poniedziałek, 29 grudnia 2025

[524]. Pomieszanie z poplątaniem.

Bo mi się numery wzięli i pomieszali.
Ale moje cząstkowe spektrum nie pozwala tego olać. Niestety. 
Żeby nie było mi za nudno, to znów nawiedzam Cumbrię (w tomacie) i Szkocję. Kilka dni, może we wtorek, lub środę rano wrócę do domowych pieleszy. Na razie Towarzyszy mi ofczarek Kudłatej, któren to włazi mi na głowę, zupełnie jak wnuczki babciom. Wczoraj uwalił się na mnie i chrapał mi do ucha. Tego dzbana nie przegonisz, choćby nie wiem co. Wrócę do domu i będzie rozpacz, bo moja owca będzie wąchać i robić mi wyrzuty. Znów nie będzie jadł i pił, aż mu minie. Ale przeżyjemy.
Świąt nie było u mnie klasycznie. Była.. wyżerka.
Też nie jakaś spektakularna, bo z roku na rok moje przemyślenia w tej kwestii zmieniają cały schemat.
Więc w wigilię był barszcz z uszkami. Uszka zrobiłam w gotowym cieście z koreańskiego sklepu, czyli gotowe kwadraty do wontonów. No rewelacja. Ugotowałam na parze i wyszły genialnie.
W pierwszy dzień świąt zjedliśmy rybę po grecku i sałatkę warzywną. Chleb upiekłam sama. A wieczorem wstawiłam do pieczenia łopatkę na szarpaną wieprzowinę. Ale nie byłabym sobą, żadne tam soki jabłkowe, czy standardowe marynaty. W misce wylądował ketchup, pasta gojugang, miód, sól, pieprz, papryka słodka. Mięsko wyszło za..przepyszne. Dość powiedzieć, że Młody wtrynił te 1.5kg z sosem w ciągu dnia. 
Tak to sobie spędziliśmy ten czas.
I wyjechałam wczoraj. Tak więc znów na wygnaniu.
Ale wrócę i napiszę więcej :)

sobota, 20 grudnia 2025

[525]. Na wy...gnaniu.

Zostawiłam dziecię me w domu i wyjechałam na Północ. No bo czemu nie.
Tak czy inaczej wylądowałabym tutaj i tak, gdyż wydarzył się szybki lot do kraju i Kudłata z Zięciem wybyli na dwa dni. Posiedzę tu jeszcze kilka dni i wracam 23. do siebie.

Północ jak to Północ, deszczowa, wiejąca, szara, ale jednocześnie przepiękna. Kocham te widoki, owce, górki, deszcz i wiatr i gdybym miała wybierać gdzie, to tu bym chciała mieszkać. Tylko ja to jestem tak potrzaskana, że co ładnego zobaczę, pejzaż znaczy, to ja tam chcę. Musiałabym zakupić kamper i codziennie lądować w innym miejscu. Co nie jest takie głupie, nasyciłabym swoje serce widokami, a co bym się nazwiedzała to moje.

Poza tym nic się nie dzieje. Odezwę się jak już wrócę. 
A. Zapomniałabym. Mam prezencik dla Teatru. Taki maciupki.




Oraz dla takich wariatów jak ja. Kołatek nie było, ale za to bażant owszem.



wtorek, 9 grudnia 2025

[523]. Doom

Nie wiem, co poszło nie tak. 
Ja wiem, że umiem ściągać nieszczęścia i przewidywać, śnić prorocze sny i mieć przeczucia.
Ale muszę się do czegoś przyznać.
Stworzyłam Chodzącą Zagładę.
Kij wie, jakie geny się skumulowały, albo jakie eliksiry zażywałam, że wyszło to to takie.
No to lecimy z tą opowieścią.
Ja, osobiście, doprowadziłam swoją obecnością do upadku ze trzy firmy. Jeśli nie więcej. Po moim odejściu podupadały, aż kończyły żywot. I to wcale bez mojego rzucania zaklęć.
Jedno zaklęcie podziałało i śmieję się z tego do dzisiaj i będę śmiała dalej. Byłam w ciąży z tą Zagładą, z terminem na już, a ten o którym nie lubię wspominać pojechał se na integrację. Wiadomiks, weekendzik zabaw i uciech. To żem się wkurzyła, spięła i wypowiedziałam w głos, brzemienne, nomen-omen, słowa "obyś ty przez cały wyjazd z kibla nie zszedł". No i stało się. Gnojek się struł i rzygał na przemian ze sraczką cały wyjazd. Jaką ja poczułam wtedy moc! I może wtedy uformowała się Zagłada.
Przez lata był spokój. Aż to dziecko wydoroślało.
Jest skuteczniejsza w unicestwianiu pracodawców, niż ja. Ale to pikuś.
Powiedziała, że szykują się na wycieczkę do Ukrainy. Jeb - wybuchła wojna.
Powiedziała, że planuje zwiedzić Europę autem. Włochy. Jeb - zalało to miejsce.
Była ostatnio w delegacji. Jeb - TRZĘSIENIE ZIEMI zaraz po jej wyjeździe.
Ale powiedziałam jej, że lecę do Korei. Wprosiła się i już zaczęłyśmy planować. JEB - najpierw poleciał prezydent. Mobilizacja. Spadł samolot. Potem pożary. Potem zarwana ziemia. Co chwilę jakieś wiadomości.
Powiedziałam, że nie ma bata, lecę SAMA! I niech ona nawet nie myśli o tym, żeby zawitać do Seulu.
Boję się zdradzić jej jakieś plany, bo na bank coś się stanie. 
Tylko jedno nie wyszło. Akurat trafia nie tam, gdzie powinna. A przydałoby się doprecyzować cele...

sobota, 6 grudnia 2025

[522]. Taczka.

No i paczajpan(i) to już grudzień. Kiedy to zleciało, to ja nie wiem. Mrugnęłam i jest. 
A tak serio, to nie mam bladego pojęcia kiedy i jak. No i mam w głowie milion pomysłów i tematów i nie wiem którym Was uraczyć. Czyli jest ich tak dużo, że nie ma kiedy taczki załadować, takam rozedrgana i rozmyślona. 
Czyli znów będzie o pierdołach. W takim rozkojarzeniu to ja nie mogę podejmować poważnych tematów. Bo nic z tego nie wyjdzie, jeno groch z kapustą. 
Co u mnie. Męskie decyzje. 
Jednak poddałam ten trzeci rok. Nie że zupełnie, ale z powodu zamieszania. I to właściwie nie mojego. Czas mijał, dostępu do zajęć niet, za to tylko do jednych i to zupełnie innych niż wcześniej, a tu już dedlajny zaświtały, więc się lekko wkurzyłam. Foch zaowocował rezygnacją czasową. 
Trudno. I tak się cieszę z tego, co już osiągnęłam.
Menomenda nie odpuszcza. Siłujemy się na możliwości. Jak tylko zyskuję kawałeczek pola, to dostaję fpierdol z innej strony. Na przykład znów, po pół roku, okresem, który pewnie jak w kwietniu potrwa miesiąc. Bo już trzeci tydzień mnie szczela wiadomoco.
Z drugiej strony zaczęłam się więcej ruszać, więc moja mobilność w końcu się budzi. Aczkolwiek czasem boleśnie daje o sobie znać ten menoet (nie mylić z menuetem) pierdzielony. Bolą na przykład mięśnie. Albo śmierdzę. Tak, zmienia się zapach. To jest tak wkurzające, że płakać się chce. Albo czuję wokół siebie smród petów. A nikt nie pali w moim pokoju przecież. To też oznaka mendy. 
ADHD ma się dobrze, a nawet lepiej. Korzysta z mojego mózgu, który przerabia na parówki.
I w tym szaleństwie próbuję się ogarnąć. Jest grudzień, więc...zaczęłam używać kalendarza na 2025 rok. Co nie? Rychło w czas. 
Zapisałam się do grupy kobiet z mojego miasta. I odkryłam, że jest tu spory potencjał i w końcu wyjdę do ludzi. Być może. Na razie się wszystkie badamy.
A w związku z tą grupą wpadłam na milion nowych zachciewajek. Aż się boję.
Bo jak zwykle znów coś zacznę i zostawię. 
Wiecie co mi się marzy? Wykorzystać mój słuch muzyczny i zacząć grać. Tylko mam dylemat na czym. Gitara, perkusja, klawisze, saksofon? Najlepiej na wszystkim. Dałabym radę, ale. Czy wytrwam?
Śpiewać się raczej nie odważę, ale kto wie. Koreańskie karaoke 노래방, czyli noraebang czeka. Zamknę się tam sama i będę wyć. I nikt mi nie powie, że nie mogę.
A no i koreański też mnie rajcuje. Książki już mam, czekam na znak-sygnał z centrum dowodzenia (o ile wcześniej nie wyjdą z niego parówki), że się bierzemy. Co prawda trochę hangula opatrzyłam i na przykład niektóre słowa umiem rozpoznać, ale jeszcze nie podejmę się pisania i czytania. 
To na przykład rozpoznaję z daleka. Ono idealnie oddaje mój stan.

(shibal - coś w stylu ja pierdolę).

***
Sytuacja zdaje się być chujowa, ale stabilna. 
Ciąg dalszy nastąpi weźmie wkrótce.