piątek, 9 stycznia 2026

[529]. Dzięki bogu już piątek.

I wcale nie chodzi mi o to, że jest piątek. Bo ja lubię wszystkie dni. Poniedziałek też.
Ale ostatnio mam jakieś takie trzaski, że przypominają mi się różne tytuły i słowa piosenek z zamierzchłych czasów.
I tak na przykład posty o Bratysławie u Teatralnej spowodowały przypomnienie o serii "Z czego się śmieją nasi sąsiedzi". Był taki cykl w TVP1 w 1983-1984, który jako 10-latka oglądałam. Leciały tam komedie czechosłowackie, radzieckie i inne z bloku wschodniego. Pamiętam niektóre kadry, absurdalny wręcz humor i że było śmiesznie. Teraz tak sobie myślę, że byłam jednak dziwnym dzieciakiem. Z jednej strony łobuzowałam z chłopakami całymi dniami na dworze, z drugiej czytałam książki, opiekowałam się siostrą, oglądałam Monty Pythona, wspomniane komedie, W Starym Kinie, lubiłam Pegaz, Teatr Telewizji i Piątek z Pankracym. A do tego, w tym czasie zaczęłam rozwiązywać krzyżówki, na złość ojcu, który nie pozwolił mi wpisać odgadniętego słowa w jego krzyżówce. Zaczęłam więc kupować swoje i rozwiązywać namiętnie. Bez komputera, ale za to z encyklopedią, słownikami i ogromnym zapałem. Odkrywałam sama co to anagramy, homonimy, palindromy i inne logiczne zagadki. Pamiętam jak pierwszy raz kupiłam Szaradzistę, a to już był poziom wyżej niż seria Rozrywki. 
Wracając do tematu, Teatru niechcący przypomniała mi o "Tajemnicy zamku w Karpatach" - na zasadzie skojarzeń. Oglądałam ten film kilka razy, bo był powtarzany w tv. I takim sposobem przypomniałam sobie o serii i zapragnęłam znaleźć tytuły. Po to na przykład, żeby obejrzeć sobie jeszcze raz. Pamiętałam jedynie "Jak utopić doktora Mraczka". No i przekopałam internet, nie cały, ale trochę. Trafiłam na jeden blog z opisami ramówki w PRL - https://dziswtelewizjiprl.pl/. Ale znalazłam tylko jeden wpis, który wygrzebałam przeglądając programy. Napisałam do twórcy bloga, ale on nie wiedział za bardzo. Więc zaczęłam szukać i znalazłam forum z programem. Ale musiałam przeglądać każdy sobotni. Znalazłam trochę tych filmów. 
„Teść" komedia CSRS
"To moja sprawa, szefie"
„Jak utopić doktora Mraczka” — komedia czechosłowacka 
„Wszystko na opak" — komedia produkcji ZSRR 
„Szpinak czyni cuda” — komedia prod. CSRS 
„Setka dla kurażu” — komedia radz. 
„Mareczku, podaj mi pióro” — komedia prod. CSRS 
„Horoskop szczęścia” — film produkcji CSRS 
„To niemożliwe” film fab. prod. radzieckiej 
(kopiowane z forum)
No i na fali tych wspomnień, pomyślałam sobie o innym tytule. Dzięki bogu już piątek to też film.
A że piątek i o filmach, no to tak się przypałętał.
A jeszcze jedna dygresja odnośnie trzeciego zdania.
Pamięta ktoś jeszcze, że byliśmy dołowani odgórnie w czasach PRL-owskiej telewizji?
W niedzielę był program - "Jutro poniedziałek". Lekkim popołudniem, żeby nie było ludziom za dobrze. Ha!
No i jak tak przeglądałam programy, to było tyle programów edukacyjnych, naukowych, że aż mi tego brakuje!


środa, 7 stycznia 2026

[528]. 1984 w Azji.

Zastanawiam się od jakiegoś czasu, czy się przyznać. 
Trochę nie wiem. Ale jestem dorosła i chyba się nie boję.
Moje podróże azjatyckie, palcem po mapie, literaturowo i historycznie zaczęły się w Chinach. 
Nie wiem czy to bajki chińskie, czy akcesoria piśmienniczo - artystyczne, piórniki, obłędnie pachnące gumki, czy może przepiękne sukienki, o jakich marzyłam mając chyba z 6 lat. Po kredki, plasteliny i bajeczną temperówkę glinianą w kształcie jajka, malowanego w kwiatki i gałązki stałam w PRL-owskiej kolejce, mając 7 lat, z pieniędzmi w garści. Od tamtej pory mam, delikatnie mówiąc, jebnięcie na punkcie sklepów plastycznych. I posiadania zapasów zeszytów, ołówków różnej twardości, długopisów, piór, atramentów, pisaków, farb i innych niesamowicie potrzebnych do niczego rzeczy. Na przykład spinaczy biurowych w kilku kolorach. 
Serialowo i filmowo rozpoczęłam gonitwę po Korei. Zachwyciłam się językiem, kulturą i, co tu ukrywać, urodą aktorów, bo wpisują się w mój typ, a w garniakach wyglądają bosko. Aktorek też, ale wiadomo.
Ale moja podróż poszła dalej. 
Przypadkiem trafiłam na dramę chińską. Drama była z serii BL*. Drażnił mnie język, tak różny od koreańskiego, żadne słowa tylko szzzszzzzszzzz. Potem trafiłam na tajlandzką. Tajlandia kojarzy się różnie. No i drama też była z serii BL. Język tak samo powalony jak chiński.
Ale po czasie ucho się przyzwyczaiło i już słyszę.
Wracając do przyznawania się.
Mega mi się spodobało. Z różnych powodów. Nie będę opisywać, że sceny pocałunków, czy innych romantyzmów, bo nie to jest w tym istotne. (Chociaż tak, to też, i to bardzo). 
BL oznacza boys love, Dla niewtajemniczonych. To nie jest porno, gdyby ktoś chciał wiedzieć. Ale sceny są. 
Chodzi mi o to, jak mówi się o miłości, jak się ją przedstawia, jakie są interakcje ze społeczeństwem, coming outy, tajemnice, zdrady, związki, śluby i cała reszta.
Fabuła czasem jest płytka, a niektórzy bohaterowie drażniąco się zachowują. Z drugiej strony te najbardziej queerowe postacie są przecudne. 
Ale zdarzają się zaskoczenia. I to bardzo mocne. 
Na przykład fabuła podparta Orwelem. 1984. No jestem w szoku totalnym, jak powiązano prestiżową szkołę męską i jej zasady z tą książką. Dyktatura, zakazy, nakazy, służby porządkowe z uczniów, kontrola, jednocześnie przy sporej swobodzie. Normalnie abstrakcja. Do tego kryminał. A między chłopakami aż wrze.
Nie sądziłam nigdy, że będę fanką BL-ek. 
Tylko dlaczego nie?
W grupach na fb spotkałam jednego, JEDNEGO faceta. Tak to same baby, piszczące jak nastolatki ryczące 40 i 50. Dołączam do chóru wariatek.
Bo zwyczajnie mam gdzieś, co sobie o tym świat pomyśli.




niedziela, 4 stycznia 2026

[527]. Lo(ą)dowisko

W pięknych okolicznościach przyrody, rankiem, trzeciego stycznia, z uwiązanym do ręki ciągnikiem z napędem na cztery kopyta, nie zgadniecie co.
Musnęła mnie lekkim powiewem myśl, że to to ciemne na drodze to zamarznięta kałuża. Bo dzień wcześniej z radością skruszyłam wafelek lodu na niej. Kto nie wskakiwał w zamarznięte kałuże  niech się lepiej przyzna, bo ja z psychopatami nie gadam. 



Wydawać by się mogło, że oj tam, małe takie. Ominąć można. 
Nie można. 
Znaczy ja nie mogłam. Bo między myślą, a drogą nie było kompatybilności. Klapnęłam na tyłek, krzyknęłam i zaczęłam się tak śmiać, że moja ofca nie za bardzo wiedziała co zrobić z tym fantem. Więc pies mi mordę lizał. A ja rżałam. Zgarnęłam się z ziemi, bo jednak zimno. 
O dziwo, tym razem niczego nie stłukłam, nie boli i poza godnością nie ma żadnych strat.
No i jestem niepocieszona, bo zapowiadali opady śniegu i lód, a tu tylko przymrozek. Śnieg wszędzie naokoło. u mnie tylko zamarznięty deszcz. 

Dalsza wycieczka przebiegała spokojnie, bez emocji i przygód.




A to jeszcze taka mała dygresja królewska z wypadu na Północ. Udało mi się tylko tak pstryknąć, gdyż dojeżdżałam do ronda. Elżbieta i Filip, chyba z pianki montażowej. 













czwartek, 1 stycznia 2026

[526]. Porządek rzeczy.

Numerki wróciły na swoje miejsce. Moja głowa może już przestać o tym myśleć.

No i nastał Nowy, 2026. 
Czy mam oczekiwania? Od roku? Nie. On nic za mnie nie zrobi. Numerki, choć na swoim miejscu, nie sprawią, że coś się zadzieje samo. Jak nie kiwnę palcem, to nie będzie.
Właśnie odkryłam tę magię. Że samo się nie zrobi.
Czy planuję? Nie. nie planuję. 
Dzisiaj zerwałam z moim zwyczajem słuchania Topu Wszechczasów. Kiedyś w Trójce, teraz w 357. Zawsze się spinałam i starałam cisnąć od 9 do 21 cały top, ale jakoś mnie to już nie rajcuje. Moje muzyczne podróże odbywają się z lekka innymi ścieżkami. Nawet playlisty uległy mocnej weryfikacji. 

Jak co roku, od 22 lat, w noc sylwestrową pisałam z przyjacielem. Czasem dzwoniłam przez te lata, czasem pisałam, zależy jak z zasięgiem. To taka nasza tradycja. Poczułam się otulona ciepłem i bezpieczeństwem, bo to znane. Dobrze mieć takie punkty zaczepienia. I wiem, że jak zadzwonię, czy napiszę, to po drugiej stronie mam człowieka, który rozumie. Kiedyś nie zdawałam sobie sprawy, teraz cenię tę przyjaźń.
A inny przypadek, który wywołuje uśmiech zdarzył się kilka tygodni temu. Zrobiłam coś odwrotnego do tego, co zazwyczaj. Czyli zaprosiłam do znajomych znajomego z czasów dawno minionych. Bo normalnie robię co jakiś czas czystkę i wywalam ze znajomych z fejsbuka. W tej zamierzchłej przeszłości, jakieś 35 lat temu, zamieniłam z nim ze dwa zdania, na jakiejś wspólnej imprezie harcersko-szwendanej. Nawet nie wiemy oboje na jakiej i gdzie. Jak go pamiętam z tamtych czasów, to zawsze uśmiechał się na mój widok na ulicy. A mnie ciekawił, bo.. słuchał metalu i był przystojny po mojemu. Mamy mnóstwo punktów stycznych i wspólnych znajomych. Z tamtej wymiany zdań pamiętam, że był mega miły, uprzejmy, uśmiechnięty i .. na dystans. Dzisiaj już wiem dlaczego. To kolejny przypadek faceta z mojej młodości, który wstydził się do mnie zagadać. To strasznie deprymujące, bo pokazuje jak bardzo nieświadomą laską byłam. Okazuje się, że panowie sznurem, ale żaden się nie odważył. A nie, dwóch się odważyło. Jeden został spławiony, dzisiaj by to było wieczne friendzone, mimo mojego zakochania po uszy. A drugi, cóż, no wiadomo jak się skończyła ta bajka. 
No więc piszemy. A ja śmieję się jak dawno nie. Złapaliśmy te same fale od pierwszego zdania. 
I w sumie fajnie. Zobaczymy co z tym wariatem odwalimy. Bo że coś to na pewno. I będzie mega śmiesznie.

Dzisiaj zrobiłam sobie selfie na spacerze. Nie wiem kto wlazł mi w kadr, ale jakaś stara baba, z opadającą powieką i chomikami. Nie znam kobiety, ale się przestraszyłam.
Haha.

No to niech się nam!




poniedziałek, 29 grudnia 2025

[524]. Pomieszanie z poplątaniem.

Bo mi się numery wzięli i pomieszali.
Ale moje cząstkowe spektrum nie pozwala tego olać. Niestety. 
Żeby nie było mi za nudno, to znów nawiedzam Cumbrię (w tomacie) i Szkocję. Kilka dni, może we wtorek, lub środę rano wrócę do domowych pieleszy. Na razie Towarzyszy mi ofczarek Kudłatej, któren to włazi mi na głowę, zupełnie jak wnuczki babciom. Wczoraj uwalił się na mnie i chrapał mi do ucha. Tego dzbana nie przegonisz, choćby nie wiem co. Wrócę do domu i będzie rozpacz, bo moja owca będzie wąchać i robić mi wyrzuty. Znów nie będzie jadł i pił, aż mu minie. Ale przeżyjemy.
Świąt nie było u mnie klasycznie. Była.. wyżerka.
Też nie jakaś spektakularna, bo z roku na rok moje przemyślenia w tej kwestii zmieniają cały schemat.
Więc w wigilię był barszcz z uszkami. Uszka zrobiłam w gotowym cieście z koreańskiego sklepu, czyli gotowe kwadraty do wontonów. No rewelacja. Ugotowałam na parze i wyszły genialnie.
W pierwszy dzień świąt zjedliśmy rybę po grecku i sałatkę warzywną. Chleb upiekłam sama. A wieczorem wstawiłam do pieczenia łopatkę na szarpaną wieprzowinę. Ale nie byłabym sobą, żadne tam soki jabłkowe, czy standardowe marynaty. W misce wylądował ketchup, pasta gojugang, miód, sól, pieprz, papryka słodka. Mięsko wyszło za..przepyszne. Dość powiedzieć, że Młody wtrynił te 1.5kg z sosem w ciągu dnia. 
Tak to sobie spędziliśmy ten czas.
I wyjechałam wczoraj. Tak więc znów na wygnaniu.
Ale wrócę i napiszę więcej :)

sobota, 20 grudnia 2025

[525]. Na wy...gnaniu.

Zostawiłam dziecię me w domu i wyjechałam na Północ. No bo czemu nie.
Tak czy inaczej wylądowałabym tutaj i tak, gdyż wydarzył się szybki lot do kraju i Kudłata z Zięciem wybyli na dwa dni. Posiedzę tu jeszcze kilka dni i wracam 23. do siebie.

Północ jak to Północ, deszczowa, wiejąca, szara, ale jednocześnie przepiękna. Kocham te widoki, owce, górki, deszcz i wiatr i gdybym miała wybierać gdzie, to tu bym chciała mieszkać. Tylko ja to jestem tak potrzaskana, że co ładnego zobaczę, pejzaż znaczy, to ja tam chcę. Musiałabym zakupić kamper i codziennie lądować w innym miejscu. Co nie jest takie głupie, nasyciłabym swoje serce widokami, a co bym się nazwiedzała to moje.

Poza tym nic się nie dzieje. Odezwę się jak już wrócę. 
A. Zapomniałabym. Mam prezencik dla Teatru. Taki maciupki.




Oraz dla takich wariatów jak ja. Kołatek nie było, ale za to bażant owszem.



wtorek, 9 grudnia 2025

[523]. Doom

Nie wiem, co poszło nie tak. 
Ja wiem, że umiem ściągać nieszczęścia i przewidywać, śnić prorocze sny i mieć przeczucia.
Ale muszę się do czegoś przyznać.
Stworzyłam Chodzącą Zagładę.
Kij wie, jakie geny się skumulowały, albo jakie eliksiry zażywałam, że wyszło to to takie.
No to lecimy z tą opowieścią.
Ja, osobiście, doprowadziłam swoją obecnością do upadku ze trzy firmy. Jeśli nie więcej. Po moim odejściu podupadały, aż kończyły żywot. I to wcale bez mojego rzucania zaklęć.
Jedno zaklęcie podziałało i śmieję się z tego do dzisiaj i będę śmiała dalej. Byłam w ciąży z tą Zagładą, z terminem na już, a ten o którym nie lubię wspominać pojechał se na integrację. Wiadomiks, weekendzik zabaw i uciech. To żem się wkurzyła, spięła i wypowiedziałam w głos, brzemienne, nomen-omen, słowa "obyś ty przez cały wyjazd z kibla nie zszedł". No i stało się. Gnojek się struł i rzygał na przemian ze sraczką cały wyjazd. Jaką ja poczułam wtedy moc! I może wtedy uformowała się Zagłada.
Przez lata był spokój. Aż to dziecko wydoroślało.
Jest skuteczniejsza w unicestwianiu pracodawców, niż ja. Ale to pikuś.
Powiedziała, że szykują się na wycieczkę do Ukrainy. Jeb - wybuchła wojna.
Powiedziała, że planuje zwiedzić Europę autem. Włochy. Jeb - zalało to miejsce.
Była ostatnio w delegacji. Jeb - TRZĘSIENIE ZIEMI zaraz po jej wyjeździe.
Ale powiedziałam jej, że lecę do Korei. Wprosiła się i już zaczęłyśmy planować. JEB - najpierw poleciał prezydent. Mobilizacja. Spadł samolot. Potem pożary. Potem zarwana ziemia. Co chwilę jakieś wiadomości.
Powiedziałam, że nie ma bata, lecę SAMA! I niech ona nawet nie myśli o tym, żeby zawitać do Seulu.
Boję się zdradzić jej jakieś plany, bo na bank coś się stanie. 
Tylko jedno nie wyszło. Akurat trafia nie tam, gdzie powinna. A przydałoby się doprecyzować cele...