Tak jest. Wakacje. Kanapki będę pakować tylko na wycieczki. Mam zamiar zwiedzić okolicę tak porządnie. Może już rozminują do tego czasu las. Nie pamiętam, czy mówiłam, ale las jest "nieczynny" od prawie 2 miesięcy z powodu znalezienia arsenału z II wojny światowej. Jeszcze niby 2 tygodnie ma być zakaz wstępu. Co nie przeszkadza młodzieży dać się pogryźć wygłodniałemu stadu komarów, oraz w obżeraniu się poniższym..
Ogólnie jestem jakaś rozbita.
Brakuje mi zapału do pisania. Mam mnóstwo pomysłów, ale kiedy siadam do klawiatury, odechciewa mi się. Może świat realny jest tak gęsty, że odbiera chęć dzielenia się sobą. Może przyziemne sprawy przygniatają mi palce i nie chce mi się zwyczajnie pisać. Trzymam fason jeszcze, ale być może któregoś dnia rozsypię się zwyczajnie i znów będę zbierać się w całość. Dźwignę się z poziomu do pionu i znów będę jakiś czas całością. A teraz czuję pierwsze oznaki nadchodzącego. Chaos. Przeskakuję z tematu na temat. Obmyślam plan ewakuacji. Szacuję nadchodzący kataklizm. I...śmieję się z siebie, bo przecież to tylko będzie mały deszcz. Wszystko zakrywam zasłoną dymną z marzeń.
W takich chwilach najbardziej brak mi kogoś obok. Taka samotność jest okrutna. Najgorsze jest to, że była też wtedy, kiedy obok spał ten, wydawało się, jedyny. I chyba wtedy bardziej bolało, że nie mogę na nikogo liczyć. Teraz zasada umiesz liczyć - licz na siebie jest łatwiejsza do zniesienia. Prościej z tym żyć. Łatwiej znosić załamanie koniunktury. Szybciej można się podnieść.
Jak niektórym wiadomo, w piątek byłam zgrzeszyć, oglądając gołych facetów. No dobra, nie do końca gołych.
Najpierw, nadeszły obawy. Że pewnie młode laski, zgrabne, wymuskane tam będą. Że klub na poziomie, gdzie my tam. I inne idiotyczne powody, które o mały włos nie doprowadziły do rezygnacji z widowiska. Nie mojej rezygnacji. Bo poszłyśmy we dwie.
Przejdę od razu do rzeczy, bo co tu owijać w bawełnę, czy inne sztuczne skóry.
Faceci...przypakowani. Niektórzy za bardzo. Tańczą fajnie, ale niektóre momenty były niesmaczne. Nie chodzi o pruderię, ale po prostu mało finezyjne. No i...jakby to ująć. Może w barach duzi, ale nic poza tym.
I jednak taki występ może by mnie wzruszył jakieś...20 lat temu.
Tak więc po piątkowym występie, a była okazja klepnąć każdego z nich w tyłek, bo akurat stałyśmy w miejscu, gdzie tańczyli, jednak nie klepnęłam, ze zwykłej grzeczności, wyszłyśmy z klubu na ulicę, poszłyśmy na lody do Maca, bo tylko to w zasięgu wzroku otwarte było, obejrzałyśmy lampiony na tle księżyca, i wróciłyśmy do domu. A wczoraj kontynuacja szaleństw, czyli czytanie epopei narodowej w odcinkach, śmiechy chichy, wypad na tańce do klubu.
Z socjologicznego punktu widzenia rozkminiałam całą imprezkę. Bujałam się na parkiecie i patrzyłam sobie na towarzystwo. Wnioski są takie.
Na parkiecie kiwało się stado lasek. Mnie jako obserwatora nie liczę, kiwałam się w rytm, co by być w centrum. Panowie oblegali bar i się przyglądali. Niektórzy wchodząc stali na schodach i z góry lustrowali towar. Wzrokiem przenikliwym jak promienie rentgena. Śmiać mi się chciało, mówię Wam.
No i tak przeleciały lata 80, 90, jakieś współczesne miksy i nagle dedykacja...od koleżanek dla przyszłej panny młodej... Ona tańczy dla mnie. I tu nastąpiło zagęszczenie atmosfery: panowie ruszyli biegiem na przełaj, który pierwszy na parkiet. Panie, które bawiły się same znalazły się w centrum uwagi. Nie mówimy tu o obserwującej i jej koleżankach, gdyż, my tak z boczku, koleżanki lekko na fazie.
Fenomen tego przeboju mnie zaskoczył.
A ja z kumpelą zumbowiczką odtańczyłyśmy dwa przeboje w układach z zajęć, śmiejąc się przy tym do łez.
Po czym poszłyśmy szukać lepszego miejsca, które okazało się być zamknięte na cztery spusty, a po powrocie do domu jakoś towarzystwo się rozlazło spać, co też i mnie zmusiło do udania się do własnego łóżka.
Kaca nie stwierdzono.
I tak zakończył się imprezowy weekend, miasto nocą jest fajne, ładne, kolorowe, i stwierdziłyśmy, że będziemy przynajmniej raz w miesiącu udawać się na jakąś imprezę. Zobaczymy co z tego wyjdzie :)
Na dziś:
Bob Marley - Burnin' And Lootin'
Przepadłam ponownie w świecie reggae..
Pasuje do temperatury..
Tak patrzę przez okno i w sumie nie wiem, czy już wyż zagościł, czy jeszcze bije się o względy z niżem. Po chmurach go poznacie, można by rzec. To jak po chmurach, to wyż. Jutro będę ledwie dychać, jeśli prognoza sprawdzi się w więcej niż 50%. Niechybnie zaciemnienie zarządzę i zaraz wstawię wodę do zamrażalnika, na lód, żeby, jakby co, się nim obłożyć. No, pożyjem zobaczym.
Jestem z doskoku. Zaglądam do Was, dzisiaj nawet poczyniłam gdzieniegdzie komentarze, ależ dumna jestem! Bo niestety, ostatnio czytam w biegu, udzielam się w biegu, w biegu myślę, jeszcze trochę to w biegu będę spać.
Dzisiaj zafundowałam sobie wycieczkę po urzędach, w celu pobrania różnych wniosków, w najbliższym czasie będę kwitła przy okienkach oddając te wnioski. Nic to. Cierpliwa jestem, uśmiechnięta. Jak zawsze.
Ostatnio w jednym sklepie zdjęłam słuchawki, bo tak robię prawie zawsze, ale jakoś nie chciało mi się wyłączać muzyki i tak sobie stoję i patrzę, a pan za ladą mnie pyta: ooo, to jakiś fajny rockowy zespół. Co to? Bo ja to dinozaur jestem. Wyjaśniłam co to za zespół, po czym zmierzyłam pana i mówię: nie no, jaki dinozaur, wątpię, żeby był pan ode mnie starszy. I tu przegrałam. O kilka miesięcy. Ale było śmiesznie. Może pójdę do pana z inną fajną muzyką. Myślicie, że podryw na muzykę ze słuchawek jakoś przejdzie?
A żeby w temacie muzycznym pozostać, doznałam szoku. W szkole. Odbieram Młodego, idę sobie zatłoczonym korytarzem, a tu się do mnie przebija pani ze świetlicy. Pierwsza myśl: nabroił i będzie donos. Jak nic coś wymodził. Ale nie. Pani mnie dopadła i mówi: ja tylko chciałam powiedzieć, że Młody śpiewał piosenkę. Zbladłam, bo już miał wpis, że śpiewa nieprzyzwoite piosenki (kolega, który 2 lata starszy jest u niego w klasie, go podpuścił). Na co pani, że ona zna Papa Roach i jak usłyszała, że on śpiewa Last Resort to zapytała skąd zna. To Młody się pochwalił, że mama i siostra słuchają i on się nauczył. Pani mi opowiedziała, że syn był na koncercie i że ona też zna. I zachwycona ogólnie. A ja byłam w szoku :)
Poza tym, ostatnia wieść z frontu, mam kontuzję . Nadwerężyłam sobie jakieś ścięgno w nadgarstku. I to od czego! Od dziurkacza, który robi kółka. Normalnie masakra. Myślałam, że jak ręka odpocznie, to minie. Gdzie tam! Dobrze, że można kupić krojony chleb.
A teraz oddalę się wraz z frontem na z góry upatrzoną pozycję i będę dalej uprawiać, spodobał mi się zwrot, napitalanie nitkami :)))
Zdarza się. Szczególnie w takiej sytuacji. O wybaczenie uprasza się.
Bo wczoraj zapchała mi się umywalka.
Ale od początku.
Jako przykładna (khem khem <gwizdanie>) gospodyni, pani na włościach, oraz kobieta bez faceta (wyjaśnić należy, że z tamtym facetem również sama musiałabym problem rozwiązać w ramach "musisz umieć sobie radzić", a że lubię to już wiecie), chciałam profilaktycznie sobie przeczyścić rurę. Znaczy wszystkie trzy. W zlewie, umywalce i wannie. Dwie poszły gładko. Natomiast umywalka, cóż, zbuntowała się.
Nalałam wrzątku, nasypałam granulek i poszłam se. Wracam, spłukałam wszystko, wanna w porządku, natomiast umywalka nie. Woda stoi. Kombinacje alpejskie odczyniłam, potraktowałam drugi raz granulkami i wrzątkiem i...doopa blada.
Wściekłam się, mówię Wam. Ale rozmowy on line w stylu: czy ty wszystko musisz sama? odpuść czasem. Spowodowały, że postanowiłam przespać się z problemem. Jak faceta nie ma to z czymś trzeba. Jeszcze po północy wrzało we mnie i biły się dwie opcje, a mianowicie 'sama nie dam rady?!' i 'na górze mieszka hydraulik'.
Wstałam rano, rura zapchana dalej.
W ramach oswajania pofarbowałam włosy, bo idę zaraz na imprezę. Do 7 latka, ale zawsze. Zjadłam śniadanie, ułożyłam sudoku ze trzy razy.
I poszłam do łazienki.
Odkręciłam syfon.
I osłupiałam. Gdyż takiej konstrukcji to moje oko nie widziało. Po czym analiza wzrokowa powiedziała mi wszystko. Granulki się..zresztą zobaczcie sami:
Ten grzybek, to nie jest nowa konstrukcja syfonu, żeby działał lepiej. Mogłabym sobie przepych i sprężynkę wsadzić. Hydraulikowi zapłaciłabym za to, co sama sobie odkryłam i sama usunęłam. Młotkiem się nie dało rozbić, takie twarde, zalałam więc wrzątkiem w misce.
Tak więc nie dotrzymałam słowa.
Zdobyłam sprawność hydraulik.
Motto: nie ma takiej rury na świecie, której nie można odetkać.
Zacznę od tego, że jestem osobą rzeczową. Lubię wiedzieć, lubię jasne sytuacje. Lubię, i wolę, żeby powiedzieć mi wprost, nawet spieprzaj, niż owijanie w bawełnę. Lubię proste, zwyczajne słowa. Owszem, lubię też grę słów i romantyczne wątki, ale bez przesady i nie w tym wypadku.
A mianowicie.
Jako załatwiacz wszystkiego, bo koleżanka się boi, ja rozmawiam z dostawcami. No. I tak właśnie rozmawiałam jeszcze przed wyjazdem do Warszawy. Wyjaśniłam o co mi chodzi. Najpierw krótko, acz, wydawało mi się, zrozumiale, ale chyba tylko mi się wydawało. Wyjaśniłam więc drugi raz proces technologiczny, przez telefon, słowami mniej więcej: niech pan sobie wyobrazi...niech pan dotknie tu u góry... śliskie, prawda?
Facet zrozumiał. Ale był w drodze w inny wymiar czasowy, przez co nieobecny jest na miejscu do środy. No to mamy schody. Bez windy. Zostawił na włościach pana innego. Nowego. Się wdraża. Proces tłumaczenia miałam wielokrotny, mailowo, telefonicznie, nawet chciałam mu narysować. Wydawało się, że załapał, chociaż dostałam od niego dwa maile, z czego jeden był zaprzeczeniem zapewnienia właściciela, a drugiego nie było.
Nie zdzierżyłam po raz pierwszy. Zadzwoniłam do pana 3 dni temu. Pan zapewniał mnie, że produkcja ruszyła, dwa dni i wyślą. I że da znać, zadzwoni. Zapomniałam tylko zapytać gdzie.
Dzisiaj nie zdzierżyłam raz drugi. Towar powinien być u mnie. Zadzwoniłam do pana, oczywiście nie odebrał, bo po co, po czym oddzwonił. Z takim kitem, że umarłam. kazałam panu wziąć dwie rzeczy i sprawdzić, czy się będą razem kleić. Zbył mnie, ale ponowiłam żądanie, po czym powiedziałam, że czekam na telefon z wynikiem eksperymentu, gdyż to kluczowa sprawa.
Zadzwonił. Nie wiem, czy mam radar i jestem wyczulona na kłamstwa, albo może to moja niezawodna intuicja. W każdym razie po odsłuchaniu informacji o niemożności wykonania produktu w pożądany przeze mnie sposób (wierzcie mi, chodziło tylko o zamianę góry z dołem! Żadna filozofia, zwyczajnie do sztancy wkłada się piankę w taśmie odwrotnie bo z obu stron są przekładki, o które wojna się toczy..) zadałam panu dwa pytania natury technicznej, używając słownictwa odpowiedniego do okazji, przy czym pana zamurowało po drugiej stronie, oraz po usłyszeniu, że zmarnowali nam 2 tygodnie i stoimy z robotą, rozpoczął peany na temat naszej jakże fajnej super firmy i świetlanej współpracy w przyszłości, że nie chcieliby stracić takiego kontrahenta i inne pierdy typu: trzymam rękę na pulsie, brakowało tylko: ależ pani jest piękna i zmysłowa, a mnie się nóż w kieszeni otworzył, bo znam tę gadkę, i gołymi rękami udusiłabym tego, co gadał w taki sposób. Mam uraz. Jak stąd na księżyc. A na takie gadki mam alergię. Nie lubię już tego gościa.
I w ten oto sposób dupa jest blada, wszystko gotowe, brakuje jednego elementu i koniec. Musimy czekać. A mnie krew zalewa, bo lubię kiedy wszystko gra, jest na czas i nad tym panuję. I lubię, kiedy zlecę coś komuś, to ten ktoś pilnuje zamówienia/zlecenia. Dba o to, żeby sumiennie wywiązać się ze zlecenia. Informuje na bieżąco i wyjaśnia. Ale może ja mam za wysokie wymagania? No bo przecież jest kryzys! Zapomniałam! A ja tu z zamówieniem, może małym, jak dla kogo, ale powtarzalnym.
A pytanie mam jedno.
Czy facet, który współpracować powinien z kobietą, musi pieprzyć farmazony, bo sądzi, że kobieta to blondynka i można jej wszystko wcisnąć, bo uwierzy?
Przepraszam blondynki.
Szczególnie nie dla tych zawodowych. I nie chodzi o to, że post nie jest dla kucharzy, tylko ten post jest dla kucharzy amatorów. Ta notatka znaczy :)
Bo jestem kucharką amatorką. I mimo, że lubię umieć - wiedzieć - próbować, nie uważam się za mistrzynię w tej dziedzinie, aczkolwiek poza kilka razy przesolonymi potrawami, kilka razy troszkę przypalonymi i może jednym zakalcem, większych porażek nie zaliczyłam.
A chciałam napisać o tym, że uwielbiam szpinak. U W I E L B I A M. Nie mam żadnych traumatycznych przeżyć w postaci, przepraszam za porównanie, krowiego placka na talerzu, więc może to stąd moje zamiłowanie.
Szpinaku spróbowałam kilka lat temu. Chyba z sześć. W jakiejś restauracji. Nie to, że tak bardzo chciałam, ale dlatego, że nie jadłam, a chciałam być, hmm...inna :)
Zamówiłam sobie farfalle con spinaci*. I umarłam z miłości.
A ponieważ nie byłabym sobą, to zaczęłam przeszukiwać net w celu namierzenia jakiegoś przepisu. W międzyczasie naumiałam się robić tagiatelle alla carbonara*.
Co do przepisów mam jedną zasadę. Nigdy nie trzymam się ich kurczowo słowo po słowie. Eksperymentuję. Często nie wiem co dodałam, albo ile. Odkryłam, Amerykę a jak, że i kolejność ma znaczenie. Ja lubię tak sama. Znaleźć, poszukać, odkryć, sprawdzić.
I tak sobie zamówiłam wczoraj torbę szpinaku. Obwieściłam dziatwie co na obiad.
Pominęłam tym razem proces blanszowania. Bo mi się nie chciało. Wrzuciłam na patelnię masło, na to szpinak, czosnek, posoliłam popieprzyłam, pomieszałam, dodałam serki topione, nie pamiętam czy z lidla czy z biedry, ale mnie wkurzyły, bo się przykleiły do papierków, poczekałam aż się stopią, po czym dodałam kilka łyżek jogurtu typu greckiego. Ponownie zamieszałam, odcedziłam makaron i podałam.
Myślicie, że coś zostało? Owszem. Wspomnienie...
I pół torby szpinaku, który jednak zblanszuję i wrzucę do zamrażarki. Będzie jak znalazł do jajecznicy, albo do makaronu, albo do pierożków z fetą w zimie.
To tyle.
A nie! Jeszcze obiecana fotorelacja z tworzenia stojaków, oraz taki jeden w użyciu.
Na jednym zdjęciu jest dowód, że szybciej robię niż myślę. A tak naprawdę to jest tak, że jak przemknie mi myśl o czymś, co się stanie, ale nie powiem tego na głos, to to się stanie. I tak przewierciłam sobie taboret.
A Młody dzisiaj zaliczył zdarte kolano i wizytę u pielęgniarki. Bo sobie pomyślałam, że daję mu krótkie spodenki i żeby się tylko nie wywrócił.....
*wszystkich, co władają włoskim, przepraszam z góry :D
Na dziś:
Maryla Rodowicz - Wszyscy chcą kochać
Dzisiaj przy pracy słuchałam mimowolnie całej płyty. Gust muzyczny z szefową mi się rozchodzi w niektórych miejscach, jak za małe spodnie na szwach, ale Marylki wysłuchałam z radością.
Wróciłam.
Wszystko poszło rewelacyjnie. Teraz tylko pilnować interesu i będzie świetnie.
I to wszystko, całe to pilnowanie, spadnie na mnie.
Ależ się cieszę!
Cieszę się też, że z Warszawy wyjechałyśmy w sobotę, bo nie miałam pontonu. W niedzielę Trasa Toruńska nie nadawała się do podróży. Znacie to powiedzenie? Nie znacie, bo właśnie je wymyśliłam: mam niesamowite szczęście. Potwierdza się to w wielu przypadkach.
Podróż rewelacyjna. Gdyby tylko oznaczenia były na remontowanych trasach jakieś normalne. Albo gdybym nie słuchała doradców. Nic to, 60 km autostradą A1 w kierunku Gdańska, pikuś. Nawrotka za bramką i powrót. Cudownie prowadziło się samochód. Trasa do stolicy rewelacyjna. Samej stolicy jednak nie lubię nadal. A już coś takiego jak zielona fala nie istnieje. Mam też nadzieję, że niektórzy taksówkarze wybaczą..
Nie wiem tylko czy nie powinnam się obrazić, bo usłyszałam, że jestem z betonu. Znaczy, 3 godziny jazdy, cały dzień na nogach na stoisku i 3 godziny powrotu. Z betonu, że niby taka wytrzymała. Powrót już mi wisiał. Byłam zmęczona, ale nie chciało mi się spać, o dziwo. Chyba zaliczyłam punkt przegięcia w KFC, więc potem tylko z górki.
Mam zaciesz, jak to mówi Kudłata.
Od ucha do ucha.
Teraz zbieram siły i ogarniam, jednocześnie pracując w dalszym ciągu na świetlaną przyszłość naszą, aczkolwiek mniej intensywnie. Wyspałam się.
Ogarnę się jeszcze wieczorem z Wami, poczytam, wyprostuję co trzeba i będę.
A. I wiecie co? Chyba jednak tę stolarnię otworzę. Miałam tyle pytań o moje stojaki, że chyba zacznę produkować mebelki dedykowane :D
Na dziś: De Mono - Znów jesteś ze mną
A tak jakoś mnie natchnęło było. Złote przeboje leciały i przypomniały mi się tamte czasy..
Na chwilę.
Sprawy nabierają rozpędu, a raczej lecą z siłą wodospadu. I z takim przepływem jak Niagara.
A wiecie, że Niagara jest niższa od naszej Siklawy? O kilka metrów.
Tak więc dzisiaj leczę rękę. Daję jej odpocząć, bo nadwerężyłam sobie wszystkie ścięgna i mięśnie jakie mam od czubeczków palców, po łokieć. Dolegliwości tenisisty to przy tym pikuś. Noża nie byłam w stanie utrzymać w dłoni, cud, że udało mi się zrobić kanapki do szkoły dla Młodego.
W sobotę mam tzw. deadline. Godzina zero wybije. I wtedy napięcie będzie rosło.
Wyjeżdżam w piątek, wracam w niedzielę. Odwiedzam stolicę. Nie będę jednak w stanie z nikim się spotkać, więc nawet nie proponuję.
Nawet nie wiecie jak się cieszę. Z chaosu wyłania się klarowna wizja przyszłości. To, co już się dzieje, przyprawia o zawrót głowy. A co dopiero będzie kiedy zacznie się realizować?
Głowa pełna pomysłów, ręce pełne roboty. Tak lubię. I wielkie pokłady optymizmu.
Życzenia i marzenia się spełniają.
W takim razie życzcie mi powodzenia.
Ja marzę o sukcesie.
Trzymajcie kciuki.
Polly :*
Dzięki za fajne rozmowy i cieszę się, że znalazłam drugą taką jak ja, która wierzy w spełnianie życzeń.
Uważajcie więc czego sobie życzycie!
Na dziś:
Deuce - The One
Jak zwykle zasłyszane u Kudłatej :)
No cóż, mamy podobne gusta. Z czego bardzo się cieszę :)))
Fotorelacji nie będzie.
Czytnik kart compact flash padł (umierał od kilku lat, łączył, nie łączył...). Zdjęcia są, ale nie mam jak ich zgrać na dysk. Jestem zła, bo to oznacza, że żadnych zdjęć nie zgram. :(
W każdym razie, poczyniłam 5 stojaków, odpyliłam mieszkanie, ale czuję i widzę, że to proces będzie długotrwały, bo wszędzie pył. Ale za to jak pachnie drewnem!
Dziękuję za opinie. Kolorowa, silna, święta (?????? mam nadzieję, że nie krowa :D), pozytywna, nietuzinkowa, ciepła (a ja taki zmarzluch jestem :D), mądra (polemizowałabym chyba, zważywszy na dzisiejsze wyczyny..), odważna ...To fajnie, że jednak nie mdła i nijaka. I że czytacie to, co piszę. Obawiam się tylko, że niedługo łatwiej będzie mi coś napisać, niż powiedzieć. Mam nadzieję, że dam sobie radę.
Ale żeby nie było.
Zgodnie z tytułem zdobyłam dzisiaj nową sprawność.
Od dzisiaj jestem stolarzem.
Właśnie powierciłam sobie w drewnie, poszlifowałam, jeszcze tylko parę otworów (wiertełko się lekko zagrzało i musi odpocząć) i stojaki będą gotowe.
Jakby kto pytał mam takie fajne urządzenie, nazywa się Dremel 400 Digital. Wierci, tnie, szlifuje i co tylko chcecie. Dostałam je kiedyś na...Dzień Kobiet od jeszcze męża, aczkolwiek używał go on. Taki prezent z serii to dla ciebie, ale to ja będę go używać. Bardzo się przydaje i bardzo się cieszę, bo jestem zwolenniczką prezentów użytkowych. No przepraszam, rzeźba abstrakcyjna, tudzież obraz samego Picassa nie sprawiłby mi takiej radochy, jak coś, co mogę wykorzystać. Całkiem serio mówię.
No i wykorzystałam.
Co prawda pierwszy lepszy behapowiec zszedłby na zawał serca widząc moje wyczyny, ale cóż, nie mam imadełka, nie mam stołu odpowiedniego, nie mam warunków, że tak powiem, warsztatowych. Musiałam radzić sobie ...kolanami. Nie ucięłam się, jeszcze, ale wszystko przede mną, bo jeszcze muszę przepiłować 10 prętów aluminiowych. Znaczy 8, bo dwa już przepiłowałam.
Nie był to debiut w stolarstwie, ale ten pomysł jest mój od a do z, więc myślę, że mogę sobie przyszyć sprawność na rękaw.
Na dziś:
Dawid Podsiadło - Trójkąty i kwadraty
Intrygujące. Zawsze obawiam się o kariery wokalistów występujących w różnych programach, które mają talenty wyłaniać i promować.
Oby się nie zepsuł....
Nie wiem jaki macie obraz mnie.
Nie będę wnikać jaki. Chociaż nie. Właśnie że chciałabym uzyskać od Was moją charakterystykę.
To jaka jestem?
Bo ja już wątpię sama.
Wczoraj wykazałam się brakiem opanowania częściowym. Ja wiem, że to PMS, kiedy to hormony zalewają rozum i oczy. Tak, wiem.
Ale dzisiaj przeszłam samą siebie. Gdyby chciało mi się okno otworzyć, albo gdybym miała możliwość telepatycznego ściągania do domu wybyłej Kudłatej, bądź coś ciężkiego pod ręką (aż dziw, że nie chwyciłam czegoś z biurka, bo dużo tam ciężkich rzeczy), to coś by oberwało. A tak tylko poklęłam. Nawyzywałam wszystkich na czym świat stoi, odsądziłam od czci i wiary, rzucałam groźby, karalne też, a w szczególności trzasnęłam się w biurko. To mnie trochę ochłodziło i dotarło do mnie skąd dźwięk, gdyż od walnięcia otwartą dłonią w blat rozjaśniło mi się w głowie. Taki związek przyczynowo-skutkowy. Chyba stworzę sobie tarczę na ścianie z napisem: w razie czego tu strzelać baranka!
No więc było tak. Przychodzę do domu. Siadam do kompa, bo maila wysłać trzeba. A przede mną siedziała Kudłata. I se poszła. Więc ręka nie-sprawiedliwości jej nie dorwała.
Włączam więc ustrojstwo, a ono mi się wyłącza. I tak w kółko Macieju. Przy 20-tym razie chyba, zawrzało. Sklęłam wszystko do trzeciego pokolenia wstecz.
Olśnienie przyszło po omówionym czynie siłowym. Dotarło do mnie, że znam ten dziwny dźwięk.
Że nie tak dawno gdzieś słyszałam. Że to tak jakby niedaleko...
Enter na klawiaturze numerycznej się zablokował......
Koniec samowolki. Zdrowy rozsądek dobry jest, ale czasem przesadza. Wtyka nos w nie swoje sprawy i rządzi się tam, gdzie na żywioł trza iść. Czasem łatwiej mi sercem niż rozumem ogarniać świat. Może i nie wychodzę na tym za dobrze, ale przynajmniej mam co wspominać. Jak znajdować plusy, to we wszystkim.
Czasem życie kopnie w dupę. Czasem przytuli i pogłaszcze. Zawsze jest jakoś.
O to 'jakoś' walczę od jakiegoś czasu. O to, by 'jakoś' było lepsze.
Najpierw zawalczyłam o siebie. O tą schowaną gdzieś za wygładzony obrazek prawdziwą mnie. Trochę rogatą, trochę przeciwko ładowi i składowi, trochę za grzeczną, ciągle roześmianą, ciągle z nadzieją, ciągle mnie. Kobietę, która miała hasło: no problem! Taka zawsze byłam. I jestem. Czasem ze zdumieniem odkrywam w rozmowie ze znajomymi "z tamtych lat", jak byłam postrzegana. Wyraziście. A mnie wydawało się, że mdło i nijako i że za mało awangardowo, albo raczej za mało alternatywnie.
W tym wszystkim, w każdym moim kroku, wyborze, do pewnego czasu towarzyszył mi zdrowy rozsądek. Tyle, że kiedyś się zmęczył. I pozwolił na jeden zasadniczy błąd. Który efektem domina zawalił cały misternie budowany plan. I świat.
Wiecie jak trudno jest przebić się znów na powierzchnię? Odzyskać siebie po latach? Odkopać pamiątki, skrzętnie ukrywane po kątach pamięci? Dać rozwinąć się skrzydłom, które kiedyś ktoś upierniczył, bo były za kolorowe? Jak trudno się dopasować do rzeczywistości. Ale dzisiaj wiem, że to rzeczywistość trzeba dopasować do mnie.
Chciałoby się nadrobić stracony czas i dokończyć, co nieskończone. Albo kontynuować. Ale nie da się.
Bo, klasyką pojadę, już nie ma dzikich plaż...Czas mija i nie wraca. Nie czeka. Nie daje drugiej szansy. Nie pozwala naprawiać, ulepszać, ani zmieniać.
A ja się z czasem kumpluję. Negocjuję warunki. Stawiam je.
W końcu zaczynam żyć. Po swojemu. Według własnego planu i zamysłu.
Mam wypisane w punktach, na kartce, co chcę osiągnąć, czego się nauczyć, co zrobić. Swoje marzenia rozkładam na czynniki pierwsze. I będę je pomalutku realizować. Już to robię. Ale teraz, z różnych przyczyn, mam ochotę rzucić się w wir działania. Złapać kilka spraw za ogon i poprowadzić je do do końca. Bez rozdrabniania i rozmyślania. Bez analizowania i brnięcia w temat. Zająć głowę tylko pracą. Tym co lubię.
A potem odhaczyć na liście.
A może nie warto?
Może lepiej nie walczyć?
Może dalej przyjmować baty od życia i ludzi?
I uśmiechać się głupkowato, bo cóż mi pozostało...
Na dziś:
Bon Jovi - What About Now?
Tekst z przesłaniem...
Szkoda, że nie mogę pojechać na ich koncert.
Weź się człowieku ożeń/wyjdź za mąż.
Nie ma, że zaraz wracam. Jest pod górę, po schodach, bez windy. To wracanie znaczy.
Oczywiście, każdy przypadek inny, każdy, kto w tym uczestniczył ma swoje przejścia, swojego sędziego, swoje terminy. Oraz nie każdy zaraz wraca.
Jechałam z nadzieją, że to ostateczny termin, że usłyszę w końcu: jest pani wolna.
Ale nie. Sędzia szczególarz, musi wszystko wiedzieć, analizować, sprawdzać, mimo, że dowodów ma w pip. Zeznania moje, moich świadków, poprzednie papiery rozwodowe..
Wymiar sprawiedliwości (skąd taka nieadekwatna nazwa dla tej instytucji?) ma CZAS. Czasu w ch...dużo czasu. Ma długie ruchy. Niby dla dobra, tylko kogo? Dzieci? Nie sądzę. Ofiar? Nie wydaje mi się (ofiarą mimo wszystko nie czuję się wcale).
Co prawda nie mam zamiaru wychodzić za mąż, więc nie mam parcia na szybkie zakończenie sprawy, ale zaczyna mnie to irytować.
Pierwsze przesłuchanie było tak se. Teraz dopiero było takie do protokołu. Po ki grzyb? Po co ta polka? Że może zmienią się fakty? Nie zmienią.
Nie pojmuję tej drogi i nie ogarniam po co to wszystko.
Poza tym żadnych nowości. Przeżyłam mały szoczek pod salą, kiedy to usłyszałam cześć. Potem głos mu się łamał, kiedy próbował zadawać pytania na rozprawie. Byłoby to może rozczulające, gdyby te pytania nie tyczyły się pieniędzy...
Żenujące.
Jeśli ten człowiek nie zmądrzeje, dzieci będą miały szopkę z psychologami..
Poza tym, żeby nie było tak nudno, upiłam się czterema lampkami wina, po czym..a nie, bez szczegółów, bo to nic przyjemnego. Obejrzałam sobie mecz w ogródku piwnym. Jak już nie było co krzyczeć, bo Lewandowski się oklepał, co niektórzy darli się Legia piiiiiii i inne takie.
Wzbudzałam również spore zainteresowanie. Jeśli ktokolwiek z Was miał okazję poruszać się koleją w zeszły weekend, i widział przypadkiem dziwolonga (nie poprawiać!) z szydełkiem w ręku, to byłam ja.
Wszyscy patrzyli jak na okaz w zoo, bo prawie wszyscy: laptopy, tablety, smartfony, a ja.. Ale mi się to podobało :)
Ukłony :)
Na dziś:
Santana - Smooth
Taka dziś pogoda, że nic tylko zawinąć się w kocyk i przeczekać.
Acha!!! To tak!
Jak tylko wrócę to się rozprawię z sabotażystą i zaprowadzę swój chaos na nowo.
A teraz do widzenia, znikam, będę za kilka dni.
Trzymajcie kciuki.
Życzcie powodzenia.
Udanego weekendu.
Szczęścia.
I wogle.
Mówi się, i to prawda, wypowiedz na głos życzenie, a wszechświat je spełni. I to działa.
Ona se tak te życzenia wypowiada i rzuca w przestrzeń. Prawie że efekt jest taki, że cuda zdarzają się od razu, a na niemożliwe trzeba poczekać. Jest kilka cudów, które już się zadziały, albo lada moment będą. Ale zdarzyła się też rzecz niemożliwa. Wczoraj.
Siedziała sobie wczoraj, dziubała te swoje rzeczy, dla odmiany wycinała kółeczka. Wyobraźcie sobie te wszystkie materiały w krateczki, kropeczki, paseczki, i nożyczki, szablon z kółkiem, ołóweczek 3B (bo 8B ktoś jej podwędził) i tak siedziała i rysowała, potem wycinała na przemian z szydełkowaniem. W międzyczasie, nie wiem jak to robi, pogadała na gg z taką jedną, i z drugą, i z trzecią, aż nagle okazało się, że spełniło się życzenie.
Telefon do Kudłatej z pytaniem czy ją przenocuje. Zapaliła się lampeczka. Przenocować, nieletnią w konflikcie z matką...Decyzję podjęła szybką. Niech przyjdzie. Pogadamy.
Czasu trochę było, sytuację zna, aczkolwiek dziewczę notorycznie kłamie i nie wiadomo, która wersja jest prawdziwa. Znaczy Kudłata nauczyła się wyciągać wnioski. Oraz rozegrała kluczową rolę we wczorajszym wydarzeniu.
Tu trzeba zaznaczyć, że moja podopieczna zrobiła myk, zabezpieczając tyły. Otóż zadzwoniła do matki tejże dziołchy, informując o sytuacji i zadając pytanie, czy zgodzi się na nocowanie. Po przewidywanym nie, powiedziała, że da jej w takim razie znak, kiedy sobie porozmawia z dziewczęciem.
Trzeba też zaznaczyć, że rzekomo matka wywaliła dziecko z domu, po czym wydzwaniała po wszystkich znajomych, łącznie z Kudłatą w poszukiwaniu córki, która wszystkich oszukała.
A ta siedziała nad kółeczkami i zastanawiała się w co się pakuje, bo zupełnie nie ma pojęcia co może podziałać na słuchaczkę monologu, gdyż nie przewidywała dialogu, co zresztą sprawdziło się co do kropki. Dziewczę oględnie wyjaśniło, że chodzi o dreda, którego Kudłata jej zrobiła, a matka obcięła, gdyż jako rasowy metal nie znosi takich rzeczy. Oczywiście dno, muł i bąbelki były w sferze udawania, że ich nie ma.
Ale zanim dziewczyna przyszła, ta se ułożyła w głowie z pięć pomysłów. A zaczęła od klasycznego: co się dzieje?
Przyszła po kilkunastu minutach niecierpliwa matka. Najpierw zdawało się, że za wcześnie. Ale szybko wyszło, że terapii potrzebują obie. Potrzebują usłyszeć od kogoś parę rzeczy. Matka patrzyła ze zdziwieniem na siedzącą w dresach kobiecinę (że niby moją podopieczną), a Kudłata zapodała herbatę.
Wyszły grubo po 1 w nocy. Na koniec widziała z jakim wielkim uśmiechem córka wyściskała się z matką, w klasycznym zbiorowym niedźwiadku. To był moment, ale mam nadzieję, że ziarenko się przyjmie. Ze coś z tego zostanie.
A Kudłata zaskoczyła mnie potężnie. Kiedy Koleżanka na pytania matki odpowiadała z pretensją i aroganckim wzruszeniem ramion, Kudłata mówiła: jeszcze rok temu ja też tak robiłam. A zobacz jak jest dzisiaj. I opowiedziała jej, jak wyglądały awantury, że pakowała się i chciała się wynosić, że miała w nosie to co matka mówi, że tak samo olewała i się buntowała. Ale że dotarło do niej, że więcej zyska na szczerości, prawdzie i wysłuchaniu. I że dzisiaj rozmawiamy, dyskutujemy, każda przedstawia swoje argumenty i jest porozumienie. Owszem, są i burze, ale tak krótkie jak te czerwcowe. Mijają szybciej niż się wydaje i można sobie spojrzeć w twarz, bez długotrwałego focha.
Matka Kudłatej siedziała oniemiała chwilami. Dumna i blada. Że coś w końcu wypracowała. I to jest właśnie ta niemożliwa rzecz.
Na dziś:
Marek Jackowski - Oprócz błękitnego nieba
W hołdzie wielkiemu człowiekowi. Masz już błękit nieba na własność...
Grzebię jej w głowie, sprawdzam wspomnienia.
Jedno się przypałętało. A ta siedzi i głupawkę ma. Z czego się cieszyć, to ja nie wiem.
Wczoraj Kudłata usilnie namawiała matkę, żeby ją obcięła. Przy czym do cięcia wzięła nożyczki do papieru..
Przemilczę fakt, bo chyba jaka matka taka córka w tym przypadku..
Tu się cieszę, bo nie chciała córki obciąć zasłaniając się przypadkiem sprzed lat.
A nawet dwoma.
Kiedyś, jeszcze w podstawówce była, obcięła koleżankę. Na jej własne życzenie. Z długich gęstych włosów miała być fryzura do ucha. I byłaby, ale wiecie jak jest, tu poprawić, tam wyrównać, a że na sucho ścinała to wyszło jak wyszło. Koleżanka, wielce przytomna istota, powiedziała pass i została z takimi krótkimi, ale nie dała już sobie "wyrównać", i z jednej strony wyszło nad ucho. Wymyśliła, że będzie sobie loka spinać i będzie ok. Na tym powinny zakończyć się przygody fryzjerskie. Ale nie. Wiara we własny talent popchnęła ją, żeby zrobić krzywdę rodzonej siostrze. Już nie pamięta jak to było, w każdym razie do aktu koszenia doszło, a biedna Sis przesiedziała pół dnia pod szarym wojskowym kocem, płacząc, lamentując i odgrażając się, że wyjdzie dopiero jak włosy odrosną. Nikt nie był w stanie jej namówić. Koledzy pielgrzymki urządzali, a ta wyła.
Dzisiaj Sis nie pamięta. Traumatyczne przeżycia wyrzuciła z pamięci, tak mówi. Dziwię się tylko, że pamięta starszą siostrę.
Tak więc, nawet w ramach oszczędności nie da się namówić na obcinanie kogokolwiek, chyba, że Młodego maszynką na rekruta. Inne wariacje nie wchodzą w grę.
A żeby już dopełnić obrazu nędzy i rozpaczy, wczoraj poszła sobie do fryzjera, poprawić fryz i w sumie może stawiać irokeza, może ciut mniejszego, ale teraz ma już do tego warunki.
Na starość jej odbiło niechybnie. Ale kiedyś zrobi sobie. Może na Woodstock, o ile będzie jej dane w końcu dojechać....
Na dziś:
Houk - Transmission Into Your Heart
Kawał starej dobrej muzyki. Młodość jakby, czasy liceum...
Muszę Wam powiedzieć, że czasem nie ogarniam tego, co w jej głowie się kłębi.
Podam może kilka przykładów dla zobrazowania.
Miała okazję porozmawiać z mamą chłopca z klasy Młodego. Z opowiadań tych, co tu mieszkają dłużej, z opowieści Młodego i z opowieści tej mamy wynika, i potwierdza się, że to patologiczna rodzina. Dzieci mają problem z psychiką, dzięki tatusiowi, który już z nimi nie jest, ale różne wydarzenia z czasu kiedy był, zostawiły trwały, myślę, ślad. Mamusia przejawia postawę roszczeniową: należy mi się, dajcie, wymagam. Jednocześnie tłumaczy, że ona nie pije i że tak bardzo dba o dzieci, że nie pójdzie do pracy i po co wtrąca się kurator, pedagog, nauczyciele i policja. Ale nie o to chodzi.
Ona, znaczy ta pod moją opieką, walczy ze mną już jakiś czas, bo przyszło jej do głowy zbawić świat. Znaczy pomóc trochę temu koledze Młodego. Pokazać inne życie. Pokazać, że można się nie bać. A także nie denerwować, nie kląć, czytać, spokojnie się uczyć i rozmawiać.
Co mam zrobić, żeby się nie wtrącała? Bo jak znam życie to ona zacznie tę swoją krucjatę..
I druga sytuacja...A nawet kilka.
Kudłata, jak wiadomo powszechnie, znajomych ma mnóstwo. Dziwią aż słowa fryzjerki, przesympatycznej Ani, która pyta: i jak? Zaaklimatyzowałaś się w szkole? Oczywiście, ze tak. I nie tylko w szkole. Kudłata zaczyna nawijać tutejszą gwarą. Ale to szczegół. Wiecie też o tym, że znajomi Kudłatej z chęcią zostaliby zaadoptowani przez jej matkę, bądź też zamieniliby się z nią na matki. Kudłata stanowczo odmawia zamiany, aczkolwiek zastanawia się nad starszym rodzeństwem bardzo.
W każdym razie Kudłata uczestniczyła ostatni w Juwenaliach. Jako widz, słuchacz, tancerka (znaczy szła w pogo). No i drugiego dnia tej muzycznej rozpusty (matka się trochę wściekła, że nie może też) , wysłała matce smsa. Treści mniej więcej: Czy mogą u nas przenocować dwie osoby? Matka szybko w myślach ułożyła plan rozłożenia towarzystwa, przejrzała stan lodówki, po czym odpisała: nie ma co jeść i olaboga. Następny był telefon: będzie jeszcze kumpela.
I tak przenocowała trzy dodatkowe osoby, które nie chciały jeść, za to były w szoku, bo dostały ręczniki, pościel i miejsce do spania. W gratisie był królik, który chyba z wrażenia odpuścił nocne szaleństwa i nie gryzł klatki w melodyjny sposób, budząc pół domu.
Na drugi dzień była informacja, że oni chcą być adoptowani. Nic to. Dziewczyna, jak się okazało, ma problemy z matką. Nie wyobrażam sobie powiedzieć dziecku: możesz już nie wracać. A ona słyszała to nie raz i spała po kątach.
Co zrobiła ta, której pilnuję? Wymyśliła, że jeśli będzie dziewczę w takiej sytuacji, ma zjawić się u niej. O tak, myślała nad konsekwencjami. Ale woli, żeby miała bezpieczne miejsce. Jeszcze tego Kudłatej nie powiedziała, ale powie, jak znam życie.
To jeszcze nie koniec. Obserwuje od jakiegoś czasu sytuację między chłopakiem z gitarą, dziewczynami i matką jedną. Wszyscy psioczą na chłopaka. Że nieodpowiedzialny, że nic nie dociera, że olewa wszystko. Tłumaczyła Kudłatej trochę jak to jest. Kudłata przyznała rację po części.
A ta oczywiście wymyśliła, że może pogadałaby z chłopakiem. I z dziewczynami. Otworzy punkt otwierania oczu, otwierania dusz, czyszczenia złych emocji i terapii.
Może świat będzie lepszy? Ten mikro? Najbliższy?
I co ja mam robić z takimi pomysłami??
Na dziś:
Billy Joel - Leningrad
Bardzo, bardzo, bardzo nam się podoba.
Stan roboczy bez zmian. Czas się kurczy, więc szalona się spręża. Często żałuje, że nie ma wielokrotności rąk. Kiedyś tak myślała przynosząc do domu zakupy, po które nikt nie wychodził. Mogła się na stojąco po piętach drapać. A nie, nie mogła. Łaskotki ma. Ale wtedy żałowała, że nie ma ze czterech rąk jeszcze. Bo w jednej Młody, niemobilny jeszcze, w drugiej ze trzy, albo cztery torby z zakupami. O tych na ramieniu zakupowych torbach nie wspominam. Taka z niej siłaczka, pożalsięboże. Ostatnio trochę zmądrzała. Nawet zastanawia się nad jakąś torbą na kółkach i ma w nosie opinię ulicy na ten temat. Będzie se terkotać. Za to kręgosłup ją pobłogosławi. Muszę tylko dopilnować, żeby zrealizowała plan, bo to nigdy nie wiadomo. Zapomni albo co.
A teraz w jej imieniu dziękuję tym, co się przejmują. Jesteście kochani. Nie będę wymieniać, Wy wiecie, że do Was to piszę. To miłe i fajne. I mimo, że jeszcze chwilami ma blokadę, wiecie, zaciśnięte zębiska, żołądek jak groszek, to już nie cieknie z oczu. Dzięki Wam. Piszecie, gadacie, pytacie. Wiara w drugiego człowieka nie gaśnie :)
Ostatnio siedziała na dworze z Młodym i się nudziła, bo wiało, nitek nie brała, ale wzięła aparat. A ponieważ zaparła się, że będzie zdjęcia robić i się uczyć i spełni marzenie swojego ojca, który nie mógł iść do technikum fotograficznego, bo miał taką samą alergię jak ona i jej Sis, to zaczęła przymiarki.
Mleczyki we własnej...osobie?
To samo miejsce z inną głębią ostrości:
Zabawa zabawą, zdjęcia nudne do bólu. Niech się pochwali, że obiektyw 70-300mm 1:4 5,6 APO i....
Kurna!!!!!! TEN OBIEKTYW MA MACRO!!!! Teraz zobaczyła.
Wiecie co, no ona jest stuknięta. Nawet nie wie co ma...A wścieka się, że z 5-ciu metrów te zdjęcia. Na dworze to luz, ruszać tyłka z ławeczki nie trzeba, ale w domu.. No sami powiedzcie, że to trzeba się nazywać. I nie żadne Nocne Niebo, tylko Ciemna Masa!!! Mork massa!!! Nad o dwie kropeczki. Ciągle nie ustawiła sobie szwedzkiej klawiatury, więc wybaczcie.
Ale chcę o mleczykach.
Ostatnio jest na nie szał. I ona chce poddać się temu szału. I zrobić sobie syrop/miód z mleczyków. Muszę tylko przypilnować, żeby tych fotografowanych nie zebrała. Bo to przecież wszystkie osiedlowe psy i koty się tu spotykają. Podobno ten syrop/miód działa leczniczo i w ogóle. Wino z mleczyków kiedyś piła. Trzeba było dość szybko, bo było musujące i twórca zastanawiał się, czy to normalne i czy korek nie eksploduje. Ale było dobre.
Zobaczymy co wymodzi z tym syropkiem....a taka zarobiona...
Na dziś:
Santana - Corazon Espinado
Ona lubi. Czasem muszę powstrzymywać, żeby tyłkiem nie kręciła na ulicy. Żeby nie śpiewać żuje gumę. Ale co zrobić z tyłkiem??