajnie robię swoje.
I tak na przykład złożyłam dzisiaj stół do pracowni. 
I upiekłam pszenny chleb. No taki pyszny, że aż nie wiem czy go zaraz nie zjem całego.
Wczoraj za to oddałam do użytku tort. Pierwszy w życiu.
A ile z tym było zamieszania... Gotowi?
No to tak. Upiekłam biszkopty, bo miał być w kształcie książki. W końcu na komunię. 
Ok, biszkopty wyszły, krem wyszedł, ale jakiś taki mdły, bo bałam się przesłodzić, nic to, złożyłam, nacudowałam, namieszałam i...nie podobało mi się. Ale brnęłam dalej.
No to ganache z białej czekolady. I tu poległam. Wszystko super, ale wyszedł za rzadki. I mi spływał.
Była 21. 1.01, więc wszystko zamknięte. Dupa.
I tak sobie siedzę i myślę. I wymyśliłam, że robię drugi tort. Upiekłam biszkopty 2.0. I zrobiłam mus truskawkowy.
Ale żeby nie było za łatwo, to:
6:00 - Młody goni do sklepu po śmietankę
6:15 - robię masę truskawkową
6:45 - robię ganache z mlecznej czekolady
7:30 - jadę do sklepu po gotową masę cukrową
8:05 -  wracam taksówką
8:15 - tynkuję tort ganache'm
9:00 -  okładam masą cukrową
9:25 - żeluję wydrukowany opłatek i przyklejam
9:30 - odbierają tort
I....udało się!
Miałam stresa, bo nie było to arcydzieło. No stanowczo nie było. Masa cukrowa się rwała, musiałam sztukować i w ogóle.  Ze struchlałym sercem czekałam na recenzję. Bo że wygląd tak se, to już kij. Ważny był dla mnie smak. I dzisiaj rano dostałam smsa, że wszystkim bardzo smakował, że przepyszny. No to teraz bójta się wójta. Będę tortową księżniczką. Bo królowe wrócą lada moment i już skończy się kozaczenie. 
Zdobyte umiejętności - bezcenne. Dowiedziałam się wielu ciekawych rzeczy o tortowaniu. Stwierdzam, że podejmuję rękawicę. Teraz tylko trening czyni miszczynię. 
Ale i tak zostanę przy ciastach. One są mniej stresujące. 
Taki miałam początek roku z przytupem.

poniedziałek, 28 grudnia 2020

[453]. yyyy...

Tak wielce inteligentny i wiele mówiący tytuł powstał dlatego, że .. nie było świąt.
Z kilku powodów.
Pierwszy to taki, że nie obchodzimy. W sensie, nie wierzymy-nie obchodzimy. Świąt.
Ale jemy w tym czasie tradycyjnie barszcz z uszkami i jakieś tam pierogi z kapustą, rybę i makowiec. Ale nie z powodu wiary. Ktoś powie, że to hipokryzja. A ja powiem, że nie. Nie chce mi się o tym piać i dyskutować. Każdemu to, czego potrzebuje. A ja 24.12 potrzebuję barszczu i uszek, bo lubię. A one smakują mi tylko w ten wieczór.
No ale w tym roku barszcz i uszka były dzisiaj.
Tak jak już wspominałam, podjęłam się pieczenia hurtowo serników, makowców i szarlotek, ku uciesze rodaków i nie tylko, jak się okazało.
Zamówień miałam tyle, że musiałam w excelu zrobić tabelkę nie tylko zliczającą składniki, jak pisałam poprzednio, ale też z rozpiską czasową. Bo bez tego bym zwyczajnie nie dała rady. Tradycyjne kartki też miałam, ale jednak excel to excel. Dlatego też kupiłam sobie całego office'a, bo jak bez ręki, a nie lubię tych darmowych, okrojonych dziadostw, które nie robią tego, co ja chcę.
Nie będę rozpisywać się szczegółowo bardzo, ale pierwszego dnia padł mi mikser. Zamówiłam drugi, myślałam, że dobry, ale mogę se nim kogel mogel co najwyżej ukręcić. Dobrze, że koleżanka pożyczyła mi swój, bo bym się nie wyrobiła. Potem spędziłam w kuchni w sumie, nie wyłączając piekarnika! od 00:30 23.12 (po pracy) do 17:30 24.12. Tak, tyle czasu piekłam. A nie spałam od 06:00 23.12. Tak więc kiedy ostatnie ciasto wyszło z mojego domu, posiedziałam jeszcze 2 godziny i zasnęłam. Wstałam o 15:00 dnia następnego, czyli już po czasie barszczu i uszek, które zrobiłam dopiero 27.12, czyli formalnie wczoraj, a według mnie dzisiaj. 
Choinki też nie zdążyłam.
Ale kupiłam prezenty.
Obejrzałam za to całą Brzydulę, sezon 1 i 2 na bieżąco. Powzdychałam do mojego ulubionego aktora, w którym się podkochuję, bo kto mi zabroni i idę właśnie spać. 
To w ogóle skandal, że teraz to już muszę się podkochiwać w młodszych ode mnie aktorach. 
Co za czasy!


piątek, 18 grudnia 2020

[452]. W blokach startowych

 Wielgachnymi krokami zbliża się godzina P. P jak pieczenie. Piekarnik. Przepis. P.. nie wiem co jeszcze. A Proszek do pieczenia. Na przykład. I Poniedziałek.
Bo właśnie w poniedziałek jest start.
W sumie mam do upieczenia, niech policzę...a właściwie to odpalę tylko excela i Wam powiem. Bo zrobiłam sobie arkusz, żeby mi zliczył czego ile potrzebuję, żebym nie obudziła się z ręką wiadomo gdzie.
Więc makowców będzie 12, serników 16 i tylko 7 szarlotek. Mąki pójdzie 12 kg, kostek kasi 34, cukru pudru 7,7 kg, zwykłego 3, a jajek 223. Nie wspominam o proszku, bakaliach i innych drobiazgach.
Mąkę przytachał kurier ze młyna, sery z kasiami zajęły mi lodówkę, a dostawca prądu pewnie by się cieszył, gdyby wiedział, co mnie czeka. Chociaż koszt prądu to pikuś.
Do tego kupiłam pudełka, podkłady pod ciasto, dodatkowe blaszki, i milion innych popierdółek, bez których jak ja dotychczas żyłam? Na przykład bez miarek. Te wszystkie cup i tbs mnie wkurzały, bo musiałam sobie przeliczać. Teraz już nie muszę. 
No ale ok. To będzie wyzwanie. Chociaż powiem Wam, że zupełnie mnie to nie wzrusza.
Za to kupię sobie sofę. Taka jestem sprytna.
Poza tym wszystkim, żeby nie było tak różowo to pracuję. Na zmianie popołudniowo-nocnej. Pakuję telezakupową biżuterię, jak w zeszłym roku, i od zeszłego roku nie mogę się nadziwić, że ludzie potrafią kupić pierścionek, za 5500 pand (jak to mówią laski w pracy) widząc go w tv. No w życiu nie kupiłabym czegoś takiego. Ok, pierdółkę za jakieś grosze może bym się skusiła, ale wątpię w to bardzo, bo raczej kupuję to co widziałam na żywo, albo wiem jak wygląda. A biżuterię za taką cenę, w ogóle za każdą cenę! to raczej u jubilera. No ale ja to nie oni. Ja im to tylko spakuję i wyślę. 
Trzymajcie za mnie kciuki. Mocno.