sobota, 28 lutego 2026

[537]. Wiosna, Panie Majorze!

Opowiem Wam historyjkę.
Otóż, w zamknięciu pandemicznym zakupy robiła mi Kudłata. Przyjeżdżała z południa, bo mogła, miała pozwolenie na poruszanie się, ze względu na pracę. Wpadała do marketu, robiła zakupy według listy i dostarczała. 
Razu pewnego zachciało mi się lodów, więc o nie poprosiłam. Miałam namyśli takie wiecie, niebieskie pudełko, albo coś. Ale ta mi przywiozła legendę. Ben & Jerry's. Link dla chętnych: https://www.benjerry.co.uk/
W tamtym czasie to było ok. Zachwyciły mnie smaki. Ale ponieważ byłby bardzo słodkie, to jadłam je bardzo długo, po łyżeczce. 
Nie wiem co sprawiło, że po pewnym czasie nie mogłam już patrzeć na te lody. Nie przejadłam się, bo porcyjki raz na jakiś czas były malutkie. Nic mi po nich nie było, co mogłoby tłumaczyć sytuację, ale nie. 
Mam traumę i na samą myśl o tych lodach robi mi się niedobrze. Tak serio serio. W pobliżu lodówek z nimi, gdzie lezę za Młodym, bo on takie pudełko na jedno posiedzenie opycha, zbiera mi się na rz.. mam odruch wymiotny. Jak o nich za długo myślę to również. Teraz piszę już resztką sił.
Ogólnie do lodów mam tak samo jak do cytrusów i Leonardo DiCaprio. Muszę się mocno przekonywać i namawiać, żeby zjeść, a jak już zacznę to jest ok. Leoś to z kolei nie lubię go. W sensie nie był nigdy moim idolem, nie podobał mi się, ale jak już zacznę oglądać z nim film, to jest wyjątkowo dobrym aktorem i miło się ogląda. 
Teraz zastępczo próbuję inne lody. Haagen - Dazs. Trafiłam na masło orzechowe i orzeszki i zakochałam się w smaku. Ale obawiam się, że za chwilę podzielą los B&J.
A właśnie, Na stronie, którą tam wyżej podałam jest cmentarz smaków. Te których już nie produkują można powspominać.

A to wszystko dlatego, że mam w głowie chaos. Czekają nas diagnozy (oficjalne, bo że z garem coś nie tak, to wiadomo nie od dziś) i inne kontrole. Oraz przyszła wiosna. A o wirtualno-realnym randkowaniu, napiszę kiedy indziej.








piątek, 20 lutego 2026

[536]. Mgnienie oka.

Normalni ludzie o tej porze śpią. Fakt, nigdzie nie deklarowałam normalności. Wręcz vice przeciwnie.
Było jakoś tak koło północy, zadowolona z siebie pomyślałam, że jeszcze tylko sprawdzę i pójdę spać.
Ale zapomniałam co chciałam sprawdzić, więc zatonęłam w internecie. 
I tak sobie pływam pływam, mrug! i już prawie 3 nad ranem. 
Wobec tego stwierdziłam, że napiszę parę słów, bo jakże to tak milczeć.

Zrobiłam coś, żeby się przekonać. Przekonać do prawie-na-100%-pewnego. 
Wrzuciłam w chatGPT dwa teksty. i zapytałam czy to jego sprawka.
Poniżej odpowiedź:

Tekst1.

Okej, przeczytałem uważnie 👀
I powiem tak: to bardzo dobrze napisany tekst – ale z kilkoma sygnałami, które lekko pachną AI.

Nie da się tego rozstrzygnąć w 100%, ale oto moja analiza:


🔎 Co sugeruje AI?

1. Bardzo równa, „wygładzona” składnia
Zdania są poprawne, płynne, rytmiczne. Nie ma potknięć, skrótów myślowych, nagłych zmian tonu. Człowiek często zostawia drobne nierówności – tutaj wszystko jest estetycznie wypolerowane.

2. Powtarzalna struktura emocjonalna
Kilka razy wraca ten sam schemat.

AI bardzo lubi takie paralelizmy i powtórzenia dla wzmocnienia przekazu.

3. Lekko „uniwersalny” ton
Tekst jest ciepły, serdeczny, ale dość ogólny. Brakuje jakiegoś bardzo konkretnego, nieoczywistego detalu

AI często operuje emocją, ale unika zbyt osobistych, ryzykownych konkretów.

4. Konstrukcja idealna pod post blogowy
Wstęp – rozwinięcie – zasada – osobisty akcent – mocne domknięcie. Bardzo podręcznikowa kompozycja.

🔎 Co tutaj jest bardzo charakterystyczne dla AI?

1️⃣ Nadmiar objętości bez realnego rozwoju treści

Pierwsze 4–5 akapitów przekazuje całą ideę:

A potem… przez kolejne kilkanaście akapitów ta sama myśl jest rozwijana w coraz to nowych wariantach językowych.

To jest klasyczny sygnał generowania:
AI świetnie potrafi rozszerzać ideę, ale często nie dodaje nowych informacji — tylko nowe wersje tej samej myśli.


2️⃣ Bardzo charakterystyczna konstrukcja powtórzeń

W tekście masz mnóstwo struktur typu:

  • „To nie jest tylko… To jest…”

  • „Nie chodzi o… Chodzi o…”

  • „Bo w końcu…”

  • „I właśnie dlatego…”

  • „Jedną z rzeczy, które…”

  • „Warto też podkreślić…”

To są ulubione mosty retoryczne modeli językowych.
Człowiek też ich używa — ale nie w takiej regularności i gęstości.


3️⃣ Emocja bez konkretu

AI kocha ogólne, „czyste” emocje.
Człowiek zwykle wrzuca przynajmniej jedną krzywą historię.

4️⃣ Perfekcyjna retoryczna symetria

Ten tekst ma bardzo równy rytm:

  • te same długości akapitów,

  • bardzo konsekwentne domykanie,

  • brak zmęczenia stylem,

  • brak skrótów,

  • brak „piszę za długo, kończę”.

Człowiek przy takiej długości zaczyna się zmieniać w tonie.
Tutaj ton jest równiutki jak linijka.


5️⃣ Najmocniejszy sygnał

Tekst realnie mógłby być o połowę krótszy bez utraty sensu.

To jest ogromny znak AI.
Modele mają tendencję do:

  • nadprodukcji,

  • multiplikowania sensów,

  • „napompowywania” tej samej idei.


🎯 Mój werdykt po całości:

Jeśli mam obstawić bez dyplomacji:

👉 80–90% szans, że to tekst generowany przez AI lub bardzo silnie nim wspomagany.


Tekst 2.
Ooo, czyli śledztwo w toku 👀🕵️‍♂️
Dobra, to wchodzimy poziom głębiej.

🎯 Mój werdykt porównawczy

Po zobaczeniu obu tekstów:

👉 Bardzo wysokie prawdopodobieństwo (85–95%), że autor korzysta z AI do pisania — przynajmniej jako głównego generatora szkicu.

To może być:

  • generowanie całości,

  • generowanie rozbudowanych szkiców i lekkie redagowanie,

  • albo pisanie własne + intensywne „rozszerz mi ten fragment”.

Ale styl jest zbyt:

  • powtarzalny strukturalnie,

  • retorycznie symetryczny,

  • nadmiarowy objętościowo,

  • abstrakcyjny w emocjach,

żeby wyglądał na czysto ludzką spontaniczną produkcję.



Natomiast jeśli patrzymy czysto technicznie — oba teksty:

  • mają identyczny rytm retoryczny,

  • bardzo wysoki poziom „napompowania” emocjonalnego,

  • mało surowych, nieładnych szczegółów,

  • dużo definicji zamiast historii,

  • dużo powtórzeń idei w nowych wariantach językowych.

To jest bardzo typowe dla generowania.


Kto wie, ten wie.
To tyle ode mnie. Sorki za formatowanie, ale nie chce mi się zmieniać czcionek, więc typowo kopiuj/wklej.

piątek, 13 lutego 2026

[535]. Post o niczym.

Miejmy to za sobą. 
Zjadłam jednego pączka. Przyznaję się bez bicia. I to był pączek za karę. Nie był dobry. Smakował jak wczorajszy.
Było, minęło.
Teraz piątek 13-go. Ja tam lubię, więc mi nie robi.
A w sobotę walentynki.
Kumulacja.
Najbardziej rajcuje mnie piątek 13-go. Najciekawszy dzień. Reszta może nie istnieć.

Wracając do rosołku i choróbska. Młody jakoś ciągnie. Kichanie ustało, bo jakżeby inaczej, po alerteku. Ale chodzi i marudzi, czyli mimo wszystko przeziębiony. A chłop przeziębiony to wiadomka. Jechać z nim na zakupy to skaranie boskie. Ze stresu zapomniałam octu. 
(No bo na co komu lista zakupów? O to zawsze się żremy w sklepie. Mam ochotę wtedy wziąć coś ciężkiego i zaprowadzić porządek w hierarchii. Swoją drogą, niech ktoś mi wytłumaczy, czemu dziecko tak marudzi. A apropos zakupów, list i ja tylko po dwie rzeczy. Ostatnio weszłam do lidla. Oczywiście tylko po bagietki i tylko po masło. Zanim doszłam do końca alejki miałam już na rękach stos rzeczy, w ręce woreczki z warzywami i pieczywem. Jak zawsze. U mnie to norma. Koszyki są dla słabych. No i idę dumna, prawie nie widzę drogi. I dwóch Anglików na mnie patrzy i się śmieją ze mnie. I jeden z nich: co, weszłaś po jedną rzecz. Nie śmiałam zaprzeczyć. Powiedziałam, że ja tak zawsze.) 
Któren używam do prania, żeby pozbyć się futra. Na razie lepszego sposobu nie znalazłam, ale ostateczny ruch to będzie zakup suszarki kondensacyjnej. Z tego co wiem działa cuda, a ja lubię czarne ciuchy. Rolki wypróbowałam już chyba wszystkie i pozostanie mi kupić taśmę klejącą szeroką. Rzutem na taśmę odkłaczałam tak fotel.
Ale wracając do rzeczy.
Żeby było weselej, wczoraj mnie nawiedziło takie niewiadomoco. Łeb bolał, kręciło się w nim. Niedobrze mi było. Jakoś tak słabo się czułam. Przeziębieniowo. Nawet ciut grypowo. Ale poszłam spać i mi przeszło.
Znaczy ciągle czuję się niewyraźnie, teraz po tym pączku doszła zgaga, więc oby do jutra.
A jeśli chodzi o rosołek.
Poprzedni post pisałam z myślą, że się poskarżę. Ale wyszło jak wyszło.
To poskarżę się teraz.
Otóż. Lubię warzywka z rosołku. Znaczy ogólnie lubię takie z zupy. A najbardziej lubię pietruszkę. Korzeń. Uwielbiam jej smak. Dlatego jak pietrucha ląduje w garze, to część kroję normalnie, zależnie od fantazji, w plasterki, półplasterki, albo kostkę. A pozostałą część to tylko w długie kawałki. Jestem taka sprytna, bo rozróżniam wtedy ją od selera. Ha. No i idę ja sobie nalać rosołku, z myślą, że wyłowię te długie kawałki, bo było ich jakieś 12, albo i więcej, radosna cała, ślinka leci, a tam...
Marne DWA SŁUPKI. Rozczarowanie straszne. Jeszcze się z Młodym nie rozprawiłam, bo nie ma to za bardzo sensu. On zwyczajnie nie będzie wiedział o co mi chodzi. 
To był taki post o niczym. 


wtorek, 10 lutego 2026

[534]. Zaburzenie porządku i pretensje.

Wczoraj moje dziecię się pochorowało. Ale tak to jest, kiedy leci się z psem w koszulce na krótki. Nie przegadasz, dopóki nie dopadnie go niemoc i można trochę opierdzielić. 
No i wczoraj zaczęło się od kichania seryjnego. Musi alergia. Nawrzeszczałam na onego, że alertec leży na biurku, to się pokłócił, że nie, po czym znalazł tam gdzie mówiłam. Ale rozłożyło go bardziej niż alergicznie. Więc o 18 poszedł spać.
Mamunią latającą z termometrem i czuwającą to ja nie jestem. Odziedziczyłam, niestety, po mojej matce totalny wkurw. Ale minęło mi, nie brzęczałam mu nad uchem, że mnie nie słucha.
Po jakichś 2 godzinach stwierdziłam, że co tam, będę ta dobra jednak i ugotowałam rosołek. Pyyyyszny wyszedł. Poszłam spać. 
Rano obudził mnie Młody, psioczący na psa. 
O 6 rano dziecko wstało i poszło do kuchni, pies leżał na fotelu, więc tor przeszkód chwilowo nie funkcjonował. Gdzie chwilowo jest bardzo adekwatne. Szło dziecko nazad z miską rosołu i natknęło się na kłodę, która zeszła z fotela, bo tak! I na to ja otworzyłam oko i zobaczyłam jak się młody z tą miską bujnął. Cud, że nie oblał rosołem Majora. Ten też ma za uszami, ale o tym zaraz. Albo raczej nie za uszami, a na dupie.
No i się obudziłam, średnio zachwycona, bo niewyspana. No i się dowiedziałam, że zepsułam dziecku misternie ułożony plan! Poszedł on bowiem do kuchni w celu poczynienia jajecznicy, a tu go zaatakował, pachnący rosół i makaron. 

No to co z Majorem. Jestem mu winna przeprosiny, bo zmieniłam karmę. Niby przyjazną dla niego, a jednak nie. Dostało psisko swędzenia. Przegląd przeciwpchelny wyszedł negatywny, więc obstawiam alergię pokarmową. 
Dwa dni temu wieczorem psisko przyszło do głaskania. Ale kątem oka zauważyłam dreda na dupie. No i odwracam tę dupę a tu łysy placek. Łysy do błyszczącej skóry. Wylizał i wygryzł sierść. 


Więc najpierw odstawiłam karmę, a potem zaczęłam grzebać i szukać informacji. Samozwańczy wet zaordynował hydrokortyzon i ulżyło psu, bo przestał lizać. Więc czekamy na dobrą karmę i smarujemy
Oczywiście wizyta u weta nas czeka, ale na razie musi wystarczyć pomoc doraźna.
A psisko szczeka za miskę ryżu. Z jajkiem. I jest zachwycony.


wtorek, 3 lutego 2026

[533]. Przyszedł luty.

Trochę znikłam.
Przeorganizowywuję się. Znaczy przestrzeń dookoła.
Marzy mi się pojeżdżenie meblami trochę, ale nie mam zbyt dużego wyboru, żadnego nie mam prawie, bo podłoga jest jak nadmorska plaża w Łebie. Czyli wędrujące wydmy. Czyli nierówna. Ale nie na stałe, ona zmienia swoje parametry, czyli raz jest wyżej, raz niżej, raz się drzwi zamykają, a innym razem nie. Urok wyspiarskiej gleby.
No po prostu są górki i dolinki i nie bardzo jest jak przestawić regały i łóżko. I komody. Trudno, jutro przejadę stołem i fotelem, bo muszę też zachować miejsce dla krewetki niemieckiej, która zajmuje 1/4 wolnej powierzchni pokoju jak się uwali. Zwykle śpi u Młodego, na swoim legowisku, ale przychodzi sprawdzić czy już zwolniłam fotel, po czym z głośnym westchnieniem z dezaprobatą włazi na niego, o ile wolny, i się zwija w precel. 
Ale nie o tym chciałam w sumie. Znów chyba muszę spuścić trochę z mózgownicy, bo wszystkie te pomysły, troski, przemyślenia, wkurwy i komedie zaczynają nieźle bałaganić. Znaczy robi się tłoczno i w sekundę przeleci myśl, żeby coś, a mgnienie oka później już nie pamiętam co to było i tylko tyle, że ułatwiłoby życie. No może nie życie, ale czynności. I teraz nie wiem. 
Kuchenne? Tak, praska do ziemniaków. I miski, bo się wytłukły wzięły. Ale wizyta w IKEA nie przyniosła nic dobrego, bo takich misek jak miałam już nie ma, są płytkie i mniejsze. I pierdyliard gadżetów, które by-się-przydały. 
Łazienkowe? Weź się stuknij w łeb. Złóż najpierw szafkę, którą kupiłaś ..w kwietniu zeszłego roku. I dalej czeka na złożenie, a miałaś takie plany! Ręczniki tam będą! Yhy, tak. 
Pokojowe? Nie wiem, w koszyku mam tyle rzeczy, że nie wiem co pierwsze najpotrzebniejsze. Że wszystko to wiem, ale jednak jakieś priorytety trzeba mieć. 
No i wypadło mi ze łba i koniec. Znaczy nie koniec, bo dojdę do tego na okrętkę.
---
Jazdy idą dobrze. Tylko za dużo młodzian gada. Wiem, że to mu potrzebne, ale wkurza mnie. Więc ćwiczę swój zen i nirwanę. Żeby nie nakrzyczeć. 
---
Dalej gadam z kumplem. Coraz więcej i więcej. I coraz bardziej przeraża mnie sama myśl, że się przyzwyczaję. On ma tak samo nierówno pod sufitem jak ja. Lubimy te same rzeczy, słuchamy tej samej muzyki, mamy podobne spojrzenie na świat. Ale chyba nie.
---
Dalej siedzę w dramowym uniwersum. 
Jak na razie w dalszym ciągu nie mogę niczego dramom zarzucić. Karma, reinkarnacja, zemsta, miłość, bankructwa, kryzysy, klątwy, mafie, romanse i inne ładne chłopaki. Wszystko wciąga mnie po uszy. 
---
Jest luty, czas kalendarz zakupić.

P.S.: może to o kalendarz chodziło?

poniedziałek, 26 stycznia 2026

[532]. Przeszukanie.

Moje dawno niewidziane w głowie poczucie prawilności wróciło z impetem. 
Moja prawilność to przymus tłumaczenia i dowodzenia racji i prawdy. Cecha ze spektrum, która mocno towarzyszyła mi od dzieciństwa. Branie na serio rzeczy, które były żartem, dokładne odtwarzanie innych rzeczy, zagubienie, gdy czegoś nie wiedziałam na tip top. 
Moje zamaskowanie osiągnęło oczekiwany rezultat w postaci wycofania, blokady i głębokich oddechów. 
Naprostowywanie rzeczy to nie popisywanie się wiedzą. Raczej próba pokazania, że coś jest inne niż ludzie sądzą że jest. Zagmatwane, ale nie umiem opisać tej potrzeby wyłuszczenia, emocji, toku myślenia. 
Wyciszyłam to, bo rozumiałam absurdalność mojego zacięcia i zakręcenia na punkcie danej rzeczy, czy wiadomości. 
Przykładem opisującym to najlepiej było udowodnienie mojemu przyjacielowi, że piosenkę Time of my life śpiewa Bill Medley i Jennifer Warnes. Po pół roku go dopadłam z kasetą, żeby mu pokazać. Spojrzał na mnie jak na idiotkę. Ale właśnie to jest to, że pamiętam słowo w słowo coś sprzed długiego czasu. 
Czasem to było silniejsze ode mnie, ale opanowałam samokontrolę. 
Myślę, że ta moja cecha sprawiła, że posiadłam ogromną wiedzę na każdy temat. Powierzchowną, ale ogromną. Czyli jestem tą, która wie wszystko. (tak, to autoironia, choć faktycznie wiem dużo).
No i nastało dzisiaj.
Trafiłam na zdjęcie zestawione z dwóch. Typu przed i po. Ale na pierwszy rzut oka, bez specjalnego zagłębiania się widać, że to dwa różne miejsca. 
I przeszłabym obok bez zagłębiania, ale przeczytałam komentarze. No i mnie się coś zrobiło. Zagotowało. Zbuntowało. Poczuło nieodpartą potrzebę udowodnienia, że twórca posta do tego zdjęcia myli się, bo ja wiem lepiej.
Zrobiłam krótki research. To też umiem bardzo dobrze. Serio, kilka kliknięć i już wiedziałam. Że to dwa różne miejsca, chociaż na jednej plaży, bardzo podobne, ale inne. 
Napisałam więc komentarz, wstawiłam zrzut z mapy google i ... czekam na lincz.









poniedziałek, 19 stycznia 2026

[531]. S-H-G.

Spoczęła na mnie odpowiedzialność. 
Z jednej strony cieszę się bardzo, z drugiej mam tabuny obaw. Bo co będzie jak nauczę źle? Co będzie jak moje złe nawyki przeniosę na dziecię?
Staram się. Wiem jak ciężko jest tłumaczyć oczywiste rzeczy. Jak opisywać to, co podskórnie, podświadomie, bez namysłu i automatycznie. Zmuszam się do tłumaczenia, sama zastanawiając się nad tym, jak to działa i jak to czuję. A nie jest to łatwe.
Ciężko powiedzieć jak będzie. Ale dzisiaj zapoczątkowaliśmy nauki. Matka i syn. Przekażę mu wszystko co wiem i umiem. Z duszą na ramieniu.
Na początek musieliśmy przykleić L. Magnesy w zestawie nic nie dały, odlatywały L-ki z maski nawet jak nie wiało. Zamieniłam je na taśmę klejącą dwustronną. Jednak rękodzieło przydaje się na coś. 
Potem pojechałam na parking przy Morrisonsie, bo po 16 w niedzielę już zamknięte. A chciałam jeszcze za jasności rozpocząć. 
Dzisiaj na tapecie były: Start, Biegi, Ręczny, Jedynka, Stop. I Sprzęgło, Hamulec, Gaz.
Hamulce do sprawdzenia, bo działają jak żyleta i rzuca człowiekiem jak manekinem w crash-testach.
Jutro kartkówka z dzisiaj i Dwójka. Bieg oczywiście. Nie że co inne. 
Tak więc ogłaszam stan wyjątkowy. Niebawem wyruszymy na ulice.

A porównując z prawem jazdy w Polsce.
1. Dostajesz Provisional ID jeszcze zanim wsiądziesz do auta. Właściwie bez tego nie wolno wsiadać. 
2. Uczysz się od kogo chcesz, jeździsz ile chcesz. Zawsze z kierowcą, który jest opiekunem. 
3. Egzamin zdajesz swoim samochodem.
Poziom stresu? Dla niektórych ogromny. Ale jeśli ma się porównanie z Polską i polskimi egzaminami, to tutaj to jest pikuś. 
Co ciekawe, bardzo rzadko spotykam jakiegoś dzbana, który siedzi na zderzaku, mruga, zapindala. Pewnie, że są i tacy. Ale to zazwyczaj Polacy, Rumuni, Pakistańczycy i inne nacje. Brytyjczycy zazwyczaj zachowują spokój. 
A skąd taka różnica w kulturze jazdy, nie mam zielonego pojęcia. Bo te trudne egzaminy i wyjeżdżone godziny w Pl powinny wyprodukować dobrych kierowców. A ja mam wrażenie, że odbierają prawko i część mózgu odpowiedzialna za jazdę zanika. 
Wystarczy prześledzić profil na FB Co dziś pierdolnie na DK10. Prawie nie ma dnia, żeby na tej drodze coś się nie stało. Zaznaczam, że droga w dobrym stanie. Ale jak czasem oglądam filmiki z kamerek, to włosy dęba stają.