Zastanawiam się od jakiegoś czasu, czy się przyznać.
Trochę nie wiem. Ale jestem dorosła i chyba się nie boję.
Moje podróże azjatyckie, palcem po mapie, literaturowo i historycznie zaczęły się w Chinach.
Nie wiem czy to bajki chińskie, czy akcesoria piśmienniczo - artystyczne, piórniki, obłędnie pachnące gumki, czy może przepiękne sukienki, o jakich marzyłam mając chyba z 6 lat. Po kredki, plasteliny i bajeczną temperówkę glinianą w kształcie jajka, malowanego w kwiatki i gałązki stałam w PRL-owskiej kolejce, mając 7 lat, z pieniędzmi w garści. Od tamtej pory mam, delikatnie mówiąc, jebnięcie na punkcie sklepów plastycznych. I posiadania zapasów zeszytów, ołówków różnej twardości, długopisów, piór, atramentów, pisaków, farb i innych niesamowicie potrzebnych do niczego rzeczy. Na przykład spinaczy biurowych w kilku kolorach.
Serialowo i filmowo rozpoczęłam gonitwę po Korei. Zachwyciłam się językiem, kulturą i, co tu ukrywać, urodą aktorów, bo wpisują się w mój typ, a w garniakach wyglądają bosko. Aktorek też, ale wiadomo.
Ale moja podróż poszła dalej.
Przypadkiem trafiłam na dramę chińską. Drama była z serii BL*. Drażnił mnie język, tak różny od koreańskiego, żadne słowa tylko szzzszzzzszzzz. Potem trafiłam na tajlandzką. Tajlandia kojarzy się różnie. No i drama też była z serii BL. Język tak samo powalony jak chiński.
Ale po czasie ucho się przyzwyczaiło i już słyszę.
Wracając do przyznawania się.
Mega mi się spodobało. Z różnych powodów. Nie będę opisywać, że sceny pocałunków, czy innych romantyzmów, bo nie to jest w tym istotne. (Chociaż tak, to też, i to bardzo).
BL oznacza boys love, Dla niewtajemniczonych. To nie jest porno, gdyby ktoś chciał wiedzieć. Ale sceny są.
Chodzi mi o to, jak mówi się o miłości, jak się ją przedstawia, jakie są interakcje ze społeczeństwem, coming outy, tajemnice, zdrady, związki, śluby i cała reszta.
Fabuła czasem jest płytka, a niektórzy bohaterowie drażniąco się zachowują. Z drugiej strony te najbardziej queerowe postacie są przecudne.
Ale zdarzają się zaskoczenia. I to bardzo mocne.
Na przykład fabuła podparta Orwelem. 1984. No jestem w szoku totalnym, jak powiązano prestiżową szkołę męską i jej zasady z tą książką. Dyktatura, zakazy, nakazy, służby porządkowe z uczniów, kontrola, jednocześnie przy sporej swobodzie. Normalnie abstrakcja. Do tego kryminał. A między chłopakami aż wrze.
Nie sądziłam nigdy, że będę fanką BL-ek.
Tylko dlaczego nie?
W grupach na fb spotkałam jednego, JEDNEGO faceta. Tak to same baby, piszczące jak nastolatki ryczące 40 i 50. Dołączam do chóru wariatek.
Bo zwyczajnie mam gdzieś, co sobie o tym świat pomyśli.
Ciekawe, muszę się zaznajomić z tematem :P
OdpowiedzUsuńJa tam polecam. Wszystko jest dla ludzi. Oczywiście jest trochę gniotów, ale to można pominąć. :D
Usuńoch natenczas nie mam czasu...niestety, bo zaintrygowałaś :-)
OdpowiedzUsuńO! Cieszę się :)
UsuńNajbardziej przekonuje mnie to „przyznawanie się” bez tłumaczenia się — jakbyś sama przed sobą porządkowała mapę fascynacji, a nie próbowała kogokolwiek nawracać czy prowokować.
OdpowiedzUsuńBardzo trafne jest połączenie dziecięcych zachwytów (kredki, zapach gumek, sklepy plastyczne) z późniejszymi wyborami kulturowymi. To pokazuje ciągłość, a nie nagłą fanaberię. BL w tym ujęciu nie jest „egzotyczną ciekawostką”, tylko kolejnym językiem opowiadania o relacjach, władzy, kontroli i bliskości — zwłaszcza tam, gdzie wchodzi Orwell i motyw systemu. To już nie jest eskapizm, tylko normalna rozmowa o świecie, tylko że prowadzona innym alfabetem.
Bo to jest porządkowanie. Chaosu, zagmatwania i natłoku wszystkiego. Układanie uczuć też. I masz rację, to rozmowa o świecie. Dziękuję :)
UsuńMoja koleżanka jest zachwycona koreańskimi serialami. Mówi o nich kropka w kropkę to samo, co Ty napisałaś. Pewnie coś w tym jest Ale największe pytanie rodzi się na kanwie tego przyznawania się - nieprzyznawania się. Do czego tu się przyznawać lub nie? Przecież to nie żaden wstyd! (Wstyd to należeć do PiSu i nie mieć wzwodu zamiast zwisu).
OdpowiedzUsuńDziękuję Kochana. Po prostu rozprawiam się z niektórymi wpojonymi stereotypami i strachami przed oceną. Jestem z tego pokolenia, co nie było uczone otwartości, tylko udawania i chowania uczuć i odczuć głęboko. Walczę z tym sama od zawsze. A koleżankę pozdrów. To też moje odkrycie, że nie tylko ja tak pokochałam k-dramy.
UsuńBo ja wiem...? We mnie nie tłumiono otwartości. To raczej teraz, jako dorosła, zamykam się na ludzi.
UsuńMarzenkę pozdrowiłam, ona odpozdrawia!
Inne rodziny, inne historie, inne modele wychowania, czy też braku. I tak uważam, że wyszłam na ludzi. Z mnóstwem pomyłek i potknięć po drodze. Ludzi znielubiłam chwilowo, ale wszystko się zmienia jak w kalejdoskopie. Kto wie, co będzie za chwilę ;)
UsuńA dlaczego świat miałby oceniać twój gust filmowy?
OdpowiedzUsuńJa się przyznaję do czytania wielokrotnie "Błękitnego zamku" Montgomery, bo mi zawsze humor poprawiał. Taka bajka dla dużych dziewczynek.
Niestety wszyscy lubią oceniać innych. A oglądanie dwóch całujących się chłopaków to może oburzyć co niektórych. Nie żeby mnie to ruszało. Ja się przyznaję do hurtowego przeczytania kilkudziesięciu harlequinów. I wcale mi nie wstyd :)
UsuńKiedyś na wczasach wyczytałam wszystkie harlequiny, bo innych książek w biblioteczce nie było, a bez czytania nie mogę...
UsuńDoskonale Cię rozumiem. Stosy książek do przeczytania czekają. Akurat teraz mam czytelnicze wakacje, ale przyjdzie moment, że się zakopię w fotelu i będę czytać. I takie moje małe spostrzeżenie: harlequiny niejednokrotnie mają lepszą fabułę i język niż nie jedna współczesna powieść. Wręcz zauważam wysyp "piszę choć nie potrafię".
Usuń