wtorek, 3 lutego 2026

[533]. Przyszedł luty.

Trochę znikłam.
Przeorganizowywuję się. Znaczy przestrzeń dookoła.
Marzy mi się pojeżdżenie meblami trochę, ale nie mam zbyt dużego wyboru, żadnego nie mam prawie, bo podłoga jest jak nadmorska plaża w Łebie. Czyli wędrujące wydmy. Czyli nierówna. Ale nie na stałe, ona zmienia swoje parametry, czyli raz jest wyżej, raz niżej, raz się drzwi zamykają, a innym razem nie. Urok wyspiarskiej gleby.
No po prostu są górki i dolinki i nie bardzo jest jak przestawić regały i łóżko. I komody. Trudno, jutro przejadę stołem i fotelem, bo muszę też zachować miejsce dla krewetki niemieckiej, która zajmuje 1/4 wolnej powierzchni pokoju jak się uwali. Zwykle śpi u Młodego, na swoim legowisku, ale przychodzi sprawdzić czy już zwolniłam fotel, po czym z głośnym westchnieniem z dezaprobatą włazi na niego, o ile wolny, i się zwija w precel. 
Ale nie o tym chciałam w sumie. Znów chyba muszę spuścić trochę z mózgownicy, bo wszystkie te pomysły, troski, przemyślenia, wkurwy i komedie zaczynają nieźle bałaganić. Znaczy robi się tłoczno i w sekundę przeleci myśl, żeby coś, a mgnienie oka później już nie pamiętam co to było i tylko tyle, że ułatwiłoby życie. No może nie życie, ale czynności. I teraz nie wiem. 
Kuchenne? Tak, praska do ziemniaków. I miski, bo się wytłukły wzięły. Ale wizyta w IKEA nie przyniosła nic dobrego, bo takich misek jak miałam już nie ma, są płytkie i mniejsze. I pierdyliard gadżetów, które by-się-przydały. 
Łazienkowe? Weź się stuknij w łeb. Złóż najpierw szafkę, którą kupiłaś ..w kwietniu zeszłego roku. I dalej czeka na złożenie, a miałaś takie plany! Ręczniki tam będą! Yhy, tak. 
Pokojowe? Nie wiem, w koszyku mam tyle rzeczy, że nie wiem co pierwsze najpotrzebniejsze. Że wszystko to wiem, ale jednak jakieś priorytety trzeba mieć. 
No i wypadło mi ze łba i koniec. Znaczy nie koniec, bo dojdę do tego na okrętkę.
---
Jazdy idą dobrze. Tylko za dużo młodzian gada. Wiem, że to mu potrzebne, ale wkurza mnie. Więc ćwiczę swój zen i nirwanę. Żeby nie nakrzyczeć. 
---
Dalej gadam z kumplem. Coraz więcej i więcej. I coraz bardziej przeraża mnie sama myśl, że się przyzwyczaję. On ma tak samo nierówno pod sufitem jak ja. Lubimy te same rzeczy, słuchamy tej samej muzyki, mamy podobne spojrzenie na świat. Ale chyba nie.
---
Dalej siedzę w dramowym uniwersum. 
Jak na razie w dalszym ciągu nie mogę niczego dramom zarzucić. Karma, reinkarnacja, zemsta, miłość, bankructwa, kryzysy, klątwy, mafie, romanse i inne ładne chłopaki. Wszystko wciąga mnie po uszy. 
---
Jest luty, czas kalendarz zakupić.

P.S.: może to o kalendarz chodziło?

poniedziałek, 26 stycznia 2026

[532]. Przeszukanie.

Moje dawno niewidziane w głowie poczucie prawilności wróciło z impetem. 
Moja prawilność to przymus tłumaczenia i dowodzenia racji i prawdy. Cecha ze spektrum, która mocno towarzyszyła mi od dzieciństwa. Branie na serio rzeczy, które były żartem, dokładne odtwarzanie innych rzeczy, zagubienie, gdy czegoś nie wiedziałam na tip top. 
Moje zamaskowanie osiągnęło oczekiwany rezultat w postaci wycofania, blokady i głębokich oddechów. 
Naprostowywanie rzeczy to nie popisywanie się wiedzą. Raczej próba pokazania, że coś jest inne niż ludzie sądzą że jest. Zagmatwane, ale nie umiem opisać tej potrzeby wyłuszczenia, emocji, toku myślenia. 
Wyciszyłam to, bo rozumiałam absurdalność mojego zacięcia i zakręcenia na punkcie danej rzeczy, czy wiadomości. 
Przykładem opisującym to najlepiej było udowodnienie mojemu przyjacielowi, że piosenkę Time of my life śpiewa Bill Medley i Jennifer Warnes. Po pół roku go dopadłam z kasetą, żeby mu pokazać. Spojrzał na mnie jak na idiotkę. Ale właśnie to jest to, że pamiętam słowo w słowo coś sprzed długiego czasu. 
Czasem to było silniejsze ode mnie, ale opanowałam samokontrolę. 
Myślę, że ta moja cecha sprawiła, że posiadłam ogromną wiedzę na każdy temat. Powierzchowną, ale ogromną. Czyli jestem tą, która wie wszystko. (tak, to autoironia, choć faktycznie wiem dużo).
No i nastało dzisiaj.
Trafiłam na zdjęcie zestawione z dwóch. Typu przed i po. Ale na pierwszy rzut oka, bez specjalnego zagłębiania się widać, że to dwa różne miejsca. 
I przeszłabym obok bez zagłębiania, ale przeczytałam komentarze. No i mnie się coś zrobiło. Zagotowało. Zbuntowało. Poczuło nieodpartą potrzebę udowodnienia, że twórca posta do tego zdjęcia myli się, bo ja wiem lepiej.
Zrobiłam krótki research. To też umiem bardzo dobrze. Serio, kilka kliknięć i już wiedziałam. Że to dwa różne miejsca, chociaż na jednej plaży, bardzo podobne, ale inne. 
Napisałam więc komentarz, wstawiłam zrzut z mapy google i ... czekam na lincz.









poniedziałek, 19 stycznia 2026

[531]. S-H-G.

Spoczęła na mnie odpowiedzialność. 
Z jednej strony cieszę się bardzo, z drugiej mam tabuny obaw. Bo co będzie jak nauczę źle? Co będzie jak moje złe nawyki przeniosę na dziecię?
Staram się. Wiem jak ciężko jest tłumaczyć oczywiste rzeczy. Jak opisywać to, co podskórnie, podświadomie, bez namysłu i automatycznie. Zmuszam się do tłumaczenia, sama zastanawiając się nad tym, jak to działa i jak to czuję. A nie jest to łatwe.
Ciężko powiedzieć jak będzie. Ale dzisiaj zapoczątkowaliśmy nauki. Matka i syn. Przekażę mu wszystko co wiem i umiem. Z duszą na ramieniu.
Na początek musieliśmy przykleić L. Magnesy w zestawie nic nie dały, odlatywały L-ki z maski nawet jak nie wiało. Zamieniłam je na taśmę klejącą dwustronną. Jednak rękodzieło przydaje się na coś. 
Potem pojechałam na parking przy Morrisonsie, bo po 16 w niedzielę już zamknięte. A chciałam jeszcze za jasności rozpocząć. 
Dzisiaj na tapecie były: Start, Biegi, Ręczny, Jedynka, Stop. I Sprzęgło, Hamulec, Gaz.
Hamulce do sprawdzenia, bo działają jak żyleta i rzuca człowiekiem jak manekinem w crash-testach.
Jutro kartkówka z dzisiaj i Dwójka. Bieg oczywiście. Nie że co inne. 
Tak więc ogłaszam stan wyjątkowy. Niebawem wyruszymy na ulice.

A porównując z prawem jazdy w Polsce.
1. Dostajesz Provisional ID jeszcze zanim wsiądziesz do auta. Właściwie bez tego nie wolno wsiadać. 
2. Uczysz się od kogo chcesz, jeździsz ile chcesz. Zawsze z kierowcą, który jest opiekunem. 
3. Egzamin zdajesz swoim samochodem.
Poziom stresu? Dla niektórych ogromny. Ale jeśli ma się porównanie z Polską i polskimi egzaminami, to tutaj to jest pikuś. 
Co ciekawe, bardzo rzadko spotykam jakiegoś dzbana, który siedzi na zderzaku, mruga, zapindala. Pewnie, że są i tacy. Ale to zazwyczaj Polacy, Rumuni, Pakistańczycy i inne nacje. Brytyjczycy zazwyczaj zachowują spokój. 
A skąd taka różnica w kulturze jazdy, nie mam zielonego pojęcia. Bo te trudne egzaminy i wyjeżdżone godziny w Pl powinny wyprodukować dobrych kierowców. A ja mam wrażenie, że odbierają prawko i część mózgu odpowiedzialna za jazdę zanika. 
Wystarczy prześledzić profil na FB Co dziś pierdolnie na DK10. Prawie nie ma dnia, żeby na tej drodze coś się nie stało. Zaznaczam, że droga w dobrym stanie. Ale jak czasem oglądam filmiki z kamerek, to włosy dęba stają. 


niedziela, 18 stycznia 2026

[530]. Raport tygodniowy.

13.01
Nie mogę uwierzyć. Dzisiaj rano Młody zarządził: jedziemy do IKEA. Powiem tylko, że zaskoczyło mnie to ogromnie, bo on ma z zakupami jak ja. Najlepiej nie. Ale do IKEA to ja lubię. Pochodzić, popatrzeć, podotykać, kupić po raz 10 tego samego kwiatka, bo poprzednie odmówiły współpracy. Młody z bluszczu (który też kilka razy nabywaliśmy) zrezygnował z hukiem. I zażyczył sobie kaktusa. No i ma i rośnie mu. Nie wiem kiedy podlewany, ale obstawiam, że w sierpniu ostatni raz. To jest roślina, co survival uprawia. Spada z parapetu, gubi doniczunię i znów reanimacja. I kurde rośnie.
A ja, która mam "rękę do kwiatów" chyba już nie mam. Fiołki uschłam. Znaczy jeszcze spróbuję je uratować, ale marne szanse. A ten wiecheć, co go kupiłam znów ma za zadanie przeżyć. Tylko tyle i aż tyle. 
No więc podróż. W trakcie jazdy rozmowy na temat ekonomii, działania dużych firm, systemu i plany na zaś.
W sklepie zwiedzanko, rezygnacja ze stacjonarnych klopsików, zakup kilku rzeczy, obraza na to, że nie mają odpowiedniej wielkości poduszki (Młody). Kupiliśmy pościel, Młody sobie wybrał. I teraz słucham jaka ona jest cudowna, jak się dobrze w niej śpi. No bo 100% bawełna. Potem rajd po sklepach i szukanie podłebnika. Obraza w innym sklepie, że 110 funtów za podunię i znów narzekanie (Młody) na to, że nie ma już prawie sklepów branżowych, które zajmują się określonym rodzajem towarów i że wielkopowierzchniowe markety rozwalają wszystko.
Słuchaniem tego marudzenia się aż zmęczyłam. Wróciliśmy, zrobiłam klopsiki (mrożone z IKEA) z sosem i borówką (też z IKEA). I minął dzień. 

15.01
Mechanik. Ogólnie przeglądzik, wymiana olejów, w skrzyni biegów i silnikowego. I zamówienie pompki do spryskiwacza. 
No i dostałam zjebkę. Za C4. Bo ma jakiś silnik chujowy. I pojechał mi po ambicji i honorze, że Młody to niewiele o życiu, znaczy samochodach wie, ale ja to powinnam już wiedzieć, że najpierw pytać. I tak o. Przyjęłam na klatę.
Młody zrobił hamburgery. Powiem Wam, że nie dość, że dostałam jedzenie pod nos, to jeszcze tak pyszne, że aż. 

16.01
Mechanik. Wymiana pompki. Umówienie na wyważenie kół i zbieżność.
No i tu zaczyna się polka hopka. 
Minutę po wyjechaniu z warsztatu zapaliła się kontrolka: check engine.
Ja p!^(%^&@(&^&$(&~&(^(^#@^#&##&&#
Telefon, Wracamy.
No i oczywiście ironii końca nie było. A nie mówiłem, co drugie zdanie.
Ale okazało się, że cewka. Naprawione. Ja dostałam klasycznej głupawki, Młody widać było, że zmartwiony i że włączył mu się tryb ja pierdole. Ale nic to, wróciliśmy. Jest ok. I w końcu mogę sobie szybę wycierać.

Z tego wszystkiego obiadu nie było.

Dzisiaj (a raczej wczoraj).
Dzień lenistwa. Zrobiłam pranie, żeby nie było, że już nic kompletnie nie robię. 
Młody zrobił tortille z kurczakiem. 
Przepyszna.
Ale mam radochę jak on odkrywa, że różne kuchenne działania są proste i nie wymagają nie wiadomo czego.
Z tego zadowolenia upiekłam murzynka, jak z PRL-u. Jak byłam dzieciakiem, mama kazała mi zawsze mieszać cukier, mleko, kakao i margarynę w garze, czego nie znosiłam. Ale za to pamiętałam do dzisiaj co potrzebne do przepisu. Teraz sobie tylko sprawdziłam proporcje. Posypałam wiórkami. Tak mi się chciało słodkiego :D

Takie to nudne życie.





piątek, 9 stycznia 2026

[529]. Dzięki bogu już piątek.

I wcale nie chodzi mi o to, że jest piątek. Bo ja lubię wszystkie dni. Poniedziałek też.
Ale ostatnio mam jakieś takie trzaski, że przypominają mi się różne tytuły i słowa piosenek z zamierzchłych czasów.
I tak na przykład posty o Bratysławie u Teatralnej spowodowały przypomnienie o serii "Z czego się śmieją nasi sąsiedzi". Był taki cykl w TVP1 w 1983-1984, który jako 10-latka oglądałam. Leciały tam komedie czechosłowackie, radzieckie i inne z bloku wschodniego. Pamiętam niektóre kadry, absurdalny wręcz humor i że było śmiesznie. Teraz tak sobie myślę, że byłam jednak dziwnym dzieciakiem. Z jednej strony łobuzowałam z chłopakami całymi dniami na dworze, z drugiej czytałam książki, opiekowałam się siostrą, oglądałam Monty Pythona, wspomniane komedie, W Starym Kinie, lubiłam Pegaz, Teatr Telewizji i Piątek z Pankracym. A do tego, w tym czasie zaczęłam rozwiązywać krzyżówki, na złość ojcu, który nie pozwolił mi wpisać odgadniętego słowa w jego krzyżówce. Zaczęłam więc kupować swoje i rozwiązywać namiętnie. Bez komputera, ale za to z encyklopedią, słownikami i ogromnym zapałem. Odkrywałam sama co to anagramy, homonimy, palindromy i inne logiczne zagadki. Pamiętam jak pierwszy raz kupiłam Szaradzistę, a to już był poziom wyżej niż seria Rozrywki. 
Wracając do tematu, Teatru niechcący przypomniała mi o "Tajemnicy zamku w Karpatach" - na zasadzie skojarzeń. Oglądałam ten film kilka razy, bo był powtarzany w tv. I takim sposobem przypomniałam sobie o serii i zapragnęłam znaleźć tytuły. Po to na przykład, żeby obejrzeć sobie jeszcze raz. Pamiętałam jedynie "Jak utopić doktora Mraczka". No i przekopałam internet, nie cały, ale trochę. Trafiłam na jeden blog z opisami ramówki w PRL - https://dziswtelewizjiprl.pl/. Ale znalazłam tylko jeden wpis, który wygrzebałam przeglądając programy. Napisałam do twórcy bloga, ale on nie wiedział za bardzo. Więc zaczęłam szukać i znalazłam forum z programem. Ale musiałam przeglądać każdy sobotni. Znalazłam trochę tych filmów. 
„Teść" komedia CSRS
"To moja sprawa, szefie"
„Jak utopić doktora Mraczka” — komedia czechosłowacka 
„Wszystko na opak" — komedia produkcji ZSRR 
„Szpinak czyni cuda” — komedia prod. CSRS 
„Setka dla kurażu” — komedia radz. 
„Mareczku, podaj mi pióro” — komedia prod. CSRS 
„Horoskop szczęścia” — film produkcji CSRS 
„To niemożliwe” film fab. prod. radzieckiej 
(kopiowane z forum)
No i na fali tych wspomnień, pomyślałam sobie o innym tytule. Dzięki bogu już piątek to też film.
A że piątek i o filmach, no to tak się przypałętał.
A jeszcze jedna dygresja odnośnie trzeciego zdania.
Pamięta ktoś jeszcze, że byliśmy dołowani odgórnie w czasach PRL-owskiej telewizji?
W niedzielę był program - "Jutro poniedziałek". Lekkim popołudniem, żeby nie było ludziom za dobrze. Ha!
No i jak tak przeglądałam programy, to było tyle programów edukacyjnych, naukowych, że aż mi tego brakuje!


środa, 7 stycznia 2026

[528]. 1984 w Azji.

Zastanawiam się od jakiegoś czasu, czy się przyznać. 
Trochę nie wiem. Ale jestem dorosła i chyba się nie boję.
Moje podróże azjatyckie, palcem po mapie, literaturowo i historycznie zaczęły się w Chinach. 
Nie wiem czy to bajki chińskie, czy akcesoria piśmienniczo - artystyczne, piórniki, obłędnie pachnące gumki, czy może przepiękne sukienki, o jakich marzyłam mając chyba z 6 lat. Po kredki, plasteliny i bajeczną temperówkę glinianą w kształcie jajka, malowanego w kwiatki i gałązki stałam w PRL-owskiej kolejce, mając 7 lat, z pieniędzmi w garści. Od tamtej pory mam, delikatnie mówiąc, jebnięcie na punkcie sklepów plastycznych. I posiadania zapasów zeszytów, ołówków różnej twardości, długopisów, piór, atramentów, pisaków, farb i innych niesamowicie potrzebnych do niczego rzeczy. Na przykład spinaczy biurowych w kilku kolorach. 
Serialowo i filmowo rozpoczęłam gonitwę po Korei. Zachwyciłam się językiem, kulturą i, co tu ukrywać, urodą aktorów, bo wpisują się w mój typ, a w garniakach wyglądają bosko. Aktorek też, ale wiadomo.
Ale moja podróż poszła dalej. 
Przypadkiem trafiłam na dramę chińską. Drama była z serii BL*. Drażnił mnie język, tak różny od koreańskiego, żadne słowa tylko szzzszzzzszzzz. Potem trafiłam na tajlandzką. Tajlandia kojarzy się różnie. No i drama też była z serii BL. Język tak samo powalony jak chiński.
Ale po czasie ucho się przyzwyczaiło i już słyszę.
Wracając do przyznawania się.
Mega mi się spodobało. Z różnych powodów. Nie będę opisywać, że sceny pocałunków, czy innych romantyzmów, bo nie to jest w tym istotne. (Chociaż tak, to też, i to bardzo). 
BL oznacza boys love, Dla niewtajemniczonych. To nie jest porno, gdyby ktoś chciał wiedzieć. Ale sceny są. 
Chodzi mi o to, jak mówi się o miłości, jak się ją przedstawia, jakie są interakcje ze społeczeństwem, coming outy, tajemnice, zdrady, związki, śluby i cała reszta.
Fabuła czasem jest płytka, a niektórzy bohaterowie drażniąco się zachowują. Z drugiej strony te najbardziej queerowe postacie są przecudne. 
Ale zdarzają się zaskoczenia. I to bardzo mocne. 
Na przykład fabuła podparta Orwelem. 1984. No jestem w szoku totalnym, jak powiązano prestiżową szkołę męską i jej zasady z tą książką. Dyktatura, zakazy, nakazy, służby porządkowe z uczniów, kontrola, jednocześnie przy sporej swobodzie. Normalnie abstrakcja. Do tego kryminał. A między chłopakami aż wrze.
Nie sądziłam nigdy, że będę fanką BL-ek. 
Tylko dlaczego nie?
W grupach na fb spotkałam jednego, JEDNEGO faceta. Tak to same baby, piszczące jak nastolatki ryczące 40 i 50. Dołączam do chóru wariatek.
Bo zwyczajnie mam gdzieś, co sobie o tym świat pomyśli.




niedziela, 4 stycznia 2026

[527]. Lo(ą)dowisko

W pięknych okolicznościach przyrody, rankiem, trzeciego stycznia, z uwiązanym do ręki ciągnikiem z napędem na cztery kopyta, nie zgadniecie co.
Musnęła mnie lekkim powiewem myśl, że to to ciemne na drodze to zamarznięta kałuża. Bo dzień wcześniej z radością skruszyłam wafelek lodu na niej. Kto nie wskakiwał w zamarznięte kałuże  niech się lepiej przyzna, bo ja z psychopatami nie gadam. 



Wydawać by się mogło, że oj tam, małe takie. Ominąć można. 
Nie można. 
Znaczy ja nie mogłam. Bo między myślą, a drogą nie było kompatybilności. Klapnęłam na tyłek, krzyknęłam i zaczęłam się tak śmiać, że moja ofca nie za bardzo wiedziała co zrobić z tym fantem. Więc pies mi mordę lizał. A ja rżałam. Zgarnęłam się z ziemi, bo jednak zimno. 
O dziwo, tym razem niczego nie stłukłam, nie boli i poza godnością nie ma żadnych strat.
No i jestem niepocieszona, bo zapowiadali opady śniegu i lód, a tu tylko przymrozek. Śnieg wszędzie naokoło. u mnie tylko zamarznięty deszcz. 

Dalsza wycieczka przebiegała spokojnie, bez emocji i przygód.




A to jeszcze taka mała dygresja królewska z wypadu na Północ. Udało mi się tylko tak pstryknąć, gdyż dojeżdżałam do ronda. Elżbieta i Filip, chyba z pianki montażowej.