Chciałabym czasem napisać coś mądrego. Takiego wiecie, z morałem, przesłaniem, nauką. Szczególnie kiedy czytam jakieś mądre posty z którymi się zgadzam, albo nie, a później chodzę, mielę, obgaduję temat z Młodym. Albo wręcz przeciwnie, to on mi tu makaron nawija, bo jest radykalny w idealizmie.
Już tłumaczę. Długa dygresja.
Od kiedy to dziecko zaczęło się wysławiać, łączyć kropki, zadawać pytania, miało w sobie powagę odkrywcy. Mało było rzeczy, które zaspokajały jego wiedzę. Powiedziałabym, że wręcz rozbudzało i zmuszało go wszystko do szukania, drążenia i poznawania. Nie można by było być przy nim rodzicem bez odpowiedzi. Znaczy można by, ale moje osobiste cechy Au nie pozwalały na to. Mówię tylko o sobie, bo nie poruszam drugiej strony tutaj.
Więc ja zawsze muszę mieć odpowiedź. Czasem jest to 'nie wiem' i też jest dobrze. Ale tego nauczyłam się z czasem.
No i ten młodzieniaszek rozwinął się ponad poziom. Od przedszkola wolał rozmawiać z dorosłymi i drenować wiedzę.
To nie tak, że nie miał telefonu, internetu, komputera. Miał. Ale miał też świadomość, że nie tylko gry tam są. Tak, gra nałogowo. Tak, ma grupę przyjaciół z całego świata. Tak, dzięki graniu jego angielski to poziom, jakiego ja nie osiągnę. Ale poza grami, chłonie wiedzę, filtruje wiadomości przez naukę, umie analizować i wyciągać wnioski. Kiedyś nagram rozmowę z nim, bo to trudno z pamięci zrekonstruować.
Wracam teraz do tematu głównego (pochwaliłam się dzieckiem, już wystarczy).
Kropka.
Tu miało być odniesienie do posta u Teatru, o dzieciach. Ale szczerze, to nie pamiętam co chciałam napisać. Zostawię jednak ten wstęp, bo lubię się dzieciami chwalić.
Minął miesiąc z okładem.
Zaglądałam jednym okiem do Was, ale nie mogłam się zebrać do napisania.
Ostatnio do niczego zebrać się nie mogę. Trochę się czołgam, sama, po glebie. Bo nie chce mi się wstać. Takie wyjebanto mam na wszystko. A z drugiej mańki to nie mogę kiwnąć palcem, bo ja na wszystko mam czas, tylko nie na to, co powinnam zrobić.
Szafka nie złożona. Za to zapału na ogarnianie kwadratu wystarczyło nam na trochę łazienki i połowę regału na korytarzu. Połowę, bo Młodemu się odechciało. Ale za to umył okna i chodził i chwalił jak to jasno się zrobiło nagle.
Poza pokładami mądrości ma ten dzieciak taką przypadłość, że maruda i malkontent. No jak on mnie wkurza, to sobie nie wyobrażacie. Prawie tak samo jak braki paliwa na stacjach. Bo raz mnie zaskoczyło wzięło, że ni ma, ani benzyny, ani diesla. Ceny wzrosły, a jakże.
Zdrowotnie bez zmian. Jakoś tam jest. Samopoczuciowo nawet może być.
Ostatnio planuję się pofarbować. Tak od grudnia planuję. Taki urok nie łażenia do pracy codziennie, że ma się wiadomo gdzie. Kiedyś się wezmę, bo już patrzeć nie mogę, na tę starą babę w lustrze.
Wczoraj nieopatrznie wygadałam się Kudłatej o planie wycieczki z nowopoznaną psiapsi od dram. Tylko czekajcie jak coś jebnie w Korei, Japonii i Tajlandii...
No i to by było na tyle. Dzisiaj poświęcę się dalszemu nicnierobieniu.
Ale obiecuję wpadać tu regularniej.
No i odkryłam Marcina Patrzałka. Co on z gitarą robi to normalnie żadne ognisko harcerskie by tego nie wytrzymało. Zakochanam.
I Raye. No jak ja kocham takie dżezujące głosy.
Garść dokumentacji okołokominowej sranków:
Te nie miały gdzie siedzieć. Wybrały dach.
Obyście zdrowi byli. Zawsze, nie od święta.